październik 22, 2021

Rezultaty wyszukiwania dla: Paranormal Romance

niedziela, 09 maj 2021 20:05

Nie kochaj mnie. Iskra bogów.

 

Pierwszy tom miłosnej trylogii o starciu bogów i tytanów na Ziemi. 

 

Czy znacie serię książek z gatunku młodzieżowej fantastyki autorstwa C.C. Hunter, która rozpoczyna się tomem „Urodzona o północy”? Jeżeli tak i powieść Wam się podobała, to tak samo dobrą historię, w podobnym klimacie odnajdziecie w cyklu „Iskra bogów” spod pióra Marah Woolf. 

 

Zarys fabuły

 

Nastoletnia Jess wraz z przyjaciółką jedzie na górski obóz. Tam zakochuje się w chłopaku, który jednak okazuje się nie być kimś całkiem zwyczajnym. Bogowie mają swoje własne sprawy i toczą grę, o której zwykli śmiertelnicy nie mają pojęcia, nawet jeżeli, tak jak główna bohaterka, bardzo starają się zostać w nią wplątani. 

 

Moja opinia i przemyślenia

 

Książkę czyta się rewelacyjnie szybko. To typowy, lekki młodzieżowy romans fantasy z ciekawą akcją i dobrym pomysłem na fabułę. Powieść jest pięknie wydana, a okładki serii doskonale do siebie pasują. Niestety nie wszystkie elementy „Iskry bogów” przypadły mi do gustu. Lubię czytać o silnych bohaterkach, które znają swoją wartość i nie dają sobie w kaszę dmuchać. Jess niestety taka nie jest i powiem szczerze, nie chciałabym, żeby moja własna, nastoletnia córka brała z niej przykład. Profile psychologiczne młodzieży, która pojawia się w powieści, w ogóle do mnie nie przemówiły. Pozostałe postacie jednak ratują sytuację. 

 

Tytuł zawiera sporą dawkę mitologii i myślę, że zachęci nastoletnich czytelników do jej lepszego poznania. Autorka starała się też odejść od typowego schematu (od czasu do czasu z lepszym, a niekiedy z gorszym skutkiem). Podczas lektury towarzyszy nam dobry, nieco czarny, ale wyjątkowo przyjemny humor, który dodatkowo umila czytanie. Mimo wymienionych wcześniej wad jestem pewna, że sięgnę po kolejne części. Mam nadzieję, że kiedy pisarka już się rozkręci, to jeszcze bardziej mi się spodobają. Potencjał powieść ma naprawdę duży.   

 

Podsumowanie

 

„Iskra Bogów. Nie kochaj mnie” to przyjemna, lekka lektura. Jedna z tych książek, przy których nie sposób się nudzić. Jest to jednak również typowa beletrystyka, bez żadnego głębszego przesłania czy drugiego dna. To powieść czysto rozrywkowa, która ma na celu zachęcić młodzież do czytania i poznawania mitologii. Za to zdecydowanie należy się jej dobra ocena. Lekturę polecam miłośniczkom gatunku paranormal romance i lekkiej, niewymuszonej fantastyki. 

Dział: Książki
środa, 24 październik 2018 13:51

Niegodziwość

Rozstrzygające starcie aniołów ze Złem w tomie zamykającym świetnie przyjętą serię „Przeczucia” Amy A. Bartol. „Niegodziwość” dostarczy całej gamy silnych emocji i wciągnie w skomplikowany świat uczuć bohaterów.

Premiera książki 24 października.

Evie wraz z najbliższymi przyjaciółmi znajduje chwilowe schronienie w posiadłości Reeda w Crestwood. Mury domu nie zdołają jednak odgrodzić dziewczyny od złowrogiego Brennusa, który nawiedza ją w snach, by przejąć kontrolę nad jej energią. Podczas jednej z nocnych wizyt intruz ostrzega Evie, że zbliża się ostateczna wojna z Upadłymi. Na ich czele ma stanąć pół-anioł, pół-człowiek równie potężny jak Evie. Od wyniku tej bitwy zależy, czy Zło zatriumfuje nad światem...

Dział: Książki
środa, 02 maj 2018 19:04

Aż do śmierci

Istniały dwa typy śmierci. Prawdziwa, jak ta, która spotkała tę biedaczkę. Wraz z cierpieniem znikały ciało i dusza. Jednak istniała też druga - kiedy nie było duszy, a ciało nadal egzystowało, żyjąc z dnia na dzień, niczym pusta skorupa. *

Żyjąc z dnia na dzień nawet przez chwilę nie podejrzewamy, że ktoś może nas obserwować. Uczyć się naszych zwyczajów, planu dnia... i czekać na ten jeden moment, kiedy będziemy sami i będzie mógł zrobić to, na co czekał tyle czasu. Odbierze nam wolność i poczucie bezpieczeństwa, sprawi, że przyszłości może już nie być.

