czerwiec 28, 2022

Rezultaty wyszukiwania dla: Novae Res

niedziela, 24 kwiecień 2022 11:26

Podszepty

 

Nie pamięta, kiedy to dokładnie się zaczęło. Wie jednak, że z każdym kolejnym dniem nadejście nocy przeraża go coraz bardziej.


Seweryn Gardy – jak większość z nas - co noc śni. Nie są to jednak sny przyjemne: w nocnych majakach jawi mu się ogromny, opuszczony dwór. Mężczyzna czuje, że coś jest z nim nie tak, że jego ściany niemalże przesiąknięte są złem. I choć się budzi, to każdej kolejnej nocy śni o tym samym. Jest cieniem człowieka, zastanawiającym się, czy to z jego psychiką jest coś nie tak. Może to jakieś podświadome ostrzeżenie od organizmu? W końcu też całkiem sporo przeszedł.


Seweryn postanawia podzielić się dziwnymi przeżyciami z miejscowym proboszczem, Wincentym. Impulsem do rozpoczęcia śledztwa staje się należący do niego od lat obraz. Czy prawda o jego autorze pomoże nieszczęśnikowi w uzyskaniu odpowiedzi? A może na drodze ku rozwiązaniom stanie jeszcze więcej pytań?

Zaczęło się od opisu, w którym jasno założono, iż będzie mrocznie i tajemniczo. Miałam cichą nadzieję, że w tej ponad sześćset stronicowej cegle rzeczywiście kryje się historia, która zwali mnie z nóg. Wiadomo, że im więcej stron, tym dokładniejsze zgłębienie właściwie każdego aspektu lektury. Niestety, po zakończeniu przygody z „Podszeptami” w głowie mam tylko jedno - ta książka jest o wszystkim, i o niczym.

Jak już wspomniałam, na starcie czytelnik otrzymuje obietnicę lektury mocnej, niepokojącej i mrocznej. W toku czytania pojawiają się wzmianki nawet o sekcie. Uwagę naszych domorosłych detektywów (jak również naszą) przyciągają szczególnie wzmianki o rodzinie Żarnowskich i dziwnych rzeczach, które – ponoć - działy się w murach okazałego domostwa, w którym to żyła rodzina. Z nielicznych informacji, jakie udało się zdobyć Sewerynowi oraz Wincentemu wynika, że syn głowy rodu, Eliot, cierpiał na okropne bóle głowy - takie, z jakimi nie radził sobie żaden, nawet najlepszy lekarz. Żyjący jeszcze świadkowie tamtych zdarzeń wspominali o nocach, w których niemal zwierzęce, bolesne wycie odzierało ich ze snu. I to ponoć skłoniło nestora rodu do zawarcia paktu z wysłannikiem piekieł. Nic dziwnego, że po takich informacjach skupiłam się jeszcze bardziej na historii. Wszystko wskazywało na to, że amatorskie śledztwo bohaterów pójdzie w tym kierunku, ale cóż.

Zazwyczaj punktuję nieprzewidywalność; doceniam, gdy autor potrafi mnie czymś zaskoczyć. Przyznam, że „Podszepty” wciąż tkwią mi w głowie. Obracam tę książkę w głowie, analizuję, próbuję dojść do jakichś sensownych wniosków. Jest ciężko, gdyż jak wspomniałam na początku, ta pozycja jest o wszystkim i o niczym. Niby mamy jakiś zarysowany plan (powtarzające się majaki o domostwie Żarnowskich), ale w toku wydarzeń zrobił się z tego totalny misz- masz. A dlaczego? A dlatego, że autorka postanowiła na siłę powiązać z „mroczną” historią dworu każdą postać, jaka tylko przewinęła się w tej historii. I nawet nie mówię tu o osobach, które nasz detektywistyczny duet poznaje w trakcie poszukiwań, lecz nawet o osobach z ich codzienności, otoczenia. Chyba nie było nikogo, kto w jakiś sposób nie byłby z nimi powiązany, a to już trochę za dużo. Dziwnych zbiegów okoliczności było tyle, że chyba pewnych wydarzeń nawet nie powinnam już tak określać. Nie ruszyłby mnie nawet ten happy end dla wszystkich bohaterów, gdyby nie to, że w pewnych przypadkach był on zwyczajnie odrealniony i bezsensowny. Będąc już przy temacie postaci w książce, zaznaczę, że moim zdaniem ich wielość znacznie utrudniała prawdziwe ich poznanie, jak również ogólne skupienie się na lekturze. Bo jak mogę w stu procentach myśleć o fabule, kiedy mój umysł stara się rozwiązać tajemnicę powiązań między bohaterami? O ile dobrze to wypada w przypadku dwóch - trzech osób, o tyle przy piętnastu jest już ogromny problem. Co więcej, większość z nich tak naprawdę nic nie wnosiła do historii, stanowiąc zaledwie zbędny dodatek, a opowieści o ich przeszłości (również niewpływające nijak na wątek główny) tylko „tuczyły” tę pozycję.

