wtorek, 10 maj 2016 15:29

Premiera "Purgatorium. Wyspa tajemnic". Przeczytaj fragment

By 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Dzisiaj, 10 maja, swoją premierę ma powieść Evy Pohler "Purgatorium. Wyspa tajemnic". Thriller ten ukazał się nakładem wydawnictwa Replika oraz pod patronatem Secretum. Zapraszamy do lektury fragmentu pierwszego rozdziału.

ROZDZIAŁ PIERWSZY: WYSPA
Wilgotna bryza znad oceanu zaczynała właśnie rozrzedzać poranną mgłę. Cam zaproponował, że kupi jej przekąskę na straganie w przystani, ale Daphne nie mogła jeść – mniejsza o to, czy przyczyną był ostry odór zdechłych ryb, czy resztki niepokoju po przelocie samolotem. Cam kupił sobie pieczonego precla, a potem oboje przeszli za doktor Hortense Gray po trapie na katamaran, ciągnąc za sobą torby.
Przecisnęli się przez ciżbę dzieci w wieku szkolnym, ubranych w identyczne żółte T-shirty. Spośród dwudziestu kilkorga pasażerów większość stanowili mężczyźni po trzydziestce czy czterdziestce. Ona i Cam byli na pokładzie jedynymi nastolatkami.
Daphne stała przy relingu, patrząc na wodę. Po jednej stronie miała Cama, a po drugiej panią doktor. Wiatr targał jej brązowe włosy, mimo że próbowała założyć je za uszy. Brakowało jej takiego piękna. Zapomniała już, jak bardzo zapierało dech w piersi. Kiedyś rodzice cały czas zabierali ją, jej brata i siostrę na plażę. Nic nie mogło się równać z widokiem horyzontu, gdzie ocean styka się z niebem.
Mimo piękna nie mogła przestać dygotać, a jej pierś ściskała zgroza. Cam mówił o rezerwacie przyrody i kurorcie z nieskalanymi plażami. Nie wspominał o terapii i ćwiczeniach. Dowiedziała się o tym dopiero od tej dziwnej lekarki, która czekała na nich na lotnisku w Venturze. Czy ta pani doktor to ktoś w rodzaju life coacha? Czy Daphne będzie musiała wspinać się po skalnej ściance albo zjeżdżać po linie? Powinna była się domyślić, że rodzice nie puściliby jej z Camem do kurortu wypoczynkowego wyłącznie dla zabawy. Powinna była wykazać większą podejrzliwość. Łzy zapiekły ją w oczy. Czuła się zdradzona. Zdradzona przez rodziców i najlepszego przyjaciela.
Kiedy katamaran wypłynął na otwarte morze, przed nimi wyskoczyło stado delfinów, które wyglądały tak, jakby chciały poprowadzić ich do celu.
– Patrz! – Cam pokazał jej stadko czterech delfinów, które wyskakiwały kolejno z wody przy burcie.
Mimo wszystko na twarzy Daphne pojawił się uśmiech. Delfiny były cudowne.
– Poczekaj – rzucił Cam. Wiatr przyciskał mu blond włosy do czaszki. – Może uda nam się zobaczyć humbaka. Trzymaj kciuki.
Stała tuż przy wysokim, żylastym ciele Cama, jakby te dwa lata, kiedy prawie nie zamienili słowa, nie istniały. Kiedy w zeszłym miesiącu skończył osiemnaście lat, nie wysłała mu nawet SMS-a z życzeniami. Milionowy już raz pożałowała, że nie może cofnąć się w czasie do tej nocy, kiedy nie wstała z łóżka.
Minęła godzina, a po humbakach nie było śladu, wkrótce jednak ich oczom ukazało się wielkie kamienne wzniesienie – łyse, twarde, gładkie jak skóra wieloryba i okrągłe jak kula do kręgli. Daphne nie umiała sobie wyobrazić, jak na takich skałach może się mieścić jakikolwiek raj. Potem zobaczyła długie, wąskie molo, a przy nim – skalistą plażę. Łódź przybiła do końca doku i wszyscy poza Daphne, Camem, panią doktor oraz kapitanem zeszli na ląd.
Gdzie te nieskalane plaże?
Kapitan skierował łódź na północ i opłynął wyspę w kierunku kolejnych skalistych urwisk. Fale smagały klify i ciskały katamaranem na boki, aż dopłynęli do dużej przystani pełnej innych łodzi.
