kwiecień 06, 2025

Rezultaty wyszukiwania dla: Wojna starego człowieka

czwartek, 19 październik 2023 11:05

FANTASTYCZNY FESTIWAL WYOBRAŹNI STARFEST 2023

FANTASTYCZNY FESTIWAL WYOBRAŹNI STARFEST 2023 

LUBLIN, 20-22 października 2023 r. 

Organizatorzy: 

Fundacja Po Innej Stronie Mocy i Targi Lublin S.A.

Dział: Konwenty

 

Dan Slott, to człowiek, który mocno namieszał ostatnio w życiu Petera Parkera. Czyniąc z niego prezesa największej technologicznej korporacji na świecie, wywrócić praktycznie całe jego życie do góry nogami. Poprzedni, trzeci tom serii „Globalna sieć”, był powiązany z wydarzeniami przedstawionymi w evencie „II Wojna Domowa”. Oprócz ciekawego pojedynku z Iron Manem nie był to komiks, który przypominał czasy świetności Slotta. Jednak pootwierał on kilka wątków, które teraz mają swoje ważne rozwinięcie. Czwarty tom jest też szczególnie ważny, iż stanowi preludium to kolejnego dużego wydarzenia w życiu Spider-Mana – Spisku klonów.

Fabuła czwartego tomu skupia się na dwóch głównych wątkach, które się ze sobą przeplatają. Dla przypomnienia ostatni tom kończy się tragicznie. Jay Jameson, czyli mąż cioci May nagle stracił przytomność. W ciężkim stanie trafił do szpitala i jest na skraju życia i śmierci. Oczywiście tradycyjnie jego syn obwinia o wszystko Petera. Światełko w tunelu pojawia się wtedy, gdy z pomocą zgłasza się tajemnicza firma New U Technologies, która proponuje udział choremu w eksperymentalnej terapii. Jej założeniem jest wykorzystanie sklonowanych i zdrowych narządów wewnętrznych. Parker jednak jest bardzo podejrzliwy do tego sposobu leczenia, szczególnie że dzień wcześniej uaktywnij się jego pajęczy zmysł przy jego pracowniku, który został uleczony tym samym sposobem.

W międzyczasie poznajemy szerzej tajemniczego człowieka w czerwieni, który od dwóch numerów  pojawiał się epizodycznie i zbierał ekipę składającą się z największych antagonistów Spider-Mana. Jest nim profesor Miles Warren zwany Jackalem. Przekupuje on największych złoczyńców, zwracając im bliskich, których dawno temu stracili. W ten to sposób swoje ukochane kobiety odzyskują m.in. Rhino, Electro czy Kingpin.

Na trop naukowca i jego dzieła wpada Prowler, który na prośbę Petera miał bliżej przyjrzeć się tajemniczej organizacji medycznej, która zaproponowała pomoc Jamesonowi. Niestety nie tylko potwierdza on obawy Spider-Mana, ale również zostaje nakryty przez Lizarda.

Tymczasem do swojego wielkiego powrotu szykuje się Otto Octavius. W ciekawej retrospekcji dowiadujemy się przede wszystkim, w jaki sposób trafił on do Living Braina. Czy wreszcie uda mu się realizować długo przygotowywany plan odzyskania władzy oraz swojej wielkiej miłości?

W „Starych znajomych” wszystkie dotychczasowe elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsce. Dan Slott powoli buduje klimat przed kolejnym eventem, czyli „Spiskiem klonów”. Ma to być jego wizja i nowa odsłoną kultowego, ale i najbardziej krytykowanego wydarzenia w życiu Petera Parkera, czyli „Sagi klonów”  z lat 90.

Komiks ten na tle wcześniejszych tomów stoi na bardzo wysokim poziomie. Wreszcie mamy mniej trochę aroganckiego Petera jako prezesa korporacji, a więcej starego, dobrego Spidera z sąsiedztwa. Nie brakuje akcji, mocnych czy emocjonalnych momentów oraz twistów fabularnych. Bardzo fajnie również wypada wątek z Otto, który wreszcie wypełnia brakującą lukę w dotychczasowej fabule.

Na plus również wypada oprawa graficzna, szczególnie, że mamy zachowaną ciągłość pracy włoskiego grafika Giuseppe Camuncoliego. Teraz odpowiadał on za pierwszy i ostatni zeszyt tego albumu. Dwa środkowe zeszyty to praca nowego grafika w tej serii – R. B. Silvy. Widać bardzo dobrą współpracę między panami, gdyż mają spójne wizje Człowieka-Pająka i ciężko znaleźć różnice w ich kreskach. Ponadto tradycyjnie Camuncoli urzeka świetnymi dużymi kadrami i dynamiką pojedynków.

Podsumowując, czwarty tom „Globalnej sieci” nie zawodzi ani fabularnie, ani wizualnie. Lektura daje nam sporo rozrywki. Mamy wreszcie powrót Slotta do korzeni i czasów jego serii „Superior Spider-Man”. Mamy wreszcie Petera Parkera jako starego, dobrego Spider-Mana. Teraz kolej na tom piąty, czyli najbardziej oczekiwany event - „Spisek klonów”.

Dział: Komiksy
wtorek, 23 kwiecień 2019 07:58

Piotr Żamojda - Ojciec

Niniejsze opowiadanie jest kontynuacją tekstów „Przebudzenie” i „Wojna przyszła”

Ojciec

„Ten się nazywa ojcem, kto wychował, a nie kto zrodził”.

Talmud

„Zapada już noc i wicher dmie.
Kto o tej porze na koniu mknie?
Z dzieckiem w ramionach, w mroku bez dna;
To ojciec z synkiem do domu gna”.

Król Olch, Johann Wolfgang von Goethe, tłum. Antoni Libera

„Pamiętam, z prawej strony – nie, z lewej od serca –
– Stał przy mnie żołnierz wiekiem, ranami pochyły,
Ku niemu zwinął koniem baszkirski morderca”;

Kordian, Juliusz Słowacki

– List, który teraz oglądamy, a w zasadzie jego fragment, został skreślony przez nieznanego nam autora bez mała trzy wieki temu, najprawdopodobniej w trakcie wojny zwanej przez historyków: „Starciem Króla, Cara i Cesarza”. Kto go napisał? Jakie było jego imię? Bóg raczy wiedzieć. My raczej nigdy się tego nie dowiemy. Wiemy na pewno, że autor, tego niewątpliwie frapującego tekstu, był żołnierzem carskiej armii i  najprawdopodobniej umarł gwałtownie. Cóż, taki czasem bywa los „wziętego w kamasze”... – mówiący te słowa profesor nauk humanistycznych Andrzej Kapcioch, nazywany też w kręgu studentek Czułym Andrzejem, uśmiechnął się lekko, poprawił zjeżdżające mu na czubek nosa modne okrągłe okulary z szylkretowym wykończeniem (klasyka z nutą ekstrawagancji – przynajmniej tak zapewniała go sprzedawczyni, ponętna postawna brunetka po czterdziestce, którą – o dziwo z łatwością – udało mu się zaprosić na dzisiejszy wieczór na kawę) i przyjrzał się uważnie otaczającej go grupie studentów pierwszego roku filologii polskiej.

Pilni i naiwni młodzi ludzie. Studia odkryją przed nimi nieznane im dotąd meandry myśli ludzkiej.
Już wkrótce literatura nauczy ich dostrzegać piękno ukryte w drugim człowieku, jego skomplikowane wnętrze.
Życie natomiast, za niecałe pięć lat, tuż po studiach, w kolejce w pośredniaku lub pracy, (niestety, nie tej wymarzonej), ukaże im straszne oblicze człowieka pospolitego, od którego będzie zależeć ich praca, kariera, samopoczucie. Hmm, ale to jeszcze nie dziś, nie jutro.

– Te czarne plamy, które widzicie, to nie jest bynajmniej rozlany atrament. – Profesor zawiesił na moment głos i uniósł w górę szczupłą dłoń z palcem sterczącym ku górze jak wykrzyknik na tablicy z ostrzeżeniem.
– To ludzka krew!

Dziewczyny westchnęły. Prowadzący zajęcia zdążył zarejestrować kątem oka lekkie uniesienie skrytych za białą bluzeczką cudnie krągłych piersi blond studentki po lewej. Znajome, miłe mrowienie pojawiło gdzieś poniżej pasa, ale tylko na chwilę, zaraz zwalczył je w sobie.

– Ta sfatygowana karta papieru została już kilkukrotnie zbadana przez naukowców. List jest ciekawy nie tylko od strony literackiej, ale też naukowej, czy nawet kryminalnej. To poruszająca wyobraźnię historia. Rzecz jasna nie ta o tęsknocie za pozostawioną w domu żoną i nowo narodzonym synem. Takich opowieści literatura zna wiele. Życie zresztą też. Interesujące są słowa o tym, którego nie wymieniono w tym liście z imienia. To jest zagadka, której najprawdopodobniej nigdy nikt nie zgadnie! Tam jest tajemnica i esencja tego listu. Chciałbym, aby kiedyś, może ktoś z was, drodzy państwo – Kapcioch zmrużył oczy i autentycznie się rozmarzył – poznał tę tajemnicę i objawił ją światu.

Profesor westchnął, popatrzył po studentach i dodał:

– Oczywiście, świat na to nie czeka, świat ma to tam, gdzie kończą się plecy szympansa. Czeka na to tylko kilku badaczy zapaleńców, na przykład takich jak ja.

– Chyba napaleńców – pomyślała dziewczyna w białej bluzeczce i uśmiechnęła się do swoich myśli i planów na przyszłość.

– Nas tutaj obecnych interesuje tylko strona literacka tego tekstu – kontynuował uczony w piśmie (świeckim piśmie) – choć nie należy on do kanonu literatury. Znacie państwo jakieś przykłady sztuki epistolarnej, w której zawarła się miłość, tęsknota, niepokój o ukochaną osobę wplątaną w wir wojny?

– Celadon i Astrea! – Wykrzyknął, jakby brał udział w konkursie typu „kto pierwszy, ten lepszy”, wysoki młodzian wpatrzony nieprzytomnie, bez żadnego skrępowania, we wspomnianą wcześniej parę „poduszek Kupidyna”. Zresztą, ich właścicielce zupełnie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Podobał się jej ów niecny obserwator nad wyraz. Przypominał on bardziej popularnego modela jednej z wiodących obecnie marek odzieżowych niż studenta filologii polskiej. A tak po prawdzie, kto wie, jak powinien wyglądać taki rzeczony student w roku 2018? Ten akurat młodzieniec został już dyskretnie, ale też bardzo dokładnie otaksowany. Modna fryzura, z cięciem podkreślającym ułożenie na bok ciemnych niczym heban włosów, zwana pompadurem. Ładna, zdrowa opalenizna, nie wyniesiona raczej z solarium (a mamy teraz zimę), drogie błękitne dżinsy i różowa koszula modern fit (bosko przylegająca do wysportowanego ciała), też droga. No, cóż. Ma patrzeć! Taki jest plan.

– Celadon i Astrea – powtórzył profesor.
– Może nas pan oświecić, kogo ma na myśli?

– Sobieski i Marysieńka, rzecz jasna – odpowiedział student i pokazał w uśmiechu rząd nienagannie białych i zadbanych zębów, przez co wzbudził jeszcze większy zachwyt już nie tylko blond koleżanki ale i czterech pozostałych przedstawicielek płci pięknej. Płeć brzydka miała to gdzieś. – Albo Feniks i Róża. Pisali do siebie czułe słówka pełne zapewnień o miłości, tęsknocie i wierności mimo długiej rozłąki. Czy było tak w istocie? Mimo pięknych zapewnień nie wiadomo. Wszyscy bowiem znamy tę smutną prawdę, że odległości mierzone z perspektywy serca, są dlań zabójcze.

Dziewczyny westchnęły na te ostatnie słowa. Nie uszło to uwadze profesora, który poczuł się tym dziwnie rozdrażniony:

– Do czego pan zmierza?

– Ano do tego, że oboje byli niegdyś niezłymi gagatkami i mieli już doświadczenie w amorach na boku.
– Co pan wygaduje? – Profesor Kapcioch wbił pełen niedowierzania wzrok znad osuniętych na czubek nosa okularów w niesfornego interlokutora i mimowolnie przeczesał dłonią ciemne przetykane srebrnymi pasmami włosy.

– Mówimy o staropolskich czułych słówkach, o listach odbitych z barokowej sztancy, a umyka nam gdzieś ciekawy kontekst, który jest większości z nas mało znany, a w przypadku listu tego tutaj, nieznany jest nikomu. Bo widzicie koleżanki i koledzy – rozochocony młodzian na chwilę zawiesił głos – był też tam ten trzeci, w skrytości i prześmiewczo, nazwany Fujarą. Ale czy taki był w istocie? Sobiepanem go zwano.
Niezły Casanowa. Szanuję. Nie upilnował jednak własnej młodej żonki i pana sąsiada.

– Pan jest idiotą.

– Mama mówi, że jest to u nas rodzinne.

* * *

„Wielce umiłowana serca mego pocieszycielko, najdroższa na świecie żono i matko! Tak długie niewidzenie rozkrawa mi serce niczym nóż włożony w dłoń okrutnika. Cztery niedziele w obcej stronie, cztery niedziele bez Ciebie,najpiękniejszy mój aniele, któryś raczył zstąpić na ziemię z Niebieskiego Firmamentu ku mojej największej radości. Wieści mnie szczęsne dotarły, że syn nam się narodził. Bogu Najwyższemu niech będą dzięki, że dziecko nasze pierwsze w zdrowiu na świat przyszło. Nie mogę już się doczekać, kiedy wezmę naszego chłopca na ręce i spojrzę mu w oczy. Oczy ma siwe po ojcu, czy czarne po matce? Jeśli po rodzicielce, to w przyszłości będzie uwodził dziewczęta samym tylko spojrzeniem. Wybacz mi te wybieganie myślą w przyszłość daleką, ale w głowie ze szczęścia mi się miesza. Na chrzest zdążę. Lada chwila ruszymy z powro-tem. Jak Bóg da, nie minie miesiąc, a będę w domu. Znaleźliśmy to, czegośmy szukali, a po prawdzie:
kogośmy szukali. Nie powinienem tego pisać – zakaz mamy i wachmistrz listy sprawdza – ale mam tu umówionego człowieka, który list ten, bez zaglądania weń osób postronnych, do Ciebie Najukochańsza dowiezie.

Strasznie jest to tajemnicza i dziwna sprawa. Pochwyciliśmy człowieka, jak pospolici zbóje, na drodze, a przecież jesteśmy żołnierzami. Drugi dzień już mija odkąd jest w naszym uwięzieniu. Nikt nie może z nim rozmawiać, a i my nie możemy nawet o nim mówić między sobą. Musi to być niezwykle cenna persona. Nawet go nie przesłuchują. Tak mi się widzi, że Wiedźma go przesłucha. Dostarczymy więźnia w umówione miejsce, skąd powóz żelazny zawiezie go do Moskwy, a tam już słuch o nim na wieki zaginie. Postawny to mąż, krzepki, żylasty, rusza się jak wilk, albo bardziej jak ten dziki olbrzymi kot cośmy go ostatniego lata u kupca Repnina w klatce widzieli. Młody dość jeszcze, ale włosy ma siwe, a jakby z choroby ten popiół na głowie, jakby mu świat w jednej chwili spłonął. Oczy ma dziwne. W zasadzie to najpierw na te oczy, głębokie jak studnie, zwracasz uwagę. Barwę mają piękną, czysty błękit wiosennego nieba. Jest w nich jednak blask niepokojący, straszny jakiś, co nie pozwala wytrzymać na dłużej ich spojrzenia. Powiadam Ci Najdroższa, wrażenie ma się takie, jakby ktoś jeszcze patrzył, gdzieś spoza świata, przez oczy tego człowieka. Dziwne i niepokojące to uczucie, ale takie jednak, a nie inne, mam ich opisanie.

Dość jednak o tym. Jestem ojcem! To wspaniałe uczucie przepełnia mnie tak wielką radością, że brałbym w ramiona i ściskał nawet mych druhów, tych cuchnących potem i czosnkiem niedźwiedzi brodatych. Okrutna tęskność jest we mnie za Tobą Katarzyno i za chłopcem naszym Piotrem Aleksiejewiczem. Nie widziałem, a tęsknię. Ojcem zostałem. Bóg dozwolił.
Długo nie chciał pobłogosławić, ale jednak widać się namyślił i uczynił nas najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Serca mego Królewno, ani o jedzeniu, ani o spaniu niepodobna myśleć. Niepodobna bardziej kogoś kochać. Nie jest możliwe kochać tak mocno, jak ja kocham istotę, której nigdy w życiu nie widziały moje oczy. Jestem ojcem. Po tysiąckroć powtarzam te słowa i nijak nasycić się nimi nie mogę. Jak już wspominałem, na chrzest naszego pierworodnego zdążę. Lada dzień ruszamy do domu.

Ładna to kraina, tu gdzie teraz przyszło mi wieść żołnierskie życie. Lasy są tu gęste od drzew, pełne dzikiego zwierza, a w rzekach pływa niezliczona ilość ryb. Zżęto już i zwieziono wszystkie zboża. Ruda jesień wpycha się na pola. Zagrody głośne są od nawoływań dzieci, szczebiotu ptactwa i zawodzenia bydła. Aż żal wchodzić z mieczem w słowiańską krainę. Skryliśmy się w starej leśniczówce w ciemnym bukowym lesie. Stary leśniczy, gospodarz, nie miał rodziny. Dość już się nażył, tak myślę...

Kończyć muszę na dzisiaj. Idzie ktoś. Po ciężkich krokach zgaduję, że to ten stary Polak w carskiej służbie, który robi u nas za tłumacza. Jutro dopiszę kilka słów więcej Katarzyno, miłości mego życia”.

* * *

Mężczyzna, który wszedł przed chwilą do jasno oświetlonej izby, jest bardzo wysoki, siwy, w jesieni życia, lecz widać po nim, że krzepki jest jak dąb. Głos ma mocny i zdecydowany. Szary, rozpięty płaszcz, ciasno opinający szerokie barki, jest poplamiony świeżą krwią. Dłonie, jakby plecione z dębowych konarów, to zaciskają się raz po raz w sękate bochny, to rozwierają się orlim szponem. Jest tam pewnie i nóż, ostry jak brzytwa warszawskiego cyrulika, schowany gdzieś za brudnoszarą połą płaszcza lub w łatanym po dziesięćkroć przez petersburskie szwaczki rękawie.

Za chwilę coś się wydarzy. Mam wrażenie, jakby wielkie niewidoczne struny napięły się w izbie o jeden obrót widmowego kołowrotu za dużo. Piszący list strażnik, też to już wie, lecz nie jest jeszcze wstanie nazwać, jeżącego się w jego sercu przeczucia.

– Witaj, Aleksy. List piszesz. – Gość stwierdza rzecz oczywistą i kiwa głową w zamyśleniu.

– Nie powinno cię tu być.

– Nie powinno, tak. No, ale widzisz, jestem.

– Syn mi się urodził. – Te słowa, zgaduję, mają być jak tarcza. Mają być obroną przed... No właśnie.
Przed tym, co za chwilę tu się wydarzy.

– Mi też syn się urodził...

– Tobie? Stary już jesteś.

– Przeszło trzydzieści lat temu.

– A, to chyba, że tak... – Aleksy, łapie pośpiesznie oddech i jakby się uspokaja. Rozmowa, słowo za słowo jest dlań teraz jedyną szansą na oddalenie nieuchronnego. On tego jeszcze nie nazwał, ja to widzę i wiem.

– Nigdy o tym nie mówiłeś. W ogóle nigdy nic nie mówiłeś o rodzinie.

– Nie było widać takiej potrzeby... Ile my się już lat znamy, Aleksy? – Stary człowiek stoi nad nim jak kat nad dobrą duszą. Mimo, że jest między nimi kilkadziesiąt lat różnicy wieku, nie mam wątpliwości, kto wygra nadchodzące szybkimi krokami starcie.

– Dziesięć lat już chyba... A dlaczego pytasz? – Mam wrażenie, że słowa nie chcą wychodzić przez usta pisarza, że je wypycha siłą na zewnątrz. – Gdzie są strażnicy?

– Umarli – odpowiada tamten i głośno wciąga powietrze.

– Jak to, umarli?

– Ano, umarli. Ot, tak. Mówisz, dziesięć lat? To kawał czasu. – Kręci głową jakby z niedowierzaniem i kładzie mu rękę na ramieniu. – Widzisz i dlatego, że to jesteś akurat ty, który nigdy nikomu nie powiedziałeś nawet jednego złego słowa, to wiedz, że serce mnie boli...

– Mam syna! – Aleksy niemal załkał i zasłonił pierś pisanym wcześniej listem jak tarczą.

– Ja też mam syna i nie ma dla mnie w tej chwili nic ważniejszego na świecie. – Starzec patrzy w gasnące oczy pisarza i dociska aż po rękojeść długi na łokieć sztylet, który wcześniej, w ułamku sekundy zatopił w jego sercu.

* * *

Jego oczy mają kolor ciemnego piwa, są żywe, jakby nieco szalone, pełne bursztynowych refleksów, których nie zmąciła jeszcze starość. Włosy ma siwe, gęste, zmierzwione wiatrem i taką samą niedbale przyciętą brodę. Rysy twarzy są ostre i regularne. Tę idealną symetrię zakłócają stare płytkie blizny, które jednak jej nie szpecą, a wręcz przeciwnie, sugerują mocny i zdecydowany charakter. W zaciśniętych mocno bladych ustach skupiło się jakieś, nie wiem, niecierpliwe oczekiwanie i coś jakby troska?

Poznanie jest nagłe. Znam tę twarz! To ja za lat trzydzieści. Jeśli dożyję, a na to raczej się nie zanosi.
Wiem, co za chwilę powie, a ja mu nie zaprzeczę. Ta wiedza sprawia, że kręci mi się w głowie, a moje serce wali jak oszalałe.

– Posiwiałeś, synku. Jak to możliwe?

– Wiele się wydarzyło w moim życiu, ojcze. Może zbyt wiele, jak na życie jednego człowieka. – Łapię powietrze jak ryba wyrzucona z wody na brzeg.

– Przykro mi, że twoje życie pobiegło takimi drogami, a ja nie mogłem cię przed tym uchronić.
Ale w końcu cię odnalazłem. – Coś jakby uśmiech pojawia się na jego obliczu, ale po chwili gaśnie.

– Jeśli w istocie mnie szukałeś – odpowiadam, patrząc mu w oczy– to można tak powiedzieć. Zapewne masz klucz?

– Klucz?

– Tak, klucz – potwierdzam. – Taki zwykły, żelazny do klatki, w której siedzę, nie jakiś tam klucz do zagadek.

Uśmiecha się szeroko, tak zwyczajnie, prosto, a mi łzy napływają do oczu.

* * *

Wielkie, pokrzywione niczym korzenie dębu dłonie przycisnął do twarzy. Słyszę chrzęst zębów.

– Umarły, powiadasz, obie. – mówi głucho z niedowierzaniem, a potem zaciska usta w milczeniu.
Nie chcę przerywać tej ciszy.

– Twoja siostra – pyta znowu i przewierca mnie spojrzeniem na wylot, aż swędzi mnie z tyłu głowy – jaka była? Nigdy nie dane było mi jej zobaczyć. Katarzyna była już brzemienna, kiedy... kiedy mnie wezwano.

– Tato! – Jęczę – Nie pamiętam. Miałem wtedy tylko kilka lat. Nie teraz.

– Byłem w kraju dwa razy. Próbowałem dowiedzieć się czegoś o was. Z pewnych przyczyn, których teraz nie mogę wyjawić, musiałem to robić dyskretnie. Kiedyś – jeśli będzie jakieś kiedyś – może ci to wyjaśnię. Zapadliście się gdzieś, jak kamień w wodę.

– Nigdzie, do ciężkiej cholery, się nie zapadliśmy! – Mam ochotę zdzielić go w ten siwy (najzwyczajniej zdolny do konfabulacji) łeb – Po prostu wyjechaliśmy z Warszawy na wieś. Matka bardzo przeżyła twoją śmierć, ale też i niewiele o tobie mówiła. Widać na to zasłużyłeś. Zostawiła w pustym grobie, który hetman wielki koronny kazał postawić na twoją cześć, pamięć o tobie, o sztandarach i bohaterach. Pochowaliśmy cię, a teraz wychodzisz z legendy, ze snu, z grobu...

– Nie kochała mnie. Nigdy. Ani jednego dnia, godziny, minuty. – Widzę jak wielki smutek pojawia się
na jego twarzy. – Oczy masz po niej niebieskie, zimne. Mówisz, że moje odejście jednak nią wstrząsnęło?

– Nie wiem, ojcze. Byłem wtedy dzieckiem. – Zaczynam się niecierpliwić. – Czy to czas na takie rozważania? Po tylu latach rozpamiętujesz to, czy cię kochała?

– Tak, cały czas to rozpamiętuję. Nie ma dnia bym o niej nie myślał.

– Skoro aż tak ją kochałeś, to dlaczego odszedłeś?

– Są sprawy, które wymagają najwyższych poświęceń.

– Można poświęcić nawet rodzinę? Nie wierzę. Tylko tyle mi powiesz?

– Tylko tyle.

– Aha. Wiesz, mnie zabrali do sierocińca, bo ani bliska, ani daleka rodzina nie była mną zainteresowana. Czy wiesz, czym jest sierociniec, ojcze? Wydaje ci się zapewne, że wiesz. To takie miejsce, gdzie Bóg nie przychodzi, choć pełno tam sióstr mówiących o Nim i mnóstwo jest wizerunków Jego Syna. Aniołowie, widać, mają w dupie takie miejsca i żaden z nich nawet nad nim nie przeleci. Skąd wiem? Nigdy nie znalazłem żadnego srebrnego pióra na dachu, gdzie uciekałem przed bólem i łzami, a uciekałem tam niemal codziennie. Gdyby jakiś był w pobliżu, pewnie bym go zauważył, nieprawdaż? Milczysz, tato? Potem, ktoś mnie zabrał na długie lata w miejsce, gdzie do dzieci, zamiast ich rodziców, w dzień i w nocy przychodzi diabeł.
Dobrze słyszysz: diabeł. Nie ma bowiem straszniejszej bestii nad człowieka. Nie troskaj się, chyba nie jestem wariatem. Wymazano mi potem pamięć, między innymi tamtego miejsca. Stare wspomnienia zastąpiono innymi. Czy prawdziwymi? Nie wiem. Stare życie, wspomnienia jednak wracają i – widać – ty wraz z nimi. Ale to tyle o mnie, bo czas iść mi w drogę.

Wbiłem go tymi słowami w podłogę i zasznurowałem usta.

– Jeśli dzisiaj nie wyjdę z tego domu, nie dowiesz się niczego o rodzinie, którą zostawiłeś – mówię.

– Spieszy ci się przekroczyć próg tych drzwi? – odzywa się wreszcie.

– Nie. Ale przekroczyć je muszę. Na tym polega bezwzględność mojej sytuacji. W przeciwieństwie do ciebie spieszno mi do dziecka.

Uśmiecha smutno na te słowa i mówi:

– Będziemy musieli przekroczyć je obaj i jeśli – daj Bóg – nam się poszczęści, kolejnych. I będziemy zabijać, synu. Czy jesteś na to gotowy?

– Jestem gotowy od zawsze – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– A zatem chodźmy.

Ojciec pachnie tabaką i ogniem.

* * *

W izbie obok, na ciężkich dębowych krzesłach, przy stole pod cienistym oknem, w blasku olejowej lampy, siedzą dwaj martwi żołnierze. Ręce zwisły im ku ziemi bezsilnie, jak po pracy ponad siły. Wyglądają tak, jakby za chwilę mieli zamigotać, zatrzeć się w mroku i zniknąć. Zaskoczeni, zdziwieni, zabici. Jeden z nich, bardzo młody, ma szeroko otwarte niebieskie oczy, niewidzące, zgasłe i zmatowiałe. Jakby mgła zagrobowa skłębiła mu się w źrenicach. Są otwarte lecz na drugą stronę, patrzą gdzieś w głąb, w zaświat jakiś nieskończony.
Już go tutaj nie ma. Już się jego dusza wciela w inne światy, albo w małe nic.

– Tu są twoje rzeczy. – Tato wskazuje kąt po prawej. Zachowuje się tak, jakby nikogo więcej poza nami tu nie było. – Koń jest w stajni, siodło też. Tylko trzeba jakoś tam dojść. – Wzdycha. – Nigdy nie widziałem takiego miecza. –Wskazuje na moją broń. – Ni miecz to, ni ciężka szabla. Ostry jak język belzebuba. Nigdy nie udało mi się tak wyostrzyć, choćby w połowie, mojej karabeli. – Bierze broń ze stołu i gładzi niemal z czułością wytartą zieloną rękojeść o kształcie ptasiej głowy.

– To dobra broń – potwierdzam i wysuwam nieznacznie ostrze z pochwy. Błękitne refleksy z dogasającej lampy błyskają niczym duchy na zimnej klindze. Chowam ją z powrotem z ledwie słyszalnym stuknięciem.
– Dostałem ten miecz od przyjaciela.

– Bogatych masz przyjaciół.

– Tak, to prawda. Jeśli mam jeszcze jakichkolwiek przyjaciół. – Odpowiadam, a wzrok mój wędruje z powrotem ku zgasłym oczom martwego żołnierza.

Ojciec jakby wreszcie to dostrzega i mówi:

– Każdy zapewne ma wątpliwości odnośnie tego, czy coś jednak będzie po, jakiś zaświat, a w nim Bóg, bliscy z dawna nie widziani, czy też nic nie będzie. Boga każdy z nas jest w stanie sobie wyobrazić w ten , czy inny sposób. Brakuje nam jednak wyobraźni na określenie pustki. Bo jak opisać nic, kiedy właśnie to nic będzie – mam nadzieję nie dziś – naszym opisaniem? Nie ma na to słowa, ani obrazu. Tego się teraz lękasz?

– Tak.

– A jeśli potem jest nic, to chyba też dobrze? Prawda, synu? Będzie tak, jak było przed naszym urodzeniem.

– Skąd wiedziałeś, o czym myślę?

– Bo jestem twoim ojcem, choć nigdy mnie przy tobie nie było.

* * *

Stefan Jaszczur zwinął w dłoni czytaną już dziś po wielokroć kartkę papieru, włożył ją za cholewę wysokiego czarnego buta i zaklął cicho pod nosem. Jak pisał zaufany medyk, przyjaciel domu Artur Klein: „(…) w ostatnią niedzielę, dwa dni po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego, tuż po obiedzie, za kwadrans czternasta szanowna małżonka Wielce Szanownego Pana, młoda Pani Elena, wychodząc z sali południowej, spadła
ze schodów, na skutek czego poroniła. (...)”

Targało nim i żarło trzewia poczucie straty. On, samotnik, dziwoląg nielubiący świata i nielubiany przez świat, miał wreszcie coś, na czym naprawdę mu zależało i był z tego powodu szczęśliwy. Ostrożnie nazywał to uczucie, bo nie pamiętał, czy kiedykolwiek przedtem go doświadczył. Teraz to szczęście wymykało mu się z rąk. Było tak, jakby Elena Horowitz uchyliła mocno zamknięte okiennice i wpuściła do jego życia odrobinę światła. Miał wrażenie, że się ocknął i otworzył oczy, a potem ona rozchyliła te okiennice na oścież. Teraz los złośliwie je zamykał.

Kiedy dowiedział się, że nosi pod sercem jego pierworodnego, był oszołomiony. Potem było oczekiwanie, z czasem coraz bardziej niecierpliwe. W pewnym momencie zaczął wyobrażać sobie przyszłość i było to miłe. Snuł ojcowskie plany. Sprowadził najlepszego dostępnego medyka, by ten zadbał o Elenę i dziecko, ale nie przewidział, że może przydarzyć się jej coś tak pospolitego jak upadek ze schodów. Powinien być razem z nią. Zostać tutaj, w tym obcym kraju, czy wracać do domu? Zaniedbanie obowiązków groziło surową karą, wydaleniem ze służby lub nawet śmiercią, ale cóż… Powziął już decyzję. Chciał być przy niej, chciał ją dotykać, chciał słuchać jej niskiego, drżącego głosu, chciał patrzeć w jej jasne, niebieskie oczy i mówić tylko do niej.

Psiakrew, do diabła! I cóż to miało być, to małżeństwo, ten związek z kilkanaście lat młodszą kobietą?
Młoda żona miała mu dać... No, co? Miejsce w towarzystwie? Niekoniecznie. Nazwisko? Kobieta nie da nazwiska mężczyźnie, nawet o tak paskudnym mianie jak on, nie w jego kraju. Więc co? Syna?! Tak, tego pragnął najbardziej. Ta głupia dziewucha, córka bajecznie bogatych kupców korzennych, miała dać mu przede wszystkim potomka. Tak pojmował ten związek, kiedy brał ją za żonę. Ale teraz już tak nie myśli.
Był zły, gdy zorientował się, że staje mu się coraz bardziej bliska i z dnia na dzień zajmuje jego myśli.
Któregoś ranka po raz pierwszy poczuł, jak cudownie pachną ziarna palonej kawy w niedomkniętym kredensie. Zobaczył, jak wiosna zieleni się w kropli soku z rozdartej brzozy. Patrzył w modre dziewczyńskie oczy, a jakby wejrzał w studnie bez dna, zachłysnął się i utopił.

Elena z domu Horowitz, córka Jakuba i Estery, młoda i piękna kobieta, która miała być tylko dodatkiem, ozdobą, światełkiem rozświetlającym jego ponurą postać, przydała jego życiu barw i ciepła. Wprowadziła niemałe zamieszanie do jego wysoce uporządkowanego życia. Był mocno zaskoczony, kiedy zorientował się, że dorównuje mu intelektem. Zadziwił sam siebie, kiedy zaczął akceptować i szanować, to co ona ma do powiedzenia i gdy spostrzegł, że w wielu prywatnych sprawach potrzebuje jej akceptacji. Poddał się, gdy nazwał w myślach swoje uczucie do niej. To właśnie przez ten stan duszy zaczął zaniedbywać służbowe obowiązki. On, jeden z najniebezpieczniejszych ludzi w imperium Rosji, słynący z nienagannego podejścia do wykonywanej pracy, spóźnił się dzisiaj na umówione spotkanie. On, który nigdy się nie spóźniał.

Ludzie Iwana Lebiediewa czekali już od dawna przy kilku stołach na tej samej sali w gospodzie „U Grubej Kaśki”, inni byli na piętrze, w stajni i gdzieś w mrocznych zakamarkach na podwórzu. Sam wachmistrz spoczął
na masywnym dębowym krześle tuż obok. Zapatrzył się stary, niezawodny żołnierz w kufel odlany z mętnego szkła, wypełniony po brzegi równie mętnym piwem, jakby dostrzegł w nim sedno żołnierskich spraw. Obok niego siedział olbrzym, Anatol Sorokin, który z niemałym zaangażowaniem próbował wyłowić ze swojego kufla wielkim, jak czeski serdelek, paluchem pijaną muchę. Kogoś znaleźli. Tylko kogo? Czy rzeczywiście tego, którego chciał mieć u siebie Ekscelencja, nim wejrzy weń Wiedźma? Wielu ojców mogło szukać swych dzieci na tym akurat szlaku w ten podły czas. Cóż, porozmawiają później.

U „Grubej Kaśki” serwuje się na ogół podłe żarcie i równie marne trunki. Na ogół – rzecz jasna. Nie wszyscy bowiem goście mają niewyszukany gust i pustą kieszeń. Upił niewielki łyk czerwonego toskańskiego wina, rozprowadził je na języku i pozwolił, aby odkryło przed nim swoje sekrety. Po dłuższej chwili stwierdził, że nie ma w nim żadnej tajemnicy, no chyba, że tajemnicą było to, że nie przywędrowało ono tutaj ze słonecznego regionu Italii.

Kryształowy kielich, z którego pił wino, wzbudzał ukradkowe zainteresowanie siedzących nieopodal gości. Przyciągał uwagę tak samo, jak pachnące inaczej niż wszystko wokół, jedzenie podane na porcelanowych talerzach. Zauważono też i otaksowano bogaty ciemny habit (bynajmniej nie zakonny) z pysznymi guzikami, zdobiony fantazyjnie na mankietach, kołnierzu i kieszeniach srebrną nicią, a uszyty według najnowszej mody przez angielskich krawców.

Dwóch ukraińskich chłopów, zapewne mających dość pańszczyzny zbiegów, łypało pożądliwie dzikimi oczyma znad drewnianych misek, wypełnionych jakąś mocno parującą breją na złoty sygnet, który nosił na lewej dłoni. Obnoszenie się ze złotem w takim miejscu było, delikatnie mówiąc, wysoce nierozsądne, lecz nie w jego przypadku. Nikomu nie przeszła przez głowę myśl, by spróbować uszczknąć cokolwiek z tego dobra, które było przecież na wyciągnięcie ręki. I nie chodzi tu bynajmniej o widoczne aż nadto wyślizgane rękojeści dwóch noży wystających zza szerokiego pasa, ani o ciężki, niemiecki rapier stojący pod ścianą, ani tę, wywołującą nieprzyjemne emocje, twarz. Fizjonomię miał pozornie obojętną, idealnie symetryczną i przez to jakby nieludzką. Niepokój i strach wzbudzały oczy.

O oczach potocznie mówi się, że są zwierciadłem duszy. Jaką więc duszę można było dostrzec, napotykając natarczywe spojrzenie tych zwodniczo smutnych źrenic o barwie leśnego miodu? Może bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że te oczy nie odbijają nic, że za nimi tylko pustka? Chyba jednak nie. Przecież każdy ma duszę. Nawet Stefan Jaszczur. A że czarną? Cóż. Istotne dla niego i tej opowieści jest to, że zaczął dostrzegać
nie znaną mu dotąd stronę życia. Nauczył się zauważać, jak powiedziałby poeta: „Owe drgnienia serca mierzone poruszeniem skrzydeł motyla.” Od jakiegoś czasu trawiła go bowiem miłosna gorączka.

* * *

Weszliśmy powoli w ciemny korytarz długi na jakieś dwadzieścia kroków. Nawet jedna deska nie jęknęła nam pod stopami. Oblepiło nas chłodną wilgocią ciężkie i słodkie powietrze. Jak kir żałobny. Nie palą się tu lampy, nie migoczą pochodnie. Ciemność rozpleniła się po kątach jak żywa istota. Mam wrażenie, że bulgocze bezdźwięcznie w dzikim fermencie, kapie z sufitu i kładzie się nam miękko pod stopy.

I ta cisza! Zła, niedobra i strasznie rzeczywista cisza grobu!

– Wiedzą już, że mają problem? – pytam, choć znam odpowiedź.

– Tak, wiedzą – potwierdza.

– Tęgie chłopy?

– Trudno znaleźć lepszych.... – Zawahał się. – Lepszych do zabijania.

Dobrze, że nie oszukuje. Nie ma tu miejsca na: „Jakoś to będzie”. Źle będzie. Ot, co. Przed nami drzwi.
Ciężkie i masywne, chyba jak wszystko w tym domu.

– Co jest za tymi drzwiami?

– Schody w dół. Proste, szerokie. – Zatrzymuje się. – Na pewno ktoś za nimi jest. – Odwraca się i przez mrok próbuje spojrzeć mi w oczy. – Nie będą strzelać. Przynajmniej nie na początku. W razie kłopotów, mają rozkaz wziąć cię żywcem, najwyżej skaleczyć, ale tak, żebyś przeżył. Mnie zabiją.

Kiedy to mówi, drzwi naprzeciwko otwierają się powoli z cichym jękiem zawiasów. Jasny prostokąt wycina się w ruchliwej materii mroku. Dwie postacie wchodzą w ciemność korytarza. Nie widzę wyraźnie ich twarzy. Światło lamp, które palą się gdzieś za ich plecami, odbija się obojętnie na bladoniebieskich ostrzach mocno zakrzywionych szabel i długich noży, które trzymają wyciągnięte przed sobą.

Stoimy bez ruchu, w milczeniu. Tylko kilka kroków dzieli nas od siebie.

– Dlaczego nie wołają innych?

– Nie musisz szeptać. – Głos ojca jest zdecydowany i donośny. – To Baszkirzy, nie rozumieją naszego języka. Oni akurat nie posłuchają rozkazu, bandyckie nasienie. – Objaśnia i pluje na podłogę. – Chcą się sprawdzić.

– Jak walczą?

– Jak zbóje: Paskudnie, nie po rycersku, śmiertelnie skutecznie. Zanim ten pierwszy zaatakuje, ten z tyłu najpewniej rzuci nożem, ale nie będzie celował w ciebie tylko we mnie.

– Więc ty rzuć pierwszy.

Ruszyli. Wolno, krok po kroku.

– Ten, który się teraz uśmiecha, leworęczny, lubuje się w znęcaniu nad kobietami. Powiadali, że kiedyś rozciął brzuch ciężarnej, wyjął dziecko i rzucił na stertę gnoju, krzycząc: „Patrzcie, jak leci polski orzeł”!

– Nie ma w tej chwili znaczenia, to co mówisz.

– Wąsko tu. Przepuść mnie na przód.

– Za późno.

* * *

Mówiłeś, że nie ma znaczenia, to co powiedziałem o tym tutaj...

– Bo nie ma.

– Ciąłeś go okrutnie.

– Fakt.

– Nie po rycersku.

– Bo i nie ze szlachcicem miałem sprawę.

– Męczy się strasznie. Głosu nie może z gardła wydobyć.

– Zatem dobij go.

– Nie.

– Więc chodźmy dalej.

Przez chwilę idziemy w ciszy schodami w dół. Ciekawość jednak sprawia, że trudno mu przejść kilka kroków w milczeniu:

– Jakim jesteś człowiekiem, synku?

– Nie rozumiem.

– Czy jesteś taki, jak tamta śmierć, dziesięć kroków wstecz. Zimna i okrutna?

To pytanie zatrzymało mnie w miejscu. Takie słowa pętają nogi.

– Ojcze, ja nie wiem, kim jestem.

– Każdy powinien wiedzieć, kim jest. – Patrzy mi w oczy. Łzy mu się kręcą pod powiekami. – Co się z tobą stało, że się tak pogubiłeś, chłopcze?

– Niewiele wiem o sobie – odpowiadam patrząc, jak wielkie jak groch łzy znajdują drogę w starych bruzdach na jego twarzy. Nie wiem, co mam powiedzieć, by nie poczuł się rozczarowany pierworodnym. – Niewiele wiem też, o tym, co takiego mi uczyniono, że potrafię zabić człowieka z zimną krwią. Nie wiem też nic o tym, kto mi to uczynił. Może jednak pocieszy cię to, że codziennie zadaję sobie pytanie: Kim jestem? Tak, zaprząta to moje myśli. Wiem natomiast, że nie cofnę się przed niczym, by uratować życie mego dziecka.
To wiem na pewno.

– To nie jest twoje dziecko. Nie mój wnuk.

