kwiecień 04, 2025

Rezultaty wyszukiwania dla: Nowa Ewa

czwartek, 05 czerwiec 2014 12:03

Andrzej Biedroń - TV Fikcja

- No nie wiem... - Zdzisław Jabolski z niewyraźną miną przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze, poprawiając zbyt ciasny kołnierzyk. Nie był przyzwyczajony do noszenia garniturów, w których wyglądał niczym słoń obleczony w cyrkowy namiot. – Wyglądam jak... jak...
- Ktoś, kto chociaż raz w życiu zetknął się ze słowami „kultura" i „dobry smak"? – rzucił Młody, obserwując Zdzicha kątem oka. – Mówię ci Zdzichu, przestań się ze sobą cackać i idź po prostu udzielić tego cholernego wywiadu. To nie będzie nic trudnego, przecież nie takie rzeczy zdarzało ci się robić.
- Mówisz tak tylko dlatego, że jesteś zbyt niski stopniem, by to ciebie proszono o takie brednie - zbył go gliniarz, podchodząc do stolika w kuchni i sięgając do stojącej na nim butelki wódki. Z lubością na twarzy przyssał się do szyjki, pociągając kilkanaście tęgich łyków. – Ale zgodzisz się ze mną, że tacy goście jak ja są zdecydowanie lepsi w likwidowaniu fabryk narkotyków, niż w późniejszym chwaleniu się tym w telewizji. Zwłaszcza w publicznej telewizji – splunął z odrazą na zarzygany dywan, wracając przed lustro.
- Chcieli najskuteczniejszego gliniarza w mieście, to go dostaną, racja? – zapytał Młody, poprawiając swoją blond grzywkę. – Po pierwsze, to był rozkaz od komendanta, pamiętasz? A po drugie?
- No tak, ta nieszczęsna reklama Olega... Jak to leciało?... „Bar Batiuszka na ulicy Powstańców Warszawy 44. Słońce Związku Radzieckiego Józef Stalin poleca!" Kurwa, jak on mógł pomyśleć, że powiem coś takiego w telewizji. – Łysol pokręcił głową z powątpiewaniem. – A w ogóle to kto wpadł na pomysł, że jestem najskuteczniejszym glinia... a psik!!! – Na tafli szkła niespodziewanie wyrosła szaro-zielona narośl. Zdzichu pociągnął nosem. – Kurwa, jeszcze mnie katar złapał. Młody, rzuć mi no tabletki na przeziębienie. – Wskazał płaszcz wiszący na drzwiach wejściowych. – Powinny być w którejś kieszeni.
Blondyn z niepewną miną podszedł do wojskowego „uniformu" Zdzicha. Wiedział, że niedbałe sprawdzanie zawartości jego kieszeni może być ostatnią rzeczą, którą będzie w stanie zrobić własnymi rękoma. Zaczął przetrząsać ich zawartość. Pominął obecność granatów, noży sprężynowych i pudełek pinezek. Wreszcie palce natrafiły na paczkę oklejoną taśmą klejącą. Wyciągnął ją, rozciął scyzorykiem szary papier, wyciągnął parę niebieskich tabletek i podał je Jabolskiemu.
- No dobra, czas iść robić swoje – mruknął Zdzich, wrzucając do ust lekarstwa i biorąc kolejny łyk siwuchy. – Czas porobić z siebie idiotę, potańczyć jak mi zagrają, poprawić „morale narodu stolicy" i...
- Co jak co, – wtrącił Młody – ale w robieniu z siebie idioty jesteś mistrzem. Nie mogli wybrać lepszego do tego zadania.
Zdzich obrzucił go pogardliwym spojrzeniem, narzucił na siebie płaszcz i ruszył w stronę wyjścia.

***

Telewizja Polski i Ukrainy była najpopularniejszą z państwowych stacji telewizyjnych, mając największy udział w szerzeniu socjalistycznej propagandy. Tylko tam frekwencja jakichkolwiek wyborów zawsze wynosiła sto procent, zawsze sto procent obywateli była zachwycona jakością życia, a ilość nierozwiązanych przestępstw ZAWSZE wynosiła zero, nieważne w jakiej skali.
Zdzich niespiesznie przekroczył próg studia nagrań.
- O, dzień dobry. – Powitała go kierowniczka studia, niewysoka brunetka w oliwkowym kostiumie. – Pan Jabolski, prawda? – Wyciągnęła ku niemu zadbaną dłoń, zakończoną karminowymi paznokciami. Jabol zignorował ten gest. – No tak... - bąknęła zmieszana, cofając rękę. – Za chwilę będziemy mogli zaczynać, jak tylko charakteryzatorka pana przygotuje. Pamięta pan odpowiedzi na pytania? – zapytała znienacka.
- Jakie pytania? – odparł zdumiony łysol.
- Hmm, czyli jednak nie dostał pan naszej wiadomości, prawda? No cóż, oto kartka z pańskimi odpowiedziami, które ma pan udzielić na nasze pytania. Zostały tak specjalnie sformułowane, abyśmy mieli pewność, że nie będzie miał pan problemów z ich zapamiętaniem.
Gliniarz uważnie wczytał się w otrzymany dokument.
- Pytanie pierwsze: tak, pytanie drugie – nie, pytanie trzecie... - spojrzał na kobietę zdumiony. – Co to, kurwa, jest?
- Nadal zbyt skomplikowanie? – spytała z troską w głosie. – To może zróbmy tak, że będzie pan tylko kiwać lub kręcić głową, w porządku? Musimy przecież jakoś zadbać o pański imidż.
Jabolski odwrócił się i bez słowa ruszył do pokoju, nad drzwiami którego były napisane hasła: „Charakteryzatornia, garderoba, schowek". Niech to szlag, pomyślał ze złością, najpierw ten wywiad, potem katar, a teraz jeszcze śmiali robić z niego idiotę. Jakby po prostu nie mogli dać mu tej kartki z tekstem wcześniej. Zapukał lekko do drzwi, po czym nie czekając na odzew wszedł do środka. Pomieszczenie było skąpane w półmroku, jedynie w pobliżu lustra świeciła się niewielka żarówka. Zdzich podszedł do stojącego przed zwierciadłem krzesła, zapobiegawczo szukając za pazuchą płaszcza kabury z Double Eagle'm. Takie pomieszczenia musiały przyciągać kłopoty.
- Kurwa – mruknął do siebie ze złością, gdy palce natrafiły na pustkę. – Gdzie ja właściwie mam broń?
- Zapomniał pan, panie Jabolski, że do studia nie wolno wnosić broni palnej? – odezwał się tuż za nim tajemniczy głos. Zdzich odwrócił się gwałtownie, szykując się do ataku. Jak lampart doskoczył do przeciwnika, chwycił go i nie zważając na sopranowe piski, rzucił nim o podłogę niczym workiem kartofli.
- Co tu się dzieje? – Kierowniczka studia wpadła do garderoby jak burza. – Co pan wyrabia? – rzuciła do Zdzicha, zauważając rozciągnięte na podłodze nieprzytomne ciało. – To była nasza charakteryzatorka!
- Dokładnie: b y ł a! – rzucił nerwowo Zdzich, wskazując na nią palcem. – A tak na poważnie, nie powinno się straszyć bez wyraźnego powodu weterana dwóch wojen. Nauczy się na przyszłość... - poprawił się, zmieszany.

