Rezultaty wyszukiwania dla: Rea
Szrama
"Nie ma jednej prawdy. Każdy ma własną.”
Kontynuuje przygodę czytelniczą z detektywem Oskarem Kordą, właśnie awansowanym na nadkomisarza w sopockiej komendzie, i dziennikarką Alicją Grabską, prowadząca blog kryminalny. Współpraca tej dwójki zaowocowała już dwoma rozwiązanymi sprawami morderstw, teraz zmierzają do odkrycia prawdy o okolicznościach, motywach i tożsamości skrywanej za wyjątkowo brutalnym morderstwem, okrutnym postępowaniem z niejasnym przesłaniem. Na scenę ponownie wkracza Janina Hinc, ekolog sądowy. Nie rozumiem dlaczego w niebezpieczną stronę przesunięta zostaje relacja reprezentantów dwóch grup zawodowych, policyjnej i medialnej, ale przyjmuję ją jako luźną interpretację na potrzeby powieści. W trzecim tomie intryga kryminalna ciekawie zwodzi czytelnika, kilka nici fabuły sprytnie zawiązuje się. Autorka miesza wśród bohaterów, podsuwa fałszywe tropy i frapująco przeciąga granice dotarcia do prawdziwego oblicza zabójcy. Nikt nie może czuć się bezpiecznym we własnym domu, zło uważnie obserwuje i czyha na dogodny moment, aby uderzyć. Nie mocno, ale czuje się powiew thrillera, niepokoju wobec losów jednej z kobiet, bezbronności wystawionej na publiczny osąd, moralnych potknięć podlegających nieprzychylnej ocenie.
Nie przekonuje kreacja Oskara Kordy, nawet jeśli uwzględni się zdarzenia z przeszłości mające bezpośredni wpływ na teraźniejszość, jest niespójna i na granicy rozdwojenia jaźni. Może to wynikać z chęci autorki podsunięcia pewnego tropu, albo nagłej zmiany decyzji wobec losów mężczyzny. Z sympatycznego traktowania przeszłam na stronę nieprzychylności. Związek między detektywem a dziennikarką, poszerzona obyczajowa otoczka, zadziwia błyskawicznym przeskakiwaniem od jednej skrajności do drugiej, udowadnia niedojrzałość emocjonalną postaci, razi sztucznością dużej zmiany nastawienia. I żadne hormony nie są tego w stanie wyjaśnić, nawet jeśli sporo wiedzy o ich działaniu otrzymujemy w powieści. Brakuje zgrabności w płynnym włączaniu w scenariusz zdarzeń. Nie podoba mi się reakcja jednej osoby dotkniętej okrutną przemocą, wątpię, aby ktokolwiek właśnie w taki sposób zareagował na śmierć współmałżonka. Szkoda też, że osoba postronna zostaje dopuszczona do materiału dowodowego na komendzie. Za to zachwycam się wciągająco zaprezentowanym klimatem Trójmiasta, obrazami z przeszłości, dokonywanymi zmianami i atrakcyjnością miejsc. Czy udaje się wskazać właściwego zabójcę, który nie pozostawia po sobie żadnych szczególnych śladów, działa przemyślanie, porusza się metodycznie, skrupulatnie planuje i narzuca zasady gry? Jak wyciągnąć prawdę z labiryntu pełnego okrucieństwa i wyrachowania? Proponuję poznawać serię tom po tomie (wcześniej "Szelest" i "Szum"), inaczej seria straci na zrozumienia wpływu przeszłości na obecne zachowania bohaterów, oraz ogólny klimat przygód czytelniczych.
Szelest
"Wszystko to, co mroczne, złe i brzydkie, czai się w nas, uśpione, i wychyla w najmniej oczekiwanym momencie, jakby coś je przywoływało.”
