Rezultaty wyszukiwania dla: W.A.B

czwartek, 11 sierpień 2016 16:30

Szeptucha

Szukacie bezpretensjonalnej, lekkiej i zabawnej lektury na te powoli kończące się wakacje? Oto ona - „Szeptucha” Katarzyny Bereniki Miszczuk, czyli słowiańskie country fantasy.

Tuż przed wakacjami stwierdziłam, że potrzebuję dobrze zaakcentować tą radosną chwilę, jakąś przyjemną, niegłupią, ale lekką lekturą. Szczęśliwie mój wybór padł na „Szeptuchę”, która zaintrygowała mnie pomysłem Polski pogańskiej, tym bardziej, że akurat byłam po lekturze Elżbiety Cherezińskiej „Koronie śniegu i krwi”. Z Katarzyną Bereniką Miszczuk dotąd literackich dróg nie skrzyżowałam, choć jej „Gwiezdny Wojownik” nadal czeka na półce gdzieś pomiędzy Nealem Stephensonem, a Danem Simmonsem – nie powiem, zacne i przyciężkawe towarzystwo. Sięgając po powieść spodziewałam się Polski nasiąkniętej słowiańskimi wierzeniami, pełnej magii i mitycznych istot. A jak było naprawdę?

„Szeptucha” to historia Gosławy Brzózki, lekarki, no prawie lekarki. Gosia skończyła studia i właśnie odebrała dyplom ze swojej uczelni, a także skierowanie na praktykę, na daleką prowincję, gdzieś, gdzie według Gosi nie dotarła jeszcze cywilizacja. Dziwnym trafem okazuje się, że zostaje skierowana do matczynej, rodzinnej miejscowości w Kielecczyźnie, do Bielin, pod skrzydła lokalnej szeptuchy. Gosia do Kielc trafia wraz ze swoją przyjaciółką Sławą, po czym udaje się na praktykę do Jarogniewy, po drodze spotyka przystojnego Mieszka, który na dobre zagości w jej życiu, ratując ją z wielu opresji, a czasem jeszcze głębiej ją w nie wpakowując. Biedna Gosława, która jest ateistką, wierzy w prawdziwą, naukową medycynę, cierpi na fobię czystości, zmuszona zostanie do zweryfikowania swojej wiedzy o otaczającym ją świecie, co zresztą będzie robiła z godnym podziwu oportunizmem i beztroską ignorancją.Cytując za główną bohaterką: „Jakimś tajemniczym sposobem ja- pragmatyczna hipochondryczka – wpadłam w sidła przygody. Nie podobało mi się to. Supełnie mi się to nie podobało, chociaż w bonuie dostałam seksownego władcę, którego kręcą koronki”. Bielińska przygoda rozpoczyna się na dobre, a na drodze głównej bohaterki staną słowiańscy bogowie, żercy, rusałki, utopce i wiele wiele innych mitycznych postaci. 

Nie ma co się łudzić, „Szeptucha”, to stereotypowa powieść z typu, napisałabym, urban fantasy, ale akcja toczy się na prowincji, to może country fantasy (?), z elementami słowiańskich wierzeń i romansu. Przyznam, że zauroczył mnie motyw Polski słowiańskiej, zacnej i potężnej, gdzie nadal wierzy się w Swarożyca i Peruna. Niestety pomysł nie został wykorzystany prawie w żadnym stopniu. Autorka sprytnie wybrnęła przed koniecznością mocnego zarysowania świata przedstawiona dzięki faktowi, że Gosława tak naprawdę jest ateistką. Dzięki takiemu zabiegowi elementy zostały wrzucone do fabuły, a nie fabuła została mocno osadzona w świecie. W fabuke z resztą też nic nadzwyczajnego się nie dzieje; główna bohaterka staje się centralnym punktem, wokół którego toczą się wszystkie wydarzenia, pojawia się oczywiście zagrożenie, pomocnicy i rycerz na białym koniu. Wszystko boleśnie przewidywalne. To dlaczego mi się podobało i szczerze polecam tę książkę? Ponieważ powiela ona dobrze znane i lubiane motywy, które okraszone może prostym, ale lekkim, humorem, naprawdę daje dużo przyjemności podczas czytania. Gdybym miała porównywać „Szeptuchę” do innych książek z tego gatunku, to wspomniałabym o cyklu Patricii Briggs o Mercedes Thompson, z którą wspólny ma pomysł na wykorzystanie lokalnych wierzeń, czy o Aleksandrze Rudej i Oldze Gromyko, do których podobna jest w poczuciu humoru. Niestety zabrakło ambicji Anny Brzezińskiej, z cyklu o Wilżyńskiej Dolinie, która potrafiła solidnie zakorzenić akcję książki w lokalnym folklorze, dzięki przaśnemu językowi i barwnym charakterom ludzkim.

