lipiec 07, 2022

×

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 1942.

Rezultaty wyszukiwania dla: opowiadania

Wizjonerska dystopia ukazująca Europę niedalekiej przyszłości oraz porywająca opowieść o dojrzewaniu młodej, silnej bohaterki – oto „Gloria”, pierwsza część nowego cyklu „Sprawiedliwi”. Premiera 7 września.

Dział: Patronaty
wtorek, 16 sierpień 2016 20:52

Pułapka

Melanie Raabe lubi niecodzienne i kontrowersyjne historie. Jest aktorką, dziennikarką, scenarzystką i blogerką. Jak widać to jej jednak nie wystarczyło i postanowiła zostać także i pisarką. Jak prezentuje się jej pierwszy thriller?

Linda Conrads to pseudonim literacki utalentowanej i wszechstronnej pisarki, którą czytelnicy wręcz uwielbiają - nie tylko za jej kunszt, ale również z powodu tajemnicy, jaka otacza jej postać. Nikt nie wie kim jest niezwykła pisarka, ale ona nie ukrywa się celowo. Linda od lat nie opuszcza swojej luksusowej posiadłości, w której wciąż na nowo przeżywa minione koszmary. Przed laty została zamordowana jej siostra, a ona sama stanęła twarzą w twarz z mordercą. Gdy pewnego dnia widzi go w telewizji, horror powraca. Linda nie wie co robić, ale ostatecznie postanawia napisać książkę-pułapkę - powieść, w której zdemaskuje mordercę.

Powieść miała potencjał, Melanie Raabe wpadła na świetny pomysł, tylko co z tego, jeżeli nie potrafiła go tak do końca wykorzystać? Jej książkę można by okroić z kilkudziesięciu stron o tym samym i pozostawić w formie niezbyt długiego opowiadania. Byłoby ciekawe, byłoby tym samym, z pewnością jednak wówczas nie byłoby pełnowymiarową powieścią.

Styl pisania Melanie Raabe niestety również nie zachęca. Pisarka ma tendencję do tworzenia krótkich, poszarpanych zdań, nadużywa równoważników i znaków interpunkcyjnych. Sprawia to takie wrażenie jakby próbowała wyostrzyć przekaz, którego nie potrafi przedstawić przy pomocy opisów. Niestety nie wygląda to dobrze i niejednokrotnie odnosimy wrażenie, że Melanie Raabe lekceważy inteligencję swoich czytelników.

Właściwie chyba największą zaletą tej historii jest to, że czyta się ją niezwykle łatwo i szybko. Tego zdecydowanie ciężko jej odmówić. Akcja została poprowadzona zgrabnie i poprawnie, ale fabuła ani nie zaskakuje ani nie przeraża. Gdy dochodzimy do punktu kulminacyjnego napięcie nie rośnie, nie ma wielkiego „bum”. Pojawia się za to spory zawód.

Thriller to bardzo popularny gatunek literacki, wielu ludzi się nimi dosłownie zaczytuje, a na rynku mamy ich naprawdę mnóstwo. „Pułapka” jest w miarę ciekawa, chwilami nawet wciąga, zdecydowanie da się przeczytać, tylko po co, skoro możemy sięgnąć po kilkadziesiąt innych książek w tej samej tematyce, które będą o niebo lepiej napisane? Oczywiście to kwestia indywidualnego wyboru, ale gdybym wiedział co mnie czeka, zdecydowałbym się sięgnąć bo coś zupełnie innego.

Dział: Książki
czwartek, 11 listopad 2010 11:22

Sztejer

Conan z Cymerii. Wiedźmin Geralt. Zbój Twardokęsek. Oto kanoniczny przykład twardych sukinkotów, dla których miecz jest podstawowym narzędziem zdolnym rozwiązać wszelkie problemy. Każdy z nich kieruje się własnym poczuciem sprawiedliwości, ten i ów nawet stosuje wymyślony przez siebie kodeks zachowania, ale fakt faktem, że wolą oni supeł przeciąć, niż się biedzić nad rozwiązaniem go. Prości herosi – proste metody.

Bo jeśli jest się najemnikiem, zbójem, czy zabójcą demonów, nie ma czasu na myślenie, zastanawianie się, polemizowanie z przeciwnikiem. Tutaj siła argumentu pada na kolana przed argumentem siły. Do owego zacnego grona rębajłów dołączył właśnie nowy członek. Vincent Sztejer. Czy za lat kilka, lub kilkanaście, każdego nowego literackiego twardego sukinkota będzie się porównywać do Sztejera, tak jak teraz do Conana czy Geralta z Rivii? Czas pokaże. Uważam, że Vincent ma szanse stać się kanonem rębajły, jednak musi zostać spełniony jeden warunek – jego przygody nie mogą się ograniczyć do tej jednej opowieści.