Kiedy spotykałam główną bohaterkę książki, która charakteryzowała się zaprezentowanymi cechami osobowości i stylem zachowania, zastanawiałam się, dlaczego niektóre kobiety pozwalają innym odnosić się tak siebie, a nawet gorzej, same siebie tak traktują, bez szacunku i krzywdząco, bez autorefleksji i zastanowienia. Może to odbicie w lustrze zejścia ze ścieżki obowiązującej dawniej sfery moralnej, poluzowania wzorców zachowań i rozcieńczenia relacji społecznych. Nie mam nic przeciwko stylowi życia jednostek dopóki nie odbija się negatywnie na innych. Wysunęłam przypuszczenie, że Małgorzata Sobczak celowo sportretowała w krzywym zwierciadle kobietę, aby zwrócić uwagę na degradację poważania i nadmiernie egoistycznego czerpania z życia. Po kilkunastu rozdziałach straciłam poważanie wobec Alicji Grabskiej. Dojrzała osoba zachowywała się jak rozpieszczone dziecko, z wygórowanym egoizmem i nieliczeniem się z uczuciami innych. Im głębiej wchodziłam w powieść, tym bardziej nasilała się awersja do dziennikarki. Reprezentantka pięknych kobiet, za którą oglądali się wszyscy mężczyźni, gdziekolwiek pojawiła się, tam wzbudzała zachwyt męskich oczu. Miałam wrażenie, że świadomość tego, wzmocniona słabą podstawą uznawania emocji innych, rozpieściły Alicję. Tym niemniej, przyznałam, że autorka konsekwentnie trzymała się wytyczonej roli dla postaci, stąd przypuszczenie, że było to zamierzenie realizowane.
Doceniłam pomysł na fabułę, kilka elementów doskonale współgrało z kluczowymi wytycznymi wątków i wsparte było logiką przyczyn i skutków. Kusząco zapowiadał się scenariusz zdarzeń z wyjściem od aktywności aplikacji podsuwającej użytkownikowi miejsca warte zobaczenia ze względu na intrygujący charakter. Niestety, sposób prowadzenia akcji, wprowadzał wiele chaosu i lekkich niekonsekwencji, czasem wykraczał poza realizm. Na ostatnie mogłam przymknąć oko ze względu na szczególny rys gatunku literackiego, w którym niemal wszystko może się zdarzyć, ale poprzednie zastrzeżenia psuły odbiór thrillera kryminalnego. Nie uznałam dwulicowego spojrzenia na brutalność, ani fizyczną w ujęciu przemocy domowej, ani psychiczną z perspektywy wykorzystywania innych. Z entuzjazmem przyjęłam śledzenie teraźniejszości i zerkanie w przeszłość. To, co działo się niemal dwadzieścia lat wstecz nawet bardziej mnie wciągnęło niż bieżące śledztwo. Szkoda, że autorka po macoszemu potraktowała kryminalny nurt, niezbyt szeroki i wartki, a przy tym mało przekonujący. Raz poszedł mocno na skróty, po długim okresie braku informacji, nagle wulkaniczny wybuch mowy pewnej staruszki, która nawet w stresie nie omieszkała wiele zdradzić i to w jednej wypowiedzi.
Jeśli chodzi o styl narracji, to odebrałam go jako lekki i przyjazny. Dialogi nieco spłaszczone, ale jestem starej daty i niekoniecznie znajduję nić porozumienia ze współczesnym uproszczonym stylem rozmów. Przeszkadzała mi różnorodność poziomu w opisach, niektóre fragmenty fantastycznie rozpisane, z uśrednionym uszczegółowieniem, inne z nadmiarem zbędnych detali lub niedosytem tła, jeszcze inne niemające związku z intrygą. Ogromny plus za sopocki koloryt, mocny atut, bardzo mi odpowiadał, nawet jeśli z lokowaniem produktu i miejsca. Aż nabrałam ochoty zapuścić się w ulice, ścieżki i plażę Sopotu. Jednak z pewnością nie chciałabym się natknąć na zwłoki z podciętym gardłem, na misterną inscenizację zbrodni, budzące grozę dowody. A od tego zaczęła się fabuła, pierwszych śladów mogących prowadzić ku prawdzie, szczątków kruchych jak porcelana, iskry rozniecającej płomień w mroku, tworzenia historii z przywołaniem zafałszowanych wspomnień, iluzji życia i pragnień. Wytyczne intrygującej gry z czytelnikiem, domysły i interpretacje z założenia bardzo dobre, lecz mniej efektowne w przełożeniu na emocjonalny odbiór. Finałowa odsłona mogła przypaść do gustu, wielu odbiorców mogło do końca nie wpaść na właściwe rozwiązanie, przynajmniej ja długo wahałam się, kto stał za diabelskim planem, utkanym w mroku, w spółce z brutalnością, perfidią i nienawiścią.
Komnata sekretów
„Są takie sekrety, które dopiero po czyjejś śmierci zaczynają być najbardziej niebezpieczne.”