Szczerze powiedziawszy, dziś już nawet nie pamiętam, czy Seweryn ostatecznie dowiedział się, dlaczego to właśnie on śni o dworze Żarnowskich. Wielość wszystkiego w tej książce skutecznie przesłoniła wątek główny, za który wciąż uważam odnalezienie odpowiedzi na owo pytanie i uwolnienie mężczyzny od nocnych koszmarów. Nierzadko ilość jest równa jakości, acz w tym przypadku jest odwrotnie i idealnie pasuje tu powiedzenie: „Co za dużo, to niezdrowo”. Mimo tego możecie zmierzyć się z „Podszeptami”, być może to właśnie Wy odnajdziecie w tej książce coś pozytywnego.

Dział: Książki
wtorek, 28 grudzień 2021 09:05

Tajemnica Suwalskiego Jeziora

 

Magda Żaboklicka jest projektantem wnętrz. Aktualnie jej zawodowa ścieżka zaprowadziła ją do małego, zrujnowanego domu na pograniczu lasu, w suwalskich Szurpiłach. Jednak pewnej nocy zaczynają się dziać wokół dość dziwne rzeczy, które nasuwają na myśl niepokojące wnioski — Wilkołak! Czy jednak racjonalny umysł Magdy da wciągnąć się w fantastyczną zagadkę? Tak się składa, że Żaboklicka nie jest z problmem sama, towarzyszyć jej będzie Mrocz — redaktor naczelny miesięcznika, który opisuje paranormalne zjawiska na terenie Polski, oraz aspirant Nowicki, lokalny stróż prawa. Czy naszej trójce bohaterów przyjdzie uwierzyć w hipotezę człowieka—wilka, czy może wyjaśnienie tej niecodziennej zagadki będzie bardziej... przyziemne? Zapraszam do lektury!


Pierwsza rzecz, jaka przykuła moją uwagę, to podobieństwo okładki do młodzieżowej serii fantasy Anny Kańtoch. Może nie do końca są identyczne, ale czcionka i sposób rozmieszczenai tytułu książki na froncie, od razu skorzyły mi się z tym dziełem. To jakoś podświadomie podpowiedziało mi, że mam spodziewać się dobrej lektury — bo co tu dużo mówić, "Tajemnice..." Pani Anny są serią rewelacyjną. Książką Krzysztofa Jaszy (nie mogłem niestety znależć żadnych informacji o autorze w sieci) to na pierwszy rzut oka thriller z elementami horroru. Pisarz wprowadza nas w mroczny świat wsi Szurpiły, gdzie na każdym kroku czają się tajemnice i niedopowiedzena, dziwni mieszkańcy i stary, opuszczony dom, w którym żekomo panują mroczne siły. Spora część akcji książki dzieje się nocą, co jedynie podkreśla u czytelniak gęstą atmosferę wśród bohaterów. To moim zdaniem ogromny plus dla autora. Jeśli jednak chodzi o samą treść, jest nieco gorzej.


Książka "Tajemnice Suwalskiego Jeziora" na pierwszych stronach bardzo fajnie wprowadza czytelnika w mroczny świat. Poznajemny głowną bohaterkę i zarys fabuły, jednak im dalej tym nieco bardziej topornie. Autor chciał tutaj stworzyć nieco luźniejsze dzieło i nie wiem, czy to był dobry zabieg. Jest zarówno strasznie, jak i zabawnie (chociaż humor też pozostawia dla mnie wiele do życzenia). Dodatkowo śledzimy też nieporadnie rozkwitującą miłość między bohaterami. Brakuje mi tutaj zdecydowania autora w stosunku do konwencji całej historii. Czy iść w powieść lekką i humorystyczna, czy stworzyć porządny thriller z kryminalną historią?
 