Dekadę po tym, jak Sasha cudem uciekła seryjnemu mordercy, zwanemu przez wszystkich Panem Młodym, kobieta wraca do rodzinnego miasta, by pomóc mamie w prowadzeniu rodzinnego interesu. Boi się tego, bo po tych strasznych przeżyciach uciekła, jak najdalej mogła i odcięła się od wszystkich. Nie wie, jak zostanie przyjęta i czy jest jeszcze ktoś, kto nie ma jej tego za złe. Jak się okazuje, obawy były bezpodstawne, z jej powrotu nie cieszy się tylko mama, ale i jej przyjaciele oraz Cole, który nigdy o niej nie zapomniał. Niestety jest też ktoś, komu jej przybycie nie jest na rękę i okazuje to bardzo wyraźnie. Ponadto znowu zaczynają ginąć kobiety - zwykły przypadek czy ktoś naśladuje mordercę sprzed lat? Czy Sasha ma z tym coś wspólnego?

Do tej pory Jennifer L. Armentrout znana mi była z powieści new adult oraz paranormal romance i jak dotąd nie zawiodłam się na ani jednej przeczytanej książce. Czy z Aż do śmierci jest podobnie? Czy autorka odnalazła się w innym gatunku?

Z lekkimi obawami zabrałam się za czytanie Aż do śmierci, ale te szybko minęły, bo okazało się, że styl autorki jest dobrze mi znany, a sama historia wciąga od niemal pierwszych stron. Fabuła jest przemyślana, łączy ze sobą nutkę romansu oraz dużą dawkę thrillera, to sprawia, że czytanie jest czystą przyjemnością. Zwłaszcza że wątek morderstw jest bardzo dobrze dopracowany, Armentrout potrafi budować napięcie, mamić czytelnika mylnymi poszlakami i podsuwać rozwiązania, które mogą, ale nie muszą być prawdziwe. Ja się dałam zmylić, autorka do końca zwodziła mnie i finał historii był dla mnie ogromnym zaskoczeniem, zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy.

Jeśli chodzi o postacie, to muszę przyznać, że powieściopisarka świetnie poradziła sobie z ich charakterystyką. Szczególnie Sashy, która stała się ofiarą i musiało upłynąć sporo czasu, zanim zaczęła względnie egzystować, a jeszcze więcej, zanim nauczyła się na nowo otwierać na ludzi i próbować normalnie żyć. Równie fascynujący jest rys psychologiczny Pana Młodego, który odkrywamy bardzo powoli, ale każdy nowy element układanki jest coraz bardziej przerażający. Prawdę mówiąc, każda z postaci ma swój charakter i wyróżnia się na tle innych, zachowanie niektórych może być podejrzane, a inni potrafią umiejętnie nosić maski. Trudno stwierdzić komu można ufać, a komu nie.

Aż do śmierci wciągnęło mnie od początku i przełamało moją niemoc czytelniczą, więc już samo to sprawia, że patrzę na nią przychylnie. Na szczęście to nie wszystkie jej atuty. Losy Sashy intrygują i wraz z nią przeżywałam wszystkie wydarzenia, bo nie da się nie żyć z bohaterką i jej bliskimi. Armentrout świetnie poradziła sobie z napisaniem thrillera, zadbała o emocje, o to by było tajemniczo, niepewnie i niebezpiecznie. Równoważy wątki, uczucia, dba o napięcie i utrzymanie zainteresowania czytelnika od początku do końca.

Reasumując, uważam, że Aż do śmierci spodoba się fanom autorki oraz wielbicielom dobrze napisanych, ale nie krwawych, thrillerów. Wzbudza masę emocji i zapada w pamięć, ale co ważniejsze, pozwala zajrzeć w umysł seryjnego mordercy.

Dział: Książki
piątek, 13 październik 2017 09:59

Zobowiązanie

Tom trzeci serii Przeczucia ukaże się już za pięć dni nakładem Wydawnictwa Akurat.

Zło czai się nawet na końcu świata. Evie, obdarzona nadprzyrodzonymi mocami nastolatka, musi stawić czoło upadłym aniołom, które za wszelką cenę pragną ją uwięzić. Na szczęście bohaterka może liczyć na pomoc swoich niebiańskich przyjaciół. „Zobowiązanie”, trzecia odsłona bestsellerowej serii „Przeczucia” Amy A. Bartol, trafi do księgarń 18 października.

Dział: Książki
sobota, 04 maj 2013 11:40

Miłość alchemika

„Ludzie wciąż szukają magii, chociaż prawdziwe cuda można odnaleźć w świecie samej natury (...)"*

Miłość jest uczuciem, którego nie da się zaszufladkować. Ile jest osób na świecie, tyle odmian miłości. Każdy kocha inaczej, jest miłość spokojna, wybuchowa, namiętna... Jest też miłość wywołująca obsesję - sprawiająca, że ktoś myśli, iż należysz tylko do niego i jest zdesperowany, by sprawić, że będziesz z nim wiecznie. Bez szansy na normalne życie, które ci odebrano, bez możliwości poznawania świata i podejmowania samodzielnych decyzji...