Dawno nie sięgałam po komedię kryminalną, a poczułam chęć wejścia w te klimaty czytelnicze, zatem wybór padł na opowieść „Komnata sekretów”, w końcu wszelkie spiski, teorie, tajemnice i sekrety idealnie nadają się, aby wymieszać je w intrygującym a jednocześnie humorystycznym scenariuszu zdarzeń. Czytałam „Śmierć w blasku fleszy” tego autora i wyniosłam sympatyczne wrażenia po spotkaniu z książką. Wiem, że to mało z jakże bogatego dorobku pisarza, tym bardziej, że bardzo lubianego przez odbiorców, ale za to często zaglądam na facebookowy profil Alka Rogozińskiego, aby złapać uśmiech na początek dnia. Nie zawsze zgadzam się z przemycanymi przez autora opiniami o rzeczywistości i postaciach w niej uczestniczących, ale jestem pod wrażeniem niekończących się pomysłów na przedstawiane realiów codzienności, w przyjemnym krzywym zwierciadle i ciepłej autoironii.
I właśnie, lekkie nabijanie się z osób obecnych w nagłówkach mediów, bezpośrednie ich przywoływanie, lub za pośrednictwem wykreowanych bohaterów, okazało się głównym nurtem humoru, oczywiście, wspartym kontekstem sytuacyjnym. Liczne i barwne postaci. Halina, urocza starsza pani, najbardziej rozbawiała wypowiedziami i podejściem do świata, w tym męża i zasadności funkcjonowania szajki hejterskiej. Imponowała niespożytą energią i entuzjazmem. Pozostałe umiarkowanie przekonywały. Jeśli chodzi o intrygę, w skrócie opisując, pogoń za bursztynowym skarbem, przez kilku wtajemniczonych i zainteresowanych, nie wciągnęła tak, jak na to liczyłam. Scenariusz wypakowany naprzemiennie zmieniającymi się scenami, różnorodnymi osobowościami, pragnieniami i ambicjami bohaterów, co dobrze rokowało na pozytywny odbiór powieści, jednak w pewnym momencie, zamiast zaangażowania w akcję, poczułam lekkie znużenie, tym bardziej, że zakończenie przewidywalne. Tym niemniej, „Komnatę sekretów” szybko poznawałam, nie sposób nie podkreślić przyjaznego i lekkiego stylu narracji, dowcipnych zabaw językowych i skojarzeniowych, chciałoby się ich więcej. Wszystko zaczęło się od pojawienia się na uroczystości pogrzebowej babci Pauliny, nieznanego rodzinie zmarłej, historyka sztuki i archeologa. Mężczyzna zdawał się coś sygnalizować, może o dziele, które krzyczało historią, a może o historii rodzinnej, która nigdy nie powinna była wyjść na jaw. Jak to się stało, że śledztwo dziennikarskie weszło w etap gry, które mogło kosztować znacznie więcej niż planowała pracownica portalu? Czy pytania mogły być groźniejsze od odpowiedzi?
Schron
„Gdy w chmurach szaleje czarcie wesele, możesz być pewien, że krew się poleje.”
Thriller psychologiczny „Nie wiesz wszystkiego” Marcela Mossa dostarczył dobrych wrażeń czytelniczych, dlatego z zainteresowaniem sięgnęłam po kolejną książkę tego autora, tym razem w kryminalnej odsłonie. Niestety, „Schron”, trzeci tom serii o komisarzu Samborze Malczewskim, nie zapewnił ekscytujących doznań. Wydawało się, że miał wszystko, aby wprowadzić w stan niecierpliwego poznawania, a jednak nie połknęłam bakcyla na prezentację fabuły i portrety postaci.
Zawiodłam się od pierwszych scen powieści, opisów jak z sennych koszmarów. Nie miałam zastrzeżeń do brutalności i bezwzględności oprawcy, w mrocznej literaturze bardzo pożądanych, ale do stylu prowadzenia. Wydawał się rwany i szarpany, pobieżny i na skróty, maksymalnie przyspieszający sceny, wysoce niewiarygodny. Jakby pisany był przez początkującego autora, nabierającego umiejętności w przedstawianiu zdarzeń, albo nawet przez sztuczną inteligencję, zaledwie lekko przypominającą ludzką kreatywność. To odczucia podobne do oglądania filmów tworzonych przez AI, pozornie logika następstw, ale dziury w spójności narracji. Zatem trudno było poddać się nastrojowi grozy, za to łatwo wpaść w irytację spowodowaną niedopracowaniem. Nie uwierzyłam w rozmowę między policjantem a biznesmenem, sztuczna i niewiarygodna.