Po prawej stronie Daphne ujrzała setki pelikanów, które obsiadły kamienistą, łupkową plażę. Niektóre spały na stojąco, inne muskały pióra, jeszcze inne przechadzały się i obserwowały brzeg oraz okalające go płytkie wody.
„Karze by się to spodobało" – pomyślała.
– Szukają sardynek wśród wodorostów – zauważył Cam.
Daphne osłoniła oczy dłonią.
– Tylko popatrz na nie.
W przystań wrzynało się molo – jeszcze dłuższe niż poprzednie – i właśnie się do niego zbliżali.
– Przystań Więźniów – oznajmił Cam.
Z tej strony wyspy było zdecydowanie piękniej niż na wschodniej przy Porcie Skorpionów, ale Daphne wciąż nie widziała niczego, co świadczyłoby o obecności dziewiczych plaż. Może i jest na wyspie rezerwat przyrody, ale gdzie ten kurort?
Kiedy przycumowali, Daphne i Cam wspięli się po pięciu szczeblach drabiny za doktor Gray na molo, a potem pociągnęli swoje bagaże wzdłuż wąskiego szeregu łodzi w kierunku rozległych schodów, z których akuratschodziły dwie osoby – czarnoskóry chłopiec i dziewczyna. Oboje mieli po kilkanaście lat. Dziewczyna była łysa jak skała w Porcie Skorpionów, jakby była po chemioterapii.
– Popatrz na mnie! – warknęła do doktor Gray, a Daphne pomyślała, że chyba są spokrewnione, skoro mają takie same ciemne, okrągłe oczy i wyraziste kości policzkowe.
– Chodź, Daphne. – Doktor Gray nie zwróciła uwagi na dziewczynę.
Łysa złapała Daphne za nadgarstek i zaczęła coś mówić, ale Cam stanął między nimi.
– Nie chcemy kłopotów – powiedział.
– Nic ci nie jest? – spytała Daphne dziewczynę, próbując zajrzeć za plecy Cama, lecz łysa nastolatka odwróciła się, pognała po molo i szybko weszła na pokład łodzi.
– O co jej chodziło? – zapytała Daphne Cama.
– Nie wiem – odparł, prowadząc ją naprzód.
– Dziwne to było.
– No. Dziwne. Chodź.
Z drewnianych schodów dało się słyszeć krzyki pelikanów, lecz ptaki słabo było widać, dopóki Daphne nie dotarła na szczyt koło polnej drogi, gdzie czekał jeep wraz z kierowcą. Kierowca był starszym mężczyzną, jakoś po czterdziestce, miał opaloną skórę i słomkowy kowbojski kapelusz. Kiedy się zbliżyli, skinął w ich stronę głową.
– Witaj, Roger – powiedziała doktor Gray.
– Dobrze, że wróciłaś, Hortense – odparł kierowca. Przeciągał słowa z charakterystycznym południowym akcentem. – Bez ciebie to nie ta sama wyspa.
Daphne wyjrzała stamtąd na ocen i mimo że widok był wspaniały, zmarszczyła czoło. Nie tego się spodziewała.
A przecież pytała wcześniej. Cam był tu ubiegłego lata, a potem – w tym roku – jednego z tych rzadkich wieczorów, kiedy siedziała na swoim drzewie na podwórku, osłonięta tarczą gęstych dębowych liści, opowiedział jej o swoim pobycie w tym miejscu.

Nie zauważyła go w domku na drzewie, znajdującym się po przeciwnej stronie dwumetrowego, drewnianego płotu, który oddzielał ich podwórka. Kiedy ją zawołał, znów płakała, i chociaż miała ochotę zleźć po pniu, pobiec do domu i się schować, on zadał jej pytanie, które ją powstrzymało.
– Gdybyś mogła spędzić ostatnie dni życia w dowolnym miejscu na calutkim świecie, gdzie by to było?
– Pijany jesteś? – spytała.
– Nie. Po prostu ciekawy. – Potem dodał: – Tęsknię za tobą, Daph.
– Spędziłabym ostatnie dni życia na plaży w jakimś pięknym miejscu – powiedziała.
– Znam takie miejsce. – Wyskoczył ze swojego domku na drzewie, śmignął nad płotem i wylądował pod jej drzewem tak szybko, że nie zdążyła otrzeć łez.

