lipiec 02, 2022

Recenzje patronatów Secretum

Spirit Animals. Księga Shane’a
Assassin's Creed: Valhalla – Saga Geirmunda
Dwa mutanty
Lore
1634: Wojna bałtycka
Dziewczyna, która klaszcze
Dzieci ziemi i nieba
Magia krwi
Wiedma
poniedziałek, 08 grudzień 2014 21:29

Fragment: "Czarownice z Wolfensteinu. Wstęga i kamień"

By 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

I
W taką noc ktoś się zjawia
Śnieg padał cicho, usypując na zewnątrz okna małą zaspę, która niespiesznie sobie rosła. Zasłaniała już czwartą część wnęki i zaczynała przykrywać też dolną część framugi uchylonego okna. Drewniany parapet w pokoju zaczął błyszczeć małymi śniegowymi brylancikami, chwytającymi światło księżyca. Ostre górskie powietrze, wnikając przez lufcik, skutecznie wychładzało pokój, zapobiegając zmianie owych brylancików w o wiele mniej urocze kropelki wody. Zimno objęło w panowanie małą, wykończoną drewnem sypialnię. Skotłowana, przepocona pościel, leżąca na podłodze obok łóżka, zaczynała powoli twardnieć pod wpływem niskiej temperatury, ale skulona na nagim materacu postać nie wyglądała na zziębniętą. Z jej ust przy każdym oddechu wydo-bywały się obłoki pary. I przy każdym jęku. Mokre od potu włosy, przyklejone miejscami do rozgrzanej gorączką twarzy, tworzyły zmieniającą się czarną siateczkę fantazyjnych wzorów na jasnej skórze za każdym razem, gdy dziewczyna gwałtownie obracała się z boku na bok. Coraz szybciej.


Usiadła nagle, obudzona własnym krzykiem, który wydawał się za mocny, całkowicie nie na miejscu w tak małym pomiesz-czeniu, jak ta sypialnia w drewnianym domku.
– Nieee!!!
Znowu to samo. Podkuliła nogi i objęła ramionami kolana, oparła o nie czoło. Dopiero kiedy zaczęła spokojniej oddychać, popatrzyła na jasny kwadrat okna. Powoli wracała świadomość, gdzie się znajdowała. I dlaczego właśnie tutaj.

* * *
Mały pokój, który znała od lat, kojarzący się jej zawsze z najbardziej radosnym okresem w życiu jej i matki – z feriami zimowymi. Miała chyba cztery albo pięć lat, kiedy pierwszy raz przyjechały tam na narty. Mała drewniana chata, położona paręset metrów powyżej pensjonatu, stojącego samotnie przy drodze wychodzącej z Canazei. Martyna mówiła, że to najlepsze miejsce na świecie, „Szczyt Świata", bo pensjonat leżał nad miasteczkiem, a one miały dom jeszcze wyżej. Dla Amelii jednak problemem był zawsze fakt, że nie mieszkają w tym samym budynku, gdzie zatrzymywały się rodziny z dziećmi, gdzie życie tętniło wystarczająco głośno. Z zazdrością patrzyła przy posiłkach (bo stołowały się na dole) na przekomarzające się dzieciaki, wesołe rozmowy ich rodziców. Martyna początkowo próbowała bagatelizować narzekania córki, opowiadając o ich „Szczycie Świata", a kiedy dziew-czyna podrosła, powiedziała jej po prostu, że tamten domek jest dużo tańszy niż pokój w pensjonacie, na który ich nie stać. „Martyna Racjonalistka" wygrała.
Samo oddalenie chaty od jakiegokolwiek życia i ruchu było deprymujące. Rano, oczywiście, można było niezbyt ośnieżoną drogą zjechać na nartach przed pensjonat, zjeść śniadanie, a potem ruszyć jeszcze kawałek, pod stację wyciągu, który był częścią Sella Rondy. Powrót po całym dniu na stokach był koszmarem, bo kiedy podrosła, mama przestała nosić ją na rękach. Wtedy powolne brnięcie zaśnieżoną drogą, w butach narciarskich i z nartami na ramieniu, w tym rozleniwieniu po ciepłej kolacji u Marii, właścicielki i gospodyni pensjonatu – wydawało się niekończącą torturą. Czasami udawała przy stole, że zasnęła, wtedy mąż Marii, Rupert, zawoził je do domu skuterem z małą przyczepką.