***

Zdzisław Jabolski nerwowo krążył po garderobie. Telewizja już dawno powinna przysłać kogoś w zastępstwie, kto przygotowałby go do występu. Chciał przecież tylko odbębnić ustawiony wywiad, a potem w spokoju spić się w barze Grubego Olega. Czemu to tyle trwało? Rozumiał, że nie codziennie ktoś nokautuje pracowników studia, ale czy to była jedyna charakteryzatorka podczas porannej zmiany? W dodatku jakiś czas temu zaczęła go boleć głowa, co tylko zwiększało poziom frustracji. Miał mroczki przed oczami, zupełnie jakby się upił... Co takiego mógł wypić? Metanol z zeszłego tygodnia nie mógł zadziałać dopiero teraz, w końcu jego kumpel do picia już dawno wyciągnął po tym nogi. Więc co? Może to było faktycznie jakieś choróbsko...
Ciche pukanie do drzwi wyrwało go z toku rozmyślań. Niezrozumiałym mruknięciem zaprosił gościa do środka.
- Pan Jabolski? – zagaiła nieśmiało szczupła blondynka. – Jestem Ewa, zastępcza charakteryzatorka. Mam przygotować pana do nagrania... Tylko proszę mnie nie bić! – dodała błagalnym tonem.
- A tak, jasne. – Jabol z ulgą opadł na krzesło. – Proszę robić swoje. – Potarł palcami skronie.
Niespodziewanie przeszyło go uczucie niepokoju. Poczuł, jak serce gwałtownie przyspieszyło. To było podświadome działanie, swego rodzaju szósty zmysł informujący o przyszłym niebezpieczeństwie. Coś tu zdecydowanie było nie w porządku. Nie wiedział tylko, co takiego...
- Słyszałam już o panu, panie Jabolski – kontynuowała kobieta. – Ulica wprost kipi doniesieniami o pańskich wyczynach. Akcje w stylu Rambo, wychodzenie cało z niezliczonych katastrof, walki z potwornościami rodem z najbardziej nienormalnych filmów. Ale wie pan co? – zapytała, pudrując łysolowi nos. – Założę się, że potworom w TYM studiu nie dałby pan rady.
Napięcie Zdzicha sięgnęło zenitu. Słyszał swój przyspieszony, płytki oddech, czuł przepychającą się przez żyły krew. Skąd ta kobieta mogła wiedzieć o jego przygodach? Starał się zawsze usuwać wszelkich potencjalnych świadków, zacierać ślady nadprzyrodzonych zjawisk. I... zaraz...
- O jakich potworach pani mówi? – syknął, ściskając nerwowo podłokietnik krzesła.
Blondynka nachyliła się ku niemu, szepcząc do ucha:
- Zauważyłam jakiś czas temu, że niektóre z pracujących tu osób zdają się nie być wystarczająco posłuszne idei naszej wspaniałej republiki – oznajmiła z absolutną powagą, robiąc porozumiewawczą minę. – Obawiam się, że mogą mieć coś wspólnego z nielegalnymi związkami zawodowymi lub nawet gorzej.
- Gorzej?
- Może nawet z Ukraińskim Frontem Narodowym. – Powoli wycedziła nazwę podziemnej organizacji. – A sam pan rozumie, jak to jest wielka potworność. Kolejne nacjonalistyczne demony próbujące zniszczyć naszą piękną socjalistyczną ojczyznę. Całe szczęście, że mogę to panu teraz powiedzieć. Dziewczyna, którą zastępuję, od samego początku wydała mi się podejrzana. Kto wie, może właśnie pobił pan jednego z ICH szpiegów... Panie Jabolski? Co panu jest? – zapytała zdumiona.
Gliniarz już od pewnego czasu usiłował złapać oddech, właściwie to od momentu, gdy tylko usłyszał o potworach i demonach. Czym się właściwie teraz przejmował? Nie raz i nie dwa miał do czynienia z okropnościami nie z tego świata, czemu więc tym razem czuł narastający, paniczny lęk? Przecież miał ze sobą broń. Zaraz, a nie zostawił jej przypadkiem przy wejściu do budynku, jak wspomniała dziewczyna? Nie pamiętał tego, więc może...
Niespodziewanie do garderoby weszła kierowniczka planu.
- Panie Jabolski, jest pan gotów? – Obrzuciła go uważnym spojrzeniem. – Za trzy minuty zaczynamy. Poczekam na pana na zewnątrz – oznajmiła, wracając na plan.
Zdzisław rozluźnił zbyt ciasno związany krawat. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął z niej piersiówkę z alkoholem. Jednym haustem pochłonął zawartość.
Czy mu się wydawało, czy spod oliwkowej spódnicy nie wystawał koniec czerwonego ogona?
- Faktycznie, demony – mruknął, ocierając kącik ust.

