Rezultaty wyszukiwania dla: fantasty
Four Ruined Realms. Cztery stracone królestwa
Czy znasz takie książki, które od pierwszych stron przypominają, że zaufanie bywa najdroższą walutą, a zemsta potrafi połączyć silniej niż wspólny cel? Cztery stracone królestwa to drugi tom serii Pięć pękniętych ostrzy autorstwa Mai Corland i powrót do świata, w którym nikt nie jest krystaliczny, a każda decyzja ma swoją cenę. Wracamy do drużyny, która już raz się rozpadła. Teraz musi działać razem. Bo nie ma wyjścia.
O czym jest książka
Król Joon rozegrał wszystkich po mistrzowsku. Zamiast śmierci – nowa misja. Trzydzieści dni, jeden boski artefakt i królestwo Khitan, do którego nikt nie ma wstępu. Pierścień należy do królowej Quilimar, siostry Joona. Dotarcie do niej graniczy z cudem, a próby kończą się śmiercią.
Bohaterowie – Mikail, Aeri, Royo, Euyn, Sora i Tiyung – niosą ze sobą bagaż zdrad z pierwszego tomu. Wciąż mają sekrety, ciche dni i niewypowiedziane pretensje. Jednak wspólny cel powoli ich zbliża. Khitan okazuje się królestwem rządzonym według feministycznych zasad, co jest ciekawym i dobrze wplecionym akcentem światotwórczym. Nic nie jest tu jednoznaczne. Nawet władza.
Moja opinia i przemyślenia
Największą zaletą książki pozostają bohaterowie. Moralnie szarzy. Poranieni. Uparci. Każdy z nich ma coś do stracenia, dlatego współpraca staje się koniecznością, nie wyborem. Relacje są napięte – wybaczenie to jedno, zrozumienie drugie. Euyn i Mikail oddaleni. Aeri wikła się we własne kłamstwa. Sora tęskni, boli, zostaje w pamięci na długo.
Szczególnie intrygujący jest Mikail – arcyszpieg o wielu twarzach, który wszystko wie, wszystko planuje, ale coraz trudniej odgadnąć, kim naprawdę jest. Royo nadal kryje potencjał, który aż prosi się o rozwinięcie w kolejnym tomie. Narracja wieloosobowa działa tu zaskakująco dobrze – krótkie, dynamiczne rozdziały utrzymują tempo i napięcie, bez chaosu.
To fantastyka drogi, pełna trudnych wyborów, poświęceń i narastającej chęci zemsty. Brutalna momentami, z wyraźnymi trigger warnings – zdecydowanie nie dla każdego, mimo oznaczenia 14+.
Warto też wspomnieć o wydaniu – książka ukazała się nakładem Wydawnictwo Jaguar i naprawdę cieszy oko: twarda oprawa, barwione brzegi, format, który wyróżnia się na półce.
Podsumowanie
Cztery stracone królestwa to mocna kontynuacja, która nie zwalnia tempa i pogłębia emocjonalne rysy bohaterów. Świetnie poprowadzona intryga, dobrze zarysowany świat i zakończenie, które zostawia z niedosytem.
Jeśli pierwszy tom jest już za Tobą, nie ma odwrotu. A jeśli nie – lepiej nadrobić. Bo ta historia jeszcze się nie skończyła.
Śpiew stali
Właściwie debiutancką powieść Łukasza Konopczaka można by było podzielić na dwie odrębne części: tę fantastyczną, dotyczącą japońskiego panteonu bogów, oraz tę historyczną, przesiąkniętą klimatem średniowiecznej Japonii oraz fikcyjnego rodu Yamamoto.