Ale Amelia tak naprawdę kochała tę chatę, swój pokój, który co roku na nią czekał. Była zachwycona faktem, że zawsze wyglądał tak, jakby nikt inny go nie wynajmował, nie zajmował jej ulubionej przestrzeni. Nawet jeśli przez przypadek zostawiła coś w szufladzie czy na stoliku, zawsze znajdowała to rok później. Dziękowała wtedy Marii, myśląc, jak bardzo to miłe, że kobieta tak dbała o nią, małą Amelkę, która zjawiała się tutaj raz do roku.
Dopiero teraz, kiedy nie było już Martyny, z którą mogłaby się kolejny raz pokłócić o oszukiwanie jej przez całe życie, dowiedziała się, dlaczego jako dziecko musiała zapieprzać pod górę do odległej chaty, której ściany przyozdobione były zdjęciami pań Hohenstauf i grafikami ze znakami nieskończoności.

* * *
Owinęła się kołdrą i zamknęła okno, ignorując kupkę śniegu na parapecie. Od swojego przyjazdu tydzień wcześniej co wieczór zostawiała je uchylone, licząc, że w chłodnym pomieszczeniu lepiej będzie spać, bez snów. Następna teoria Martyny, która się nie sprawdziła, gdy jej samej już przy tym nie było.
Znowu zeszła o czwartej nad ranem po skrzypiących znajomo drewnianych schodach do małej kuchni, znowu włączyła czajnik i, czekając na herbatę, znowu podjęła próbę przypomnienia sobie jakichś szczegółów swojego snu.
Na blacie, przy puszkach z kawą, leżał do połowy zapisany brulion, noszący wszelkie oznaki niezbyt uważnego traktowania przez właścicielkę – plamy po kawie, keczupie i łzach; naderwane kartki, zabazgrane w złości strony. Otworzyła go w zaznaczonym długopisem miejscu, choć nie mogła za wiele odczytać w zimnej niebieskiej poświacie odbijanego od śniegu mizernego światła, które wpadało przez niewielkie okno. Metalowa obudowa długopisu lśniła światłem czerwonej kontrolki elektrycznego czajnika, tworząc złudzenie żywego ognia.
Sen się niby powtarzał, jednak każdej nocy był trochę inny. Dzisiaj mama nie zdążyła zniknąć w niebieskim pyle. Okno w pokoju Amelki było otwarte. Biała firanka. Bransoletka z wisiorkami.
Czajnik wyłączył się z cichym pyknięciem, zniknęło czerwone światełko, pozostawiając kuchnię w niebiesko-szarej poświacie. Amelia dalej stała z brulionem w dłoniach, wgapiając się w śnieg za oknem. Jeden element snu był całkowicie niezrozumiały. Nigdy nie dostała niczego od Diega, a na pewno nie kolczyki. Pierścień od Adeli? To musiały być metafory. Ale najbardziej zaniepokoiła ją kwestia, kim, do cholery, był Ian...

* * *
To nie było tak, że Amelia nie chciała zdjąć pereł i oddać ich tam, gdzie powinny się znaleźć. A przynajmniej – prawdopodobnie powinny i były wyczekiwane. W tej chaotycznej ucieczce od prawdy o śmierci matki i babci jednym z pierwszych świadomych celów był Castel del Monte. Jedyne miejsce, które wydawało się połączone z rodziną. Sza-leństwem byłoby oczekiwać, że czekający gdzieś tam cień duszy Małgorzaty, od wieków przywołujący swoją progeniturę, okaże się ostoją i substytutem rodziny, jednak Ami – gdzieś w głębi nie całkiem trzeźwo myślącego umysłu – miała właśnie taką nadzieję. Zjawi się na ośmiokątnym dziedzińcu, a Małgorzata zrobi coś takiego, że znikną ból i samotność, a w ich miejsce zjawi się jakieś uniwersalne rozwiązanie i siła do dalszego życia. Odda perły, pozbawiając się dopalacza mocy, ale zyska coś, co wskaże jakiś sens tego wszystkiego, co wydarzyło się na Kopcu. A przy okazji będzie wiedziała, jak ma sobie poradzić z Diegiem.