***

- Na pewno pan wszystko zrozumiał?
- Tak – odparł napięty jak struna Zdzich. – Zachowywać się naturalnie, odpowiadać tylko na zadane pytania. Ideał spontanicznej pogawędki – sarknął, siadając na pomarańczowej skórzanej sofie.
Ewa miała rację. Zdzicha otaczały demony. Teraz widział to aż nazbyt wyraźnie: gadzie łuski pokrywające ciała, ogony wystające spod ubrań. I chuj z ich niewystarczającą wiernością Zjednoczonej Unii Polski i Ukrainy, ten sztuczny twór i tak musi kiedyś pierdolnąć, pomyślał. Ale czego mogły od niego chcieć akurat teraz?
- Proszę się nie denerwować – zagadnęła do niego prowadząca program, kolejna z szeregu idealnych prezenterek, o blond włosach i nieskazitelnym uśmiechu. Ponadto Jabol od razu domyślił się, dlaczego akurat ona dostała tę pracę: już od dawna nie widział piersi tak wielkich, by każda z nich mogła śmiało pretendować do zaszczytu posiadania własnego kodu pocztowego. – Wiem, co sobie pan myśli – Zdzich zacisnął w panice zęby. – ale to nie jest takie trudne. Proszę po prostu być sobą. – Puściła do niego porozumiewawczo oko.
Minuty powoli mijały, a nerwowość policjanta zaczynała osiągać apogeum. Odpowiadał bezwolnie na zadawane pytania, próbując jednocześnie domyśleć się, dlaczego demony nie chcą uczynić mu krzywdy. Przecież „wiedzieli, co sobie myśli", więc czemu wciąż trzymali go przy życiu, zamiast zaatakować?
- Nie – powiedział do siebie. – To nie tak.
- Słucham? – Prowadząca uniosła brwi. – Och, przepraszam, widocznie pan nie dosłyszał pytania. Zadam je jeszcze raz: Jeszcze wczoraj brał pan udział w udanej akcji rozbicia gangu zajmującego się produkcją i sprzedażą narkotyków. Co więcej, pan i pańscy ludzie zdołali powstrzymać ich przed wprowadzeniem na rynek nowej, niebezpiecznej odmiany LSD, wyglądającej identycznie, jak popularne leki na przeziębienie. Z pewnością musi to być wspaniałe uczucie, zdawać sobie sprawę z przysługi oddanej partii oraz ludowi pracującemu Stolicy?
- Tak – odparł Zdzich drżącym głosem. Musiał się stąd wydostać. Natychmiast! – To wspaniałe uczucie... - kontynuował, podnosząc się z sofy.
BANG! BANG!
W korytarzu rozległy się strzały z broni palnej.
- I chuj... po herbacie... - jęknął Zdzich, opadając z powrotem na mebel. Zaczerpnął głębiej powietrza, próbując uspokoić nerwy. Jeszcze terrorystów tu brakowało, do cholery.
BANG! BANG!
- Panie Jabolski, co to? – pisnęła cyc-piękność. Gliniarz spojrzał na nią mętnym wzrokiem.
- Terroryści...
- ŻE JAK?!
- Ale przecież możesz uciec. – wydukał powoli. – Masz przecież te, no... skrzydła. Chyba...
BANG!
Drzwi od studia otworzyły się gwałtownie. Do pomieszczenia wpadł niski, krępy mężczyzna. Twarz osłaniała kominiarka, lecz już po samym jego chodzie Zdzich domyślił się, że miał około pięćdziesięciu lat.
A może tak mu się tylko zdawało?
- Gdzie Jabolski? – ryknął mężczyzna, machając na ślepo bronią.
Słysząc swoje nazwisko, policjant po raz kolejny tego dnia spróbował skupić uwagę. To była szansa na ucieczkę z tego czarciego kotła! Może napastnik przybył mu na ratunek?
- To ja! – krzyknął, podnosząc się z sofy.
BANG!
Nagłe szarpnięcie rzuciło go do tyłu. Padając na posadzkę, słyszał już jedynie krzyki zebranych w studiu kobiet i mężczyzn.
Chcąc uniknąć ryzyka konfrontacji z demonami, najlepiej udawać martwego – przypomniał sobie radę znajomego wiejskiego egzorcysty.
Dlaczego nie wpadł na to wcześniej?
- O nie, szmaciarzu, wiem, że udajesz! – usłyszał wzburzony krzyk napastnika, a następnie rozległ się pisk Cycoliny. – Wychodź, bo wpakuję jej tyle kul, że jej własny chirurg plastyczny nie pozna!
- A strzelaj sobie – odparł obojętnie Zdzich. – Im ich mniej, tym lepiej. Kurwa - jęknął pod nosem.
Miał przecież udawać martwego.
Syknął z bólu, dotykając lewego ramienia. Na szczęście zamachowiec nie trafił w żaden ważny organ, którego uszkodzenie mogłoby zagrozić życiu gliniarza. Wystarczy pograć parę chwil na zwłokę, a znów będzie sprawny jak przed postrzałem. Ze zdziwieniem stwierdził, że przejmujące uczucie niepokoju odeszło, a on sam był już nawet w stanie logicznie myśleć. Lub przynajmniej próbować.
- Dobra, tylko spokojnie – zaczął, podnosząc się z podłogi. – Powiedz tylko, o co chodzi, a zaraz się dogadamy i...
- O moją córkę, skurwielu, córkę! – przerwał mu napastnik.
Ranny Zdzich spróbował ocenić sytuację. Oto podczas audycji na żywo, na plan wpadł jakiś szaleniec z wyraźnym zamiarem zrobienia mu krzywdy. W dodatku poza nim, owym mężczyzną i cycatą prezenterką, nikt z pracowników studia nie wydawał się być człowiekiem. Albo przynajmniej dobrze się maskowali, przybierając koźle rogi, gadzie łuski i zwierzęce ogony. Bolała go głowa, miał dziurę w ramieniu i katar.
To tylko on zwariował, czy cały świat wokół niego?
- Jaką znowu córkę? – zdobył się na zadanie najprostszego z pytań.
BAM!
Kolejny pocisk sprowadził go do parteru.
- Nie pamiętasz? Dobrze, przypomnę ci. Ale najpierw – Terrorysta szarpnął blondynkę za włosy, prowadząc ją przed jedną z kamer. – Ma mnie być dokładnie widać, jasne?! – ryknął w stronę przerażonego kamerzysty.
Zagadnięty spojrzał ze strachem na kierowniczkę planu.
- Rób, co każe. – Machnęła ręką.
- W porządku, panie super glino – rzucił mężczyzna, znalazłszy się w centrum uwagi. – Przypomnę ci wszystko. Pamiętasz waszą wielką operację „RR"?
- Robimy Rozpierdol? – zapytał Zdzich. – Faktycznie było coś takiego...
- To była jedna z tych wielkich akcji, którymi wy, lewackie świnie, chwalicie się potem w waszych skorumpowanych mediach! Ale ja poznałem prawdę, na własnej skórze poczułem, jak to wyglądało! – Gwałtownie urwał. Pociągnął kilka razy nosem, jakby powstrzymując się od płaczu. – Osiem lat temu odprowadzałem córeczkę na szkolny autobus. Do przystanku mieliśmy tylko kilkanaście metrów, gdy zza rogu budynku wypadł na nas jakiś murzyn, a za nim ty, bydlaku! Nawet nie zdążyliśmy się usunąć z drogi, gdy wyciągnąłeś broń i zacząłeś strzelać. Na oślep! – zachrypiał.
Zdzisław milczał, przyciskając dłonie do krwawiących ran. Coraz bardziej zaczynał go niepokoić fakt, że dziury po postrzałach nie miały zamiaru się zabliźnić. Krew nie chciała krzepnąć, spływając zamiast tego po jego przedramionach na podłogę. Kręciło mu się w głowie.
- Kula trafiła... ją trafiła – mężczyzna powrócił do przerwanego monologu. – Nie zdążyłem nic zrobić. Jeden strzał, w głowę... zginęła na miejscu. Jak mogłeś! – ryknął, wybuchając płaczem.
- Przepraszam, niechcący, to było niechcący – bełkotał Jabolski. Zawroty głowy były tak silne, że zaczynał tracić świadomość.
- Niechcący?! To było NIECHCĄCY?! Zatuszowaliście całą sprawę, nikt mi nie pomógł, nie udzielił wsparcia...
- Przebieg akcji miał być ściśle tajny, lecz pojawiły się problemy... gość mi wtedy uciekł...
- Wiesz, jak miała na imię?
- Że co? Ale...
- WIESZ?!
Jabol nie odpowiedział.
- Barbara. Basieńka, Basiunia, Basia. Przeliterować ci może?
- Naprawdę rozumiem twój żal, ale...
BAM!
Kolejny pocisk rozerwał mu pierś.
- Be.
BAM!
- A.
BAM! BAM! BAM!
- Es, I, A...
Z każdym otrzymanym strzałem Zdzisław spadał w coraz głębszą ciemność. Czy któraś kula trafiła go w serce? Uszkodziła płuco? Zniszczyła kręgosłup? Jeszcze wczoraj śmiałby się z takiego zagrożenia, lecz teraz, gdy z nieznanych mu przyczyn organizm nie chciał się zregenerować? Poczuł, jak krew wypełnia mu usta, przelewa się przez nie, ścieka po twarzy na podłogę. Więc tak miał wyglądać jego koniec. Po przeżyciu dwóch wojen, dwudziestu lat walki z przestępczością stolicy i potworami z innych światów miał umrzeć z ręki zrozpaczonego ojca jednej ze swoich przypadkowych ofiar. Doprawdy odpowiednie zakończenie odpowiedniego życia. Teraz zrozumiał, skąd te diabły, skąd irracjonalny strach, cała ta absurdalna otoczka. Pozostało mu tylko czekać. Aż serce, najgłupsze ze wszystkich organów, zorientuje się, że jest martwe.
- Widzieli państwo? – dobiegł go z oddali głos zamachowca. – Tak właśnie kończy wasz niepokonany policjant, Zdzisław Jabolski! Tak właśnie kończą społeczne gnidy, degeneraci i potwory, zatruwający nasze życia! Tak triumfuje sprawiedliwość! – rozległ się głośny, szyderczy śmiech.
Gdyby Zdzichu był teraz w stanie, śmiałby się razem z nim.
Co ten szmaciarz z bronią mógł wiedzieć o sprawiedliwości?
Koniec najlepszego gliniarza w mieście nie mógł być AŻ tak żałosny.
Więc jeszcze nie nadszedł...