Robert Foryś w dwóch opowiadaniach przedstawił świat, w którym jest miejsce dla kogoś właśnie takiego jak Sztejer, osoby bezkompromisowej, twardej, kiedy trzeba okrutnej i bezwzględnej. Świat post-apokaliptyczny, rodzimy, ale już zupełnie inny niż ten, do którego przywykliśmy. Miejsce, w którym wojna ostateczna doprowadziła do degeneracji gatunku ludzkiego oraz do wszechobecnych mutacji. Pojawiają się znane nazwy, jak ghul, wampirzyca, wodnik czy strzyga, ale na tym się kończy podobieństwo – na nazwach. W rzeczywistości są to istoty poddane długotrwałym deformacjom, o które nie trudno w świecie zniszczonym przez atom. Degeneracja jest w tej opowieści wszechobecna, zwyrodnieniu uległy nie tylko istoty żywe, ale również stosunki międzyludzkie. Religia jedynie z wierzchu przypomina katolicką, w istocie jest jej całkowitym zaprzeczeniem, a jej kapłani to mroczna, wpływowa mafia, którą można traktować na równi z kilkoma innymi gangami mającymi wpływ na życie głównego bohatera. Kazirodztwo i niewolnictwo dopełniają jedynie miary zepsucia, jakiemu uległo człowieczeństwo. Bohater bez miecza i bez wiedzy jak go użyć przy byle okazji, czy nawet bez niej, byłby w tym świecie wręcz nie na miejscu.

Dokładnie taki sam jak Vincent Sztejer, czyli szorstki i wulgarny, jest język opowieści. Czerpie z najniższych ludzkich instynktów, gdzie liczy się pełny brzuch i seksualne zaspokojenie. Nie jest to opowieść dla grzecznych panienek o rozkosznym emo-wampirku uwodzącym nastolatki. Nie jest to opowieść dla subtelnych młodzieńców, przeżywających liryczne cierpienia. To książka, w której o grube słowo można się potknąć niemal na każdej stronie, a główny bohater w chwilach wolnych od szlachtowania mutantów i przeciwników po mieczu i obrzynie, odreagowuje stres dnia codziennego, zaspokajając swe przeogromne libido. Komu nie w smak tak dosadnie ujęta historia, nie powinien sięgać po tę książkę. Tylko, że żyjemy przecież w czasach, w których każdy aspekt życia został poddany brutalnej wiwisekcji, w której dzielenie włosa na czworo to niemalże jedenaste przykazanie i uciekanie od tego jest zwyczajnym oszukiwaniem się. Opowieść, zwłaszcza fantastyczna taka właśnie powinna być – dosłowna. Mogę mówić jedynie za siebie, więc powiem: Przeczytałem powieść Roberta Forysia z niekłamaną przyjemnością, a czas spędzony przy lekturze nie był czasem straconym. Każdy, kto uronił choć jedną łzę za Geraltem z Rivii, niech sięgnie po „Sztejera” – w Vincencie odnajdzie całkiem sporo z wiedźmina.

Dział: Książki
środa, 12 wrzesień 2012 07:54

Świt demonów

„Łowca Czarownic - Świt Demonów" to pierwszy tom cyklu „Łowca Czarownic" autorstwa Williama Husseya. Autor ma już na swoim koncie debiut pisarski, ale „Łowca Czarownic" to pierwsza w jego dorobku pozycja przewidziana dla dzieci i młodzieży. Sam Hussey reklamowany jest jako „brytyjska odpowiedź na Stephena Kinga". Czy słusznie?

Pierwszy tom trylogii wprowadza nas do świata Jake'a Harkera - na pierwszy rzut oka zwyczajnego angielskiego nastolatka. Chłopak chodzi do szkoły, podkochuje się w pięknej koleżance, u której jak się zdaje nie ma szans, miewa problemy z nauczycielami i czytuje mnóstwo horrorów, a także pisuje opowiadania o takiej tematyce. Od dziewiątego roku życia, kiedy to w prezencie od ojca dostał kolekcję starych komiksów, jest prawdziwym znawcą istot nadprzyrodzonych, takich jak wampiry, wilkołaki, zjawy, zombie, wiedźmy i demony. To co w jego życiu jest nieco mniej zwyczajne, to fakt, że jako siedmiolatek był świadkiem zabójstwa, a jego rodzice pracują jako naukowcy w ściśle strzeżonym instytucie, prowadzonym przez charyzmatycznego doktora Holmwooda.

Pewnego dnia Jake spotyka tajemniczego mężczyznę. Tego samego dnia za sprawą nieznajomego matka chłopca zostaje brutalnie zamordowana na jego oczach, do końca broniąc sekretu konstruowanej w instytucie potężnej broni. Ta chwila wywraca życie Jake'a do góry nogami, nie tylko z powodu olbrzymiej osobistej straty. Odkrywa on, że instytut to placówka nie do końca naukowa, a broń nad którą pracowali jego rodzice miała służyć do obrony przed siłami ciemności. Organizacja zwana Sabatem zrobi wszystko, by instytut nie zdołał tym razem przeszkodzić Świtowi Demonów - wrota do piekieł staną wtedy otworem, a świat ludzi zginie. Ostatnią deską ratunku jest zapieczętowanie piekielnej bramy na kolejne pokolenie poprzez złożenie ofiary. To Jake tym razem ma zginąć. Chłopak podejmuje wyścig z czasem - kiedy przeminie ostatni omen, zacznie się Apokalipsa. Czy uda mu się dotrzeć do broni stworzonej przez jego rodziców i odkryć swoje dziedzictwo?

Po sukcesie komercyjnym sagi „Zmierzch" oraz modzie na seriale typu „Buffy - łowca wampirów", „Angel", „Pamiętniki Wampirów" i „Secret Circle" - przedstawiających nadprzyrodzonych bohaterów często gęsto jako istoty pozytywne i niezwykle „cool", dla niektórych naprawdę szokiem może być powrót do klasycznych założeń - wampiry, wilkołaki, czarownicy, wiedźmy, demony i cała ta menażeria są ZŁE. Mało tego - chcą naszej zguby. Demony to kłamliwe i okrutne istoty, a wiedźmy i czarownicy czynią zło „bo mogą, bo chcą i bawi ich to". W myśl tej koncepcji Inkwizycja miała jak najbardziej dobre intencje, tylko z czasem ją „poniosło".