Odpychała od siebie ciągle moment, kiedy powinna sen-sownie i racjonalnie pomyśleć o tym, komu teraz podlega kuzyn i czyje wypełnia rozkazy, i – przede wszystkim – dlaczego chłopak wszedł w taki układ. Bo fakt, że zrobił to, ratując jej życie, cholernie komplikował jej proste rozwiązanie, by móc go znienawidzić. I nie szarpać się dłużej ze świadomością, że Diego był gdzieś tam z Perunem, miał go w zasięgu ręki (czy raczej w jego przypadku: kłów) i nic, ale to nic nie mógł zrobić; że wstydziła się sama przed sobą przyznać, jak bardzo za nim tęskniła i nie za bardzo wiedziała, jak ta ich historia miałaby się skończyć, jeśli zawsze będzie nad nimi wisiała sprawa śmierci Adeli.
Tak więc wybrała sobie cel tej bezsensownej podróży – Włochy, Bari. Były święta Bożego Narodzenia, zatrzymała się w jakimś przydrożnym barze, przy granicy austriac-ko-włoskiej, w małej wiosce, którą wybrała tylko ze względu na znajomo brzmiącą nazwę – Arnoldstein, i zapłakana próbowała coś pisać w swoim brulionie. Było wczesne po-południe, ludzie siedzieli w domach, przy choinkach, i wściekali się na swoje rodziny, pod wpływem przedawkowania cukru w słodyczach dzieciaki roznosiła energia, a ona z uporem starała się nie słyszeć myśli właściciela zajazdu. Już wiedziała, że nie może wynająć tutaj pokoju, że musi jechać gdzieś dalej, ale wzdrygała się na myśl o tym, by wsiąść teraz do zaśmieconego pustymi kubkami po kawie i opakowaniami po hamburgerach samochodu, który stał się jej domem, czyli jedynym stałym punktem w życiu. Dwa gnomy, siedzące parę stolików dalej, nie spuszczały z niej oczu, ale nie odważyły się zbliżyć. Nawet idąc po kolejne piwo do baru, robiły duży łuk, by ją ominąć. Odruchowo potarła perły palcami, przypominając sobie, że to jedyna rzecz łącząca ją z Adelą. I wtedy łańcuch skojarzeń doprowadził ją do tego szalonego przekonania, że powinna znaleźć się na wzgórzu z ośmiokątną warownią, odnaleźć ileś-tam-razy-prababkę i poczuć, że znowu ktoś się nią opiekuje. Bo kiedy ma się osiemnaście lat, to bardzo ciąży upierdliwa opieka matki i człowiek chce udowodnić światu, że jest dorosły i sam może sobie świetnie dawać radę. Ale tylko do momentu, aż wymordują ci rodzinę, pozbawią cię domu i prawa do przebywania we własnym kraju. Tak, wtedy punkt widzenia trochę się zmienia. Wtedy osamotnienie i brak poczucia, że komuś na tobie zależy, zaczynają wywoływać coś w rodzaju paniki. Najlepszy przyjaciel nie odbierał telefonu od miesiąca, a ostatnio nawet, kiedy próbowała się do niego dodzwonić, usłyszała, że nie ma takiego numeru. Odrzucenie ze strony Andrzeja bolało. Jednocześnie multum telefonów od Anki i reszty znajomych (których nie chciała odebrać) drażniło ją tylko, bo podejrzewała, że Andrzej zdradził ją i wypłakiwał się teraz w rękaw reszcie znajomych, którzy czuli się w obowiązku zadzwonić i opieprzyć ją, że to on cierpi przez nią. Bo go zostawiła. Raz nawet zadzwoniła babcia Andrzeja, ale Amelia nie odważyła się odebrać. „Jeśli sam nie odbiera telefonów, niech nie załatwia tego przez osoby trzecie, bo ja jestem obecnie w jeszcze większej dupie niż on".