Warto przed czytaniem zapoznać się z mitologią japońską, bo choć bogowie są bardzo dobrze opisani, to jednak o wiele przyjemniej czyta się o kimś, kogo „życiorys” nieco już znamy. Niemniej chylę czoła przed autorem, który świetnie poradził sobie z wyjaśnieniem czytelnikowi kto, z kim, gdzie, kiedy i jak. Sam autor zwraca w posłowiu uwagę, że nawet musiał nieco uprościć i zeuropeizować niektóre elementy fabuły. Dla mnie nieco znającej z innych lektur japońskie klimaty bywało to nawet za bardzo uproszczone, ale rozumiem zamysł. Dzięki temu książka jest bardziej przystępna i plus za to dla autora. Ba, możemy polubić kłócące się rodzeństwo bóstw i ich nieco nieudolnych wychowawczo rodziców. Z drugiej strony osoby lubiące dobrze osadzoną w kulturze innego kraju książkę odbiją się tu od ściany.
W przypadku przyziemnych części fabuły mocno widać wpływ japońskich klasyków kina jak np. Akira Kurosawa czy nawet anime „Naruto”, które także garściami czerpie z folkloru japońskiego. Obrazy są bardzo plastyczne, walki widowiskowe i z powodzeniem fabuła mogłaby być kanwą całkiem ciekawego filmu. Może nie na miarę „Ostatniego Samuraja” czy „Shoguna”, ale jednak czegoś w tym guście. Na niedomiar knowań książka bowiem nie cierpi i możemy obserwować, jak eliminowani są wrogowie cesarstwa, jak zgniły jest pałac, jak budo może być motywem przewodnim każdego przewrotu zbrojnego, a zemsta motorem działań.
Nieco problemów może czytelnikowi sama struktura tekstu. Bardzo często musiałam kilkakrotnie czytać zdania, by je poprawnie zrozumieć. Aż sprawdzałam, czy książka przeszła korektę. Bo o ile nie doświadczyłam jakichś błędów kłujących w oczy, to już szyk w zdaniach bywał mylący.
Historia jest w sumie prosta. Oto matka pragnie zemsty na młodziutkim cesarzu za morderstwo swej rodziny, które to jest podyktowane tylko urażoną duma władcy. Gotowa jest pójść do piekła i dobić targu z diabłem (tu: Izanami), by mieć siły na taki gest. W tle majaczy jeszcze najazd Mongołów na Japonię oraz nastanie shogunatu/bakufu. I tyle właściwie wystarczy, by wciągnąć na długie godziny czytelnika. Zachwycić? Nie, ale na pewno nie odrzucić.
Pobłysk
„Bałeś się tego, czego nie znałeś…
Często boimy się rzeczy, których nie znamy”.
Sądziłam, że zapoznam się z powieścią, jak to mam w zwyczaju, w jeden dzień. Jednak zorientowałam się, że to typ książki, który zyskuje przy kilku spotkaniach. Przy większej dawce czułam lekkie znużenie, a jedno czy dwudniowa przerwa działała na korzyść opowieści. Podobało mi się bezpardonowe rozprawianie się z postaciami bez względu na odcień bieli, szarości i czerni. Czułam niedosyt podkręcania zagrożenia i trwogi w opisach scen. Fantasy wypełniała krwista czerwień i smród spalonych ciał czarownic. Autor zdecydował się na wariant ostrych i szybkich cięć, miało to zaskakujący powab, ale skutkowało szybkim zakończeniem czegoś, z czego można było więcej wycisnąć z korzyścią dla klimatu powieści. Brutalność wykreowanego świata, bezwzględność osób nim rządzących, wszechogarniająca obsesja, to elementy działające na korzyść „Pobłysku”. Atrakcyjnie wzniecały silne emocje wobec wrogości i niesprawiedliwości. Grzegorz Bobin wręcz delektował się mrocznością ludzkiej natury, a mnie to pasowało.
Książka udanie przeplatała elementy horroru i fantasy. Oba gatunki zostały wymieszane ze swobodą i naturalnością. Tak jak perspektywa dreszczowca przypadła mi do gustu, miała w sobie coś, co sprawiało, że czekałam na kolejny mocny incydent, tak wykreowany nadprzyrodzony świat, oparty na filarze magii i baśni, nie w pełni przekonywał. Przeszkadzała naiwność i łatwowierność głównych bohaterów, nawet uwzględniając młody wiek i to, że siłą rzeczy, wiele musieli się nauczyć. Miałam wrażenie, że w tym aspekcie czytałam książkę dla młodego czytelnika, nieprzywiązującego wagi do uszczegółowionego otoczenia, pogłębienia portretów postaci, stopniowalności przemian w widzeniu świata i siebie samego. Zgrzytały mocne uderzenia intrygi z prowadzeniem relacji pary Płomyk i Kozik.