Powieść Krzysztoga Jaszy czyta się nieźle, chociaż miejscami widać, że jest początkującycm autorem, głównie za sprawą budowania napięcia i opisów. Bohaterowie są wykreowani przyzwoicie, ale nie pasuje mi kompletnie motyw posiadania przez Mrocza fretki, żyjącej praktycznie w jego płaszczu. Jest to zabieg dla mnie nieco sztuczny. Magda i Nowicki są jak najbardziej w porządku, ich charaktery zbudowane są naprawdę ciekawie, przez co relacje całej trójki dają sporo satysfkacji i nieco podciągają moją ocenę całej powieści. Czy mogę ją polecić? Raczej tak, niemniej nie spodziewajcie się fajerwerków. Ani to rodowity thriller ani powieść z gatunku fantasy. Gatunkowy misz-masz, ale do przebrnięcia. 
 
Dział: Książki
piątek, 05 listopad 2021 18:58

Dziecięcy kram

Sklepy z artykułami dla dzieci wydają się niezwykle sielskimi pomieszczeniami, wypełnionymi nadzieją, radosnym oczekiwaniem, uśmiechem dzieci, miłością. Mają one niezwykły klimat, a zarówno dziecięce ubranka, jak i zabawki, mają w sobie coś niewinnego, coś uroczego i delikatnego. Wydają się jeszcze nieskażone złem tego świata, dają nadzieję, że obcujące z nimi dzieci wyrosną na porządnych ludzi.

„Dziecięcy kram”, sklepik z artykułami dla dzieci zlokalizowany w São Paulo, choć przyciąga klientów wspaniałymi towarami, to jednak nie ma w sobie nic z niewinności. Jego właściciel, Alonso Bastos, mimo pewnych zasad, to diabeł w ludzkiej skórze, wykorzystujący potrzebujące pomocy osoby do swoich celów i manipulujący nimi bez skrupułów. Taka właśnie sytuacja ma miejsce w przypadku jego pomocnika, narkomana na głodzie, który przekonany, iż umknął oprawcom z faveli, szybko uświadamia sobie, że tak naprawdę znalazł się w pułapce…

Takiej świadomości nie ma jednak Klara Silva, samotna matka, której życie nie rozpieszczało. W dzieciństwie nie tylko dowiedziała się, że jest obdarzona pewną zdolnością, a właściwie rodzinną klątwą, polegającą na widzeniu upiornych zjaw. Wyjawiająca jej sekret matka również miała z nimi do czynienia, choć w jej przypadku takie widzenia skończyły się przed laty. Klara nie jest w stanie jeszcze powiązać widoku upiora z późniejszymi wydarzeniami, a mianowicie utratą rodziców. Towarzyszyły temu bardzo dziwne okoliczności, bowiem matka Klary została znaleziona martwa w mieszkaniu, zaś przyczyną jej śmierci był ponoć rozległy zawał serca. Co prawda wykluczono możliwość udziału osób trzecich, co nie zmienia faktu, iż podejrzany jest fakt, iż tego samego dnia znika również ojciec bohaterki, Leonardo Silva. Na skutek utraty rodziców dziewczynka trafiła do sierocińca, a od chwili zamieszkania tam, celem jej życia stało się wydostanie spod kurateli systemu i rozpoczęcie poszukiwań ojca. Przysięgła sobie, że nie spocznie do momentu, aż nie odkryje prawdy na temat zniknięcia Leonardo, choć tak naprawdę przez kolejne lata poszukiwań nie posunęła się w nich choćby na krok.

Natomiast zdążyła zakochać się w przebywającym w Brazylii przystojnym Angliku i zajść z nim w ciążę. Niestety radość Klary z faktu, iż nareszcie będzie miała rodzinę, nie trwa długo. Wkrótce m mężczyzna wyjeżdża, a po okresie coraz rzadszego kontaktu, po prostu znika, nie pozostawiając Klarze żadnych danych i tym samym pozbawiając ją możliwości starania się o alimenty. Od czasu urodzenia Victora Klara robi, co może, by utrzymać się na powierzchni, ale podejmowane przez nią dorywcze prace nie pozwalają na to, by osiąść w jednym miejscu.