Moim zdaniem to nie jest książka dla dzieci, niech nie zwiedzie Was wybieg, że bohaterem jest nastolatek. To nie Harry Potter, mimo że pewne szczegóły ściśle się z nim kojarzą (Pasaż Jagi - „magiczna" ulica w Londynie, do której mają dostęp tylko powołani, księgarnia „Świat Ksiąg Zapomnianych i Zakazanych Crowdena", gdzie można kupić woluminy z zaklęciami, przywódca Sabatu - czarnoksiężnik uwięziony za „woalem", pomiatający swymi sługami niczym Voldemort i czekający na rozprawę z odwiecznym wrogiem). Highlander Book Review na okładce książki reklamuje Husseya jako „brytyjską odpowiedź na Stephena Kinga" i faktycznie coś w tym jest. W moich oczach Kinga zapewne jeszcze długo nikt nie zdetronizuje, ale kto czytał „To", po lekturze „Łowcy Czarownic" na pewno wyczuje podobieństwo. Zwyczajne, czasem malownicze pejzaże, które jednak kryją wejścia do groźnego i fantastycznego świata wrogich ludziom, krwiożerczych stworzeń. Codzienność uchylająca rąbka horrorowi. Autor nie zapomina, że czasem paszcza pełna ostrych jak brzytwa zębów i groźba nagłej, bolesnej śmierci potrafi wystraszyć bardziej, niż kłęby mgły i szepty mamroczące zaklęcia, ale na wszelki wypadek serwuje jedno i drugie.

Podsumowując, Hussey to wypadkowa Stephena Kinga i J. K. Rowling, choć hasło reklamowe jest trochę na wyrost. Autor musi jeszcze udowodnić swą wartość. „Łowcę" czyta się jednak przyjemnie i szybko, a drugi tom cyklu jest już dostępny na rynku.

Dział: Książki
wtorek, 11 sierpień 2009 14:23

Naśmierciny

Trafił w moje rączki tom opowiadań nieznanego mi wcześniej Krzysztofa T. Dąbrowskiego, wydany przez także nieznane mi wydawnictwo „Amoryka”. Książka wizualnie nie prezentująca się najlepiej - no może oprócz reprodukcji obrazu Gustava Klimta „Śmierć i życie”, który należy do jednych z moich ulubionych – jest w nieciekawym brudno różowym kolorze. Jednak wygląd to nie wszystko, a co trafi do mnie do czytania, to przeczytane zostanie.

Zbiór składa się z 12 krótkich opowiadań, lecz każde należące jakby do innej bajki. Każde z pomysłem, każde ciekawe, aż się chce się czytać następną stronę, kolejne opowiadanie. Bardzo przyjemny jest również sposób w jaki pisze autor. Czyta się świetnie, choć zostaje pewien niedosyt – opowiadania czasem wydają się zbyt krótkie.

Pierwszym opowiadaniem są tytułowe „Naśmierciny” – aż nie wiem jak opisać to, prosta historia, aczkolwiek od drugiej strony.

Kolejno „Tam gdzie gasną gwiazdy” o Hansie Olo z załogą statku kosmicznego i wielowiekową misją naukową oraz „Zemsta Franciszka” – Franciszek, wyrośnięty rottweiler i jego życie przy swojej pani. Jedno z lepszych opowiadań tym zbiorze, troszkę przypominające mi opowiadania Mastertona. Krótkie i z odrobiną czarnego humoru.

Czwarte opowiadania „Braciszek” wydaje się nie pasować do tego zbioru. Krótki opis relacji dwóch braci, troszkę zazdrości, potem więcej zrozumienia… i jak zawsze gdzieś jest koniec. Bardzo smutny koniec.
„010010101 podryw” to historia idealnie pasująca do dzisiejszych czasów. Czy informacje z komputerowych baz danych wystarczą do zwykłego normalnego życia? Podczas całego opowiadania cały czas uśmiech gościł na mej twarzy. Bardzo dobrze stworzone opowiadanie.

Opowiadanie „Non omnis moriar” można uznać za przestrogę dla ateistów. Bóg też ma poczucie humoru .

„Aniouuu” i „Było sobie życie” to historie o Armuelu, który zajmuje się odprowadzeniem dusz zmarłych. W pierwszych opowiadania jest on znudzony swoim zajęciem. W związku z tym planuje zrobić sobie przerwę i sprawdzić jak jest być człowiekiem. Kilka minut spędzonych w środku komunikacji miejskiej sprawiły, że szybko zapragnął wrócić tam, gdzie jego miejsce. Natomiast w drugim opowiadaniu anioł przyszedł po zmarłego pijaczka, któremu trudno zrozumieć, że umarł. Armuel stara się jasno wytłumaczyć sedno świata.

Dziewiąta historią w tomie jest „0-700”. Krótko pisząc: małżeństwo, dziewczyna z sex telefonu, niby zwyczajna sytuacja, a koniec nieoczekiwany.

„Widziadło”. Samemu zostać na noc w domu nie jest łatwo, umysł płata figle. Dziecko w nocy lęka się wszystkiego, cienie to niesamowite potwory czające się tylko dopaść bezbronnego. Przestraszyć może również własne odbicie.

Opowiadania zatytułowane „Misja” zapowiadało się standardowo: rycerz i misja do wykonania. Nic szczególnego. A jednak koniec powoduje uśmiech na twarzy. Nie tego się spodziewałam.