Jest rok 1349, czternastoletnia Seraphina Ames udaje się na swój pierwszy bal. Na miejscu poznaje Cyrusa, chłopak jest synem alchemika i bardzo jej się podoba. Gdy wychodzą porozmawiać, zostają zaatakowani przez rabusiów, a nastolatka śmiertelnie raniona. Zakochany chłopak nie pozwala jej jednak odejść, zmusza dziewczynę, by wypiła eliksir dający nieśmiertelność. Od tej pory może ona przejąć każde ciało, jakie chce za pomocą pocałunku. Ceną tego jest jednak pozostawienie bliskich i wieczne życie u boku Cyrusa, który z biegiem lat się zmienia. Sześćset lat później Seraphina postanawia z tym skończyć i gdy już ma wykonać ostateczny krok, coś jej w tym przeszkadza. Jakie będą konsekwencje jej następnych działań?

„Miłość alchemika" zaintrygowała mnie po tym, jak przeczytałam notę wydawcy. I choć ostatnio książki z gatunku paranormal romance niczym mnie nie zaskakiwały, a nawet prawdę mówiąc rozczarowywały, postanowiłam dać jej szansę. Wydawało mi się, że może to być powieść, która może nie tyle zachwyci, co na pewno zaciekawi i sprawi, że mile spędzę z nią czas.

No cóż, w jakimś stopniu się nie pomyliłam. Książka początkowo wciąga i intryguje. Autorka zaczęła ją bardzo ciekawie, ale z biegiem czasu robiło się coraz gorzej i w ostatecznym rozrachunku powieść nie była taka, jak oczekiwałam. Najgorsze jest to, że jest ona zapchana wątkami pobocznymi, a tego głównego praktycznie nie było. Jeśli już coś się działo związanego z tematem, trwało to zaledwie chwilę, było napisane byle jak i nawet nie miałam czasu, by wczuć się w zaistniałą sytuację. Odnoszę wrażenie, że autorka stworzyła historię na szybko i przez to jest ona tak niedopracowana. Zabrakło najważniejszych elementów, czyli akcji, nutki zaskoczenia i tego czegoś, co sprawia, że mimo powielanego tematu, treść utworu miałaby to „coś". Skoro to romans paranormalny nie wypada mi nie wspomnieć o wątku miłosnym, którego tak naprawdę w sumie nie ma, parę wzmianek, ze dwa pocałunki i koniec. A ja się grzecznie zapytam, gdzie emocje? Zabrakło mi tego, a w tym gatunku to one są przecież najważniejsze.

Jestem bardzo rozczarowana tym, jak autorka po macoszemu potraktowała postacie. Są niedopracowane i nijakie, nie wywołały we mnie żadnych głębszych emocji, a i o tych słabszych trudno w tym wypadku mówić. Seraphina, jak na tyle lat istnienia, jest bezosobowa i naiwna, brak w niej jakichś głębszych przemyśleń, własnego zdania. Ja rozumiem, że była zdominowana przez swojego partnera, ale bez przesady. No właśnie, Cyrus, niby taki straszny i potężny, wszyscy się go bali. No a we mnie to on nawet takiego tyci dreszczyku strachu nie wywołał. Och, jak ja się nim rozczarowałam. No i Noah, który jest oczywiście idealny, zbyt idealny jak na mój gust. Przecież ideałów nie ma, a tu proszę, mamy jednego, jak się patrzy. Nie przekonał mnie on do siebie.

To nie jest tak, że książka mi się w ogóle nie podobała. Czytało się ją szybko i, mimo wszystkich tych niedociągnięć, przyjemnie. No fakt, nie wzbudziła nie wiadomo jakich emocji, ale coś tam drgało w trakcie śledzenia tekstu. Było... całkiem znośnie, ale czuję niedosyt. Nie udało mi się wczuć w historię tak, jak bym sobie tego życzyła. Nie zżyłam się też z bohaterami, bo nie miałam ku temu sposobności. Nawet nie wiem za bardzo, co o nich myśleć i czy to, co napisałam o nich powyżej się zmieni. Autorka miała ciekawy pomysł, ale niestety nie wykorzystała go w należyty sposób.

„Miłość alchemika" to powieść, która niczym nie zaskoczy, a bardziej wymagającego czytelnika może nawet troszkę wynudzić. Ma swoje plusy i minusy, z czego tych drugich jest, niestety, więcej. To, że książkę czyta się szybko, nie wystarczy. Jest to pierwsza część trylogii „Wcieleni", ale nie jestem pewna czy sięgnę po kontynuację.