„Szeptucha” Katarzyny Bereniki Miszczuk, to fantastyczna, lekka lektura na letnie wieczory. Trzeba pogodzić się, że nie stworzono w niej naprawdę słowiańskiej atmosfery i że pomysł na prawdziwą polską magię został zaprzepaszczony. Pomimo tego z utęsknieniem wypatruje jesieni, na którą ma się pojawić drugi tom - „Noc Kupały”.

Dział: Książki
piątek, 27 maj 2016 18:55

J.R.R. Tolkien

Lubię czytać o życiu i twórczości interesujących osób, których dzieła inspirują setki innych ludzi. Wspominałam kiedyś na blogu, że jedną z takich osób, której biografia wraca do mnie co roku jest Oskar Schindler. Drugą osobistością jest Tolkien, który w szkole daje się poznać jako twórca powieści Hobbit czyli tam i z powrotem. To jeden z takich pisarzy, których życie, inspirujące, obfitujące w różne wydarzenia i tak mocno splecione z jego pracą, jest w stanie zainteresować młodych ludzi. Oczywiście najchętniej słucha się o tym, że w dzieciństwie ukąsił go pająk, że przez jakiś czas, jako malec, mieszkał w Afryce, że przeżył obie wojny, że swoje pierwsze historie opowiadał synom, nie mogącym zasnąć. Niemniej jednak dobre i to, biorąc pod uwagę stopniowy upadek autorytetów wśród dorastającej młodzieży.

Niniejsza biografia jest bardzo rzetelnym opracowaniem, dokładnym rysem życia i twórczości jednego z najsłynniejszych pisarzy XX wieku i uważam, że każdy kto mieni się miłośnikiem literatury fantasy, a zwłaszcza tego wszystkiego co wyrosło z inspiracji Hobbitem i Władcą Pierścieni, powinien się z tą książką zapoznać.

Sam Tolkien nie był zwolennikiem biografii, jednak myślę, że ta napisana przez H. Carpentera, w dodatku w ścisłej współpracy z rodziną pisarza, na podstawie pozostawionych przez niego listów i dzienników, spodobałaby mu się.

Książka jest napisana bardzo rzetelnie i konkretnie, choć nie jest pozbawiona elementów komicznych. Szczera i obiektywna, w prosty i przystępny sposób, przybliża czytelnikom kolejne etapy życia pisarza, który właściwie najszczęśliwszy był wtedy, gdy mógł badać etymologię słów i zgłębiać pochodzenie języków. Dlatego sporym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, w trakcie czytania, że głównym kierunkiem życia Tolkiena, nie było pisanie książek, a praca na Oxfordzie, dawanie wykładów, sprawdzanie studenckich prac i egzaminowanie tychże studentów. Pisanie książek zaś było procesem długim, żmudnym i trudnym, głównie z powodu charakteru Tolkiena, który cyzelował każde słowo, a na krytykę, czy sugestie poprawy był raczej dość oporny.

J.R.R. Tolkien. Biografia jest podzielona na osiem części, w których kolejno poznajemy dzieciństwo i wczesne lata życia Ronalda (bo tym imieniem zwracano się do niego w kręgu rodziny i przyjaciół), jego dorastanie, pierwszą i jedyną miłość do Edith Bratt, udział w wojnie oraz kulisy pracy na Oxfordzie oraz nad Hobbitem i Władcą Pierścieni.

Poznajemy Tolkiena jako człowieka drobiazgowego, dla którego doba jest za krótka i który, podejmując pisanie jakiejś historii, mógł je znienacka zarzucić na rzecz badania pochodzenia jakiegoś słowa, które go niesłychanie zaciekawiło.