***

Zza pleców śmiejącego się triumfalnie ojca Basi rozległ się pisk przerażonych kobiet. Mężczyzna odwrócił się, poszukując wzrokiem źródła zamieszania. Przerażenie odjęło mu dech.
Oto stał przed nim Zdzisław Jabolski, ten sam, który miał przed chwilą zginąć z jego ręki. Teraz, poza rozerwaną na strzępy klatką piersiową i powoli spływającymi po nogach strużkami krwi, wydawał się być okazem zdrowia.
- O Boże... - wyjąkał, upuszczając broń. Pistolet głośno uderzył o posadzkę. – Kim ty, kurwa, jesteś? Zombie?
- Lepiej. – Łysol obnażył krzywe zęby. Dawniej żółte, teraz z powodu zakrzepłej krwi wydawały się czarne. – Ideowcem.
Błyskawicznie dopadł do terrorysty, chwycił go za kark i podkładając nogę, przewrócił na posadzkę. Zacisnął dłonie na jego krtani.
- Nie wiesz, czym jest sprawiedliwość – wycedził gniewnie. – I nigdy nie zrozumiesz, bo nigdy nie uda ci się wyjść z prymitywnej relacji oko za oko, życie za życie. Mógłbym spróbować ci to wytłumaczyć, ale wiesz, co? – W źrenicach policjanta błysnęła iskra szaleństwa.
Mężczyzna wytrzeszczył oczy.
- Prościej będzie skręcić ci kark. – Jabolski wykonał odpowiedni ruch dłońmi.
Chrupnął pękający kręgosłup.
Zakrwawiony policjant powoli podniósł się znad nieruchomego ciała. Rozejrzał się po studiu. Stado diabłów patrzyło na niego oniemiałe. Wciąż tutaj byli.
Więc to jest sen, tylko sen, pomyślał. Potarł o siebie zesztywniałe dłonie.
- Pokażę wam, jak ZAZWYCZAJ przeżywam swoje marzenia senne – rzucił wesoło, ruszając w stronę najbliższej osoby. Czy też może diabła, nie miało to teraz znaczenia. Z doświadczenia wiedział, że kości obu tych istot łamią się z taką samą łatwością.

***

- Ja pierdolę, ja pierdolę, ja pierdolę – klęła Elwira, nerwowo chodząc po pokoju swojego mieszkania. Podeszła do drzwi od łazienki. – Żyjesz, Zdzichu? – Odpowiedział jej jedynie odgłos intensywnych wymiotów.
Młody załamał ręce.
- Powoli, uspokój się – powiedział do rudowłosej – i opowiedz mi wszystko jeszcze raz. Tym razem nieco wolniej.
- Siedzę sobie w fotelu i nagle słyszę pukanie. Otwieram, a tam Zdzich stoi na chwiejnych nogach, zalany krwią, jakby wrócił z jakiejś rzeźni. Zaczął coś bełkotać o walce ze swoimi demonami, że to tylko sen i tak dalej, a potem odepchnął mnie na bok i wpadł do łazienki. Widziałam jego oczy - źrenice miał wielkie, jak... - zamilkła, próbując znaleźć odpowiednie porównanie.
- Sugerujesz, ze był naćpany?
- To było od razu widać! Proszę, Adamie. – Chyba pierwszy raz zwróciła się do partnera Zdzicha po imieniu. – Powiedz mi, co mu się stało.
Młody nerwowo podrapał się po głowie.
- Cóż, wygląda na to, że w budynku telewizji ktoś urządził sobie masakrę...
- Czyli?
- Dostaliśmy informację, że podczas nagrywania programu zamaskowany gość wpadł do studia i zaczął strzelać. Gdy dojechaliśmy na miejsce, zastaliśmy wszystkich pracowników martwych, zamachowiec również nie żył. Za to kamera wciąż pracowała...
Elwira opadła na fotel.
- To był Zdzich, prawda?
- Niestety. Ładnie ich wszystkich rozwalił, od razu widać, że zabijanie ma we krwi. Ale spokojnie – dodał, widząc przerażoną twarz kobiety. – To było tylko nagranie! Od razu je zniszczyliśmy, a strzelaninę uzasadnimy porachunkami gangów. Pomóż mu tylko dojść do siebie, a wszystko się ułoży. Jak zwykle zresztą. –Ruszył w stronę wyjścia.
- Zaczekaj! – krzyknęła za nim, gdy naciskał klamkę. – Jednego nie rozumiem. Dlaczego mówisz o nagraniu z kamery, jeżeli Zdzich miał występować na żywo?
Adam parsknął śmiechem.
- Błagam, na jakim ty świecie żyjesz? Nie domyśliłaś się nigdy, dlaczego w telewizji nie ma transmisji sportowych? Bo takich rzeczy nie da się zaplanować lub wyreżyserować. Natomiast wszystko inne – zawiesił na moment głos. – Sama już rozumiesz.
Trzasnęły zamykane drzwi.
W mieszkaniu zapadła cisza, przerywana jedynie okazjonalnymi odgłosami wymiotów Jabolskiego. Elwira ciężko westchnęła.
- Nie cię szlag, Zdzichu. Zabić ciebie, to mało – mruknęła pod nosem, idąc do łazienki.