Co z tego, że nagle mogła robić, co jej się żywnie podobało? W dodatku mając karty kredytowe i bankomatowe, które nie pozwolą ani umrzeć z głodu, ani stać się bezdomną z przymusu? Nie interesowała się limitem na kartach, nie chciała dzwonić do Pawła, starszego pana, którego zadaniem po śmierci jego pracodawczyni (i chyba przyjaciółki) było zadbanie o finansową stronę życia jej wnuczki. Dlatego zawsze, płacąc za benzynę czy kawę, przeżywała moment stresu, czy karta nie zostanie odrzucona. Dopiero po tygodniu tułaczego życia wpadła na genialny w swej prostocie pomysł wypłacania co jakiś czas gotówki, by wiedzieć, na czym stoi. Uporczywie wstrzymywała się jednak ze sprawdzaniem stanów kont, jakby ciekawość, na ile może sobie pozwolić, jak bardzo babcia ją zabezpieczyła – miała umniejszyć jej żałobę.
Więc wtedy, w drugim dniu świąt, w zajeździe w Arnoldstein, dokonała pierwszego świadomego wyboru trasy. I zaczęło jej się śpieszyć. Wstała nagle, wprawiając kiwające się nad piwem gnomy w panikę, pozbierała ze stolika swoje rzeczy i wybiegła na mroźne powietrze grudniowego zmierzchu. Zanim włączyła silnik, machnięciem dłoni wyrzuciła wszystkie śmieci z przednich siedzeń i podłogi – na tylne siedzenie. Chuchając co chwilę w dłonie, czekała, aż obudzony GPS zacznie kontaktować.
Wiedziała, że czeka ją nocna jazda, a od jakiegoś czasu jej unikała, dokładnie od momentu, kiedy, chcąc wyminąć wrak stojący w poprzek autostrady pod Budapesztem, o mały włos nie spowodowała wypadku. Nocami trudniej jej było odróżnić elementy świata żywych od błąkających się przy drogach widm albo dziwnych gości hotelowych w różnym stopniu rozkładu. Z niepokojem zauważała też natarczywą chęć zbliżenia się do niej wszelkich istot, które funkcjonowały w świecie żywych, tych zasymilowanych demonów wszystkich stopni, proekologicznych boginek źródeł, pól i łąk, strumyków i basenów publicznych, udomowionych wilkołaków i prostytuujących się wampirów. Każde jej wejście do pomieszczenia, gdzie ktoś taki przebywał, kończyło się nieprzyjemną sytuacją, kiedy delikwent nie mógł opanować się, by nie podejść jak najbliżej, chociaż widziała w jego oczach panikę i przerażenie. Jakby była potężnym magnesem. Zawsze jednak strach wygrywał i w ostatniej chwili każdy z nich uciekał. Czasami zdarzało się to na pustych stacjach benzynowych, ale czasami w zatłoczonym barze przy autostradzie. Kiedy przestała się tak bardzo bać takich akcji, bywało to po prostu dziwaczne. Na przykład któregoś dnia zaatakowała ją kobieta, której mąż na widok Amelki najpierw wstał od stolika, z hukiem odrzucając krzesło, podbiegł do niej, a potem z obłędem w oczach wybiegł z restauracji.
* * *
A przestała się bać, bo po paru takich zdarzeniach za-dzwoniła do Diega. Pierwszy raz od ich rozstania w Wiedniu. Oczywiście codziennie miała dwa nieodebrane połączenia od kuzyna, zawsze w tych samych godzinach (przypuszczała cynicznie, że chłopak ma włączony „przypominacz" w telefonie). Nieodbieranie sprawiało jej wielką, dziecinną wręcz satysfakcję. Kiedy pewnego dnia telefon nie zadzwonił o stałej porze, prawie wpadła w panikę, ale zaczekała do następnej stałej godziny, a wtedy komórka odezwała się jak zawsze. Pogratulowała sobie, że wtedy nie spanikowała i nie zadzwoniła.
Za to spektakularnie i infantylnie pękła, kiedy pewnej nocy trzy wampiry zaczęły ją okrążać podczas tankowania benzyny na małej stacji przy bocznej drodze. Najpierw trzymały się z daleka, zerkając na nią zza rogu, a potem, jakby chcąc odbiec, rzuciły się w stronę drogi, ale nagle skręciły, zataczając koło. Zbliżały się do niej, jak wilki osaczające ofiarę, w przeraźliwej ciszy, bez słowa, nie spuszczając z niej wzroku. Zamykała wlew paliwa, zastanawiając się, czy ma udawać, że nic się nie dzieje, i iść zapłacić za benzynę, czy wskoczyć do samochodu i uciekać. Wtedy poczuła, że coś się w niej zmienia, traci ostrość widzenia przez różowawą mgłę. I przestraszyła się jeszcze bardziej, bo znała już to uczucie. Tak było wtedy, na Kopcu, kiedy pozwoliła, by adrenalina zapanowała nad jej ciałem i zaczęła zabijać, zbyt sprawnie, zbyt profesjonalnie jak na niedoświadczoną w walce czarownicę. I czuła się przy tym niepokojąco fantastycznie.