I ostatnie z tego zbioru opowiadań, czyli „Portret”. Historia życia człowieka, który niewiele wie o swoim dzieciństwie, młodzieńcza miłość, a przy tym portret zakupiony od nieznajomego.

Opowiadania są bardzo różnorodne i każdy powinien trafić na coś w swoim stylu. Pisane zwięźle, w bardzo prosty sposób powodują, że wszystko czyta się bardzo dobrze. Troszkę groteski, troszkę smutku – krótko pisząc: wszystko co powinien zawierać zbiór.
Idealna książka do poczytania w drodze do pracy, gdy autobus stoi w korku czy też w poczekalni w przychodni. Chociaż mam nadzieję, że kolejne opowiadania będą troszkę dłuższe, po za tym niczego zarzucić nie mogę.

Dział: Książki
czwartek, 11 sierpień 2011 14:04

Bazyliszek

Zastanawialiście się kiedyś, co można by zrobić dla postępu w nauce? Na przykład gdybyście mieli wynaleźć nowy wspaniały lek lub jakąś nowatorską metodę leczenia chorób do tej pory nieuleczalnych? Do czego byście się posunęli? Co bylibyście w stanie poświęcić? Albo raczej kogo?

"Bazyliszek" to druga książka Grahama Mastertona, jaką czytałem. Pierwszą z nich była "Piąta czarownica". Ogólnie rzecz biorąc autor ten słynie z pisania horrorów, jest wręcz można by powiedzieć, wyrocznią horroru.

Książka, o której dzisiaj piszę, opowiada historię dwóch naukowców, marzycieli. Pierwszy z nich jest biologiem. Od lat pracuje nad stworzeniem mitycznego potwora, hybrydy lwa i orła, czyli gryfa. Nie chce jednak wystawić go w cyrku i nie tworzy go dla satysfakcji. Jego celem jest wykorzystanie tego stwora do leczenia różnych ciężkich chorób. Kiedy jednak już prawie mu się udaje, w ostatnim momencie okazuje się, że czegoś jeszcze brakuje. Nie wiadomo jednak czego. Jego twory gniją, rozkładają się jeszcze przed narodzinami.

Zupełnie podobne zajęcie wypełnia życie drugiego z bohaterów. On też próbuje powołać do życia mitycznego stwora, a konkretnie bazyliszka. I jemu, w przeciwieństwie do jego kolegi po fachu, udaje się tego dokonać. Powołany do życia stwór potrzebuje jednak jedzenia, a kiedy okazuje się, że żywi się ludzka energia życiową, nasz bohater postanawia umieścić potwora w domu spokojnej starości.

Nie będę opowiadał dalej, jeśli zechcecie przeczytać, będziecie wiedzieli, jakie jest zakończenie.

Przede wszystkim muszę przyznać, że historia brzmi ciekawie, choć nie wydaje mi się, żeby autor miał na celu wzbudzić w nas jakieś wątpliwości natury moralnej. Książka z każda kolejną stroną staje się coraz bardziej straszna i to aż z dwóch powodów. Po pierwsze napięcie budowane jest z każdą kolejna stroną. Po drugie język, jakim jest pisana, również jest straszny.

Tak, dobrze widzicie...

Nie wiem, czy jest to wina autora, czy tłumacza, ale zdania są strasznie krótkie. Wygląda to momentami jak pisane przez uczennicę gimnazjum opowiadanie yaoi, a wierzcie mi, zdarzyło mi się czytać niejedno. Przez to książkę czyta się trochę dziwnie. Plusem jednak jest to, że można nawet nie zauważyć, że książka się już skończyła. Po prostu odkładamy, bo szybko się czytało, ale też nic specjalnie nie zapamiętujemy. Bo nie poświęciliśmy jej zbyt dużo czasu.

Nie za bardzo lubię, kiedy w horrorze wszystko dobrze się kończy, nikt ważny dla opowiadania, a przynajmniej po stronie "tych dobrych" nie ginie. No bo skoro to ma być straszna książka, to wypadałoby, żeby ktoś zginął, prawda?

Jako ciekawostkę dodam, że w pewnym momencie akcja przenosi się do Krakowa. Stąd pewien plus dla autora za promocję naszego kraju. Ale i tu ponarzekam. Autor przedstawił Polaków, jako takie stereotypowe postacie, które na powitanie "misiują" do upadłego i każdemu koniecznie wpychają bigos. Nie wiem, czy autor był kiedyś w Polsce, wiem, że będzie w tym roku i mam nadzieję, że dadzą mu do jedzenia coś innego :)

Podsumowując, książka nie wypada najlepiej. Co prawda szybko się czyta, ale jest jakby niedopracowana. Historia też nie jest specjalnie porywająca. Maksymalna ocena z mojej strony to 4 na 10.

Dział: Książki
wtorek, 04 luty 2014 11:32

Ja, inkwizytor. Głód i Pragnienie

Mordimer Madderdin powrócił. Kontynuacja losów najsłynniejszego inkwizytora będzie miała swoją premierę już 28 lutego. Nie jest to niestety długo wyczekiwany drugi tom książki „Płomień i krzyż", a „Ja, inkwizytor. Głód i pragnienie, piąta pod względem chronologii część cyklu, plasująca się między „Ja, inkwizytor. Bicz Boży" a „Sługą Bożym".