– Nawet nie próbuj tak ze mną rozmawiać. – Tykam go palcem w pierś. – Nie ten jest ojcem, co spłodził, lecz ten, co wychował.

– Tyś wychował, a mnie z kolei nie było przy tobie. A zatem: Kto z nas jest ojcem?

– Ja znam odpowiedź na to pytanie. Ale czy ty ją znasz? – odpowiadam i zaglądam mu w oczy.

* * *

W gospodzie „U Grubej Kaśki” jest dzisiaj nadzwyczaj gwarno. Szum rozmów tajnych, złych, pełnych niebezpiecznych tajemnic i tych zwykłych pijackich jest rozedrgany jak w febrze. Grzechoczą kości w kubkach, znaczone karty drżą w spoconych dłoniach, szurają niecierpliwie nogi pod stołami, kufle stukają o mokre blaty, skrzypią drzwi i łóżka w ciasnych pokojach, stękają mężczyźni w spazmie krótkiej rozkoszy (czasem gwałtownej śmierci), najlepsze (podobno) na wschód od Bugu kurwy jęczą w ekstazie, ale te jak zwykle udają, więc nie będzie tutaj nic więcej o nich. Głosy są intensywne niczym szelest szarańczy.

Ten dwupiętrowy rozłożysty budynek, który już trzy razy - w jego ponad trzydziestoletniej historii - próbowano bez skutku spalić, łączy w sobie funkcje gospody, burdelu i miejsca nieoficjalnych spotkań handlowych, a także hotelu, gdzie można wynająć pokój na godziny, albo też – jak w niektórych przypadkach – na lata. Tracono tu wielkie sumy pieniędzy, kilka ziemskich majątków, a raz nawet i życie, grając w kości, szachy, w karcianego mariasza, pikietę, faraona, czy ćwika.

Grubej Kaśki nikt nigdy nie widział, choć zdarzali się i tacy, którzy zarzekali się, że widzieli ją na własne oczy. Bardziej prawdopodobne są chyba jednak opowieści o Smutnym Józefie, który trzyma cały ten kompleks żelazną ręką. Kim jest? Nie wiadomo. Ale po co się tym interesować? Kto więc odwiedza ten przybytek?

Gęstą przestrzeń przecinają ukradkowe i czujne spojrzenia złodziei, różnej proweniencji handlarzy, zbójów, szpicli, zbiegów szubienicznych, śmieszków o wąskich ustach, pijusów, stręczycieli i ladacznic oraz zwykłej nocnej mierzwy ludzkiej, której niespieszno jeszcze wracać do domu. Ich oczy odwykłe do światła są czujne i ruchliwe niczym szczury, a uparte jak natręt w mrocznym zaułku. Powieki trzepoczą im jak skrzydła ciem tłukących w nocne rozświetlone okno, a usta raz po raz wykrzywiają się w śmiechu lub nagłej złości, albo stygną w obojętnym milczeniu. Nocne stworzenia. Ludzie niczym widziadła, halucynacje, majaki. Jeśli jesteś tam przypadkiem, odwracasz od nich wzrok. Nie chcesz ich znać i nie chcesz, by zwrócili na ciebie uwagę. A nad tym wszystkim pełga blado i byle jak światło smolistych żagwi i olejowych lamp. Zaduch niemytych tygodniami ciał łapie za gardło. Tutaj, co wieczór rodzi się strach i pożądanie, rozpalają się i gasną zmysły, ważą się sprawy wielkie i małe. Takie to miejsce.

– Bary mają szerokie jak szafy wypływające o świcie z gdańskich portów. Wielcy jak dęby, lecz nie wilki to, a wyrośnięte kundle – pomyślał z lekkim zawodem Stefan Jaszczur, patrząc na dwóch młodych mężczyzn, przeciskających się między stołami pełnymi gości w jego kierunku.

Ten, który szedł przodem miał mocno przekrwione oczy i zamknięte w kreskę wąskie, aroganckie usta. Wysoko podwinięte rękawy lnianej czerwonej koszuli ukazywały sine bandyckie tatuaże wykłute na grubych, żylastych przedramionach. Czarne, przetłuszczone włosy długimi pasmami przyklejały się do jego nienaturalnie bladych policzków. Przypomniał mu kogoś sprzed lat, więc na potrzebę chwili nazwał go Dawidkiem.

Za nim toczył się kwadratowy typ o nieforemnej łysej głowie, po bokach której sterczały wyzywająco wielkie czerwone uszy. Pod podziurawionym przez ospę nosem jaśniał rzadki, krótko przycięty, wąsik. Oczy miał na wpół otwarte, głupkowate i takiż sam bezczelny, głupi uśmiech. Na potrzebę chwili nazwał go Uszatkiem.

Przy braku sprzeciwu, wzięli ze stołu obok przyniesione przed chwilą, przez dziewczynę o wielkich, ciemnych, wystraszonych oczach, kufle z piwem i usiedli przy jego stole naprzeciw bez słowa, bez skinienia głowy.

– Dobre sobie – pomyślał. – Przecież to żart. Jakaś gruba kpina! Z nimi mam rozmawiać?

– Sala południowa, parter, stolik przy oknie wychodzącym na ulicę Kasztanową – powiedział ten, którego nazwał Dawidkiem. – Zgadza się?

– Tak. Zgadza się – potwierdził Jaszczur. – Tylko wy mi się nie zgadzacie – dodał w myślach.

– Czego chcesz? – zapytał obcesowo Dawidek i upił łyk skradzionego piwa. Biała piana gęsto osadziła się na jego czarnych wąsach i brodzie. W innych okolicznościach byłby to powód do żartów.

– Przecież wiecie, czego chcę – odparł zapytany.

– Jesteś szpiclem? – Kolejne niewłaściwe pytanie.

– Zbieram informacje. A to kim jestem, nie powinno cię interesować. – W głosie Stefana Jaszczura czuć było lekką irytację.

– Najpierw zapłać, zbieraczu informacji – warknął Uszatek i błysnął na moment niepełnym uzębieniem.

– Już zapłaciłem – skwitował krótko Jaszczur. Zignorował Uszatka i popatrzył w przekrwione zuchwałe oczy jego kompana. Nie dostrzegł w nich nic, co mogłoby go natchnąć optymizmem na najbliższych parę chwil.

– Miałeś przynieść mi informacje – powiedział. – Pozwól, że ci przypomnę. – Pochylił się lekko nad stołem. – Dziesięciu ludzi, dwa wozy po cztery konie. Wyjechali w drugiej połowie września z miasteczka Winnica na wschodnim Podolu. Ledwie tydzień po wybuchu wojny mieli już cały transport. Jakiś czas temu, z niewiadomych przyczyn, zjechali ze szlaku. Dokąd jadą? Na to pytanie miałeś dać mi odpowiedź.

– Nie wiem, o czym mówisz. – W przeciwieństwie do kolegi, Dawidek, miał jeszcze wszystkie zęby, które teraz pokazywał w bezczelnym uśmiechu, w dodatku zdrowe i białe.

– Nie wiesz. – Stefan Jaszczur odchylił się powoli z powrotem na wysokie oparcie krzesła. – Więc po co
tu przyszedłeś?

– Powiedziano mi, że ktoś szuka pomocy domowej. Młodej, nie przechodzonej, najlepiej dziewczynki…

– Tobie powiedziano. Aha. – Pokiwał głową. – Ale przecież takim jak ty wydaje się tylko polecenia, a nie przekazuje informacje.

Dawidek albo nie pojął obelgi, albo najpewniej musiał odegrać tę farsę do końca.

– Siostrę mam, taką trochę niedojdę – oznajmił. – W sam raz do posługi u bogatego pana. Przyszedłem więc zapytać, jaka będzie jej roczna pensja za posługę? – Rozłożył szeroko dłonie jak do przywitania i znów się uśmiechnął.

– Nie szukam twojej siostry – odparł co raz bardziej zły Jaszczur.

– Jest za stara? No tak. Ma już piętnaście wiosen… Szukasz młodszych. Tak słyszałem.

– Coś jednak wiesz. – Stefan Jaszczur przyglądał mu się w zamyśleniu

– Dziewczyna będzie zawiedziona. – Wtrącił się Uszatek i pokiwał smutno wielkim łbem.

– Nie frasuj się. – Uspokoił go Dawidek. – Ów miły jegomość wynagrodzi jej straty moralne, płacąc nam z góry za rok służby. Bardzo liczyła na tę pracę.

– Nie wątpię – odrzekł Jaszczur z przesadnie udawanym żalem. – Widzicie, jest pewien problem, nie jestem stąd. Nie mam pieniędzy. Ot, tyle – wskazał na stół – by zapłacić za kolację.

– Na sobie masz dość dobra – zauważył Dawidek. – A i w zanadrzu zapewne coś tam skrywasz.

– Wielce byłoby to niestosowne zaglądać mi w zanadrze – odparł Jaszczur i zapytał: – Dlaczego jeszcze z wami rozmawiam? Jak myślicie?

– Bo dopiero co usiedliśmy, nie dopiliśmy piwa, no i nadal nie wiemy coś za jeden? Czyś aby nie zwykły lubieżny staruch, albo, co gorsza, chytry szpicel.

– A w czym lubieżny dziad jest lepszy od szpicla, hę? Znajdziecie odpowiedź na to pytanie? Mniejsza z tym. - Machnął ręką – Niepokoi mnie coś innego. Domniemywam, że chcecie, szanowni panowie, pogwałcić moją swobodę obywatelską.

Stefan Jaszczur zrobił minę, którą w normalnej rozmowie międzyludzkiej można by nazwać szelmowską i dodał:

– Och, jesteśmy jeszcze, póki co, na terytorium Rzeczpospolitej, a ta wszak słynie z poszanowania praw i swobód nie tylko swoich mieszkańców, ale i przebywających w jej granicach cudzoziemców. Apeluję więc do waszych sumień i zwykłej ludzkiej przyzwoitości: Nie naruszajcie mej cielesnej nietykalności!

– Że niby chcemy go zgwałcić? – Uszatek był bez wątpienia na obrzeżach rozmowy. – Sodomita!

– Ejże! – Jaszczur pokiwał nań palcem. – Bo się zeźlę! Nie obrażajmy się, a wszyscy wyjdziemy stąd cali i zdrowi.

– Wyjdziesz stąd, kiedy ci pozwolimy – odparł krótko Dawidek. Uszatek natomiast pokraśniał na twarzy, wstał lecz zaraz opadł z powrotem na krzesło, zaczął sapać, aż kroplisty pot pojawił się na jego rzadkich wąsach.

– Wróćmy do początku naszej nie najlepiej rozpoczętej rozmowy. – Zaproponował Jaszczur. – Zapłaciłem za pewne informacje, – rzecz jasna, nie wam, a waszym mocodawcom – i oczekuję wywiązania się z umowy.

Dawidek odkleił czarny kosmyk włosów od bladego policzka, nawinął go na palec wskazujący lewej dłoni i rzekł:

– Chyba jednak czegoś nie rozumiesz. To ja przyszedłem tutaj zadawać pytania. Nie podobasz mi się. Zgasiłeś lampę nad stołem, siedzisz jak kruk w dziupli, gapisz się na ludzi i zadajesz pytania.

Stefan Jaszczur nie odpowiedział, tylko raz jeszcze rozejrzał się po sali. Nic, najmniejszego zainteresowania, choćby jednego ukradkowego błysku oka. Nawet ludzie Lebiediewa zajęci byli szukaniem much w zupie i oglądaniem den kufli po wypitym dawno piwie. Zaraz! Na piętrze po lewej ktoś gwałtownie odwrócił głowę.
Zbyt gwałtownie. Ha! Właśnie zostałeś przyłapany. Dlatego też przeciągnę jeszcze tę żenującą rozmowę z typami, których wysłałeś. Za kilka chwil zwrócę na ciebie uwagę jeszcze raz, a potem kolejny. A jeśli uznam, że jest taka potrzeba, to do ciebie przyjdę, a wtedy odpowiesz mi na wszystkie, interesujące mnie pytania.

– Corvus corax nie mieszka w dziupli – powiedział Jaszczur i uśmiechnął się brzydko, zaglądając w przekrwione oczy tego, którego nazwał Dawidkiem.

* * *

Dom jest stary. Ściany są bardzo wysokie, ciemne z dębowych bali i kamienia. Niemal czuję ich ciężar.
Jest tu bardzo cicho. Nie hula tu wiatr wpuszczony przez niedomknięte okna. Palenisko chyba dawno w nim wygasło. Cisza jest przytłaczająca. Nie grają tu świerszcze, nie brzęczą tłuste muchy, szukające schronienia przed jesiennym chłodem. Nawet myszy nie chroboczą gdzieś w sekretnych przejściach.
Są tu ludzie, lecz nie ma gospodarza, który tchnąłby weń życie i je podtrzymał.

– Ten brak jakiegokolwiek dźwięku jest trudny do zniesienia. – Ojciec widać odczuwa to samo.

– Wyobraziłem sobie – odpowiadam z namysłem– że w piekle też musi być tak cicho.

– Bo piekło to pustka, synu.

– Tak, ojcze. – Chyba po raz pierwszy się z nim zgadzam – Piekło to brak wszystkich i wszystkiego.
Kto zbudował ten dom?

– Nie wiem. Nigdy nie słyszałem o tym miejscu, ani o jego mieszkańcach. Ten, którego tu zastaliśmy, myślę, że był ostatnim z rodu. Chociaż, kto wie? Może miał dzieci? Lecz nie było ich przy nim, kiedy umierał...

Weszliśmy do wielkiej sali o podłodze z jasnego kamienia. Zachodzące słońce prześwituje przez otwarte
na oścież okna i kładzie się jaskrawożółtą plamą na dębowym stole pełnym nagich ostrzy. Zegar bije!
Na ścianie po prawej, obok wyblakłego, ciężkiego gobelinu w starej skrzynce z pozłacanym cyferblatem, pełnej kół zębatych, sprężyny, wahadła i zagadek miele się czas. Miele się, kruszy, ucieka, idzie samopas i coraz go mniej. Wciska się w szpary w ścianach, w pęknięcia w podłodze i znika. Czas się dopełnił. Dla kogo?

Jest ich zbyt wielu. Siedzą spokojnie w ciszy, wokół wielkiego stołu pośrodku sali, która była niegdyś – zgaduję – salą Wielkiego Łowczego. Dłonie mają wolne od broni, która ciężko spoczywa na ciemnym, pełnym starych plam dębowym stole. Ich oczy, pełne wieczornego blasku, są pozornie obojętne, kiedy zwracają na nas uwagę.

Otwarte okiennice zaczynają trzaskać głucho, jednostajnie. Gdzieś na zewnątrz zbiera się potężny wiatr. Oczyma wyobraźni widzę, jak stukrotnym echem wydyma krokwie, wykrzywia ściany, mierzwi - niczym mokrą psią sierść -stare dachówki. Wichura idzie nad dom zdyszana, kipiąca mocą i gotowa połknąć go w całości. Słychać jak las szumi blisko, jednostajnie. Mam wrażenie, że chętnie pożarłby ten dom, oplótł korzeniami, skruszył, wciągnął pod ziemię, przykrył igliwiem i zarósł mchem i paprocią.

– Jeszcze dwa pacierze temu myślałem, że przeżyjemy. – Słyszę szczery żal w słowach ojca.

– Wyjdziemy z tego domu, bo moja córka, a twoja wnuczka, potrzebuje naszej pomocy – odpowiadam na tyle przekonująco, na ile w tej chwili potrafię.

Kiwa smutno głową, patrząc na siedzących w bezruchu mężczyzn i zaczyna mówić:

– „Otoczyły mnie bowiem nieszczęścia, których nie ma liczby, winy moje mnie ogarnęły, a gdybym mógł je widzieć, byłyby liczniejsze niż włosy na mej głowie, więc we mnie serce ustaje. Panie, racz mnie wybawić; Panie, pospiesz mi na pomoc! Niech się zmieszają i razem okryją rumieńcem ci, co na życie me czyhają, aby je odebrać. Niech się cofną zawstydzeni ci, którzy z niedoli mojej się weselą.” Dalej nie znam. – Wyjaśnia jakby zawstydzony. – Czy On nas teraz słucha? Czy pomoże im, czy nam? Przy kim jest prawda?

– Nie znam odpowiedzi na te pytania. Wiem jednak na pewno, że nie powinniśmy tracić nadziei.

– Tak – potwierdza i delikatny płomyk zapala się w jego oczach, po czym zadaje zupełnie niespodziane pytanie: - Słyszałeś o tak zwanym Incydencie warszawskim?

– Słyszałem. Niespełna dwadzieścia lat temu, trzech, niewykrytych dotąd sprawców, weszło w biały dzień do znanej w Warszawie gospody „U Jankiela”, gdzie dzień wcześniej zatrzymała się rosyjska delegacja kupców korzennych w drodze do Gdańska, zabijając ich wszystkich przy użyciu tylko białej broni. Z tym, że nie byli to żadni kupcy, a wynajęci przez hrabiego Repnina siepacze w liczbie siedmiu, mający zabić polskiego księcia Henryka Zasławskiego, który miał tam zabawić w drodze do Teatru Polskiego Wielkiego. Przyczyną tego zajścia była kobieta, aktorka Helena Tchorznicka. Pokłócili się podobno dwaj panowie o pierwszeństwo
do wdzięków tejże niewiasty.

– To ostatnie się zgadza.

– A co się nie zgadza?

– Nie było ich trzech, Hubercie. Byłem tam wtedy sam.

Patrzę mu w oczy i mimo mroku, musi widzieć zdumienie, malujące się na mojej twarzy.

– Teraz jest nas dwóch – mówi. – Ojciec i syn! A to już potęga.

– Tak.

– Wybacz, że nie byłem ci ojcem.

Nie odpowiadam. Nie wybaczam. Nie teraz. Może nigdy nie będzie już sposobności?

– Nie zdążyłem cię poznać.

– A czy jest ktoś na świecie, kto tak naprawdę poznał swego ojca?

Tymczasem dziewięciu milczących mężczyzn podnosi się od stołu, ściągając zeń szable, noże i sztylety o długich, bladych ostrzach.

* * *

Ze zdumieniem popatrzył na wielkie, grube palce, które sięgnęły do jego talerza, chwyciły jak w kleszcze kawałek kurczaka i zanurzyły go w misce z sosem miętowym, a potem żwawo powędrowały do ust. Dawidek pokiwał głową z uznaniem i rzekł:

– Inny sort klienta. To rozumiem.

Stefan Jaszczur nie powiedział nic, kiedy te same paluchy o połamanych paznokciach zanurzyły się po raz drugi w jego talerzu, zadał tylko kolejne pytanie:

– Dwa wozy. Dwa ciężkie wozy po cztery konie w zaprzęgu i dziesięciu ludzi. Byli niedawno na szlaku. Gdzie pojechali? Gdzie teraz mogą być?

Zapytany nie raczył odpowiedzieć na to pytanie. Spojrzał mu tylko w oczy i z głupim uśmieszkiem zapytał:

– Lubisz ruchać dzieci?

To pytanie celowo padło głośno. Zbyt głośno. Uszatek zarechotał krótko. Kilku mężczyzn odwróciło się w ich kierunku, posyłając im złe spojrzenia.

– Te słowa nie powinny były wyjść z twych ust. – Koordynator głos miał jak wykuty z lodu. – Mimo to dam ci szansę...

– Szansę na co? – Dawidek roześmiał się, jego towarzysz także.

– Kolego w niedoli. – Jaszczur po raz pierwszy zwrócił się do Uszatka wprost. – Nie pojmujesz jeszcze sytuacji, w jakiej obaj znaleźliście się.

Człowiek na piętrze właśnie wstawał od stołu. On już pojął. Jaszczur spotkał się wzrokiem z Lebiediewem i delikatnym gestem wskazał na górę. Ten skinął nieznacznie głową, przymknął na chwilę powieki i wstał od stołu. W tym samym momencie podniosło się jeszcze dwóch ludzi z ciemnego kąta przy kuchni.

Ponownie zwrócił się do mężczyzny naprzeciw i spojrzał w jego jasne, zuchwałe i bezbrzeżnie głupie oczy.

– Mówiłeś coś o dawaniu szansy – przypomniał mu właściciel owych jasnych i głupich zarazem zwiercia-deł duszy.

– Twój szef już zobaczył, kto pyta o transporty sierot. – Jaszczur zignorował pytanie. – Zobaczył i cię zostawił. Lepiej dla was obu, abyście jednak cokolwiek wiedzieli.

– Co tam gadasz, wężu?

Koordynator aż uśmiechnął się na te słowa.

– Nie lubimy dzieciojebców – warknął Uszatek.

– Twój kolega umie mówić, imponujące. Winszować. Nie lubicie, powiadacie, szczególnego rodzaju gwałcicieli. Ze słów waszych wnioskuję, że tacy osobnicy wzbudzają w was wielką abominację. Odkrywam tu jednak swoisty dysonans poznawczy. Otóż, nie przeszkadza to wam, oddawać dzieci w ręce owych paskudników. Zdumiewające, przyznaję. Pieniądze są tu, zgaduję, motywacją, pokusą niemożliwą do przezwyciężenia. Wygłaszacie takie płomienne, stanowcze deklaracje, a z drugiej strony... Hipokryzja w kryształowej postaci. Panowie się ze mną zgodzą, jak mniemam?

Milczeli.

– Chciałbym zostawić to pytanie bez odpowiedzi, gdyż nie chcę już nadwyrężać wątłych zwojów mózgowych mych szanownych interlokutorów, lecz przyznać muszę, iż niezwykle zajmuje mnie ten problem. Zechcą szanowni panowie oświecić mnie jednak w tej kwestii?

– Co on pierdoli? – Uszatek nie zamierzał spełnić prośby mężczyzny w czerni, bo i po prawdzie nie zrozumiał większości słów, ani też nie pojął jeszcze sytuacji, w jakiej się obaj znaleźli.

– Ano właśnie nas obraził – odrzekł zapytany, na co pytający mocno zmarszczył czoło, ściągnął podziobane policzki i odwrócił wykrzywioną złością twarz w kierunku tego, z którego ust padły rzekomo obraźliwe słowa. Rzekomo, gdyż tak naprawdę obaj nie byli pewni tego, co przed chwilą usłyszeli. Stefan Jaszczur uśmiechnął się tylko na tę demonstrację. A tymczasem Dawidek ponownie bez słowa wyciągnął dłoń po nieswoje.

Jeśli ktokolwiek, właśnie w tej chwili, przyglądał się tym trzem siedzącym przy stole mężczyznom, to najprawdopodobniej nic nie zauważył. Szybkość, z jaką Stefan Jaszczur wbił widelec w grubą, złodziejską łapę amatora cudzego jadła, była nieludzka. Zanim ten zorientował się, co się właśnie wydarzyło i zaczął krzyczeć, ciężka jak kamień pięść Anatola Sorokina spadła na kark Uszatka i posłała go nieprzytomnego pod stół.

Koordynator już był przy Dawidku. Lewym przedramieniem przycisnął jego głowę do blatu, prawą ręką chwycił za widelec, wciąż tkwiący w dłoni tamtego i lekko go wykręcił. Bandyta zawył.

Poruszyło się towarzystwo przy stołach, lecz nikt nie wstał. Większość gości „Grubej Kaśki” już na pierwszy rzut oka doskonale potrafiła ocenić zarówno ludzi ludzi, jak i okoliczności. Nader często zdarzały się tutaj sytuacje, w których dla własnego bezpieczeństwa nie należało brać udziału.

– I to jest właśnie twoja ostatnia szansa. – Stefan Jaszczur nachylił się do ucha Dawidka. – Szansa, by nie umrzeć w mękach.

Ten zaczął głośno sapać, napiął się i szarpnął, lecz zatrzymał go ostry ból w prawej dłoni. Ugięły się pod nim kolana, w końcu znieruchomiał na dobre bez słowa.

– Tu niedaleko są drzwi. Wyjdziesz teraz ze mną spokojnie i nie będziesz wierzgał. Jeśli zrobisz coś głupiego wydłubię ci tym widelcem oczy, stracisz przytomność, ale ja cię potem obudzę, uwolnię z objęć Morfeusza po to, a byś je zjadł. Czy to, co właśnie powiedziałem, jest dla ciebie zrozumiałe?

– Tak.

– Doskonale. A zatem ruszamy.

Jaszczur oderwał Dawidka od stołu i ciągle trzymając za rękojeść, widelca popchnął go przed siebie w kierunku najbliższych drzwi. Za nim szedł Sorokin z nieprzytomnym Uszatkiem, jak ciężki wór przerzuconym przez ramię.

* * *

Twardym snem zlegli, a szable z rąk im wypadły. Konie bez jeźdźców biją kopytami o ziemię, uchodzą w step dziki, w samotność i śmierć.

Czy to burza nad domem? Trzeba zamknąć okiennice.

Czarna jest krew tej nocy. Krew? Skąd? Płynie, wciska się w szpary, przykleja się do rąk i twarzy. Słodka jest jak kwiaty w cmentarnym dole.

Niech ktoś wreszcie zamknie okiennice! Dlaczego nikt się nie podnosi? Jakiż to sen, którego burza za oknem nie spłoszy?

Kilku półnagich diabłów przyszło. Kręcą z koszul pociętych nożami krwawe całuny. Żaden anioł nie upomniał się o poległych. Ktoś idzie do mnie. Anioł czy diabeł? Nie dam rady się podnieść.

– Synku, co ci?

– Synku? Ojcze?

– Trochę cię pocięli, ale dzięki Bogu głowę masz całą.

– Głowę mam?

– Masz.

– Cóż mi po głowie, kiedy sercem świat postrzegam?

– Nie odpowiem ci teraz na to pytanie.

– Pocięli mnie? A ręce, tatku? Ręce mam?

– Jeśli pytasz o te, które leżą na stole, to odpowiem ci, że to nie twoje ręce. Mógłbyś też zapytać mnie o te odcięte głowy, odpowiedziałbym ci tak samo, że żadna z nich nie jest twoja...

– Widziałeś ich?

– Kogo, synu?

– Diabłów.

– Jakich diabłów?

– Synów Biesa. Widziałeś ich?

– Nie, nie widziałem. – Przeżegnał się.

– Zabierali ich jeden po drugim. – Pokazuję ręką na trupy. – Wszystkich wzięli. Nie przyszedł nikt od Boga. Bóg ich opuścił, ojcze. Wszystkich twoich towarzyszy broni.

– Synu. – Ojciec uczynił znak krzyża po raz drugi. – Mówisz takie rzeczy, że…

– Co widziałem, opowiadam.

Widzę jego twarz jak przez mgłę. Jest plamą krwi, tylko oczy ma błyszczące i czyste. Gdybym mógł widzieć wyraźnie, zapewne dostrzegłbym frasunek.

– Co to było? – pyta.

– Tutaj? Diabli przyszli po umarłych. Przecież ci mówiłem.

– Pytam, co tu się stało?

– A co się stało, tatku?

Kładzie dłonie na mych ramionach i zagląda mi w oczy, jakby tam spodziewał się znaleźć odpowiedź. Zaczynam widzieć wyraźnie. Widzę czarną kroplę krwi, która wypełnia się na czubku jego nosa, ciąży ku ziemi, po czym odrywa się odeń z niesłyszalnym dla mnie mlaśnięciem i znika gdzieś w dole pośród milionów innych.
Skąd tyle krwi? Kręci mi się w głowie.

– Kim ty jesteś, Hubercie?

– Zdaje mi się, że już mnie dzisiaj o to pytałeś?

– Odpowiadaj, jak pytam! – Gniew?

– A jak nie odpowiem, to mnie lagą zdzielisz? Za późno na wychowywanie. – Kwituję to polecenie śmiechem. Niedobrym śmiechem. Nie chcę tak się śmiać.

– Nie masz ani jednej głębokiej rany, a mnie o mały włos nie usiekli.

– Boś stary!

Wali mnie w twarz na odlew. Mocno. Tak mi się wydaje, bo nie czuję bólu.

– Szanuj ojca swego. – Głos ma zimny niczym przydrożny kamień w noc styczniową.

– Kochaj dzieci swoje – odpowiadam – i nigdy nie zostawiaj ich samych w świecie.

Próbuje zetrzeć rękawem krew z twarzy. Nie za bardzo mu to wychodzi, bo wygląda jeszcze bardziej upiornie.

– Kocham swoje dzieci – mówi zduszonym głosem.

– A kiedy ostatnio u nich byłeś? – Jestem zły na niego, na wszystko wokół, na świat cały.

– Nie pamiętam. Zgubiłem drogę do domu. – Wielkie jak groch łzy zmywają krew z jego twarzy.

– Ale to była prosta droga, ojcze – stwierdzam z wyrzutem.

– Nie, Hubercie, nie była prosta.

– Więc, co sprawiło, że stała się kręta?

Nie odpowiada. Słyszę jak powietrze z niego ulatuje. Siada ciężko na wielkim, ciemnym krześle, wbija wzrok w podłogę i mówi z wyraźnym wysiłkiem:

– Muszę odpocząć.

– Dobrze – przytakuję. – Odpocznijmy.

– Kim ty jesteś, synu? – po raz trzeci zadaje to samo pytanie.

– Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą i pustkę mam w głowie.

* * *

– Dwa wozy po cztery konie, dziesięciu uzbrojonych ludzi. Gdzie są?

– Nie wiesz na kogo podniosłeś rękę – wysapał Dawidek.

– Nigdy nie przestaniecie mnie zdumiewać – odparł Jaszczur. – Ty i tobie podobni. Rozumiem,
że skoro biegasz na posyłki dla króla jednej z dzielnic w Koziej Wólce, to wydaje ci się, że możesz wszystko, że chroni cię groza jakiegoś pana szczurów, czy innego księcia rynsztoków. Jestem w stanie to zrozumieć,
bo nie masz innego punktu odniesienia. Nie wystawiłeś nigdy nosa dalej niż za Kozią Wólkę. Nie czytasz książek, nie podróżujesz, do szkoły też zapewne rodzice cię nie posłali, a jak mieli za co i jednak chcieli cię wykształcić, to ty akurat nie chciałeś tam chodzić. Nic zatem nie wiesz o świecie. Otóż, wyobraź sobie, świat jest znacznie większy niż Sokal i są w nim ludzie znacznie potężniejsi od króla tutejszych mrocznych zakamarków.
Ludzie, których władza sięga dalej niż horyzont. Wiesz co to horyzont? Znasz takie słowo? – Nie czekał na odpowiedź, tylko nachylił się do ucha bandyty, tak, że niemal dotknął je wargami. - Widzisz – szepnął jak zaufanemu – ja też jestem królem szczurów, tyle, że królem wszystkich szczurów. Moja jest władza nad takimi jak ty. Wiedz też, że nie jestem władcą łaskawym. Dziś jest ostatni dzień twojego życia, więc oszczędź sobie bólu. Wiedz, że ból, który potrafię zadać jest wyjątkowy. Skup się zatem, na pytaniu, które ci teraz zadam.
Jeśli jesteś gotowy, nic nie mów, tylko kiwnij głową.

Dawidek kiwnął głową, a z jego mocno wytrzeszczonych błękitnych oczu pociekły łzy. Po chwili usłyszał pytanie:

– Dwa wozy, dziesięciu ludzi – Dokąd jadą?

– Stare Dęby. Cztery mile za Warszawą na południowy wschód traktem lubelskim, dwór hrabiego Nalepy.

Stefan Jaszczur uśmiechnął się lekko.

– Jestem skłonny ci uwierzyć – powiedział, po czym skinął na dwóch ludzi, czekających w cieniu i rzucił:

- Wyciśnijcie tę szmatę do sucha, bo intuicja mi mówi, że coś tam jeszcze do wyżęcia zostało.

* * *

Podnoszę wzrok ku górze, czuję sól w ustach. Strop ginie gdzieś w mroku. Ściany, zdaje się, nie mają końca.
Kto wybudował ten dom pośrodku ciemnego lasu? Kto w nim mieszkał, żył i umierał?

– Ten dom, ojcze – mówię, a głos mój tłumi mrok – to grób.

– Tak, to nie jest już dom – odpowiada. – W domu mieszkają ludzie. Śmieją się, rozmawiają, chorują, płaczą, żyją.

– Umarliśmy? Jak się tu znaleźliśmy? Kto nas tu złożył?

– Nie, nie umarliśmy. – Przygląda mi się uważnie. – Czy aby na pewno głowę masz całą? Żadne ostrze rozumu na ćwierci ci nie pocięło?

Nie odpowiadam. Nagle dociera do mnie, że muszę stąd wyjść, wyjechać, że ktoś mnie potrzebuje, że czas ucieka. Córka mi się w świecie zapodziała! Trzeźwieję.

– Niegdyś myślałem, że dokonam wielkich rzeczy – Głos ojca wyrywa mnie z zamyślenia. Mówi wyraźnie, ale bardzo cicho i wolno. Dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo jest zmęczony.

– Śniłem o czynach, o których mówić będą przez lata z szacunkiem w całym chrześcijańskim świecie. Tymczasem nic wielkiego nie dokonałem, a już jestem u kresu. Jakże nędzny jest człowiek na starość. Do tego wieczoru nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo. – Podnosi zakrwawione dłonie do oczu, a potem kieruje wzrok gdzieś w górę, w mrok. – Boli mnie ciało. Stale je czuję, ale nie tak, jak bym chciał je czuć. Jest jak stare powykręcane drzewo. Coraz mniej w nim soków, konary ma słabe i drżące, a owoców już nigdy żadnych nie wyda. Widać już cień ogrodnika, co idzie z siekierą. Pamięć mi się mąci. Nie jestem umarły, ale też i nie w pełni żywy. Chyba tu zostanę. Zaczekam, aż wrócą. Wiesz co? – Patrzy na mnie z dziwnym błyskiem w oczach. – Zawsze byłem ciekaw, kto jest większym mocarzem,
ja, czy Anatol Sorokin?

– Jeszcze będziesz miał sposobność poznać odpowiedź na to akurat pytanie, lecz nie dziś – odpowiadam. – Nie po to te wszystkie śmierci, nie po to ta walka ponad ludzkie wyobrażenie, wreszcie, nie po to żeś mnie odnalazł, by teraz, ot tak, usiąść i czekać na śmierć!

– Tak, to była walka ponad wszelkie wyobrażenie. I wiesz, co? Zmęczyłem się tak, że ręce mi opadły, tak jak tamtym dwóm przy stole pod wieczornym oknem.

– Zmęczyłeś się, więc będę ci podporą na starość. Jestem twoim synem. – Widzę jak łzy zbierają mu się w kącikach oczu. – Nie żal ci ponownie mnie zostawić?

– A tak, pewnie – wzdycha. – Żal mi, że nie doświadczyłem bycia ojcem. Żal mi, że nigdy nie widziałem i nigdy już nie zobaczę córki. Wreszcie, żal, że zostawiłem kobietę, którą kochałem. Bo cóż ważniejszego
w życiu jest nad miłość? Inaczej teraz bym wybrał. To, co robiłem, nie było ważniejsze niż rodzina. Ale ja wiem to dopiero teraz. Czemu wtedy tego nie wiedziałem?

– Czas jeszcze się nie dopełnił – mówię. – Znalazłeś mnie.

– Znalazłem, prawda. – Uśmiecha się półgębkiem, bez przekonania. – Ale jakoś nie w pełni, nie na dobre. Też tak czujesz? Już mi gdzieś umykasz.

– Jedź ze mną.

– Cokolwiek uczynimy razem, nie będzie to na długo.

– Możemy spróbować. – Wyciągam ku niemu otwartą dłoń. – Nic nie jest przesądzone. Razem możemy wszystko zmienić.

– Nic nie zmienimy. Za słabi jesteśmy.

– Jeszcze kilka chwil temu mówiłeś, że ojciec i syn to potęga. Stało się niemożliwe. Daliśmy radę, ja i ty.

– Prawda. – Zapatrzył się na swoje wielkie, powykrzywiane dłonie. – Tak było.

– Tak było. A teraz muszę jechać. Mam nadzieję, że nie sam.

– Wiesz, co? – Pyta i zagląda mi w oczy, jakby już znalazł w nich odpowiedź na to, co teraz powie. – Nim zjawi się ogrodnik i wbije ostrze, chciałbym poznać twoją córkę, a moją wnuczkę. Znajdziemy ją razem, tak? Wreszcie podaje mi dłoń.

– Oczywiście. Ty i ja.

– No i muszę się dowiedzieć, synu, kim naprawdę jesteś.

* * *

Wrócił do gospody. Stanął przy szynkwasie i zamówił wódkę. Porządkował skąpe informacje, wyciągał wnioski i planował działania na przyszłość. Był uważny, skupiony i zimny, lecz jednak nie do końca, nie tak, jak zawsze. Stało się coś, co zaczęło mu się co raz częściej przytrafiać od... Odkąd? Odkąd pokochał Elenę.

W całym tym harmidrze, gęstwie głosów, mierzwie ludzkiej usłyszał głos. Dziewczęcy głos pełen rozpaczy. Ale przecież zawsze to umiał. Potrafił słuchać, dzielić i nazywać uczucia. Nie potrafił tylko współodczuwać? Zaczynał czuć? Umiał wejrzeć w nędzę ludzką?

– Skoro nie chcesz się do niej przyznać, to daj nam chociaż jeść!

To nie ból w jej słowach zwrócił jednak jego uwagę, ale niemowlę na rękach. Milczące, nieruchome i szare.

– Daj nam jeść.

– W głosie dziewczyny usłyszał obłęd. Podszedł bliżej zaciekawiony. Cały czas jednak pozostawał
w niezauważony w cieniu. Teraz ją zobaczył. Była wychudła, nijaka i z szaleństwem w oczach.

– Jesteś ojcem! – Te słowa sprawiły, że zacisnął mocno zęby, choć nie on był ich adresatem.

– Kogo? Czego? Tego szczura, co go trzymasz przy tym suchym cycku? – odezwał się wreszcie ten,
do którego przyszła.

Jego kompani od kielicha pokładali się ze śmiechu przy stole. Dlaczego ludzie śmiechem urągają niedoli bliźnich w chwilach tak czarnych jak ta?

– Nie pamiętam, pokrako, bym cię kiedykolwiek nawet kijem tknął. – Domniemany ojciec, widząc reakcję wesołej kompanii, postanowił kontynuować okrutną zabawę. – Nie znalazłem kutasa na śmietniku, bym go
w byle dziurę miał wkładać.

Śmiech.

– Dlaczego więc mam cię karmić, pokrako?

– Bo to jest twoja córka! – To nie był już głos człowieka, to był skowyt udręczonego ponad miarę zwierzęcia. – Nie proszę cię o serce, bo widzę, że go nie masz. Proszę cię tylko o jedzenie dla nas.

Śmiech i przekleństwa.

– Ojciec mnie precz z domu wygnał, bo wstydu znieść nie mógł. Wrażliwi jesteście mężczyźni. O, jakże wrażliwi jesteście swoją dumą, samolubstwem swoim. Miłosierdzia w was tyle, co soku w jesiennym liściu. Każdemu wstyd. Wstyd, jak dym, każdego w oczy gryzie jednakowo. Pani mojej też wstyd, więc wygnała z pensji na bruk, jak ojciec. A, że z głodu umieram, po rynsztokach psom z pysków ochłapy wydzieram, to już nie wstyd. To już tylko i wyłącznie moja hańba? A matka moja? Pomnik bezsiły i bezwoli. Słowa na głos za mną wyrzec nie może, bo jej pan, a mój ojciec, zabronił.

Podniosła oczy ku ciemnej powale, a jemu wydało się, że patrzy wyżej, w milczące niebo.

– Boże, dlaczego mnie opuściłeś? Na co ci taki świat? Skoro nie mogłeś lepszego stworzyć świata, to po co żeś ten uczynił? Żeby takim jak ja inni mogli urągać?

Twarze mają nalane, spieczone, z gardeł wycharkują niby śmiech, jakiś rechot żabi. Ani jednego zrozumiałego w ludzkim języku słowa. Stukają kufle, śmierdzi kwaśnym, rozlanym na stole piwskiem, jakieś żarcie stygnie
w cynowych miskach. Zapatrzył się, zamyślił. Nigdy nie postrzegał tak świata. Może w czasach, kiedy był bardzo młody, biedny, w czasach, kiedy był nikim. Ale to było bardzo dawno temu. Wrzask chamski, ordynarny wyrwał go z zamyślenia:

– Won! Córko psa! Wynoś się stąd i nigdy więcej mnie nie szukaj. – Stróżki śliny tego, który to wykrzyczał, poleciały na stół.

Jej wielkie, smutne oczy zgasły. Zupełnie, jakby ktoś w jej wnętrzu zdmuchnął i tak ledwie migoczący płomyk. Stefan Jaszczur już nie raz widział, jak w ludziach ostatecznie gaśnie nadzieja, ale to było w trakcie przesłuchań.

Drgnęła, jakby się obudziła, obróciła mechanicznie na pięcie jak lalka na sznurkach i ruszyła ku wyjściu.
A przecież kiedyś była młoda, zdrowa, jej ciało pachniało mydłem migdałowym i miała wiosnę w sercu.

Ruszył za nią, wyprzedził i wszedł w ciemną sień, zaczekał.

– Dlaczego to robię? – powiedział na głos i nie znalazł odpowiedzi.

Gdy weszła, złapał ją za rękę. Zgięła się, odchyliła twarz jak przed uderzeniem, ale jakoś tak z rezygnacją, bez przekonania.

– Nic ci nie zrobię – zapewnił półgłosem. – Nie bój się. – Włożył jej w dłoń złote monety i zacisnął na nich jej kruche palce. – Za to opłacisz pogrzeb. Wyjedziesz z miasta i wystarczy ci na rok nowego życia. Dasz radę. – Mówił i z każdą upływającą sekundą był coraz bardziej zdumiony tym, co robi.

Nic nie odpowiedziała. Stała tylko z szeroko otwartymi oczyma niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Wypchnął ją delikatnie za drzwi.

– Ktoś za tobą pójdzie i dopilnuje, by nikt cię nie okradł. Nie bój się. To wszystko już się kończy – zapewnił.

* * *

Spotkali się nieopodal stajni. Ciemność była prawie absolutna. Księżyca ledwie ćwierć mrugało na nocnym niebie jakoś tak słabo, bez przekonania.

– Jak tam, wachmistrzu. Jak cię obcy kraj przywitał? Znalazłeś to, czego szukamy?

– Coś tam znaleźliśmy, pewności jednakoż nie mam. – Lebiediew skrzesał iskrę, która rozbłysła w gęstym mroku niczym rozpalony do czerwoności łeb szpilki i odpalił fajkę. Musiał zapalić, żeby ukryć zdenerwowanie. – Nie przesłuchiwaliśmy, wedle rozkazu. Nietknięty on. No to i nie wiadomo, po prawdzie: Któż to taki?

– Dobrze zrobiłeś. Miałem jechać z wami i zobaczyć, kogo tam pochwyciliście, ale inne obowiązki mnie wzywają.