*str. 12

Dział: Książki
sobota, 22 czerwiec 2013 13:52

Klątwa tygrysa. Przeznaczenie

„Przeznaczenie" jest czwartym, kończącym całą tygrysią serię, tomem. Kelsey wraz z zaklętymi w drapieżniki książętami wykonała już trzy misje, teraz wspólnie stoją przed czwartą – ostatnią. Jeśli uda im się wykonać zadanie, czar przestanie działać, Ren i Kishan odzyskają swoje ludzkie postacie, a klątwa zniknie na zawsze. Bohaterowie są już o krok od przełamania tytułowej „klątwy tygrysa". Ostatnim zadaniem, które na ich drodze stawia bogini Durga jest niebezpieczna i niezwykle ryzykowna wyprawa na wyspy Adama w Zatoce Bengalskiej, gdzie na odnalezienie czeka ostatni już dar. Czy i tym razem uda im się wykonać misję?

Podczas akcji „Wyprawy" Kelsey została porwana przez Lokesha – potężnego, żyjącego już kilkaset lat czarnoksiężnika i zagorzałego wroga młodych książąt. Ma on wobec dziewczyny swoje własne plany, jednak Ren i Kishan nie zamierzają zostawić ukochanej na pastwę losu. W poprzedniej części bohaterka zdecydowała się związać z młodszym księciem, gdy jednak pamięć – a wraz z nią miłość – Rena powracają, sprawy zaczynają się ponownie komplikować. Jak zwykle pisarka położyła duży nacisk na wątek romantyczny i zawiłe uczucia ulubionych postaci. Oprócz tego oczywiście nie zabrakło akcji w stylu filmów „Indiana Jones". „Klątwa Tygrysa: Przeznaczenie", to po raz kolejny przygodowo-uczuciowy miszmasz.

Oprócz ogólnej radości i dobrego humoru do powieści wkradają się również melancholijne i bardzo smutne momenty. Pisarka traktuje swoją sagę niczym małe dziecko i stara się ją dopieścić niemalże do perfekcji. To już czwarta część i – moim zdaniem – obok pierwszej, jest jedną z najlepszych. Wszystkie tajemnice, zagadki i niedopowiedzenia zostały w „Przeznaczeniu" rozwikłane, a podobno ma ukazać się kolejna książka. Bardzo ciekawi mnie jej zawartość. Choć chyba i tak ten właśnie tom liczony jest jako ostatni i miał właśnie zamknąć całą historię. Co pisarka stworzy później, musimy przekonać się już sami.

Ciekawy pomysł, wymyślna fabuła, wartka akcja, wątki nadprzyrodzone i romantyczne – pokusiłabym się o stwierdzenie, że „Klątwa Tygrysa" ocieka tym wszystkim. Momentami powieść wydaje się nieco płaska, ale z tomu na tom autorka staje się coraz lepsza. Wyraźnie widać, że uczy się na własnych błędach. I cała, pomysłowa przygoda staje się lekturą, którą warto przeczytać. Czasami jeszcze infantylizm i bezmyślność niektórych postaci może rozbawić, ale z pewnością nie odbierze uroku i ciekawości pozostałej części książki.

Powieść Colleen Houck od samego początku kojarzyła mi się z barwnym scenariuszem filmowym i najwyraźniej nie było to jedynie moje zdanie. Ineffable Pictures nabyło prawa do ekranizacji bestsellerowej sagi „Klątwa tygrysa". Wytwórnia planuje rozpocząć zdjęcia w przeciągu najbliższych dwóch lat. Scenarzystką została Julie Plec, która pracowała między innymi przy produkcji ABC Family's "Kyle XY" i dla CW przy „Pamiętnikach Wampirów". Wyczekiwany przez fanów film najprawdopodobniej ukaże się w 2015 r. Póki co śledzić możemy jedynie wybór wymarzonej obsady – typowanej zarówno przez fanów jak i samą autorkę.

„Klątwa Tygrysa" to wreszcie coś nowego w świecie literatury paranormal romance. Jest to powieść zupełnie inna od tych wampirzo-wilkołaczych serii i przypomina bardziej barwną baśń niż mroczną, gotycką sagę. Pomysłów autorce z pewnością nie brakowało, a i ich realizacja nie pozostawia wiele do życzenia. Myślę, że jeżeli ktoś ma ochotę na lekką fantastykę i udział w dobrej przygodzie, to jest to idealna seria dla niego. Polecam również lekturę wywiadu z Colleen Houck, która w „Klątwę Tygrysa" włożyła całe swoje serce.

Dział: Książki
środa, 30 marzec 2016 13:21

Wieczna

Znajdź i pocałuj kilka żab, żeby sprawdzić, czy któraś nie zamieni się w księcia. *

Przebywając z innymi osobami często może powstać więź sprawiająca, że są dla nas bardzo ważni. Potrafimy odczytać ich emocje, zauważyć kiedy coś się dzieje. A co gdyby połączyło nas związanie, siła, która potęguje wszystko i sprawia, że jeszcze mocniej odczuwamy emocje drugiego człowieka i boimy się, że coś się mu stanie? Jak odróżnić siłę tej mocy od własnych uczuć, w jaki sposób się przekonać czy to co czujemy jest prawdziwe?