W skład bieżącego tomu wchodzi opowiadanie „Wiewióreczka" oraz tytułowa powieść „Głód i pragnienie". Pierwszy tekst można potraktować jako swoisty aperitif, rozgrzewkę przed spotkaniem z Mordimerem, jakiego znamy z poprzednich części serii. Z przykrością muszę jednak przyznać, że opowiadanie nieco mnie zawiodło. Madderdin zostaje w nim wynajęty przez właścicieli spółki oszukanej przez niejakiego Tomasza Purcella. Korzystając ze swoich niezrównanej umiejętności prowadzenia przesłuchań (warto wspomnieć, że umiejętności skutecznie wspomaganej dłutem, nożem lub innym ostrym przedmiotem), inkwizytor ma za zadanie wyciągnąć od oszusta informację o miejscu ukrycia sprzeniewierzonych pieniędzy.

I właściwie na tym opiera się fabuła całego opowiadania, Purcell zwodzi Mordimera, a ten stosuje kolejne środki perswazji, by dotrzeć do prawdy. Początek zapowiadał się nieźle, ale w międzyczasie niezła atmosfera gdzieś się rozmyła. Zabrakło mi tego, co zwykle czeka na czytelnika podczas lektury przygód Madderdina – trupów, demonów, zagadek.

Na szczęście „Głód i pragnienie" nadrabiają te braki. Mordimer otrzymuje zlecenie od swojego zwierzchnika, mistrza Dopplera - ma zbadać sprawę zaginięcia jego dalekiej kuzynki. Pozornie banalna sprawa okazuje się znacznie bardziej skomplikowana i wszystko wskazuje na to, że zamieszana jest w nią pewna bogata, acz podejrzanie postępująca kupiecka rodzina oraz starożytny demon.

Podobnie jak w pozostałych tomach cyklu, narratorem jest główny bohater, całkowicie pozbawiony sumienia i chętnie korzystający z uroków kobiecego towarzystwa przekorny, a jednocześnie pokorny Sługa Boży. Chętnie przedstawia się czytelnikom jako „uniżony sługa", opiewając własną skromność, co w zestawieniu z jego czynami, delikatnie rzecz ujmując, powiewa pewną hipokryzją. Nie zmienia to jednak faktu, że ironicznego, bezwzględnego, brutalnego, a jednocześnie pełnego specyficznego uroku Mordimera, nie sposób jest nie polubić.

Warto wspomnieć kilka słów o świecie stworzonym przez autora. Akcja toczy się w średniowiecznej Europie, która niemal do złudzenia przypomina tę prawdziwą. Piekara proponuje nam jednak alternatywną historię chrześcijaństwa, jako religii brutalnej, nie znającej pojęcia miłosierdzia. Jak można przeczytać na okładce, jest to „świat, w którym Chrystus zszedł z Krzyża i objął władzę nad ludzkością. Świat tortur, stogów i prześladowań". Niektórych czytelników, dopiero planujących rozpocząć przygodę z cyklem, opis ten może nieco odstraszać. Niepotrzebnie, nie znajdziecie tu prawie w ogóle kwestii teologicznych i jedynie kilka odniesień do wizji Chrystusa jako krwawego pogromcy niedowiarków.

Kolejność ukazywania się kolejnych tomów cyklu inkwizytorskiego (a raczej pisania ich przez Jacka Piekarę), jest tak daleka od zachowania jakichkolwiek znamion chronologii, jak to tylko możliwe. Pierwsze ukazały się tomy, znajdujące się obecnie w połowie serii, potem autor zdecydował się opowiedzieć o samych początkach historii Madderdina, stopniowo uzupełniając luki w jego życiorysie. W każdym z kolejnych tomów znaleźć można nowe informacje, które uzupełniają wydarzenia opisane w innych częściach. „Ja, inkwizytor. Głód i pragnienie" ujawnia m.in. szczegóły pierwszego spotkania inkwizytora z Pierwszym i Drugim, bardzo oryginalnymi bliźniakami, którzy towarzyszą mu w kolejnych książkach.

Podsumowując, najnowszy tom serii o Mordimerze Madderdinie nadal trzyma poziom, choć możliwe, że wrażenie byłoby dużo lepsze, gdyby wydano samą powieść, bez dołączonego do niej opowiadania. Mam nadzieję, że na kolejną część nie będziemy musieli już tak długo czekać i że będzie nią drugi tom „Płomienia i krzyża", którego (razem z wieloma fanami cyklu) wypatruję z niecierpliwością.

Dział: Książki
sobota, 02 luty 2013 08:28

Opowieści praskie

"Opowieści praskie" - tytuł iście intrygujący, a książka niby taka niepozorna. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Tomasza Bochińskiego, więc wiedziałem, czego można się spodziewać - co może mnie spotkać na warszawskiej Pradze. Można w tym miejscu powtórzyć za jedną mądrą osobą, która skreśliła słów kilka w przedmowie książki, że autor chce nam ukazać swoją "ukochaną" część Warszawy trochę w innym świetle. Widać, że sam pochodzi z tytułowej Pragi - dzielnicy, po której obcemu strach się poruszać. Autor stara się uchować od zapomnienia klimat, jaki kryje się w starych kamienicach, pokazać młodemu czytelnikowi "kawałek" historii z życia miasta - dzielnicy.