– Wiadomo, służba – przytaknął żołnierz i zaciągnął się dymem, a po chwili pokiwał głową z uznaniem. – Dobry tytoń można tu dostać. Mmm… Smakowitość.

Jego rozmówca zignorował te zachwyty.

– Kto go pilnuje?

– Piętnastu dobrych żołnierzy. Niech pan będzie spokojny.

– Piętnastu? Aż nadto.

– Lepiej dmuchać na zimne. Prawda, wygląda on jak zbój. Oczy ma dziwne... Ale sam jeden jest i w klatce, jak niedźwiedź zamknięty.

– Niedźwiedzie też czasem uciekają z klatek.

Wachmistrz zaciągnął się mocno, zanim wypuścił dym, zamrugał nerwowo. Chciał coś odpowiedzieć, ale nie wyrzekł ani słowa.

– No nie turbuj się, żołnierzu – uspokoił go człowiek w czerni. – Jak zawsze wszystko wzorowo.

– A bo my to pierwszy raz razem, ekscelencjo?

– Powiadasz, zwróciłeś uwagę na jego oczy? – Zainteresował się nazwany ekscelencją.

– Ano. – Lebiediew przytaknął i splunął w ciemność.

– I co żeś tam dostrzegł?

– A bo ja wiem? – odparł zapytany, skrobiąc połamanymi paznokciami po starych bliznach na policzku. – Jakby w nich kto ogniem palił. Tyle, że ten ogień to taki jakby z lodu był. Zimny.

– Coś mi to mówi, tylko, że nie wiem, jeszcze co.

– Gdyby nie było rozkazu, ekscelencjo, że nie możemy go przepytać, to więcej mógłbym rzec. A tak domysły tylko. Polak jeden taki z nami jest. Mógłby za tłumacza, bo ja ichnią mowę to tak nie do końca rozumiem.

– Polak? A kto taki?

– Korda. Jan Korda.

Stefan Jaszczur uniósł gwałtownie otwartą dłoń i nakazał milczenie.

– Nie nazywa się Korda. – Niepokój nim targnął. Mocno. – Słyszałem już to nazwisko przy jakiejś sprawie. Od kiedy z wami służy i dlaczego nigdy go nie spotkałem?

– Dziesięć roków będzie na pewno. – Stary wachmistrz stropił się wielce. – Nie spotkał go Pan nigdy, ekscelencjo, bo też on pierwszy raz z nami na taki proceder wyruszył. A tak w ogólności to on raz jest, raz wyjeżdża i znika na długo.

– Dziesięć lat pod fałszywym, spalonym nazwiskiem w samym sercu imperatorskiej armii. Niewiarygodne. Zdumiewające! Tak, to chyba tylko u nas! – Hamowana wściekłość sączyła się z ust koordynatora tajnych służb Jego Wieliczestwa Imperatora Iwana Palca.

– Wybaczy pan śmiałość. – Wachmistrz przestąpił z nogi na nogę. Bał się gniewu tego człowieka jak ognia. – To jakże on się zwie? Kim on jest?

– Jan Wichary. – Odpowiedział zapytany i dodał, patrząc w pełne gwiazd niebo: – Dawny polski bohater...

– Wichary? – powtórzył Lebiediew. – Podobnie jak ten, którego pochwyciliśmy. Tylko tamto nazwisko jakby z francuska, czy w jakiejś innej psiej, nie słowiańskiej mowie, zniekształcone.

Stefan Jaszczur spojrzał z niemym uznaniem na podkomendnego.

– I on tam jest?

– Tak.

– I wcześniej na proceder z wami nie chodził?

– Nie.

– Jak myślisz, stary druhu, czy to przypadek?

Zapytany nie odpowiedział, zaciągnął się tylko mocno fajkowym dymem i czekał z niepokojem, do jakich wniosków dojdzie ten przerażający człowiek.

– Otóż to! – Stefan Jaszczur aż klasnął w dłonie. – Też tak pomyślałem, że to jednak nie przypadek.
Co dowodzi, że znaleźliście człowieka, którego szukamy. Jestem pełen uznania, wachmistrzu. Wypatrzyłeś to jedno, jedyne ziarnko piasku na szerokiej, piaszczystej drodze.

Lebiediew nadal nie wiedział, co ma powiedzieć. Wypuścił dym, odkleił językiem drobinę tytoniu, która przykleiła mu się do podniebienia, strzyknął śliną i wpatrywał się z rosnącym niepokojem w ekscelencję. Czyżby trafili za pierwszym razem? Czy to możliwe, że wyłowili właściwego człowieka spośród tego całego, poruszonego wojną, ludzkiego mrowia? Ach, gdyby choć raz taki fart w grze w kości. Zaczął jeszcze raz rachować w myślach, z kim zostawił więźnia. I wyszło mu, staremu żołnierzowi, że niemożliwym było, aby ktoś w pojedynkę, nawet z pomocą innego starego wiarusa, mógł dać radę ludziom, których zostawił w starej leśniczówce dwadzieścia mil stąd na południowy wschód. Rachunek był oczywisty, prosty, innego być nie mogło.

– Twoje szare, szczere oczy mówią mi – odezwał się Stefan Jaszczur – że nie muszę obawiać się utraty człowieka zamkniętego w żelaznej klatce.

– Inaczej słowami bym tego nie ujął – odparł wachmistrz i włożył ponownie fajkę do ust, aby choć przez chwilę nie musieć nic mówić.

Jego zwierzchnik pochylił się nad nim. Choć było ciemno, przysiągłby, że koordynator rzeczywiście widzi, jaki jest kolor jego oczu. Był wyższy, dużo wyższy. Cholera! Każdy był od niego wyższy do czasu, aż nie szło na noże. Teraz też miał nóż z tyłu, za pasem. Krótki, ostry jak brzytwa, dobry do walki wręcz. Tylko tym razem był pewien, że nie dałby rady.

– Widzisz, mój stary druhu, jeśli jest tak, jak od kilku chwil myślę – a myśl ta jest bardzo natrętna – to ów stary Polak jest kimś naprawdę wyjątkowym. A jeśli ten, którego trzymacie w klatce, jest jego synem, to twoi zbóje przebywają w tej chwili z dwoma naprawdę frapującymi ludźmi i mam wielkie wątpliwości, kto dla kogo jest zagrożeniem.

– Za przeproszeniem, ekscelencjo, to jest piętnastu zbójów, no może za wyjątkiem pisarza…

– Źle rachujesz, Lebiediew – wtrącił zimno Jaszczur i przekrzywił głowę w bok jakoś tak dziwnie, jak ptak.

Wachmistrz zawahał się i pomyślał o nożu za pasem.

– No i Polaka, ale to zawsze pozostaje trzynastu przeciw dwóm.

– Pechowa liczba, wachmistrzu, nieprawdaż?

Ten nie odpowiedział. Nie umiał tak rozmawiać.

– Ale w istocie, jeśli miałbym wybierać stronę, to wolałbym być razem z twoimi zuchami, niż z tymi dwoma – powiedział z namysłem koordynator. – Dobrze się spisałeś żołnierzu. – Położył mu dłoń na ramieniu. – Zrobiłeś wszystko jak należy, jak zawsze.

Lebiediew wiedział, że jednak nie jest tak, jak być powinno, że koordynator nie mówi wszystkiego, co myśli. Wiedział jednak też, że nikt inny rozsądny na jego miejscu nie zrobiłby niczego inaczej. Uspokoił się nieco, bo w końcu dotarło do niego, że jego przerażający zwierzchnik też tak uważa.

– No, dosyć tych frasunków, stary druhu. – Mężczyzna w czerni uśmiechnął się, a wachmistrz Dwunastego Dragońskiego Starodubowskiego Pułku wchodzącego w skład Dwunastej Dywizji Kawalerii Armii Imperium Rosyjskiego Iwan Lebiediew dziękował w myślach Bogu, że jest ciemno i nie musi tego uśmiechu w pełnej krasie oglądać – Pójdźmy, posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia ten, który obserwował nas w ukryciu.

* * *

– Niemożliwe, żeby aż tak się zmieniła w niespełna rok – pomyślał rozpinając spodnie. – Teraz nawet kijem bym jej nie tknął. Głupia krowa.

Swoją drogą to nieźle musiał się postarać, by zaciągnąć ją pod pierzynę. Ważne są dobre obietnice. Jak mawiali jego koledzy, istotne jest obiecywać tak, żeby wydawało się jej, że rzeczywiście, to co mówi, jest na wyciągnięcie ręki. Przeszkody owszem są, ale nie takie, których nie można pokonać. Wspólnie.

Uśmiechnął się na wspomnienie tych kilku schadzek. Kręciło mu się w głowie. Za dużo piwa wypił dzisiejszego wieczoru. Żona znowu będzie gderać nad ranem. A ranek już całkiem blisko. Przymknął powieki. Poddałby się chętnie tej błogiej, leniwej senności i przysiadł gdzieś na ziemi, oparł o płot i zdrzemnął do rana.

Tak sobie myślał młody mistrz kaletniczy Jędrzej Szydło, nieświadomy tego, że żadnego poranka w jego życiu już nigdy nie będzie.

Zimna była to noc. Burza szła gdzieś z oddali z głuchym pomrukiem – zapowiedzią szumnej ulewy. Zapiął guziki u rozporka, wytarł dłoń o spodnie, przygładził długie, trochę zatłuszczone blond włosy i czknął głośno. Odwrócił się plecami do ściany jakiegoś domu, na którą właśnie był oddał mocz. Pusto było na ulicy.
Ni człeka, ni psa, ni kota włóczykija. Późna pora, cicha pora. Ruszyłby już przed siebie, lecz coś go zatrzymało. Ciekawość, czy też może trudny do racjonalnego wyjaśnienia niepokój?

Po drugiej stronie ulicy, tuż obok latarni, niczym przyklejony do smolistej plamy cienia, ktoś stał. Człowiek?
A któż by inny jeśli nie człowiek? Wysoki, w ciemnym odzieniu i zdaje się zupełnie łysy.

Poczuł się nieswojo. Zimny dreszcz przebiegł mu po ciele od krzyża do karku. Strach spętał mu nogi i zacisnął szczękę, kiedy zorientował się, że obcy przypatruje mu się intensywnie. Stał bezbronny, niewładny ruszyć z miejsca, nawet wtedy, kiedy spostrzegł, jak tamten wyszedł z mroku i ruszył ku niemu szybko, nie wydając przy tym żadnego dźwięku.

Poderwałby się do biegu, do ucieczki wstydliwej i niehonorowej. Biegłby ile sił w nogach, zdzierałby pięty aż do krwi, wciągałby zimne powietrze do młodych, silnych płuc i gnałby przez ciemne ulice do domu,
do żony, do dzieci. Zrobiłby to, lecz nie mógł. Nic już nie mógł, gdy nieznajomy mężczyzna o gadzim wejrzeniu spojrzał mu w oczy. Nie potrafił nawet krzyczeć, kiedy ten straszny ktoś pochylił się nad nim, położył mu niemal z czułością ciężkie jak żelazo ręce na ramionach i przycisnął do ziemi tak mocno, że aż ugięły mu się kolana. Cichą przestrzeń ulicy wypełnił głuchy, ohydny, przyprawiający o dreszcz dźwięk, przesuwających się pod skórą kości, kiedy człowiek w czerni urósł jakby, wyciągnął mocno szyję i  nienaturalnie szeroko otworzył usta pełne trójkątnych, ruchliwych, ostrych jak błysk noża zębów. Jędrzej Szydło mistrz kaletniczy, nieprzykładny mąż i ojciec krzyknął dopiero wtedy, gdy odgryzano mu głowę. Ale to było zbyt krótko, zbyt cicho, by wzbudzić czyjeś zainteresowanie.

Nie trzasnęła żadna okiennica, drzwi, nikt nie wyjrzał na ulicę. Ni człowiek, ni pies, ni kot włóczykij.
Gapił się tylko księżyc, dobry powiernik tajemnic, ale i jego w końcu przykryły gnane burzą ze wschodu chmury o barwie ołowiu.

Dział: Opowiadania
czwartek, 07 luty 2019 19:28

Upadające Imperium - zapowiedź

Pierwsza powieść nowej serii w konwencji space opera, osadzonych w całkowicie nowym uniwersum, napisana przez laureata nagrody Hugo, autora bestsellerów z listy New York Timesa: Wojna starego człowieka oraz Czerwone koszule.

Naszym Wszechświatem rządzi fizyka, więc podróżowanie szybciej niż prędkość światła nie jest możliwe. Tak było, dopóki nie odkryto Nurtu – pozawymiarowego pola, do którego możemy uzyskać dostęp w określonych punktach Czasoprzestrzeni, a ono niesie nas do innych światów, krążących wokół innych gwiazd.

Dział: Książki
wtorek, 23 styczeń 2018 07:21

Piotr Żamojda - Wojna przyszła

A co ono jest, to słońce, i czego tak smali? - zastanawiał się Wojciech Drewniak, siedząc na ławce pod szczerbatym, pozieleniałym od wilgoci i starości płotem.

Czy jest dziurą w niebie, za którą nic tylko ogień? A może lampą od Pana Boga ludziom i wszelkiemu stworzeniu daną, aby mroki i zło wszelakie na pół dnia ze świata wyganiać i kształt rzeczom nadawać?
Wolno obracały się dzisiaj koła, trybiki i tuleje, kiepsko kręciły wały i przesuwały na wątłych osiach myśli niespieszne w skołatanej alkoholem głowie. Zgrzyt jakiś niemiłosierny skrobał po umordowanym bimbrem czerepie. Coś tam we łbie terkotało. Ale co? Bóg tylko raczył wiedzieć z czego taki tęgi umysł jak Wojtkowy był skonstruowany. Kto by przeniknął dwie albo i więcej stóp mułu myśli zaległych i nieporuszonych?
A jeśli to sam Bóg patrzy przez ono słońce na świat, to jakże tak twarz na nie podnosić, palcem pokazywać, albo szczać w szczerym polu z przyrodzeniem skierowanym w Jego stronę?
Słońce jak rozbite jajco na rozpalonej patelni, a kolor jego jak niezakwitłe jeszcze mlecze na wiosennej łące.
Dawno jadł Wojtek smażone jajko. Oblizał suche, spierzchnięte wargi, przejechał językiem po rudych, przydługich wąsiskach. Zamlaskał tęsknie. Ostatnią kurkę - tę ładną dropiatą – jastrząb,skurwysyn porwał.
Pies się przyplątał. Burek czy Borsuk? Nie mógł sobie Wojtek przypomnieć jego imienia, bo też i nie zaprzątał on prawie nigdy swym istnieniem Wojtkowej głowy. Z łańcucha, swołocz, znowu się zerwał.
Burek, czy może jednak Borsuk, zamachał kikutem ogona i niepewnie popatrzył na swego pana, zapiszczał cicho i zwrócił łeb w głąb drogi biegnącej przez wieś. Lękliwy był z niego pies i Wojtek nigdy nie był w stanie pojąć tej bojaźni. Wszak miał być zły! Zwłaszcza po tym jak odrąbał mu ogon. Dziad rąbał, ojciec rąbał, on rąbał! Całe pokolenia psich ogonów odrąbano w ostatnim obejściu we wsi Rozstaje. Nigdy nie dawał ten okrutny proceder oczekiwanego rezultatu, jednak trzymał się uparcie i bezrozumnie lud tutejszy tej tradycji jak rzep Burkowego grzbietu.
– I co tak pysk nadstawiasz, ślepiami wiercisz? - zaskrzeczał Wojtek przez zaschnięte usta. - Żreć nie dostaniesz, sam coś znajdź. Pożytku z ciebie żadnego, tak jak i z kota próżniaka, któren ino by się na przypiecku wylegiwał. Ni to wydoić, ni kiełbasy z tego zrobić. Tfu! Zaraza.
Zapatrzyło się bure psisko na swego pana i zdawało się słuchać ze zrozumieniem i pokorą wyrzutów o sens i pożytek ze swego istnienia. Jaki obraz człowieka odbił się w ciemnych psich oczach? Pies tylko to wiedział, a ludzkiego umysłu jak zawsze to nie obchodziło. Nie pojmował Borsuk czy Burek, po co jest na tym świecie i choć smutne było to życie, to zwyczajnie chciał żyć. Dzisiejszego poranka poczuł zbliżający się chłód śmierci pewnej i nieodwołalnej. Nic ludziom nie był winien, za nic nie był wdzięczny, jednak przyszedł wiedziony głupią psią wiernością, której nie potrafiły zabić ni głód, ni świst siekiery.
– Rusz się z tej ławki pijaku, panie, chłopie głupi i okrutny. Ratuj swoje dzieci maleńkie, żonę tak wredną jak i bezdennie głupią. Otwórz chlew i wyprowadź jego smutnych mieszkańców. Uciekaj do lasu tak, jak i ja to zaraz zrobię, człowieku!
To wszystko wypowiedział pies do swego pana, kiedy był jeszcze czas i można było los odwrócić. Ale któż by psa zrozumiał? Bo przecież nigdzie psiej mowy nie uczą. A bo i po co? Kto miałby czas na durnoty, kiedy pańszczyzna od świtu do wieczora, czynsze w postaci czterdziestu groszy z łanu na św. Marcina, daniny w pięciu korcach owsa takoż z łanu, korzec dla plebana, kolendy, no i co dziesiąty snop z pola także dla kościoła. Może gdyby tak Wojtka głowa nie bolała, zrozumiałby coś z tego psiego gadania?
– Poszedł won! - Wojciech pochylił się na ławce, udał, że szuka kamienia - odwiecznego pośrednika w rozmowach głupca ze słabszymi od siebie. Gdyby był takowy na wyciągniecie ręki, to byłby i cisnął nim, a tak udał tylko, wziął zamach i to wystarczyło. Odszedł Burek czy Borsuk bez żalu, nie oglądając się za siebie. Zakręcił burym kikutem ogona i zniknął z Wojtkowych oczu.
Droga, która wiedzie przez Rozstaje, nie ma początku i nie ma też końca. A tak jest szeroka, że dwa wozy z sianem spokojnie się na niej miną i obejdzie się bez wyzwisk woźniców i smagania batem. Nie wiadomo, gdzie jej kres. Może dziedzic to wie, albo ksiądz w szkołach uczony umiałby na mapie się rozeznać, co jest na obu jej końcach? Wiadomo, czy tam, gdzieś hen, to aby człowiek jeszcze mieszka, czy może już nie człowiek? Tylko po co ona taka bezkresna? Po co w świat wiedzie? Wszak coś może przyjść tu ze świata, zwalić się na głowę? Prawda? Prawda.
Jak długo będziesz patrzył się w taki bezkres drogi, to prędzej czy później, coś zobaczysz na horyzoncie. A po co tak wyglądać? Jeszcze diabła zobaczysz, a on zobaczy ciebie. I co wtedy?
Dziadek spotkał kiedyś diabła, jak był młody, nim jeszcze do wojska poszedł, nim mu to wojsko i świat daleki nogi nie zabrało. Lubił o tym opowiadać, szczególnie zimową porą, kiedy ciemność szybko na świat przychodzi, a spać jeszcze się nie chce i wszyscy są w chałupie. Nauczył się tej opowieści Wojtek na pamięć. Słów wszystkich, które stary wypowiadał, po prawdzie, nie rozumiał, ale podobała mu się ona czasem bardziej niż wojenne historie, choć strachem go za każdym razem przejmowała nadzwyczajnie. Nikt zresztą dziadka, kiedy z wojen w świecie wrócił, pojąć w pełni nie był w stanie. Świat daje i zabiera, a czasem tylko zabiera, nic w zamian nie dając. Dziadkowi nogę zabrał. I na co komu tam w dalekich krajach chłopska noga, krzywa i bosa? Dał w zamian słowa, ładne, gładkie, ale i obce, takie co to tylko ksiądz zna albo jaśniepan. Od takich słów to świat w izbie, czy obejściu wydawał się czasem większy, bardziej kolorowy, ale i nieswój niekiedy. Dom jest prawdziwym domem, a wieś własnym miejscem na ziemi, kiedy zna się nazwy wszystkich rzeczy i zwierząt w zasięgu wzroku. Że o imionach ludzi nie wspominając.
W noc lipcową, powiadał, wracał z pijatyki, właściwie to z targu, bo go jego ojciec z wieprzem na sprzedaż wysłał. Wiadomo, sprzedał żywinę, grosz ładny wpadł do kabzy, wypić trzeba. Jakże nie wypić? Wracał tedy bardzo handlem strudzony, senny mocno, drogą wedle cmentarza. A nijak ścieżki prosto go nie wiodły.
– Przysiądę gdzie sobie, zdrzemnę się chwilę, to i nogi lepiej do domu poniosą. - Jak pomyślał, tak też uczynił.
Na rozstajach, za cmentarzem, jeszcze pół wieku temu nazad, szubienice stały. Kto je tam postawił i kto na nich wisiał? Nikt tego już nie pomni. Usiadł – myślał - pod drzewem, ale pień jakiś taki dziwnie równy, kanciasty i zimny nieprzyjemnym dreszczem po plecach go zmacał. Skrzypienie dziadek jął słyszeć nad głową. Podniósł wzrok, a tu sznur gruby z pętlą na końcu pod sam nos mu z wysokości zjeżdża! Wszelki włos, co był skórę dziadka porastał, zaraz na baczność stanął!
– Co to jest prawdziwy strach - powiadał wiele lat później - to ja wtedy właśnie poznałem. Na wojnie owszem, też się człowiek bał, ale wtedy wiedział, czego się lękał: bólu i śmierci. A to był strach o duszę, inaczej tego nie umiem ująć, lęk przed męką bez końca. Poczuł był dłoń na ramieniu, zimną i twardą, która to dłoń, gdy chciał się poderwać z ziemi i uciec, na miejscu go mocno osadziła.
– Czas już na ciebie, Macieju – usłyszał nad uchem głos słodki i natarczywy. - Tu jest papier na śmierć twoją w niemieckiej mowie spisany.
– Jak to na śmierć?!
– Ot tak, zwyczajnie.
– To tutaj stoi, że mi śmierć na tę noc lipcową zapisano?
– Tak jest, zbieraj się.
– A kto tak zasądził i za jakie winy?
– Pan nasz w największej głębinie. On zna wszystkie twoje grzechy i one na tym papierze są spisane.
– A kto by tam zrozumiał niemiecką mowę? A tym bardziej ichnie pismo rozczytał? Skąd mnie wiedzieć, czy to nie łgarstwo jakieś?
– Proces był poważny, w przytomności niemieckich sędziów odbyty. Prawda, że zaocznie przeprowadzony, ale cóż...
Coś dziadka tknęło:
– Poważny proces, powiadacie?
– Bez dwóch zdań.
Zafrasował się dziadek nie na żarty. To już odchodzić z tego świata, kiedy jeszcze się w nim na dobre nie rozsmakował? Prędki miał on jednak pomyślunek. Nie ma co. Posapał, postękał, po głowie się podrapał i rzekł:
– Mam ja jeszcze jeden grzech, o którym nie śmiałem nawet księdzu wyznać na spowiedzi. Grzech, za który niechybnie diabli duszę w pełnym prawie do piekła porywają. Choćby sam święty Piotr był się za człowiekiem wstawiał, nie ma odeń odwołania.
Zadrżał jakby z obrzydzenia i strachu smoluch czarniawy na dźwięk apostolskiego imienia, ale zaraz rzekł:
– Nadstawiam ucha.
– Wyznać mam jak na prawdziwym sądzie?
– W rzeczy samej. Świadków wprawdzie nie mam, ale skąd tu wziąć Niemca na takim pustkowiu?
– No to nadstawcie ucha, panie sędzio czarny.
– Słucham.
– Ja, Maciej Drewniak wyznaję... w Imię Ojca, Syna i Ducha Świętego...
Huknęło coś gromko! Targnęło powietrzem. Załopotała czarna kapota, stuknęły głucho kopyta o ziemię i czorta nie było.
Tak to niegdyś ojciec ojca opowiadał. Prawda, że co i raz inaczej ta opowieść w niektórych miejscach wyglądała, ale kto by tam teraz wiedział, jak to było naprawdę? Kto kłam dziadkowi zadawał, to go stary do diabła odsyłał, co by się wszystkiego u samego Belzebuba dowiedział.
Mimo swej niepokojącej nieskończoności, trzeba przyznać, dobra jest ona droga. Tu i tam trochę nierówna, są w niej i kamienie, których nikt z niej nie wyrywa, a na których wóz się przechyla. Korzeń drzewa tu i ówdzie tak ją rozrywa, że przewrócić się łatwo. Kurzy suchą porą, aż nos zatyka, a na wiosnę w roztopy buty można w błocie zostawić. Oczywiście, jeśli ktoś akurat ma parę butów w chałupie. Stąd się w świat, jak pan zezwoli, dzieci do szkół wypuszcza. Drogą idzie się w pole, do kościoła, do karczmy, wreszcie drogą wiozą na cmentarz. I każdy może z niej korzystać: dzieci, baby, wyrostki, krowy, gęsi, nawet pies powsinoga z rzepem u ogona – jeśli takowy jeszcze posiada.
Na pole, do kościoła i na jarmark powinny wieść wszystkie drogi tego świata. Każdy znałby swoje miejsce na świecie. Nikt by wtedy nie błądził.
Święta Regina jesień zaczyna. Powtarzane niegdyś przez ojca przysłowie nagle pojawiło się w jego głowie. Czas zalotów, swatów, w końcu czas wesel. Pogasły wczoraj świece na ołtarzu w trakcie zaślubin. Na śmierć to? Tacy młodzi! Jasnowłosa córka Żórków nie ma jeszcze szesnastu wiosen. Jasiek Grzyb ledwie osiemnasty rok skończył. Jakże tak? Cały kościółek nabity ludźmi po brzegi struchlał, wstrzymał oddech, księdzu na chwilę jakby słów zabrakło. Zjedli kostkę cukru po wyjściu z kaplicy na słodkie życie. Co z tego, że słodkie, kiedy wróżba wskazała krótkie? Jaki to wiatr na mszę zawitał i płomyki podusił? Jak na stypę siadali wszyscy wczoraj do stołów. Ale i padali potem pod stoły jak na dobrym weselisku. Bo dobre jednak było to weselisko. Gorzałka, matka pocieszycielka, przegoniła precz frasunek. Ale i też rozum. A dzisiaj łeb pęka!
Pali to oko na niebiesiech, a świat zda się plecy stare do grzania nadstawia. Nieruchawy dziś ten świat, jakby czekał na coś. Nie, świat na nic nie czeka, świat jest obojętny. On po prostu jest i tyle.
Smali ono słońce tak, że aż dym zdaje się czuć w powietrzu. Cichuśko. Ptaszkowie zacichli. Czy też to harmider taki, że świata bożego nie słychać? Gdybyż tak głowa była wódką nie sterana, usłyszałby może Wojtek coś więcej. Poznałby znaczenie ciszy nagłej, co aż dudni od zdarzeń gwałtownych, które jeszcze nie nadeszły, ale już się kształtują, czekają na granicy między niebytem a rzeczywistością.
Droga, zdaje się Wojtkowi, drży. Czuje to pod bosymi stopami. Dudni jakby tysiącem ludzkich kroków i tysiącem końskich kopyt. Ale ile to jest tysiąc? Kto by to wiedział, zliczył? Na pewno nie Wojtek. Głucho dźwięczy sucha ziemia, jakby bęben wyrósł w środku chłopskiej głowy i jął twardo i zapamiętale wybijać rytm: Bum! Bum! Bam!
– Ach! Przestań że! - krzyczy Wojtek w błękitne obojętne niebo i wszystko naraz się kończy. Dźwięki, ziemia, powietrze, słońce, wreszcie droga się kurczy i zwija w niebyt.


*

– Strasznie to słońce pali, panie wachmistrzu – powiedział, mrużąc blado niebieskie oczy, Anatol Sorokin starszy szeregowy Dwunastego Dragońskiego Starodubowskiego Pułku wchodzącego w skład Dwunastej Dywizji Kawalerii Armii Imperium Rosyjskiego. - Chłopów będziemy mordować... -dodał, już bez związku z pogodą.
– A tobie co za różnica, chłop czy jaśniepan? - odrzekł zapytany i zamknął zwrócone w stronę słońca oczy.
– Jeszcześmy niedawno turków rżnęli, a teraz... Przecież to nie wojsko. Rzymskiego wprawdzie oni wyznania, ale jednak Słowianie.
– Pierwszy raz niewinnych będziesz rżnął? - Wachmistrz Iwan Lebiediew niechętnie odwrócił starą poznaczoną bliznami twarz od słońca i skierował spojrzenie swoich szarych, zmęczonych oczu na wielkiego jak góra żołnierza. - Sumienie w tobie na stare lata się obudziło?
– Który raz to już będzie, to ja nie zliczę, bo i po prawdzie za bardzo rachować nie umiem. Ale ja z chłopów do armii wzięty.
– Jak my wszyscy.
– Tylko ja już nie pomnę, jak mój dom rodzinny wygląda i czy on jeszcze jest. Za każdym razem, gdy stoimy pod taką wsią, myśl mnie jednaka nachodzi, że może w tym samym czasie takie wilki jak my, gdzieś tam na popiołach mojej rodzinnej chałupy do księżyca wyją.
Lebiediew zmierzył wzrokiem od stóp do głów podkomendnego. Zadarł wysoko głowę i nawijając wymownie siwy wąs na powykrzywiany niegdyś od mrozu palec, rzekł:
– Słuchaj, Sorokin, za takie gadanie szyję pod topór położysz!
– Wesele wczoraj tam było...
– No to dzisiaj będzie pogrzeb!
– Na poprawiny bym wolał, nie jako grabarz. - Sorokin przestąpił z nogi na nogę. - Jeszcze ten rozkaz pokrętny. Jakże tak dzieci po wioskach wyłapywać? Sieroty. Dziewczynki. Na śmierć, czy jeszcze gorzej? Na zepsucie?! Tfu! Hospod' Boh nas skarze. Matier Boża twarz od nas odwróci.
Lebiediew, gdyby nie pokaźne ubytki w jamie ustnej wynikłe z licznych w czasach młodości bijatyk i złego wojskowego żywienia, jął by pewnie donośnie zgrzytać zębami, ale że takowych posiadał niewiele, zacisnął na chwilę szczęki. Zaraz potem wycedził, patrząc głęboko w szczere oczy podkomendnego:
– Boga się boisz? Czyjego? Ich czy naszego? Matier Boża Kazańska mocniejsza od, Częstochowskiej!
– Bóg jest jeden! Ten sam ich i nasz. I Matier Bożaja jedna! - odrzekł hardo Sorokin.
– O, widzieliście go?! Teolog frontowy! Jeden, ale akurat tych tutaj dzisiaj nie lubi. A w ogóle, to zawrzyjcie gębę, starszy szeregowy. Ty mnie tu Matką Boską sumienia, jak cierniowym kolcem, nie bodź. - Dowódca skierował palec w pierś Anatola Sorokina i tknął go mocno w jej środek. Jakaś łza, czy może raczej kropla wilgoci - przecież starym żołnierzom dawno już obeschły wszystkie łzy tego świata – zebrała mu się w kąciku oka.
– O czym my mówimy? Weź się w garść, Anatol. Ten jeden raz. - I tknął go po raz wtóry krzywym palcem w szeroką pierś, jakby chciał w nim serce, a wraz z nim czucie świata zatrzymać. - I jeszcze następny, jak przyjdzie taka powinność.
Sorokin nic nie odrzekł. Stał tak tylko jak pomnik niemocy, kukła do tykania, symbol bezsiły.
– Siadaj na koń, druhu. Pojedziemy w obcy kraj... Dobra droga biegnie przez tą wieś. Jakby w sam raz dla naszych koni. - Lebiediew uniósł w górę wyprostowaną rękę. Po chwili pięćdziesiąt par oczu pochowanych w zakamarkach bukowego młodnika skupiło się na krótkich gestach dowódcy. Pięćdziesiąt szabel zaszurało w pochwach, pięćdziesiąt końskich grzbietów przyjęło na się jeźdźc. Tylko kilka koni zachrapało. Chwilę później rozległ się długi, donośny gwizd i spośród szarych, smukłych pni wychynęła śmierć.