Ostatnimi czasy na głowę Delli spadło naraz kilka spraw, których nie mogła odłożyć na później. [SPOILER] Musi poradzić sobie z odrodzeniem i tym jakie możliwości jej to dało, nie wie też co ma robić z więzią, która połączyła ją i Chase'a – wampira pomagającego jej w odrodzeniu. [KONIEC SPOILERA] Nie bardzo też wie co zrobić ze Stevem, do którego coś czuje, ale on wyjeżdża. Do tego JBF przydziela jej kolejną sprawę, nawiedza ją duch i musi rozwikłać zagadkę pewnego zabójstwa... Łatwo nie będzie...

Polubiłam Wodospady Cienia, zżyłam się z ich bohaterami, uwielbiam poczucie Humoru Hunter i to jaki nacisk kładzie na przyjaźń, zaufanie, miłość oraz jak ważna jest akceptacja i wiara w drugiego człowieka. Kiedy powstał ich spin off o losach Delli skakałam z radości i niecierpliwie czekałam na pierwszy tom a po przeczytaniu byłam bardzo zadowolona, czy teraz gdy mam za sobą drugą część, ten stan się utrzymał?

Nie kocham cię. Kropka. Nawet nie zawsze cię lubię. *

Hunter zaskoczyła mnie pozytywnie. Wszystkie jej książki mają dobry poziom, ale ma też pozycje, które są o wiele lepsze od pozostałych. I właśnie Wieczna jest jedną z nich. Autorka od pierwszych stron rzuca w wir wydarzeń dbając przy tym by nie brakowało im dynamiczności, odpowiedniej dawki emocji, humoru oraz tajemnic do rozwikłania. W drugim tomie Po zmroku odpowiada na pytania, a przynajmniej ich część, pojawiające się już w Odrodzonej, ale pojawiają się kolejne. To tylko powoduje wzrost ciekawości oraz domysły nad tym jakie mogą być odpowiedzi. Co jeszcze lepsze, zaskakuje fabuła, szczerzę przyznaje, że byłam kilkukrotnie zaskoczona rozwojem akcji, a fakt, że wątek miłosny nie stał się głównym cieszy mnie jeszcze bardziej. Jest odczuwalny i wielokrotnie poruszany, ale w dalszym ciągu stanowi tylko dopełnienie całości.

Rozumiem Dellę, jej potrzebę akceptacji, wiary w nią, zaufania, pokazania, że się liczy. Rozumiem jej obawy i lęki przed odrzuceniem i bólem. Lubiłę ją za to jaka jest, niby niedostępna, ale jednocześnie kochająca i dbająca o najbliższych. To tylko książka fantastyczna, ale emocje przeżywane przez bohaterów są jak najbardziej rzeczywiste i nam znane, dzięki temu postacie nabierają realności i wzbudzają przeróżne emocje. Jestem pod wrażeniem opisu bohaterów, bo każdy czymś się wyróżnia.

Kolejne spotkania z Hunter oraz Wodospadami Cienia, to jak ponowne spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Wiedziałam, że Wieczna mnie nie zawiedzie, od początku dałam się pochłonąć historii i wraz z bohaterami śmiałam się, wkurzałam i próbowałam rozwikłać tajemnice. Działo się dużo szybko i zawile, ale wszystko jest jasne na ile powinno, pełne emocji oraz niedomówień. Hunter nadal potrafi zdobyć całą moją uwagę, dostarczyć mi rozrywki, pozostawić z pytaniami i wzbudzić ciekawość tego co będzie dalej.

Wieczna jest jeszcze lepsza od pierwszego tomu. Więcej się w niej dzieje, jest też dużo więcej emocji, niepewności i humoru. Spin off jak i serię o Kylie polecam nie tylko młodzieży, ale i dorosłemu czytelnikowi, bo Hunter zapewnia mnóstwo wrażeń oraz rozrywki.

Płacz tylko podlewa ból i sprawia, że on rośnie. *

*C. C. Hunter, Wieczna

Dział: Książki
poniedziałek, 14 marzec 2016 15:51

Raven

- Jesteś moją największą zaletą i największą wadą. [s. 239]

Lubimy otaczać się pięknem. Sztuka, cudowna biżuteria, piękne stroje, makijaż, szczupłe kobiety... Twierdzimy, że potrafimy dostrzec to co ładne, tylko czy na pewno? Czy w dostrzeganiu piękna chodzi o to, co widać gołym okiem, czy może liczy się to, co wewnątrz? Ideały nie istnieją, zawsze są jakieś rysy...