Wyprostowała się i odwróciła w kierunku budynku. Wampiry zatrzymały się niepewnie. Kiedy zrobiła pierwszy krok, cofnęły się. Z każdym pokonanym metrem czuła się coraz pewniej, ale kiedy zapłaciła już i znalazła się z powrotem w samochodzie, ręce trzęsły jej się tak, że ledwo zapaliła silnik. Światła stacji nie zniknęły jeszcze w tylnym lusterku, kiedy miała już telefon w dłoni. Odebrał po drugim sygnale, ale odezwał się dopiero po kilku sekundach.
– Ami...? Ami, to ty? – powiedział szeptem. Oddychał cięż-ko.
– Diego, nie wiem, co się dzieje, prawie zaatakowały mnie wampiry. Przecież minęło już osiem tygodni, nie mam tej świeżej krwi... Ale to nie pierwszy raz, wszyscy się na mnie gapią i podchodzą jak najbliżej mnie. Boję się, Boże, jak ja się boję. I teraz jeszcze ta mgła na oczach. Ja chciałam, żeby zaatakowały, ja chciałam zabić, rozumiesz? Co mam robić? Kurwa, co ja mam robić..?! – Przerwała, by wytrzeć rękawem mokry, spuchnięty od płaczu nos.
Diego chwilę ciężko oddychał, jakby szedł pod górę. Wreszcie się odezwał:
– Dlaczego nie odbierasz ode mnie telefonów? – nadal mówił szeptem, ale wydawało się, że chciał to wykrzyczeć ze zniecierpliwieniem. – Od miesiąca się nie odzywasz, nie wiedziałbym, czy żyjesz, gdyby nie nadajnik w samochodzie i wyciągi z kont. Jesteś tak cholernie nieodpowiedzialna! Pomyślałaś chociaż przez chwilę, że ja się zamartwiam o twój cholerny tyłek?!
Kończąc, podniósł już głos. Ktoś obok niego syknął ostrze-gawczo i chłopak znowu zaczął mówić gorączkowym szeptem:
– Jeździsz jak popierdolona tam i z powrotem po Europie, przez to pieprzone Schengen, nawet nie wiesz, kiedy przekraczasz granice i gdzie jesteś... Miałaś tylko dojechać sama do Grenady. To takie, kurwa, trudne..?!
– Czy ty, do cholery, słyszysz, co mówię?! Coś każe mi zabijać, wszyscy się na mnie gapią, zbliżają się, chcą mnie zabić...! Nie jeździłabym po czwórce, bo mnie wywiozłeś z Polski! – Tamta panika zaczęła znikać, robiąc miejsce złości na Diega. Znała go jednak na tyle, że gdzieś podświadomie już się uspokajała samym faktem, że chłopak po wysłuchaniu jej w ogóle się nie przejął jej sytuacją. Ale mógł przynajmniej powiedzieć choć jedno uspokajające słowo. – Co się dzieje? Dlaczego wszyscy nienormale chcą się na mnie rzucić?
– Jakby chcieli, toby się rzucili i byłby przynajmniej spokój. – Odetchnął głębiej. – Masz na sobie perły?
Odruchowo dotknęła ciemnych koralików na szyi.
– Taaak...?