– Przykro mi, że nie zobaczyłaś humbaka – odezwał się teraz Cam, stojąc przy jej boku. – Może w drodze powrotnej.
Kierowca wiózł ich grzbietem kanionu w głąb wyspy. Minęli stoły piknikowe, drzewa, wypożyczalnię kajaków i wychodek. Kilka minut później natknęli się na dwa budynki, które miały panele solarne zwrócone w stronę słońca, oraz na długi drewniany pomost i dwie szklarnie. Po prawej stronie rozpościerała się głębsza, porosła sosnami dolina, środkiem której płynął strumień.
– Patrzcie! – Hortense Gray wskazała coś nad doliną. – Bielik amerykański. Widzicie?
– O, faktycznie – odparła Daphne.
– Fantastyczny, prawda? – Cam podał jej lornetkę, którą wyjął z torby. – Proszę.
Wzięła lornetkę i przyjrzała się uważnie majestatycznemu ptakowi, który wzbijał się w niebo nad doliną.
– Poszukaj, może uda ci się wypatrzeć lisy – zaproponował Cam z entuzjazmem.
Daphne zaczęła przeszukiwać wzrokiem krajobraz w poszukiwaniu zwierząt. Mewy latały nad wodą, tam i z powrotem, wysoko ponad szybującym orłem. Dolina wyglądała jak wypielęgnowany tor na pierwszorzędnym polu golfowym. Środkiem płynął potok rozgałęziający się na mniejsze strumyczki. Wzdłuż „toru" rosły sosny i krzaki, a pagórki porastała trawa. Źródło spływało z gór obficie, lecz gdzieniegdzie zwężało się i łagodnie, wartko opływało kamienie.
Zobaczyła coś przez lornetkę, lecz nie był to lis. Przyjrzała się, skupiła soczewki. Człowiek. Turysta? Dziewczyna z długimi, czarnymi włosami biegła wzdłuż strumienia, oglądając się za siebie, jakby ktoś ją ścigał.
W tym momencie znikąd pojawił się mężczyzna, złapał dziewczynę za włosy i pociągnął ją z powrotem na wzgórze, a dalej w głąb zagajnika.
Daphne zrobiło się niedobrze.
– O mój Boże!
– Coś się stało? – zapytała doktor Gray.
– Jakiś człowiek... I dziewczyna! On robi jej krzywdę! – wyjąkała z trudem Daphne.
Lekarka wzięła lornetkę i spojrzała w stronę doliny.
– Gdzie? Nic nie widzę.
– Przysięgam, że tam są – powiedziała Daphne, czując ucisk w żołądku. – Widziałam ich. Musimy coś zrobić! – Popatrzyła błagalnie na Cama i powtórzyła: – Musimy coś zrobić. – Dlaczego nie okazywał większego zaniepokojenia? – Musimy tam zejść i jej pomóc. Na co czekamy?
– Roger, zabierz nas proszę do doliny – rzekła doktor Gray.
Kierowca popędził z górki. Mniej więcej dwadzieścia metrów od strumienia droga się skończyła. Roger zatrzymał jeepa i cała czwórka wysiadła.
– Byli tutaj, słowo daję, że ich widziałam. – Daphne z uporem pokazała palcem w dół, tam, gdzie przed chwilą zobaczyła przerażającą scenę. – Ciągnął ją za włosy.
Kiedy dorośli popatrzyli na nią tępo, ruszyła biegiem, przedzierając się przez pobliskie drzewa. Serce biło jej gwałtownie. Dlaczego nikt nie traktuje jej poważnie? Uległa panice i nie mogła myśleć. Nie mogła myśleć!
– Halo? – Nie widziała i nie słyszała nikogo.
Pozostali także nawoływali i zaczęli przeszukiwać zagajnik.
Po kilku minutach zeszli się ponownie.
– Och, niedobrze – oznajmiła doktor Gray.
– Co mamy robić? – zapytał zasapany Cam.
Lekarka położyła dłoń na ramieniu Daphne.
– Proszę, nie obraź się przez to, co powiem.
Daphne nie wierzyła własnym oczom, widząc protekcjonalną minę wyższej kobiety.
– Nie uroiłam sobie tego – wydyszała.
– Masz za sobą długą, męczącą podróż, a wyspy słyną ze swoich miraży, zwłaszcza ta – tłumaczyła doktor Gray.
– Nie miraży – wtrącił Roger. – Duchów.