Raven Wood pracuje w Uffizi jako konserwator sztuki, jest niepełnosprawna, ale ma bardzo dobre serce i pomaga komu tylko może. Dlatego też gdy wracając z imprezy widzi jak trzech mężczyzn atakuje bezdomnego bez namysłu spieszy mu na pomoc. Udaje jej się odwrócić uwagę mężczyzn, ale teraz to ona staje się ich celem i chociaż ucieka jest zbyt wolna. Napastnicy ją dopadają. Nie wiadomo jakby się to dla niej skończyło gdyby nie tajemniczy mężczyzna osnuty czernią. Kiedy Raven się budzi ze zdumieniem spostrzega zmiany jakie w niej zaszły, fakt, że nie było jej tydzień oraz, że z Ufizzi zostają skradzione cenne obrazy a ona staje się podejrzaną. Czemu nie pamięta minionego tygodnia i skąd u niej taka zmiana?

Sylvain Reynards – kobieta czy mężczyzna – chociaż obstawiam, że to pierwsze zasłynął u nas z cyklu Piekło Gabriela, ale moja przygoda z tym tajemniczym autorem zaczęła się od Raven. Podobał mi się ten tytuł czy też wręcz przeciwnie? Tym bardziej, że mowa w niej o wampirach, a po Kolacji z wampirem trzymam się od takich książek z daleka.

Przyznaję, że początkowo miałam obawy, pierwsze sto a nawet i trochę więcej stron strasznie mi się dłużyło i przez sztywną narrację oraz mało wiarygodne wydarzenia trudno było się wgryźć w fabułę. Z czasem jednak coś się zmieniło, akcja nabrała tempa, wydarzenia stały się bardziej realne i, co za ulga, Reynards nie stworzył/a kolejnej pięknej głównej bohaterki (więcej o tym za chwilę). To powieść o pięknej Florencji, o sztuce, o mrocznych zakątkach i niebezpiecznych istotach cechujących się niesamowitą siłą, prędkością oraz urodą. To również historia, która nie powinna mieć miejsca a jednak się dzieje. Sylvain Reynards zaskakuje i zapewnia dużą dawkę wrażeń oraz rozrywki.

Bohaterowie. Sylvain przywraca do łask karmiące się ludzką krwią, blade i bezwzględne wampiry, które można zabić święconą wodą, krzyżem lub przez obcięcie głowy i spalenie. Nic nowego, ale to jednocześnie miła odmiana po dobrych krwiopijcach. Ale to głównie charakterystyką Raven Sylwain u mnie zaplusował/a. Niepełnosprawna, utykająca, pulchna a jednak komuś się spodobała. Wyróżnia się niezwykłą dobrocią, opiekuńczością i bezinteresownością. Oddana pracy, która pozwala jej znaleźć spokój i ukoić zbolałe serce. Jestem jak najbardziej na tak temu, że to nie kolejna szczupła i idealna piękność ukrywająca się pod workowatymi ubraniami, a niedoskonała, ale zarazem taka jaka powinna być, wspaniała i niezależnie od tuszy i kalectwa godna pożądania. Świetnie wykreowana postać, widać, że poświęcono jej ogromną ilość czasu, by ją przedstawić, by ukazać co siedzi jej w głowie. Drodzy autorzy, bierzcie z Reynards przykład!

Kręciłam nosem na początku, wzdychałam z irytacją i z mozołem brnęłam dalej. Z rozpaczą myślałam, że przyjdzie mi się męczyć z pięcsetstronnicową, przeciętną cegiełką. Możecie więc sobie wyobrazić moją radość gdy odkryłam, że po jakimś czasie z każdą kolejną stroną jest coraz lepiej. Niespodziewanie wsiąkłam w historię i nie mogłam się od niej wręcz oderwać. Opisy miejsc, wydarzeń, uczuć – wszystko sprawiało, że przepadłam. Zżyłam się z Raven, bardzo, jej obawy, zachowanie przypominały mi mnie samą, rozumiałam jej uprzedzenia, niepewność i brak wiary. Reynards pokazał/a, że potrafi nie tylko stworzyć intrygujący paranormal romance dla dorosłych, ale i wpleść w niego pewne istotne rzeczy o których dużo osób nie pamięta lub nie potrafi docenić.

Raven to książka, której pomimo słabego rozpoczęcia warto dać szansę ponieważ dalsza część historii rekompensuje ten fatalny start. Intrygujący bohaterzy, ciekawa fabuła, przepiękne opisy miejsc, pasja do sztuki, namiętność, tajemnice i moc emocji. Polecam, bo naprawdę warto.

- Ty jesteś jedynym promykiem nadziei, jaki ujrzałem (...) Jesteś jedyną, dzięki której serce mi znowu zabiło. [s. 315]

Dział: Książki
środa, 05 czerwiec 2013 07:57

Larista

„Dwa serca, jedno bicie, niech mnie odnajdzie miłość na całe życie"*

Dość często, choć się do tego nie przyznajemy, skrycie marzymy o miłości. Tej jedynej i na całe życie. Świadomie lub nie robimy wszystko by odnaleźć swoją drugą połówkę. Jesteśmy gotowi nawet uwierzyć w czary i wymówić magiczne zaklęcie, za pomocą którego w naszym życiu pojawi się ten wymarzony. Przeznaczenie, a może zwykły przypadek losu sprawiają, że czasem to czego tak bardzo pragniemy, spełnia się, ale jak to w życiu bywa, trzeba trochę się natrudzić, by być z ukochanym, oczywiście jeśli tak jest nam pisane...