Biografia ta pozwala dogłębnie zrozumieć proces powstawania Hobbita jako tej powieści, która nie tylko przyniosła autorowi międzynarodową sławę, ale stała się też fundamentem do powstania Władcy Pierścieni, który pierwotnie miał być przecież książką dla dzieci. Carpenter wnikliwie opisuje rozterki pisarza, zmaganie się z problemami natury wydawniczej, bo wiadomo przecież, że napisanie powieści to jedno, a jej wydanie, to już zupełnie inna bajka.

Biografie mogą się kojarzyć z nudnymi faktami z życia, jednak w tym przypadku, wcale tak nie jest. Historię życia Tolkiena czyta się naprawdę przyjemnie i aż żal ją kończyć wraz z ostatnią stroną. Ta książka to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników fantastyki, a także dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej na temat twórcy Sródziemia, Simarilionu i języka elfów. Polecam gorąco.

Dział: Książki

Olga Pańkowska to nieśmiała marzycielka, której niezbyt się wiedzie w życiu. Pewnego dnia ratując bezpańskiego kota, trafia do baśniowego świata i zostaje gospodynią w domu czarodzieja. Jednak tak naprawdę ta historia zaczyna się znacznie wcześniej – w dzieciństwie Olgi, zanim jej rodzice się rozwiedli... Okazuje się, że magiczna rzeczywistość to tylko początek podróży, dzięki której Olga upora się z przeszłością i stanie się gotowa na pasjonujące, dorosłe życie.

Dział: Książki
sobota, 02 styczeń 2016 07:42

Stylista

W końcu polscy czytelnicy doczekali się nowego tomu o major Anastazji Kamieńskiej, głównej bohaterki jednej z najpopularniejszych serii kryminalnych autorstwa Aleksandry Marininy. Termin „nowy" może być tu nieco mylący - od chwili wypuszczenia na rynek pierwszej części, wydawnictwo WAB zdaje się na chybił trafił wybierać kolejne powieści, za nic mając chronologię przedstawionych w nich wydarzeń, choć trzeba przyznać, że ostatnio jest już z tym nieco lepiej. Stylista plasuje się niemal bezpośrednio za wydaną poprzednim razem (czerwiec 2013) Cudzą maską.

Nastii Kamieńskiej raczej nie trzeba przedstawiać miłośnikom rosyjskiej popularnej literatury współczesnej oraz fanom kryminału. Na pierwszy rzut oka przypomina ona nieco wschodnią, kobiecą wersję Sherlocka Holmesa, wykorzystując swój niespotykany intelekt i chłodne, racjonalne, a czasem wręcz obsesyjnie pedantyczne podejście do faktów do rozwiązywania kolejnych przestępstw. Podobnie jak angielski detektyw, zdaje się czasem nie pasować do reszty społeczeństwa, lecz jednocześnie – w przeciwieństwie do niego – sprawia swojskie wrażenie, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę jej katastrofalne dla zdrowia lenistwo i przytłaczającą wręcz nieporadność w prowadzeniu samochodu w ruchliwym mieście.

Tym razem Kamieńska i jej współpracownicy z moskiewskiego wydziału śledczego badają sprawę seryjnego mordercy polującego na młodych homoseksualistów o semickim typie urody. Podejrzenia i poszlaki prowadzą Nastię do jej utalentowanego, sparaliżowanego od dwóch lat tłumacza poczytnych powieści, z którym przed dwunastu laty była blisko związana. Odświeżając relację z nim, początkowo tylko w celach służbowych, Kamieńska musi zadać sobie pytanie, czy na pewno jest w stanie wykorzystać Sołowiowa jako marionetkę.

Niemal od początku można oddzielnie obserwować obydwa wątki – pierwszy stricte kryminalny, skupiony wokół poszukiwań mordercy oraz drugi, dotyczący postaci Sołowiowa, jego relacji z Nastią oraz zaskakująco niepokojącą współpracą z największym moskiewskim wydawnictwem, Sher Khan. Miejscami się one zazębiają, aż w końcu obydwa prowadzą do zaskakującego finału. Czego, jak czego, ale nigdy nie można było odmówić Marininie pomysłu na poprowadzenie i zakończenie fabuły.