Dalsza część powieści też miała miejsca, w których nie czułam przyciągania akcji. Jakże często i natrętnie Sambor marudził Judycie na temat jej męża, dziwiłam się, że była jeszcze w stanie go wysłuchiwać. Natomiast podobało mi się odwołanie do ludowego porzekadła „Gdy w chmurach szaleje czarcie wesele, możesz być pewien, że krew się poleje”. Charakterystyczna nić klimatu, nieco tajemnicza i zgrabnie poprowadzona, mająca potwierdzenie w zapełnionym zdarzeniami scenariuszu, z wieloma mrocznymi sekretami. Plus za obecność psa, w wielu sytuacjach ratował dynamikę i ciekawie zapełniał sceny. Terror, jako jeden z nielicznych, odznaczał się wyjątkową osobowością i ukrytymi celami, nie sposób było z nim nie sympatyzować i nie dociekać intencji.
Kluczowemu bohaterowi serii nie odmówiłam odwagi, na granicy z obsesją, i determinacji w dochodzeniu do prawdy. Jednak jego porywczość, szybsze mówienie i działanie niż myślenie, z czasem zaczynało doskwierać. Poziom prowadzonych przez Malczewskiego rozmów pozostawiał wiele do życzenia, podobnie było w dialogach innych. Na plus chłodny umysł i refleksje postaci prokuratora. Podsumowując, „Schron” nie spełnił pokładanych nadziei, nie wprowadził w stan pochłaniania książki, a jedynie przetrwania, wymęczonego i kiepsko zakończonego, zupełnie jak w losach powieściowej rodziny z przeszłości. Intryga z mocnym potencjałem zamieszania w wyobraźni czytelnika, wprowadzenia w stan skrajnych emocji, ale niewykorzystana. Obojętnie przyjmowałam, co i z kim się działo, z wyjątkiem Terroru, bałam się, że psina poniesie konsekwencje własnej niezależności i pragnienia wolności za wszelką cenę.
Dlaczego kochamy kryminały
Kryminały od lat nie schodzą z list bestsellerów, a seriale o morderstwach, zagadkach i pościgach biją rekordy popularności. Trudno znaleźć kogoś, kto choć raz nie zarwał nocy, żeby „jeszcze tylko sprawdzić”, kto zabił. Paradoks polega jednak na tym, że opowieści o zbrodni wcale nas nie przygnębiają. Wręcz przeciwnie — wielu ludzi właśnie przy nich najlepiej odpoczywa.
Włoski skarbiec. Najlepsze komiksy Giorgio Cavazzano. Tom 6
Szósty tom „Włoskiego Skarbca” to jednocześnie finał części poświęconej Giorgio Cavazzano, więc już na starcie czuć, że nie jest to zwykła kolekcja komiksów, tylko raczej podsumowanie bardzo długiej i ważnej kariery. To album, który zamyka pewien etap i robi to w sposób spokojny, trochę nostalgiczny, a trochę bardzo efektowny wizualnie. Bardziej hołd niż przypadkowy zbiór historii.
W tomie znajdziemy kilka różnych historii z Donaldem, Mikim i Goofym, ale tym razem mocno czuć, że wybór nie jest przypadkowy. Pojawia się między innymi DoubleDuck, czyli szpiegowska wersja Donalda, są wątki przygodowe jak „Wyspa Srebra”, są historie bawiące się motywem superbohaterskim, a także bardziej nietypowe opowieści – na przykład historia muzyczna z Mikim oraz surrealistyczna przygoda inspirowana twórczością Salvadora Dalego.
Poza samymi komiksami bardzo ważną częścią albumu są dodatki – wprowadzenia do historii, ciekawostki i „Szkicownik”, w którym można zobaczyć rysunki z warsztatu Cavazzano, projekty ilustracji, a nawet materiały związane z jubileuszem Myszki Miki. To nie są dodatki „na siłę”, tylko realna wartość dla kogoś, kto lubi patrzeć, jak powstaje komiks.