Larista świętuje właśnie osiemnaste urodziny, mieszka w małej wiosce, uczęszcza do liceum i ma jedno marzenie - pragnie się zakochać, a dokładniej mówiąc, marzy o wielkiej miłości. Gdy w dniu urodzin wracając ze szkolnej imprezy spotyka tajemniczego nieznajomego chłopaka, którego widziała w swoim śnie, w dość dziwnej i strasznej sytuacji, nie podejrzewa nawet, jak bardzo jej życie ulegnie zmianie. Najpierw pojawia się Gabriel, bo tak ma na imię tajemniczy chłopak, który coraz bardziej ją intryguje, a i ona nie jest mu obojętna, a potem Daniel, o zapachu cedrowego drzewa, równie pociągający jak i niebezpieczny. Jak zakończy się znajomość Laristy z tymi dwoma chłopakami? Co takiego ukrywa Gabriel i co łączy go z Danielem? Czy rodząca się więź miedzy dziewczyną a chłopakiem będzie na tyle silna, by przetrwać nadchodzące kłopoty?

Książki z gatunku paranormal romance są z reguły pisane na jedno kopyto i naprawdę rzadko wyróżniają się czymś szczególnym. Już od dłuższego czasu przestałam poszukiwać w nich czegoś nowego, a zaczęłam zwracać uwagę na to, jak autor przedstawia historię. Bo okazuje się, że w tym tkwi ich siła, w tym jak dana powieść zostanie opisana. Jak więc było z „Laristą"?

Cóż, nie grzeszy ta książka niczym nowym w tym gatunku. Bo wszystko co się w niej znajduje spotkałam nie raz i nie dwa w innych powieściach tego typu. Ten Jedyny jest zabójczo przystojny, bogaty i aż kipi pewnością siebie. Jest oczywiście również ten zły, który kiedyś zbłądził, a teraz stoi po złej stronie i broi. Ona to szara myszka, ale o dziwo strasznie uparta, dąży do tego, co uważa za właściwe. Troszeczkę znajome, prawda? No ale, żeby nie było, że książka jest taka zła, muszę wspomnieć o tym, że Melissa Darwood zaskoczyła mnie tym, kim byli Gabriel i Daniel - dla mnie to było coś nowego i bardzo ciekawego. Ich historia została przedstawiona w skrócie, ale zawierała tyle informacji, by zaspokoić moją ciekawość i na tyle, by nie czuć zawodu. Była przedstawiona krótko, ale rzetelnie i nie wydawała się wzięta z powietrza, co uważam za duży plus. Fabuła, choć przewidywalna od początku okazała się bardzo dobra, miejscami nawet zaskakująca. Akcja toczy się miarowo, ale z każdą kolejną stroną wydawała się bardziej dynamiczna.

Choć bohaterowie nie prezentują sobą niczego nowego, są przedstawieni wyraziście i bardzo realnie. Z miejsca polubiłam Laristę, ma bowiem ona w sobie coś takiego, co przyciąga do niej i nie da się jej nie lubić. Co do Gabriela i Daniela od razu można rozpoznać, który z nich jest tym złym. Szkoda tylko, że autorka skupiła się bardziej na tym trójkącie, a resztę postaci stworzyła z mniejszym poświęceniem. Nie są to puste lale, ale też nie zapadają w pamięci na dłużej. Ot, są, bo muszą być. Jest dobrze, ale mogło by być o wiele lepiej.

Denerwujące jest dla mnie to, że zarówno nazwisko autorki, jak i imię głównej bohaterki dają sprzeczne informacje. Dopóki nie zagłębiłam się w powieść, nawet przez chwilę nie podejrzewałam, że jest to dzieło polskiej pisarki. Zabrakło informacji o tym, że to polska powieść i pisana jest pod pseudonimem. Jakoś tak dziwnie mi było i początkowo nie mogłam się przestawić, że się tak wyrażę. Wiem jedno, jako potencjalny odbiorca lubię wiedzieć, co nabywam i ten mały mankament jest krzywdzący dla powieści. Nie powinno tak być.