*

Drzewa. Tu i ówdzie buki, samotny dąb i rzadki jawor pobieliły się przędzą babiego lata. Zadumane, nieruchome i nieme, jak smutne panny w potarganych welonach, z wielkimi oczami, w których zebrały się łzy całego świata. Ciemnozielony bluszcz oplata im łydki, mocno, z czułością, a dereń i dziki bez czarny sypią im pod stopy dojrzałe owoce. Ciemno wszędzie.
Woda w leśnym jeziorku jest nieporuszoną taflą mroku, przywodzi mi na myśl wyjęte z ram i rzucone na leśną polanę zwierciadło czarnoksiężnika. Nieopodal, na prawym brzegu, słońce rozmywa gęsty cień, żółci się w kwiatach nawłoci i gdzieniegdzie rozbłyska złotem w płatkach jastrzębca.
Jest mi osobliwie zimno.
Dojrzewa żurawina, opadają z leszczyn pyszne orzechy, gniją w ściółce jagody borówki czernicy, wybujały gromadnie opieńki na gałęziach, pniach i korzeniach. Nigdzie nie dostrzegam tropów leśnych zwierząt. Nawet owady zagrzebały się gdzieś głęboko w ściółce. Tylko ślady ludzi. Głucho wszędzie.
Albireo chrapie i podnosi łeb, strzyże uszami, jej grzbiet staje się wklęsły. Jest gotowa do ucieczki. Prowadzę ją do przodu, kieruję jej nos do góry i wewnątrz. Kara klacz krzyżuje tylne nogi. Stoimy. Luzuję lewą wodzę.
– Spokojnie, maleńka – mówię jej do ucha i klepię delikatnie po szyi. - Ja się nie boję, a taka duża i groźna dziewczyna jak ty, tym bardziej bać się nie powinna.
Chwilę trwa, nim udaje mi się ją trochę uspokoić. Zsiadam i przywiązuję zwierzę do uschniętego pniaka.
– Skoro nie chcesz napić się wody, to zaczekaj tu grzecznie ślicznotko, poskub trawkę, a ja się chwilę rozejrzę.
Nieopodal, kilka kroków od brzegu wody, czernią się płaskie i rozmyte przez deszcz dwa kręgi po wygasłych ogniskach. Żadnych niedopalonych gałęzi. W odciśniętych w darni śladach kopyt, kół i ciężkich, podkutych butów stoi jeszcze woda. Dwa wozy, każdy zaprzęgnięty w cztery ciężkie, zimnokrwiste konie. Dziesięciu ludzi w siodłach. Podążam za nimi już od dziesięciu dni i nigdy nie byłem jeszcze tak blisko! Nie jadą głównymi drogami w obawie przed wojskiem. Wykorzystują głównie leśne dukty i drogi, którymi chadzają tylko zbóje i wszelkiej maści przemytnicy.
Podnoszę z ziemi na wpół ogryzioną kość jagnięcia i odgryzam kawałek upieczonego na ognisku mięsa. Byli tutaj wczoraj wieczorem. Dla pewności biorę w dłoń w wygasły popiół, a potem rozcieram w palcach końskie łajno. Zbierali się w pośpiechu. Nie dokończyli wieczerzy. Dziwne, że tych kości nie ogryźli jeszcze leśni padlinożercy.
Ślady stóp, tam gdzie stały wozy, przyprawiają mnie o szybsze bicie serca. Dzieci! Niewiele z tego odczytam. Wszystko jest zadeptane i rozmyte przez deszcz. Idę dalej kilka kroków poza obozowisko. Gdzieś tutaj musieli wyprowadzać je za potrzebą. Chodzę wśród krzewów leszczyny i wybujałej zgniłozielonej paproci. Rozglądam się jakiś czas. Z wozu wyszło przynajmniej kilkanaścioro. Przynajmniej połowa z nich choruje.
Klacz znowu zachowuje się niespokojnie. Wołam ją po imieniu i wracam na miejsce obozowiska. Na brzegu, w rozmokłej, gliniastej ziemi widzę odbicia stóp. Innych niż reszta, dużych i bosych. Może ktoś chciał ochłodzić nogi w wodzie? Nic w tym nadzwyczajnego, jednak...
– Osobliwe! - mówię na głos, a brzmię chropawo i niepewnie w tej przejmującej głuszy.
Wygląda to tak, jakby ktoś wyszedł z wody, nie wchodząc do niej wcześniej. Hmm. Tam do licha! Nie ważne.
Kieruję wzrok na staw. Jest jak niczym nie zmącona tafla ciemnego szkła. Wiatr ustał zupełnie. Nie uganiają się tu okonie za wodną drobnicą, nie gniazdują tu kaczki, ni perkozy, nie ma tu żadnej szuwarowej skrzydlatej braci. Staję nad samym brzegiem i zaglądam w ciemną toń. Niepokojące. Stroma wodna grań i bezdenna, jakby martwa otchłań. Jest w tym jakaś dojmująca samotność.
Gapię się już jakieś dwa pacierze i nie mogę oderwać od niej oczu. No przecież mogę! Nie nie mogę... Dziwne, ale wywołuje to we mnie uśmiech. Mam wrażenie, że ta głębia mnie zauważyła. Że patrzy we mnie, że coś z niej wychodzi. Krzyk utopiony w wodzie, zastygły i niemy. Niemożność. Śmierć i niewola duszy. I coś jeszcze, ale tego nie potrafię nazwać. Wrażenia nagłe i głębokie, przelatują mi przez głowę. Skąd to wszystko, z taką siłą? Dlaczego jeszcze tu stoję?
Gdzieś w oddali drozd śpiewak krótko i ostro woła: „chook”, „chook”. Ostrzega tylko raz i milknie. Teraz uświadamiam sobie, jak przejmująca jest ta cisza! Jakby wszystko wkoło czekało na coś, na kogoś w strachu i napięciu.
Bańka powietrza unosi się gdzieś z dalekiego dna i pełna napięcia zmierza ku powierzchni. Za nią płynie druga i trzecia. Czuję na policzkach, jak się budzi wiatr, delikatny i zimny. Z ciemnej szmaragdowej głębiny sunie ku niebu wielki pęcherz powietrza. Jakby ktoś na dnie odwalił grobowy kamień. Coś poruszyło się w głębinach. Strach! Co to będzie?
Chciałbym iść, biec, uciec stąd jak najprędzej. Lecz nie ma woli w mych nogach. Nie ma woli w mych rękach. To jest leże drapieżnika! Wodnik!
– Nie ma tu już wodnika! - Obcy, nieludzki głos rozlega się w mej głowie. Lepkie jak szlam słowa gną mi kolana. - Pożarłem go w jego legowisssku.
Sopel lodu wbił mi się w mózg.
– Witaj, sssłodki. Jakie to było proste, nawiązać z tobą kontakt. Zdumiewające, jak bardzo jesteś otwarty na świat, ten drugi, ukryty.
Czuję go w głowie.
– Wchodzę w ludzki mózg jak pleśń na kromkę chleba. Dotknę choćby trochę, a już jest tylko dla mnie. - Mam wrażenie, że uśmiecha się, gdzieś tam w brudnozielonej toni, jak wilk z baśni nad jagnięciem.
Albireo szaleje za moimi plecami. Rży przeraźliwie i wali kopytami w ziemię. Głuche, histeryczne dudnienie końskich kopyt jest jedynym fizycznym dźwiękiem, jaki tu słychać. Słyszę trzask pękających rzemieni. Uciekła!
– Czuję szybkie bicie twego ssserca – odzywa się znowu. -Myśli już mkną ci przez głowę, jak stado oszalałych koni. Może zwariujesz, nim odgryzę ci głowę, a wcześniej spojrzę w oczy? Bo widzisz, karmię się też strachem. Najbardziej jednak lubię wypijać ludzi do ostatniej kropli krwi. Głód mnie trawi nieustannie.
Miecz na moich plecach ciąży obietnicą wolności. Tylko w rękę brać! Jakaż niemoc! Jakiż niefart. Tutaj wszystko skończy? A moje dziecko?!
– Gniew! Przyznam, że to przyjemna odmiana – syczy mi we łbie. - To uczucie też dobrze sssmakuje... - Złość? Złość jest zabawna.
– Sięgnij głębiej.
– Nie przeceniaj się – odpowiada. - I myślisz, że co tam znajdę? Czarne, zatrute myśli, albo może twoje drugie, szczerzące zęby, złe ja? Nic z tego.
– Kim, czym jesteś?
– Strachem, głodem, morowym powietrzem, nędzą ludzką. - Czarny cień wielkości dorosłego człowieka jest tuż pod powierzchnią. - Jestem wszystkim. Zepsutą krwią w żyłach, mikrobem dżumy, nienasyceniem. Znam wszystkie składowe mego jestestwa, lecz nie zastanawia mnie moja natura. Jestem, bo jestem. To wszystko.
Wynurzył się z cichym pluskiem i zawisł w powietrzu dwie stopy na lustrem jeziora. Woda obficie cieknie mu z czarnej kapoty i z czarnych, mocno przykrótkich spodni. Spływa po dużych, bladych ludzkich stopach jak z wyżymanej, stęchłej szmaty. Sunie ku mnie powoli. Palce jego dłoni są długie i smukłe, a paznokcie połamane i brudne. Podnoszę wzrok i widzę oblicze człowieka bez kropli krwi pod białą skórą. Trup! Oczy ma szkliste, ciemnobrązowe i bardzo świadome. Czarne łzy żłobią mu policzki.
Umrę na kolanach? Jestem symbolem bezsiły. Czuję, jak gniew ustępuje panice.
– Na próżno cały twój wysiłek.
Uśmiecha się. Zęby! Jakież on ma zęby!
– Kiedy już do cna ogryzę z mięsa twoje kości i ssskosztuję twego szpiku, z twoich gnatów zrobię czarci flet dla leśnych wiedźm.
Pochyla się nade mną, a jego oddech jest jak otwarta trumna.
Nie dam rady. Przepraszam, córeczko!
Krzyczę bezgłośnie nie do tego czegoś, a do leśnej gęstwiny, do pomazanego błękitem nieba, do świata, który gdzieś ucieka, który przestał się mną interesować. Widać, uznał, że wszystko, co miałem mu do zaoferowania, już mu dałem.
Czy można rozpoznać i nazwać dźwięk w ćwierć sekundy? Czy można odzyskać nadzieję, gwałtownie, nim ziarnko czasu odmierzy się w klepsydrze?
Strzała uderza go prosto w pierś! Mocno. Szarpie nim. Gwałtownie obraca się wokół własnej osi rozpryskując setki kropel wody. Jego bezwładne już ręce przywodzą na myśl skrzydła wiatraka. Widzę w jego oczach zdziwienie, a po chwili jakby zrozumienie. Patrzy na mnie i mówi:
Ty! Ty jesteś...
Niemoc, która trzymała mnie w garści, pęka jak napięty powróz. Miecz wychodzi z pochwy szybko. Bardzo szybko! Gniew kieruje moim ramieniem, jestem furią i uwolnionym krzykiem! Jego łeb spada do wody pierwszy, a potem jak rzucony do stawu bezgłowy strach na wróble, korpus. Martwa woda bezgłośnie zamyka się nad nim.
Padam na plecy i nie interesuje mnie, w tej ciężkiej jak ołów chwili, kto wyjdzie zza drzew. Drżą mi ręce, a nogi głucho i spazmatycznie uderzają o mokrą darń. Po kilku niespokojnych uderzeniach serca odzyskuję jednak kontrolę nad ciałem. Krew pociekła mi z nosa.
Kroki są miękkie, prawie bezszelestne. Za to głos dźwięczny i donośny:
Boże w niebiesiech i wszyscy święci! Czy to naprawdę koniec? I po co to wszystko? Kto mi to wytłumaczy? Tyle śmierci.
Stoi odwrócona do mnie plecami i patrzy na wygładzającą się na powrót powierzchnię wody. Kręci głową. Unosi dłoń do czoła i czyni znak krzyża. Odwraca się.
Można by rzec: Jakie ładne zestawienie kolorów. Sięgające ramion włosy mają barwę jesiennych kasztanów. W ich załomach... Czy to okruchy bursztynu, czy może tlące się niemrawo płomyki zachodzącego słońca? Oczy ma zielone, duże. Błyszczy w nich smutek i znużenie. Ładne, pełne usta wyginają się w coś, na kształt uśmiechu. W obu dłoniach ściska łuk. Rzekłbyś: Artemida. Piękna i śmiertelnie groźna. Nieskutecznie próbuje zdmuchnąć przylepiony do piegowatego nosa przepocony kosmyk włosów i mówi:
Nigdy nie widziałam, by ktoś tak szybko dobył miecza.
Nie wybrzmiała jeszcze na dobre chwila, w której uratowała mi życie, a pierwsze słowa, które do niej kieruję, są kłamstwem. Drobnym, liczonym na dobry efekt, ale jednak kłamstwem:
Nie znam drugiego łucznika, który byłby zdolny oddać taki strzał. Uratowałaś mi życie – dodaję już jak najbardziej szczerze. - Sercem dziękuję, dobrodziejko.
Patrzy mi w oczy, wydyma kpiąco dolną wargę. Malinową, dojrzałą i kształtną. Czyż nie jest to osobliwe, że w takich chwilach, gdzie jeszcze przed momentem śmierć za poły płaszcza mogłeś uchwycić, słodki smak konfitur czujesz na języku?
Jednak coś mi nie wyszło.
Ejże! Nie mów do mnie jak do starej ciotki, dobrodzieju. Będziesz tak leżał, jak zewłok jakiś, czy się podniesiesz? Nie nawykłam rozmawiać z ludźmi z takiej perspektywy.
Chwila jest wyjątkowa, okoliczności niecodzienne, tylko słowa odpowiednie do sytuacji jakoś nie cisną mi się na język. Kieruję wzrok na sunące smętnie hen wysoko chmury poznaczone gdzieniegdzie plamami fioletu. Myśli moje zatrzymują się jeszcze na chwilę na strasznej postaci, która wyszła z wody. Kogoś we mnie rozpoznał? Ale jak? Gapię się w niebo i milczę jeszcze czas jakiś, ale nie za długo, by nie wyjść na gbura.
Proszę o chwilę oddechu, panienko. A może pani?
Ciszę mam za odpowiedź.
Miesiąc nie minął, a już drugi raz staję w obliczu śmierci gwałtownej, boleśnie nieuchronnej. Trudno to znieść ot tak.
Przez ostatnie tygodnie codziennie patrzę śmierci w oczy. - Wzrusza ramionami. - Jakoś to znoszę i nie gadam, co tylko ślina na język mi przyniesie.
Dźwigam się na nogi. Ocieram dłonią krew z ust i brody, ale chyba z marnym efektem, bo zbliża się i podaje mi bez słowa wygniecioną chustkę.
Jeszcze pod nosem, po lewej – instruuje. - Zachowaj ją sobie na pamiątkę. Są tam moje inicjały. Może wspomnisz o mnie, gdy kiedyś serce mocniej ci zabije, dziewczyna odejdzie z innym i na smarki cię zbierze. - Szczerzy w uśmiechu białe ząbki.
– Co ci się stało w twarz?
– Spotkałem diabła.
– O! Zstąpiłeś do piekieł? - Jej brwi wędrują do góry, a kpiąca iskierka zapala się na chwilę w szmaragdowych źrenicach.
– Nie. Byłem w domu, kiedy po mnie przyszedł.
– I co?
– Zabiłem go.
– Więc jesteś panem w swoim domu - mówi to z jakąś dziwną zadumą i już bez kpiny.
Chcę jej odpowiedzieć, że nie jestem już panem niczego. Ale po co?
– Dziwny jakiś jesteś. - Wyciąga ku mnie brudną, podrapaną dłoń i dotyka świeżej blizny na policzku. Przyjemny dreszcz sprawia, że otwieram lekko usta i głębiej wciągam powietrze. Reaguje delikatnym rozbawieniem.
– Dam ci maść własnej receptury. Skuteczną. Źle goi się ta rana.
Wkłada palce w moje włosy. Jej nozdrza delikatnie się rozchylają.
– Długo jesteś w podróży.
Gryzę się w język. Wszak kilka pacierzy temu uratowała mi życie.
– W twoich stronach kobiety nigdy pierwsze nie nawiązują rozmowy, a ni tym bardziej pierwsze nie dotykają mężczyzn? Nieobyczajne to jest, prawda?- pyta i cofa szybko rękę.
– Słabo znam zwyczaje moich stron.
– Przepraszam. - Opuszcza wzrok. Rzęsy ma długie i ładnie wygięte ku górze. - Tak bardzo chciałam spotkać drugiego człowieka, a jak już go spotkałam, to wariuję.
Wyciągam więc dłoń na powitanie, ja, „drugi człowiek”, na tym bezludziu.
– Chyba żartujesz? – mówi z uśmiechem, w którym nie ma już żadnej złośliwości. - Grzebałeś ręką w końskim - wybacz mi nieprzystojne słowo - gównie!
– Rzeczywiście. Zapomniałem o tym.
Szkoda, że słońce jeszcze nie zaszło, bo chyba twarz mi pąsowieje.
– Nie dziwię się. Zapomniałeś tutaj, nad tą wodą, chyba o całym świecie.
– Nie, nie o całym.
– A kto, wybacz śmiałość, nawiedził twoje myśli w ostatniej życia godzinie?
– Córka.
Zielone iskierki na powrót zapalają się w jej oczach.
– Ci ludzie. – Omiata spojrzeniem wygasłe ogniska. - Podążasz ich tropem?
– Tak.
– Kwadratowe draby. Na pierwszy rzut oka widać, że żyją z ludzkiej krzywdy. Nie chciałabym spotkać ich oko w oko.
– Też mi się to nie uśmiecha.
– Po pierwszym spojrzeniu powiesz: „Kupcy”. Ale po chwili już widzisz, że rdzawy nóż mają za monetę. Ale wiedz, że nie czystej krwi to wilcy, a raczej zdziczałe kundle. I towar, który wieźli... - Kręci głową. - Czy ona tam jest?
– Nie wiem. Ale nie mam też innego punktu zaczepienia, a coś przecież muszę robić, by nie zwariować. Co widziałaś? - Niecierpliwość jest w moim pytaniu.
– Kilka dni już siedzę w tym lesie i obserwuję to jezioro. Przyjechali wczoraj pod wieczór. Dziesięciu mężczyzn uzbrojonych po zęby na tęgich żołnierskich koniach i dwa wielkie wozy na żelaznych kołach. Dzieci były skute dwójkami. W różnym wieku. Każda para krótkim łańcuchem z kajdanami zapiętymi u stóp. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.- Znowu kręci głową, głęboko nabiera powietrza. - Dzieci w kajdanach! To jest coś takiego, co zabiera oddech. Jakby wszystkie ptaki spadły z nieba. Jakby słońce zgasło i kwiaty umarły. - Przerywa na chwilę. Łzy napływają jej do oczu. - Gdy to wspominam, jest we mnie tyle emocji, tyle smutku. Wyprowadzali je tylko na chwilę, potem na powrót zamykali w wozach.
Chłonę jej każde skąpe słowo i po chwili zaczynam mówić szybko, niecierpliwie:
– Ma na imię Marysia i ma już przeszło sześć wiosen. Nie wiem w co była ubrana. Jest drobna. Włosy ma czarne, lekko kręcone - to po matce - teraz zapewne sięgają jej do ramion. Tak mocno kontrastują z bladą cerą. Oczy ma koloru polnych chabrów. A kiedy jest...
– Nawet gdybym chciała, nie mogłabym dostrzec koloru oczu! – Przerywa mi i jestem o to zły. - Przykro mi, ale niewiele widziałam. Był wieczór, słońce już zaszło, a las był już tylko plamą czerni i szarości. Nie powiem ci, że ktoś taki tam był, ale nie powiem też, że go tam nie było. Miałam inne cele. Czego innego wypatrywałam.
Dostrzega zawód w moich oczach i pyta:
– Czy mnie rozumiesz?
– Rozumiem – odpowiadam głucho.
Chwilę milczy, po czym opowiada:
– Najpierw konie nie chciały podejść pod tą bezdeń, gdy chcieli je napoić. Nie piły wody przyniesionej w wiadrach, wariowały i rwały uprzęże. Ogniska płonęły mocno, szybko, świeciły nienaturalnym blaskiem. Wiedzieli, że coś złego jest w tym miejscu, lecz jednak tu zostali. Aż ten tu, przeklętnik, nie wyszedł z wody i podszedł do ogniska. Nie zwrócili na niego uwagi, wyobraź sobie, aż do momentu, kiedy nie uniósł jednego z nich wysoko w powietrze, tak gdzieś na dwóch chłopa. Zawirował i chlup! Na powrót do wody. Co tu się działo! Zbóje, łotry spod ciemnej gwiazdy, a darli się jak baby na targu. Nawet nie dochodzili specjalnie, co się z tamtym stało. Widać taka ich bandycka solidarność. Tfu! Na koń, na wozy i pognali hen, w gęstą noc. To wszystko.
– To wszystko – powtarzam cicho w zamyśleniu.
Mielę to, co usłyszałem jeszcze raz w głowie i zmieniam temat rozmowy:
– Koń mi uciekł.
– Nie uciekł. Nie troskaj się. Pasie się niedaleko z moją zmyślną Bestyjką.
– Dzięki Bogu! Nie uśmiechała mi się perspektywa podróży na piechotę. Zwłaszcza przez ten las. Zbyt wiele niezbędnych do przeżycia rzeczy mam przy siodle.
– Chodźmy zatem do koni – rzuca. - To niedaleko stąd. Dość mam już tego przeklętego miejsca. Głodna jestem!
– Kupiłem wczoraj chleb - odpowiadam. - Mam gotowane jajka, suszone mięso, a i ledwie napoczęta kwarta węgierskiego wina - jeśli panna reflektuje - się znajdzie.
– Można by rzec: „Stoliczku nakryj się!” Zastawiłam pułapkę na ryby w strumieniu tuż obok. Mam czosnek, suszony koperek, pietruszkę i jeszcze trochę soli. Jeśli się nam poszczęści, to zapowiada się syta kolacja. Kto wie, czy aby nie romantyczna?
Nie odpowiadam. Niby uśmiech gości na chwilkę na moim obliczu. Pewnie już zdążyła pomyśleć, że ze mnie ośli łeb, patafian i niezgrabiasz w jednym.


*

– Więc jak cię zwą, nieznajomy? Ktoś ty taki?- pyta z tym samym kpiącym uśmieszkiem, a blask rozpalonego naprędce ogniska, na którym pieką się nadziane na patyki pstrągi, goni po jej buzi figlarne cienie. Nie wiem, kto komu sytość barw kradnie, włosy płomieniom, czy ogień włosom? Albireo i Bestyjka pochrapują nieopodal sennie z właściwym swojej rasie wdziękiem, a wysoko w ciemnej plątaninie gałęzi niemrawo pohukuje puszczyk.
– Nazywam się Hubert – mówię wolno, z przesadnym chyba rozmysłem. - Nazwisko moje...Nie chcę wyjść na grubianina, ale znać je nie jest chyba bezpiecznie. Widzisz, (Ile mogę jej powiedzieć, by ta wiedza kiedyś, nie daj Bóg, jej nie zabiła?), nie tylko ja kogoś szukam, ale i mnie szukają. Najprawdopodobniej na szlak, którym podążam, weszli pewni ludzie. A weszli nań, idąc moim tropem. Nie jestem wywołańcem, zbójem, czy jakimś tam rzezimieszkiem. Nikogo nie zamordowałem, ani nie ograbiłem, jeśli miałoby cię to choć trochę uspokoić. Jestem świadkiem – tak, to dobre słowo – i niedoszłym narzędziem...
– I żeby ocalić skórę przed tęgim garbowaniem – przerywa mi, grzebiąc kijem w ognisku – lepiej nie mieć nawet świadomości, kogo się spotkało. - Wiedzie wzrokiem za ulatującymi w granatowe niebo iskrami. - Podpaliłam gwiazdy – szepcze pod nosem.
Są jeszcze jednak na świecie ludzie, którzy potrafią sprawić, że rad bym chwycić się pod boki i śmiać w głos. Uśmiecham się jednak tylko półgębkiem, nie dla moich uszu przecież były te słowa, i mówię:
– Dobrze zgadujesz. Lepiej, by diabeł nie wiedział, że istniejemy i nie miał nawet najmniejszego powodu do zainteresowania naszą osobą. Zwłaszcza, że ten akurat bies potrafi zadawać naprawdę bolesne pytania.
– Jak wolisz, Hubercie, jakiś tam. - Ledwie skrywany chłód jest w tych słowach. Szkoda. - Uszanuję to, choć wiedz, że nieswojo jest siedzieć młodej dziewczynie nocną porą przy ognisku z nieznajomym, który wygląda jak, nie przymierzając, nielichy hałaburda. Oblicze masz, owszem, przystojne. Nie z chłopskiej chaty, zgaduję, na świat wyszli ojciec twój i matka. To jak mówisz, choć już zdążyłeś niezgrabnie trzepnąć razy kilka językiem, i to jak się poruszasz... - Nie kończy, zamyśla się chwilę, rzuca jakiś oplątany zielskiem badyl do ogniska. Gęsty dym oplata mi twarz, odbiera na chwilę oddech, po czym odpływa w mrok. Co to było?
– Byłoby mi łatwiej – podejmuje wątek na nowo - gdybyś zmyślił jakąś uspokajającą, miłą historię, nawet taką dla głupiutkich panien, ale cóż jeśli brak ci wyobraźni i dowcipu...
– Wyobraźni mi nie brak – teraz to ja przerywam. - Na dowcipie, w istocie, ostatnimi czasy mi zbywa. Nie jest jednak moim zamiarem obrażanie inteligencji, osoby której zawdzięczam życie, historią o szlachetnych nieznajomych żywcem wyjętych z kart francuskich romansów.
– Jak chcesz. Choć wiedz, że lubię francuskie romanse – odpowiada i znowu rzuca w ogień jakieś, tym razem bardzo aromatyczne, zielsko. - Moja zatem kolej bym się przedstawiła. Nazywam się Dorota Kiss. Uprzedzając twoje pytanie: Próżno w nim szukać angielskiej proweniencji. Nazwisko moje nie wywodzi się od żadnego znamienitego dumnego syna Albionu, który przypłynął tu z wysp w przeszłych wiekach. Mój pradziad przybył do tego pięknego zakątka z Kecskemét, to miasto położone gdzieś między Budapesztem a Segedynem. Uczestniczył we wszystkich trzech kampaniach króla Bathorego w Rosji, bo to właśnie za nim przywędrował z Węgier do Polski. Pod murami Pskowa stracił prawą dłoń i ochotę do wojaczki. Osiadł niedaleko stąd. Fortuna wynagrodziła mu wcześniejsze niedole dobrze prosperującym gospodarstwem. Dwór, który wybudował pod koniec swego życia, a przez miejscowych zwany Zieloną Górką, stoi do dzisiaj. I to jest mój dom.
Nie zadaję pytań. To ma mi wystarczyć. Zdejmuję ryby z ognia i pozbawiam ości. Mamy nawet cynowe talerze. Dwa upieczone na rumiano pstrągi podaję Dorocie, jeden biorę dla siebie. Kiwa głową i kładzie kawałek parującego fileta na kromce chleba i wbija weń zęby.
– Dobre! Lubię z czosnkiem.
– Dobre – potwierdzam i nalewam jej wina do drewnianego kubka.
Przygląda mi się dłuższą chwilę bez słowa, sączy wino, gapi się, a ja zaczynam czuć się tak, jakbym usiadł na sosnowej szyszce. Wreszcie ociera chustką usta, cmoka i mówi:
– Masz jeszcze całkiem młodą twarz Hubercie, ale twoje włosy są takie... siwe.
– Mówiłem ci. Spotkałem diabła.
– A teraz jesteś w piekle, prawda? - Patrzy mi prosto w oczy i dopiero teraz w pełni dostrzegam, na jej pięknym obliczu wielkie zmęczenie. - Czym jest piekło? - pyta.
– Pustką. Brakiem najbliższych. Dojmującym osamotnieniem.
– A czy Bóg tam jest, u progu tej pustki? Czy nawiedza twoje myśli i daje pocieszenie?
– Jego obecności akurat nigdy nie doświadczyłem, więc nie wiem, jak to jest.
– Och! Nie wiedziałam, że można tak myśleć, mówić. - Jest szczerze zaskoczona. - To znaczy wiedziałam, słyszałam nawet, tylko że... - Kręci głową i podnosi wymownie pusty kubek. - Po raz pierwszy spotykam kogoś, kto nie boi się wypowiadać na głos takich myśli. W miastach tak gadają. Gadają filozofowie, profesorowie, magistrzy, żacy na tajnych pogaduchach wśród zaufanego audytorium. Pewnie i księgi zakazane wertują, takie których jeszcze nie spalono, a które tak czy inaczej skończą kiedyś w płomieniach. Ukradkiem, pokątnie na uniwersytetach, w wynajętych mieszczańskich domach, w knajpie w najdalszym kącie, gdzie nie usłyszy cię szpicel Inkwizycji, albo karczmarz gaduła. Wiesz, co? Chciałabym do miasta! Kiedyś byłam. Lecz ojciec zabrał mnie z uczelni zaraz po śmierci matki. Nie dozwolił ukończyć nauki. Chciał mieć mnie przy sobie, bo świat mu się zawalił. A że mój przy tym roztrzaskał w drobny mak - nic to. Po co babie szkoła? - Wzdycha i upija łyk wina. Po chwili milczenia mówi:
– To, że brak nam harmonii i zwykłej szczęśliwości, nie oznacza, że Bóg jest nieobecny w naszym życiu, albo że jest to dowodem na Jego nieobecność w ogóle. Może nie umiesz Go rozpoznać?
– Nie wiem. Może – odpowiadam z lekką irytacją. - Nie jestem w tej chwili gotowy na tego rodzaju dysputę. Inne myśli kłębią mi się teraz w głowie. Wybacz, ale jest we mnie wielka niecierpliwość. Powinienem być w drodze. Siedzę przy ogniu, piję wino i oddaję się rozmowom, między innymi na temat boskiej obecności w świecie, gdy tymczasem moje dziecko potrzebuje pomocy. Cudem uwolniłem się spod władzy demona (Teraz trochę zełgam. Hmm, ale czy aby na pewno?), a nie mogę uwolnić się od uroku pięknej dziewczyny.
Ciemność i skromne ognisko nie sprzyjają obserwacji, ale założyłbym się o złotego weneckiego dukata, że nie pozostał jej obojętny komplement i rumieniec ogrzewa w tej chwili jej śliczną buzię. Przesadziłem?
Odpowiada dopiero po dłuższej chwili lekko zachrypniętym głosem:
– Kończąc ledwie zaczęty wątek, myśl sobie co chcesz, ale spod władzy demona wyswobodziła cię siła wyższa, bo tylko ona ma taką moc i nie myśl o tym w kategoriach przypadku. Widać, Pan nasz w niebiesiech ma na ciebie baczenie i nie jesteś, jak twierdzisz, mu obojętny. A co do mej skromnej osoby, to wiedz, że ja uroków nie rzucam, bo to grzech. A jeśliś w istocie pod takowym, to cię z niego zwalniam.
Machnęła nieokreślenie ręką, pstryknęła palcami, ale uwolniony od uroku jakoś się nie poczułem. Trzeba było mi się w język gryźć.
– W twoich słowach jest taka pewność, że nie będę się z tobą siłował na argumenty - mówię. - Zwłaszcza, że o te logiczne, oparte na wysiłku rozumu, w tym przypadku, jest mi naprawdę trudno. Powiedz mi lepiej, bo tu ciekawość mnie trawi, ten tam, – Wskazuję głową na ginącą w ciemnościach ścieżkę do martwej wody – kim był?
– Nie wiem, kim lub czym był – odpowiada. - Wiem tylko, że pojawił się zaraz, jak wybuchła wojna. Urósł na nieszczęściu. W oblężeniu Twierdzy Zamość zginęło wielu ludzi. Podobno użyto tam magii. Jak pewnie wiesz, car jest czarnoksiężnikiem, a jego nowa żona wiedźmą. Rosjanie oblegali miasto przez dwa tygodnie, bezskutecznie. Któregoś dnia pod Zamościem pojawiła się cesarska para. Trzymając się za ręce chodzili pod murami twierdzy i śpiewali. Jakiż to był smutny, wywracający na nice duszę śpiew! Podobno ludzie z rozpaczy rwali sobie włosy z głowy, skakali z murów. Wreszcie otwarli bramy. Co było potem zapewne słyszałeś.
Tak, słyszałem.
Myślę, że ten potwór zrodził się z tego śpiewu magicznego, diabelskiego. Nieopodal była osada Bukowe Sioło. Mieszkali tam bartnicy z rodzinami. Wszystkiego ledwie cztery chałupy. Tam go pierwszy raz ujrzano. Uratowała się tylko jedna rodzina. Zamykali się w chatach, ryglowali drzwi, zabijali gwoździami okiennice, a kiedy wieczorem stawał u progu, otwierali domostwa na oścież. - Zamilkła na chwilę. - A potem przyszedł do nas, do dworu. Dwie niedziele temu. Wiedzieliśmy, co się dzieje, ale nie wiedzieliśmy, jak temu przeciwdziałać. Powinniśmy byli od razu wszyscy uciec. Ludzie wariowali ze strachu. Mężczyźni, oczywiście nie mogli - bo im honor nie pozwalał - zapakować swoich żon, dzieci i dobytku na wozy i uciekać, choćby na czas jakiś. Prawdę powiadają, że jak Bóg chce kogoś pokarać, to mu najpierw rozum odbiera. Pycha kroczy przed upadkiem. Zbroili się, owszem. O, jak oni się zbroili! Wyciągali nieużywane od lat szable, miecze, fuzje. Na myśl mi przyszło, że w końcu powyciągają kutasy z gaci i chwalić się będą, który większy i celniej strzela. A najbardziej przodował w tym mój ojciec. Biedny, głupi tatko. W końcu stracił głowę... - Otarła łzę wierzchem dłoni. - Uciekliśmy, reszta ocalałych, głównie kobiety i dzieci, do pobliskiego kościoła. Stoi pusty, odkąd rosyjscy żołnierze splądrowali plebanię i wywieźli gdzieś księdza. Po dwóch dniach przyszedł za nami. Krążył wieczorami wokół, znikał w lesie, potem wracał. Nigdy nie podszedł zbyt blisko, nie przekroczył kościelnego ogrodzenia. To dało mi do zastanowienia. Dwa dni drogi stąd jest żeński prawosławny monaster. Pomyślałam: No przecież chrześcijański. Tam właśnie się udałam. Sama. Wysłuchały mnie siostry i powiedziały, co mam zrobić. Grot w tej strzale był poświęcony, powleczony srebrem. Musiałam tylko wbić mu ją prosto serce. Nie znam nikogo, kto strzelałby celniej ode mnie. Zresztą pozostałych przy życiu mężczyzn szybko opuścił duch bojowy, więc musiałam to być ja.
Skąd wiedziałaś, jak blisko możesz podejść?
Wystarczyło obserwować zwierzęta, tam gdzie się pojawiały, tam mogłam czuć się bezpiecznie. Stamtąd, znad wody nawet robaki uciekły. Na szczęście był tak zajęty tobą, że mogłam się zbliżyć, na taką odległość, by mieć pewność, że nie chybię. Nieświadomie, ale bardzo mi pomogłeś. Byłeś dobrą przynętą.
Ryzykowałaś do ostatniej chwili moje życie.
Czy ryzykowałam? Nie. Poświęciłam cię. - Wzruszyła lekko ramionami. - Wtedy to było oczywiste. Liczyło się tylko, żeby to coś ustawiło się do pewnego strzału.
Milczenie. W takich chwilach akurat kończy się wino i jest już pusto na talerzu.
Co zrobisz, jak ich już dogonisz? - Zmienia niespodzianie temat.
Jeszcze nie wiem.
Tęgie draby. - Mam wrażenie, że bierze mnie na oko i ocenia moje szanse.
Ale brak im chyba instynktu wilka. Sama mówiłaś...
Nie odpowiada od razu. Przygląda mi się. Omiata wzrokiem od stóp do głowy i mówi ostrożnie, jakby nagle zaczęła się czegoś lękać:
Tak, nie są zabójcami. Każdy z nich utopiłby pewnie swoją babcię w beczce smoły bez większego kołatania serca w piersiach, jeśli byłaby taka potrzeba. Ale żaden z nich przypuszczalnie nie potrafi zabijać tak jak... - urwała.
Jak ja? Nie wiesz tego.
Umiem patrzeć i wyciągać wnioski. Mam się bać?
Nie! Na Boga, dziewczyno, uratowałaś mi życie.
Nie przywołuj co rusz Boga, co do którego istnienia masz wątpliwości. - Strofuje mnie. - Jesteś jakimś asasynem, czy kimś w tym rodzaju? Mam rację?
W złym kierunku zmierza ta rozmowa. Muszę odetchnąć głęboko raz, drugi.
Mówiłem już, nie jestem bandytą. Ale jeśli kiedykolwiek spotkasz człowieka, co do którego profesji będziesz miała podobne skojarzenia, nie mów mu tego. Ani w żaden sposób nie sugeruj, że wiesz kim jest. Dla twego dobra.
W porządku. Przestraszyłeś mnie. - Unosi przed siebie w przepraszającym geście otwarte dłonie. - Musiałam zapytać.
Skoro musiałaś... Chyba czas iść spać – mówię. W istocie, trudna do opanowania senność bierze mnie we władanie. Rozmowa kuleje, pora późna, trzeba odpocząć.
Tak, już czas – przytakuje, podnosi się, prostuje lekko i z gracją, chrupocze cicho jakaś kosteczka, potem zaczyna czegoś szukać w torbach podróżnych. - Dam ci maść, o której wcześniej mówiłam. Szkoda by było, gdyby źle gojąca się rana spaskudziła całkiem przystojną twarz...
Podchodzi do mnie, w dłoni trzyma szklany słoiczek z metalowym zamknięciem, siada blisko. Bardzo blisko.
Dzisiaj ja to zrobię – mówi, patrząc mi w oczy, a moje serce zaczyna mocniej tłuc o żebra. Kto wytrzyma jednego dnia tyle tak skrajnie różnych od siebie oszołomień? - Później będziesz musiał radzić sobie sam.
Bierze na palec gęstą jak miód maść i kładzie mi ją delikatnie na twarzy, w miejscu, gdzie ostry jak brzytwa nóż rozciął mi całkiem niedawno policzek i brodę. Czuję gorzko miętową woń i delikatne mrowienie. Kręci mi się w głowie.
Rozmową nie potrafisz zabawić dziewczyny. - Uśmiecha się kpiąco. Po chwili jej nos dotyka czubka mego nosa. - Ale może choć umiesz oddać pocałunek?
Jej usta przywodzą na myśl dojrzałe wiśnie. Senność natomiast jest ciężka jak ołów i nieustępliwa.


*

Budzi mnie ptasi świergot. Para krągłych rudzików skacze po ziemi na długich, ciemnobrązowych nogach i drze się wniebogłosy. Słońce wzeszło, pora wstawać. Jestem sam i nie jestem tym faktem zdziwiony. Po raz pierwszy od wielu nocy nic mi się nie śniło. Pod koszulą na piersiach odnajduję zapisaną kartkę papieru.
„Sen miałeś zdrowy i głęboki, jak mniemam. To efekt ziół, które spaliłam w ognisku. Może jeszcze specyfiku, który dałam Ci na świeżą bliznę? Maść działa jeszcze na coś innego. Do jej zrobienia użyłam między innymi kwiatu twardokłoska i lubczyku. Imponujący efekt! Nie wiedziałam o takich skutkach ubocznych mego specyfiku. Bo niby skąd ma to wiedzieć porządna dziewczyna? Może w przyszłości zbiję na tym fortunę?
Śpisz już mocno, więc mogę spokojnie odjechać. Dziękuję za towarzystwo, wino i chleb. To dużo w takich czasach i miejscu. Wszak przyszła wojna. Wybacz, że tak Cię zostawiam, ale wzbudzasz we mnie lęk i to jest silniejsze ode mnie. Kiedyś, co bardzo prawdopodobne, mogłabym się do Ciebie przekonać, lecz jeszcze nie dziś. Wilcy Cię raczej nie pożrą, a komary, muchy i inne żarłoczne plugastwo też nie zawita tu tej nocy. Dobre, wonne zioła zostawiam przy Tobie i w ognisku, a także moje życzenie szczęścia.
Niech Cię Pan błogosławi i strzeże, bo rzecz nie do przecenienia masz do wykonania. Kiedy będziesz już wracał, możesz zboczyć z drogi i wstąpić w progi mego domu. Chciałabym bardzo dowiedzieć się, jak kończy się ta historia.
Do widzenia.
D.R.”


*

- Wyciąg z rezedy! Boże wszystkich prowincjonalnych artystów, jak wyjść poza ten zaścianek, kiedy do namalowania słońca mam tylko arzikę? Żeby choć tak jaune de Mars albo jaune de cadmium - marudził głośno Jan z Pyzdrów malarz - w istocie - prowincjonalny, lecz niemałego talentu, jak i równie niemałego przyrodzenia. Jebaka niezrównany w całej tej lichej okolicy! Mogłabym przysiąc. Tylko po co i przed kim?
Mam gęsią skórkę na całym ciele. Z chłodu i podniecenia.
– Dobry byłby też antymonian ołowiu inaczej żółcień neapolitańska, która to farba dobrze kryje. Gdybyście kiedyś mieli takową na podorędziu, pamiętajcie, nie wycierajcie nosa usmarowaną dłonią, jest bardzo trująca! - Ostrzegał Jaś młodych adeptów sztuki malarskiej, mój słodki, niezrównany w miłosnym rzemiośle, ruchacz nad ruchacze.
Mam gęsią skórkę i czuję przyjemne mrowienie w podbrzuszu, to zapowiedź rychłej i miłej pochędóżki. Śmieszą i podniecają mnie zarazem nieprzytomne i pełne pożądania - udające fachową obojętność - spojrzenia przyszłych mistrzów pędzla. Oddałabym w zakład swoją srebrną wężową armillę, że zamiast za malarskie narzędzia, chętnie chwyciliby w swoje nerwowe dłonie, rozsadzające ich płócienne porcięta, nabrzmiałe kuśki. Połowa z nich zapewne nie widziała jeszcze w życiu nagiej dziewczyny. A na pewno takiej krasawicy jak ja! Najpiękniejszą studentką jestem na Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego i szybko nauczyłam się z tego korzystać. Wzdychają do mnie zarówno żacy jak i profesorowie. Świat, a w zasadzie jego męska część, jest u mych stóp.
I po co mówisz o słońcu, mój Jasiu miły, kiedy to blask mych długich złotych włosów rozświetla mrok komnaty? O, popatrz! Rydwan boga Heliosa chowa się już za horyzont. Czas palić świece. Jeszcze odbicie światła mam pod przymkniętymi powiekami, a już pierwsze cienie kładą się na moich młodych piersiach. Złoto łamie się na alabastrowych krągłościach mych ud. „Posilcie mnie plackami z rodzynek, wzmocnijcie mnie jabłkami, bo chora jestem z miłości”.
Chora jestem? Gdzie jesteś, Jasieńku? Nie ma cię. Gdzie żeś odszedł? Ale to tylko na chwilę, tak? „Na łożu mym nocą szukałam umiłowanego mej duszy, szukałam go, lecz nie znalazłam.” I miłości głodna wciąż trwam w nienasyceniu. Długo już.
Teraz? Niebo nade mną i wrześniowe obojętne słońce. Nie ma już tamtej dziewczyny, ni komnaty, a twarze chłopców nie są młode, ani piękne i nie ma w nich uwielbienia. Jest tylko złość, uparta i bezrozumna. Suche polana i połamane sztachety mam pod stopami. Mocny powróz tnie mi nadgarstki, a krzywy pień kłuje w plecy ostrym sękiem. Skąd to wszystko?
– Pan twój belzebub nie przyjdzie ci z pomocą, suko piekielna, albowiem wielce boi się on światła słonecznego, które jest nam ludziom prawym od samego Pana Boga dane dla ochrony przed złym i jego pomocnikami!
Znam ten głos. Grzela Jakub. Szubrawiec.
– Zdechniesz, jak czarownicy jest to pisane. Ogień cię pożre. Ciebie i bezeceństwo twoje.
Te słowa, głupie i okrutne, to do mnie? Do mnie. Dlaczego? Boję się. Boże miłościwy, oszczędź mi tego!
– Czartowskie sztuczki! Widzieliście?! Myśli, że jak naszcza na drewno to się, go ogień nie będzie imał!
– Siwa jędza!
– To ze strachu. Dajcie pokój, ludzie! Męki oszczędzić nie chcecie, to choć urągania w godzinę śmierci jej darujcie.
– Zawrzyjcie gębę, Marcinie, bo gotowiśmy pomyśleć, żeście jej kamrat i w zmowie z wiedźmą jesteście.
– Gotowy do myślenia toś ty nigdy nie był, Jakubie. Za to pierwszy to ty jesteś do picia, swarów i knowania.
– Przez wzgląd na swe siwe włosy zamilcz, abym ci czasem łba grabiami nie przeczesał.
Zda się, że słychać jak zęby zgrzytają, jak trzeszczą drewniane styliska w sękatych spoconych dłoniach. I to jest ten czas? Ulotny i przegrany, jak wiecheć słomy rzucony w ognisko. Jak ja się boję bólu! Mówią, że nim ogień sięgnie nóg, dym zabija skazańca. Ale tu jest wszystko suche. Ta deska krzywa, osmalona, którą mam pod stopami (jeszcze mam stopy) to z płotu Drewniaków? Tylko płot tam się nie spalił. Dlaczego tu jestem? Panie Boże, nie masz dla mnie ratunku? Przecież Ty akurat wiesz, że nie ma tu mej winy. Nie takiej by w ogniu ginąć. Tyle złości. W głowie mi się myśli mieszają, czy to już krew się we mnie gotuje?
Czy to ty? Blady jesteś niczym śmierć z twoich obrazów i koń kary pod tobą.
– Ty żeś to, Jasiu?
– Kogo tam wołasz, czarownico? Z kim się witasz?
– Rozstąpcie się ludziska, pochodnię niosą.
– Księdza tu trzeba! Na księdza zaczekajmy!
– Klecha nie dozwoli! O miłości bliźniego gadał będzie i nie dozwoli. Trza jej łeb ukręcić póki jest po temu sposobność.
Wiedziałam, że kiedyś przecież wrócisz. Jednak ty mnie też kochałeś, Jasieńku, choć nigdy tego mi nie okazałeś, ni słowem żadnym, ni miłym gestem. Widzisz, źle mi tu wśród ludzi. Świata nie lubię. Przez łzy słabo widzę, ale to ty, prawda? Mój piękny chłopcze, posiwiałeś. Zobacz moje włosy też już siwe. Zmężniałeś bardzo i ta blizna na twej twarzy... Płaczę i śmieję się zarazem. Nie straszne mi już te zamazane ciemne postacie wokół mej osoby. Wszyscy oni są z błota ulepieni, tak jak ich myśli i czyny. Nie straszny ogień, który przynieśli. Bóg mnie jednak nie opuścił!
– Mówcie pacierze! Czarownicę palić będziemy.
– Wstrzymaj się!
– Zobacz no, tam wedle drogi. A kto on taki?


*

– I co na to powiesz, Albireo? Omijamy to przedstawienie, czy pchamy się w kłopoty? Wiem, co chcesz powiedzieć: „Mamy ważniejsze sprawy na głowie, a tu akurat mogą nam porachować kości kłonicami, kamieniami, skłuć widłami, obrzucić łajnem, a może nawet obrazić naszą godność nieprawdziwym słowem, tyczącym naszych matek i ojców.”
Kara klacz cicho i krótko chrapie w odpowiedzi, ale stoi nieruchomo, tylko delikatnie strzyże uszami, jakby lekceważąc zebraną na rozstajach dróg hałastrę. Nie mogę zawrócić. Jest coś takiego w twarzy tej kobiety, że nie zawrócę. Za późno. Podjeżdżam jeszcze parę kroków i staję tak, żebym w razie czego miał więcej niż jedną drogę ucieczki. Patrzą na mnie, a gęby mają rozdziawione jak u stada karasi, które pierwszy raz w życiu zobaczyły szczupaka. Ten samotny, groźny i zębaty to ja, ma się rozumieć. Nikt słowem się nie odezwie. Mam przemówić pierwszy? No dobrze, przemawiam:
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
– Na wieki wieków.
Chyba dobrze zacząłem. Przegoniłem precz krępującą ciszę. Dalsze, co nastąpi, będzie tylko rzeczową rozmową, swoistym szermowaniem argumentami, słownym przekonywaniem do swoich racji. Kilku jakby się rozluźniło, podreptało w miejscu, oparło styliskami o ziemię grabie, widły, kije i wbiło we mnie zaciekawione spojrzenia. Ze dwudziestu chłopa, bab niewiele mniej, wyrostki pochowane gdzieś w opłotkach. Jak mi się nie uda, jak nic zatłuką tym swoim gospodarskim przedmiotem codziennego użytku.
– Zdaje się duży ogień zamiarujecie wzniecić, ludkowie moi?
– My, za przeproszeniem pańskim, nie są pańscy ludkowie – odzywa się ten, którego przy pierwszym wejrzeniu oceniłem na przywódcę grupy. Tęgie chłopisko najlepiej odziane, o bladych, lekko przymrużonych oczach z żółtymi, nastroszonymi jak u rysia, wąsiskami i zapaloną pochodnią w drżącej dłoni. - Zresztą, kto cie tam wie człeku, czyś ty pan, czy może chłop, co to sobie smyrga na koniku po borach i polach, jaśnie pana udaje i wymądrza się wielce?
Jednak nie zacząłem dobrze rozmowy. Ale przynajmniej wiem, do kogo mam się zwracać.
– Krew chcecie przelać – mówię.
– A gdzie tam? - Wzrusza ramionami i uśmiecha się głupawo do zebranych. - Przecie palić będziem. To gdzie tu krew? Niedziela dzisiaj. Nie godzi się, dzień święty.
– Dniem świętym mordę sobie wycierasz. Takiś to gagatek. - Rzecz jasna, tego nie mówię na głos. Mogliby mnie opaść ze wszystkich stron i stłuc na kwaśne jabłko, ale jeszcze nie uświadomili sobie, jak łatwe by to było. Brak im pewności siebie i niech tak pozostanie. Nie ma czasu na dyskusje. Podjeżdżam bliżej. Rozstępują się przed koniem. Słyszę ciche łkanie kobiety przywiązanej do słupa. Pochylam się w kulbace i patrzę w pozbawione litości oczy koloru zimowego nieba. Ręka trzymająca pochodnię drży nerwowo i zapewne jest śliska od potu. To dobrze.
Walę go płonącym drzewcem w sam środek słomianego, pustego łba, tak, że lecą iskry! Jeśli nigdy w swoim życiu nie spoglądał z zaciekawieniem w letnie nocne niebo i nigdy nie widział komety, lub choćby nawet spadających gwiazd, dzisiejszego dnia zobaczył układ ciał niebieskich, jaki na pewno nigdy nie śnił się miejscowym astronomom.
Błyska białkami oczu i leci bezwładnie na ziemię jak ścięte drzewo. Jakiś obraz zapewne już do nich dotarł, ale nie wiedzą jeszcze, co się dzieje. Albireo staje dęba i uderza kopytem głupca, który chciał złapać ją za uzdę. Uchylam się od uderzenia cepem, trzaskam jego właściciela zgaszoną pochodnią po palcach i w ułamku sekundy zmieniam broń. Pierwsze zaczynają wrzeszczeć kobiety, czmychają na wszystkie strony niczym stado kur przed jastrzębiem. Zeskakuję z konia i po chwili tłukę dębowym bijakiem po goleniach, głowach i grzbietach, tych którzy się jeszcze nie rozpierzchli. To nie jest walka, to bicie ludzi. Są zbyt przestraszeni by choć spróbować walczyć.
Furkocze kij samobij. Zda się słoma z butów leci i trociny z głów. Chwila ledwie. Miejscowy kogut raptem dwa razy pierś wydął i panie swoje zawezwał. Kurz opada, przekleństwa się wznoszą. Jęczą chłopy, plują zębami, macają zbite głowy, ręce, nogi. To trochę, mimo wszystko, za mało bym czuł się bezpiecznie. Wyciągam miecz szybko, ze świstem.
– O Jezusie Nazareński!
Cisza.
Gramolę się po stercie drewna. Nogi zapadają mi się w złożonym byle jak i z byle czego stosie. Staję przy niej. Musiała niegdyś uchodzić za piękną. Przywiązali ją do kanciastego słupa, który dawniej był... szubienicą?
– Już dobrze – mówię.
– To nie ty. Nie ty. - Jakiż zawód w głosie, a przecież jeszcze kilka chwil temu, czekała na śmierć. Oczy, na wpół szalone ze strachu, ma blade, jakby łzy wypłukały z nich sytość barw.
– Nie wiem, kogo wyglądałaś, kobieto, ale mimo wszystko powinnaś cieszyć się z mojej tutaj obecności – odpowiadam i przecinam więzy. Chwytam ją pod ramiona, bo zaczyna się osuwać na kolana.
– W głowie mi się kręci.
– Wierzę. Gdzie jest twój dom?