Po raz kolejny powieść rosyjskiej pisarki nie zawodzi. Podobnie jak w poprzednich częściach, autorka w rewelacyjny, bardzo plastyczny i obrazowy sposób kreśli przed oczami czytelnika obraz Moskwy lat dziewięćdziesiątych. Był to nadal okres przemian, zaledwie kilka lat po pieriestrojce, pokazujący, jak z jednej strony kraj poszedł na przód, a z drugiej jak bardzo tkwi jeszcze w mentalności z poprzedniego systemu. Możemy obserwować ówczesne codzienne życie Rosjan, poczynając od problemów ze zdobyciem mieszkania i przyprawiającymi o zawrót głowy kombinacjami z zamianami lokali, by wreszcie dostać ten w miarę satysfakcjonujący, poprzez zwyczaje kulinarne, aż po stosunki międzysąsiedzkie, często wykraczające poza granice zwykłej uprzejmości.

Smaczkiem, jak zwykle zresztą, są pokazane metody pracy milicji, łącznie z całym arsenałem łapówek, sposobów mniejszego i większego nacisku, nieufności między różnymi jednostkami. Ze względu na własne doświadczenia (Marinina przez blisko dwadzieścia lat pracowała w milicji) można w tej kwestii zaufać wiarygodnemu pokazaniu rzeczywistości. I aż żal czasem jest patrzeć, jak naprawdę dobrzy i rzetelni fachowcy, którym zależy na odkryciu prawdy, ginęli w tłumie bezwzględnych karierowiczów i zwykłych ludzkich śmieci.

W Styliście autorka porusza jeszcze dwa inne warte uwagi wątki. Pierwszym, który zainteresował mnie znacznie bardziej, to pokazanie od podszewki pracy ówczesnych wydawnictw, których szefostwo, zachłyśnięte żądzą jak największego zysku, dbałość o swoich autorów, czytelników oraz przepisy prawa stawiało na ostatniej pozycji priorytetów. Drugi to pokazanie sytuacji i odbiór przez społeczeństwo osób, które albo przyznały się do homoseksualizm, albo zostały przyłapane na gorącym uczynku. Trudno ocenić, na ile sytuacja się zmieniła (na pewno obowiązuje teraz inne prawo), warto wspomnieć, że nie tak dawno temu okazywanie preferencji homoseksualnych było traktowane jak przestępstwo i z pełną mocą ścigane. O społecznym napiętnowaniu nawet nie ma co wspominać.

Podsumowując, po raz kolejny Marinina nie zawodzi. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że na kolejny tom cyklu nie będziemy musieli czekać kolejnych dwóch lat.

Dział: Książki
piątek, 17 kwiecień 2015 11:27

Katedra Antychrysta

W biografiach wielu znamienitych osobistości kultury, filozofii etc. znajdują się chwile tak zwanych dziur informacyjnych. Badacze w takich miejscach tylko pobieżnie potrafią określić, co działo się z daną postacią. Jest tak choćby z teoriami Arystotelesa, które znamy jedynie z zapisków jednego ze studentów. Czy był rzetelny w swoich skryptach? Tego nigdy się nie dowiemy. Brak szczegółów dotyczących komedii pozostawia wiele dla wyobraźni. Może student zabalował? Może uważnie nie słuchał? Jaki obraz kształtują te domysły w odniesieniu do zachowanych treści? A może nieustannie żyjemy w kłamstwie, a Arystoteles przewraca się w grobie, żeśmy zaakceptowali notatki jakiegoś mniej ambitnego ucznia? Podobnie jest z jednym z głównych bohaterów „Katedry Antychrysta". Friedrich Nietzsche na przełomie 1888 i 1889 roku przeszedł poważne załamanie psychiczne. Co działo się z nim przez ten czas? Fabio Delizzos snuje tutaj mroczną, kryminalną intrygę.