Całość składa się z krótkich i długich opowiadań, które przepełnione są barwnymi bohaterami i humorem. W historii "Menelska Ballada. Kina na Małej" wszystko rozgrywa się na tytułowej ulicy. Przyjeżdża ekipa filmowa, która zamierza kręcić zdjęcia do filmu z czasów II Wojny światowej. Jak zawsze w takiej sytuacji jest wielu gapiów, ale trafiają się także podwórkowi biznesmeni, którzy polują na rekwizyty filmowe. Dlatego też jeden z filmowców postarał się o przychylność miejscowych, aby nic nie zginęło. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z ustaleniami i jeden z rekwizytów zaginął. Miejscowi uznali to za ujmę na honorze i bardzo szybko, bo już tego samego dnia odnaleźli zgubę, ale kłopoty się nie skończyły.

Na przeciwnym "biegunie" - czyli z historii dłuższych mogę zaproponować opowiadanie "Cudowny wynalazek Pana Bella". W tej historii główny bohater pewnego dnia przynosi do domu stary aparat telefoniczny, który ładnie się będzie komponował w remontowanym mieszkaniu. Jakież jest jego zdziwienie, kiedy okazuje się, że urządzenie działa, a do tego rozmówczynią jest młoda kobieta o aksamitnym głosie - balsam dla duszy zszarpanej niedawnym rozstaniem. Tajemnicza nieznajoma w pełni zaabsorbowała naszego bohatera, który zaczął się w niej podkochiwać. Ludzie na osiedlu, a nawet w najbliższym otoczeniu uważali go za wariata, gdyż zaczął chodzić do biblioteki, rozpytywał o różne sprawy związane z zakładem fotograficznym.

Kolejną historią, którą przytoczę jest "Bardzo Zły". Po tytułowej dzielnicy grasuje tajemniczy zabójca, który likwiduje ważne postacie świata przestępczego. Zarówno policja, jak i inne służby śledcze nie mogą go złapać. Dopiero grupa przyjaciół z Profesorą i Desantem na czele poprzez swoje prywatne dochodzenie namierza sprawcę. Dzięki temu również odkrywają dawno zapomnianą część Pragi - system kanałów, którymi przemieszczali się powstańcy podczas wojny. Samo odkrycie nie rozwiązuje całej zagadki, a nawet ją komplikuje, ponieważ to coś niewyjaśnionego, nienazwanego przybliża bohaterów do rozwiązania tajemnicy. Za pośrednictwem powyższych opowiadań autor próbuje uchronić od zapomnienia dzielnicę dawnych lat, pokazać kim jesteśmy. Stara się nam zademonstrować, jak wygląda życie obecnie, ale również jak dzielnica wyglądała kiedyś, przybliżyć nam kilka faktów, które rozgrywały się na tym terenie oraz co najważniejsze pokazać, że wcześniej Praga nie była tak niebezpiecznym miejscem.

Ciekawym rozwiązaniem, jakie zastosował Bochiński w swojej książce jest połączenie dwóch opowiadań w całość - jednak czytając wnioskujemy, że są to odrębne historie z innymi bohaterami. Mam tu na myśli opowiadania "Cudowny wynalazek Pana Bella" oraz "Druga liga". W pierwszym opowiadaniu pojawiają się wątki z dobrze nam znanymi postaciami, jednak wykreowane zdawkowo, drugoplanowo - dotyczy to Desanta. Natomiast w tym drugim opowiadaniu, poznając perypetie w/w osoby dowiadujemy się, co było dalej i od razu w myślach przywołujemy wcześniejszą historię - widzimy ją od innej strony. W opowiadaniu "Druga liga" autor skupia się przede wszystkim na pamięci o przodkach, która jest częścią naszej tożsamości, tradycji. Jest to równie ważny aspekt naszego życia, ponieważ zapominając o naszych bliskich lub pochodzeniu stajemy się duchami.

Na uwagę zasługują także dwie krótkie historie z serii Menelska Ballada - pierwsza to "Gołąb w pokoju", w której Bochiński stara się ukazać zapomnianą, "wymarłą" społeczność gołębiarzy, która mieszkała na warszawskiej Pradze i której nikt nie rozumiał, a raczej traktował jak zło, ponieważ ptaki przeszkadzały i brudziły. Jednak wcześniej wspomniana społeczność od zawsze była częścią Pragi, a tego już nikt nie zmieni i trzeba o tym wiedzieć, gdyż czasy się zmieniają, a pamięć jest ulotna Drugą historią serii jest opowiadanie "Bułki"; całość rozgrywa się przed jednym ze sklepów, gdzie główny bohater spotyka na ławce biedną osobę proszącą nie o parę groszy na wino, ale otwarcie mówi - "kup mi jeść człowieku ...". Jak to przeważnie bywa, potrzebujący został zignorowany, a po pewnym czasie, gdy przechodzeń przypomniał sobie o biedaku pobiegł do sklepu, ale jego już tam nie było. Przysiadł na tej ławce i porozmawiał ze staruszką, która wszystko mu wyjaśniła. Takie sytuacje zdarzają się nie tylko w Warszawie, ale w każdym mieście i przynajmniej raz każdy z nas się z nią spotkał. Jednak ogólna "znieczulica" oraz pęd za podobno ważnymi sprawami sprawia, że nie widzimy takich błahostek, a dla niektórych są to poważne rzeczy. Jeśli sami nie zmienimy czegoś w sobie, chociaż jednego pierwiastka, to będziemy się zatracać, zapominać, a wtedy stajemy się duchami bez wspomnień i tożsamości.