Jednak z uznaniem odebrałam finałową odsłonę powieści, fantastycznie, że autor wybrał wariant pod prąd oczekiwań i poza przyjętymi schematami. „Pobłysk” poprowadził ścieżkami przygody po różnych krainach, lekcjami zdobywania magicznej wiedzy, silnych zaklęć, unikalnymi kocimi temperamentami zderzającymi się z długimi cieniami ludzkiej natury. Baśniowo, z lekkim odwołaniem do natury średniowiecza, mrożącą krew w żyłach legendą wszechogarniającej wilgoci i grząskich bagien, miast ogarniętych nienawiścią i obsesją.
Pozwól mi wejść
Mroczne klimaty, chłód północnej natury i historia, która od pierwszych stron otula niepokojem. „Pozwól mi wejść” to książka, która idealnie wpisuje się w jesienny nastrój – ten specyficzny, gdy zachodzi słońce, a człowiek ma wrażenie, że cienie zaczynają żyć własnym życiem. Nie ukrywam, że sięgałam po nią z dużymi oczekiwaniami. I tak, dostałam dokładnie to, czego chciałam. Co mam na myśli? Niepokój, emocje i trudne pytania, które zostają w pamięci na długo.
O czym jest książka
Blackeberg. Sztokholmskie przedmieście, z pozoru zwyczajne. Domy, szkoła, blokowisko. W tle życie, które biegnie własnym tempem. Jednak pod powierzchnią coś pulsuje – strach, samotność, obcość. Dwunastoletni Oskar zna to aż za dobrze. Jest dręczony przez rówieśników, osamotniony, zamknięty we własnym świecie, zbudowanym z lęków i gazetowych wycinków o brutalnych zbrodniach.
W jego życiu pojawia się Eli. Dziwna dziewczynka z sąsiedztwa, wychodząca z domu tylko po zmroku. Nie chodzi do szkoły. Nie szuka kontaktu z innymi. Jednak między nią a Oskarem powoli zaczyna rodzić się więź – nieoczywista, delikatna, poruszająca.
Tymczasem w okolicy giną nastolatkowie. Zostają po nich tylko ciała – puste, pozbawione krwi. Mieszkańcy drżą o własne dzieci. Policja błądzi. Oskar z niepokojem odkrywa, że ofiary mają twarze jego prześladowców. I gdzieś pomiędzy tym wszystkim stoi Eli. Z tajemnicą, która przewraca cały świat bohatera na drugą stronę. Z samotnością, która wydaje się dotkliwsza niż potworność jej istnienia.
Moja opinia i przemyślenia
John Ajvide Lindqvist nie tworzy klasycznego horroru o wampirach. Nie epatuje grozą. Nie karmi czytelnika tanimi strachami. Jego potwory są ciche, zgłodniałe, zmęczone. Bardziej smutne niż krwiożercze.
To, co najmocniej działa, to kontrast między fantastycznym a zwyczajnym. Wampir – tak, jest. Ale przemoc w szkole? Wykluczenie? Bezsilność dorosłych? Obojętność otoczenia? To dopiero uderza. I momentami boli bardziej niż sceny mroku.
Książka jest chłodna w narracji, niemal pozbawiona emocjonalnych ozdobników. Jednocześnie w każdym akapicie pulsuje coś, co ściska w sercu. Autor pokazuje dziecięcą samotność tak prawdziwie, że trudno odwrócić wzrok.
Eli imponuje konstrukcją – to jedna z tych postaci, które trudno jednoznacznie ocenić. Broni się, przetrwa ze wszystkich sił, a w jej cieniu drzemie historia, która odbiera oczywistościom sens. Dzięki temu lektura prowadzi do pytania, które nie daje spokoju: kto tu właściwie jest potworem?