Ten tom różni się od poprzednich, bo nie jest przekrojem przez całą karierę, tylko raczej pokazuje późniejszy etap twórczości Cavazzano. I bardzo to widać – rysunki są dopracowane, dynamiczne, momentami wręcz spektakularne. Nawet jeśli jakaś historia fabularnie jest po prostu dobra, to wizualnie potrafi robić ogromne wrażenie.
Najbardziej zapamiętałam dwie historie. Pierwszą bardziej spokojną, muzyczną, z trochę melancholijnym klimatem, i drugą – surrealistyczną, z Dalim i Disneyem. Ta druga to w ogóle coś zupełnie innego niż klasyczny komiks z Donaldem. Dziwna, artystyczna, momentami jak sen. I właśnie takie momenty najlepiej pokazują, jakim rysownikiem był Cavazzano.
Ważne jest też to, że to nie jest tom dla każdego. Jeśli ktoś chce po prostu „śmieszne historie z Donaldem”, to może się zdziwić, bo tutaj duża część przyjemności płynie z oglądania rysunku, stylu, kadrów, pracy artysty. To raczej album dla fanów włoskiego Disneya i dla osób, które lubią komiks także od strony graficznej, nie tylko fabularnej.
„Włoski skarbiec. Tom 6” to bardzo dobre zamknięcie kolekcji Cavazzano. Album bardziej do oglądania i podziwiania niż do szybkiego przeczytania i odłożenia na półkę. Dużo humoru, trochę sensacji, momentami coś bardziej artystycznego, a do tego bardzo ciekawe materiały dodatkowe.
Jeśli ktoś lubi włoskie komiksy Disneya i chce zobaczyć, jak rysuje jeden z największych mistrzów tej szkoły, to zdecydowanie warto. Jako finał kolekcji ten tom naprawdę dobrze stawia kropkę nad „i”.
Zapowiedź: Przymierze Wróbli. Shield of Sparrows. Tom 1
Wolverine Epic Collection. Krew i pazury
Początek lat 90. w Marvelu miał swój ciężar. Więcej mroku, więcej pazurów, więcej krwi na planszach. Właśnie w ten klimat ma w sobie „Wolverine Epic Collection. Krew i pazury” – solidny kawałek komiksowej klasyki, w którym Logan nie bierze jeńców. Ani dosłownie, ani fabularnie. Ten tom to zbiór zeszytów z lat 1990–1991, a więc momentu, gdy postać Rosomaka była już ikoną, ale wciąż miała w sobie dzikość, którą niestety później zaczęto w bohaterze stopniowo wygładzać.
Album otwiera run Larry’ego Hamy i Marca Silvestriego – duetu, który doskonale rozumiał, kim jest Logan. Zaczynamy w Madripoorze. Brudne interesy, śmiertelnie groźny narkotyk, podziemny półświatek. Klimat jest gęsty, duszny, bardzo „wolverine’owy”. Potem robi się jeszcze ciekawiej. Jukon i spotkanie z mitycznym Łowcą w Ciemności, Starcie z Lady Deathstrike, Wir czasu i powrót do hiszpańskiej wojny domowej u boku Pucka z Alpha Flight. Na dokładkę pojawiają się Reavers i ich mechaniczne twory – Alberta, sobowtór Logana, oraz Elsie Dee, a nad wszystkim wisi cień Sabretootha, który jak zwykle wnosi do historii pierwotną, niemal zwierzęcą energię. W tle przewijają się też Jubilee, Forge, Cable czy Nick Fury. Podróże między kontynentami, skoki w czasie, brutalne konfrontacje – i próba zajrzenia pod warstwę adamantium — tego wszystkiego możemy spodziewać się z tym jednym albumie.
Moim zdaniem największą zaletą albumu jest konsekwencja w budowaniu charakteru Logana. To wciąż zabójca z przeszłością, ale już nie tylko „dziki kurdupel z X-Men”. W tych historiach widać jego zmęczenie, wściekłość, brak zgody na własne demony. Relacja z Sabretoothem ma w sobie napięcie niemal rodzinne – sugestie więzów krwi tylko podkręcają atmosferę. Starcia między nimi nie są pustą rzezią, czuć ich historię oraz ciężar upływu lat.
