grudzień 01, 2022

Rezultaty wyszukiwania dla: 2015

Międzynarodowe Targi Gdańskie SA zapraszają do Centrum Wystawienniczo-Kongresowego AMEREXPO w Gdańsku, gdzie w dniach 21-22 listopada odbędą się 4. targi Gra i Zabawa, 11. edycja Trójmiejskich Spotkań z Grami Planszowymi - Festiwal Gramy oraz Festiwal Czytamy.

Dział: Konwenty
piątek, 06 listopad 2015 13:59

Łowca czarownic

„Łowca czarownic" nie został ciepło przyjęty przez krytykę. Vin Diesel, miałka fabuła, słabe efekty specjalne – to główne zarzuty większości recenzentów. Ja jednak tych wad nie odnalazłam podczas seansu. Znalazłam za to ciekawą wizualnie produkcję, wykorzystującą niebanalne spojrzenie na świat przedstawiony, z aktorem, który stworzył sympatycznego bohatera i bardzo zaangażował się w swoją rolę.

Kilkaset lat temu wybuchła wojna pomiędzy czarownicami, które chciały pogrążyć Ziemię w chaosie, a ludźmi. Dzięki jednej walce udało się unicestwić zły sabat. Kaulder (VIn Diesel), Łowca Czarownic, zdołał zabić ich królową. Jednak tuż przed śmiercią rzuciła na niego klątwę nieśmiertelności. Kaulder żyje już 800 lat i od tylu też tropi czarownice, które łamią pakt pomiędzy ludźmi a magicznymi stworzeniami. Pomaga mu w tym Dolan (Michael Caine/Elijah Wood), którą to funkcję od samego początku istnienia Łowcy Czarownic pełnią członkowie Zakonu. Gdy jeden Dolan odchodzi na emeryturę i ma go zastąpić kolejny, dochodzi do tragedii. Wrogi sabat staje się zagrożeniem dla istnienia ludzkości. Czy Łowcy Czarownic po raz kolejny uda się go uratować?

W filmie magia przeplata się z naszą rzeczywistością w bardzo konsekwentny sposób. Czarownice żyją obok ludzi, lecz na nich nie wpływają. Niektórzy balansują na granicy tego, co nielegalne, z tym co legalne, pomagając za sprawą magii osiągnąć sukces. Oczywiście wszystko jest w cenie. Twórcy bardzo interesująco przedstawiają w produkcji iluzję. Wchodzenie w sny innych bohaterów, przeplatanie się dwóch światów, a nawet walka w dwóch... czasach, które wzajemnie się przenikają. Sięgnięto również do elementów baśniowych, których najmocniejszym wyrazem jest dziecko, które odkrywa drzewo, na którym rosną żelki.

Twórcy nie decydują się na to, aby wyjaśniać widzom świat przedstawiony od podstaw lub nawet w podstawowym zakresie. Odbiorca zostaje w niego po prostu wrzucony. Cieszy to, że nie zostajemy obarczeni tuzinem wytłumaczeń na temat funkcjonowania świata czarownic, jakiego rodzaju mają moce, jak mogą rzucać zaklęcia, co jest dozwolone w związku z paktem, a co nie. Otrzymujemy garść informacji ze zdarzeń, w których uczestniczy Łowca, z kilku scen – dokładnie tyle, ile potrzeba, aby zrozumieć fabułę.