To także powieść o dojrzewaniu – w najbrutalniejszej odsłonie. O pragnieniu akceptacji. O tym, jak wysoka potrafi być cena bliskości. I jak cienka jest granica między tym, co uznajemy za ludzkie, a tym, co chcemy wyrzucić poza margines.
Czy bałam się podczas lektury? Niekoniecznie. Jednak byłam zasłuchana w niepokój, w wyciszony dramat, w duszną atmosferę podmiejskiego osiedla. I to wystarczyło, żeby historia została we mnie długo po odłożeniu książki na półkę.
Podsumowanie
„Pozwól mi wejść” to mroczna, przejmująca opowieść, która sięga głębiej, niż sugerowałby gatunek. To nie klasyczny horror, a raczej gorzka historia o dwójce dzieci, które znalazły się na marginesie świata – każde przez coś innego, każde równie samotne. Pełna subtelnego napięcia, świetnie skonstruowana, potrafi poruszyć i zmusić do myślenia. Idealna na chłodny wieczór, gdy w oknach odbijają się światła, a za nimi czeka cisza, która zdaje się mieć swoje własne sekrety. Polecam, to książka, której warto dać szanse.
Garfield tłusty koci trójpak tom 16
I jak tu nie kochać Garfielda? Pozostaję jego wierną fanką od lat. Od jakiegoś czasu nakładem wydawnictwa Egmont ukazuje się seria zbiorcza „Tłustych kocich trójpaków”. W każdy, z nich znalazły się po trzy zeszyty komiksowe z anglojęzycznych wydań. Obecnie w moje ręce trafił już szesnasty tom, w którym znalazły się tytuły: „Garfield zaczyna sypać”, „Garfield dostaje co mu się” należy, „Garfield będzie jadł za jedzenie”.
O czym jest komiks
Czy istnieje ktoś, kto nie zna Garfielda? Rudy kot, który uwielbia lasagne i dręczenie psów, nienawidzi pająków i kocha święta jest jedną z tych postaci, które łączą całe pokolenia. Historyjki obrazkowe z jego udziałem potrafią rozbawić do łez, ale też od czasu do czasu zmuszają do refleksji. Garfield jest ponadczasowy i zawsze warto do niego wracać.
Moja opinia i przemyślenia
Komiks został pięknie wydany. Ma twardą, lakierowaną oprawę, a wydrukowany został na świetnej jakości, doskonałej gramatury papierze. Przyznam, że z tym, że mam na półce całą kolekcję, czuję się naprawdę wspaniale. Kiedy mam gorszy humor lubię sobie wracać do dobrze znanych pasków z Garfieldem, zawsze mi go poprawiają.
Szesnasty „Tłusty koci trójpak” to kolejna porcja klasycznego, niepodrabialnego Garfieldowego humoru. Lekki, przerysowany, momentami zaskakująco czuły – dokładnie taki, jakiego się oczekuje. Ten tom trzyma poziom poprzednich i świetnie wpisuje się w całą serię, pokazując, że urok wiecznie głodnego kota nigdy się nie starzeje. Bardzo mnie cieszy, że komiksy o Garfieldzie mogę czytać z córką, która kocha go tak samo mocno jak ja.
Choć Garfield od lat pozostaje tym samym, lekko złośliwym, zawsze głodnym i pełnym niewymuszonego uroku kotem, mam wrażenie, że im jestem starsza, tym bardziej doceniam jego humor. Kiedyś śmieszyły mnie głównie miny i lenistwo, dziś widzę w tych paskach znacznie więcej. To ciepło relacji z Jonem, drobne życiowe obserwacje, lekki komentarz do codziennych absurdów. Ten tom świetnie to pokazuje, bo obok gagów znajdziemy tu scenki, które po prostu przyjemnie się czyta. W moim przypadku działa to trochę jak spotkanie ze starym znajomym. Zawsze wiem, czego się spodziewać, a i tak bawi mnie to za każdym razem.
