czwartek, 30 kwiecień 2015 11:43

Bożena Tomaszek - Morgan

By 
Oceń ten artykuł
(1 głos)

Codziennie zakładam maskę, staje się nikim, by przeżyć. Dlaczego? Bo mam moc. Czuję ją. Zwłaszcza, gdy patrzę na ogień. Coś mnie wzywa, przyciąga do niego, zupełnie jakby i coś we mnie płonęło. Za każdym razem, gdy siedzę przy ognisku, zapalam pochodnię czy świecę, czuję to dziwne mrowienie w palcach i kłucie pod mostkiem. Teraz także.

Zajadam pieczeń i popijam piwo, siedząc z kompanami przy ognisku. Słońce dawno zaszło. Robota skończona, teraz czas na odpoczynek przed kolejnym pracowitym dniem, ale mnie jutro już tu nie będzie. Odbiorę zapłatę i ruszam dalej. I tak zabawiłem z tymi drwalami dłużej niż planowałem, a cel jest już blisko.

Rozglądam się w około. Wszyscy śmieją się i żartują. Nikt nie ma pojęcia, kim jestem. Umiem wtopić się w otoczenie. Zawsze umiałem.

Ktoś dorzuca drewna do ogniska. Ogień bucha. Iskry tańczą w powietrzu. Jeden płomień i spaliłbym ich wszystkich razem z całym lasem... ale wtedy sam bym zginął. Zdradziłbym się. Łowcy wytropiliby mnie i dopadli. Magowie nie mają łatwego życia, o ile w ogóle je mają. A wszystko przez te pospolite fioletowe kwiatuszki. Nawet tu mam ich pełno pod stopami. Wcześniej nosiły jakąś banalną, niewiele znaczącą nazwę, ale gdy się okazało jak wywar z nich działa na magów, zaczęto je nazywać Zielem Prawdy. Ziele to ujawnia i zniewala magów i tylko ich. Mag traci zmysły, jest jak zaklęty i ślepo wykonuje polecenia pana. Niszczy i zabija bez sprzeciwu. To najniebezpieczniejsza broń, jaką można zdobyć. Kto ma maga ma władzę, a mag nie ma nic. Okratowaną celę, łańcuchy i kajdany. Nicość i zniewolenie. Takie życie obdziera nawet z godności.

Dlatego magowie żyją w ukryciu i ja też tak żyję. Nie ujawniamy się. Nie zostawiamy śladów i tropów, które mogą do nas prowadzić. Przynajmniej ja nie zostawiam. Nigdy nie zwracam na siebie uwagi i nie daję powodów do podejrzeń. Nauczyłem się jak być nikim, jak być niewidzialnym...

— Hej Morgan, dzisiaj ty pilnujesz ognia.

— Pamiętam Bruno — posłałem kompanowi wymuszony uśmiech.

Nie cierpię nocnych wart. Gdy wszyscy śpią, jesteśmy sami, ja, ogień i pokusa. Pokusa, która rośnie z każdą chwilą i wzmaga głód. Głód mocy.

Patrzę na płomienie, na wirujące w mroku iskry i ta chęć aż pali mnie w środku, każe mi nimi zawładnąć. Podporządkować swej woli, ukazać swoją potęgę i zaspokoić głód... ale nie zrobię tego. Umiem trzymać swoje pragnienia na wodzy. Dziś już tak. Za takie błędy słono się płaci.

Moja historia jest prosta. Wszyscy moi bliscy nie żyją. Rodzice zginęli broniąc mnie i mojej siostry przed łowcami magów. Ja cudem ocalałem, ale moja rodzina nie. Od tamtej pory jestem sam i mam jeden cel.

Moją rodzinę zabiła magia i magia ich pomści i moje ręce. Tak, moje ręce.

Migoczący blask ogniska pełza po moich dłoniach. Gdyby tak skraść jeden płomień... Wszyscy śpią... Jest noc... Jeden płomień, jedna iskra...

Nie!

Świat jest pogrążony w mroku, ale to nie znaczy, że nikt nie patrzy. Kto wie, co czai się w ciemności? Nie mogę ryzykować. Zawsze unikałem zagrożenia lub eliminowałem je. Teraz też muszę być ostrożny. Zwłaszcza, że jestem tak blisko celu. Nie mogę pozwolić sobie na błędy. Najważniejsza zasada: nie rób nic pochopnie. Dzięki temu przetrwałem. Ukrywałem się przez wiele lat, czekałem na możliwość pomszczenia bliskich, aż w końcu rozpocząłem łowy.