Rysunki w albumie to czysta klasyka lat 90. Silvestri nie unika przemocy, ale nie wpada w przesadę. Kadry są dynamiczne, muskularne, momentami teatralne – dokładnie takie, jakie powinny być w opowieści o bohaterze z pazurami wysuwanymi z kości. Pojawiają się też inne nazwiska, jak Buscema czy Davis, a ich style pokazują, jak różnie można interpretować tę samą postać, zachowując jej rdzeń. Czy to tom przełomowy jak „Broń X”? Nie odnoszę takiego wrażenia. To raczej kwintesencja Logana w jego naturalnym środowisku. Madripoor, dzicz, tajne misje, stare urazy, brud pod paznokciami i krew na ostrzach.
„Krew i pazury” to gruby, solidny album pełen historii. Nie ma w nim udziwnień i eksperymentów na siłę. Pojawia się czysta esencja Rosomaka z początku lat 90. Dla fanów Logana to pozycja obowiązkowa. Dla młodszych czytelników to dobra okazja, by zobaczyć, dlaczego ta postać przez dekady nie schodzi z piedestału. Brutalnie, dynamicznie, momentami sentymentalnie. Logan w formie, która zostaje w pamięci na długo.
Niszczycielka. Dziedzictwo obrońców. Tom 1
Reagan Tallerico pochodzi z potężnego rodu Obrońców – wojowników, którzy każdego dnia walczą o bezpieczeństwo Ziemi oraz innych wymiarów. Dziewczyna od dziecka marzy, by wstąpić w ich szeregi, tyle że jako osoba nieposiadająca magii nie ma na to szans. Rea zostaje więc Strażniczką w Fortecy, gdzie zajmuje się katalogowaniem artefaktów, przepisywaniem starych ksiąg i strzeżeniem portalu.
Apollo. Świat mitów
Mitologia grecka od zawsze działa jak magnes. Bogowie, którzy są jednocześnie potężni i bardzo ludzcy. Emocje, ambicje, gniew. Seria „Świat Mitów” od początku miała ambitny plan. Jaki? Opowiadać antyczne historie w przystępnej, komiksowej formie, a jednocześnie nie rezygnować z refleksji i kontekstu. Tom poświęcony Apollonowi zapowiadał się szczególnie obiecująco. W końcu mówimy o jednym z najbardziej złożonych bogów Olimpu.
O czym jest książka
Album prowadzi czytelnika przez wybrane epizody z życia Apolla. Od narodzin, przez zabicie Pytona i ustanowienie wyroczni delfickiej, po pojedynek z Marsjaszem. Pojawiają się też wątki związane z Asklepiosem i boską rolą Apolla jako patrona sztuki, harmonii i medycyny. To jednak raczej zbiór punktów na osi czasu niż spójna opowieść. Komiks skupia się na faktach, skrótach, symbolicznych scenach, momentami przypominając mitologiczny konspekt.
Moja opinia i przemyślenia
Tom sprawia wrażenie przygotowanego w pośpiechu. Historie są podane wybiórczo, bez wyraźnego rytmu i bez pogłębienia. Apollo zostaje pokazany jako piękny, wszechmocny, arogancki i mściwy, ale brakuje przestrzeni, by zrozumieć jego motywacje. Relacje z innymi bogami – zwłaszcza z Artemidą – są ledwie zaznaczone albo pominięte. Wątki poboczne, jak historia Asklepiosa, sprawiają momentami wrażenie sztucznego wypełnienia albumu.
Rysunki są czytelne i poprawne, dobrze prowadzą narrację wizualną, ale nie zawsze przekonują. Mimika bywa nienaturalna, a twarze potrafią wyglądać dziwnie, wręcz karykaturalnie. Największym problemem jest rozpoznawalność postaci. Niektórzy bogowie tracą swoją ikonograficzną wyrazistość, co w serii o mitologii jest dość dotkliwe.
Najciekawszym elementem albumu okazuje się… dodatek tekstowy na końcu. Opracowanie naukowe porządkuje przedstawione mity, nadaje im sens filozoficzny i kulturowy, a przy tym jest napisane przystępnie i klarownie. To właśnie ta część realnie podnosi wartość całego tomu.
Podsumowanie
„Świat Mitów. Apollo” to najsłabszy album z dotychczas wydanych w serii. Może sprawdzić się jako szybkie odświeżenie podstaw mitologii greckiej, szczególnie dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z tym tematem. U czytelników znających poprzednie tomy pozostanie wyraźny niedosyt. Komiks zostaje w pamięci tylko dzięki części eseistycznej, nie samej historii obrazkowej. Niestety, tak jak całą serię bardzo polubiłam, tak tym razem ciężko mi polecić ten tom.