Podsumowanie
Jeśli jesteś fanem Garfielda (albo po prostu lubisz komiksy, które potrafią odciążyć głowę po ciężkim dniu), ten tom powinien się znaleźć na Twojej półce. Gdy już tam stanie, prędzej czy później i tak po niego sięgniesz – z sympatii, z sentymentu albo po prostu dla poprawy nastroju. Garfield to klasyk, który zostaje w pamięci na długo, a ten tom tylko to potwierdza. Bardzo podoba mi się bycie właścicielka tak fantastycznej, przepięknie wydanej kolekcji.
Amazing Spider-Man. Świat bez miłości. Tom 1
Nowe otwarcie dla starego bohatera. Kiedy Marvel świętuje sześćdziesiątkę Spider-Mana, człowiek chciałby, żeby jubileuszowy tom przyniósł coś wyjątkowego. Albo przynajmniej świeżego. Tymczasem „Świat bez miłości” to raczej restart z gatunku „zacznijmy od początku, ale nie tłumaczmy niczego”. Zeb Wells i John Romita Jr. rozpoczynają nową serię od mocnego, choć niekoniecznie sensownego uderzenia — i choć nie brakuje tu dynamicznej akcji oraz gangsterskiego klimatu, nad całością unosi się pytanie: po co to wszystko?
Pierwsze strony to scena niczym z apokaliptycznego filmu: Peter Parker klęczy w środku krateru, cały świat wokół niego legł w gruzach, a on sam krzyczy z bezsilności. Co się stało? Tego nie wiemy. I długo się nie dowiemy. Wells przeskakuje o pół roku naprzód i przedstawia nam Spider-Mana, który z jakiegoś powodu zraził do siebie absolutnie wszystkich. Avengers? Obrażeni. Fantastyczna Czwórka? Odwraca wzrok. Ciocia May? Ma dość kłamstw. Mary Jane? Ma własne życie i nie chce słuchać jego przeprosin. W tle rodzi się natomiast wojna gangów, w której pierwsze skrzypce gra Tombstone – złoczyńca z zasadami, ale i z ambicjami, by utrzymać władzę. Kiedy dochodzi do zamachu na jego życie, w grę wchodzi również Spider-Man, wplątując się w spiralę przemocy i mafijnych porachunków.
To, co Wells próbuje zbudować, ma potencjał. Pomysł, by Peter był samotny, zepchnięty na margines i osaczony przez własne błędy, to klasyczny motyw w historii Spider-Mana. Problem w tym, że autor nie daje czytelnikowi żadnych konkretów – ani dlaczego bohater został znienawidzony, ani jak doszło do katastrofy otwierającej tom. Zamiast tajemnicy dostajemy irytujący brak spójności.
Z drugiej strony, gangsterski wątek Tombstone’a działa zaskakująco dobrze. Brutalny, ale przemyślany, z dialogami, które rzeczywiście brzmią jak rozmowy ludzi z półświatka. To tu czuć najwięcej napięcia i emocji.
John Romita Jr. – rysownik, który od dekad dzieli fanów – w tym tomie prezentuje się solidnie, choć jego kreska jest bardziej surowa niż w dawnych latach. Z jednej strony pasuje do przybrudzonego klimatu historii, z drugiej nie każdemu przypadnie do gustu.
„Świat bez miłości” to start, który miał być głośny, a wyszedł… po prostu poprawnie. Wells nie serwuje rewolucji, raczej przetasowuje stare karty i dodaje odrobinę gangsterskiego tonu. Zagadkę zostawia na później, licząc, że czytelnicy wytrwają.
Czy warto? Dla fanów może i tak, choćby po to, by zobaczyć, dokąd zmierza ten nowy rozdział. Dla reszty to jednak tylko kolejny komiks o Spider-Manie. I to takim, który zbyt długo szuka swojej tożsamości.