Znalazłem wszystkich, którzy choćby w najmniejszym stopniu przyczynili się do tragedii mojej rodziny i zabiłem ich. Spaliłem na popiół, obróciłem w proch... w nicość. Nie mogę powstrzymać uśmiechu, gdy o tym myślę. Tak, jestem mordercą, ale dałem im to, na co się im należało. Nie mam wyrzutów sumienia, bo oni nie zasłużyli na żal. Wszyscy otrzymali właściwą karę. Został tylko jeden. Ten, który to zlecił. Jego zostawiłem na koniec. Nie wie, że jutro się spotkamy i że to będzie ostatni dzień jego nędznego życia. Niczego się nie spodziewa, nie wie, że idę po niego. Szkoda... Gdyby wiedział, jego strach dałby mi większą satysfakcję, ale wystarczy mi, że go dorwę. Pewnie nawet mnie nie pozna, tak jak inni. Minęło wiele czasu, stałem się mężczyzną. Trudno doszukać się we mnie tego przestraszonego chłopca sprzed lat, który patrzył na śmierć rodziców.

Zimny dreszcz przeszył moje ciało na wspomnienie tego straszliwego dnia. Coś wtedy we mnie umarło i coś się narodziło. Moim sercem zawładnęła nienawiść, chęć zemsty i... mrok. Ukształtowały mnie, uczyniły tym, kim jestem i pozwoliły przetrwać po to, bym ukarał winowajców. Jutro wszystko się zakończy. Zabiję ostatniego.

Pamiętam go dobrze. Przyjechał na siwym koniu. Dostojnik w zbroi i błękitnym płaszczu. Mówili na niego Grom. Wtedy był kimś, ale skończył, jako żebrak i włóczęga. Dlatego tyle czasu zajęło mi wytropienie go, lecz jutro o tej porze będę panem jego losu i moje dzieło dopełni się.

*

Widziałem już różne dzielnice biedoty, ale ta była wyjątkowo parszywa. Pełno żebraków i szemranego elementu, do tego wszechpanujący brud i odór w dużo intensywniejsze formie, niż ta, do której przywykłem. Okryłem się szczelniej płaszczem, by nie przesiąknąć tym wszystkim. Zapewne za dnia wygląda to stokroć gorzej. Na szczęście zmierzchało. Ciekawe, że Grom skończył w tak nieciekawym miejscu.

Znalazłem go chyba w najgorszej norze, jaką widziałem w życiu. Stary magazyn nad rzeką, cuchnący wilgocią i wszelkimi ludzkimi wydzielinami, pełen nędzarzy.

Okazało się, że Grom nie ma już nic w sobie z dostojnego rycerza. Teraz był brudny, śmierdzący, na twarzy i dłoniach miał pełno czyraków. Zapewne miał je na całym, skrytym pod łachmanami ciele. Aż bałem się pomyśleć ile robactwa żyje w tych splątanych włosach. Tylko jego oczy pozostały niezmienione. Obdarzył mnie wzrokiem pełnym pogardy. Nie pozostałem mu dłużny.

— Wstawaj Grom. Idziemy na przechadzkę.

Mężczyzna nie poruszył się. Nadal siedział skulony w kącie, a ja wbijałem w niego świdrujące spojrzenie.

— Wstawaj powiedziałem! — Kopnąłem go w udo. Jęknął boleśnie i poparzył na mnie ze wściekłością, ale dalej nie zamierzał mnie posłuchać. Przykucnąłem i dobyłem sztyletu, który przycisnąłem do jego boku. Czułem jak ostrze wbija się między żebra, może trochę zbyt mocno, ale nie obchodziło mnie to.

— Wyjdziemy i porozmawiamy — wycedziłem przez zaciśnięte zęby. — I może cię oszczędzę, albo zakończę twój marny żywot teraz. Mnie to bez różnicy jak zginiesz.

Oczywiście był to stek kłamstw. Nie było takiej rzeczy, która sprawiłaby, że darowałbym mu życie. Grom musiał zginąć. Mógłbym zabić go tu, jednym pchnięciem, ale wolałbym, żeby spłonął.

— Ja już jestem martwy — syknął włóczęga ze złością. — Spójrz na mnie! Jestem nikim i nie mam nic... Straciłem wszystko...

— Nie powiem, że boli mnie twoja krzywda. Wstawaj. Straciłem cierpliwość.

Chwyciłem mężczyznę za ramię i powlokłem w stronę wyjścia. Żaden z żebraków nawet na nas nie spojrzał, a suche i w miarę czyste miejsce Groma szybko znalazło nowego właściciela.