Vin Diesel znacząco przyłożył się do efektowności obrazu. Nieważne, w czym gra, w jakiego bohatera się wciela, zawsze zaangażowany jest w stworzenie swojej kreacji; ma w sobie także sporo z typowego geeka. Tym razem odgrywa postać, która jest niezwykle sympatyczna, a przy tym samotna, nieco znudzona swoją nieśmiertelnością. Co ciekawe, „Łowca czarownic" jest pewną wariacją na temat „Dungeons & Dragons", w którą to grę amerykański aktor uwielbia grać. Tym bardziej nie dziwi więc, że dał z siebie wszystko. Mimo, że nie jest aktorem oscarowym (choć nikt nie wie, co przyniesie przyszłość), to jeden z tych artystów, którzy zasługują na szacunek odbiorców swoją postawą oraz zaangażowaniem. Na ekranie towarzyszy mu Rose Leslie, która wciela się w czarownicę Chloe. Pomimo, że aż czekamy na pocałunek, na to, aż się w sobie zakochają czy padną między nimi jakieś pompatyczne deklaracje, nic takiego się nie dzieje. W tym aspekcie twórcy trafili w dziesiątkę. Elijah Wood pasuje do roli adepta i wydaje mi się, że został stworzony do wcielania się w takie postaci – początkujących, dopiero się uczących młodych ludzi. Michael Caine po raz kolejny wciela się w swego rodzaju mentora – aktorsko najlepiej prezentując się z całej obsady. Właściwie wszystkie postaci budzą sympatię oraz ciepłe uczucia.

„Łowca czarownic" to także obraz atrakcyjny wizualnie. Najbardziej utkwił mi w pamięci obraz drzewa czarownic prezentowany z dalszej perspektywy, a także jego wnętrze. Ciekawość budzi nawet płonący miecz, który jest główną bronią Łowcy. Dodajmy do tego jeszcze na przykład chmarę owadów zwiastujących zarazę. A to tylko te, które zapamiętałam. Takich elementów, dobrego wykorzystania efektów specjalnych oraz ujęć można w tym obrazie znaleźć całe mnóstwo.

Nie rozumiem, czemu ten film został tak negatywnie odebrany przez krytykę. To rozrywka na przyzwoitym poziomie, zawierająca w sobie wszystko, co zawierać powinno porządne fantasy. „Łowca czarownic" zaskakuje nie tylko zdjęciami oraz efektami specjalnymi, ale także podejściem do wprowadzenia odbiorcy w świat przedstawiony. Warto więc go obejrzeć z kilku powodów, a jak i one nie są dla Was wystarczające to poświęćcie mu nieco czasu chociażby po to, aby się przekonać, czy zawsze należy słuchać opinii większości.

Dział: Filmy

Literacki fenomen, o którym pisały największe amerykańskie gazety. „New York Times" porównywał go do „Igrzysk śmierci", „Harry'ego Pottera" i „Gry o tron". Na pięć gwiazdek oceniły go dziesiątki tysięcy użytkowników Amazona i Goodreads. Książkę gorąco przyjęli czytelnicy na całym świecie. Bijąca rekordy popularności powieść Saby Tahir doczekała się polskiej premiery. „Ember in the Ashes. Imperium ognia" na długie godziny przygwoździ do foteli wszystkich fanów powieści z gatunku young adult i fantasy.

Dział: Książki

Naostrzcie czerwone kredki. Polska premiera pierwszej książki do kolorowania dla miłośników „Gry o tron" już 4 listopada. Już od pewnego czasu zestaw kredek i książeczka do kolorowania na stole to niekoniecznie sygnał, że w mieszkaniu są małoletni. Odkąd kolorowanki dla dorosłych wydaje Penguin Random House, a we Francji sprzedają się lepiej niż książki kucharskie, proste szablony są zastępowane przez coraz bardziej wyrafinowane obrazy.

Dział: Książki

W księgarniach dostępna już jest najnowsza powieść Stefana Dardy "Zabij mnie, tato". Autor m.in. cyklu grozy "Czarny Wygon" tym razem prezentuje nam mocny thriller. Powieść ukazała się pod patronatem Secretum.

Dział: Patronaty
wtorek, 03 listopad 2015 02:21

Chłopcy 4. Największa z przygód

Przygoda z Zagubionymi Chłopcami dobiega końca. Nie pozostaje nam nic innego, jak zaprosić Was na jej wielki finał! Już 4 listopada do księgarń trafią Chłopcy 4. Największa z przygód. Będziecie mogli przekonać się na własne oczy, jak kończy się historia najbardziej niecodziennego klubu motocyklowego złożonego z dawnych towarzyszy Piotrusia Pana. Seria Jakuba Ćwieka Chłopcy ukazuje się od 2012 roku nakładem Wydawnictwa SQN.