Cała antologia napisana jest w ciekawy sposób, przyciąga czytelnika i sprawia, że już po pierwszej historii zostajemy owładnięci mistyką tego miejsca. Dzięki tej książce autor chce pokazać nam, że w każdym mieście czy wiosce możemy odnaleźć ciekawe miejsca, spotkać interesujących ludzi, odkryć niesamowite opowieści. Przecież "lokalny patriotyzm" jest w każdym z nas czy tego chcemy, czy nie, a co jest piękniejsze od odkrywania tajemnic swoich rodzinnych stron. Czytając "Opowieści praskie" nabieramy ochoty, aby wybrać się do stolicy i pooglądać ulice i zakamarki, w których rozgrywała się akcja poszczególnych opowiadań. Sam autor posiada warsztat pisarski, który pozwala mu dowolnie kreować postacie i światy, a co za tym idzie tworzyć ciekawe historie, pełne mistyki. Przecież każdy z nas uwielbia historie z dreszczykiem opowiadane nam przez dziadków czy rodziców.

Książka dedykowana jest młodzieży, jak również starszym czytelnikom, gdyż czytając sami zaczynamy wspominać swoje dzieciństwo, naszych dziadków i inne wydarzenia jakie miały miejsce w dawnych latach.

Dział: Książki
poniedziałek, 26 grudzień 2011 12:04

Stroiciel ciszy

Fantastykę religijną w polskiej literaturze można szukać ze świeczką. Choć już na początku lat 90 wraz z umocnieniem się pozycji Kościoła w Polsce zaczęły pojawiać się pierwsze opowiadania nawiązujące do wiary katolickiej, nurt ten wśród autorów zaczął zmierzać w innym kierunku. Motywy religijne w fantastyce zaczęły skupiać się na metafizyce, siłach nadprzyrodzonych, duchowych reprezentantach, zostawiając gdzieś z boku sens istnienia Kogoś oraz nasze wewnętrzne uwikłania z Nim.

Wojciech Szyda w swoim drugim zbiorze opowiadań po raz kolejny mierzy się z połączeniem chrześcijańskich dogmatów z nurtem science fiction i fantasy. "Stroiciel ciszy" zawiera dziesięć jakże odmiennych historii. Każda jest wyjątkowa i zmusza czytelnika do refleksji oraz odpowiedzenia sobie na pytanie - kim w moim życiu jest Bóg.

Już pierwsze opowiadanie, które otwiera antologię - "Raport łotrów", ukazuje w jaki sposób podróż w czasie i zamach na życie ledwo co narodzonego Chrystusa może mieć wpływ na dzieje ludzkości. Krótkie, lecz ciekawe opowiadanie ukazuje miłosierdzie Jezusa nad każdym grzesznikiem, który szczerze wyrazi swoją skruchę.

Postać Syna Bożego jest również tematem kolejnego, tytułowego opowiadania "Stroiciel ciszy". Tym razem autor przenosi nas w daleką, nieokreśloną, przyszłość. Główny bohater, John Caspar, podróżuje specjalnym statkiem kosmicznym, aby w samotności odpokutować swoje winy, jednocześnie zaś rozgrzeszyć odległe kolonie. Na jednej z nich odnajduje tajemniczą postać, której istnienie jest sprzeczne z nauką Kościoła. Bohater, a wraz z nim czytelnik, staje przed próbą zrozumienia sensu zmartwychwstania i ponownego przyjścia Zbawiciela.

Kolejna historia, "Ciało i krew", która według mnie, choć gatunkowo odbiega od pozostałych zawartych w zbiorze, była jedną z lepszych, porusza dylematy dotyczące poświęcenia i wiary. Oto rycerz, samotny wędrowiec, z oddaniem poszukuje legendarnego Graala, kielicha z którego Chrystus pił podczas Ostatniej Wieczerzy.

Inny opowiadaniem, które zasługuje na szczególną uwagę jest "Po'Sen. Plaga cudów". Bardzo abstrakcyjne, częściowo psychodeliczne, z drugiej strony zaś malownicze. Autor porusza wyobraźnię czytelnika, kreując alternatywny Poznań. Miasto to w niejednym naszym śnie przerażało i fascynowałoby jednocześnie. W opowiadaniu obecny jest również motyw spowiedzi, jako leku na grzechy.

W "Planach na przeszłość" autor kreuje wizję niedalekiej przyszłości, w której istnieje możliwość posiadania kilku wersji samego siebie. Główny bohater prowadzi życie jednocześnie jako m.in. gangster, policjant, erotoman czy znudzony życiem księgowy, zaś z pomocą tabletek jego świadomość "przeskakuje" pomiędzy danymi wersjami. Oskarżenie o morderstwo poprzez porzucenie jednej ze swoich wersji powoduje, że bohater zaczyna się zastanawiać nad konsekwencjami zabawy w Boga.

"Drabina i łańcuch" to jeden z trudniejszych tekstów. Zrozumienie historii o walce z drapieżnymi aniołami, które przedostały się do naszego świata, przedstawionej w formie metafizycznego kryminału, wymaga od czytelnika nie lada wysiłku intelektualnego. Filozofia św. Augustyna, rozważania na temat czasu i zastosowanie podobnych imion głównych bohaterów znajdujących się w różnych ramach czasowych (typu Uriasz - Uriah, Falstrom - Fallstorm itp.) powoduje u czytelnika przemęczenie lekturą.