Motyw
Do tego dnia Dominik był pewien, że w jego życiu wreszcie nastąpił oczekiwany przełom - jego mroczna powieść trafiła na biurko wydawcy i miała ogromne szanse na zostanie bestsellerem. Nigdy by do tego nie doszło, gdyby w jego życie nie weszła Ada Preis, fantastyczna kobieta i sławna pisarka. Obecnie jego żona. Czy szczęście mężczyzny aż tak raziło w oczy, że Los postanowił sobie okrutnie z Dominika zażartować?
Jego żona bowiem zaginęła. I to on - jak w każdym filmie, który razem oglądali - z miejsca staje się podejrzanym. Szczególnie że rysowane przez Dominika wizje szczęśliwego związku nie do końca łączą się z tym, co mają do powiedzenia inne bliskie zaginionej pisarce osoby. Wkrótce i on zaczyna gubić się w wersjach, które serwuje policjantom, skrzętnie chroniąc przed nimi swoją przeszłość.
Czy jesteś w stanie uwierzyć, że pragnienie zemsty może całkowicie przejąć kontrolę nad zmysłami drugiego człowieka? Czy zdajesz sobie sprawę, jak daleko może posunąć się ten, który nie ma już nic do stracenia?
Motyw uprowadzeń czy zaginięć na własną rękę (wiem, jak to brzmi, ale wierzę, że rozumiecie, o co mi chodzi) w ostatnim czasie jest jednym z najczęściej wybieranych przez autorki czy autorów. Zapewne głównie przez to, że daje naprawdę duże pole do wykazania się. Tym bardziej byłam ciekawa, w którą stronę ruszy wyobraźnia Małgorzaty Starosta w jej najnowszej pozycji.
Początek nie był zaskakujący; zaginiona kobieta i mąż, którego oskarżono w pierwszej kolejności, nawet jeżeli dowody (jeszcze) na niego nie wskazywały. Plątanie się w zeznaniach, kolejne fakty wychodzące na światło dzienne... przez znaczącą część lektury miałam wrażenie, że gdzieś to już czytałam. I nie bez znaczenia jest tu fakt, że w książce kilkakrotnie wspomniano film „Zaginiona dziewczyna”, namiętnie oglądany przez zaginioną bohaterkę, Adę Preis. Już to dawało czytelnikowi sporo do myślenia i osoby, które ów film widziały, zapewne już zaczynają powoli kojarzyć, o co w fabule może chodzić. Oczywiście książka nie jest kalką filmu, znajdziecie sporo różnic, aczkolwiek... cóż, więcej nie mogę zdradzić.
Jeżeli chodzi o bohaterów, to nie mam w związku z nimi jakichś głębszych przemyśleń; Dominik był irytujący, z każdym rozdziałem i nowymi informacjami coraz bardziej. Policjanci zajmujący się śledztwem ginęli gdzieś w tym wszystkim, stanowiąc bardziej tło. Mam wrażenie, że poniekąd ta sprawa rozwiązywała się jakby sama. Adę Preis „znałam” tylko z relacji innych i muszę powiedzieć, że podziwiałam ją za jej wytrwałość. To samo zresztą tyczy się dwójki jej przyjaciół, acz jest to wątek, o którym nie da się mówić bez odkrywania zbyt wielu kart. Sami przeczytajcie.
Pomimo tego, że nie jest to najbardziej oryginalny thriller w ostatnim czasie, to czyta się go bardzo szybko. Klatka coraz ciaśniej zamyka się wokół Dominika i choć mamy przeczucie, że to nie on stoi za zaginięciem żony, to z pewną dozą fascynacji obserwujemy, jak pod ostrzałem oceniających spojrzeń i kolejnych faktów wije się coraz mocniej. Szczególnie że tytułowy motyw jest dość łatwy do odgadnięcia, więc jego oficjalne odkrycie nie wywołuje aż takiej lawiny emocji, jak można by się spodziewać.