*

– Pieska mi ubili, Kruczka. Łajdacy. Widłami przebili, kmioty nikczemne. Bronił mnie. Tylko on jeden. - Raz po raz zaciska drobne pięści. - I za co? Co ja takiego zrobiłam? - Siedzi na brzegu łóżka i wbija we mnie bladoniebieskie zapłakane oczy, jakbym znał odpowiedź. Jasne, jakby dawno już sprane, długie włosy opadają w nieładzie na jej chude ramiona. Milczę.
Odrobiny kurzu wirują w słonecznym świetle, raźno przebijającym się przez okrągłe szklane gomółki oprawione w ołów i osadzone w otworze jedynego w chałupie okna. Więcej jest tu jednak mroku niż światła. Szarość oblepia kąty niczym sadza i drga bezgłośnie, zaciera kontury. Izba jest jak węglem rysowany, na wpół zatarty, przedsionek.... zaświatów? Dziwne myśli mnie tu nachodzą.
– Krowy nie zdołałam wyleczyć Pleśniakowi. Prawda, padła na gorączkę mleczną, ale nie słuchał mnie, głuchy cymbał. Nie moja w tym wina. Przez lata leczyłam ich wszystkich: tych pijaniców, bezbożników, ich dzieci zasmarkane, żony, zwierzęta. I tak mi odpłacili, niegodziwcy. - Kiwa z rezygnacją siwą głową i milknie.
Większą część izby zajmuje piec z kuchnią, pod ścianą stoi łóżko, na którym usadowiła się gospodyni, obok jest cebrzyk i obita żelazem skrzynia zamykana na klucz. U powały, na drewnianej żerdzi suszą się zioła. Pachnie tu miętą, majerankiem i czosnkiem. Pająk sunie szybko i z gracją ku glinianej, posypanej tatarakiem, podłodze.
– Dzień nie minie, a spalą mnie razem z chałupą – mówi nagle i wiem, że nie do mnie kieruje te słowa. Patrzy po ścianach, wierci wzrokiem mrok w kątach.
– Jak ci pomóc? - pytam.
Nie odpowiada. Mam wrażenie, że mnie nie słyszy, lecz po chwili wygląda, jakby się ocknęła. Wyciąga ku mnie drobną, zasuszoną dłoń, ale po chwili ją cofa. Zamaszystym gestem odgarnia włosy z czoła.
– A dlaczego chcesz mi pomóc?
– Bo już raz ci pomogłem? Gdybym teraz wyszedł, zostawiłbym cię na pewną śmierć. Jakaż byłaby logika mych czynów? Czuję się w pewnym stopniu odpowiedzialny za twoje życie po tym, co zrobiłem. Od niedawna intensywnie zastanawiam się, kim jestem i cieszy mnie, że odnajduję w sobie człowieka.
– Cieszy mnie żeś człowiekiem, nie wilkiem. Ale kto cię tam wie? Mimo wszystko, nie masz obowiązku.
– Jestem już elementem tej historii. - Uśmiecham się.
– Prawda. Tylko nie wiem jeszcze dlaczego. Bo wiedz, mój piękny chłopcze, że nic nie dzieje się bez przyczyny. - Mruga do mnie okiem i nagle ona, jak i wszystko wokół jawi mi się jak coś absurdalnego i groteskowego. Co ja tutaj robię? Tracę czas. To na pewno.
– Nadal jeszcze się nie przedstawiłeś, mój wybawco, błędny rycerzu – dźga mnie słowem. - Nie przystoi to. Zmieniły się obyczaje w wielkim świecie, hę?
– Nie nie zmieniły. Nazywam się Hubert.
– Hubert. Znaczy rozum jest twoją zaletą. Przyjście czarownicy na ratunek wskazuje, że rodziciele twoi pomylili się z doborem imienia. Ładne masz imię. Mocne, twarde. Nazwiska swego nie wymówiłeś, znaczy, nie chcesz. Dobrze. Ja ci swego też nie wyjawię, a nazywam się Olga i jak się domyślasz - boś bystry - nie z chłopskiego domu na świat wyszłam. A teraz, rozpal ogień w piecu, Hubercie. – Nakazuje i dźwiga się z łóżka. - Trzeba coś zjeść.
– Przed podróżą.
Obdarza mnie długim zamyślonym spojrzeniem.
– Tak. Trzeba usiąść i zjeść coś wspólnie przed drogą.
Idzie na drugi koniec izby, otwiera drzwi do komory i przynosi kosz z jajkami, pęto kiełbasy i blaszaną patelnię.
– Nie okradli mnie jeszcze, jak widzisz. Grzela pewnie zakazał. Trzeba mu przyznać, że ma posłuch, szubrawiec. Już mnie pewnie wcześniej porachował.
Kroi kiełbasę na plastry. Pachnie czosnkiem i gorczycą. Ślina zbiera mi się w ustach.
– Tylko dokąd teraz? Raz już uciekałam, dawno temu – mówi w zamyśleniu. - Rozpalisz w końcu ten ogień?


*

-  Słyszę szelest anielskich piór wokół twej osoby.
Zdumiewam się, choć nie powinienem. Słyszę tylko ciche tupanie i pochrapywanie Albireo za otwartymi drzwiami. Nie wiem, co odpowiedzieć, więc milczę.
– Czucie świata masz w sobie. Wielkie czucie. Pewnie dlatego do ciebie tak lgną.
– Kto?
– Inne byty. Dusze zbłąkane. Przecież nie ludzie z krwi i kości. Samotność masz na drugie imię. Jest w tobie coś takiego, że strach do ciebie się zbliżyć i nie mówię o tej paskudnej świeżej bliźnie na twarzy. - Wzrusza ramionami, jakby powiedziała właśnie rzecz oczywistą. - Zgubi cię kiedyś to świata czucie. A może i nie? Co ja wiem? Stara jestem i w głowie mi się miesza. Tak, miesza mi się świat z zaświatem...
W takim domu nietrudno o to – myślę sobie i wyobrażam, jak końskie kopyta i ciężkie żelazne koła zbójeckich wozów suną w coraz większe nieznane.
– Przychodzą nieustannie w cichy odwieczerz – snuje dalej dziwną opowieść. - Dzisiaj wielu ich przyszło. Ze snu, czy jawy? Ja nie wiem. Z tamtej strony czasu, gdzie – jak powiedziałby filozof, nie znający życia – cały świat mieści się w źrenicy wróbla. Ćmy szaroskrzydłe, nietoperze, świerszcze hałaśliwe i ci co kształtu jeszcze nie mają, a chcieliby już przyoblec się w jakieś ciało, choćby najlichsze. Stukocą po kątach, łopoczą u powały i szepczą na zapiecku. - Przewraca oczyma, otwiera usta i milknie.
Uciekać stąd?
– Kruczka mi zabili. – Teraz skarży się świętemu Jerzemu, który na obrazie w kącie przebija włócznią smoka. - A czy to smok był jakiś, pożeracz niewiast i dzieci? Ot, pies zyczajny, druh wierny, pocieszyciel w samotności. - Pociera szybko przedramiona, barki, jakby mróz nagły przyszedł od otwartych sieni.
– To czucie świata kiedyś cię zgubi, Jasieńku. Świat cię w końcu zauważy i pożre!
Ciarki mnie przechodzą.
Wstaje i zrywa suszące się na kiju zioła, idzie do paleniska, kruszy je w dłoni i wrzuca w ogień. Dym jest gesty i ma gorzką woń. Z worka, z komory przynosi garść mąki, którą rozsypuje na stole. Kreśli okrąg, pośrodku którego rysuje coś na kształt trójkąta, gdzie końce boków zawijają się, jedne na zewnątrz, inne do środka. Pisze słowo w nieznanym mi języku. Jedno. Krótkie.
– Nie boisz się? - pyta z kpiącym uśmiechem.
– Czego niby miałbym się bać? Osobliwych figur geometrycznych?
– Gniewu Bożego. Czegóż innego bać się należy?
– Na razie boję się tylko tego, że nie zdążę.
Unosi pytająco brwi, ale nie odpowiadam.
– A teraz, niczemu się nie dziw – przestrzega.
Składa ręce jak do pacierza i trzyma je nad stołem. Mówi coś szeptem, uśmiecha się, zamyka oczy i kiwa głową, jakby komuś przytakiwała. Rozłącza dłonie.
Na chwilę przestaję oddychać.
Dwie wielkie bure ćmy padają w mąkę, szamoczą się, turlają po blacie stołu i wzlatują niezdarnie ku powale, gdzie giną z oczu w smolistym mroku.
– Wiedźmy strzeż się! – mówi patrząc na zawijasy powstałe w rozsypanej mące. - To jest moc nie z tego świata. Lepiej dla ciebie byście się nigdy nie spotkali. Chociaż... Jest ktoś, albo coś czego nie widzę, a idzie za tobą.
– Kto to taki?
– Nie wiem. Ale wyczuwam, że żyje tylko z nienawiści, choć... narodziło się z miłości. Tyle tu sprzeczności. Nie potrafię tego inaczej opisać. Strzeż się, choć nie umiem powiedzieć ci nic ponadto.
– Niepokoisz mnie.
– Nie jest to moim zamiarem. Przykro mi.
– Czyli dotrę dokądś? Do jakiegoś ważnego punktu mojej historii?
– Może tak być, lecz wcale nie musi. Za moment jakieś czarne chłopskie dusze mogą zaryglować drzwi mego domu i rzucić pochodnię na strzechę. Wszystko może się zdarzyć.
– Nic nie jest do końca przesądzone?
– Tak uważam. Tylko jeden Bóg wie, jakich wyborów dokonamy i co będzie ich konsekwencją.
– Czyli wszystko jest jednak gdzieś zapisane i działamy według znanego już scenariusza, który na dodatek nie sami napisaliśmy?
– To nie tak. Boska wszechwiedza, nie wyklucza naszej wolności. To, że Stwórca wie, jak się zachowamy, nie zmienia faktu, że przed dokonaniem jakiegoś czynu, mieliśmy lub mamy wybór. Wydaje mi się też, że możemy pisać też poprawki do tego, jak to ująłeś, scenariusza.
– Nie jesteśmy u kresu czasu, lecz w teraźniejszości. Część istotnych dla mnie wyborów jest jeszcze przede mną.
– Tak.
– Nie spodziewałem się takich słów w wiejskiej chacie.
– Już mówiłam, nie przyszłam na świat w chłopskiej rodzinie. Urodziłam się w bogatym domu, w znamienitej familii. Brałam niegdyś ze świata wszystko, na co miałam ochotę, a uwierz, robiłam to bardzo łapczywie.
– Aż świat cię wypędził.
– To kwestia życiowych wyborów i złej woli innych ludzi. - Zamyka na chwilę oczy, opuszcza głowę na piersi i uśmiecha się jakoś tak smutno. Dopiero teraz widzę, jak bardzo jest zmęczona. To tutaj – wskazuje rękoma na izbę - ten dom, ta wieś, ludzie, to też świat. Jakaś jego cząstka, w której się zmieściłam. Żyłam w tej drobinie powietrza wśród ludzi, ale mimo nich, obok, bez przyjaźni, samotnie. Bali się mnie, ale byłam im potrzebna. Dobre i to. Przywykłam. A teraz i to nawet mi odebrano. - Dwie, duże jak ziarna fasoli, łzy pociekły jej po policzkach. Tylko tyle, czy aż tyle?
– Padła krasula, owszem. Ale żeby tak za krowę? - Kręci z niedowierzaniem głową. - Jak można chcieć pozbawić kogoś życia za jedno bydlątko?
Kolejny ciąg pytań bez odpowiedzi.
– Dwa dni temu zbrojni najechali wieś. Nie jacyś grasanci, żołnierze to byli bez mundurów, ale widać, że karni, zdyscyplinowani. Spalili jedną chałupę na postrach. Usiekli jednego gospodarza. O dzieci pytali. Sieroty wojenne. Dziewczynki. Bo widzisz, nieopodal szlak wiedzie. Taki co to nim zbóje sieroty w świat wywożą.
– Wiem, co to za szlak.
– Może o tę dziewuszkę poszło? Nie pierwsza ona i nie ostatnia pewnie, którą Grzela zmarnował.
– Jaką dziewuszkę? - W gardle mi nagle zaschło. Ledwo cisnę słowa pytania.
Patrzy na mnie chyba po raz pierwszy w pełni przytomnie.
– Widzisz, mój chłopcze... Szkoda, że to nie ty mój Jasieńku... - Wzdycha cicho i zaczyna na powrót: Widzisz, mój piękny, dwa dni temu nieopodal przejeżdżali zbóje. Prawdziwi zbóje, tacy straszni, jak wisielce zerwani z szubienicy. - Zawiesza głos na chwilę, ociera łzy. - Sieroty wojenne do miast, do obcych krajów na zatracenie wiedli. - Aj! Puszczaj, drabie! - krzyczy nagle.
Przytomnieję. Nie zauważyłem, kiedy ścisnąłem ją za przedramiona.
– Przepraszam.
– A niech cię! Z żelaza ci te ręce odlali? Co to ja mówiłam? Aha, prawda, o dzieciach mówiłam. Schorowane nieboraki były. Szukali medyka. A gdzie tu medyk? Na takim pierdziszewiu? Trafiło na mnie. Grzela mnie tam zaprowadził. Pomogłam, jak umiałam. Nie chwaląc się, wiele umiem. Medycyna niekonwencjonalna, rozumiesz. - Mruga okiem i uśmiecha się. - Nie dali jednak dobrze poleczyć. Spieszyli się.
– Co z tą dziewczynką?
– Zabrał jedną Grzela niebogę. Ledwo dychała, więc ją oddali, widać wiedzieli, że życia w niej tyle, co wody w kamieniu. Zabrał ją na pomoc domową niby, ale ja wiem, o jaką pomoc mu szło. Oby mu kutas zgnił i odpadł za życia! Tfu! Tak myślę, że jej żywot dobiega właśnie kresu na tym świecie. Chora jest, a ten bydlak, nie dozwolił jej poratować.
– Nic nie dzieje się bez przyczyny. Tak mówiłaś. Więc teraz wiesz już, po co tu jestem. Która to chałupa?


*

Izba jest duża, niska i jasno oświetlona. Przy drzwiach wisi gliniana kropielniczka ze święconą wodą. Wkładam do niej palce i po chwili przykładam je do ust. Ma zapach... starości? Po mojej prawej ręce u powały, na drewnianej żerdzi leży bochen chleba, obok suszą się pęta kiełbas, słonina i pęki zebranych niedawno ziół. Pod tym wszystkim stoi zbita z malowanych desek szafa z półkami, które uginają się od garnków, mis, kubków i drewnianych łyżek. Do niej zaś przytula się solidna, okuta w metal, skrzynia zamykana na klucz. Pod oknem, zapewne dla wygody odwiedzających gospodarzy znajomków, ustawiono dębową ławę z oparciem. Ściana nad małżeńskim łożem aż bucha feerią barw: fioletem, żółcią, czerwienią i ultramaryną. A wszystko to za sprawą kwiatów ozdabiających obrazy z wizerunkami świętych Pańskich. Jest głośno od tupotu bosych stóp i przekrzykiwań dwóch chłopców biegających po izbie z drewnianymi mieczami w dłoniach. Spieczony jak rak Jakub Grzela siedzi przy palenisku w samej tylko koszuli i płóciennych portkach. Bosy i milczący moczy stopy w balii, pełnej parującej jeszcze wody. Oczy ma zamknięte, brodę opartą na piersi, tylko krogulczy nos zdaje mu się poruszać wiedziony zapachem, gotującej się w garnku kapusty. Podwinięte rękawy ukazują silne od fizycznej pracy, żylaste przedramiona i wielkie jak bochny dłonie zaciśnięte w pięści. Tęga kobieta o miłej zaróżowionej twarzy i ciemnych włosach wystających spod szarej chustki, żona – zgaduję - przycina mu nożycami nadpalone włosy koloru słomy. Na wprost widzę sąsiednią izbę, a w niej malowaną kołyskę dla niemowlęcia. Nie patrzą w kierunku sieni, gdzie kryję się w mroku. Czują się pewnie w swoim domu, nie zaryglowali drzwi na noc. Może czekają na kogoś?
– A kogo to tam licho niesie po nocy? - rzuca mocnym, donośnym głosem niewiasta, nie odwracając oczu od rozbitego łba swego męża. - Mieliście przyjść jutro nad ranem, Szymonie. Gąski sprzedam, jak mówiłam, u mnie słowo nie dym, ale jutro. Chyba żeś niecnoto przyszedł chłopa mi wyciągnąć do Żyda na wódkę? Co to, to nie! Pijanice zatracone. Czemu zaś milczysz, niby ten kamień leżący wedle drogi. Języka żeś zapomniał w gości zabrać?
– Przestańże jazgotać, babo – cedzi słowa przez zęby Grzela. - Chwycę za kij, wnet zawrzesz jadaczkę! Wyleźże z tej sieni do światła. Stoisz w cieniu niby ten umrzyk wylazły z grobu!
Skoro mnie zaprasza, wchodzę. Tylko czy on wie, że nie zaprasza się upiora do domu?
– A kto tam? Tyś, że to, paskudniku?! W moim domu! - ryczy i próbuje wstać, ale jakoś tak niezgrabnie - wszak nogi ma w balii - że kaleczy się głową o nożyce, które zastygły na chwilę w bezruchu, w kobiecych dłoniach. Klnie i chwyta za gorący garnek, ale zaraz go upuszcza z powrotem na blachę. Stoi w wodzie z rozchylonymi ramionami, zaciska raz po raz pięści i dyszy ciężko z nagłej wściekłości.
– Ani mi się waż! - ostrzegam. - A ty kobieto, odłóż to żelazo.
– A juści, odłożę. Niedoczekanie twoje, przeklętniku! Jak się zawinę, wnet drugą szramę będziesz miał na pysku. Dali jazda! Fora ze dwora!
Co za jazgot! Cichnie i zamienia się w słup soli, gdy łapię jednego z oniemiałych nagle chłopców za włosy, przyciągam do siebie i zza pasa wyciągam nóż. Cichnie tylko na chwilę:
– O Jezusie Nazareński, Królu żydowski! Pietrusia pochwycił! Puskaj, boć oczy wydziobię.
– Zawrzyj gębę, Kaśka! - Grzela, widać, wziął się już w karby. - Czego chcesz, diable?
– Gdzie dziewczynka?
– O Matko Boska! Święci Pańscy! Weronkę chce ukraść! Gardło ci przegryzę, ty czorta kamracie! – drze się Katarzyna Grzela i sunie ku mnie z nożycami w ręku.
– Zostań tam, gdzie jesteś, kobieto! – Zatrzymuję ją w miejscu i przystawiam chłopcu ostrze do szyi.
– Ratuj tatku, ratuj! – krzyczy żałośnie Piotruś. Drugi z synów stoi jak sparaliżowany w obsikanych ze strachu porciętach i z drewnianym mieczem w zaciśniętej dłoni skierowanym w moją stronę.
– Cichaj, Kaśka! Przecie nie o Weronkę mu idzie – warczy Grzela i wychodzi powoli z balii. Cicho mlaskają jego bose stopy na drewnianej podłodze. A Kaśka cóż? Kaśka pojękuje cicho i wpatruje się jak zauroczona w stalowe ostrze przytknięte do szyi jej dziecka.
– Mówiłam, że karę boską ściągniesz na siebie, dom swój i na dzieci swoje. - Jakaś ponura rezygnacja jest w jej głosie. - Przebacz Panie Boże, Jezusie i Ty Matko Boża, że oczy na to wszystko zamykałam. Moje dzieci nic nie winne...
– Gdzie dziewczynka? – powtarzam.
– A co?
Milczenie. Kąciki ust wysunięte na moment ku górze. Ułamek sekundy i coś na kształt szyderczego uśmiechu. Dlaczego tak głupio odpowiadasz, Jakubie? Czyś się wyrzekł swego syna? A może inaczej byś odpowiedział, gdybyś poczuł pod kciukiem pulsującą oszalałym rytmem żyłę na szyi małego chłopca? Może odtajałoby wtedy twoje serce, które masz z lodu? W jakim momencie swego życia, stałeś się tym, kim jesteś teraz? Prawda jest jednak taka, że nic mnie nie obchodzisz. Natomiast ważne jest dla ciebie, czy zechcę zadać to pytanie po raz trzeci. A jak już je zadam, jak na nie odpowiesz? Czy tak, jak tego oczekuję?
Jak na kobietę, tak dużych rozmiarów, rzuciła się na mnie bardzo szybko. Z pasją i nienawiścią. Rozchylone ostrza nożyc miała nadzieję wbić mi oczy. Siedzi na podłodze z rozbitym nosem i mruga oczyma. Uderzyłem ją tak, by nie straciła przytomności. Musi pomóc mi i swojemu dziecku. Grzela ani drgnął, stęknął tylko głucho.
– Gdzie jest dziewczynka, którą zabrałeś od handlarzy? Czwarty raz już cię nie zapytam.
– Zaprowadź go do niej – mówi mocno i bardzo powoli Katarzyna, matka Piotrusia, Weroniki i oniemiałego chłopca, który zlał się w gacie przed kilkoma minutami. - Bóg mi świadkiem, że jak nie on, to ja cię zabiję, jak tego nie zrobisz.
– Pójdziemy. Tylko wzuję buty. - Grzela obraca się jak poruszone nagle stare młyńskie koło.
– Pójdziesz boso. Chłopiec pójdzie z nami. Ona też.
– Mogę i boso. - Wzrusza ramionami i z wnęki w piecu bierze smolną pochodnię. - Za jedno mi to. Ostań się Antoś z Weronką, my zaraz wrócimy.
Podaje dłoń siedzącej na ziemi żonie, która dźwiga się z przeciągłym jękiem, ociera zakrwawiony nos o rękaw koszuli i patrzy na mnie zimnym, złym wzrokiem.
– Słyszysz, Antoś?! Pilnuj siostrzyczki.
Antoś kiwa głową. Usta nadal ma szeroko otwarte. Nic nie mówi, tak jak jego brat uwiędły w moich rękach.
Wychodzimy na podwórze.
– I ty tutaj, wiedźmo!? - Grzela pluje Oldze pod nogi. - Zaraza by cię wzięła! Czekaj, jeszcze się będziesz smażyć, jak ta skwarka na patelni. Już ja tego dopilnuję. Ty...!
Olga trzaska go w twarz otwartą dłonią. Bez słowa. Mocno, szybko na odlew, tak, że echo rozchodzi się po obejściu. Zaskoczenie. Niedowierzanie. Szok. Jakub Grzela stoi oniemiały jak słup soli.
– Nigdy więcej tak do mnie nie mów, chamie. Ale to nie za mnie było, ale za psa. A teraz podnieś pochodnię i prowadź. - Jej głos jest twardy, władczy i nie znoszący sprzeciwu.

*

W zbudowanej na planie sześcioboku stodole jest przyjemnie chłodno. Świerze nocne powietrze sączy się przez małe, wąskie otwory na górze. Gdzieś w oddali turkocze jeszcze młyn, kowal kończy spóźnioną pracę, a psy nieopodal wołają do księżyca, którego światło miękkim srebrem rozlewa się po klepisku. Wiatr przywiał z ogrodu zapach mięty. Świerszcze grają mocno i z werwą. Przedrzeźnia je żabi rechot, który niesie się od mokradeł. Zda się nikt i nic nie śpi jeszcze tej nocy. Tylko stodoła nurza się już we śnie. W sąsiekach sennie zległy siano i zboże. Pod ścianami stoją ustawione w wielkim porządku, niczym karne wojsko, narzędzia rolnicze. Po środku, na klepisku, dnem do góry leży wielka drewniana balia, która ściąga wzrok.
Nie ma tu mego dziecka. Już bym to wiedział. To uczucie. Czy to ulga?
– Nie wiedziałam, co z nią zrobić. - Głos Katarzyny jest cichy i pozbawiony emocji. - Kwiliła tylko i kwiliła, jak ten ptaszek z przetrąconym skrzydłem. Małe to, nijakie, cudze. Przykryłam balią. Nie widać, nie słychać. W serce nie bodzie to jej kwilenie. Niech tam sobie już zemrze po cichuśku. Świat tego nie zobaczy, to jakoś może i grzech ten się rozejdzie, zniknie. - Zaciska dłonie w pięści. - Tak wtedy myślałam.
– A teraz, co myślisz?
– Że grzech mego męża spadnie i na mnie i moje dzieci, choć są niewinne. Ona tutaj przecie też niewinna, a tyle cierpienia ją spotkało.
– Tyle cierpienia i ani drobiny litości. - Gniew we mnie wzbiera.
– Miej litość dla mego dziecka – jęczy Katarzyna i wbija we mnie błagalny wzrok.
– Nie jestem katem dzieci. - Odpycham chłopka w ręce matki i zwracam się do Grzeli. - Podnieś!
Dziewczynka ma góra dziesięć lat. Jasne, posklejane od wyschniętego potu włosy oblepiają jej czoło, oczy i blade, suche usta. Drobne dłonie ma złożone razem na zapadłym brzuchu. Licha, za duża chabrowa sukienka jest jak całun pogrzebowy. Mam wrażenie, że się uśmiecha.
– Mamuś, a kto ona taka? I czemu tak leży bez ducha? - Oczy Piotrusia zachodzą łzami.
– To grzech twego ojca. I mój.
– Odsuń się! Stoisz, jak kołek w płocie. - Olga dotyka żyły na jej szyi, przykłada ucho do zapadłej piersi. - Żyje, ale nie za wiele, czasu jej zostało, jeśli nic nie zrobimy.
Wyjmuje z torby drewniane pudełko, słoik, i dwa lniane woreczki.
– Ta choroba to pokrzywnica. - Nabiera na palec jakiś ciemnozielony proszek i rozprowadza go pod nosem dziewczynki. - Za chwilę powinna zaczerpnąć mocniej powietrza, a wtedy położę jej na język to – wyjmuje ze słoika jakąś brudno białą grudkę. - To ekstrakt między innymi z żywokostu, arcydzięgielu, krwawnika... kilku słów i innych ingrediencji. - Uśmiecha się lekko. - O, właśnie teraz! Weź to, malutka. Dobrze.
– I co dalej? - Potrzebuję jasnej, pewnej odpowiedzi, bo nie wiem, co robić.
– Dalej? Trzeba ją stąd zabrać do mego domu. To na pewno. To, co teraz zrobiłam, nie wystarczy. Muszę ją obejrzeć. Nie wiemy, co on jej zrobił.
– Nie tknąłem jej. - Z gardła Grzeli dobywa się warkot.
– Boś porządny człowiek, dobry chrześcijanin i z trupami nie obcujesz.
– Wiedźmo! - Jego twarz jest maską nienawiści.
– Zaniesiesz ją. Znasz drogę - mówię.
– Nie mam butów.
– Więc będzie to początek twojej pokuty.
– Niech on już jej więcej nie dotyka. - Wchodzi nam w słowo Olga. - Nie ma takiej pokuty, którą mógłby zadośćuczynić, zło które czynił. - Jej głos przypomina trące się o siebie kamienie. - Zresztą, nie nam o tym decydować. Wyprowadź wóz i zaprzęgaj konia.


*

To był piękny poranek. Piękny swą zwyczajnością. Słońce błyskało w piórach kaczek, które sunęły leniwymi zygzakami po stawie. Leciały po wodzie krzyki dzieci, szczekanie psów, tupot i porykiwanie pędzonego do wodopoju inwentarza, gdzieś w oddali, pochylony nad studnią skrzypiał żuraw.
Udało się nam doczekać świtu. Nikt nas nie niepokoił.
Wóz zaprzęgnięty w dwa konie załadowano skromnym dobytkiem. Woźnicą był sąsiad Olgi, Ambroży. Na wozie, na posłaniu z ubrań i pierzyny leżała śpiąca dziewczynka. Chciałem ją zapytać, czy poznała w drodze inną dziewczynkę: bladą, czarnowłosą Marysię o rozbieganych oczach koloru polnych chabrów. Dziewczynkę nad wyraz energiczną, nucącą pod dziarsko zadartym noskiem piosenki wyłącznie własnego autorstwa. Dziewczynkę, co lubi zwijać język w tutkę, kiedy nie smakują jej placki na miodzie robione przez jej mamę. Chciałem ją zapytać, czy widziała moją córkę, lecz ona nie chciała się obudzić.
– Może to potrwać nawet dwa dni, ale obudzi się na pewno. - Tak mówiła Olga.
– Czy mam czas? Dwa dni. Ludzie, za którymi jadę, są coraz dalej. A ty odjeżdżasz wraz z nią w przeciwnym kierunku.
– Zyskasz pewność.
– Pewność zyskam, kiedy ich dogonię. Jeśli odpowiedziałaby mi, że jej nigdy nie poznała, nie wiedziałbym, gdzie mam się udać, w którą stronę jechać. A tego bym nie zniósł. Bo jechać przecież muszę. Muszę mieć cel.
– Rozumiem. Pamiętaj, że prawie zawsze jest nadzieja. Świat jest zły, ale jest też pełen ludzi dobrej woli. Inaczej przestałby istnieć, nie dałoby się na nim żyć. Twoją nadzieją jest ktoś, kto umie na świat patrzeć też sercem. Ktoś, kto nie przejdzie obojętnie wobec cudzej krzywdy i cierpienia. Na tyle silny, by złu się przeciwstawić. Może drogi tego kogoś i twojej córki zejdą się kiedyś, albo - daj Bóg - już się zeszły.
– Marna to pociecha. Ilu takich jest?
– Nie wiem. Dobrych wielu. Dobrych i silnych, pewnie niewielu. Niekiedy na ten jeden dobry akt składa się suma uczynków wielu ludzi. Wiem tylko, że nie możesz odpuścić, a widzę, że wątpisz.
– A gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Pełno jest w ludziach słów o Bogu, lecz ile jest Jego samego w świecie?
– Choć wątpisz, to jednak szukasz nadziei w boskim miłosierdziu. Pytasz, czy jest obecny w świecie? Przecież to jego świat. Lecz nie mnie o to pytaj. Ja nie znam odpowiedzi na takie pytania. Myślę o nim jako o Tym Który Się Nie Wtrąca. Czasem do niego mówię, pytam...
– Są tacy, którzy z Nim rozmawiają. Sądziłem, że jesteś jedną z nich.
– Nikt z Nim nie rozmawia, bo monolog nie jest rozmową. Nie znam nikogo, komu by odpowiedział.
– Niektórzy jednak...
– Wiem, są tacy. I tych unikaj.
– Któż więc się wtrąca?
Zły. On zawsze ma coś do zrobienia. Wytrwały jest i cierpliwy.
Wysupłałem spod siodła dwie złote monety.
Wystarczy na rok utrzymania dla ciebie i dla niej. Myślę, że szybko na siebie zarobisz. Twojego sąsiada już opłaciłem.
Przyjmę je z radością. To hojna jałmużna.
Nie traktuj tego jako jałmużnę. To, żywię taką nadzieję, zaczątek na nowe życie. Jeszcze jedno, powiedz dziewczynie, do której jedziecie, że... gdy będę wracał, to wstąpię do jej domu i opowiem, jak to wszystko się skończyło.

*

Jak z baśni jest ten las olchowy. Ciemnozielony, cienisty i głuchy. W zawrotnych pląsach, pośród owadziej drobnicy, latają wielkie chrząszcze. Niezdarnie kręcą pętle wokół błyszczących liści czarnej olszy. Wzbierający na sile północny wiatr plącze się w gałęziach kilku jesionów. W głębi, między drzewami, czerwienią się owoce kaliny, żółci się wysoki kosaciec, przetykany gdzieniegdzie karminowymi plamkami - to zapewne czyściec leśny. Kończą się dni pełne słońca. Ciężkie sine chmury zbierają się na niebie. Idzie burza? Czy to tętent końskich kopyt?
Chrystus przystanął na leśnym rozstaju. Wysoki i smukły, omszały nieco na barkach i pochylonej lekko głowie, lecz mocny w swym ciele z dębiny. Czy taką akurat twarz miał wydobyć z pnia dębowego nieznany rzeźbiarz? Czy to przypadek tylko?
– Frasobliwe twe oblicze, Panie i to mnie zasmuca. Nie cieszysz się na mój widok, a ja skręcam się jak robak w słońcu pod twym wejrzeniem. Wolałbym zobaczyć, jak się cieszysz, żeś spotkał drugiego człowieka. Wszak droga tu bezludna.
A może, tak jak ja, zgubiłeś kogoś w świecie i to cię tak przytłacza, że nie dostrzegasz już nic ponad swoją samotność?
Kto cię takim uczynił, Panie, że smutek tylko i frasunek rozdajesz każdemu bez wyjątku, na każdym rozstaju tego świata?
Panie, waży się los mojej córki, a waga na której złożono jej życie jest lichwiarska. Wojna przyszła. A ona jest przeciwko wszystkim ludziom, bez wyjątku, choć ludzie ją wszczynają. A najbardziej jest przeciwko dzieciom. Jakiż to świat, który jest przeciw nim? Czemu lepszego nie ma świata, Panie?
Milczysz, lecz... Las wkoło ożywa!
Za plecami i po bokach zaczynają trzaskać gałęzie, parskają konie, kopyta głucho uderzają o leśną ściółkę. Niczego nie widziałem i niczego nie słyszałem, a przecież jest ich tak wielu!
Ruszam przed siebie. Mijam zakręt. Jakieś pięćdziesiąt kroków przede mną na środku drogi stoi trzech jeźdźców. Kilku mam za plecami. Po bokach między drzewami wolno stąpają ciemne sylwetki. Jeden zrównuje się ze mną i jedzie obok w milczeniu. Uspokajam Albireo. To największy jeździec i koń jakich widziałem w życiu. Nie patrzy na mnie. Wzrok ma utkwiony w tych, co stoją na drodze. Ma smutną, poznaczoną bliznami twarz. Czarny włos, mocno przetykany siwizną, kędzierzawi mu się na kwadratowej szczęce, a nos - chyba niegdyś orli - ma złamany w dwóch miejscach.
Mam wrażenie jakbym jechał u boku starego przyjaciela. Wszystko wiemy o sobie, niemal wszystko już sobie powiedzieliśmy w długiej podróży, nie potrzebujemy słów, by cieszyć się ze swojego towarzystwa. Ach, gdybyś naprawdę był moim przyjacielem, uśmiechnąłbyś się i powiedział, bym się nie lękał, że wszystko będzie dobrze. A ty milczysz uparcie, więc nie masz dla mnie dobrych wieści. Prawda?
I skończyła się już droga. Dalej nie pojadę. Wielkolud został nieco z tyłu, niemy i śmiertelnie poważny. Patrzą na mnie pozornie obojętnie, groźni, żylaści, z sękatymi dłońmi opartymi na głowniach ciężkich szabel. Ten pośrodku, najstarszy, o szarych przenikliwych oczach – zgaduję, że dowódca – unosi w górę rękę i po chwili zza drzew po mojej prawej stronie wychodzi, prowadzony przez jednego z żołnierzy, Jakub Grzela.
– Ten oto człowiek szukał córki? - Głos starego żołnierza, mówiącego całkiem udaną polszczyzną, jest głęboki i śpiewny.
– Tak jest, panie. - Grzela gnie się usłużnie. - Ale to nie człowiek, panie oficerze, to diabeł! - Mówiąc to, czyni znak krzyża. - Chłopów pobił, kijem. Samojeden! Imię jego takie, że prędzej język w supeł zaplączesz, niż zdołasz je wyrzec. Prędzej wyplujesz, niż wypowiesz. I czarownicy najlepszy to kamrat!
– Jakiej znowu czarownicy? To wy tu i czarownicę macie, hę? - Rosjanin wydaje się być szczerze zainteresowany. Coś niby uśmiech rozgania zmarszczki na jego twarzy.
– Chcieliśmy spalić taką jedną wedle zwyczaju, jak to się z wiedźmami zwykle robi, a ten tu nie dozwolił – mówi i strzyka śliną pod kopyta Albireo, a tak rusza wąsiskami, jakby niedźwiedzia w kniei zwąchał. - Znaczy, czorta pomocnik, albo i sam diabeł w ludzkiej postaci.
– Ciekawie i logicznie żeś to był wywiódł, tak. Ale kim on jest, nie twoja to rzecz. Możesz odejść.
– A zapłata, panie oficerze? Obiecaliście. - Słyszę szczery zawód w głosie psubrata. Chwyta za połę długiego szarego płaszcza i wczepia się weń jak rzep. - Obiecaliście zapłatę!
– Tak, prawda, obiecałem. - Szare oczy Rosjanina robią się zimne jak stal.- Rozlega się świst, a potem nieprzyjemny dla ucha trzask pękającej skóry, gdy rzemień kańczuga owija się wokół głowy Grzeli, który zaraz zaczyna drzeć się wniebogłosy, a wszystko to przy wtórze rżenia spłoszonych koni.
– Precz!
To było już po rosyjsku, ale Jakub Grzela doskonale pojął, czego się od niego oczekuje. Rusza biegiem przed siebie, wyjąc z bólu i upokorzenia. Boso.
Rosjanin odprowadza go przez chwilę obojętnym spojrzeniem, a potem zwraca swą pokrytą bliznami twarz ku mnie. Przechyla na bok głowę. Szybko gaśnie zimny blask w jego oczach. Można by rzec, że są wręcz dobrotliwe. Tak wilcy wpatrują się w zagubione pod lasem jagnię.
– Pan Hubert Wiczery, jak się domyślam? Nieprawdaż?
Dzisiaj rano podjąłem złą decyzję.

W tekście wykorzystałem fragmenty jednej z ksiąg Starego Testamentu: „Pieśń nad pieśniami”.

Dział: Opowiadania
poniedziałek, 07 listopad 2016 16:40

Konkurs - Wojna starego człowieka

W dzień swoich siedemdziesiątych piątych urodzin John Perry zrobił dwie rzeczy. Najpierw odwiedził grób żony. A potem wstąpił do wojska.

Dział: Zakończone
sobota, 15 październik 2016 16:32

Wojna starego człowieka

Już prawie zdążyłam zapomnieć, jak smakuje prawdziwe science fiction. Pierwszy tom cyklu Wojna starego człowieka Johna Scalzi odświeżył mi na całe szczęście to wspaniałe uczucie.

Kto z nas nie marzył choć raz, by żyć wiecznie? Perspektywa ta jednak zmienia się nieco wraz z upływem czasu, gdy przychodzą kolejne schorzenia i życie wieczne w takim stanie wydaje się mordęgą. Rząd Stanów Zjednoczonych w nieokreślonej przyszłości znalazł jednak rozwiązanie tego problemu, fundując emerytom nowe życie, pod warunkiem zaciągnięcia się do wojska. Decyzję o spędzeniu reszty swojego życia w ten sposób podejmuje główny bohater powieści, John Perry. Musicie bowiem wiedzieć, że ludzkość poczyna sobie w kosmosie coraz śmielej i potrzebuje coraz to nowych sił, które będą chroniły zdobyte przez nią planety. Co prawda decyzja wstąpieniu w siły wojska wiąże się z wyrzeczeniem się całego dotychczasowego życia, jednak biorąc pod uwagę, że na Ziemi pozostawia się jedynie ustatkowanego już syna oraz szczątki doczesne żony, nie wydaje się to taką złą możliwością, jeśli w zamian otrzymamy drugie życie.

Tym sposobem razem z Johnem Perrym lądujemy w przestrzeni kosmosu, któremu daleko do pustego. Na poszczególnych planetach żyją bowiem nie tylko ludzie będący efektem procesu kolonizacji, ale i obce rasy. Koegzystencji mieszkańców daleko jednak do pokojowej, bieustanie toczy się walka o poszczególne planety, a żadna ze stron nie chce zrezygnować z tego, co jak uważa, słusznie jej się należy. Krew leje sie więc gęsto, a poszczególne rasy różnią się pomiędzy sobą nie tylko wyglądem, ale i sposobem walki, co stanowi duże wyzwanie. Wszystko to sprawia, że rekruci giną niekiedy nadzwyczaj szybko. Dlatego trudno tutaj do kogokolwiek się przyzwyczaić, czy stworzyć jakiekolwiek mocniejsze więzi.

Sam pomysł na wykreowany świat nie należy może do zupełnie odkrywczych, ale z drugiej strony, nie stanowi to wady. Książka wciąga od pierwszych stron i chętnie wchodzimy w to uniwersum. Dużą zaletą jest przystępny język. Dziejąca się akcja jest wartka, pomysł ciekawy, a całość nie jest pozbawiona humoru, wszystkie te elementy sprawiają, że warto sięgnąć po tę książkę. Autor nie ucieka również od trudnych pytań, takich jak rola jednostki, jej miejsce we wszechświecie o posiadanie moralności i sumienia pośród toczącej sie wojny i kolejnych śmierci towarzyszy i obcych. 

"Wojna starego człowieka" to kolonizacja, podróże pomiędzy galaktykami, nieco fizycznych teorii, ciekawe pomysły technologiczne oraz świetna zabawa. Niektórym może co prawda zabraknąć nieco większego opisu poszczególnych ras, z któymi spotykają się nasi bohaterowie. Ja jednak nie mam w tym aspekcie nic do zarzucenia recenzowanej pozycji. Jeśli tylko cenicie sobie space operę w militarnym wydaniu, koniecznie sięgajcie po tę książkę. 

Dział: Książki
środa, 31 sierpień 2016 12:25

"Wojna starego człowieka" pod patronatem

14 września w księgarniach pojawi się książka, od której rozpoczęła się wielka kariera wielokrotnie nagradzanego autora fantasy Johna Scalziego, ceniona przez krytyków i wielbicieli gatunku space opera „Wojna starego człowieka”. Pozycja ukaże się nakładem wydawnictwa Akurat oraz pod patronatem Secretum.

Dział: Patronaty
piątek, 08 maj 2015 13:44

Piotr Żamojda - Przebudzenie

„Serce moje straciło pół wagi

w czarnej kąpieli...
przyszło kilku aniołów półnagich --
miłość ze mnie jak suknię zdjęli.

Kurczę się, ściemniam, zmieniam,
układam jak groch w łupinie -
zapominam własnego imienia
i czas mi przez głowę płynie.

Przyczepiona jak bańka do sennych porostów,
bezpiecznie żyje w niebycie.
Zapominam po prostu,
że jest życie.

Powinnam pozostać raczej
w tym świecie sinym!
bo na powierzchni płaczę,
jak Mojżesz w koszu z wikliny.

Budzę się, jak się budzi domniemany nieboszczyk,
z przebudzenia szczęśliwy i dumny,
zanim się nagle zatroszczy,
uderzywszy o ścianę trumny."

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska: Sen i przebudzenie

*

Jutro, w dzień letniego przesilenia, dwudziestego pierwszego roku panowania Jego Wieliczestwa Imperatora,  Tego Który Przynosi Pokój, Iwana Palca, przyjdą mnie zabić.

Być może teraz na nich patrzę. Może siedzą tu, na sali, za którymś z dębowych stołów, piją czerwone mołdawskie wino i jedzą chleb, który dziś upiekłem? Draby szubieniczne, dusiciele kwadratowi, wplecynoże rdzawe opłaceni przez moją żonę. Moją Małgorzatę, moją Panią Poranka.

Mój Boże, jak do tego doszło?

Miłość umarła? Nie... Miłości nie było.

Cóż teraz?

*

– Ręce masz takie szlachetne, żelazne, jakby nie oberżysty. Zda się, duszę z ciała byś wycisnął jednym zamknięciem dłoni. Będzie mi brakowało ich dotyku. Zresztą nie tylko ich... - powiedziała cicho, niespodzianie  po długim milczeniu najmłodsza z sióstr Poiret , Julia.