Dzwoneczek musi za wszelką cenę odnaleźć swoich chłopców i przywrócić im właściwe wspomnienia. Tylko razem mają szansę wygrać starcie z bezwzględnym Lubym i pragnącym zemsty Piotrusiem Panem. Zapnijcie pasy, bo właśnie zaczyna się największa z przygód!.

czwartek, 29 październik 2015 16:15

"Hardboiled" - fragment i zwiastun

Od kilku dni w sprzedaży dostępna jest już antologia opowiadań "Hardboiled", która ukazała się nakładem wydawnictwa Gmork.

Dział: Patronaty
niedziela, 25 październik 2015 21:06

Crimson Peak. Wzgórze krwi

Tylko po dwóch filmach w życiu odczuwałam fizyczny ból zawodu. Pierwszym z nich był „Prometeusz", drugim okazało się „Crimson Peak". Po ciosie ze strony Ridleya Scotta czekałam kilka dni nim napisałam recenzję. Dałam sobie czas na żałobę, na przetworzenie wszystkich złych emocji. Pozwoliłam sobie cierpieć i opowiadać o swoim cierpieniu. Chciałam być mniej emocjonalna w swoim tekście, chciałam wszystko sobie poukładać i możliwie najobiektywniej opisać to, co zobaczyłam. Nie powtórzę tego błędu w przypadku „Crimson Peak". Egoistycznie zamierzam przelać ten ból na innych. Wlać w tę recenzje wszystkie moje oczekiwania i nachalne wtłaczanie do umysłu podczas seansu mantry: to nie jest takie złe, to nie jest takie złe, to nie jest takie złe, to nie jest...

Edith Cushing (Mia Wasikowska) jest początkującą młodą pisarką, wiodącą dostatnie życie. Gdy wkracza w nie Thomas Sharpe (Tom Hiddleston) wszystko staje na głowie. Jednak ojciec (Jim Beaver) nie jest przychylny temu związkowi – kawaler nie ma bowiem nic do zaoferowania. Dla skazanego na porażkę związku przychodzi ratunek w najtragiczniejszej z form. Kiedy ginie ojciec dziewczyny, para pobiera się i wyprowadza do włości Sharpe'a i jego siostry. Zrujnowany dom okazuje się skrywać wiele tajemnic, tak jak i jego właściciele. Wkrótce Edith odkrywa najmroczniejsze z jego sekretów.

To kostiumowy melodramat czy po prostu film kostiumowy? Kostiumowy dramat psychologiczny pełen omamów? A może jednak horror tak, jak zapowiadał to Guillermo del Toro? Gdyby zdecydować się na pierwszą z propozycji i ukierunkować fabułę zupełnie inaczej, pozbawiając ją horrorowego wątku i sekretów rodzeństwa, który stanowi dla widza jedynie tajemnicę Poliszynela, jakże oczywistą od pierwszych minut intrygę, może dałoby się rzecz uratować. Najlepszą bowiem sceną „Crimson Peak" jest romantyczny dramat z początków obrazu. W obecnej formie to po prostu kiepskie kino o niejasnej gatunkowości, w którym stracono wszystkie z szans i zmarnowano solidny potencjał – aktorski, scenograficzny, fabularny a nawet klimatyczny. Nielogiczna, zupełnie nieskomplikowana, a na domiar wszystkiego nudna historia, to jednak tylko kropla w morzu łez, jakie chciałoby się wylać nad tą produkcją.

