wrzesień 24, 2021

wtorek, 18 luty 2020 22:27

Kocham się bać - słów kilka o literaturze grozy

By 
Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Literaturze grozy przypięto łatkę niewymagającej, trywialnej, czasem wręcz prymitywnej, co jest krzywdzące zarówno wobec tworzących ją pisarzy, jak i sięgających po nią czytelników. W końcu horror horrorowi nierówny, a obok nieskomplikowanych historii, których siłą napędową jest ilość tryskającej krwi, mamy całą gamę powieści, które naprawdę potrafią wbić w fotel i pozostać w pamięci na długie lata.

Klasycznie i gotycko
Wszystko zaczęło się od powieści gotyckiej, która do tej pory ma liczne grono fanów. Tajemnicze zamczyska i domostwa, kryjące się w nim stworzenia rodem z koszmarów bądź też skrzywdzone i szukające ukojenia zbłąkane dusze pobudzają wyobraźnię już od ponad dwustu lat. W wydawaniu klasyki grozy na polskim rynku nie ma sobie równych wydawnictwo Vesper. Sięgając do korzeni gatunku, warto zaopatrzyć się wydanych przez nich Draculę Brama Stokera, Frankensteinem Mary Shelley, opowiadania Edgara Allana Poego oraz niepokojące zbiory H.P. Lovecrafta. Ich lektura raczej nie przerazi współczesnego czytelnika, ale każdy fan grozy powinien je znać. I nie da się ukryć, nadal mają w sobie to “coś”.

Klasyki ciąg dalszy
Liczne nowsze pozycje także zostały już zakwalifikowane do klasyki horroru i tym nie sposób odmówić siły rażenia. Większość z nich została zekranizowana, dlatego niektórzy fani grozy znają je głównie z filmowych adaptacji, a szkoda, bo książkowe pierwowzory potrafią poruszyć wyobraźnią tak, że niejedna noc może być potem stracona (najpierw dla lektury, a potem by poradzić sobie z jej konsekwencjami).
Jakie tytuły warto tu wymienić? Na pewno nie może zabraknąć Egzorcysty Williama Petera Blatty’ego, Adwokata diabła Andrew Neiderman, Inwazji porywaczy ciał Jacka Finneya czy Dziecka Rosemany Iry Levina.

Król jest jeden
Za niekwestionowanego mistrza horroru uważa się Stephena Kinga, którego powieści od kilkudziesięciu lat mrożą krew w żyłach czytelników. Wystarczy wspomnieć Miasteczko Salem, To, Worek kości, Cmętarz zwieżąt czy Rękę Mistrza. Jednak mimo że jestem wielką fanką autora (a może właśnie dlatego), powyższe stwierdzenie uważam za krzywdzące - przekrój gatunkowy przez twórczość Kinga jest tak szeroki i ma on na koncie tak wiele świetnych powieści, które trudno nazwać horrorami, że jest on fenomenem w ogóle, a nie tylko na obszarze literatury grozy. Jednego nie można mu na pewno odmówić - Mistrz potrafi przykuć uwagę i wywołać ciarki w prawie każdy możliwy sposób, poczynając od typowych motywów paranormalnych (duchy, wampiry, potwory) po obrazowe przedstawienie zła tkwiącego w człowieku, co właściwie przeraża jeszcze bardziej.

A może jednak nie?
Na Kingu jednak literacki horror się nie kończy. Po piętach depcze mu już równie utalentowany syn, Joe Hill (Rogi, NOS4A2, Strażak), a i drugi, Owen King, co pewien czas prezentuje swoją twórczość (do spółki z ojcem wydał m.in. Śpiące królewny). Mówiąc o współczesnym horrorze nie można ominąć Petera Strauba (Upiorna opowieść), Jacka Ketchuma (Dziewczyna z sąsiedztwa, Potomstwo, Rudy) i oczywiście Dana Simmonsa (Terror, Drood, Letnia noc).

Europejski horror również jest wart uwagi. Michelle Paver jest znana z klimatycznych powieści grozy, których akcja toczy się w odciętych od reszty świata, niedostępnych regionach (Przepaść, Cienie w mroku). John Ajvide Lindqvist niepokoi takimi historiami jak Wpuść mnie czy Ludzka przystań. Coraz głośniej robi się także o słowackim autorze Josefie Karice. Jak dotąd miałam okazję przeczytać jedynie jego Strach, ale Szczelina także zebrała dobre opinie, a w najbliższym czasie ma się także ukazać Ciemność.

Groza w polskim wydaniu
Polska groza ma się naprawdę całkiem dobrze i cieszy mnie, że nieustannie przybywa obiecujących autorów. W moim subiektywnym rankingu na pierwszym miejscu plasuje się Piotr Kulpa z niepokojącym T.T. oraz trylogią Pan na Wisiołach. Swego czasu mianem “polskiego Stephena Kinga” raczej na wyrost okrzyknięto Stefana Dardę, autora bardzo dobrego Domu na Wyrębach oraz nieco słabszego Czarnego Wygonu. Ostatnio szturmem popularność zdobył także Artur Urbanowicz, serwując czytelnikom Inkuba oraz Gałęziste, chociaż muszę przyznać, że mimo potencjału, który w nich dostrzegam, nie do końca rozumiem fenomen popularności autora. Od siebie dodałabym jeszcze obiecującego Jakuba Bielawskiego i jego Ćmę.

Udaną przygodę z horrorem sporadycznie zaliczają także pisarze kojarzeni z innymi gatunkami. Warto tu wspomnieć Domofon Zygmunta Miłoszewskiego czy Miasteczko Non Stead Marcina Mortki. Nie ukrywam, że chętnie przeczytałabym więcej ich powieści utrzymanych w klimacie grozy.

Dobrze jest się czasem bać

To jedynie ogólny zarys tego, co kryje w sobie literatura grozy. Można potraktować wymienione tu powieści jako punkt wyjścia do odkrywania kolejnych perełek. Dlaczego? Ponieważ dobrze jest czasem odczuć kontrolowany strach i poodkrywać nowe czytelnicze rejony. A poza tym, to czysta przyjemność usiąść wieczorem w fotelu, gdy po ścianach pełzają już cienie, a za oknem wieje wiatr i zanurzyć się w świat, gdzie nie wszystko jest oczywiste. Prawda?