Tak, historia ma dużo niedociągnięć. Tak, można wymieniać i wymieniać podobieństwa do innych publikacji. Ale z drugiej strony czytając ją zapomniałam o otaczającym mnie świecie, czekających na mnie obowiązkach i przykrych sprawach. Całkowicie zatraciłam się w historii Laristy, która jest banalna, ale zarazem słodka i upragniona. Mam na myśli to, że marzymy o takiej historii i fajnie jest od czasu do czasu, o tym poczytać i choć przez chwile przeżywać wszystko wraz z bohaterami. A na brak emocji i wrażeń nie mogę narzekać, działo się wiele i ciekawie. Wątek uczuciowy, jak przystało na paranormal romance, był bardzo rozbudowany, ale mnie nie irytował, co było dla mnie miłą odmianą. Pozytywnym zaskoczeniem były sceny łóżkowe, które okazały się dużo ciekawsze niż w niektórych erotykach, które czytałam. Opisane z wyczuciem, a zarazem lekką pikanterią. Do tego doszedł wątek Guardianów i Tentatorów, który dużo daje powieści. Możliwe, że oceniam ją tak wysoko, bo akurat potrzebowałam takiej lekkiej, niezobowiązującej powieści. Według mnie spełniła się ona idealnie jako odskocznia od rzeczywistości. Styl pisania Darwood jest typowo młodzieżowy, ale nie jest denerwujący, umilił mi tylko czytanie. Ostatnie zdanie daje nadzieję na kontynuację, ale czy takowa powstanie?

Książka ta jest powieścią jakich wiele na rynku wydawniczym. Traktuje ona o miłości, poświęceniu, akceptacji i przyjaźni. Zbiera różne opinie i nie wszystkim może się podobać, ale moim zdaniem jest dobra jako odskocznia od publikacji poważnych lub tych z dreszczykiem. Ważne, by nie oczekiwać po niej zbyt wiele, a się nie rozczarujecie. Mnie Melissa Darwood przekonała do swojej twórczości, ale miło by było gdyby popracowała trochę nad swoim indywidualnym stylem.

*str. 15

Dział: Książki
niedziela, 17 styczeń 2016 06:11

Opposition

Czy Katy i Daemon pozostaną razem? Co dzieje się z Beth? Jaki los czeka Originów? Czy ludzkość w ogóle przetrwa? „Opposition" to piąty i ostatni, długo wyczekiwany tom cyklu „Lux". Nareszcie czytelnicy mogą dowiedzieć się jak to wszystko się skończy.

Gdy bohaterom już zaczęło się wydawać, że są bezpieczni, ujrzeli miliony spadających z nieba świateł. Na Ziemię przybyli Luksjanie i wcale nie byli przyjaźnie nastawieni. Zaczęli na masową skalę zabijać ludzi lub przejmować ich ciała. Najgorsze było jednak to, że Daemon, Dawson i Dee bez słowa dołączyli do swojej rasy. Zupełnie jakby nigdy nie zależało im na swoich ukochanych i przyjaciołach. Tak jakby Katy nigdy nic dla Daemona nie znaczyła.

Jeżeli chodzi o wartość książki jako fantastyki naukowej to jest na bardzo marnym poziomie, jednak gdy spojrzymy na nią jak na paranormal romance, to w cudowny sposób unosi się na wyżyny gatunku. Przyznam, że od kiedy Katy i Daemon wyznali sobie miłość seria straciła nieco uroku. W dalszym ciągu jednak czyta się ją szybko, płynnie i z przyjemnością. Jennifer L. Armentrout stworzyła ciekawą, rozbudowaną fabułę, akcja powieści toczy się wartko, a każdemu wydarzeniu towarzyszy dobry (niekiedy nieco czarny) humor.

Mimo że „Opposition" jest piątym i ostatnim tomem serii Lux, to jednak Jennifer L. Armentrout nie zrezygnowała ze swojego wyimaginowanego świata. Już niebawem, nakładem wydanictwa Filia, ukaże się „Obsesja" opowiadająca o miłości arumianina Huntera do ludzkiej kobiety. W piątej części poznajemy nieco lepiej zarówno jego jak i jego rodzeństwo i dowiadujemy się, że nie wszyscy osobnicy tego gatunku są tak straszni jak ci, którzy na początku seri atakowali Katy.

Ponieważ to już ostatni tom, postanowiłam podsumować całą serię. Uważam, że jest naprawdę niezła. Konstrukcja bohaterów jest barwna i szczegółowa, chociaż nigdy nie podobał mi się chaotyczny sposób w jaki zmienia się Dee. Fabuła powieści jest jednowątkowa, ale za to bardzo rozbudowana. Nie da się ukryć, że romans Katy i Daemona jest w książce motywem przewodnim, ma jednak niezwykle barwne i intrygujące tło. Pisarce można zarzucić nieco śmieszności i zbyt bujną wyobraźnie, swoje pomysły ciągnie jednak konsekwentnie i nie można jej wytknąć braku logiki w tym co stworzyła.

Serię „Lux" czyta się z przyjemnością i nie sposób odmówić jej swoistego klimatu oraz niezastąpionego uroku. Występujących w niej bohaterów również szczerze pokochałam. To lekka, przyjemna beletrystyka, którą warto mieć przy sobie by rozjaśniła te mniej pogodne dni. Zarówno „Opposition" jak i wszystkie poprzednie tomy cyklu serdecznie miłośnikom paranormal romance (czy też po prostu osobom, które lubią lekkie lektury) polecam! To, że niejednokrotnie wywoła uśmiech na twarzy czytelników jest gwarantowane.

Dział: Książki