Pośpiesznie oddaliliśmy się od zabudowań. Tej nocy, tonący w mroku las, będzie świadkiem mojej zemsty.

Przykułem jeńca do drzewa kajdanami, z rękami wzniesionymi nad głową. Nie stawiał oporu. Dziwiło mnie też jego milczenie. Zacząłem się zastanawiać czy śmierć naprawdę będzie dla niego karą. Zapaliłem pochodnię. Blask rozdarł noc, a mnie znowu wypełniło znajome, przyjemne uczucie.

— Trudno było cię znaleźć — rzekłem nie odrywając oczu od hipnotyzujących płomieni. — Dobrze się ukryłeś...

— Nie tak dobrze jak ty — przerwał mi Grom. — Myślisz, że nie wiem, kim jesteś? Poznałem cię od razu, Morganie.

— Przynajmniej nie muszę się przedstawiać. Miła odmiana — uśmiechnąłem się ironicznie, starając się ukryć zdziwienie. — Wiesz, kim jestem, więc zapewne domyślasz się po co tu jestem.

— Możesz mnie zabić, nie dbam o to. Twoja rodzina i tak odebrała mi wszystko.

— Nie udawaj ofiary! — krzyknąłem, nie mogąc powstrzymać złości.

— Ja byłem tylko głupim żołdakiem, który wykonywał rozkazy i słono zapłaciłem za swoją porażkę, uwierz mi.

Spojrzałem na więźnia z niedowierzaniem, nagle ten zaśmiał się nerwowo.

— Myślałeś, że chciałem maga dla siebie? Nie mów mi, że jesteś aż taki głupi?

Moje ręce same powędrowały do jego wychudzonej, brudnej szyi. Dusiłem go coraz mocniej patrząc w jego wystraszone oczy.

— Jeśli mnie zabijesz, nie dowiesz się kto stał za tym zleceniem — wychrypiał Grom.

Niechętnie cofnąłem dłonie.

— Znalazłem każdą osobę odpowiedzialną za śmierć moich bliskich i wszyscy wskazywali na ciebie.

— Słusznie, wynająłem ich, ale ja sam też zostałem wynajęty. Nikt nie wiedział przez kogo. To była tajemnica.

— Męczy mnie twoje gadanie — westchnąłem znudzony. — Wymyślasz to wszystko, żeby odwlec swój koniec?

— Już mówiłem, możesz mnie zabić, nie dbam o to, ale nie nazywaj mnie kłamcą! — Grom był wyraźnie rozzłoszczony, co w jego sytuacji wydało mi się nawet zabawne.

— Skoro nie zależy ci na własnym życiu, dlaczego mówisz mi to wszystko?

— Chcę tego, co ty: zemsty. Jeśli chcesz pomścić rodzinę, on bardziej niż ktokolwiek zasługuje na śmierć.

— On czyli kto?

— Wtedy był jeszcze nikim, szlachetnie urodzony, z królewskiej rodziny, ale bez możliwości objęcia tronu i do tego marna partia. Jednak znał sposób by podnieść swoją wartość w oczach innych. Musiał zdobyć potężnego maga. Kto ma maga, ten ma władzę — włóczęga uśmiechnął się krzywo.

— Do rzeczy — ponagliłem go.

— Znajdziesz go w stolicy, jego siedzibę łatwo poznasz.

— Imię Grom, podaj mi jego imię!

— Varlett I, król.

Godzinę później zgasiłem pochodnię i ruszyłem w stronę osady. Smród palonego ciała zawsze mnie drażnił. Tym razem nie było inaczej. Oddaliłem się pośpiesznie. Teraz potrzebowałem spokoju. Musiałem wszystko dokładnie przemyśleć i zaplanować. Zabicie kilku wieśniaków, paru strażników i zniedołężniałego żebraka, to nie to samo, co zabicie króla.

*

Stolica. Dawno mnie tu nie było, ale niewiele się zmieniło. Przybyło trochę mieszkańców. To dobrze. Łatwiej ukryć się w tłumie. Może ten tłum pomoże mi dostać się do zamku. Trochę obserwacji, podsłuchanych rozmów, kilka wiarygodnie brzmiących kłamstw i znalazłem się za zamkowymi murami.

Umiem wzbudzać zaufanie. Jestem w tym dobry, ale mam wrażenie, że poszło zbyt gładko. Czy powinienem się martwić? Nie wiem, ale na pewno nie mogę tracić czujności. Niebawem ruszam na łowy. Ostatnie polowanie. Nie będzie łatwo, ale każdą zwierzynę da się upolować, jeśli ma się odpowiednią przynętę, a ja mam idealną przynętę.