– Wybierasz się gdzieś na dłużej? - Odwróciłem się. Pięknie kruczyły się jej długie włosy w załomach białej jedwabnej pościeli, którą przywiozłem z Heraklei pod Konstantynopolem dla mojej żony Małgorzaty. Płacony złotem postaw jedwabiu za dobre słowo, za uśmiech, za niewymuszony pocałunek. Gdzie teraz jesteś, Małgosiu, moje ty szczęście, nieszczęście ty moje?

–  Musisz wyjechać na czas jakiś Hubercie, być może nawet uciekać!

–  O ho! Jakiś zacny kawaler chce pomścić twą utraconą już na wieki, a za moją to sprawką,  cnotę?

Puściła mimo uszu to niezbyt błyskotliwe zapytanie.

– Rzecz straszną słyszałam, powiadam ci, jak z romansów, których nam ojciec czytać nie pozwala, jako że są nieobyczajne, gorszące i przeciw porządkowi boskiemu i ludzkiemu pisane.

– I cóż takiego słyszałaś, panno ty moja nieobyczajna, lekturą francuskich romansów odurzona? Pani powzięła zabić pana, hę?

– Nie kpij. Małgorzata rozmawiała wczoraj w wielkiej tajemnicy z pewnym człowiekiem, który przyszedł nocą ciemną do ogrodu mego ojca.

– Opowiadaj, ze wszystkimi szczegółami, szpiegu w spódnicy najdroższy ty mój. - zakończyłem prośbę pocałunkiem w czoło.

Słowa, dużo słów, a miąższ ich czarny. Zdało mi się, że słońce zbladło za otwartym oknem, a świerszcze wpadły w fałszywy ton.

– Cięta na szmal suka! Ona chyba naprawdę cię nienawidzi. Ciekawa jestem dlaczego?

– Za wyjątkiem tego, że regularnie wprowadzamy w życie zakazane dzieło Owidiusza, chyba nie ma powodów by mnie nienawidzić. – Próbowałem się uśmiechnąć, ale usta wygięły mi się raczej niesymetrycznie.

– Wie o nas!? - Julia uniosła się gwałtownie otwierając szeroko swoje ciemne fiołkowe oczy. Zakołysało się cudnie dwoje bliźniąt gazeli.

– Żal mi będzie... - pomyślałem. - Nie, nie wie. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Usiadła na skraju łóżka, opuściła bose drobne stopy na ciemną dębową podłogę, pochyliła głowę i zaczęła cicho chlipać. Łzy jęły jej się kręcić na smolistych rzęsach. Kryształowa kropla zeszła gładko po rumianym policzku na kształtny nos, a potem upadła bezgłośnie na nagie, nieostygłe jeszcze udo.

– Co teraz będzie?

– Nie wiem – odrzekłem. - Nie wiem, czy to wszystko prawda. Czy babskie bajanie – dodałem w myślach.

*

- Panie Wiczery! – W głosie dyrektora filii Banku Wilfried i Maks, Esterchazego Schulza, zaczęły pobrzmiewać lekkie tony niedowierzania, oburzenia, a na koniec - tak mi się wydawało – wdarły się nuty lekkiej histerii. - Pan był u nas w ubiegłym tygodniu wraz z małżonką. Pan osobiście!

Miałem wrażenie, że żołądek zechciał uciec mi przez gardło.

– Doprawdy nie wiem, tam ten tego, co mam o ty myśleć?!

– Ja akurat wiem, co mam myśleć, panu jednakoż nie pomogę w myśleniu – odparłem zimno.

Biała koronkowa chusteczka, którą ściskał w ruchliwych, pulchnych palcach, zbyt pretensjonalnie ozdobionych licznymi złotymi pierścieniami, raz po raz opadała na spoconą łysą głowę dyrektora. Nie znałem go z tej strony. Niegdyś sądziłem, że mentalnie jest jak sztaba żelaza – nie do złamania.

– Zażądał pan zdeponowania wszystkich aktywów w złocie... - Esterchazy Schulz wtapiał się - przypuszczałem, że taką miał przynajmniej nadzieję - w duże, podkreślające dobitnie  jego znaczącą funkcję w banku, krzesło.

– Udało mi się, jak przypuszczam.

Wzrok miałem pewnie jak u bazyliszka, bo skamieniał i zaniemówił na długą chwilę.

– Bez większych trudności, skarbiec był pełny. Nie było też problemów z potwierdzeniem tożsamości. Zawarł też pan.... nie pan... dodatkową polisę na życie. Świadczenie ma być wypłacone w przypadku pańskiej śmierci w ciągu dwunastu miesięcy od daty podpisania umowy.

– Mojej żonie, rzecz jasna.

– W istocie.

Tym razem to ja zamieniłem się na chwil parę w siedzącą wersję żony Lota. Szok musiał  wyrysować mi się na facjacie, mocno i wyraźnie. To i moje dłuższe milczenie ośmieliło widać dyrektora Schulza, bo ten widać złapał oddech, nachylił się ku mnie blisko, tak że prawie sięgnął swymi mięsistymi wargami mego ucha, na co dreszcz nieprzyjemny mnie przeszedł i rzekł:

– Panie Wiczery, pan masz niefart, że tak powiem, dubeltowy!

– Powiadasz pan, panie dyrektorze Esterchazy... – ocknąłem się patrząc mu w oczy, zdało mi się różnokolorowe.

–  Pech pański polega na tym, że kobieta od pana uciekła, nie boję się tu użyć słowa, na zawsze. Ale czy to pech pański największy?

O, ho! Błyskawicznie przechodził do ofensywy.

– A honor pański, gdzie? Zszargany. A męska reputacja? Wątpliwa. Co ludzie powiedzą, panie Wiczery? Rozniosą jęzorami na strzępy!

– O to się pan troskasz? Do rzeczy, człowieku! – Odsunąłem go zdecydowanie otwartą dłonią. Silnie czosnkiem woniał z ust cham w białym kołnierzu nagle spoufalony.

– Oczywiście, oczywiście – usiadł z powrotem, rozparł się wygodnie, większy jakby, pogładził nienagannie biały kołnierzyk, położył dłonie na pysznie zdobionych ramionach krzesła i raczył był powiedzieć:

– Przy nas jest pieniądz, którego umiemy i lubimy używać, znaczy przy nas jest władza. Bank to nie tylko moja skromna osoba, nas jest wielu, legion, rzec by można – tu zarechotał niczym płaz w ludzką skórę obleczony, prostacko, głęboko z gardła niestosownie do jego pozycji, ale cóż wolno mu -  a Hubert Wiczery jest jeden. Powiem krótko, bo dostrzegam w panu pewną niecierpliwość, którą interpretuję brakiem czasu i chęcią rychłego opuszczenia naszych skromnych progów. Nic pan nam nie udowodnisz, nic nie wskórasz. To jest niefart pański główny, najważniejszy. Wybrałeś pan złoto ze skarbca i nie dostaniesz go drugi raz. Doradzam zapomnieć jak najrychlej o odszkodowaniu, a szybciej przestanie boleć i tak już skołatana głowa. Podpisał pan dokumenty w przytomności świadków. Na papierze jest pański podpis, a papier naszego banku jest, by tak rzec, żelazny.  A teraz – odchylił się  mocno jakby dla złapania wzrokiem szerszej perspektywy - pilnuj, człowieku, żeby małżonka szanowna nie miała podstaw do wypłacenia polisy na życie.

*

No i znikła baba wściekła. Wyjechała z dziećmi dwa dni temu. Jakiż żal! Dzieci nie są, po prawdzie moje, ale jeżeli coś jeszcze trzyma mnie w tym małżeństwie, to właśnie one. Marysia i Sebastian. Dziewczynka, sześcioletnia, jest uroczym, bystrym dzieckiem, które kocha mnie – tak myślę -  prawdziwie. Miłością małego dziecka, oczywistą i bezwarunkową. Jakby mi ktoś żebra wyrwał!

Chłopiec, blady i wyniosły jak jego matka, nad wyraz bystry dziesięciolatek, trzyma mnie na dystans. Ma prawo do nieufności i odrobiny chłodnego dystansu. Przeze mnie nie miał już matki na wyłączność. Nigdy w pełni się nie zaprzyjaźniliśmy. Po prawdzie, to też mu w tym specjalnie nie pomogłem. Wolał pielęgnować wspomnienie ojca bohatera, który zginął na wojnie z turkami, niż przyjaźnić się z kimś, kto - jak mawiał jego dziad – nad wszelką wątpliwość z chytrych kmieci a nie z leniwych panów ród swój wywodzi.

Według starego bliżej mi do Chama niż Jafeta. Cóż, nikt z tej gnuśnej, podupadłej finansowo, szanowanej  - diabli wiedzą za co – w bliższej i dalszej okolicy, szlacheckiej rodziny nie darzył mnie jakąś szczególną estymą. Można by rzec, cieplejsze uczucia wobec mej skromnej osoby wypełniały familię Poiret raz na pół roku, kiedy senior rodu mógł zrealizować w banku sowity czek, sygnowany moim nazwiskiem. Taką mieliśmy ze starym umowę. Bez świadków, dyskretną, ale spisaną w przytomności notariusza. To była cena za jego zgodę na małżeństwo z Małgorzatą.

Mam wyjątkowy talent do pomnażania pieniędzy. Tak przynajmniej ludzie powiadają, a skoro powiadają ci, co też pieniądze mają, to w istocie pewnie tak jest. Moja żona nie wie nic o moich innych interesach, akcjach dywidendowych Kompanii Manufaktur Wełnianych, Wschodniej Kompanii Węglowej,  dużej sumie pieniędzy zdeponowanych w Banku Wilfried i Maks, złocie z przemytu zakopanym w lesie pod Białymstokiem.

*

– Pierwszy raz w tym miejscu? - stwierdził raczej, niż zapytał szef straży miejskiej Bruno Bucholtz, po godzinach prywatny detektyw, przemytnik, łowca głów i kolega w interesach  tych mniej legalnych, prowadząc mnie skąpo oświetlonym korytarzem kostnicy, mieszczącej się w podziemiach miejskiego szpitala.

– Pierwszy – odparłem. - Pomijają mnie, kiedy rozsyłają zaproszenia.

Mój przewodnik uśmiechnął się, zakręcił czarnego wąsa, chciał coś rzec, rozmyślił się jednak. Zeszliśmy dość głęboko. W dużej sali z jasnego kamienia było bardzo zimno.

– Ależ chłód! Ząb na ząb nie trafia.

– Głębokość, kamień i naturalne cieki wodne pod podłogą - wyjaśnił Bruno. - Zimą lepiej tu nie schodzić. Trudno ustać na nogach, tak ślisko.

–  Zapamiętam.

Bucholtz zdjął ze ściany lampę olejową, chwilę trwało nim zapalił knot, po czym skierował mnie do samotnego, przykrytego lnianym prześcieradłem ciała, które spoczywało na solidnym drewnianym stole tu i ówdzie pokrytym starymi rdzawymi plamami.

– Zaciekawił mnie ów truposz po tym, jak usłyszałem od ciebie, co stało się w banku. Chłodzi się tutaj nieborak od wczoraj. Tymczasem, w oczekiwaniu na godny pochówek, pozwoli nam ów bladolicy jegomość powziąć pewne domysły – powiedział i zsunął prześcieradło. - Patrz! – rzekł szef straży miejskiej, po godzinach bardzo zajęty obywatel naszego miasta.

– Patrzę, nic innego ciekawszego nie przykuwa tu wzroku – odrzekłem.

Pełza światełko po twarzy bezkrwistej, blade, niezdrowe. Jak biały głodny robaczek.  Myśl taka mnie naszła głupia i zaraz śmiech szalony nielicujący z sytuacją i miejscem, wzbudził mi się głęboko w trzewiach i jął pełznąć do gardła. O to facjata, znajoma! A powiadają niewiasty co poniektóre, że całkiem udana, przystojna. Z jakiego żeś rynsztoka tu przybył życie mi psuć?

– Teraz już wiesz dlaczego cię tu przyprowadziłem?

– Tak, teraz już wiem.

– Zatkało cię?

– Zatkało.

– Wypisz, wymaluj z twarzy Hubert Wiczery, tylko uśmiech od ucha do ucha nie w tym miejscu, gdzie być powinien. Coś mi się widzi, że to on był z Małgorzatą w banku. Twoja żona, albo ktoś inny zadał sobie sporo trudu, żeby znaleźć bliźniaczo wręcz podobnego do ciebie jegomościa. Nie wiem, jakie jeszcze prowadzisz interesy, gdzie ulokowałeś gotówkę, ale doradzałbym rozeznać się, czy nie tylko zostałeś bez żony, ale czy nie przy okazji z gołą dupą. Jeśli dotąd  myślałeś, że nie grozi ci niebezpieczeństwo, to powinieneś jednak zmienić zdanie i zacząć oglądać się za siebie. Nie czujesz mrowienia między łopatkami? Mogło być też tak, że ktoś, kto cię dobrze zna, przyszedł do niej z jasno nakreślonym planem, przygotowany i bardzo zdeterminowany. I był bardzo przekonujący - stwierdził Bucholtz, po czym zamilkł na chwilę, pogrzebał grubym paluchem przy knocie w lampie. – Przyjrzyjmy się lepiej naszemu świadkowi, może nam coś powie. Nie walczył, a przynajmniej nie ma śladów walki na jego ciele. Gardło poderżnięto mu bardzo ostrą stalą. Pod nosem, jeśli dobrze się przyjrzysz, zobaczysz ledwo widoczne ślady narkotyku, najpewniej opium. Ciało wywieziono do lasu, ale nie zdążono go zakopać. Ktoś zapewne spłoszył morderców. Zostawiłem dwóch ludzi w okolicy, być może, że ten kto przywiózł trupa do lasu, wróci w to miejsce. Na miejscu znalazłem ślady wozu, kupieckiego – jak mniemam - głęboko odciśnięte, szerokie.

*

Jutro letnie przesilenie, święto miłości, rozpusty i szeroko pojętej dobrej zabawy. Tłum gości różnobarwny, przesiąknięty już nieco potem i alkoholem, zdaje się rozsadzać ściany. Brak już miejsc przy stołach. Jest głośno i gorąco. Dusi mnie w środku. Kazałem wynieść się muzykantom na zewnątrz, głowa mi pęka. Jaki złośliwiec wydumał dudy?

Napiłbym się wina, ale muszę mieć jasny umysł. Powinienem coś zjeść, ale wszystko staje mi w gardle, suche, bez smaku. Przede mną kawałki smażonego węgorza. Tłuste z chrupiącą skórką. Chleb jest jeszcze ciepły i pachnący. Ciemne, zielone oczy nowej podkuchennej, gdy mi go niosła, były rozmarzone i bezczelnie zalotne. Obok stoi miseczka sosu korniszonowego i kufel jasnego piwa. A mnie nawet nie zbiera się ślina w ustach. Ani na jedzenie, ani na krągły i sprężysty tyłek pomocnicy kucharki.

Co zrobią ci wszyscy, którzy tu pracują za dni kilka, kiedy okaże się, że nie wracam. Że mnie nie ma, że przepadłem? Kiedy zaczną szeptać, a potem powtarzać na głos zasłyszane plotki? Jak szybko odejdą? Kto z nich pierwszy okradnie mnie na odchodne?

Trzeba się zbierać. Czas już. Za bardzo igram z losem siedząc tu na widoku. Ale w końcu, gdzie ma być bezpiecznie, jak nie pod swoim dachem wśród znajomych ludzi?

Walnąłem głową w wieko trumny. Od środka!

Miecz spakowałem. Podarował mi go niegdyś przyjaciel w interesach, kupiec korzenny, Moskal, dobry człowiek.

*

– Mam nadzieję, że nigdy nie nadejdzie taka potrzeba, by go użyć  - powiedział Afanzy, wyjmując go niespodzianie spomiędzy pakunków na wozie, którym wracaliśmy z podróży na wschód zeszłego lata. - Ale kto wie, w jakich czasach przyjdzie nam żyć, dajmy na to za rok? No,weź, obejrzyj, zważ w dłoni – podał mi zawinięty w płótno oręż, sam wyjął zza pazuchy pokrytą piękną patyną fajkę z pianki morskiej i jął niespiesznie ładować główkę tytoniem.

– Piękna i śmiertelnie groźna broń – taką oczywistość wypowiedziałem po kilku chwilach milczenia wypełnionych równomiernym poskrzypywaniem żelaznych osi dziesięciu kupieckich wozów zaprzężonych po cztery konie każdy, mozolnym, głuchym stukaniem końskich kopyt, pokrzykiwaniem, pierdzeniem i głośnym smarkaniem woźniców. - Głownia ponad półmetrowa, lekko wygięta do góry, jednosieczna – jakbym czytał traktat o białej broni. -  Sztych zaokrąglony, jelec w kształcie tarczki. Wygodna rękojeść, drewniana owinięta skórą płaszczki. Doskonale wyważony oręż– zakończyłem.

– Tak ja i sobie dumał, że znasz się na tym.

– Tak po prawdzie, to nie wiem skąd u mnie ta wiedza – odparłem zupełnie szczerze, nieco zmieszany.

Pokiwał tylko głową. Raczej mi nie uwierzył.

– Dziś jedziemy z drogim towarem syci i zadowoleni z życia. Dziś nam się udało. - Wciągnął w usta fajkowy dym, cmoknął i powoli wypuścił aromatyczny produkt spalania zamorskiego ziela w postaci bladego rozedrganego kółka, po czym jął dalej kontynuować powziętą wcześniej myśl. - Dom mój niegdyś był drewniany, jeszcze po rodzicach, pokrzywiony, ale na solidnych fundamentach postawiony. Teraz jest z czerwonej cegły, dwupiętrowy, przez holenderskich mistrzów postawiony. Dużo w nim okien. Lubię jak jest widno. Jak się budzę bez uczucia głodu, a w kościach zbytnio nie łamie i do tego jest ciepło pod pierzyną, a słońce rano w szybach zabłyśnie i dzieci zaspane ze śmiechem przybiegną do łóżka, myślę sobie, to jest dobre życie. Na duszy robi się błogo, myśli nie dopuścisz, że to wszystko, co dobre wokół ciebie, może kiedyś odejść. Im więcej tego dobrego tym bardziej się lękam, Hubercie. Ale nie wtedy, kiedy wyjeżdżamy za pieniądzem w co raz to dziksze strony. Nigdy nie byłem odważnym człowiekiem. Strach często przeszywa mą duszę na wskroś. Jakże ja potrafię się bać! Nie dumał ja kiedyś, że aż tak można. Boję się, że nie obronię bliskich, że nie podołam, kiedy los okaże się niełaskawy. Niby jesteś, jak to mawiają, kowalem swego losu, ale też, tak po prawdzie, nie wszystko zależy tylko od ciebie. Choćbyś nie wiem jak się napinał, jak silna wola i myśl by cię wypełniała, często jest potrzebny ktoś jeszcze, żeby pomóc. Ot, choćby wyjąć drzazgę  z podeszwy, żebyś mógł pójść do przodu swoim równym krokiem.  A znajdzie się też taki ze złą wolą, zwróci na ciebie swoją uwagę, zaweźmie się i nie da spokoju. Milczysz. Przynudzam, co? - zwrócił ku mnie swoje oczy koloru ciemnego piwa  zwieńczone czarnymi krechami wybujałych brwi.

– Zdarza ci się, nie zaprzeczę, ale potrafisz też jak mało kto ciekawie gadać. Nie mówię, że mądrze – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu szczerym – ale ciekawie.

– Wojna będzie! Taka myśl się we mnie zrodziła i nie chce opuścić łba mego strapionego, odkąd nasz imperator – obyś Panie jak najprędzej zwolnił go z urzędu - kazał publicznie utopić swoją małżonkę pod wątpliwym zarzutem cudzołóstwa i zaraz potem sprowadził na dwór cesarski z lasów spod Moskwy Wiedźmę. On ponoć czarownik, nekromanta czy inna swołocz, tak dwór – mówią – w strachu szepce, a kobieta jego czarownica i to nie byle jaka. Ponoć patriarcha Hiob zamknął się w klasztorze w Staricy i nosa stamtąd nie wyściubia. Ze strachu. Tak ja i zaraz i wydumał, że przy nich potęgi większe niźli najlepsza armia. Tacy, to prędzej czy później, cały świat zechcą wziąć we władanie. Bez nikakich, pójdzie on na zachód z wielkim ludem. Wasz król, Stanisław, ma srogie wojsko, ale nasz samodzierżca połowy świata. Któż się oprze? -  Zamilkł, nie oczekując odpowiedzi. Odjął fajkę od ust, wyczyścił  starannie główkę z resztek popiołu i tytoniu, po czym włożył ją do skórzanego futerału i schował za pazuchę.

Wziął ode mnie miecz, położył na obu dłoniach, jakby go ważąc, zadumał się chwilę.

– Przyjmij go – powiedział. - To prezent od druga Moskala. W tej części świata takich nie robią. Znam się trochę na tym i coś mi mówi, że ty też się na tym znasz. Nie zaprzeczaj powtórnie. Widziałem, jak żeś połamał ręce tamtemu Turkowi. Może nadejść czas, kiedy trzeba będzie opuścić dom, drzeć podeszwy po gościńcach i kły szczerzyć kundlom w nos niczym zgoniony wilk. Ty jesteś z wilków, musisz mieć czym kąsać!

Przyjąłem. Jakże miałem nie przyjąć?

– Zapraszam do mego domu. Musisz dobrze zjeść przed dalszą drogą. Od tego, co tu na wozach wieziemy i jemy drugi już miesiąc, dupę rozrywa. Odpoczniesz, sił nabierzesz. A znajdzie się też prymka tytoniu i kilka kwaterek dobrego miodu. Ochronę trzeba rozpuścić. Pomieszkasz u mnie dwa, trzy dni i wyruszysz sam do domu konno. Towaru nie masz. A za to, co wieziesz zaszyte w odzieniu, gardło ci poderżną  na popasie. Swoją drogą, to dobrze robisz. Zacznie się chaos, śmierć, pożoga. Kamienie  i złoto mają wielką wartość przy niewielkich rozmiarach. Zabierzesz ze sobą, ukryjesz, nie zgnije ci to w ziemi, a i w czas najgorszy zawsze pewna to waluta, nie to co kwity papierowe. Dam ci dwóch ludzi do ochrony....

– A skąd wiesz, czy ci twoi na życie moje nie nastaną?

– Musieliby jakoś uradzić, co gdzie, kiedy i czy w ogóle jest sens próbować. Ale nie zrobią tego – tu po raz pierwszy od kilku dni szeroko się uśmiechnął. - Szczerze się nienawidzą!

*

W stajni jest cicho i jasno od lamp. Niepokoi mnie wóz kupiecki, którego nie powinno tu być. Beczki z winem. Duże ze starego dębu, na bokach mają wytarte sygnatury Toskańskiej Kompanii Winiarskiej. Większe niż zazwyczaj. Nie zamawiałem takich, ale nic mnie to już nie obchodzi. Jest w nich jednak coś dziwnego, coś co przyciąga wzrok. Skręca szyję i każe patrzeć! Jaki Czort?! Podchodzę do wozu. Kare konie nie zwracają na mnie uwagi, stoją cicho, bez ruchu, w żałobie jakby. Dotykam palcami frapującego ładunku. Dębina jest gładka i ciepła. Stare, wygładzone przez setki dłoni, oddychające  powietrzem dalekich krain i ciemnych piwnic, drewno. Coś jest nie tak, jak być powinno. Mam wrażenie, że klepki zaraz zaczną trzeszczeć, krzywić się, a stalowe obejmy pękną  i ... I co?! Pukam w ciemne drewno. Pusta?! Druga pełna, ale poszedłbym w zakład, że nie ma w niej wina.

Słyszę śpiew! Daleki i smutny, złożony z wielu głosów. Nie rozróżniam słów, ale wiem, o czym traktuje. Po chwili pierwsze łzy zaczynają płynąć mi po policzkach. Wiem, że nikt kto stałby obok, nic by nie usłyszał. Pamiętam taki śpiew. Lat temu przeszło dwadzieścia, kiedy biegłem zdyszany, pełen złych przeczuć trumiennym korytarzem szpitala św. Łazarza w Lublinie. Śpiew, zdawało mi się, anielski, bezosobowy odprowadzał w tym czasie, wolnym od ziemskich namiętności crescendo, moją matkę i kilkuletnią siostrzyczkę przed oblicze Stwórcy. Nim wszedłem do szpitalnej izby, wiedziałem, że jestem już na tym świecie sam jak palec. Nie pełne współczucia, zmęczone oczy Sióstr Miłosierdzia, ale ten głos eteryczny, wsączający się w serce, powiedział mi o śmierci najbliższych mi osób. Wiele poszło w niepamięć, pamiętam jednak z tamtego dnia strach i tę dojmującą pewność końca świata.

- Mors meta malorum. - Usłyszałem w progu łacińską sentencję. Szarytki w większości nie znały polskiej mowy, mówiły głównie po francusku, a matka przed śmiercią chciała słyszeć ojczysty język. Śmierć kresem cierpień. Mam nadzieję, że tak jest i obie są w niebie, w wiecznym spokoju i szczęśliwości. A kto umarł teraz? Nie, nikt nie umarł! Nie tym razem. To historia z tych, które kończą się dobrze.

Będziemy rozmawiać, Małgorzato! Długo w noc, jak będzie trzeba. Znam dużo dobrych słów, takich, które goją rany. Powiesz, że mi wybaczasz grzech zaniedbania, a ja w niewypowiedzeniu wybaczę tobie, że ode mnie odeszłaś. Już nigdy więcej cię nie okłamię! Będę cię kochał. Zobaczysz! Teraz, kiedy nie ma ciebie, nie ma dzieci... Zniknę na kilka dni, aż minie zły czas. Bo kiedyś minie, prawda? Wrócisz tu i ja wrócę, choć nie znam dnia. Pamiętasz?! Wiersz ci mówiłem szalony winem w świeżej pościeli, w dzień twego imienia... Jak to było? Nie pamiętam!

Drzwi uchyliły się bez najmniejszego szelestu, a lodowy sopel powoli zsunął się po moich plecach.

Niech cię piekło pochłonie, kobieto!

*

Dwóch ich było. Starszy szpakowaty jegomość z siwymi wąsiskami sięgającymi naznaczonej bliznami brody, ubrany jakoś z chłopska, ważył w sękatej dłoni lekki - mogłem zgadywać  - poręczny i ostry tasak. Młodszy ospowaty, o ponuro rozdziawionej niczym u suma gębie, zamknął za sobą drzwi stajni, zasunął żelazną zasuwę, skrzyżował na szerokiej piersi masywne ramiona i zastygł w bezruchu.

– Jest sprawa, panie Wiczery! - Głuchy, twardy głos starego zatrzeszczał jak napięty rzemień. - Smutna sprawa, czarna... Najsampierw chcieliśmy o odpuszczenie prosić. My ludzie religijni...

Patrzyłem w  zimne, szare oczy nieznanego mi człowieka i nie wierzyłem w to, co się dziać zaczęło. To już? Czas się wypełnił?

– Mieliście przyjść jutro...

– Już jest jutro, znaczy dziś jest dziś... Aa tam! Północ właśnie minęła!

To prawda, cały czas myślałem o dniu swojej śmierci jak o pięknym słonecznym popołudniu.

– Nic do pana nie mamy. Znaczy ja i syn mój, Waldek. – Wskazał ręką trzymającą tasak odzianego na czarno, jakby teatralnie, zbira – Takie rzemiosło.Głowę trzeba dać! - Ostatnie słowa wypowiedział szybko, zimno, bez zbędnych ceregieli.

– Zapłacę podwójnie! - rzuciłem.

– Od pana zależy, czy będzie szybko – nie zwrócił uwagi na moje słowa – czy też w boleści przyjdzie żegnać się ze światem. My wprawę mamy. To jak będzie? Odpuścisz pan grzech?

– Dajcie spokój, tatko! - Zadźwięczał wysoki głos spod drzwi. – Świecę się zapali i po sprawie. Choć dwóch groszy szkoda...

Coś zaczęło we mnie dudnić w środku, wzbierać. Strach ustępował gniewowi.

– Kto wam zapłacił? Moja żona? Mam dużo pieniędzy...

– Panie Wiczery - zakręcił niecierpliwie głową stary. - Może dziwnie to zabrzmi dla pańskich uszu, ale dobrą mamy reputację, słowa raz danego nie łamiemy. My ludzie rzetelni! To jak będzie? Hę?

– A komu żeś, kmiocie, słowo dawał!? - złość mnie wzięła nagła i niespodziana.

– O! Panie Wiczery! - Brwi bandyty ułożyły się w regularne wysokie półkola- Jak pan po dobroci karku nie nadstawisz...

– Stul pysk, łachudro z gościńca! - wycedziłem przez zęby. - Mielesz ozorem jak przekupka.

– Szkoda w męce ginąć...

*

– Nigdy wcześniej, powiadam ci, czegoś takiego nie widziałem! – Przekonywał z pijackim uporem swego kompana po fachu, Henryka, złodziej Franciszek w karczmie, gdzieś na rozstajach dróg, na których strach było zdzierać podeszwy spokojnym wędrowcom.

– Dobrze widziałem. O, tak, napatrzyłem się... Najgorzej, że kulasów nie mogłem rozprostować. Taką miałem, psia mać, kryjówkę!

Kąt w karczmie kipiał mrokiem niepokojonym światłem ledwie jednej słabej świecy, stojącej na stole. Zdać się mogło, że zwarł w sobie fajkowy dym, alkoholowy opar i gęste, ostre słowa. Wino było podłe, kwaśne i ciążyło nieprzyjemnie w pustym żołądku. Ale to już wkrótce, obiecywał sobie Franciszek, miało się zmienić. Smak wina i życia zarazem.

– Stary Kwiczoł z synowcem, niech im tam diabli w piekle drew pod kocioł nie żałują, nie lada zawalidrogi byli. Chłopy silne, rzekłbyś z dębu strugane, zwinni jak jaszczurki, a bili jak mało kto!

– Na każdą dupę znajdziesz bat – stwierdził z przekąsem Henryk i czknął głośno. Śmierdziało mu z pyska czosnkową kiełbasą i zepsutymi zębami. Jego kompan raz po raz krzywił nos.

– O, ba! Pewnie, że znajdziesz! - dorzekł. - Wsiowy filozof – dodał, ale już w myślach. - Dobrze się ukryłem, mimo to, wystrachałem się za całe życie! Ale, powiadam ci, warto było! - Powiedział Franciszek, po czym wyjął zza pazuchy niewielkie zawiniątko i konspiracyjnym gestem ukazał jego zawartość. - I jak? Powiedz, warto było?

– O tak! - stwierdził Henryk. A gdy to mówił, taki blask miał w oczach – i nie było to odbicie dopalającej się świecy - że gdyby Franciszek, który był mistrzem w złodziejskim fachu, lecz niestety nie był znawcą dusz ludzkich, dostrzegł w tym mgnieniu sekundy, owo pełne łajdactwa lśnienie, uciekłby natychmiast. – To bardzo piękna rzecz! Za taką rzecz – dodał w myślach – przyjaciela bym zabił...

– Nie powstała mi we łbie myśl taka, że los dopuści mi to zobaczyć! - Zadumał się stary złodziej. Pite w szybkim tempie wino potęgowało refleksyjny nastrój. - Mocne oba byli i ten trzeci nie ułomek, piekielnik. Jak więc nazwać tego, co pobił ich jak małe smarki ?

*

Rzucony z niebywałą wprawą tasak wbił się z głuchym mlaśnięciem w beczkę za moją głową! Zdziwił się dziad wąsaty. Na sekundę, dwie oczy lekko mu się rozszerzyły ze zdumienia. Podobne niedowierzanie musiał zobaczyć w moich. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak szybko potrafię zareagować!

Młodszy ruszył się spod drzwi, dobywając szybko i bezszelestnie z pochew po bokach dwa  długie noże. Szedł wolno po łuku w moją prawą stronę. Stary stał w zupełnym bezruchu. Wiedziałem, że skoczy, jak tylko syn jego znajdzie się wystarczająco blisko mnie, tak by mogli zaatakować jednocześnie. Wreszcie jest cicho, bez gadania, a ja - nie wiem dlaczego -wiem, co mam robić!

I coś bym zrobił, uczynił w mgnieniu oka, na zimno, okrutnie, lecz zjawił się ten trzeci. Jego nie usłyszałem. Wrażenie zrobił chyba na samym Czasie, bo ten zdawało się, zastygł!

Z cienia za moimi plecami wyszedł niespiesznie zażywny, gruby jegomość ubrany w szarą kurtkę z rękawami wyszywanymi w dole srebrną nicią, czarną płócienną koszulę i takież same szerokie spodnie wsunięte w wysokie, skórzane buty. Splótł długie pulchne palce na wysokości piersi, pokiwał smutno wielką  jak arbuz głową zwieńczoną strzechą krótko przyciętych rudych włosów.  Wyglądało to tak, jakby miał zaraz powiedzieć: „Cóż żeście znowu zbroiły, dziatki moje najmilsze!" A potem zdjąć pas i prać po gołych tyłkach winnych psoty nicponi. Zamiast tego jednak rzekł wysokim, dźwięcznym głosem:

– Ech, Kwiczoł, barani łbie! Beczki mi niszczysz!  - Pogładził niemal z czułością jeden z wyrobów bednarskiego rzemiosła. Dobra dębina, droga... - Zabierz to żelazo! – Jednym szybkim ruchem wyswobodził ostry jak brzytwa tasak i skierował go wytartą rękojeścią w kierunku starego. - Przeproście się z panem Wiczerym. Żeby tak w wigilię święta radości wszelakiej do gardeł sobie skakać? Jest niby o co, hę? Wody do piwa dobawił? Toć każdy rozcieńcza. - Uśmiechnął się jakoś tak miodnie, nieszczerze. - Czy pchły znalazłeś w sienniku i musieliście się z synowcem całą nockę po dupskach drapać, miast dziewki rozpasane na sianku chędożyć? No nie rób że ceregieli...

Człowiek, którego nazwał Kwiczołem, potarł ręce o lnianą koszulę, z lekkim wahaniem wyciągnął rękę, cmoknął, otworzył usta, chwilę jednak jeszcze pomilczał nim się odezwał:

– Ja wiem, kim pan jest, panie Hugo, ale my tu z synkiem moim, nie na...

I to były ostatnie słowa, jakie wypowiedział w swym bandyckim życiu! Trudno jest bowiem dokończyć myśl jakąkolwiek z tasakiem wbitym w czoło.

– O, żeż ty! - Szok i żal dały się słyszeć w zduszonym głosie Waldka, gdy skoczył na zabójcę swego ojca. Nożem trzymanym w prawej ręce mierzył w szyję. Ułamek sekundy i wiedziałem, że cios, który miał zrobić krzywdę, nadejdzie z lewej ręki pod prawą pachę Huga.

Nie zdążył. Nie dał rady. Nie miał szans.

Ostrze, które miało wbić się w żebra grubasa, przy głuchym trzasku pękającego nadgarstka, zmieniło gwałtownie cel i przebiło gardło swego właściciela. Bluznęła krew. Nie postąpił nawet kroku, zwinął się w niezdarnym półobrocie i padł. Koniec zbójeckiej pieśni!

Powietrze zdaje się drga i brzęczy, jakby czas wyhamował po nagłym pędzie. Jak w ucho palnął!

– Nie pogadał sobie Waldek. Nigdy zresztą nie był rozmowny. W sumie szkoda. Pomocni nie raz byli – rzekł jakby w zadumie Hugo, nieznajomy, ten Trzeci Niespodziany i skierował wzrok na mnie. - Nic się panu nie stało, panie Wiczery? – zapytał z troską jakby. - Czy aby nie pocięli rdzawym tasakiem, nie złamali niczego? Czyś się sam nie poturbował?

Postąpił krok ku mnie. Uśmiech z gęby rumianej nie schodzi, jakby chwilę temu dwóch ludzi nie zabił.

– Nie, nic mi się nie stało – pokręciłem głową.

– Nie miało prawa, nie tobie – odrzekł z jakąś taką zimną pewnością w głosie i zbliżył na drugi krok. - Takich jak ci tutaj powinieneś pozabijać gołymi rękoma, mimo to nie mogłem ryzykować i wkroczyłem.

Podchodzi blisko, na wyciągnięcie ręki. Brew ściągnął lewą, nozdrza wydął, jakby zwierza zwąchał, wilk w kniei. Oczy ciemne i ruchliwe, nie pasują do rumianej, obleczonej w uśmiech twarzy, obiegają mnie od stóp do głowy zimno i nieprzyjemnie. Przysiągłbym, że gdyby dostatecznie mocno rozewrzeć mu gardziel, ujrzałoby się czarne podniebienie. Oto zbój nad zbóje, duszogub!

– Spójrz pan na to! - Wyciąga (Skąd? Nie wiem) gestem prestidigitatora złoty owal, medalion – jak mi się wydaje – i podsuwa mi pod nos. - Znalazłem nieopodal. Czy aby nie pańskie? - Gada z jakąś przesadną natarczywością.

– Nie, nie moje...

– Proszę dobrze się przyjrzeć. Cóż za cacko! To bardzo piękna rzecz. - Pcha mi to pod oczy. Robi się irytująco i śmiesznie zarazem. Zabił dwóch ludzi, jeszcze chwila straszna, śmiertelna nie przebrzmiała, a on i jakby już o tym zapomniał.

Medalion jest w istocie piękny. Przedstawia słońce o sześciu promieniach z zielonym szafirem osadzonym idealnie pośrodku. Złote słoneczne refleksy zdają się obracać wokół własnej osi. Po chwili zdaję sobie sprawę, że nie mogę oderwać od niego wzroku! Zdaje mi się, że promienie złotego słońca też jęły wirować. Zrazu wolno, niezauważalnie, potem szybciej.

Ruszyły złote wahadła. Godzina jaka wybiła? Chcę o coś zapytać, ale po chwili nie pamiętam, o co? Zresztą, nie jestem w stanie wydobyć z siebie dźwięku. Człowiek imieniem Hugo otwiera usta. Nie mówi w obcym języku, ale nie potrafię nadać znaczenia i sensu jego słowom. Zamykam oczy i zapadam się w sobie. Zimno. Idę, nie wiem dokąd. Ktoś mnie prowadzi, nie wiem kto. Jest ciemno, gwiazdy tylko błyszczą obojętnie. Powietrza chciałbym zaczerpnąć, lecz płuca nie są w stanie się unieść. Chcę krzyczeć, lecz nie mam ust. Błąkam się w bezczasie.

Nagle przychodzą wspomnienia. Moje. Nie moje? Moje! Obrazy w odcieniach szarości. Sierociniec tak straszny, że nawet Bóg go ze wstydem w swych ziemskich wędrówkach pomija. Szkoła w lasach pod Moskwą. Tam śmierć się we mnie zalęgła. Wybrany spośród setki, najlepszy.

Jakby mi kto umysł przez ciernie przeciągał. Takiej prawdzie się wzbraniam.

*

– Co to za postać, synku? Kogo rysujesz węgielkiem? - Wieczorem, wraz z ciepłem, mama przynosiła do mej sypialni zapach konwalii i bzu. - Czarny jest ten ktoś. Straszny jakiś czart.

– On nie jest straszny, mamo. To wesoły czart, tylko taki mi wyskoczył spod węgielka. Błażej mówił, że są i wesołe diabły.

– Nie ma wesołych diabłów synku. Czart to czart. On zawsze czyni zło i tylko zło. I nigdy nie śpi.

*

– Miałem już takich jak ty przebudzeńców, ale żaden jeszcze mi nie omdlał, nikt nie rymsnął bez czucia na ziemię. A i dziewki były. A kobieta, jak mawiał Św. Austyn, jest istotą poślednią,  słabego jest umysłu, ale żadna tak się w sobie była nie rozchwiała jak ty. No, ale cóż, wszak zaczarowany byłeś. A pan Hugo cię odczarował, ino bez całusów się odbyło – zarechotał.  - Ale chyba nie żałujesz, co?

– Po coś ty tu, człowieku? Co żeś mi zrobił?

– Co żeś mi zrobił?  - powtórzył, zapatrzył się w pył po stopami. - Prawdę ci przyniosłem – oderwał wzrok od ziemi, uśmiechnął się lekko, zwyczajnie, jakby  wypowiedział rzecz oczywistą. - Obudziłem cię do życia, jak dobry Bóg. Albo śmierci, jak szatan. Jak wolisz. Choć o wolnej woli, w twoim przypadku, mówiłbym z pewną powściągliwością...

Trudno myśli mi zebrać. Ledwo stoję.

– Prawdę, powiadasz, mi przyniosłeś. Więc co jest prawdą? Kim ja jestem?

– Jesteś, kim jesteś.... - szczerzy zęby.

– A to życie, które właśnie mi odebrałeś, czymże było, jak nie prawdą? Żyłem, śmiałem się, przeklinałem, kochałem prawdziwie...

– Prawdziwie, nieprawdziwie – przerywa mi zniecierpliwiony. -  Szast prast! Nie ma baby złej i bachorów cudzych! Przepadły interesy dochodowe, karczmy nie ma, złota nie ma...

– Nie rozumiem...

– Zrozumiesz w drodze. Widzę, żeś spakowany. Zbieraj się!

– Z tobą mam jechać? A ktoś ty taki? Nie po drodze mi... Do swoich mi trzeba. Porozmawiać, wyjaśnić sobie...

– Ci twoi, jak ich nazywasz, przepadli hen w świecie, zgubili drogę i już nie wrócą...

Iskierki mu w oczach latają jak pod diabelskim rusztem, takie straszne i wesołe zarazem. Słucham go. Nie słucham.

– Jakże drogę do domu zapomnieć? Małgorzata wyjechała z dziećmi, ale wróci. Tu jest jej dom.

– Nie wróci. Tu już nie ma żadnego domu.

– Co mówisz? - Słucham go. Nie słucham. Nie chcę słuchać. Kłębi mi się w głowie od przeczuć strasznych. Milczę. Doszedłem do krawędzi. Jeszcze stoję, nie upadam. Czekam na słowa, które zepchną mnie w otchłań. Jeszcze jestem. Jeszcze trwa ostatnia chwila mego życia.

– Mówię, że nie wróci. Nikt nie wróci.

Milczenie zapadło, ciężkie i straszne. Na chwilę. Nie wytrzymał w ciszy. Jego język zdaje się żyć osobno, ciągle w ruchu.

– Spojrzyj na swe strapienie przez pryzmat myśli przypisywanych świętemu Anzelmowi – Palec uniósł do góry, jak nauczyciel mający wypowiedzieć rzecz arcyważną - "Nie ma nic bardziej szkodliwego od kobiety i poprzez nic innego szatan prowadzi tylu ludzi do ruiny, co poprzez kobietę". Może wtedy ów problem będzie się wtedy jawił odwrotnie?

– Co ty bredzisz, człowieku? - Nie wiem już, czy to mi się w głowie pomieszało, czy ten przede mną zszedł z rozumu.