– Daj spokój, Roger. Nie zaczynaj. – Gray pokręciła głową.
– Jakich duchów? – spytała Daphne. Chociaż nie wierzyła w duchy, dostała gęsiej skórki.
– Jedźmy do kurortu – zaproponowała doktor Gray. – Na miejscu zadzwonię do straży wodnej i opowiem im, co widziałaś.

– Jakich duchów? – zapytała ponownie Daphne, siedząc na tylnim siedzeniu jeepa koło Cama. Odwróciła się, nie opuszczając lornetki, wodząc wzrokiem po strumieniu oraz pobliskim lesie w poszukiwaniu śladów po dziewczynie i jej napastniku, podczas gdy jeep wspinał się na grzbiet kanionu.
– Nie będziemy rozmawiać o bzdurach – powiedziała lekarka.
– Ma prawo znać legendy tej wyspy – zaoponował Roger.
– Chodzi o tę o Misinku? – spytał Cam. – O tym gościu, który wrzucał mężczyzn do oceanu, a kobiety zabierał na swój tęczowy most?
Hortense Gray obróciła się na siedzeniu pasażera.
– Czumaszowie wierzyli, że pierwsi ludzie wyrośli z ziaren zasadzonych na tej wyspie przez Boginię Ziemię, Hutash. Kiedy wyspa stała się przeludniona, bogini posłała Misinka, strażnika natury, aby temu zaradził. Powiadają, że Misink co roku wrzucał sześciu młodych ludzi do oceanu, gdzie ci zamieniali się w delfiny. Dlatego Czumaszowie uważają delfiny za swych braci. Misink przywłaszczał sobie też po sześć panien. Podobno zabierał je do nieba po swoim tęczowym moście i tyle je widzieli.
– Co to ma wspólnego z duchami? – Daphne odłożyła lornetkę, bo doliny nie było już widać.
– Mówią, że Misink przychodzi po kobiety mniej więcej w twoim wieku i zabiera je do nieba, a one niekiedy wracają i błąkają się po tej wyspie – odpowiedział Roger.
– Ciekawa legenda, ale nie sądzicie chyba, że uwierzę, że w dolinie widziałam Misinka? – Daphne wyczuwała pułapkę. – To ma być jakiś żart? – Spodziewała się, że któreś z nich lada moment wybuchnie śmiechem.
Roger odkaszlnął i odchrząknął.
– Wygląda na to, że Roger wierzy – szepnął Cam.
– I kto to mówi – odparła szeptem. Gdy byli dziećmi, Cam często twierdził, że widział na strychu swoją babcię. Jej brat Joey, rok starszy od Cama, nadal wierzył, że babcia Cama do niego przemówiła.
– Spędźcie jedną noc na starym ranczu Christy'ego, to będziecie się mogli ze mnie śmiać do woli – rzekł Roger.
– Co to jest stare ranczo Christy'ego? – zapytała Daphne.
– To miejsce na zachodnim krańcu wyspy – wyjaśnił Roger. – Na tym ranczu straszy żona handlarza niewolników.
– Widziałeś jej ducha? – spytał Cam.
– Nie, ale słyszałem krzyki.
– Jakie krzyki? – dopytywała Daphne.
– Na Nawiedzonym Moście – odparł Roger. – Na własne uszy te krzyki słyszałem. Rano razem z kumplem przeszukaliśmy teren i nie znaleźliśmy żywej duszy ani niczego, co wyjaśniłoby te wrzaski. Ludzie mówią, że gdy żona handlarza niewolników dowiedziała się, co robił jej mąż, była przerażona, i kiedy jednego razu wybierał się po kolejnych niewolników, zatopiła jego statek wraz z całą załogą. Mówią, że do śmierci była wariatką, i że to przez nią rozbiło się tu na morzu wiele statków.
Kiedy zjeżdżali do kanionu, nie rozmawiali więcej o zajściu, którego świadkiem, być może, była Daphne. Ona sama była zmęczona i niewiele zjadła. Może rzeczywiście postacie w dolinie jej się przewidziały.
Jej brat Joey bez przerwy widywał zmarłych. Daphne martwiła się, że któregoś dnia ona też zacznie ich zauważać.
Nie. Wiedziała, co widziała. Byli to prawdziwi, żywi ludzie z krwi i kości. Coś jednak jej mówiło, że doktor Gray i Roger ją nabierali.