Teraz właśnie znalazła się w takim okresie bez pracy i postanowiła znów wznowić poszukiwania – zarówno ojca, jak i zatrudnienia. W ten sposób znalazła się w dzielnicy, gdzie mieszkała jako dziecko, tej samej, która przywołuje bolesne wspomnienia. Jako bezdomna, z dzieckiem u boku, nie jest zbyt wiarygodna, ale na szczęście przez przypadek trafia do internetowej kafejki, której niezwykle uczynny właściciel pomaga jej wyszukać informację o ojcu. Jak się okazuje, był widziany ostatni raz w pobliżu dzielnicy znanej z działalności narkotykowych gangów. Co więcej, Klarze udaje się porozmawiać z kimś, kto znał jej ojca – właściciel pralni proponuje jej również pracę. Zanim jednak  ją podejmie, trafia do podejrzanej dzielnicy w poszukiwaniu noclegu, zostaje napadnięta i okradziona z tych niewielkich oszczędności, jakie posiadała.

Całe szczęście, że na pomoc spieszy jej dwóch niezwykle pomocnych mężczyzn, którzy nie tylko ratują jej i jej synkowi życie, ale i udzielają schronienia, a także oferują pracę w „Dziecięcym kramie” – sklepie dla rodzin z dziećmi. Co w takim razie jest nie tak z tym sielskim obrazkiem i dlaczego synek Klary od razu wyczuwa brak szczerości i wewnętrzne zło u Bastosa? Jakie tajemnice kryje pozornie tylko sielski sklepik? Przekonamy się o tym dzięki powieści pt. „Dziecięcy kram”, autorstwa Daniela Radziejewskiego. Opublikowana nakładem Wydawnictwa Novae Res książka zwraca uwagę swoją złożonością, misterną konstrukcją i niezwykle wciągającą fabułą, choć można odnieść wrażenie, że autor nie w pełni wykorzystał tkwiące w opowiadanej historii możliwości. Mimo tego, po książkę sięgnąć mogą wielbiciele thrillerów i powieści obyczajowych, kryminalnych historii i ci wszyscy, którzy lubią się bać. Przy czym niekoniecznie duchów…

 

Dział: Książki
wtorek, 26 październik 2021 19:02

Zamknięta na klucz

Nie pierwszy raz i zdaje się, że nie ostatni, padłam ofiarą sięgania po książki, których okładki bardziej niż inne zwrócą moją uwagę. Front debiutu M.M. Kowalskiej wydawał mi się taki mroczny, a przez co pociągający i zwiastujący lekturę, od której ciężko będzie się oderwać. Nie bez znaczenia była też klasyfikacja książki, bo fantasy uwielbiam... No cóż, okazało się, że do fantastyki tej książce daleko, a mówić jedynie możemy o paranormal romance i w dodatku kiepskim.

Zacznę może od pytania: lubicie, gdy prawie cała książka to zbity tekst, a dialog to jakieś objawienie, na które czeka się niemal z utęsknieniem? Ja niekoniecznie, bo w dziewięćdziesięciu dziewięciu procent przypadków to się nie udaje. Bardzo mało jest książek, które napisane w ten sposób, czyta się z zapartym tchem. Jednak wracając do Zamkniętej na klucz, dodajmy do tego jeszcze nie za wielką czcionkę i pierwsza katastrofa gotowa.

Ciężko czyta się tę książkę również dlatego, że właściwie nic się w niej nie dzieje, a gdy niby się dzieje, to nadal zasadniczo się nie dzieje, bo to „dzianie się” jest tak fascynujące, jak zeszłoroczny śnieg. Ale od początku. Na przysłowiowe „dzień dobry” M.M. Kowalska raczy nas opisami życia szkolnego. Stereotypowo amerykańskiego. Szkoła średnia – są cheerleaderki, sportowcy-idioci niegrzeszący gramem inteligencji i szare myszki zagubione we mgle życia. Oczywiście, by było „ciekawiej”, dodajemy do tego zestawu tajemniczego ktosia o nieziemskiej wręcz urodzie, na którego widok głównej bohaterce miękną kolana, a mózg zdaje się pakować walizkę w jakieś cieplejsze rejony, no ale jak mogłoby być inaczej? I tu dochodzimy (w niektórych książkach to bardzo brzydkie słowo) do clou, bo już nic więcej nie trzeba dodawać, by wiedzieć, jak to wszystko będzie wyglądało. Przewidywalne?