Zbliża się dzień święta Bożego Narodzenia, roku 1888. W Turynie jednak mało, kto żyje przygotowaniami do chrześcijańskiego święta. Miasto interesuje się żywo za to niecodziennymi wydarzeniami, o których donoszą miejscowe gazety, a na myśl, o których Karabinierzy Królewscy kręcą tylko bezsilnie głową – sprofanowane zwłoki kardynała, torturowane i mordowane masowo dzieci oraz zaginiona relikwia z egipskiego muzeum, o której formie nikt nie może powiedzieć czegoś z pewnością. Na domiar złego w Turynie przebywa także główny wróg księży, filozof Friedrich Nietzsche. Gdy zaprzyjaźniony z profesorem kelner, Prospero, odnajduje świecące w ciemnościach zwłoki (czy aby na pewno zwłoki?), a pułkownik Plural decyduje sprzymierzyć się z wrogiem kościoła, Nietzsche właśnie, rozpoczyna się prawdziwa akcja. Makabryczne zbrodnie zaczynają łączyć się w logiczną całość, która okazuje się być mroczniejsza, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać...

Fabio Delizzos zdecydował się na wykorzystanie tematu o skrajnej recepcji czytelników, a więc dotyczący kwestii religijnej. Można by nawet uściślić jego założenia i określić je mianem kontrowersji wiary (Czy Jezus naprawdę zmartwychwstał? A może Kościół posiada – bądź posiadał – jego ciało, ostateczny dowód o ludzkiej, a nie duchowej, istocie Chrystusa?). Na kartach „Katedry Antychrysta" ścierają się filozofia i wyznanie wiary, które – jak się okazuje – dla każdego oznacza absolutnie co innego. Delizzos pochyla się nie tylko nad katolikami sensu stricto, ale także gnostykami, volkistami i całym szeregiem odłamów sekt i chrześcijaństwa, o których nie słyszał przeciętny uczestnik kultury świata.

Kreowana przez Delizzosa fabuła nosi znamiona nie tylko historycznej abstrakcji, ale również fantastyki lub realizmu magicznego. Większość „duchowych" niejasności bardzo szybko zostaje sprowadzona do pragmatycznej formy, jednak na początku czytelnik zastanawia się nad istotą świecącego w ciemnościach człowieka czy mocą satanistycznych obrządków. Najwyraźniej odbija się na powieści włoskiego pisarza gatunkowość kryminału lub thrillera – szeroko zakrojona intryga, zmasakrowane ciała i liczne niewyjaśnione zabójstwa.

Niestety, chociaż rzecz fabularnie wydaje się niezwykle intrygująca, to w rzeczywistości nieco rozczarowuje. Autor zbyt wiele wkłada w usta bohaterów, nie pozwalając na domysły czytelnika. Przerażająco długie monologi filozoficzne (których zresztą powinnam się spodziewać ze względu na wybranych bohaterów historycznych), nie tylko spowalniają akcję, ale i chwilami zwyczajnie nudzą. Lekkie podenerwowanie budzi także konstrukcja samej powieści, która zwierając się na czterystu stronach, posiada dwie części i siedemdziesiąt rozdziałów. Zdaje się, że taka budowa jest wprowadzeniem w życie założeń typowych dla autorów bestsellerów – krótkie rozdziały, wiele pustych przestrzeni stron, sprawia wrażenie szybkiej lektury, a więc i konstatacji „skoro tak szybko to przeczytałam/em musi być dobre".

Język powieści wydaje się bardzo nierówny. Z jednej strony o znamionach akademickości, z drugiej nieco prymitywny i powielający całe garście klisz. Chociaż całość przyswaja się nad podziw szybko, co jest w dużej mierze spowodowane techniczną konstrukcją warstwy materialnej książki, to z wyraźną konstatacją braku naturalności niektórych fragmentów, zwłaszcza w części dialogowej. Bohaterowie także nie wydają się szczególnie realistycznie nakreśleni. Gubią gdzieś po drodze swoje motywacje, a sam Nietzsche traci lotność intelektu – chwilami bliżej mu bardziej do zagubionego dziecka o megalomańskich zapędach.

W ogólnym rozrachunku „Katedra Antychrysta" to jedynie pozycja niezła, chociaż miała zadatki na rzecz ponadprzeciętnie interesującą i wciągającą. Fabio Delizzos wyraźnie miał na rzecz pomysł, jednak niekoniecznie udało się to w fazie realizacyjnej. Z pewnością dużym plusem powieści jest uprawomocnienie jej pośród historycznych faktów i funkcjonujących w świecie filozofii. To jednak za mało, by lektura trzymała w napięciu i nie pozwalała na oderwanie się od niej czytelnika.