***

Młody niespiesznie szedł jedną z głównych ulic miasta. Próbował sobie ułożyć w głowie całą tę sprawę ze Zdzichem i dzisiejszą rozróbą.
Zastanawiało go, czy Elwira mogła zdać sobie sprawę z faktu, że została okłamana. Sięgnął ręką do kieszeni, wymacał płytę DVD. Wcale nie usunął tego nagrania, przeciwnie, uznał, że znacznie rozsądniejszym wyjściem będzie zachowanie go na przyszłość. Kto wie, może kiedyś jego partner podpadnie mu na tyle, że nie będzie miał wyjścia? Wiadomo, zasługi w zwalczaniu przestępczości zasługami, ale i tak najlepsze okazują się tradycyjne haki...
Zabrzmiał dzwonek telefonu. Blondyn wyciągnął z kieszeni spodni urządzenie, nacisnął przycisk.
- Słucham?
- Witam, dzwonię w sprawie identyfikacji poszczególnych ofiar dzisiejszej strzelaniny. – W głośniku zabrzmiał głos technika.
- Nie trzeba, sprawa zostanie dzisiaj zamknięta-
- Ale pan nie rozumie. Większość z ofiar okazała się mieć powiązania z Frontem Wyzwolenia Ukrainy.
Pod Młodym ugięły się nogi.
- Może pan powtórzyć?
- Większość pracowników studia była ukraińskimi szpiegami. Teraz ich nie ma, zginęli! Jabolski jest bohaterem-
Adam rozłączył połączenie. Zaklął pod nosem. I co, Zdzich nagle miał się stać bohaterem? Cała ta afera, masakra i problemy tylko mu pomogły?
Gwałtownym szarpnięciem wydobył płytę z kieszeni, ścisnął ją z całych sił dłońmi. Trzasnął pękający plastik, odłamki dowodu posypały się na brudny chodnik.
- Niech cię piekło pochłonie, Zdzisławie Jabolski – wycedził pod nosem. – Ile jeszcze razy uda ci się wyjść cało z- A PSIK!!!
Pociągnął nosem. Po raz kolejny tego wieczoru sięgnął do kieszeni, po czym wyciągnął z niej dwie niebieski tabletki, identyczne z tymi, które rano zażył jego zwierzchnik. Ciekawe jak ty to robisz, pomyślał, łykając lekarstwa. Ruszył w kierunku swojego mieszkania. Mam nadzieję, że nie będę chory, przemknęło mu przez głowę.
Następnego dnia musiał być w formie, jeśli miał walczyć z demonami opanowującymi to miasto.

Dział: Opowiadania
czwartek, 05 czerwiec 2014 11:58

Wilkołaki

Ciemny, gęsty las. Biegł. Jeszcze tylko kilkaset metrów. Taki dystans dzielił go do bezpiecznego schronienia. Jeszcze tylko kilka chwil, lecz ... było już za późno. Gęste chmury na lasem nagle rozwiały się i niewiadomo skąd na czarnym niebie ukazała się wielka srebrna tarcza. Pełnia księżyca. Porażony srebrnym blaskiem zaczął krzyczeć. Jego krzyk zaczął się stopniowo zmieniać w przeraźliwy, zwierzęcy skowyt. Jego młodzieńcze usta zmieniły się w wypełniony ostrymi zębami pysk. Po jego bokach wyrosły długie wąsy. Dalej biegł lecz teraz już na czworakach. Zwierzęce mięśnie rozerwały ubranie. Jego ciało porosła gęsta sierść aż po czubek ogona. Dokonało się. Stał się wilkołakiem....
Wilkołak, kim tak naprawdę jest? Czym wytłumaczyć jego obecność w mitach ludów całego świata?

Dział: Felietony

Graham Masterton oddaje do rąk czytelnika wciągającą powieść, która zmusza zarazem do poważnej refleksji nad kondycją współczesnego świata i nad koniecznością ponoszenia odpowiedzialności za błędy naszych przodków. "Infekcja" ukaże się nakładem wydawnictwa Rebis i między innymi pod patronatem medialnym Secretum już 3 czerwca.

Dział: Patronaty
środa, 04 czerwiec 2014 17:28

Wywiad z Andrzejem Pilipiukiem

Witam serdecznie i chciałbym podziękować za poświęcenie nam swojego czasu.

Cała przyjemność po mojej stronie.

1.Zacznę od tradycyjnego już pytania: jak to się stało, że zainteresował się Pan literaturą fantastyczną, jakie były początki pisarstwa?

Fantastyką zainteresowałem się, gdy miałem jakieś 11 lat. Przeczytałem masę literatury dla dzieci i młodzieży i stwierdziłem, że już z tego wyrastam. Współczesna proza polska – to, co dziś nazywamy głównym nurtem, od początku była dla mnie kompletnie niestrawna. Pozostawała fantastyka... Chodząc po zakupy, przechodziłem koło małego antykwariatu. Kompletowałem w nim brakujące numery Fantastyki (w połowie lat osiemdziesiątych zdobycie jej w kioskach graniczyło z cudem...) oraz kupowałem sobie książki Janusza A. Zajdla.

Wtedy też zacząłem pisać. To, co sobie pracowicie skrobałem, fantastyką w ścisłym tego słowa znaczeniu nie było. W 1985 roku powstała pierwsza wersja „Hotelu pod Łupieżcą", zaraz potem zabrałem się za „Norweski Dziennik". Dopiero w kolejnych wersjach skierowałem moją prozę na właściwy kierunek.

W tym mniej więcej okresie pomyślałem sobie po raz pierwszy, że w przyszłości mógłbym zostać pisarzem, jednak owo pracowite skrobanie w kajecie było przede wszystkim ucieczką od rzeczywistości.

Dział: Wywiady
piątek, 23 maj 2014 15:18

Wywiad z Tomaszem Pacyńskim

Wywiad przeprowadzony w 2004 roku.

Witam serdecznie i w imieniu Secretum.pl chciałbym  podziękować za udzielenie wywiadu. Zacznę od tradycyjnego już  pytania: jak to się stało, że zainteresowałeś się literaturą  fantastyczną, jakie były początki Twojego pisarstwa?