Załóżmy teraz, że przebrnęliście przez szkolne korytarze i pojawił się ten promyk nadziei, że oto właśnie zaczyna się coś dziać! Zacieracie ręce ze zniecierpliwienia, szykujecie popcorn i napoje wyskokowe (oczywiście bezalkoholowe) i nagle czujecie, że z pompowanego fotela, na którym siedzieliście, zaczyna schodzić powietrze. Tak, właśnie tak to wygląda w przypadku tej powieści. Autorka w przypadku tortur zdaje się bardzo, ale to bardzo monotonna i wzbudza tym samym co najwyżej irytację w czytelniku.

Teraz bohaterowie. Elizabeth jest klasycznym przykładem idiotki, która zapomina, że jest coś takiego, jak wspomniany wyżej, mózg, który u zdroworozsądkowej osoby ogarnia, co to zagrożenie i nakazuje uciekać, a nie wychodzić temuż zagrożeniu naprzeciw. Ona jednak jak to przysłowiowe ciele pcha się, tam gdzie nie trzeba i wychodzi jak zawsze w takich wypadkach. Może to hormony, któż to wie? Porażające jest jednak to, że z każdą kolejną stroną i kolejnymi doświadczeniami absolutnie nie można mówić, o tym by wyciągała jakieś wnioski. Za to idealnie odgrywa rolę rozpuszczonego bachora.
Bohaterem tej samej kategorii jest Will, który z czasem mam wrażenie, że coraz bardziej idiocieje, jeśli to w ogóle możliwe.
Ogólnie ta dwójka rozkłada całość na łopatki.

A przysłowiowym gwoździem do trumny jest styl autorki. Chociaż może to kwestia bohaterów? Wieje bowiem infantylizmem, nijakością i, pomimo iż to książka z elementami fantastyki, brakiem wyobraźni, a już na pewno umiejętności w urodzeniu czytelnika światem wykreowanym. Bo niby opisy są, niby można by się nimi zachwycić, ale... Znacie ten moment, gdy zauważycie, że coś się błyszczy w trawie i podążacie w tym kierunku, a gdy osiągniecie cel, okazuje się, że to kawałek szkła odbija promienie słońca i czujecie rozczarowanie? No to mniej więcej ten efekt udało się osiągnąć autorce.

Zdaję sobie sprawę, książka ta wpisuje się w pewną grupę odbiorów, szczególnie młodych dziewcząt złaknionych czegoś na kształt romantycznej miłości i chłopca, który wybawi je z każdej opresji, rzucając przy tym głębokie i powłóczyste spojrzenia, jednak... Jakościowo jest to słaba książka, przy której tylko marnuje się godziny i cenny czas.

Dział: Książki
piątek, 15 październik 2021 19:09

Awans

Jak wiele zależy od promocji książki, od wydawnictwa, w którym została wydana, żeby zajaśniała wśród nowości. Czasami prawdziwe perełki potrafią przejść niezauważone, choć wydawać by się mogło, że historia, sposób pisania i bohaterowie są świetnie nakreśleni. Wydaje mi się, że tak właśnie jest przy powieści "Awans" Jakuba Bielikowskiego. O czym jest ta książka i dlaczego warto po nią sięgnąć? 

Warszawa w roku 1889, za czasów zaboru rosyjskiego. Andrzej Zaleski, porucznik carskiej policji pojawia się na miejscu zbrodni rodziny rejentostwa, podczas którego wszyscy domownicy zostali zamordowani a całe złoto skradzione. Okazuje się, że to kolejny taki przypadek w stolicy. Porucznik postanawia za wszelką cenę odkryć sprawców zbrodni, co zaprowadzi to w różne zakątki Warszawy i zmusi do podjęcia bardzo istotnych decyzji. Czy niektórzy są poza prawem? 

Bardzo szybko wchodzi się w klimat powieści, mroczną, lekką duszą atmosferę końca XIX wieku. Autor nakreślił świetne tło historyczne, podczas pracy nad książką posiłkował się sprawdzonymi źródłami informacji, które zawarte są w podsumowaniu. Podczas całej lektury znaleźć można rosyjskie wstawki idealnie oddające klimat tamtych lat. Dzięki temu historia jest niezwykle wiarygodna i na każdym kroku czuje się klimat ówczesnej Warszawy. 