Reasumując, „Motyw” nie jest książką złą, aczkolwiek nie ma w sobie nic, co wybijałoby ją na tle innych, o podobnej fabule. Czyta się ją szybko i sprawnie, jest do „połknięcia” w jeden wieczór. Wzbudza emocje, owszem, ale głównie za sprawą naszego podejrzanego Dominika - nie da się o nim czytać bez choćby cienia irytacji. Zasadniczo naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Nie jestem jednak do końca przekonana, czy będę pamiętać o tej pozycji za np. pół roku. Niemniej, jednak jeżeli ktoś z Was lubi tematykę zaginięć, a nie obejrzał „Zaginionej dziewczyny”, to warto po nią sięgnąć w wolnym czasie.
Zapowiedź: Anathema
Tylko wygnani wiedzą, co czai się poza lasem…
Szepczą, co czai się w Dzwonie Wiedźmy – lesie, do którego grzesznicy idą, by umrzeć. Mieszkańcy miasteczka nazywają go Żarłocznym Lasem, bo to, co zostaje zabrane, nigdy nie wraca. Tylko ci, którzy postradali zmysły, odważyliby się tam zbliżyć. Albo wygnani.
Piaseczniki
„Ale prawda jest zimna, pusta i straszna, a kłamstwa bywają piękne i pokrzepiające”.
Czytanie twórczości George R.R. Martina sprawia wiele przyjemności i radości, dotyczy to krótkich i długich form literackich. Na antologię „Piaseczniki” zwróciłam uwagę wiedziona pragnieniem ponownego spotkania z niezwykłymi niby insektami, jakże mocno wkraczającymi w znajomość psychiki człowieka. Osobliwe stworki, będące odbiciem myśli i czynów gatunku ludzkiego, zaimponowały mi już wiele lat temu. Chętnie do nich powracam, gdyż opowiadanie ma wszystko to, co lubię w solidnie napisanej fantastyce, świetny pomysł na fabułę, znakomitą prezentację twórczej wyobraźni, rewelacyjnie sportretowanego złego bohatera, garść ciekawych refleksji do podchwycenia. Zachęcam gorąco do poznania, wejścia w klimat ubarwiony thrillerem, mroczną odsłoną konsekwencji czynów, szczególną aurą obcego kosmicznego życia.
Bardzo spodobało mi się „W Domu Robaka”, akcja nasycona sensacją, mrokiem i wilgocią podziemnych korytarzy, bezwzględną walką o przetrwanie, frapującą przemianą obcych ras. Cenne, że utwór zachęcał do poświęcenia chwili na myśl, że zemsta może prowadzić ku temu, co dotąd było niezrozumiałe. Z kolei, „Mroźne kwiaty” przenikały lodowatym zimnem, przedziwnym letargiem pragnień i marzeń, światem iluzji łapiącym w pułapkę wymieszania prawdziwości i nieprawdziwości, wampirów i wiatrowilków. Autor frapująco oddał wątek samotności i ponownie, odbicia walki o życie. Rewelacyjnie od strony psychologicznej poprowadził z jednej strony unikalną, z drugiej całkiem zwyczajną, przewrotną grę wymieszania kłamstw i prawd, wiary i niewiary, herezji i prawowierności. A wszystko w kosmicznej otoczce klimatycznej.
Koncepcja rozwijania wyjątkowych zdolności przez człowieka, podstaw powstawania nowego gatunku, pragnienia przemierzania wszechświata w zdobywaniu wiedzy i władzy, pojawiła się w „Szybkich pomocnikach”. Zamysł roli anielicy jako odpowiedzi na samotność w pozaziemskiej podróży ciekawie ubarwił opowiadanie, podobnie jak spotkanie energii i materii, ale nie w pełni przekonał. Wędrówka po gwiazdach, po pajęczynie czasu i przestrzeni, zatrzymanie się na skrzyżowaniu kosmicznych szlaków, wejście w długie cienie „Kamiennego miasta” wyrzutków, poznanie lisoludków, przyciągnęło uwagę od strony narodzin, trwania i przemijania światów różnorodnych cywilizacji. Nie poczułam się wygodnie w towarzystwie „Gwiezdnej Pani”, jednak doceniłam pomysłowość pisarza na zobrazowanie gwiezdnych slumsów i utrzymanie się przy życiu w skrajnie niesprzyjających warunkach.