Cóż, jak powszechnie wiadomo, facetom po czterdziestce odbija. I, niestety, zamiast przeżywać drugą młodość, wziąłem się za pisanie, co pewnie jest jednak nieco bardziej szkodliwe dla otoczenia.

Widzisz, fantastykę czytałem odkąd pamiętam, ten gatunek to były moje pierwsze lektury. Dość długo to trwa, i, bez przesadnej skromności mogę powiedzieć, że znam gatunek. A takim bezpośrednim bodźcem do pisania stała się proza Andrzeja Sapkowskiego. Po prostu postanowiłem też spróbować. Spróbowałem, a ponieważ zawód, który wykonywałem (czyli informatyka), tak mniej więcej po ćwierci wieku staje się śmiertelnie nudny, postanowiłem nawet zmienić zajęcie.

Dział: Wywiady
niedziela, 18 maj 2014 22:07

Buntownik

„Bo nigdy nie ufam nikomu przez cały czas. Zwykle największą krzywdę robią ludzie, na których mi najbardziej zależy.”*

Każdy człowiek jest inny, można mieć wspólne cechy, podobne zainteresowania, identyczny wygląd, ale zawsze jest coś, co różni ludzi od siebie, co sprawia, że stają się indywidualni. Lubimy to, cenimy bycie sobą, swoją odrębność i gdy zdarza się, że jest ktoś, kto chce zmienić nas na siłę, sprawić byśmy byli, jak ktoś inny, to zaczynamy się buntować. Bo takich zmian dokonywać trzeba tylko, jeśli się chce, a nie bo ktoś sobie tego życzy lub wymaga. Nikomu nie wyjdzie to na dobre.

Rule Archer to dwudziestojednolatek, który nie ma łatwych relacji z rodziną - zawsze był uważany za czarną owcę i porównywany do swojego brata bliźniaka, Remy’ego. Gdy trzy lata temu Remy zginął w wypadku, winą za jego śmierć obarczono Rule, od tej chwili kontakt z rodziną stał się jeszcze słabszy i gdyby nie Shaw - dziewczyna zmarłego i przyjaciółka rodziny - zapewne ustałby całkowicie. To ona co niedzielę jechała po najmłodszego Archera, znosiła jego wieczne docinki, zły humor, zawsze nową panienkę w łóżku i zawoziła do rodziców. Postawiła sobie za cel zjednoczyć na nowo rodzinę, dla nich i dla siebie, bo nie może znieść myśli, że ci, którzy okazali jej tyle serca, tak bardzo cierpią. Nie jest jej łatwo, bo musi dochować tajemnicy zmarłego i tylko ona wie, że w jej sercu zawsze był Rule.

Od jakiegoś czasu rynek wydawniczy zalewają powieści nowej fali New Adult, są one o ludziach wchodzących w dorosłe życie (19-25 lat), zmagających się z trudną przeszłością za pomocą miłości we wszystkich odcieniach. W skład tych książek wchodzi „Buntownik” autorstwa Jay Crownover, który otwiera serię "Naznaczeni Mężczyźni".

Jay Crownover nie pisze może o niczym nowym, ale robi to na tyle dobrze, że nie czuje się znużenia powtarzanym materiałem. Bo chociaż o miłości i zmaganiach z przeszłością napisano już wiele, to amerykańska powieściopisarka potrafi zainteresować swoją twórczością. „Buntownik” jest książką, którą czyta się spokojnie, bez porywów emocji czy też obgryzania paznokci ze zdenerwowania, ale pomimo tego jest w nim zawartych mnóstwo emocji, które przechodzą na czytelnika. Tylko odbywa się to bez takiego wielkiego „wow”. Może na to nie wygląda, ale historia wciąga od samego początku, intryguje i sprawia, że nie wiadomo kiedy już się kończy. Crownover pisze ciekawie, równomiernie, snuta przez nią opowieść jest logiczna i spójna, nie ma w niej niedokończonych wątków (chyba, że te poboczne, które jak podejrzewam będą kontynuowane w dalszych częściach), akcja toczy się równomiernie, a jej przebieg, chociaż przewidywalny, powoduje, że i tak z prawdziwym zaciekawieniem przewraca się kolejne strony.

Podobał mi się kontrast między dwójką głównych bohaterów. Rule, który ma swój indywidualny styl bycia, wyglądu i ubioru, to cały w tatuażach, żyjący chwilą, zawsze robiący, co chce, mający co chwilę inną dziewczynę, a raczej towarzyszkę na jedną noc, zimny, nie angażujący się i niedostępny twardziel. To jednak pozory, bo wewnątrz jest chłopakiem, który cierpi po stracie brata, odtrąceniu i nieakceptowaniu przez rodziców, to oddany przyjaciel i ktoś, kogo można pokochać. Widzi to jednak tylko Shaw, dziewczyna z tak zwanego dobrego domu. Jej rodzice to ludzie, dla których liczy się pozycja i pieniądze, ale ona jest inna, patrzy na wnętrze człowieka, to jaki ktoś jest, a nie ile ma pieniędzy. Silna i wytrwała, uparta i z pazurem. Tylko ona oprócz przyjaciół i starszego brata chłopaka widzi, jaki naprawdę jest Rule. Połączenie tych dwoje jest jak ogień i woda, ale mieszanka ta jest bardzo udana. Ogólnie mówiąc o postaciach, są one dopracowane i wyraziste, każda jest inna, z wadami oraz zaletami. Widać, że poświęcono im dość dużo czasu.

To opowieść, która mimo tego spokojnego czytania, niesamowicie wciąga. Pełna sprzecznych emocji, niedomówień, tajemnic, wyrzutów sumienia, bolesnych słów, oczekiwań nie możliwych do spełnienia… Mogłabym tak chyba wymieniać bez końca, ale gdzieś pomiędzy tym całym bagnem przebija się nadzieja i miłość. I mnie to porwało, nie mogłam oderwać się od lektury, strony przewracały się praktycznie same, a ja zżywałam się z bohaterami, przeżywałam z nimi ich wzloty i upadki, cieszyłam się i smuciłam. Autorka porusza w niej tematy trudne, ale ważne i często spotykane. Robi to porządnie i widać, że wczuwa się w położenie bohaterów. Podoba mi się to, bo chociaż książka jest taka spokojna to zarazem nie jest pozbawiona emocji i uczuć. Fabuła jest też w sam raz, nie jest ani naciągana ani przesłodzona, nie wieje w niej sztucznością. Nie żałuję ani sekundy na nią poświęconej, nieraz będę też do niej powracać i już niecierpliwie oczekuję na kolejny tom z tej serii.

Moje pierwsze spotkanie z New Adult uważam za bardzo udane, romans z trudnymi wątkami pobocznymi, który z pewnością spodoba się wielbicielom tego gatunku. Język oraz styl pisania Jay Crownover na początku jest trochę słabszy, ale z biegiem czasu staje się coraz lepszy. Historię czyta się szybko oraz przyjemnie, jest idealna na odstresowanie po ciężkim dniu lub leniwe popołudnie.