– Ja pier... No idiotka. Mówiłem, że idiotka. Mistrzostwo świata, szczyt głupoty. Szczyt szczytów. Artefakt wzmacnia twoją moc, równocześnie sprawia, że jesteś jak wielki neon z napisem: „Dotknij mnie, ale możesz się sparzyć". Albo bardziej: „Dotknij, dotknij, dotknij!". Naprawdę uważasz, że każdy demon czy wilkołak musi mieć odruch zabijania każdej napotkanej wiedźmy? Przecież to normalni ludzie! – Urwał i powiedział coś szybko i niezrozumiale do kogoś obok siebie, zakrywając telefon. – Ami, ściągaj te perły! Schowaj je w samochodzie. Jeśli nie będą miały z tobą bezpośredniego kontaktu, będą martwe. Mogą się aktywować, tylko kiedy ich dotkniesz albo umieścisz w źródle. Właśnie... Uważaj, żebyś nie wjechała z perłami do czyjegoś źródła, bo będziesz miała przesrane!
– A dlaczego, cholera, nikt mi tego nie powiedział wcze-śniej?! Dlaczego ty mi nie powiedziałeś, co może się dziać?! Skąd mam wiedzieć, że wchodzę w czyjąś granicę? – Była już spokojna, nawet nie chciało jej się z nim kłócić.
– Poczujesz. Będzie cię odpychać. Mówiłem, Ami. Mó-wiłem ci wszystko w Wiedniu, kiedy... – Nie dokończył.
Jego głośny oddech w telefonie i jednostajny szum silnika.
– Teraz za bardzo nie mogę, ale chciałbym... – zaczął spokojnie, ale gdzieś koło niego zaczęło się jakieś zamieszanie, słychać było odległe wrzaski. – Muszę kończyć, zadzwo... – Rozłączył się.
I w ten sposób, nie uspokajając jej ani trochę, nie wspierając żadnym: „wszystko będzie dobrze" albo „błagam cię, uspokój się, oddychaj i nie daj się zabić" – sprawił, że przestała się bać. I pierwszy raz przemknął jej cień, malutki cień myśli, że wcale nie jest sama, a wyrzucanie Diega ze swojego życia to nie był akt szaleńczego poświęcenia miłości na ołtarzu pamięci matki i babci, tylko głupio niebezpieczne zachowanie. Ale to był tylko cień, który zaraz zniknął. Podczas tej rozmowy usłyszała coś, co dziwnie przyjemnie się jej skojarzyło. To nie był sam Diego, to jakieś słowo, myśl albo nawiązanie. Taka mała gwiazdka, która zapaliła się ciepłym światłem i zaraz zgasła. Przypomni sobie później.

* * *
Ustawiając GPS przed małym zajazdem w Arnoldstein, była już trochę mądrzejsza o tę wiedzę, którą łaskawie podzielił się z nią Diego, i o parę własnych doświadczeń. Fakt, perły działały jak magnes na wszelkiego rodzaju stworzenia żyjące nie całkiem ludzkim życiem, ale jak dotąd nikt nie próbował zbliżyć się na tyle, by ją przerazić. Co bardziej cywilizowane formy czy osobniki trzymały się na odległość, bacznie ją jednak obserwując. A pereł nie ściągnęła, bo... za bardzo się bała, że w sytuacji zagrożenia nie poradzi sobie bez dopalacza, który sprawiał, że ciało samo reagowało na podnoszącą się adrenalinę, stając się czymś w rodzaju podręcznej maszyny do samoobrony. Nawet nie dopuszczała myśli, że stawało się maszyną do zabijania. Była zbyt przerażona swoją obecną sytuacją, by pozwolić sobie na małe dylematy etyczne.
Od tamtej rozmowy z Diegiem znowu konsekwentnie ignorowała jego telefony, ale satysfakcja z tego powodu już nie była taka jak wcześniej. Była pewna, że za jakiś czas pewnie sama do niego zadzwoni, kiedy sytuacja ją przerośnie. Bo musiała mieć kogoś, do kogo mogłaby zadzwonić...
Do Castel del Monte miała około tysiąca kilometrów, jakieś dziesięć godzin drogi. Włączyła odtwarzacz, ale po chwili stwierdziła, że nie da rady po raz enty słuchać tej samej playlisty, więc przełączyła na radiowe świąteczne „dżingelbelsy". Nie brzmiały już tak bardzo przygnębiająco, ale po chwili przerzucania stacji znalazła jakąś nadającą rzewne kawałki z lat siedemdziesiątych. Ruszyła więc galopem po pustyni, na koniu bez imienia, z zespołem America. Droga wzdłuż Adriatyku wyglądała w GPS-ie całkiem ciekawie.