Zerknijcie również na wrażenia po spotkaniu z innymi książkami George R.R. Martina „Gra o tron” (marzę, aby wreszcie wpadła w moje ręce jej komiksowa wersja), „Starcie królów”, „Nawałnica mieczy: stal i śnieg”, „Nawałnica mieczy: krew i złoto”, „Panowanie smoka” (pierwszy tom ilustrowanej historii dynastii Targaryenów), „Aforyzmy i mądrości Tyriona Lannistera”, a także odrębną powieścią, choć także z gatunku fantastyki, „Światło się mroczy”. Natomiast miłośnikom krótkich form literackich utrzymanych w klimacie fantasy proponuję spotkanie z „Księgą magii”.
Witajcie w moim Piekle
Jacek Piekara to nazwisko, którego polskim fanom fantastyki przedstawiać nie trzeba. Autor znany głównie z Cyklu Inkwizytorskiego postanowił sięgnąć do swoich literackich początków i oddać w ręce czytelników drugi już tom wczesnych opowiadań – Witajcie w moim Piekle. To powrót do lat 80. i 90.. Czasów, kiedy polska fantastyka szukała własnej tożsamości, a krótkie formy publikowane w czasopismach były czymś na wagę złota.
O czym jest książka
Zbiór prezentuje opowiadania, w których jak w soczewce skupiają się lęki tamtych czasów – strach przed totalitaryzmem, zniewoleniem jednostki, obłędnymi ideologiami, które potrafią pociągnąć za sobą tłumy. To fantastyka „bliskiego zasięgu”: światy, które przypominają naszą codzienność, tyle że poprzetykaną groźnymi systemami i eksperymentami społecznymi. Bohaterowie tych historii próbują ocalić własną wolność, buntują się przeciw opresji albo – przeciwnie – ulegają jej i płacą za to wysoką cenę. W tomie znajdziemy zarówno teksty znane, drukowane przed laty, jak i zupełne premiery, nigdy wcześniej niepublikowane.
Moja opinia i przemyślenia
Czytając Witajcie w moim Piekle, miałam poczucie obcowania z surową, ale niesamowicie szczerą literaturą. To nie są dopracowane, rozbudowane historie na kilkaset stron – to krótkie, mocne uderzenia. Pisarz nie owija w bawełnę, nie bawi się w półtony. Pokazuje człowieka poddanego presji systemu, zderzonego z ideologią, która depcze indywidualność. I choć część opowiadań można potraktować jako ciekawą wprawkę pisarską, inne uderzają z siłą, która do dziś potrafi poruszyć.
Zdecydowaną zaletą jest różnorodność – raz lądujemy w kosmosie, innym razem w alternatywnej rzeczywistości, by za chwilę znów wrócić na ulice, które wyglądają podejrzanie znajomo. Widać, jak autor eksperymentował z konwencją, szukał języka i tematów, które z czasem doprowadziły go do powstania słynnego Cyklu Inkwizytorskiego. Jednak widać też, że od początku interesował go człowiek i pytania o granice wolności, moralności i lojalności wobec samego siebie.
Nie wszystkie opowiadania są równe – to naturalne przy tego typu antologii – ale nawet te słabsze mają swój klimat i miejsce w całości. Najciekawsze zaś zostają w pamięci na długo, skłaniając do refleksji, jak łatwo jednostka może stać się ofiarą systemu i jak cienka jest granica między wolnością a zniewoleniem.
Podsumowanie
Witajcie w moim Piekle to książka, którą warto przeczytać nie tylko jako ciekawostkę dla fanów Jacka Piekary, ale też jako dokument pewnego czasu w polskiej fantastyce. To zbiór różnorodny, mocny i pełen niepokoju, który pokazuje początki autora, ale też udowadnia, że jego obsesje – wolność, władza, ideologia – to tematy ponadczasowe. Jeśli lubicie krótką formę i nie boicie się literatury, która potrafi wbić szpilkę, ten tom na pewno was zainteresuje.