Kolejne kłamstwo pozwoliło mi dostać się na audiencję u króla. Poszło jeszcze łatwiej niż przedostanie się do zamku. Staję się coraz bardziej podejrzliwy, co do mojego szczęścia, a może jestem aż tak dobry w tym, co robię? Zbyt wielka pewność siebie przeważnie przynosi zgubę. Muszę być ostrożny.

Drzwi komnaty otworzyły się i strażnik przywołał mnie gestem. Ruszyłem pewnie przed siebie. Duża sala. Za plecami mam główne wejście i dwóch strażników. Po obu stronach drzwi boczne i kolejnych czterech strażników, a przy tronie dwóch magów. Niedobrze. Oby król był tak żądny władzy jak zakładam, bo inaczej nie uda mi się go dopaść. Król... Dopiero teraz zwróciłem na niego uwagę. Niezbyt wysoki, otyły człowieczek o nieprzyjemnej twarzy. Nie było w nim niczego z dawnych królów. Bębnił palcami w poręcz tronu – znudzony, a usta zaciskał tak mocno, że tworzyły wąską linię – i rozzłoszczony, zapewne przeze mnie.

— Panie — skłoniłem się nisko oprawcy mojej rodziny, z trudem kryjąc obrzydzenie. — Mam ważne wieści.

Król nonszalancko skinął głową dając mi znak, że mam mówić.

— Musimy porozmawiać bez świadków.

Władca zaśmiał się na moje słowa.

— Te informacje są cenne. Nie mogę pozwolić, by ktoś niepowołany je usłyszał. — Nie dawałem za wygraną.

— Ciekawe — odezwał się w końcu król. — Powiedziałeś strażnikowi, że masz informację o magu.

— Tak to prawda, ale nie powiem nic więcej przy tych wszystkich ludziach.

— Mam całą armię magów. Dlaczego miałoby mi aż tak zależeć na kolejnym?

Przez chwilę mierzyłem króla wymownym spojrzeniem, aż w końcu pojął, co chcę mu przekazać. Wyraz jego twarzy zmienił się nie do poznania.

— Zostawcie nas — powiedział do strażników. Ci opuścili komnatę, ale magowie nie ruszyli się z miejsca. Chyba wyczerpałem już ilość szczęścia na ten dzień.

— Mów — rzekł srogo król.

— Czy tu jest bezpiecznie? Nikt nas nie podsłucha? Z całym szacunkiem panie, masz wielu przyjaciół, ale jeszcze więcej wrogów i na pewno mają tu swoich szpiegów...

Umilkłem zdziwiony, ponieważ król wstał i podszedł do mnie. Zbliżył się tak bardzo, że mógłbym go zabić jednym pchnięciem, a on nawet by się nie zorientował. Jaka szkoda, że strażnicy zabrali mi sztylet. Varlett przyłożył usta do mojego ucha i ledwo dostrzegalnym szeptem zadał pytanie.

— Czy ten mag jest magiem ognia?

Skinąłem głową twierdząco. Władca jęknął cicho z podniecenia.

— Chodź za mną — nakazał król.

Poskutkowało. Pozwoliłem sobie na skryty uśmiech. Radość nie trwała zbyt długo. Magowie ruszyli naszym śladem. Nie lubię niepotrzebnych ofiar, ale jeśli staną mi na drodze, nie będę mieć wyboru.

Szliśmy tak dość długi czas, aż w końcu Varlett wskazał jedną z komnat. Gdy wślizgnęliśmy się do środka, zamknął drzwi na klucz. Ja zasunąłem zasłony. To dobry ruch w konspiracji, ale tak naprawdę liczyłem na to, że mrok, który zalał pomieszczenie, zmusi króla do zapalenia świec. Nie pomyliłem się. Moc wypełniła mnie. Teraz musiałem jeszcze poznać prawdę.

— Mów — rozkazał król.

— Pamiętasz Asaruma i jego rodzinę? To stara sprawa sprzed dekady. On i jego żona, również obdarzona mocą, mieli dwójkę dzieci, a jak wiesz, panie, dzieci zrodzone z magów mają wielką moc.

— Dlaczego o tym wspominasz? Wszyscy zginęli w czasie zasadzki, o ile dobrze pamiętam. — Król był szczerze zdziwiony.

— Nie wszyscy zginęli. Chłopak uciekł.

— Morgan uciekł? Naprawdę?

— Pamiętasz jego imię? — tym razem to ja byłem zdumiony.