Niełatwo powiedzieć, czemu przyznać pałeczkę pierwszeństwa, gdy chodzi o zadawanie ciosów i wydzieranie widzowi serca. Z pewnością trudno przełknąć niewykorzystaną przestrzeń kadrów, które mogłyby nawet odwrócić uwagę od niedoskonałości scenariusza, gdyby zamiast zepchnąć je na najdalszy z planów pozwolić im w filmie faktycznie zagrać. Zrujnowane zamczysko pośrodku niczego; pełne mrocznych, gotyckich zdobień i kolców; ukryta pod nim kopalnia, stanowiąca niemal odrębny, miękki i kleisty byt, sugerujący rozkład; przeciągi ożywiające ogień; trzeszcząca złowieszczo winda oraz pomieszczenia o nietypowej konstrukcji ścian, które przypominają ogromnych rozmiarów trumnę i, największy z niewykorzystanych atutów, śnieg barwiony miedzią na krwistoczerwony kolor. Tymczasem dobrych i klimatycznych efektów działań operatora można naliczyć raptem kilka. Nastrój, który powinien stworzyć się sam, bez szczególnej ingerencji ekipy filmowej, skonał na moich oczach.

Nie pomogła mu także, mająca zwykle władzę nad życiem niczym dosercowa adrenalina, muzyka, opierająca się właściwie na powtarzaniu jednego tylko, krótkiego utworu. Idealnie pasowałby on może do kina kostiumowego o średnim budżecie, kolejnej ekranizacji Jane Austen lub innego romansu. Tutaj, gdy te same nuty rozbrzmiały po raz kolejny, miałam wrażenie, że oglądam rodzaj skeczu; że ktoś sobie ze mnie żartuje; że właściwe „Crimson Peak" dopiero się rozpocznie.

Podobne uczucia budziła we mnie gra aktorska, zwłaszcza Toma Hiddlestona, który sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz wybuchnąć śmiechem. Szczególnie tragiczna w sensie beznadziejności okazała się scena zbliżenia bohaterów, gdy ostatecznie poddałam się zażenowaniu i goryczy. Nie tylko ja. W kinowej sali dało się słyszeć na siłę tłumiony chichot. Nie popisała się także Mia Wasikowska, której rozwinięcie skrzydeł z pewnością utrudniła stylizacja, łudząco podobna do tej, jaką zaprezentowała w „Alicji z krainy czarów". Wszyscy jednak aktorzy z miejsca skazani byli na porażkę. Dialogi były bowiem tak sztywne, tak nienaturalne i tak przekombinowane, że ostateczny efekt należy uznać za sukces.

„Crimson Peak" to produkcja przewidywalna i rażąca kiczem w stylu „Zamczyska w Otranto". Być może w XIX wieku ktoś wziąłby ją na poważnie, jednak teraz da się o niej myśleć jedynie jako o niewypale. Ogrom zmarnowanego potencjału sprawia fizyczny ból i zostaje z widzem długo po seansie. Wielomiesięczne oczekiwanie i pozytywne nastawienie, brutalnie zduszone już w pierwszych minutach, to kolejna szpila prosto w serce. Niestety, najwyraźniej ostatni walc Guillermo del Toro z kampem, kiczem i pastiszem, musiał dać efekty uboczne. Oto i one, w całej swojej okazałości, czyli „Crimson Peak".

Dział: Filmy
niedziela, 18 październik 2015 19:52

"Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" – zobacz plakat

Poznaliśmy oficjalny kinowy plakat do filmu „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy". Grafika została opublikowana na oficjalnym fanepage'u „Gwiezdnych Wojen" w serwisie Facebook. 20 października w sieci zadebiutuje zwiastun filmu, 19 października rozpocznie się natomiast przedsprzedaż biletów na film.

Dział: Kino
piątek, 16 październik 2015 20:55

Sicario

Denis Villeneuve wstrząsnął filmowym światem i widzami już co najmniej dwukrotnie. Przyszedł czas na zrobienie tego po raz kolejny. „Sicario" to doskonała sensacja, lecz  gdyby nie genialna warstwa realizacyjna, historia zaprezentowałaby się jak wiele innych. Reżyser stosuje podobne chwyty jak w „Labiryncie", lecz... ze zdwojoną siłą. Gdy już myślimy, że zwolnimy oddech, gdy nasze przypuszczenia okażą się trafne, bach, Villeneuve znów przypomina nam, żebyśmy się opamiętali i zapomnieli o schematach serwując kolejny zwrot akcji.