*str. 228

Dział: Książki
wtorek, 13 maj 2014 20:37

Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu

Przedziwne maszyny, wynalazki, automaty, mechaniczne konie, sterowce oraz niesamowita magia ze świata duchów. Niezwykłe tajemnice i cudowny klimat. To wszystko i wiele innych rzeczy kryją w sobie stronice "Dziewczyny w mechanicznym kołnierzu" - steampunkowej, świetnie napisanej książki.

Tym razem, wraz z bohaterami, z Londynu podróżować będziemy aż do Nowego Jorku. Oczywiście nawet droga również musi być oryginalna, ponieważ wycieczkę zaplanował nie kto inny, a sam Griffin King. Także za morze udamy się na pokładzie prywatnego sterowca, w towarzystwie księcia Greythorne, zadziornej Finley, silnego Sama i niezwykle mądrej Emily. Tam natomiast czeka na nich nowa zagadka i kolejna przygoda. Przede wszystkim jednak przyjaciele muszą uratować Jaspera, który wpadł w bagno kłopotów po same uszy.

Nowy Jork w wizji pisarki, która, choć to fantastyka, wiele rzeczy (miejsc i wydarzeń) oparła na prawdziwych faktach, jest miejscem klimatycznym i pełnym barw. Do tego wszystko zostało opisane w niezwykle plastyczny sposób i bez trudu można sobie to wyobrazić. Choć i tym razem najcudowniej stworzone w książce zostały przeróżne wynalazki. Mimo że nie wszystkie opisane są ze szczegółami, to jednak większość z nich bez trudu można sobie wyobrazić. Osobiście najbardziej lubię mechanicznego kota Em i tą małą, pomysłową, latającą niespodziankę, jaką zrobiła pewnej nocy Griffinowi (tu, o co dokładnie mi chodzi, niestety przeczytać musicie sami).

W powieści najbardziej zabrakło mi Dandy'ego i uroku, który swoją osobą roztaczał. Dalton - nowy przestępca - nie był nawet w połowie tak interesującą postacią. Powiedziałabym nawet, że rysował się dość bezosobowo - owszem, autorka starała się nadać jakiś ciekawy kształt jego postaci, wyszedł jednak nieco nijaki, zwłaszcza na tle pozostałych bohaterów. Brakowało mi także przemyśleń Sama, który w drugim tomie nadmiernie złagodniał. Prym w tej części wiedli zdecydowanie Griffin i Finley oraz oczywiście, oskarżony o morderstwo, Jasper. Z jednej strony to dobrze, ponieważ naprawdę lubię te postacie, z drugiej jednak brakowało mi tej wielowątkowości, która zdominowała cały, pierwszy tom.

"Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu" to lektura lekka, przyjemna i niezbyt wymagająca. Bohaterowie, choć posiadają wiele mrocznych stron, zachowują się zawsze nienagannie - żeby nie powiedzieć grzecznie i kurtuazyjnie. Przynajmniej jeżeli chodzi o niektóre sprawy. Widać przez to, że autorka starała sie stworzyć książkę młodzieżową i to zdecydowanie dla tej porządnej części młodzieży, także powieści zabrakło nieco pikanterii. Nie chodzi mi tylko o to, że Fin rumieni się po same uszy, gdy ujrzy Griffina bez koszuli, bo to można by było jakoś wytłumaczyć epoką i jej młodym wiekiem (choć po tym co przeżyła wydaje się to być dość irracjonalne), ale także o to, że postacie co chwila ocierają się o śmierć, albo kogoś bezlitośnie biją do utraty przytomności, a jednak morderstwo, nawet nieumyślne, wydaje się im rzeczą przerażającą i nie do pomyślenia. Brakuje mi w tym wypadku konsekwencji.

Oczywiście nie twierdzę, że książka jest zła, bo wcale taka nie jest. Wręcz przeciwnie. Czyta się ją szybko, lekko i przyjemnie. Przygody bohaterowie mają barwne i ciekawe. Od lektury trudno się oderwać, a postaci nie sposób nie pokochać. Każda ma swój specyficzny urok, charakter i barwne wnętrze. Zżyłam się z nimi i będę tęskniła do ich perypetii, póki w moje ręce nie trafi kolejna część - którą, jestem pewna, pochłonę z takim samym zapałem, jak "Dziewczynę w stalowym gorsecie" oraz jej kontynuację.

"Dziewczynę w mechanicznym kołnierzu" serdecznie wszystkim polecam. Powieść, choć lekka, ma swój niepowtarzalny urok, kryje w sobie wiele tajemnic i zaskakujących wydarzeń oraz zwrotów akcji. Fabuła książki została przez autorkę dobrze przemyślana, a zakończenie zostawia po sobie jedynie kilka drobnych niedopowiedzeń - żeby czytelnik niecierpliwie wyczekiwał kolejnej części. Jedno wiem na pewno - powieść ta stanie na półce w gronie mojej ulubionej twórczości. Jestem nią - bardziej niż tylko trochę - oczarowana.

Dział: Książki
wtorek, 13 maj 2014 15:43

Takeshi. Cień śmierci

"Takeshi Cień Śmierci" to pierwszy tom trylogii znanej doskonale wszystkim wielbicielom fantastyki pisarki - Mai Lidii Kossakowskiej. Tym razem postanowiła zabrać swoich czytelników do świata Dalekiego Wschodu. Odsłonić przed nimi jego kulturę i mitologię.

Maja Lidia Kossakowska debiutowała w roku 1997 na łamach literackiego magazynu „Fenix”. Z zamiłowania jest autorką fantastyki, z wykształcenia plastykiem i archeologiem śródziemnomorskim. Sporadycznie zaś magiem i poetką. Wychowana została na klasyce i porządnej literaturze amerykańskiej, czyli Faulknerze, Steinbecku, Hemingwayu, Chandlerze, Cortazarze i Llosie. Ceni dobrą prozę nowoczesną. Jest miłośniczką antyku, niezwykłych mitologii, wiedzy tajemnej, szamanizmu i starożytnych artefaktów. Lubi stare westerny, nowe filmy wojenne, środkowe Morawy, awantury arabskie i grillowane krewetki. Przyjaźni się z kotami i końmi oraz lekko zdumiewa fenomenem mrówkojadów. Wykazuje całkowity brak tolerancji wobec chamstwa, głupoty, arogancji, minoderii, pychy i pająków. Została laureatką nagrody im. Janusza A. Zajdla 2006 (ośmiokrotnie nominowana), Srebrnego Globu, Złotego Kota i Śląkfy. Do jej dzieł należą między innymi bestsellerowy "Siewca Wiatru" oraz cykl „Upiór Południa" - cztery mikropowieści, które określa mianem najważniejszych i najpełniejszych opowieści jakie kiedykolwiek napisała.