Dział: Książki
czwartek, 09 kwiecień 2015 10:19

Krew aniołów

Zazwyczaj nie mam problemu z oceną książki. Bardzo szybko ląduje w jednej z trzech podstawowych kategorii, w której to dopiero uzasadniam swój wybór. W uproszczeniu można przyjąć za etykiety owych podziałów, stopniując od oceny najniższej do najwyższej: „zła", „nijaka", „dobra". „Krew aniołów" fińskiej powieściopisarki Johanna'y Sinisalo nie chce się zmieścić w żadnej z nich. Być może dlatego, że nie jest to typowy przedstawiciel swojego gatunku (fantasy), a proza o poetyckim zacięciu i tematyce ekologicznej. A być może dlatego, że to po prostu pierwszy tekst o podobnej konstrukcji i fabule, jaki w życiu czytałam i nie mogę dodać doń, typowego dla siebie, „ale to już było".

Zanim zaczarował mnie opis „Krwi aniołów", urzekła mnie okładka. Obwoluta nie jest szczególnie skomplikowana, zdobiona czy wymyślna. Ot, białe litery i sześć sześcianów, ułożonych tak, by symbolizowały plastry miodu. Tło jest jednak co najmniej niepokojące. Od prawego dolnego rogu okładki do górnego lewego rogu zachodzi subtelna, przejściowa zmiana barw. Początek to jasny oranż, środek to intensywna czerwień, w najwyższym punkcie obwoluta ma barwę ciemnego bordo/brązu – zaschniętej krwi. Aż ciarki przechodzą.

Pięćdziesięcioletni Orvo od najmłodszych lat interesował się pszczołami. Podczas, gdy jego ojciec, Ari, był właścicielem ubojni, Orvo starał się żyć w zgodzie z naturą. Podobne zasady wpoił zresztą swojemu synowi, Eero, który zdecydował się nawet pójść w swoim umiłowaniu przyrody i zwierząt o krok dalej, za co zmuszony będzie zapłacić wysoką karę. Tymczasem Orvo odkrywa, że jego pasiekę dręczy tajemniczy problem – ule pustoszeją, pozostawiając po sobie martwą matkę. Czy to koszmar współczesności, czyli CCD? A może za znikanie pszczół odpowiada inna siła? Wkrótce Orvo odkrywa na strychu szopy coś, co na zawsze zmienia jego życie. Pytanie tylko, czy uwierzy.

„Krew aniołów" składa się z dwóch rodzajów rozdziałów. Jeden to pisany w pierwszej osobie liczby pojedynczej i czasie teraźniejszym dziennik Orva (za określeniem dziennika przemawiają tutaj nagłówki w formie liczenia kolejnych dni, ale nie jest to zupełnie trafne słowo opisujące), a drugi – wpisy ze strony internetowej Eera, opatrzone liczbą komentarzy i kilkoma wybranymi przekazanymi w pełni treści. Dojrzałość kontra młodość, stateczna rozwaga kontra ognisty bunt. Orvo opowiada o życiu, o codzienności, przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Z kolei Eero to zapalony wojownik o prawa zwierząt, chociaż on sam pewnie nie zgodziłby się z tym określeniem, dopełniając je i dokładnie tłumacząc.

O ile narracja Orva przypadła mi do gustu, głównie ze względu na pełną rozpiętość emocjonalną – od filozoficznej melancholii po dojmujące cierpienie – o tyle ta prowadzona przez Eera niekoniecznie. Od początku jest dla czytelnika jasne, że Sinsalo zdecydowała się przemycić na stronicach swojej powieści prawdy, które miałyby zachęcić do zmiany trybu życia na bliższy naturze – jeżeli nie wegetarianizm, to chociaż ograniczenie spożycia mięsa; rezygnacja, choćby częściowa, z ilości sprzętów elektronicznych itp. Gdy Orvo opowiada o pszczołach, ich znaczeniu i negatywnych ingerencjach człowieka w środowisko twórców miodu, to jest to subtelny kuksaniec lub wskazanie drogi palcem. Jednak, gdy do podobnych tematów zabiera się jego syn, to niełatwo odpędzić się od wrażenia próby brutalnej indoktrynacji. Ktoś mógłby powiedzieć, że przesadzam; albo, że silny charakter bohatera nie może być wadą. I miałby rację, co do tego drugiego. Ale pod wypowiedziami Eera znajdują się komentarze „użytkowników". Te wybrane do rozwinięcia są albo obelżywe i prostackie, a w dodatku niegramatyczne; albo atakujące; albo absolutnie pozbawione pomyślunku. Jakby „opozycja" nie mogła wdać się w kontrowersyjny dyskurs na poziomie. Pomijam już fakt, że nie mam pojęcia, co na podobnej stronie robiłby użytkownik nieumiejący się poprawnie posługiwać słownikiem. Dlaczego miałby czytać równie długie i skomplikowane wpisy? Jednym zdaniem, sądzę, że Sinsalo okazała się tutaj nazbyt stronnicza.