W zbiorze Wojciecha Szydy oprócz długich i przepełnionych filozofią opowiadań, znajdziemy krótkie historie, które wcale nie ustępują jakością tym dłuższym. Szort "Osobodante" przedstawia świat, gdzie króluje Kościół Danych Osobowych, dane osobowe są przedmiotem kultu, natomiast życie prywatne każdego człowieka nie jest tajemnicą. "Jeden dzień" zaś w obrazowy sposób przedstawia nam Biblię w opisie jednego dnia pary głównych bohaterów. Zbiór zamykają "Fałszerze" - lekki utwór, stanowiący istną odskocznią po poważnej lekturze zbioru.

Antologie opowiadań, czy to jednego czy wielu autorów, mają to do siebie, że rzadko są doskonałe pod każdym względem – bywa, że utwory w nich zgromadzone są różne pod względem jakościowym i wzbudzają różne reakcje czytelnika. Nie inaczej jest ze „Stroicielem ciszy”. Opowiadania wchodzące w skład tomu mogą się podobać bardziej i mniej, ale każdy czytelnik znajdzie tu coś dla siebie. Dobra fantastyka z przesłaniem, która sprawia, że wraz z przewróceniem ostatniej kartki, nawet jeśli trudno nam było przebrnąć przez niektóre historie, czujemy satysfakcję.

Dział: Książki

Robert E. Howard to powszechnie znany amerykański pisarz. Zasłynął nie tylko z opowieści o Chtulhu, ale przede wszystkim z historii o Conanie Barbarzyńcy. Jego książki z tej serii uznawane są za najlepsze, a przygody te kontynuuje naprawdę wielu autorów. Nawet jeżeli ktoś nie czytał powieści, z pewnością zna filmy na podstawie prozy Roberta E. Howarda, w których w rolę główną wcielił się Arnold Schwarzenegger. Niewielu jednak wie, że pisarz był przyjacielem Howarda Phillipsa Lovecrafta, a znajomość ta wywarła duży wpływ na jego twórczość.

„Królestwo cieni" to zbiór dziesięciu krótkich opowiadań, osadzonych w świecie mitów Cthulhu. Pierwsze z nich przedstawia historię Amerykanina, który skuszony lekturą „Nienazwanych kultów", postanawia wybrać się na Węgry w poszukiwaniu tajemniczej „Czarnej skały". Ponieważ nie wierzy w legendy, nie wychodzi na tym najlepiej. Sam tytuł, który tak zwabił żądnego przygód podróżnika, przewijał się będzie przez niemal wszystkie kolejne utwory. Przyznam, że opowiadanie jest naprawdę świetne i z całego zbioru podobało mi się najbardziej. To spełnienie marzeń każdego miłośnika mitologii Cthulhu.

Kolejną dobrą historią jest tytuł „Płomień Aszurbanipala". Przedstawia jedną z licznych przygód pary awanturników – Steve Clarneya i Pasztuna Yar Ali. Towarzysze, wiedzeni legendą o zaginionym mieście, w którym kryć mają się bezcenne skarby, udali się na wyprawę w głąb pustyni. U celu odkryli znacznie więcej niż by chcieli. Redaktor, dla urozmaicenia, postanowił również do zbioru dodać opowiadanie o Conanie Barbarzyńcy. Bohater idealnie wtopił się w świat tajemniczej, mrocznej mitologii.

Utwory, jak to bywa, są i lepsze, i gorsze, ale ogólnie tom oceniam bardzo wysoko. Jego czytanie sprawia przyjemność i nie zawodzi zagorzałych fanów Cthulhu. Pisarz nie używa archaicznego języka. Łatwo się go czyta, wszystko stworzone jest w dobrym, plastycznym stylu. Odpowiednio budowany nastrój nadaje historiom niezwykłego smaku. Każdy tytuł czyta się z ciekawością, a towarzyszy temu przyjemny dreszczyk emocji oraz chęć dowiedzenia się, co będzie dalej. Tłumaczenie i edycja tekstu również są bez zarzutu. Przyjemną niespodziankę stanowił również dodatek - w załączniku znajdują się fragmenty opowiadań nawiązujących do mitologii Lovecrafta. Zachęca to do odnalezienia i przeczytania ich dalszych części. Chyba największą wadą całości jest kiepska jakość okładki – klejenie wygląda dość niepewnie i sugeruje, że nie wytrzyma zbyt gorliwego czytania.

Przyznam szczerze, że żyję w świecie mitologii Cthulhu i gdy zobaczyłam tytuł, ani chwili się nie wahałam. Sięgnięcia po zbiór z pewnością nie żałuję i jestem niezwykle zadowolona, że trafił w moje ręce. Nawet ilustracja na okładce jest odpowiednio niepokojąca i buduje nastrój. Wydawnictwo Agharta stworzyło dzieło obowiązkowe – pozycję „must read" dla każdego, kto śmie się nazywać miłośnikiem prozy Lovecrafta i przede wszystkim samego Cthulhu; dla każdego kto oczekuje lub lęka się chwili, „gdy gwiazdy ułożą się w odpowiednim porządku".

Nie pozostaje mi nic innego, jak książkę gorąco polecić. To gratka dla fanów fantastyki oraz każdego, kto przygodę z wielkimi przedwiecznymi chciałby dopiero rozpocząć. „Królestwo cieni" to lektura naprawdę dobra; taka, na którą nie szkoda czasu, a spędzone z nią chwilę z pewnością narobią czytelnikom smaku na więcej. Po przeczytaniu niektórych opowiadań nikt już nie zakwestionuje sensu wiary w pradawne legendy. Szkoda, że tego typu pozycji jest w Polsce tak mało.

Ps. Książki nie polecam osobom z ofidofobią – zdecydowanie nie nadaje się dla nich.

Dział: Książki