Postać porucznika Zalewskiego z jednej strony jest trochę wyidealizowana, autor przestawia go jako mężczyznę, który mimo młodego wieku odbył służbę w wielu miejscach i dzięki temu zdobył sporą wiedzę, jego tężyzna fizyczna jest naprawdę niezwykła, a sposoby walki prawie zawsze pozwala mu wyjść cało z opresji. Jednocześnie nie jest on krystaliczny, ma pewne problemy z płcią przeciwną, a raczej z tym, że nie może oprzeć się pięknym kobietom. Bywało to lekko irytujące podczas lektury, ale jednocześnie pokazywało, że postać nie jest idealna i dzięki temu była o wiele bardziej realna. 

Największą przyjemność podczas lektury sprawiło tło historyczne, autor pokazał świat ówczesnej stolicy, wąskie uliczki bez światła, bramy na podwórza, drewnianą zabudowę, wiele dzielnic, które w owym czasie były oddzielnymi światami. Bardzo podobała mi się również praca policji kryminalnej, która w tamtych czasach spotykała się z wieloma problemami. Nie chodziło tylko o sam sposób na złapanie sprawców, choć i on bywał problematyczny, ale również o to, że niektórzy bywali "równiejsi" i nie do złapania. 

Autor przedstawia bardzo mięsisty, męski świat, w którym co i rusz leje się krew, trup pada gęsto i nic nie idzie po myśli głównego bohatera. Wraz z rozwojem akcji porucznik Zalewski daje się poznać coraz bardziej, odsłania się jego przeszłość, problemy, z którymi się boryka i niepewność, która go gnębi. Autor pokazuje świat administracji policyjnej, stopni służbowych i pewnych etapów nie do przejścia dla Polaka-Katolika. 

"Awans" to jedna z tych perełek, które odkryłam przypadkiem. Książka pokazuje mroczny świat końca XIX wieku, świetnie oddany świat ówczesnej Warszawy, pracę policji, sposób łapania przestępców i problemy, z którymi się to wiąże. Świat przedstawiony jest niezwykle rzeczywisty, autor dopracował szczegóły, które pozwalają wczuć się w tamten klimat. Główny bohater, dzięki temu, że nie jest idealny, również wzbudza sympatię. To jeden z kryminałów historycznych, które zapamiętam na długo i z pewnością sięgnę po kolejne książki autora, jak tylko się pojawią. 

Dział: Książki

Lata PRL-u były dla komiksu polskiego z jednej strony złotym wiekiem, bo nakłady sięgały setek tysięcy, z drugiej strony wszechobecne problemy choćby z papierem, że nie powiem nawet nic o cenzurze, sprawiały, że nie było łatwo. Właśnie o tych cieniach i blaskach pięćdziesięciu najlepszych komiksów opowiada „Od Nerwosolka do Yansa”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Novae Res.

Oto spotkanie pasjonata komiksu Daniela Koziarskiego i jego znawcy Wojciecha Obremskiego. Razem sprawnie nie tylko pokażą nam, czym emocjonowano się w dobie cenzury, ale i dzielą się ciekawostkami czy przytaczają wywiady ze scenarzystami i rysownikami.

Książka jest swoistym leksykonem peerelowskich komiksów. Znajdują się tu nie tylko utytułowane pozycje jak „Funky Koval” czy poczytny „Kapitan Żbik”, ale także nasze-nienasze, bo zagraniczne wydania jak „Thorgal” i „Yans” czy ponadczasowe „Tytus, Romek i A’Tomek” i „Kajko i Kokosz”, ale i mniej znane i nieco zapomniane perełki komiksu, jak chociażby „Gapiszon i Zuzia”, „Doman” czy też „Kubuś Piekielny”. To podróż od lat 50., do czasów nam współczesnych, bo otrzymujemy też informacje, które z serii zostały zrenderowane, ponownie wydane czy też nadal się ukazują.

Jedynym minusem wydania tej książki, która ma świetną twardą oprawę i szycie, jest skład. Cieszą okładki komiksów, ukazane na ilustracjach do każdego z omawianych tytułów, jednak bardzo brakuje choćby kilku przykładowych plansz, by mieć pogląd na twórczość przytoczonych pozycji komiksowych. Same ilustracje wydają się też niedbale dopasowane do formatu książki.