– Zmieniły się plany daleko w Moskwie. Nie wiem co, konkretnie i nie interesuje mnie to. Zdejmują cię, by tak rzec, z posterunku. Ha! Dobre słowo: Zdejmują!

Czy aż tak mnie lekceważy, że mówi mi to wprost? Nie powiódł się jednak plan misterny przygotowany przed laty, w którym miałem być narzędziem.

– Znam się na duszy ludzkiej, wieki całe ją poznawałem... To życie, które zostawiasz, nie jest twoim i nie powinno cię od teraz obchodzić, tak cię... wytresowano. Zagląda mi w oczy. - A jednak, i położyłbym obie dłonie na pień, jestem pewien, że coś jest nie tak.

Milczę. Patrzymy na siebie.

– Gdyby nie rozkazy, już by cię otulała ciepła dębina i wieczny mrok – jak zawsze pierwszy przerywa chwilę milczenia.

– Dlaczego?

– A dlaczego nie? Czy nie chciałeś do, jak ich tam nazywasz, swoich,co?

Łzy stają mi w oczach. W mgnieniu oka zapomniałem własnego imienia i jestem w miejscu, gdzie nawet Bóg nie zagląda. Takaż to pustka! Szatan uciekł i uśmiech mi zabrał. Za rękę mnie prowadził. Nie będzie nikogo. Nie będzie złota tej jesieni, wszystko zmarnieje i pomrze. Ostatni ciepły oddech szronem przeminie. Wszystko co dobre zwiędnie i umrze. A co tu się ostanie? Nic. Już połowy mnie nie ma, a będzie jeszcze mniej...  Jakże się podnieść z takiej głębokości, gdzie czas nie płynie? Nie ma ku czemu oczu zwrócić, czego się uchwycić.

A jednak nadal jestem. Tu. Gdzie bądź. W sobie. Choć na wpół umarły, trwam. Kto mnie za włosy uchwycił i nad topieliskiem trzyma?

Z daleka wróciłem. Z czarnej topieli.

*

– Jesteś wreszcie.

Znowu wstaję z ziemi. Patrzy na mnie.

– Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem – odzywa się, ale już bez tego diabelskiego uśmiechu. - Słyszałem, że ludzie potrafią nagle osiwieć. Gawędy, bajanie prostaczków, myślałem. A teraz widzę... Magia z ciebie wypływa. Ze dwie garście, dość by łeb ci osiwiał.

Co widzi, czego się już domyśla, nie powie. Milczę.

– Coś jest nie tak. Tak być nie powinno.

Przeczucia i domysły.

– Nigdy nie widziałem, by kimś tak silne uczucia targały. Widziałem gniew, rozpacz, wściekłość, ale takich omdleń serca – uśmiecha się szyderczo – jeszcze żem nie oglądał. Jak panna cnotliwa przed pokładzinami. W was Polakach wiele sprzeczności mieszka. Ale znam się ja i na duszy lackiej.

Postąpił ku mnie, patrzy w oczy.

– Inne imperatywy powinny zadziałać – mówi jakby do siebie i świdruje mnie wzrokiem. Bazyliszek. - Wpojono ci bezwzględne posłuszeństwo zwierzchności. A może nie? Więcej wody w kamieniu niż w was Polakach poszanowania władzy. Wpojono ci określone typy zachowań na pewne sytuacje. Mówiąc zwyczajnie: stępiono ci wolną wolę. Jeśli w Polaku wolność od środka można zdusić. Co tam siedzi w twojej głowie, hę?

Milczę. Ogląda mnie jak wioskowy konował osobliwy przypadek cielęcia z dwoma głowami. Stanął za mną. Dreszcz przebiega mi przez plecy. Nie odwracam się.

– Cara miałeś zabić!  - wypowiedział to na głos.

Grom z niebios nie uderzył, mimo to miałem wrażenie, że dreszcz jakiś przeszedł całą stajnię, dach, ściany aż po fundamenty.

– No, no – zadumał się. - Ty, Lach, naszego batiuszkę miałeś zgładzić! - powtórzył, jakby nie dowierzając. -Siedziałbyś tu nawet lat dwadzieścia, w końcu Jego Wieliczestwo Gosudar nasz ukochany zjechałby tu. Wtedy ktoś by cię zbudził. A może i nie. Sczezł byś i nie wiedział dlaczego naprawdę tu byłeś. Lubił niegdyś przyjeżdżać w to miejsce z nieliczną świtą, incognito, na schadzkę. Myślisz, dałbyś radę? Hę? Może byś i otruł cara takim świństwem, co zaczęłoby trawić ciało i krew na dzień drugi, albo za dni kilka. Ale pewnie sam byś się zgładził, bo kazaliby tobie, twojej żonie i dziatkom żreć to, co wyszłoby z twojej kuchni przed podaniem na pański stół. Zresztą, z własnym kucharzem i prowiantem on jeździ. Do cara byś się nie zbliżył, nożem byś nie pchnął. Po upojnej nocy zjadłoby się co nieco i wypiło. Zwłaszcza po nocy spędzonej z wymagającym babskiem. Mówiono, że zjeżdżała tu też pewna polska księżna, nienasycona jak sukkub. Ale co to dla naszego batiuszki, choćby i sukkub, wychędoży raz , drugi, trzeci, obróci na drugą stronę i znowu raz, drugi, trzeci. Otruł byś go! Tak myślę. Car jednak przestał pojawiać się w tym rozkosznym kurwidołku. A przestał, odkąd wziął za żonę Wiedźmę. - Zamilkł, ale tylko na chwilę. - Ciekaw jestem, jakbyś to zaplanował? Szkolili cię do tego. Gdzie byś uciekał? Kto dałby ci schronienie? Czy też zginąć wraz z nim miałeś?

Milczę. Przecież nie spodziewa się odpowiedzi.

– Ilu was było? Powiadają, że około setki sierot. Większość chłopców, ale były i dziewczęta. Zabrani, porwani, przehandlowani. Nikt się o was nie upomniał. Nie było najbliższych, którzy choć by słowo za was  w urzędzie, sądzie czy u starosty wyrzekli. Ratujcie panie, syn mi przepadł, dobry dzieciak Szymek, Pietrek, Michał. Dwanaście lat miał tylko. Córka do chałupy już drugi dzień nie wraca, przepadła Weronka, a na targ tylko poszła. Sama po prawdzie, ale to blisko przecie do sąsiednich Załuk. Dwie wiorsty raptem, to jakże w drodze pobłądzić?

A kraj? Państwo, jak zawsze, miało was, biedę ludzką, w dupie! Obserwowali, zbierali informacje, kto się może nadać, a potem powybierali jak kot pisklęta z gniazda. A jakiż cel im, spiskowcom, przyświecał! Dla takiej sprawy i setkę dzieci, zwłaszcza nie swoich, można poświęcić. Czemu milczysz? Jest wszak o czym mówić. Zwłaszcza ze mną.

Chwila ciszy.

– Polak, zabójcą cara! Przyznaję, coś w tym jest! - Cmoka, mlaska, smakuje sens słów, jakby je na język brał, próbował rozgryźć i ukrytą, właściwą treść wydobyć. Drepcze wkoło, gapi się w sufit, zerka na mnie z ukosa krzywo, nieprzyjaźnie, potem znowu grzęźnie wzrokiem w mrokach na suficie. - Czasu nie było w drodze tego przetrawić, to i gadam teraz. By tak rzec, na rozum biorę i ziarno od plew w tym moim myśleniu staram się oddzielić. Może mi pomożesz?

Milczę. Słucham.

– Twoja żona i dzieci mogły być świadkami mimo woli. Załóżmy, że nie żyłeś tu jednak w uśpieniu, pamięć zaczęła ci wracać, zacząłeś gadać, rozumiesz... Możemy szybko zakończyć te, uwierz, nieprzyjemne również dla mnie, turbacje. Powiedz mi tylko, co pamiętałeś? Czy jakaś myśl, obraz mglisty i nienazwany, lecz tak niepokojący, że wiercił ci mózg w jesienne wieczory, nie stał się przyczynkiem, by wypowiadać na głos, to czego mówić ci zakazano? Zwierzałeś się komuś z nie do końca sprecyzowanych myśli, przeczuć? Mówiłeś to jakiemuś medykowi od pomieszania rozumu, druhowi najbliższemu, kurwie w burdelu? Czy ktoś wie? Lepiej będzie dla ciebie, jak mi powiesz. W lochach moskiewskich Wiedźma przez żelazo cię przejrzy, a zada ci podczas przesłuchania cierpienia niewyobrażalne.

Zacierają ślady. Moi bliscy nie żyją. Nikt się o mnie nie upomni, nikt o mnie nie zapyta. Nie ostanie się żaden świadek.

– Bólu ci oszczędzę.

– Ty mi bólu chcesz oszczędzić? -Roześmiałem przez łzy, gorzko. - Łaskawco, całe moje życie to ból, oprócz tego tutaj, które mi odebrałeś, a które, jak powiadasz, nie było prawdziwe.

Nie dam mu rady. Wiem, jak zabić go gołymi rękoma, ale wiedza ta na nic mi się zda. Może umysł mój wszystko pamięta, ale ciało nie posłucha. Mógłbym zaczekać na lepszą sposobność, ale nie chcę czekać. Postanowione. Próbuję.

*

Leżę na podłodze wokół wirują drobinki kurzu, słomy i brudu. Krew ze złamanego nosa utrudnia mi oddychanie. Konie rżą zdenerwowane i walą podkowami o klepisko. Przekręcam głowę na bok. Dwa trupy. Dużo krwi wsiąkło już w ziemię.

Widzę podwójnie. Dźwięczy mi w głowie dzwon żałobny. Nie chcę żyć.

Było to życie, czy go nie było? Kobieta w nim była z krwi i kości, czy tylko mrzonka bladolica o chabrowych oczach i ustach, przy których pozbawione treści wydawały się płatki najpiękniejszych róż? Nieprawdą były wonne bzem majowe wieczory aż ciężkie od słodyczy? Nieprawdą poranki w wygniecionej trawie pełne szelestu uciekających jaszczurek? Niegdyś czasu nam było mało od wieczora do rana. Gdzie jest ten czas?

To było dobre życie. Jak zawrzeć to w słowach, gdy czasu już mało i oddechu już za chwilę zabraknie? Życie w stałym miejscu, pełne dobrych przyzwyczajeń i ludzi w większości życzliwych.

Nie ma we mnie woli by wstać. Wrze mi w głowie jak w piekielnym tyglu. Drobiny kurzu wirują wokół, jakby nie chciały opaść, jakby się bały, że gdy legną tak jak ja, to nic już je więcej nie czeka, tylko bezruch śmiertelny, ostateczny. Gdzieś z ciemnego legowiska wyszedł szczur. Stoi na tylnych łapkach, stroszy na grzbiecie sierść koloru zbutwiałych liści i łowi drobnym nosem oszałamiające zapachy słodkiej krwi i potu podbite ludzkim strachem. Po chwili opada na cztery łapy i zamiera w bezruchu. Zaczeka. Czy będę jeszcze żył, kiedy zdecyduje, że chwila jest odpowiednia, by wyjść z cienia i przyjrzeć się z bliska martwym ludzkim ciałom?

- To było dobre życie – mówię głośno. Chcę by mnie usłyszał.

- Pewnie, że dobre – odpowiada. - Dieńgi byli. A jak i dieńgi, to i diewuszki. I chuj stajał! Tak, to na pewno było dobre życie. Ale czas się do śmierci zbierać. Upadasz i wstajesz. Upadasz w ciemność... - pochyla się nade mną i gada do ucha.- Upadasz w grób! I wstajesz! - Kręci z niedowierzaniem głową. - Zasypują cię, łopatą ziemię ubiją, na pięcie się obrócą, spluną, rozejdą, a ty łeb wychylasz! Nie chcesz w ciemność odejść. Choć zapomniany, nikomu nie potrzebny, wyzuty ze wszystkiego, wracasz. Łazarz, kurwa! Jak mam cię zabić? - Przekręca łeb jak ptak. Łypie na mnie czarnym okiem. Zagląda w oczy jak złodziej w wieczorne okno.

Dławi mnie krew z rozbitego nosa. Co mi zostało? Co mogę mu przeciwstawić na chwilę przed śmiercią?

– Trzy razy upadasz i trzy razy wstajesz. Trzy! Tak jak Tamten, niegdyś. Choć cały ten nic nie wart świat dźwigał na barkach, wstawał. Pojmujesz to?! Czasem mi się zdaje, że tam byłem, patrzyłem, plułem Mu pod nogi, pierwszy kamień podniosłem, ja gwoździe żołnierzom podałem...

Mam wrażenie, że gada sam do siebie, do wspomnień wyimaginowanych. Szalony człek.

– Jak mam cię zabić? - kracze, a strużka śliny wycieka mu z ust. - Nim sczeźniesz – przykłada mi wąskie ostrze pod oko – wiedz, że dziewczynka mi uszła. Zawodowy niefart. Wstyd dla takiego starego lisa jak ja – Zarechotał krótko, gardłowo. - Ale znajdę i ją. Nikt się nie ostanie. Żadnego świadectwa, że byłeś, chodziłeś po ziemi.

Chłód mnie oblewa. Wyciszam się w sobie i przetrawiam raz jeszcze jego słowa. Moje dziecko, moje życie! Oddycham równo, zachłannie.

Zwleka. Czas. Daj mi jeszcze chwilę. Serce już łagodniej łomocze mi w piersiach.

*

– Wola życia! Jeśli to ci się ostanie w czarnej godzinie, wiedz że jeszcze nie wszystko stracone - mówi starszy lejtnant Zubow w czasach i miejscu tak odległych jakby ich nigdy nie było.

Po chwili rzuca mnie na ziemię, oplata ramieniem szyję i dusi.

– Wszelako wola życia to jedno, ale trzeba też posiadać pewne umiejętności, które w krytycznej sytuacji pozwolą ci kopnąć w żyć, tego który zechciał cię pognębić. Bez tego ani rusz. Życie stracisz. W najlepszym razie, zdrowie. Szukaj! Bo choćby twój przeciwnik cały czas działał z żelazną konsekwencją i był piekielnym arcymistrzem w zadawaniu bólu i śmierci, być może znajdziesz coś, co wytrąci go z równowagi, a tobie da chwilę, być może tak krótką, że odmierzysz ją mrugnięciem powieki, ale zdążysz odwrócić los. Musisz też mieć zgodę na ból. Jeśli daleko przesuniesz jego próg, być może wtedy ci się uda.

Duszę się. Setny raz. Boli. Cały czas mnie coś boli!

– Napnij mięśnie szyi. Ręce masz jak ze stali, więc zrób z nich użytek, spróbuj przesunąć mnie tak, żeby twoja głowa znalazła się w moim zgiętym łokciu wtedy nie będę mógł wykorzystać całej swojej siły.

Robię tak jak mówi. Robię więcej. Po chwili, po raz pierwszy odkąd przed laty weszliśmy do jasno oświetlonej sali o kamiennej zlanej potem i krwią podłodze, dusi się w moim uścisku. Klepie dłonią o podłogę. Puszczam. Wstaje, a w reku błyska mu nóż!

– Przed nożem najlepszą formą obrony jest ucieczka i niech ci nie przyjdzie do głowy myśleć o tym w kategoriach plamy na honorze. Jeśli ktoś cię zaskoczy i zechce zabić, to najpewniej cię zabije.

– A co jeśli nie mam gdzie uciec, tak jak teraz?

– To jesteś trup. Wszelako spróbujmy obronić się.

*

Oczy zachodzą mu czerwoną mgłą, za moment uderzy. Szarpię głową w bok. Szybko. Nie dość! Nóż jedzie po policzku, głębiej, po zębach, wrzyna się w brodę! O cal od szyi, ale dalej mu nie pozwolę.

Boże, czemuś stworzył  świat raz po raz pisany bólem?!

Gdybym otworzył usta ściany pękły by od mego wrzasku. Trzymam go za nadgarstek i wyłamuję mu palce. Kolanem tłukę go w krocze. Nóż wypada mu z dłoni. Nie zdejmie mego ramienia połamanymi palcami.

Napina się. Bezskutecznie.

Zdrową ręką próbuje sięgnąć mych oczu. Na próżno.

Wali łokciem w żebra. Mocno! To nic.

- Nie wiesz pan, panie Hugo – charczę i pluję krwią – do kogo żeś przyjechał?

Milczy.

- Niedopatrzenie! Cóż z tego, że byłem uśpiony? Bestia się we mnie niegdyś zalęgła. Dawno temu. Śmierć jest we mnie! Pojmujesz? Jestem lwem pośród wilków.

Przestał walczyć.

– Zlekceważenie! - pluję mu krwią w ucho.

Poddał się.

– Jakiemu dziecku potrzebny taki ojciec? - mówi wolno i cicho, ale jakoś tak dojmująco, że nadstawiam ucha. - Po co ci córka, której nie kochasz?

Niemal widzę jak naciągają się więzadła, torebki stawowe, mięśnie, przemieszczają się kręgi szyjne, napina się rdzeń kręgowy. Wszystko nagle trzaska jak mokry powróz! Nadspodziewanie głośno w tej strasznej ciszy.

*

Jaki wstanę? Kim z ziemi się podniosę?

Dźwigam się mozolnie, twarz mnie pali żywym ogniem. Ranę trzeba opatrzyć, do medyka mu się udać. Każda uncja mego ciała jest z ołowiu. Widzę za to ostro, wyraźnie. Podchodzę do wozu. Stoi i czeka na woźnicę, upiorny karawan zaprzęgnięty w kare bestie, na wierzchu dębowe trumny gotowe do ostatniej drogi. Nie otworzę, nie dam rady. Może łgał, może jest jeszcze nadzieja? Otworzyć i się przekonać? A co jeśli tam są? Połamani, pomordowani okrutnie, ściśnięci w drewnianych obejmach. Nie chcę patrzeć, nawet jeśli miałbym resztę życia zastanawiać się, czy byli tam, czy nie. Jeśli nie otworzę, to dam radę stąd wyjść i odjechać. Dam sobie nadzieję i będę żył. Czas jakiś przynajmniej nim mnie znajdą. A znajdą na pewno.

Świta już. Dziecko mi się samo w świecie zapodziało, a świat nieprzyjazny jest dla dzieci, co puściły się matczynej ręki. Pójdę, choć zda mi się, że nóg już nie mam. Wypatrzę cię na drodze, choć zdaje mi się, że oczy mi odjęli. A jeśli droga długa będzie, to kim się stanę na jej końcu? Ja który nie wiem, kim teraz jestem, kim będę?

*

– Cóż więc zawiodło? - zapytał człowiek w szarości.

– Zadziałało w zasadzie wszystko... - mówiący te słowa, Stefan Jaszczur, zdawał się kurczyć, siedząc na małym, niewygodnym krześle, stojącym na środku dużego, jasno oświetlonego gabinetu usytuowanego gdzieś w trzewiach pałacu Imperatora. - Nie przewidzieliśmy wpływu uczuć wyższych, których być nie powinno. Nie po takim wyjałowieniu osobowości z wolnej myśli, jakiej został poddany ten człowiek. Nie po takim piekle mentalnym, jakie przeszedł, a które my nazywamy zamrożeniem duszy.

– A jednak były uczucia, jak wy to nazywacie, wyższe. Nie dość, widać, zamroziliście mu... duszę. A pan, panie koordynatorze, jak pan myśli, ma człowiek duszę, czy nic więcej prócz ciała nie posiada?

Mężczyzna w szarości sięgnął po stojącą na stole filiżankę z kawą. Błysnęła złota spinka, zabielił się koronkowy mankiet. Jaszczur nigdy nie pił kawy. Jej ciepły, delikatnie czekoladowy aromat przyjemnie wtłoczył mu się w nozdrza. Nie odrzekł nic. Jego Ekscelencja, jak mniemał, nie oczekiwał odpowiedzi na to akurat pytanie.

– Tylko w tym jednym przypadku pojawiły się nieoczekiwane komplikacje – odezwał się po chwili milczenia.

– Komplikacje, przez które kilku znaczącym osobom w naszym kraju i poza jego granicami, mogą pospadać głowy z karków!

– Twoja, Ławrientij , zda się, nigdy nie spadnie – pomyślał Jaszczur. - Nawet Wiedźma cię nie przejrzy, bo w tobie nie ma nic, co można by zobaczyć, tylko ciemność. Już więcej w niej jest z człowieka, niż w tobie.

– Agent doskonały, z przetworzoną za pomocą magii psychiką. Nie do złamania. Człowiek z żelazną wolą posłuszeństwa – Pomruk burzy odległy lecz całkiem wyraźny jął się rodzić w trzewiach człowieka w szarości. – Duszę lód mu na wskroś przeszedł, czucie świata zmroził, a jednak nie padł pies wiernopoddańczy do stóp pana podeszwy mu z gnoju wylizywać. Bo się w kobiecie rozmiłował i dzieciach nie swoich. Kark miast się ugiąć, zesztywniał. Miłość! A co to takiego, panie koordynatorze?

– Zapytaj poetów – odrzekł, w myślach oczywiście, zapytany.

– Duszę ludzką chcieliście zważyć i zmierzyć. A jakim narzędziem? Jaką miarę chcieliście przyłożyć do czegoś, czego nie ma?

– Nie wiem, czy człowiek ma duszę, czy jej nie ma, ekscelencjo. Rozum i wolę w różnych proporcjach, to ma na pewno i to mieliśmy nadzieję złamać i odpowiednio zmanipulować. - Jaszczur mówił wolno. Nie spodziewał się takich pytań. Zbierał myśli. - Udało się to ze wszystkimi uczestnikami eksperymentu za wyjątkiem tego jednego.

– Wybudzony do życia, zadziwiony światem i tym, co się z nim stało, zacznie zadawać pytania. Najpierw zapyta o siebie, kim jest i co się z nim stało? Potem zapyta, kto mi to uczynił? Czy znajdzie odpowiedzi? Jeśli tak, to jakie one będą i dokąd go zawiodą? Kogo zacznie pytać prócz siebie samego i jakie tajemnice przy tym wyjawi? Ten głód poznania i miłość do dziecka będą go gnały przez świat. Mam nadzieję, że nie dopuści pan do tego, żeby zaszedł po odpowiedzi na dręczące go pytania zbyt daleko.

– Oczywiście, nie dopuszczę.

– Tym czasem, niech pan opowiada. Bo, jak pan widzi, nie mam raportu na papierze. Nikt nie ma! Te ściany  - powiódł wzrokiem po gabinecie - uszu nie mają. Nie dziś w każdym razie. Historia jest ciekawa. Śmiertelnie niebezpieczna, ale nad wyraz zajmująca. Niech pan zaczyna od dowolnego jej miejsca.

– Nieprawdziwe mieli nawet wspomnienia. Wspólnym mianownikiem była wiedza, że są sierotami i nie mają nikogo. Musieliśmy mieć pewność, że nie wyjadą nagle w odwiedziny do krewnych, których nie ma, nie zaczną drążyć  i nie zepsują całych lat przygotowań. W tym na poły fikcyjnym życiu mogliby trwać aż po kres swych dni. Bez świadomości kim są naprawdę.

– Aż do momentu przebudzenia, kiedy mieli stać się gotowym do wykonania rozkazu... jednego rozkazu, posłusznym i skutecznym wykonawcą.– Kącik ust ekscelencji uniósł się lekko nad uniesioną filiżanką w niby uśmiechu.

– Któż by złamał tak zapieczętowany umysł? Żaden kat, śledczy ni medyk od pomieszania rozumu nie wydobyłby z niego nic prócz nieprawdy.

– Chyba, że wejrzałaby weń Wiedźma...

Jaszczur złapał powietrze w usta, przytrzymał je, wypuścił nosem, zamilkł. Cóż miał rzec? Obaj wiedzieli, że zorganizowane lata temu z niemałym nakładem środków finansowych przedsięwzięcie, rozsypało się przez jedną kobietę.

– Przybył gdzieś ze świata z bagażem wspomnień w większości, rzecz jasna, nieprawdziwych, przejąć spadek po zmarłym wuju. Ów spadek to kupiona za niemałe pieniądze karczma, niegdyś ulubione miejsce schadzek młodego cara. A ów rzekomy wuj? Zmarło mu się bezdzietnie, w samotności... Krewni, spadkobiercy? Byli tacy, owszem. Czuwali niczym sępy, nigdy jednak nie zgłosili żadnych roszczeń. Wycofali się dyskretnie, dobrzy ludzie. – Koordynator pozwolił sobie na uśmiech, oczywiście, nieodwzajemniony.  - Hubert Wiczery wykazał się niemałą przedsiębiorczością. W przeciągu kilku lat stał się człowiekiem zamożnym. Oczywiście nie dorobił się magnackiej fortuny, ale można by rzec, że los wynagrodził mu lata cierpień w postaci niemałego majątku.

– Który w większości przejęto.

– Tak jest.

– I jak mniemam, zostawiono ślady.

– Pieniądze sprawiają, że ludzie stają się nieostrożni.

– I gdzieś potem pojawiła się kobieta.

– Małgorzata Poiret, młoda wdowa po francuskim oficerze, który zginął w służbie Jego Carskiej Mości w wojnie z Turkiem. Po prawdzie, to nie zginął on w walce, a zamarzł na przełęczy Szipka w Starej Płaninie. Miłość to ponoć była jak z kart książki. Oszalała po tej śmierci. Nie wiemy, co połączyło ją i Huberta. W każdym razie wprowadziło to element chaosu  do tej historii. Prawdopodobnie chciała zabić swego drugiego małżonka.

– Za dużo tu słów o miłości - głos Jego Ekscelencji zdawał się z każdym wydechem obniżać temperaturę powietrza w pokoju o kilka stopni. - Miłość komplikuje nam sprawy. Pan, widać, lubi mówić o niej mówić.

– Kiedy człowiek walczy o miłość tak prawdziwie na śmierć i życie, walczy o kogoś drugiego, o siebie, to potężniejszy jest wtedy niźli szatan. - Mężczyzna o gadzim nazwisku i takim samym wejrzeniu właśnie ugryzł się w język. Niepotrzebnie, jego odpowiedź została zignorowana.

– Tam zginął nasz człowiek, najlepszy.

– To ja jestem najlepszy. – Kolejna wypowiedziana tylko w myślach odpowiedź. - Ten człowiek, nieczłowiek był twoją odpowiedzią na  pytania o duszę ludzką, a przynajmniej na to, czy piekło istnieje.

– Milczy pan. Rozumiem, że temat nieudanego „przebudzenia" możemy uznać z góry za zamknięty.

– Szkoda, zbudowaliśmy ...

– My nie budujemy, panie Koordynatorze! - Lodowato cierpliwy głos człowieka w szarości kończył rozmowę – Tacy jak my utrzymują jedynie stan równowagi, powiedziałbym raczej przewagi nad wszystkim i wszystkimi.

Nieładna, płaska blada twarz człowieka w szarości pozostawała nieruchoma. Tylko oczy, zimne, w kolorze wygasłego popiołu zdawały się drenować mózg Jaszczura w poszukiwaniu zatajonych informacji. Koordynator opuścił wzrok na ciemne dębowe biurko, na wyślizgany blat z jasnymi intarsjami w kształcie galopujących koni, na białą filiżankę z delikatną złotą obwódką na brzegu i spłaszczonym u góry uszkiem przypominającym literę s. Aż się uśmiechnął w myślach, gdy wzrok jego zatrzymał się na nietkniętym kruchym ciastku z malinową konfiturą i bitą śmietaną na białym spodeczku.

– Ja jestem skurwysynem, wiem o tym i czasem mi z tym dobrze, a czasem źle – pomyślał Jaszczur – Ciekawe, czy ten bydlak, wie kim jest? Jaką myślą obarcza mu się sumienie, kiedy pieczętuje lakiem wydumane winy? Czy ciastko z konfiturą będzie smakować prawdziwie malinowo, czy też po wydaniu wyroku podejdzie żółcią, straci smak?

– Nim pan wstanie, pokłoni się i odejdzie do swoich obowiązków. Kim on był? Bo mogę chyba mówić o nim w czasie przeszłym? - zapytał człowiek o szarych oczach. - Znaczy, skąd jego ród?

– Ojciec polski bohater – odrzekł zapytany, a ciemne źrenice zawęziły mu się jak u gada. - Cały ich rodzina po mieczu kilka pokoleń wstecz, to wojenne lackie bohatery. Matka jednak z krwi obcej, francuska szlachcianka.

– A jaki był numer Huberta Wiczery?

– Czterdzieści i cztery. Nie ma w tym żadnego symbolu. Nie ma znaczenia.


* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Dział: Opowiadania
czwartek, 02 kwiecień 2015 04:38

Piotr Wójcik - Wymyślony Bohater

Na całym świecie kraina Sirbo była znana z bardzo krwawych wojen. Ten prawie okrągłego kształtu teren dzielił się na cztery różne strony, które od wielu lat toczyły ze sobą zaciekłe boje o dominacje.

Północną częścią rządziła nacja Menoli, której symbolem szybko stała się broń biała umieszczona na czerwonym tle. Wspólnota ta charakteryzowała się bardzo brutalnymi metodami walki. Nie zostawiali nigdy żywych. Starali się eliminować wszystkich, a używali do tego różnych sposobów. W ramach upewnienia się, czy przeciwnik nic więcej nie zrobi, pozbawiali go nawet wszystkich kończyn. Tak kończyli ci, którzy mieli szczęście. Najdłużej umierali żołnierze pojmani i torturowani.

Południem rządził naród Liratsu. Specjalizująca się w broni miotanej społeczność siała spustoszenie w bitwach na odległość. Obrazował ich łuk na niebieskim tle. Pogłoski mówiły, że trafiali nawet z kilkuset metrów. Siłę i celność wyćwiczyli na naprawdę wysoki poziom. Wytrzymałe i ciężkie zbroje czasami nie wystarczyły, aby się obronić przed jedną strzałą. Tak samo jak inni, nie znali litości.

Dominację nad zachodem przejął już dawno temu Dencis. Klan, który stawiał przede wszystkim na obronę, a przedstawiała to flaga z tarczą i zielonym tłem. Budowali oni ogromne fortece i mury. Robili to wszystko w taki sposób, aby nikt nie mógł się przedostać. Dodatkowo, dopracowali do perfekcji przygotowanie maszyn oblężniczych. Dzięki temu, zyskali możliwości kontrataku w skuteczny sposób. Najzwyklejszy kamień wystrzelony z katapulty mógł zabić wiele istnień w jednej chwili.

Wschodnia część krainy Sirbo nie miała swojego jednego przedstawiciela. Teren ten podzielił się na dwie części ze względu na swoje ułożenie terytoriów oraz różnice sił. Dochodziło tam nawet do nadprzyrodzonych aktów zbrodni. Pojawiała się magia. Góry zamieszkiwali zwolennicy klanu Sentom. Członkowie uczyli się przewidywać pewne kawałki przyszłości z antycznych inskrypcji. Stworzyli je przodkowie zamieszkujący te obszary. Na nizinach żyła wspólnota Sempart. Dla nich historia pozostawiła na antycznych pismach moc materializowania wytworów swojej wyobraźni w ograniczonej ilości. Żadne z tych ugrupowań nie posiadało swojej flagi ze względu na to, że prowadziły straszną i długoletnią wojnę domową o dominację po prawej stronie mapy krainy Sirbo. Reszta nacji nie chciała się wtrącać do tego konfliktu. Bali się mocy, jaką posiada tamtejsza ludność. Dlatego też prowadzili walki tylko z szansami na wygraną.

Od ponad dwudziestu lat dominację na wschodzie prowadził Sentom, który wykorzystał swojej atuty i zniszczył rdzeń przeciwników, a na dodatek spalił wszystkie druki dotyczące ich magicznej mocy. W końcu i tak nie mogli ich odczytać, gdyż nie znali tego języka. Sempart już od dawna chciało zakończyć przelewanie krwi, więc uczeni nie sprzeciwiali się. W końcu posiadali wiedzę na temat tych tekstów. Mogli uczyć tego wszystkiego na własną rękę. Niestety, nikt nie spodziewał się, że posiadający moc, która mogłaby zakończyć wojny w całej krainie, zostaną wymordowani. Ukryła się tylko jedna kobieta. Wykorzystała ona swoje umiejętności do pozostania przy życiu. Nie na długo, gdyż w końcu została odnaleziona i zgładzona. Zostawiła jednak po sobie dziecko. Chłopca o imieniu Sura. Chwilę przed śmiercią zdążyła go odesłać gdzieś daleko i poza zasięgiem klanu pochodzącego z gór.

Niemowlę znalazło się w wiosce położonej w królestwie Menoli. Miejscowość nazywała się Dumos. Była to mała wieś, w której nie mieszkało dużo ludzi. Pewna trzyosobowa rodzina zaopiekowała się tym maleńśtwem. Zapewnili mu dach nad głową i warunki do normalnego życia. Nie wiedzieli o jego pochodzeniu, więc nie myśleli o nim, jak o kimś kogo trzeba się pozbyć. Sura szybko zaprzyjaźnił się z córeczką swoich opiekunów. Wesoła i śliczna dziewczynka o włosach jasnych jak słońce miała na imię Elaine. Lubiła bawić się ze swoim nowym braciszkiem oraz drażnić się z nim. Wywołało to w końcu przebudzenie jego ukrytych, antycznych umiejętności. Pewnego razu chłopiec o mało jej nie zabił podpalając dom  przez przypadek. Nie mógł zapanować nad swoją mocą. Wystarczyło, że wyobraził sobie coś odrobinę bardziej intensywnie, a stawało się rzeczywistością. Rodzice dziewczynki oraz ona sama zachowali się nietypowo i nie pozbyli się go. Traktowali go jak członka rodziny.

Niestety, mieszkańcy wsi nie mogli pogodzić się z faktem, że taki wybryk natury jest w pobliżu. Zapragnęli szybko pozbyć się niebezpieczeństwa, więc podłożyli ogień pod ich dom późną nocą. Tym razem było to tak niespodziewane, że rodzice Elaine zginęli. Starsza siostra zabrała swojego przyrodniego braciszka ze sobą daleko stąd. Nie mogła pogodzić się ze śmiercią matki i ojca, jednak nie potrafiła za to obwiniać Sure. On za to czuł się z tym źle. Chciał odwrócić to wszystko, jednak wtedy zdał sobie sprawy, że pewnych rzeczy nie da się już cofnąć. Tu właśnie odkrył ograniczenia swojej magii. Nie mógł wskrzesić zmarłych z powrotem do życia.

Rodzeństwo mając kilkanaście lat znalazło się w stolicy północnej części krainy Sirbo. W mieście Urbitis krążyło już wiele plotek na temat dziwnego dziecka, którego wioska musiała się pozbyć, aby żyć bezpiecznie. Ostrzegali innych dodając nawet jego dokładny opis zewnętrzny. Mówili, że był to wysoki i chudy jak szkapa młodzieniec. Miał średniej długości włosy, które z koloru przypominały smołę. Niestety, to wszystko dokładnie się zgadzało. Sura i Elaine nie mogli znaleźć żadnej pracy, gdyż nikt nie chciał ich przyjąć. Mocy chłopca także nie mogli użyć do zbudowania domu, ponieważ mieszkańcy miasta zapewne zrobiliby to samo, co wieśniacy z Dumos. Północ w tym czasie prowadziła  znowu wojny na dwóch frontach, więc nie opłacało się wychodzić z miasta ze względu na zbyt duże niebezpieczeństwo. Dlatego też oboje zostali  bezdomnymi.

Dzisiejszy dzień akurat nie różnił się specjalnie od poprzednich. W sam środek wiosny niebo było zachmurzone, ale słońce i tak dawało o sobie znać. Pot lał się z czoła.

- Dlaczego ja to robię? – zapytał samego siebie Sura, który tańczył razem z Elaine na samym środku chodnika.

Wiedział, że  ona ma do tego talent i uwielbia to robić. Wystarczy jej tylko trochę muzyki do tego, aby wstać i zacząć ruszać się w jej rytm. Potrzebowała jednak partnera. Dwudziestoletni już mężczyzna starał się ukrywać niezadowolenie. Ubrany w stary i podarty płaszcz niechętnie pokazywał się ludziom. Robił to jednak dla tej blondwłosej dziewczyny, która w tym momencie lśniła. Była w swoim żywiole wciągnięta całkowicie w swoje hobby. Nie mogła przestać, gdyż kochała to robić.

Ludzie mieli dzisiaj wolne od pracy, więc wychodzili razem z dziećmi na spacery. Przy okazji mieli okazję zobaczyć takie przedstawienia. Nie znali tożsamości głównych aktorów, ale zastanawiali się, dlaczego wyglądają na biednych skoro potrafią robić takie rzeczy.

Po skończeniu, Sura przypomniał sobie, że w sumie to jest jedyny sposób na zarobek, więc nie może się sprzeciwiać. W końcu Urbitis nie narzekało na biedę, a mieszkańcy nie byli skąpi. Zawsze wrzucili jakieś pieniądze do zniszczonego koszyka.

- A może bym tak użył swojej mocy i wyczarował po prostu pieniądze? Nie musielibyśmy tego robić – zaproponował i usiadł opierając się o ścianę ze zmęczenia.

- Nie ma mowy! – wyskoczyła Elaine. – To jest niemoralne. Powtarzałam ci to wiele razy. Na bogate życie trzeba sobie zapracować. Musimy dawać z siebie wszystko, aby w końcu nas uszanowali.

Mężczyzna podrapał się po swojej zarośniętej już twarzy i posmutniał. Na razie idzie im bardzo słabo, a to wszystko jego wina. Dziewczyna nie musiała przecież z nim siedzieć. Mogła zacząć nowe życie i nikt by jej za to nie winił. Przecież ludzie brzydzą się jego, a nie jej.

- Ehhh! – westchnął i spojrzał na nią.

Mimo znoszonych ubrań, robiła wrażenie. Zawsze piękna i zarazem taka silna. Akurat zawiał wiatr, w którego rytm zaczęły ruszać się jej długie, jasne włosy. Sura zapatrzył się na nią, a ona odwróciła się w jego stronę.

- Nie martw się! – rzekła natychmiast. – Jeszcze udowodnię ci, że można coś zmienić.

Młodzieniec nie odpowiedział. Spojrzał tylko w górę i wziął głęboki oddech. Elaine przysiadła obok niego i położyła głowę na ramieniu. Ona także była zmęczona tym długim i wyczerpującym tańcem. Musiała odpocząć.

W tym momencie Sura przyglądał się jak czas mija w mieście. Widział różnych ludzi. Szczęśliwych, smutnych, spełnionych, a nawet podekscytowanych. Miał wrażenie, że w porównaniu do nich jest pustą skorupą, która nie potrafi wyrażać emocji. Ostatnio to nawet wyraz twarzy mu się nie zmienia. Próbuje wywołać w sercu jakiś ból dotyczący śmierci rodziców przyrodniej siostry, ale nie potrafi. Nie jest w stanie przypomnieć sobie także, skąd pochodzi.

- Znowu rozpamiętujesz przeszłość? – zapytała go nagle. – Nie martw się tym! Nie zostawię cię! Obiecuję!

Te słowa dodały mu otuchy. Oboje tak sobie siedzieli dopóki mała dziewczynka nie przewróciła się na ziemię przed nimi. Zaczęła od razu płakać. Na oko Sury miała pięć lat. Natychmiast do niej podbiegł. Zobaczył, że zdarła sobie kolano, więc szybko zareagował. Nagle w jego prawej dłoni pojawił się bandaż, a w lewej coś do odkażania ran. W mgnieniu oka opatrzył nogę dziecka. Spod brązowych loczków dziewczynki zniknęły łzy i pojawił się sympatyczny uśmiech.

- Dzię... dzię... dziękuję! – wydukała w końcu.

Niestety, chwila nadziei dla mężczyzny skończyła się już po krótkiej chwili. Podeszła do nich jej matka, która zabrała swoją córkę.

- Nie zbliżaj się do tego wybryku natury! – krzyczała.

Elaine próbowała ją uspokoić, jednak bez skutku. Ona też miała pod górkę, gdyż z własnej woli zadawała się z Surą. Mimo tego, nie przejmowała się specjalnie.

- Przynajmniej kontrolujesz już swoje moce – klepnęła go w plecy uradowana.

Młodzieńcowi nie było do śmiechu, ale czuł ulgę, że skończyło się tylko na wyzwiskach. Po tym zdarzeniu, oboje ruszyli wydać zarobione dzisiaj pieniądze. Nie było tego dużo, ale zawsze starczało im na suchy chleb i trochę wody. Od czasu do czasu udało się zjeść nawet jakieś mięso z wyższej półki, więc chociaż potrzeby głodu mogły zostać zaspokojone w miarę przyzwoity sposób. Resztę dnia spędzili w swojej kryjówce, w której urządzili sobie małe mieszkanko. Mieli za mało miejsca, ale postawili sobie materace do spania. Sami na nie zapracowali. W końcu Elaine nie chciała wykorzystywać do tego mocy Sury. Pragnęła, aby na wszystko nazbierali samodzielnie. To był według niej jedyny sposób na godne i bogate życie. Dlatego też doskonaliła się w swoim fachu cały czas. Na całe szczęście kochała to robić.

Następnego dnia wydarzyło się coś dziwnego. Podczas odgrywania nowego układu, ktoś elegancko ubrany podszedł bliżej. Sura spojrzał na mężczyznę, który wyglądał bardzo bogato. Dokładnie ogolony i przycięty człowiek miał na sobie czarne spodnie i marynarkę przysłaniającą delikatnie białą koszule. Widział talent Elaine i chciał jej coś zaproponować. Okazało się, że jest to możliwość pracy i dużego zarobku. Był jednak jeden haczyk. Blondwłosa dziewczyna musiała zostawić swojego brata. Nie chciała tego zrobić, więc odrzuciła propozycję.

Sura nie mógł tego znieść. Na jego oczach jej ogromny potencjał marnował się. Postanowił opuścić to miejsce. Pragnął dać szansę swojej przyrodniej siostrze na lepsze życie. Dlatego też przed wschodem słońca uciekł.

Elaine szukała go długo. Jednak nie mogła wygrać z jego umiejętnościami, które pozwalały mu na lepszy kamuflaż. W końcu zdecydowała się na przyjęcie propozycji.

Przez następne miesiące młodzieniec błąkał się bez celu. Zastanawiał się w tym czasie, czy podjął dobrą decyzję. Mógł przecież dalej prowadzić życie osiadłego bezdomnego. Przynajmniej nie był wtedy samotny.