Moim ulubionym dziełem pisarki są "Obrońcy królestwa", zbiór opowiadań wydany przez Agencję Wydawniczą Runa. Niestety już od wielu lat książka nie jest dostępna na rynku. Później jednak mocno sparzyłam się na "Zbieraczu burz", po którego lekturze stwierdziłam, że nie jest to literatura dla mnie. Nie chodzi o to, że autorka pisze źle - wręcz przeciwnie, ma cudowny warsztat i niezwykłą wyobraźnię. Doszłam po prostu do wniosku, że kompletnie nie zgadza się nasz światopogląd i spojrzenie na wiele, ważnych dla mnie spraw. Także pragnę zaznaczyć iż wierną fanką prozy Mai Lidii Kossakowskiej nie jestem, za to mogę się uznać za miłośniczkę kultury Dalekiego Wschodu. Dlatego też bez wahania sięgnęłam po nową powieść pisarki.

Przez całą historię autorce udaje się utrzymać klimat, jaki sobie zaplanowała. Od początku do końca dostarcza nam niesamowitych wrażeń. Nieczęsto zgadzam się z reklamą umieszczoną na okładce, ale tu jest ona w stu procentach adekwatna. Czytając czułam się jakbym oglądała któryś z moich ulubionych, japońskiej produkcji filmów. Smutna, okrutna, brutalna, krwawa, bardzo obrazowa i jednocześnie... piękna. Te wszystkie określenia, choć mogłyby wydawać się sprzeczne, to jednak idealnie pasują do tej właśnie powieści. Pisarka zaprezentowała zupełnie inne dzieło niż te, które tworzyła do tej pory, a ja wciąż pozostaję oczarowana i pod głębokim wrażeniem.

Niesamowita akcja, genialnie dopracowani bohaterowie, urzekający, mroczny klimat. Dobrym pomysłem było również umieszczenie z tyłu książki swojego rodzaju leksykonu, wyjaśniającego nie tylko japońskie pojęcia, ale także i opisującego zakony. Niecierpliwie czekam na dzień, w którym premierę będzie miał kolejny tom, a z przeczytanej powieści jestem bardzo zadowolona.

Dział: Książki
wtorek, 29 kwiecień 2014 14:36

Joker

Joker – najbardziej rozpoznawalny złoczyńca uniwersum DC i wróg zamaskowanego, mrocznego rycerza – Batmana. Charakterystycznie oszpecona twarz, zielone włosy i mordercze, wręcz psychodeliczne, poczucie humoru. Przez ponad 70 lat (Joker pierwszy raz pojawił się na kartach  komiksu z Batmanem w 1940r.) poznawaliśmy jego różne oblicza. Historie komiksowe i animowane oraz filmowe kreacje Jacka Nicholsona czy  Heatha Ledgera stworzyły wizerunek Jokera, który wywoływał mieszane i skrajne uczucia. Z jednej strony nienawiść i obrzydzenie, z drugiej zaś sympatia i współczucie. Brian Azzarell w swoim albumie prezentuje nam inne oblicze Jokera. Jokera niepoczytalnego, którego psychika przeraża i wywołuje strach.

Azzarell swojego antybohatera wykreował, prowadząc narrację pierwszoosobową z pozycji oddanego, choć naiwnego kompana Jokera, Johnny'ego Frosta. Dzięki temu, stojąc nieco z boku wszystkich wydarzeń, po raz pierwszy poznajemy charakter złoczyńcy widziany oczami innego złoczyńcy.

Sam początek historii jest nieco niespodziewany i dziwny. Joker zostaje wypuszczony z zakładu Arkham. Bez niczyjej interwencji, bez ucieczki czy więziennej rewolty, wychodzi dumny jak więzień po resocjalizacji. Dlaczego tak? Nie wiadomo. Sam stwierdza, że lekarze uznali, że nie jest obłąkany. Przy samochodzie czeka na niego nowy pomagier – Frost, człowiek, który ma ochotę stać się grubą rybą w mieście.  Podczas odsiadki Jokera w zakładzie, w Gotham zapanował nowy „porządek”. Przestępcy podzielili między siebie tort, nie zostawiając jemu nawet przysłowiowej wisienki. Nie przypuszczali, że opuści on jeszcze kiedykolwiek mury Arkham. Joker chcąc powrócić na tron, zaczyna w brutalny sposób eliminować konkurencję, odzyskując to, co według niego mu się należy. Zło walczy ze złem.

Oprawa graficzna „Jokera” jest mroczna jak jej bohater. Za rysunki odpowiadał Lee Bermejo, kolor i tusz to robota Patricii Mulvihill i Micka Gray'a, choć scenarzysta również graficznie ozdobił kilka stron albumu. Przedstawione przez nich Gotham City przypomina amerykańskie metropolie z okresu II wojny światowej. Spowite w ciemnych chmurach, zimne, brudne i śmierdzące. Na ulicach spotykamy tylko rzezimieszków, narkomanów i tanie dziwki. Odwiedzamy kluby nocne, pralnie brudnych pieniędzy, doki i gangsterskie meliny. Ze stron albumu emanuje duszny, mroczny i niepokojący nastrój filmów noir. Wizja twórców bliska jest wizji Christophera Nolana w „The Dark Night”. Choć rozpoczęli prace nad albumem przed powstaniem filmu (album ukazał się dwa miesiące po premierze kinowej obrazu), wizualnie postać Jokera przypomina kreację stworzoną przez Heatha Ledgera.

Warto dodać, że na kartach komiksu pojawiają się inni znani przestępny Gotham. Mamy tutaj prawie całą plejadę „gwiazd”. Od Killer Croca, Pingwina, poprzez Człowieka Zagadkę i Dwie Twarze po seksowną pomagierkę Jokera - Harley Quinn. Oczywiście nie zabrakło również Batmana, choć autorzy poświęcili mu zaledwie kilka ostatnich kadrów.

W Polsce album ukazał się w serii Obrazy Grozy wydawnictwa Egmont. Podobnie jak inne jej tytuły („Hellraiser”, „Hellboy”) został wydany w twardej oprawie, w kolorze na kredowym papierze, co niezwykle pozytywnie wpływa na odczucia estetyczne podczas lektury.

Azzarell nie wyjaśnia wszystkich wątków, niektóre traktuje wręcz wzmiankowo, ale i tak całość układa w ciekawą gangsterską historię.  Choć czytelnik nie otrzyma pełnej psychoanalizy głównego bohatera (przy tak barwnej postaci raczej jest to niewykonalne), sam może zdefiniować charakter śledząc jego postępowania.

„Joker” jest doskonałym uzupełnieniem uniwersum Batmana.  Fani DC, jak i Mrocznego Rycerza na pewno nie będą zawiedzeni, choć z uwagi na brutalny charakter komiksu, radzę chować go przed młodymi czytelnikami.

Dział: Komiksy