Mimo jednak tych drobnych niedogodności książka jest nie tylko gratką dla tych, którzy czytywali wymienione w niej komiksy w młodości, w „Świecie Młodych”, „Relaksie”, „Przekroju” czy „Wieczorze wybrzeża”, a później wydaniach książkowych. To ciekawy przykład połączenia przyjemności z nauką, wszak komiks to także część polskiej historii. Warto zaopatrzyć się w ten tytuł nie tylko z sentymentu, ale przede wszystkim z ciekawości medium, jakim jest komiks.

Dział: Książki
wtorek, 03 sierpień 2021 12:40

Zapowiedź: Książę i kat

Czasem pragnienie zemsty jest jedynym powodem, by żyć dalej.

Hal Van Montavès jest wprawdzie następcą tronu Jogluarii — kraju skorumpowanego i atakowanego przez piratów — jednak jego codzienność wypełniają głównie publiczne upokorzenia, których pada ofiarą.

Dział: Książki
wtorek, 27 lipiec 2021 18:57

Nick Primeon

 

Co może napisać o książce z gatunku science fiction ktoś, kto nie przepada za tym gatunkiem? Pewnie, że książka była do bani i mu się nie podobała. Ha! Może i tak bym napisała, zważywszy, że miłośniczką Star Wars również nie jestem, a z tym mocno kojarzyła mi się ta książka. Paradoksalnie jednak bawiłam się przednio i z chęcią poznałabym ciąg dalszy tej historii.

Nick Primeon to całkiem niepozorna książeczka, maleńka, cienka i z niejednoznaczną okładką. Właściwie nie rzuca się w oczy, ale gdy wychwyci się ją w tłumie, przykuwa wzrok i siłą rzeczy sięga się po nią. Chociażby po to, by zapoznać się z opisem. A wówczas tylko krok dzieli czytelnika od tego, by dać sobie szansę na miły wieczór z książką, którą czyta się ekspresowo, bo fabuła w niej pędzi niczym francuskie TGV i jest doprawdy ciekawa!

Nie spodziewałam się niczego spektakularnego po Nicku Primeonie i może to dobrze, bo dzięki temu miałam nieopisaną frajdę z czytania. Przeczytałam ją bowiem jednym tchem i choć była dość przewidywalna, to ma ona w sobie coś takiego, jakiś taki urok, który roztacza się nad czytelnikiem i niczym przytulna pelerynka otula i to tak przyjemne uczucie, że nie chce się z niego rezygnować choćby na chwilę. Do tego ta ilość wydarzeń, które „dzieją się” co chwile, przepędzają głównego i tytułowego zarazem, bohatera z jednego krańca kosmosu w drugi... i kolejny. Nie można się nudzić.
Nie bez znaczenia jest również pióro autora. Pomimo iż brakowało mi w tej historii głębi i wiele rzeczy jest „wyjaśnionych” dość pobieżnie, co, mając na uwadze ilość stron, nie jest dziwne, to Marek Szymański potrafi wzbudzić w czytelniku sympatię do tego, jak kreśli kolejne sceny i jaki kształt im nadaje, pomimo iż opisów jako takich za wiele nie ma, to całość działa intensywnie na wyobraźnię.

Bohaterowie wykreowani przez Marka Szymańskiego są ciekawi. Szczególnie tytułowy bohater, którego najlepiej daje się poznać. No i to jego historię opowiada autor, nie szczędząc zawiłości w jego biografii, która momentami może przyprawić o zawrót głowy, ale dzięki temu właśnie i on i cała książka ma to coś, co przykuwa uwagę i każe poznać Nicka i jego historię do samego końca.

Jedynym mankamentem tej powieści jest to, że jest taka krótka. Gdyby zyskała trzykrotnie na swojej objętości, a Marek Szymański dodał więcej szczegółów, rozbudowując dane sceny i wątki, to byłby to prawdziwy majstersztyk. Jednak Nick Primeon ma niespełna trzysta stron i jest dobrą lekturą.

Jeśli jesteście fanami międzygalaktycznych podróży, spisków, knowań i sekretów, a także niestraszne Wam lekko romantyczne nuty, to Nick Primeon będzie się Wam podobał. Wszak to idealna lektura na relaks! 