— Już w młodym wieku miał wielką moc. Och, przydałby mi się wtedy, ale teraz też mi się przyda — Król uśmiechnął się przebiegle.

Grom jednak mówił prawdę. To wszystko wina tego żądnego władzy parszywca. Chciał zdobyć koronę kosztem mojej rodziny. Nie udało się mu, za to skutecznie zniszczył mi życie. Jak widać znalazł inną rodzinę, która mu pomogła, a po niej masę innych. Wiele magów będzie mi wdzięcznych, gdy go zabiję. No, może poza tymi dwoma. Oni niestety muszą zginąć w imię wyższych racji.

Niepostrzeżenie zagarnąłem w dłoń jeden płomień świecy. Król nic nie zauważył, magowie jednak drgnęli nieco. Pewnie wyczuli zagrożenie. Nie zareagowali, bo nie chcę zaatakować króla. Gdyby było inaczej, już byłbym martwy.

Trzymałem płomień za plecami i czułem jak moc się kumuluje. Nie odrywałem wzroku od króla, który najwyraźniej pogrążył się w marzeniach. Chyba najwyższy czas się przedstawić.

— Tak, Morgan jest magiem ognia.

— I ty wiesz, gdzie on jest — stwierdził wyrwany z zadumy władca.

— Jest bliżej niż myślisz. — Zacząłem się zbliżać powoli, jak drapieżnik gotowy do ataku. — Tak się składa, że Morgan to ja.

Dwa słupy ognia buchnęły z moich dłoni. Żaden z magów nie zdążył nawet krzyknąć. Ich spopielone ciała upadły na posadzkę, a między nimi stał zatrwożony Varlett. Przeraziła go moja moc, czy bestia, która we mnie drzemie? Pewnie ani jedno, ani drugie. Nic tak nie przeraża człowieka, jak widmo śmierci.

Król rzucił się do drzwi, ale w panice zapomniał, że są zamknięte. Z rozbawieniem patrzyłem, jak bezskutecznie szarpie klamkę.

Ogłuszyłem go jednym ciosem i spętałem szybko. Nie miałem kajdan i musiałem się posłużyć tym, co znalazłem w komnacie. Najważniejsze, że Varlett już mi się nie wymknie. Zaczął pojękiwać cicho, a w końcu otworzył oczy. Sytuacja, w której się znalazł nie spodobała mu się ani trochę. Teraz, gdy wił się na posadzce, próbując oswobodzić się z więzów, przypominał mi wielkiego pędraka.

— Jestem królem. Nie możesz mnie zabić — Varlett starał się mówić stanowczo, ale jego głos drżał.

— Doprawdy? Mam ci udowodnić, że mogę? — Uśmiechnąłem się złowrogo, pokazując mu płomień w mej dłoni.

— Nie! Nie! Zaczekaj! Dam ci, co zechcesz! Złoto! Tytuły! Mów, czego chcesz, jest twoje!

— Na twoje nieszczęście, chcę jedynie twojej głowy.

— Jeśli mnie zabijesz, nie wyjdziesz z zamku żywy!

Najpierw błagania, teraz groźby, ciekawe.

— To możliwe — przytaknąłem spokojnie. — A nawet wysoce prawdopodobne, ale chyba nie sądzisz, że nie wiedziałem o tym wcześniej? Mój plan zakładał złapanie cię i zabicie. Ucieczce nie poświęciłem zbyt wiele uwagi.

Król przywarł twarzą do podłogi i zadrżał spazmatycznie. Wreszcie dotarło do niego, że niczym mnie nie przekupi, że na nic zdadzą się jego groźby, że nic mnie nie powstrzyma. Myślałem, że będzie krzyczał, wzywał pomocy i przeklinał mnie, ale nie. W tej ostatniej chwili umilkł, pogodzony ze swoim losem.

Ogień pulsował na mych dłoniach i w moich żyłach. Jedno zaklęcie i wszystko się zakończy. Ostatni potwór zostanie zabity przez bestię, którą sam stworzył.

*

Wraz z tłumem stałem na dziedzińcu i patrzyłem na płonącą zamkową wieżę. Powinienem uciekać, ale nie mogłem się oprzeć pokusie zobaczenia swojego własnego dzieła. Zwłaszcza, gdy zostało ukończone. Patrzyłem na płomienie ze łzami w oczach i pierwszy raz w życiu czułem ulgę, jakbym uwolnił się od wielkiego ciężaru.

Dokonało się. Teraz wszystko się zmieni. Teraz mogę zacząć żyć naprawdę.


* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Czytany 1502 razy