Wspomniałam, że „Krew aniołów" to powieść fantasy. Gdzież się ono skrywa? W zapisach mitologicznych dotyczących pszczół. Sinsalo wykorzystuje pszczołę jako wysłanniczkę pomiędzy światami. Niemniej fani kreowania nowych światów, oderwania od rzeczywistości i abstrakcyjnej kreacji będą tu bardzo zawiedzeni. Fantasy to tylko drobny element „Krwi aniołów", a i w tej formie pełni zupełnie odmienną funkcję, niż mogłoby się pierwotnie zdawać. To jedynie decyzyjny bodziec.

Poza wymiarem ekologicznym i fantastycznym „Krew aniołów" to także powieść o znamionach kryzysu egzystencjalnego. Postać Orva, która w tym zakresie zostaje najbardziej doświadczona, to nie człowieczek z papieru, a skomplikowana psychologicznie postać o wyraźnych cechach zindywidualizowania. Dodatkowo jego pierwszoosobowa narracja w czasie teraźniejszym doprowadza do bardzo silnej więzi na linii postać-czytelnik. Chwilami nie jest to łatwy związek.

Język powieści wije się sinusoidalnie, zmieniając rejestry i poziom przyswajalności. Część to niemal wypisy z kart encyklopedii czy raportów, które muszę przyznać, że bywały nudne (gdy powtarzały informacje, a to się zdarzało). Z pewnością mówić trzeba o multigatunkowości, czy jakimś rodzaju kolażu. Zwłaszcza, że obok wspomnianych tekstów o surowym, naukowym charakterze, znajdują się strumienie świadomości, cytaty poezji oraz bogata paleta oryginalnych metafor tuż obok wulgaryzmów czy potocyzmów.

Nie potrafię jednoznacznie ocenić „Krwi aniołów". Z pewnością jest to pozycja nietuzinkowa, oryginalna i wyróżniająca się na tle innych propozycji z gatunku fantasy, chociaż nie przywiązywałabym się szczególnie do tej kwalifikacji typologicznej. Jako powieść-kolaż w duchu literatury współczesnej czy zaangażowanego w ekologię postmodernizmu sprawdza się świetnie, ale niekoniecznie przekona do siebie fanów fantastyki w ujęciu literatury popularnej. Z pewnością tekst Sinsalo adresowany jest to czytelnika wymagającego, lubiącego zaskoczenia i oparcie fabularnych rozwiązań w rzeczywistości. W „Krwi aniołów" bowiem, wszelkie opisy chorób pszczół oraz zajmowania się nimi i odwołania mitologiczne, mają swoje podparcie w rzeczywistości.

Dział: Książki

28 stycznia książka miała premierę w Polsce. Marc Elsberg, na zaproszenie Wydawnictwa W.A.B., w lutym odwiedzi Warszawę, by spotkać się z czytelnikami. 

Spotkanie poprowadzi Paweł Sulik z Radia TOK FM. Spotkanie tłumaczone na język polski. Wstęp wolny. Czas: 17 lutego o godzinie 18:00 Miejsce: Austriackie Forum Kultury ul. Próżna 7/9, 00-950 Warszawa

wtorek, 25 listopad 2014 03:27

Premiera: "Blackout"

Już 28 stycznia swoją premierę będzie miała niezwykła powieść Marca Elsberg "Blackout. Jutro będzie za późno". Książka ukaże się nakładem wydawnictwa W.A.B.

Dział: Książki
Strona 4 z 4