Młoda agentka FBI Kate Macer (Emily Blunt) pracuje w wydziale ds. porwań. Zaangażowana w swoją pracę zostaje dostrzeżona przez „górę". Przyłącza się do supertajnej akcji CSI mającej na celu pojmanie szefa wielkiego meksykańskiego kartelu narkotykowego. Agentka początkowo nie zna żadnych szczegółów operacji, a gdy zaczyna je stopniowo pokazać, okazuje się, że jej przełożeni i współpracownicy balansują na granicy prawa. Kate Macer wchodzi wraz z „konsultantem" agencji oraz całym zespołem w sam środek narkotykowego piekła.

Już początkowa sekwencja pokazuje, w jakim tonie rozegra się całość filmu. Początkowo mamy ciszę przed burzą, potem wtargnięcie FBI do podejrzanego budynku, a na koniec strzelaninę. Na koniec? Tu właśnie pokazuje się cały charakter i umiejętność prowadzenia narracji przez Villeneuve'a. Agenci znajdują jeszcze w ścianach zmasakrowane zwłoki w oszałamiającej ilości, a żeby przypadkiem widz nie poczuł się pewny swoich przypuszczeń, ostatecznie miejsce wybucha wraz z niektórymi policjantami. W takim charakterze rozgrywa się „Sicario". Odbiorca wciąż dostaje kolejne zastrzyki adrenaliny, aby napięcie nie zeszło z niego przez całe dwie godziny. Ba, najlepiej, żeby wciąż rosło, dopóki nie osiągnie kolosalnych rozmiarów.

Kate Macer stoi w opozycji do pozostałych bohaterów filmu, którzy w teorii również stoją na straży prawa.Ona wstąpiła do policji z powołania, z chęci ratowania świata. Jak widzimy po jej stroju, wyglądzie, zrezygnowała dla służby z samej siebie – wciąż nosi ten sam T-shirt, a jej włosy dawno nie widziały fryzjerskich nożyczek. Tym bardziej nie potrafi zrozumieć swoich nowych przełożonych oraz współpracowników. Jak mogą tak mocno naginać granice prawa, moralności? Czy oni jeszcze służą społeczeństwu? A może to tylko polityczna rozgrywka? To właśnie z jej perspektywy poznajemy policyjny, wykolejony świat. Zostajemy bombardowani informacjami, jak ona, zostajemy tak samo zaszokowani brutalnością.

Najnowsza produkcja Villeneuve'a to także produkcja świetnie zagrana. Emily Blunt doskonale oddaje frustrację swojej bohaterki, która szarpie się w nowej, brutalnej krainie. W stonowany sposób oddaje szok, zaskoczenie, świetnie kontrastujące z postawą reszty bohaterów. Josh Brolin, przeżywający teraz swoje 5 minut, odgrywa cynicznego, acz nieco zdesperowanego przełożonego, za to Benicio del Toro przeraża samym spojrzeniem, które łączy w sobie gniew i smutek.

Ten obraz nie byłby pełny, gdyby do znakomicie poprowadzonych aktorów i narracji nie dołączyły genialne zdjęcia. Od początku można podziwiać kunszt operatora, lecz najlepiej uwidacznia się w tych najlepszych scenach – zejścia do tunelu, szybkiej akcji w Juarez, a także samej prezentacji miasta zwanego Bestią. Dodać należy do tego muzykę, która szumi w uszach długo po zakończeniu seansu, potęgując wrażenie przygniatania widza do podłogi każdą kolejną sceną, a niekiedy nawet ujęciem.

„Sicario" to wyśmienite kino gatunkowe. Szybka, dynamiczna akcja to najbardziej sztampowa ze składowych tego obrazu. Brutalna, ponura w wymowie produkcja nie pozwala widzowi na choć chwilę oddechu, prezentując świat, który dla bohaterki jest nie do wyobrażenia, a co dopiero dla nas. Aż strach pomyśleć, czym następnym razem Denis Villeneuve'a wciśnie nas w fotel i nie wypuści przez kilkadziesiąt długich minut.

Dział: Filmy