Pewnego zimowego dnia przesiadywał w małej wiosce na północy krainy Sirbo. Pora roku nie dawała mu w kość, ponieważ tworzył sobie ciepłe ubrania używając swojej mocy. Elaine nie przebywała już z nim, więc mógł robić to, czego ona nie lubiła. Na froncie wszystkie strony podobno pozostawały bez rozstrzygnięcia. Sura jednak nie przejmował się tym. Nie interesowały go takie rzeczy. Bardziej ciekawiło go, co teraz dzieje się z jego przyrodnią siostrą. Miał szczęście, ponieważ dzisiaj spotkała go niespodzianka. Przechodząc koło jednego z barów zauważył reklamę z napisem „Tylko dzisiaj! Cudowna, piękna i młoda Elaine ze swoim nowym układem wystąpi w naszym lokalu. Zapraszamy wszystkich! Wstęp wolny". Mężczyzna został bez żadnych problemów wpuszczony, ponieważ swoją starą, znoszoną i brudną odzież zamienił na schludny strój. Widok normalnego odzienia sprawiał zupełnie inne wrażenie. Zwłaszcza, że tutaj ludzie mogli już o nim usłyszeć. Plotki roznosiły się bardzo szybko.

W środku pomieszczenie prezentowało się dość nietypowo jak na biedniejszą wieś. W końcu wszystko musiało tu być niedawno remontowane, a scena przygotowana specjalnie pod występy posiadała idealne oświetlenie, które zostało stworzone wykorzystując odpowiednie ułożenie okien. Ten kto to wymyślił, był naprawdę geniuszem. Niestety, kosztowało to podobno bardzo dużo pieniędzy.

Oprócz miejsca dla dzisiejszego głównego punktu programu, został jeszcze oddzielony obszar widowni. Wskazywało na to podwyższenie, na które padało najwięcej światła. Dla gości przygotowano stoliki z siedzeniami, a każdy spragniony mógł podejść do barku, gdzie podobno sprzedawano najlepsze trunki w okolicy.

Sura z przyzwyczajenia nie był pewny, czy może wejść. Dlatego też stąpał po gładkiej, drewnianej i błyszczącej wykładzinie dość powoli. Na szczęście, nikt nawet nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy po prostu zajmowali się swoimi sprawami. Rozmawiali między sobą, pili lub czytali coś w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru. Mężczyzna postanowił wziąć z nich przykład, więc przysiadł samotnie blisko sceny. Ściany były w jasnym kolorze i raziły go w oczy. Musiał jednak wytrzymać. Pierwszy raz od dawna miał okazję ponownie ujrzeć swoją siostrę.

W końcu zaczęło się. Po stopniach wchodziła kobieta o włosach jasnych niczym słońce. Młodzieniec nie miał wątpliwości. Ten widok dobrze pamiętał. Elaine wyróżniała się nim, jednak zawsze nosiła na sobie zniszczony płaszcz. Tym razem było inaczej. Miała na sobie krótką, białą sukienkę, która zaczynała się od piersi, a kończyła już przy kolanach. Na nogach nosiła buty z wysokimi obcasami prezentujące każdy detal jej stóp. Uszy zdobiły kolczyki sięgające ramion.

Sura nigdy nie widział tej dziewczyny w takiej postaci. Ujrzał w tym momencie zupełnie inną osobę. Tylko włosy pozostały podobne.

Muzyka zaczęła grać, a aktorka na scenie stała się z nią jednym. Ruszyła w rytm. Zsynchronizowała kroki i tupnęła nóżką w ziemie. Była niesamowita jak zawsze. W swoim żywiole błyszczała. Lśniła niczym jedna gwiazda na pustym, ciemnym niebie. Wykonywała wiele ruchów, których jej brat jeszcze nie widział. Kręciła się, robiła piruety, a od czasu do czasu podskakiwała, aby nadać dynamiki w układzie tanecznym. Zatopiła się całkowicie, oderwała od rzeczywistości sprawiając, że inni zrobili dokładnie to samo. Patrzyli nią z podziwem i szokiem zapominając o swoich codziennych problemach. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że istnieje ktoś z takim talentem.

W pewnym momencie Elaine przy obrocie zauważyła kątem oka wysokiego bruneta siedzącego na uboczu, ale całkiem blisko sceny. Mimo wcześniejszego zarostu, rozpoznała tą osobę. Wysoki brunet nie rzucał się teraz w oczy, ale ona wiedziała o nim wszystko. Nie było mowy o pomyłce.

Nie przerywała występu. Zdawała sobie sprawę, że nie może zbliżać się do nikogo, ponieważ zabronili jej tego. Sura miał na dodatek miano osoby niebezpiecznej. Spotkanie z nim mogłoby zakończyć jej nadzieje na spełnienie marzeń. Jednak ona wiedziała, że dostała pomoc od niego kilka miesięcy temu, więc pragnęła się odwdzięczyć. Mogła to zrobić tylko teraz. Dlatego też przemieściła się tanecznym krokiem w tamtą stronę.

Nagle coś dziwnego się stało. Młodzieniec przewidział, co się stanie. Wstał od razu, a gdy dziewczyna znalazła się bliżej, wykonał znaczący gest ręką. Ona złapała go za nią i wróciła z powrotem na scenę.

Ludzie zdziwili się. Człowiek, którego kobieta zabrała ze sobą, nie odstępował od niej jeśli chodzi o rytm. Wyglądało to tak, jakby robił to z nią już wiele razy. Zszokowani, wpatrywali się dalej.

Sam główny bohater nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Nie wiedział, skąd w jego głowie pojawiła się myśl, że blondwłosa dziewczyna podejdzie i zabierze go na parkiet. Teraz jednak musiał zająć się czymś innym. Zdawał sobie sprawę, że Elaine może mieć kłopoty z tego powodu. Próbował się wyrwać, a ona mu nie pozwalała. Na jej twarzy widniał uśmiech, a w jej zachowaniu wyczuwało się klasę i grację. W pewnym momencie zbliżyła się do niego i szepnęła do ucha „Wojna trwa, giną ludzie! Weź sprawy w swoje ręce!". Po tym, zrobiła z nim jeszcze kilka obrotów i posadziła z powrotem na miejsce.

W mgnieniu oka znalazła się ma samym środeczku wytyczonego jej podwyższenia i ukłoniła się jednocześnie z ostatnim dźwiękiem przygrywanej, na wielu instrumentach, muzyki.

- Brawo! – rozległ się hałas na całej sali.

W tym samym czasie Sura wychodził już na zewnątrz. Uważał, że nie może zabawić tu dłużej, gdyż może przynieść to same kłopoty. Udał się w swoją stronę z niewiadomymi, które przyniósł mu dzisiejszy dzień.

Następnego poranka, po nocy spędzonej na ławce, znalazł koło siebie mały, zapisany świstek papieru. Od razu zauważył, że jest to list, więc wziął się za czytanie.

Nie wierzył w to, co widzi. Przed oczyma miał wiadomość od swojej matki. Dowiedział się z niej, że tak naprawdę pochodzi ze wschodniej części krainy Sirbo. Jego rodzina mieszkała na nizinach, czyli była po stronie stronnictwa Sempart, które rozsławiło się dzięki swojej charakterystycznej, ograniczonej mocy materializowania wyobrażonych sobie rzeczy. Dodatkowo, okazało się, że jego rodzicielka pochodziła od rodziców dwóch różnych klanów. Jej ojciec należał do Sentom, więc posiadała także umiejętność przewidywania przyszłości. Najpierw uciekła przed strasznym losem ze swojego domu, a później dopuściła  się czegoś niegodziwego. Uczeni zawsze uważali, że życie powinno powstawać naturalnie, lecz ona nie przejęła się tym i  używając nauk zawartych w antycznych inskrypcjach, stworzyła dziecko. Był to chłopiec, którego nazwała Sura. Imię to oznaczało „wyobrażenie" lub „kształt". Mężczyzna w przeszłości nie przepadał za nim. Jako obiekt drwin, często spotykał się z wyśmiewaniem. Młodzi chłopcy mówili, że to brzmi damsko, ponieważ kończy się na „a". Teraz jednak mógł zrozumieć intencje. Następną czynnością matki było połączenie dwóch mocy swoich rodziców. Sprawiła w ten sposób, że ten właśnie list został wysłany w przyszłość. Po tym zdarzeniu, musiała zginąć z rąk Sentom. Wynikało to z przedstawionych faktów.

Osoba, która dowiedziała się właśnie, że jej matka nie żyje, nawet nie wzruszyła się. Mężczyzna porzucił swoje człowieczeństwo już bardzo dawno temu, aby móc panować nad swoimi zdolnościami. Tym razem dowiedział się nawet, że nie zasługuje na to, żeby móc go nazywać istotą żywą. W końcu został tylko wymyślony przez kogoś innego. Przynajmniej jego wiedza na temat tego wszystkiego wzrosła. Już domyślał się, dlaczego przewidział, że Elaine będzie chciała z nim tańczyć w tym barze. Po prostu tkwiły w nim prawdopodobnie pokłady przewidywania przyszłości. Być może głęboko ukryte, więc nigdy więcej pewnie się nie przebudzą. Dodatkowo, okazuje się, że można przekroczyć granice materializowania w tej antycznej mocy. Wystarczy do tego odpowiednia wiedza i inskrypcje. Niestety, bohater nie posiadał żadnej z tych rzeczy. Do wszystkiego musiał dojść samemu.

Sura nie myślał długo nad wydarzeniami z niedalekiej przeszłości. Po prostu postanowił wziąć pod uwagę słowa swojej przyrodniej siostry, które brzmiały „„Wojna trwa, giną ludzie! Weź sprawy w swoje ręce!". Dlatego też udał się natychmiast do najbliższego miejsca szkolącego ludzi przystępujących do wojska.

Dzięki życzliwej pomocy mieszkańców północnej części krainy Sirbo, młodzieniec szybko znalazł się w takiej okolicy. Od razu w oczy rzucił mu się ogromny budynek główny, który nad drzwiami wejściowymi miał pomalowaną czerwoną flagę z mieczem i innymi broniami białymi. Bez problemów załatwił wszystkie sprawy związane z przyjęciem. Okazało się, że został bardzo ciepło i miło przyjęty. Dostał swój własny pokój w ośrodku szkolenia oraz specjalny ubiór przeznaczony dla członków szkoły rekrutów. Sura postanowił od początku do końca nie ujawniać swojej mocy. Chciał działać zgodnie z wolą Elaine. Dlatego tez na wszystko musiał sam sobie zapracować. Bez żadnych dodatkowych pomocy.

Od następnego tygodnia rozpoczęły się jego zajęcia. Przypasował swoim wzrostem do innych, więc nie miał problemów z aklimatyzacją. Niestety, wciąż śmiano się z jego imienia, jednak tym razem nie przejmował się już. Zdawał sobie sprawę z jego znaczenia. Wiedział też, że jeszcze kiedyś będzie wzbudzało szacunek i miłe wspomnienia. Dlatego też postanowił dawać z siebie wszystko podczas zajęć.

Najpierw eksperci postanowili nad nim trochę popracować. Rozkazali codzienne treningi wytrzymałościowe i siłowe. Bieganie po poligonie oraz podnoszenie ciężarów stało się dla niego chlebem powszednim. Z każdym dniem polepszał się dzięki swojej własnej woli. Nie oszukiwał, tylko doskonalił się na własną rękę. Zajęło mu to ponad rok, ale dzięki temu mógł przejść od razu do ćwiczeń zręcznościowych i tych bardziej przydatnych w boju. Do zajęć dołożono mu aktywność związaną z koordynacją i szybkością. To te aspekty miały zaważyć o wynikach jego konfrontacji w przyszłości, ponieważ kluczem jest nie dać się trafić. W ten sposób nawet nie zauważył jak minął kolejny rok ciężkiej pracy w tym miejscu. Nigdy jeszcze nie widział siebie w takiej dobrej formie. Mógł czuć zadowolenie. Na razie żyło mu się wspaniale. Ludzie nie rozpoznali jego tożsamości, więc pierwszy raz posiadał jakiś znajomych. Koledzy z ośrodka szanowali, a nawet podziwiali go za determinacje. Dodatkowo, podawali tutaj normalne posiłki. Niegdyś rutyną było dla niego jedzenie tylko chleba, który popijał zwykłą wodą. Dlatego też stało się to przyjemną odmianą.

Zostało już tylko czekać na ostatni etap przygotowań do pierwszego wyjścia na front. Trening używania broni przebiegał na różne sposoby. W głównej mierze skupiał się na broni białej ze względu na preferencje nacji Menoli. Miecze, topory, młoty i sztylety stały się z nim jednością. Mentalność ludzi wokół wprawiła go w trans, w którym opanował te narzędzia walki do perfekcji. Na tym jednak nie kończyło się to wszystko. W końcu wojny nie dało się wygrać używając tylko jednego rodzaju oręża, więc należało jeszcze zaliczyć trochę treningów z łukami, tarczami oraz machinami oblężniczymi.

Pewnego dnia Sura udał się na wykład, który miał w prosty sposób wyjaśnić rekrutom sposób na idealne użycie katapulty, aby móc zniszczyć gruby mur. Tym razem mężczyzna usiadł dość dla siebie nietypowo, gdyż koło nieznajomego z ośrodka szkoleniowego. Ubrany w mundur przebywał na sali. Nie potrafił przez pewien czas przełamać krępującej ciszy. Chciał pierwszy wyciągnąć prawą dłoń, aby zdobyć nowego znajomego, ale nie wiedział od czego zacząć.

- Nazywam się...

- Znam cię! – przerwał mu osobnik, kiedy ten już zdobył się na trochę odwagi. – Ty jesteś ten sławny Sura, który tak szybko zaaklimatyzował się tutaj. Podobno od początku błyskawicznie robisz postępy. Wszyscy cię chwalą i uwielbiają. O czymś zapomniałem?

Zakłopotany nie wiedział, co mu odpowiedzieć. Zdał sobie sprawę, że tak w sumie wszystko to prawda. Chciał jednak dowiedzieć się o co mu chodzi. Dlatego postanowił rozluźnić trochę atmosferę.

- Jak masz na imię? – zadał dość niespodziewanie pytanie.

- Tacy jak ty umierają pierwsi na froncie! – odrzekł wkurzony. – Tam wystarczy jeden błąd i po tobie. To, że nie jestem tak popularny jak ty, nie znaczy, że nie mogę czegoś osiągnąć w przyszłości. Rozumiesz?!

Sura zdał sobie sprawę, o co może mu chodzić. Człowiek koło niego siedzący po prostu kiepsko znosił swoją nieudolność, brak akceptacji i umiejętności. Skądś znał już taką sytuację, więc wiedział, jak na to zaradzić. Dlatego zapytał raz jeszcze.

- Jak masz na imię? – spojrzał na niego poważnym wzrokiem. – Może potrenujemy razem? – dodał.

Chłopak nie mógł uwierzyć. Czy on w ogóle go słuchał? Przecież wytłumaczył mu wszystko. W pewien sposób był  dla niego niemiły, a on chce mu pomóc. Łzy zaczęły płynąć mu do oczu ze wzruszenia.

- Mario...Mario to moje imię.

Okazało się, że jest bardzo w porządku osobą. Po prostu dręczył go ten sam problem, co Sure. Ten postanowił zachować się adekwatnie do Elaine. Jej dobroć zawsze na niego działała. Robił wszystko w taki sposób, aby i ona mogła być z tego zadowolona.

Przez następne miesiące młodzi mężczyźni trenowali wspólnie. Mario był bardzo krótko ściętym brunetem. Jego włosy ledwo wystawały z głowy. Tak jak na przyszłego żołnierza przystało, nie odstępował wytrzymałościowo od innych. Miał braki jedynie w technikach walki, które próbował doskonalić. Okazało się, że jednak za mało to robił. Nie zdawał sobie sprawy, że Sura osiągnął to wszystko dzięki ciężkiej pracy. Dopiero po czasie zdołał to zauważyć. Postanowił zrobić to samo. Poświęcił się szalenie trudowi z jakim są związane te ćwiczenia. Szło mu coraz lepiej, ponieważ miał bardzo dobrego nauczyciela, z którym w końcu się zaprzyjaźnił całkowicie przez przypadek.

Oboje spędzali razem dużo czasu. Jedli, trenowali, a czasami nawet wychodzili gdzieś wspólnie. Wysoki brunet zdał sobie sprawy, że pierwszy raz koleguje się z kimś z jego własnej inicjatywy. Do tego czasu jedyną osobą, z którą dużo rozmawiał, była Elaine. Blondwłosej dziewczyny tutaj nie ma, więc musiał otworzyć czasami do kogoś usta. Opowiedział swoją częściową historię Mario, ale nie wspomniał o pochodzeniu i ukrytych zdolnościach. Wolał je pozostawić w tajemnicy.

W ten oto sposób Sura dotrwał do końca całego szkolenia. Cały jego rocznik  został przeniesiony do stolicy Menoli, czyli Urbitis. Mężczyzna dawno tu nie był. Spędził tu wiele lat jako bezdomny. Pamięta jeszcze ten miejski zapach unoszący się w powietrzu oraz ludzi przemierzających ulice. Rozpoznawał nawet dzieci, które zdążyły już urosnąć, a jeszcze całkiem niedawno biegały i bawiły się na dworze.

Tydzień spędzony w głównej siedzibie wojska północy nie różnił się specjalnie od innych. W sumie wszystko polegało na tym samym. Spanie, jedzenie, ćwiczenie i przygotowanie do opuszczenia państwa. Sura miał pierwszy raz wziąć udział w jakieś bitwie. Nie pokazywał jednak po sobie zdenerwowania. Z Mario działo się dokładnie odwrotnie. Chwilami cały się trząsł. Nie potrafił sobie poradzić z emocjami, które go przytłaczały. Zmaganie się z nimi sprawiało mu duży problem.

- Pamiętasz ten moment w którym się poznaliśmy? – zapytał w dniu zbiórki pod bramą główną Urbitis.

- Tak – odpowiedział szorstko nie pokazując entuzjazmu.

- Tak się zastanawiam od tamtego czasu – dodał. – Jak ty to robisz, że jesteś taki silny i nic cię nie rusza? Nawet nie widzę u ciebie stresu.

- Już ci mówiłem – odpowiedział. – Tyle się wydarzyło w moim życiu, że takie rzeczy nie robią na mnie żadnego wrażenia.

Sura skłamał odrobinę, ponieważ to wszystko jest po to, aby mógł bez problemów kontrolować swoją moc. Nie chciał jej dalej ujawnić, więc musiał się odpowiednio zachowywać.

- Bo wiesz... - przełknął głośno ślinę. – Oskarżyłem cię tamtego dnia o wywyższanie się, a sam wymądrzałem się na lewo i prawo. Mówiłem, że tacy ludzie umierają jako pierwsi i teraz boję się. Przez to wszystko moje słowa mogą stać się rzeczywistością i sam polegnę od razu. Nie po to przecież tyle się starałem.

Wysoki brunet nie odpowiedział. Ubierał swoją lekką zbroję, która otrzymał na czas ekspedycji. Mario robił przez jakiś czas to samo jednak w końcu nie wytrzymał.

- Szlag! – krzyknął i uderzył pięścią w ścianę. – Dlaczego nie mogę być taki jak ty? Opanowany i odważny. Zapewne urodzony bohater.

- Nie chciałbyś być taki jak ja! – podszedł do niego i klepnął go z tyłu głowy. – Porzucenie wszelkich emocji jest straszne. Nikt nie może tego robić, gdyż porzuca w ten sposób swoje człowieczeństwo.

Mario spojrzał na niego dość dziwnie. Dlaczego on to robi? Pytał samego siebie. Jaki ma w tym wszystkim cel? Czy coś ukrywa? Długo nad tym rozmyślał, ale w końcu zdał sobie sprawę, że oboje traktują siebie jak przyjaciół, więc nie mogą okłamywać się nawzajem.

- Musisz po prostu trochę się uspokoić – powiedział coś w końcu Sura. – Strach jest normalną rzeczą, ale my idziemy tam przecież, żeby przeżyć i wygrać. Taki jest w końcu nasz cel.

Nareszcie się udało. Z mężczyzny zeszło ciśnienie. Oddech stał się wolniejszy i wszystko wróciło do normy. Oboje mogli udać się na zbiórkę.

Licząca wiele setek armia ruszyła w kierunku południa w celu zaatakowania jednego z miast narodu Liratsu. Podróż trwała kilkanaście dni, ponieważ bardzo duża część tego zbiorowiska składała się z piechoty. Sura widział przez większość tego czasu tylko inne osoby identycznie ubrane oraz czerwoną flagę, która była niesiona na samym czele. On sam nosił ze sobą długi miecz, ponieważ miał do tego odpowiedni wzrost i siłę. Lata ćwiczeń pokazały także, że dobrze się nim posługuje.

Niestety, podczas drogi złapały go wątpliwości. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale będzie musiał zabijać ludzi. Czy to słuszne? Czy poradzi sobie? A co z Mario i innymi? Pytał samego siebie.

W końcu dotarli do lasu znajdującego się nieopodal celu wyprawy. Przybyli, aby zdobyć miasto Artis. Ta miejscowość słynęła z wysoko rozwiniętego handlu, ale słabego wojska. Ze względu jednak na to, że położona jest blisko granicy państwa, inni starają się wysyłać wsparcie. Tak samo było i teraz. Szpiedzy zdążyli już przekazać najważniejsze informacje. Plan został objaśniony. Południowcy charakteryzowali się wysoko rozwiniętymi umiejętnościami strzeleckimi. Dlatego też postanowiono zaatakować z zaskoczenia. Tylko tak można wygrać pojedynek broni białej z dystansową

Akcja zaczęła się w nocy. Ukryci zabójcy dużo wcześniej dostali się do środka, aby rozlokować się odpowiednio i poczekać na sygnał. Nagle głównodowodzący wydał rozkaz wystrzelenia pocisku z katapulty ukrytej  w lesie. W mgnieniu oka ogromny kamień wylądował na samym środku miasta. Dało się usłyszeć stamtąd dobiegający krzyk i rozpacz. W ten czas wszyscy strażnicy pełniący nocną wartę zostali brutalnie zamordowani przez skrytobójców.

Sura był w szoku. W końcu plan zakładał tylko przejęcie miasta. Przecież wystarczyło schwytać i związać przeciwników. Nawet niepotrzebnie został użyty ciężki pocisk, który wywołał tylko zniszczenia i śmierć. Mężczyzna dopiero teraz poznawał znaczenie słowa „wojna". Plotki głosiły, że bitwy w krainie Sirbo są bardzo brutalne i bezlitosne, ale nie myślał, że aż tak. Później działo się tylko gorzej. Po wejściu do środka rozpoczęła się rzeźnia. Kompani z armii likwidowali wszystko, co się ruszało. Nawet tych niewinnych nie pozostawiali przy życiu. W ten sposób nie zostało w tym miejscu nic. Tylko krew i pozostałości po budynkach.

Następny dzień żołnierze spędzili na odpoczynku. Należało uczcić zwycięstwo. Armia nie poniosła strat, co napawało jeszcze bardziej wszystkich. Jedynie Sura siedział obojętnie i rozmyślał. Na szczęście, nie pozbawił nikogo życia wczoraj w nocy. Zastanawiał się, o co w tym wszystkim chodzi. Co miała na myśli Elaine wysyłając go tutaj? W jaki sposób on ma niby pomóc na froncie jeśli boi się zabić drugiego człowieka?

Z drugiej strony męczyło go coś jeszcze. W liście od matki było napisane, że klan Sentom użył swojej mocy i wybił cały Sempart. Niby wschód skupia się tylko na wojnie domowej między tymi dwoma wspólnotami, ale powinni szukać także jego. Z tego powodu przez chwilę poczuł się pusty. Tak jakby w ogóle nie istniał. W końcu na razie ich nie napotkali.

Na razie jednak musiał zostawić wszystkie te niewiadome. Teraz należało zająć się sprawą, która nie może tak zostać rozwiązana. Wojna nie mogła przynosić takiej ilości ofiar. Ludzkie życie trzeba chronić, a nie zabierać.

Po raz kolejny Sura popisał się stanowczością. Podszedł do Mario i spytał, gdzie znajduje się teraz głównodowodzący. Przyjaciel wskazał drogę, ale był lekko zdziwiony. Przecież wszystko poszło zgodnie z planem, więc nie widział powodów do żadnych skarg, czy pretensji.

Wysoki brunet wszedł do namiotu generała. Ujrzał przed sobą osobę, która wyglądała jakby przeżyła już wiele bitew. Facet w średnim wieku miał siwą brodę i łysą głowę. Na jego ciele widoczne były blizny i rany wojenne.

Krótko spróbował wytłumaczyć przełożonemu, jak powinni poprowadzić ekspedycję, aby zakończyć ten okres pokojem z nacją Liratsu. Sam nie zdawał sobie sprawy, że posiada wiedzę na temat tego wszystkiego. Zapewne miało to związek z jego nową mocą, którą odziedziczył po matce.

Niestety, dużej ilości argumenty nie przyniosły żadnego efektu. Głównodowodzący tylko wyśmiał żołnierza i rozkazał mu opuścić jego namiot. Sura musiał wymyślić coś, co mogło zachęcić całą nację do zmiany polityki prowadzenia wojen. Na razie zostało tylko czekać na rozwój wydarzeń.

Następnym celem ekspedycji stało się miasto położone dużo bliżej centrum południowego państwa. To było nie do pomyślenia. Przecież ten szalony pomysł musiał skończyć się klęską.

Po drodze jednak spotkała ich niespodzianka. Głowa nacji Liratsu szybko zareagowała po utracie Artis. Wysłała liczne wojska w celu wyeliminowania przeciwnika. Generał brał pod uwagę taką sytuację. Dlatego też przed tą wyprawą rozkazał każdemu zabrać ze sobą małe, nieciężkie tarcze, które zostały przygotowane specjalnie na południowców.

Zza niebieskiej flagi ruszyła salwa kilkuset strzał. Czerwoni dostali szybko rozkaz wykonania planu awaryjnego. Każdy uniósł swoją osłonę. Dzięki temu zginęły tylko najsłabsze ogniwa. Reszta biegła już w stronę przeciwnika. Między nimi oczywiście Sura. Zauważył on, że Mario jest po ostatnim razie strasznie żądny dalszemu przelewowi krwi. Mężczyzna zobaczył obraz rzezi, która miał okazję ujrzeć podczas zdobywania miejscowości kupieckiej. Nie chciał dopuścić do powtórki, więc zapragnął zatrzymać to wszystko.

- Nie! – krzyknął głośno i wyraźnie.

Był to tylko cichy jęk wśród okrzyku wojowników idących na śmierć lub po zwycięstwo. Jednak wystarczyło to do reakcji ukrytej mocy. Nagle między obiema armiami pojawiła się niewidzialna ściana, w którą uderzyła czołówka zbiorowiska.

- Co się stało? – pytali zebrani.

Z grupy czerwonych wyszedł jeden człowiek, który zdjął hełm z głowy i objaśnił jasno.

- Nie będzie więcej przelewania krwi! Ja na to nie pozwolę!

Między stronami nadal stał mur nie do przejścia. Wśród żołnierzy dało się usłyszeć

szepty.

- Skądś znam tą moc.

- Czy to nie przypadkiem klan Sempart?

- Przecież oni podobno zostali wybici.

Sura zdał sobie sprawę, że jego moc wzrosła. Niestety, ujawnił przez to swoją tożsamość. Nie miał jednak wyboru. Sytuacja wymagała działania.

Głównodowodzący czerwonych wstał i zaczął biec w stronę bruneta. Nie poczuł strachu, więc ruszył z chęcią zabicia go. W końcu w Sorbi nie przerywa się takich bitew. Został szybko zatrzymany, gdyż wokół niego pojawił się ogień stworzony przez wyobraźnie Sury.

- Jestem po waszej stronie! – rzekł głośno. – Pragnę jednak byśmy spróbowali nowego sposobu na zakończenie konfliktów w krainie.

Żołnierze nie mieli wyboru. Człowiek posiadający antyczną moc mógł bez problemu zabić wszystkich tu zebranych. Niebiescy także zostali zmuszeni do przystanięcia na przydzielone warunki.

Wszyscy ruszyli w stronę stolicy nacji Liratsu. Miasto nazywało się Sedem. Było dość sporawe i liczne. Ku zdziwieniu mieszkańców do środka weszły dwie armie otoczone nietykalnymi barierami. Dzięki temu czerwoni przeszli bez ran. Strzały odbijały się od nich sprawiając, że przeżyli niemożliwe do przeżycia wrażenia. Sura spotkał się szybko z władcą i wyjaśnił mu wszystko. Próbował proponować różne udogodnienia w postaci wymiany szkoleniowej umiejętności. Strzelcy nauczyliby się walczyć mieczem, a szermierze poznaliby możliwości prawidłowego posługiwania się łukiem. Król nie przystanął na to niestety. Dla Sury nie był to problem. Dał szybki pokaz swoich mocy. Las znajdujący się na widoku zniknął z powierzchni ziemi. Teraz rozmówca zmienił zdanie. Przyjął natychmiast propozycje, której nie mógł odrzucić. Groźba zniszczenia wszystkiego podziałała na niego od razu.

Wysoki brunet załatwił tą sprawę pomyślnie. Od tej pory nacja Menoli i Liratsu były związane pierwszą w historii współpracą.

Następnym celem stał się zachód. Klan Dencis specjalizował się w machinach oblężniczych i dobrej obronie. Dla umiejętności Sempart nie sprawiało to utrudnień. Połączona armia niebieskich i czerwonych ruszyła na zielonych. Przedzierali się powoli, ale skuteczne, a także bez żadnych ofiar. Sura zadbał o wszystko. Zależało mu na ludzkich życiach.  Niszczył następne bramy chroniąc przy tym swój oddział, a jednocześnie przeciwników. W końcu dotarli do miejscowości Fensus, gdzie przesiadywała głowa tego państwa. Doszły do niej pogłoski na temat tego, co stało się na południu. Była to tym razem kobieta, która przemyślała wszystko jeszcze przed przybyciem ekspedycji. Zgodziła się na wymianę szkoleniową, ale zapragnęła jeszcze rozwinięcia handlu i turystyki na obszarach obcych. Trzy strony Sirbo wyraziły wspólną zgodę. W ten sposób do brygady pokojowej dołączył Dencis.

Poszło zbyt łatwo. Tak jakby przeznaczone było Surze prowadzić ludzkość w celu zakończenia wojen w krainie. Każdy się zgadzał, a mężczyzna widział coraz nowsze fakty w swojej głowie. Domyślał się, że jego druga moc powoli przebudza się i sadzi już swoje ziarna. Po prostu robił to, co przyszło mu do głowy. Zdał sobie sprawę, że gdyby wspólnota Sentom nie traciła czasu na Sempart, to już dawno temu zdominowałaby wszystkich. Mogłaby nawet wyjść gdzieś dalej. Poza obszar krainy.

Ostatnim kierunkiem został już tylko wschód. Tym razem potrójne połączenie królestw dawało mechanizm doskonały w armii. Perfekcja w broni białej, strzelniczej oraz oblężniczej zwiększała ich szansę o wiele bardziej.

Sura chciał ruszać do stolicy, aby zakończyć już to wszystko. Jakaś siła wyższa pokierowała go najpierw do jakieś dziwnej kryjówki na terenie nizin. Mężczyzna zostawił armię na postój i udał się na chwilę w swoją stronę. Natrafił na ciemną jaskinię. Wydawała się niebezpieczna, ale brunet wszedł do środka. Zmaterializował kulę światła i ruszył przed siebie. Na razie widać było tylko korytarz, który nie miał końca. Na szczęście, droga nie rozgałęziała się. W końcu doprowadziła zainteresowanego do celu. Kryła pomieszczenie, w którym znajdowały się same zakurzone książki leżące na półkach. W centrum stał stół z papierami. Okazało się, że to wszystko są kopie inskrypcji jego klanu.

- Kto to mógł zrobić? – zapytał samego siebie.

Nie kto inny, jak jego własna matka. Domyślił się, ponieważ pisma z nim związane leżały na wierzchu. Ta kobieta musiała być geniuszem skoro to wszystko spisała ponownie i to w tak krótkim czasie. Sura musiał się spieszyć, więc zapoznał się z tym, co miał przed oczyma. Dowiedział się, że ta moc wcale nie umożliwia stworzenie człowieka. Jest to tylko opcja wykreowania manekina, do którego można przelać swoją własną wolę. W tej sytuacji lalka żyje tylko do momentu aż określony cel zostanie spełniony.

Sura zrozumiał całą sytuację. Ze swoim pochodzeniem pogodził się już dawno temu, więc pozostała mu tylko jedna rzecz. W końcu znalazł informację o małym warunku związanym z umiejętnością Sentom. Okazuje się, że można w niej określić tylko zachowanie innych ludzi.

Mężczyzna wybiegł z jaskini, którą przed chwilą zostawił w płomieniach. W tej sytuacji czuł akurat własną decyzję. Nie chciał, aby ktoś w przyszłości cierpiał z powodu wiedzy tu pozostałej.

W ten czas wydarzyło się coś niespodziewanego. Okazało się, że wschodnie królestwa połączyły swoje siły i zaatakowały zjednoczone wspólnoty. Armie Menoli, Liratsu i Dencis stawiały na obronę. Sura zdążył przelać w nich prawidłowe postępowanie. Ten wykorzystał szybko okazję i oddzielił silnym podmuchem wiatru wrogie strony.

Posiadacze mocy przewidywania przyszłości byli zdziwieni. Przecież wszyscy z antyczną siłą mieli zostać wyeliminowani, więc skąd tu się wziął ten człowiek. Pomyśleli, że ktoś wtedy zawalił sprawę i nie zabił jednego z nich.

Tym razem Sura próbował rozwiązać sprawę w trochę inny sposób niż poprzednio. W zamian za pokój proponował wymianę handlową, turystyczną oraz szkoleniową. Postawił jednak warunek. Rozkazał pozbyć się wszystkich inskrypcji związanych z ich starożytną umiejętnością. Groził także, że w tej sytuacji nieposłuszność skończy się tragicznie. Sentom nie mogło już nigdy użyć swoich atutów. Uczeni nie sprzeciwiali się, ponieważ w tym przypadku straciliby swoje życia. Dlatego też przystanęli na warunki. Sempart nie miało żadnych problemów. Wystarczyło im, że jakiś przedstawiciel materializujących czarodziei jeszcze istnieje.

Sura zdawał sobie sprawę, że to wszystko jest przeznaczeniem. Miał wrażenie, że jego matka wszystko zaplanowała. Pragnęła zapewne połączenia się wszystkich nacji w jedno. Marzył jej się pokój w Sirbo. Dlatego też stworzyła manekina, którego naprowadziła dokładnie na osiągnięcie sukcesu. Tego nawet nie można nazwać rodziną. W końcu oni nie są dzieckiem i rodzicem. Mężczyzna był tylko zwykłym wyobrażeniem. Wytworem umysłu tej kobiety.

Jeszcze żadna ekspedycja nie odniosła takiego wielkiego sukcesu w swojej wyprawie. W przeszłości nikt nie mógł nawet panować nad więcej niż tylko jednym królestwem, a teraz udało się pogodzić wszystkich. Sura myślał już tylko o tym, aby ponownie zobaczyć Elaine i Mario po tak długim czasie i w zupełnie innej sytuacji. Chciał w końcu poczuć się dobrze w swoim życiu. Jego pierwszym marzeniem stało się poczucie szczęścia, którego jeszcze nigdy nie zaznał. Miał wrażenie, że niedługo zniknie z powodu spełnienia życzenia, więc musiał się spieszyć.

Z okazji minionych wydarzeń w Urbitis odbyło się ogromne przyjęcie dla wszystkich królestw krainy. W uroczystości wzięli udział władcy, czołowi żołnierze, a także kilka innych znanych i ważnych osobistości. Na ten dzień użyto największej sali w całym Menoli. Znajdowała się tam niezliczona liczba stołów i krzeseł. Miejsce do tańca także było przygotowane. Wszystko zostało pięknie przyozdobione. Oczy wręcz nie mogły się nacieszyć tym widokiem.

Sura także brał w niej udział. Ubrany w eleganckie spodnie w kancik i marynarkę przechadzał się zdecydowanym krokiem po całym pomieszczeniu. Rozmawiał po drodze z wieloma osobami. Ważniejszymi i tymi mniej znanymi. Były to jednak nudne i niepotrzebne konwersacje, które nie zaspokajały go odpowiednio. Dlatego też podążał dalej w poszukiwaniu duszy przyjaznej.

W końcu ujrzał Mario. Tym razem w innej sytuacji. Mężczyzna prezentował się zupełnie inaczej. Z delikatnym zarostem i dłuższymi włosami podszedł do przyjaciela, który wyciągnął do niego pomocną dłoń.

- Spisałeś się! – zaczął Sura.

- Przestań! Przecież nic nie zrobiłem – drapał się po głowie. – To wszystko twoja zasługa. Ty jesteś gwiazdą  wieczoru.

- Nie czuje się tak – odpowiedział szorstko.

- I znowu to samo – zaśmiał się i klepnął go Mario. – Zawsze taki jesteś. Zdecydowany i odważny. Po prostu bohater.

Sura miał wrażenie, że już raz słyszał te słowa, ale ta myśl sprawiła, że na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- Nareszcie! – zareagował jego przyjaciel. – Już myślałem, że to się nigdy nie stanie. Pamiętam, jak opowiadałeś o tym całym pozbyciu się człowieczeństwa. Przypominałeś wtedy bardziej lalkę niż człowieka. Nie mogłeś wyrazić żadnych emocji. Tak samo było na froncie. Przynajmniej później dowiedziałem się o twojej mocy. Mogłem wtedy zrozumieć twoje zachowanie, jednak nie chciałem, żebyś na zawsze taki pozostał.

Mario wziął łyk alkoholu, który miał w swojej szklance. Delikatny grymas świadczył o gorzkim smaku trunku. Z Sury zaczęło wychodzić wszystko, co trzymał w sobie przez te wszystkie lata. Uścisnął mocno swojego kompana z wojska i ośrodka szkoleniowego.

- Dziękuję ci za wszystko, Mario! – powiedział. – Jesteś moim pierwszym przyjacielem. Czas spędzony z tobą podczas treningu nie mogę nazwać zmarnowanym. Trzymaj się...

Mężczyzna nie zrozumiał ostatnich słów, ale ucieszył się. W końcu uważał dokładnie tak samo.

- No już... - odepchnął go delikatnie. – Bo zaraz sam się rozkleję. Teraz możemy wieść spokojne życie, więc nie mamy się czym martwić.

Sura tylko przeszedł koło niego i poklepał po ramieniu. Zdawał sobie sprawę, że to prawdopodobnie ich ostatnie spotkanie.

Następnym celem stało się odnalezienie osoby, którą bohater chciał zobaczyć najbardziej. Zaczął szukać blondwłosej dziewczyny po całej sali. Nigdzie jej jednak nie widział. Wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się dookoła. Była późna noc, więc widział tylko to, co znajdowało się w zasięgu najbliższych kilkudziesięciu metrów.

Jego moc nic nie podpowiadała. Czuł, że coś stracił. Na szczęście wpadł na pomysł. Stare miejsce, w którym zarabiali pieniądze będąc bezdomnymi. Pobiegł tam szybko. Nie oglądał się. Przemierzał ulice, zakręty. Minął wiele budynków zanim tam dotarł.

Na chodniku siedziała blondwłosa dziewczyna o włosach jasnych. Ubrana była w stary, znoszony płaszcz. Wstała i uśmiechnęła się na widok starego znajomego.

- Witaj z powrotem! – zaczęła. – Widzisz! Nigdy go nie wyrzuciłam, bo nieprzyjemne wspomnienia przeplatają się także z tymi lepszymi. Jak usłyszałam o twoich sukcesach, przybyłam tu trochę powspominać.

Teraz to Sura błyszczał i lśnił w jej oczach. Wyglądał na prawdziwego bohatera, który przypominał typowe postacie z opowieści. Lecz on nie był wymyślony. Stał przed nią i mogła go dotknąć, poczuć. Spojrzała na jego twarz, która jako jedyna w ogóle się nie zmieniła.

Mężczyzna rzekł coś pod nosem. Jego ubiór także zmienił się na stary i zniszczony.

- Nigdy nie zapomniałbym jego wyglądu – oznajmił i pstryknął palcem.

Sprawił w ten sposób, że zabrzmiała muzyka. Następnie wyciągnął dłoń w stronę damy, której tym razem on proponował taniec. Ona zgodziła się, jednak miała miejsce kolejna zmiana. Sura wziął się za prowadzenie. Wychodziło mu to całkiem nieźle. W tym przypadku dużo nie trzeba było tej dziewczynie do przyjemności. Lubiła ruszać się w rytm różnych melodii, a mężczyzna uwielbiał ją taką widzieć. Radosną i skaczącą. W jego oczach to ona zawsze błyszczała i zasługiwała na uwagę.

- Wziąłem sprawy w swoje ręce! – stwierdził stanowczo.

W ten czas dziewczyna przeżyła chwilę piękną i nie do opisania. Pierwszy raz zobaczyła na jego ustach szczery uśmiech. Z tego powodu zaczęła płakać. Nie była jednak smutna. Czuła ulgę zdając sobie sprawę, że on nareszcie może przeżywać emocje.

Sura nie mógł wytrzymać tego widoku. Postanowił jej wszystko wyznać. W końcu kończył mu się czas.

- Wiesz co? – wyskoczył nagle. – Nigdy nie byłaś dla mnie ani rodziną, ani przyjacielem.

Dziewczyna popatrzyła na niego ze zdziwieniem i zapytała.

- To w taki razie czym?

- Moją pierwszą miłością... - odrzekł i pocałował ją w usta.

Ta romantyczna chwila trwała dość długo. Okolice spowiła ciemność. Zostali tylko oni i głucha cisza. Sura oderwał się od Elaine i popatrzył na nią raz jeszcze. Zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje. Poczuł, że zniknęła jego moc materializacji.

- A więc tak to sobie obmyśliłaś! – zwrócił się do swojej matki patrząc w niebo.

W tym momencie blondwłosa dziewczyna miała okazję zobaczyć prawdziwe i szczere łzy osoby, która tłumiła w sobie wszystko wiele lat. Zauważyła także, że mężczyzna stojący przed nią zaczyna znikać. Było go coraz mniej.

- Dziękuję ci! Elaine! – rzekł do niej Sura uśmiechając się raz jeszcze.

Po tych słowach wyparował tak jakby nigdy nie istniał. Zostały tylko białe smugi, które unosiły się coraz wyżej aż w końcu zniknęły całkowicie wśród gwiazd. Przez chwilę kobieta miała wrażenie, że to sen i zwykły wytwór wyobraźni. Lecz tak naprawdę zdawała sobie sprawę, że ten mężczyzna pozostanie w jej sercu już do samego końca.

Tak zakończył się okres wojen w krainie Sorbi. Po wszystkich królestwach krążą teraz tylko legendy o wymyślonym bohaterze o imieniu Sura, który zjednoczył w bardzo krótkim czasie nacje, a później zniknął nie pozostawiając za sobą nawet śladu. Władcy nie wykorzystywali tej sytuacji. Przecież połączyli z własnej woli siły z czerwonymi i ruszyli z nimi zjednoczyć resztę obszaru. Współpracowali i to wyszło im na dobre. Dlatego postanowili dalej dzielić siły i odkrywać wspólnie tajemnice tego wciąż nieznanego świata.


* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Dział: Opowiadania