Dział: Książki
czwartek, 22 lipiec 2021 18:36

Pierwszy grzech kruka

Tajemniczy eksperyment na uczniach, morderstwo, skomplikowana gra, niejednoznaczności – ot, tymi elementami „Pierwszy grzech kruka” mnie kupił. Jako miłośniczka mocnych thrillerów nie mogłam odpuścić sobie tak pasjonującej lektury i – jak szybko się okazało – mój czytelniczy zmysł mnie nie zawiódł, bo książka okazała się faktycznie niepokojącą i oryginalną historią. Co warto na wstępie jeszcze dodać, jest to debiut Pawła Lukasa i to bardzo udany.

Nie od początku pokochałam „Pierwszy grzech kruka”. Autor bardzo opisowo podszedł do tej historii, co przy pierwszych stronach może niektórych czytelników zniechęcić, niemniej dla mnie szybko zamieniła się ta wada w nie lada gratkę. Dzięki zamiłowaniu do detali mamy tutaj bardzo ciekawe portrety psychologiczne postaci – nie tylko głównego bohatera, ale także i drugoplanowych kreacji (które swoją drogą są fantastyczne). Co więcej, w powieści mamy dwie płaszczyzny – teraźniejszość i przeszłość, które znakomicie się zazębiają, stale dodając do śledztwa Oliwera Kruka kolejny puzzel i tworząc przed nami coraz bogatszy obraz sytuacji. To wszystko faktycznie fascynuje i wciąga, i żałuję trochę, że tempo akcji bywa okrutnie nierówne (a chwilami wręcz popada w cudaczną monotonność), aczkolwiek nie brakuje tu nietuzinkowych zwrotów oraz fantastycznego zakończenia, więc… można to autorowi wybaczyć. Szczególnie, że thriller ten jest doprawdy przepełniony emocjami i ciekawymi wątkami.

W „Pierwszym grzechu kruka” ujęło mnie wiele fragmentów i ciężko wybrać mi mój ulubiony motyw. Mamy tutaj eksperyment – swoistą manipulację uczniami, usilne ukrywanie niewygodnej prawdy, ukazanie potęgi korupcji (w sposób szokujący). Niektóre postaci drugoplanowe to najprawdziwszy sztos – pyszni i sprytni, brnący po trupach do celu – naprawdę wykreowani są mocno. Na ich tle nieco traci główny bohater, aspołeczny, o analitycznym umyślnie (troszkę schematycznym), jednakże nie można nazwać go charakterem kiepskim – jest dobrze umotywowany i dociekliwy w prowadzeniu swego śledztwa, a na późniejszych etapach książki udało mu się zdobyć nawet moją sympatię. Panujący tutaj klimat także zwraca uwagę, bo jest cudownie tajemniczy i mroczny – Paweł Lukas na każdym etapie dostarcza czytelnikowi wielu wrażeń. Naprawdę, ciężko mi uwierzyć, że to debiut!

„Pierwszy krzyk kruka” to przemyślany i umiejętnie skonstruowany thriller, pomysłowy i przewrotny. Stale budzi zainteresowanie, intrygując nieschematyczną fabułą oraz atrakcyjnymi kreacjami bohaterów. Jestem przekonana, że każdy entuzjasta pełnokrwistych i mocnych lektur zakocha się w tym tytule. Polecam z całego serca!

P.S. Pod opisem książki widnieje napis „SERIA 7 GRZECHÓW GŁÓWNYCH”. Czyżby szykowała się przepyszna seria thrillerów Pawła Lukasa? Nie mogę się doczekać!

Dział: Książki
poniedziałek, 28 czerwiec 2021 03:28

Zapowiedź: Osobliwość

"Nie ma siły potężniejszej od wyobraźni

Po zakończonym rytuale ucieleśnienia Livid przygotowuje się na Wiec, podczas którego władcy Motus mają podjąć ważne decyzje dotyczące jej przyszłości. Dziewczyna nie zamierza jednak czekać na ich wyrok i korzysta z niesamowitych umiejętności, które daje jej wewnętrzny ogień. Wie także, że musi się szykować do najważniejszego zadania, jakie wyznaczył jej los – pokonania bogów i uratowania Motus oraz Ziemi. Jak się wkrótce okaże, bogowie nie próżnują i w głębokich czeluściach zaczynają tworzyć przerażającą armię. Czy Livid i jej przyjaciołom uda się powstrzymać nadciągające zło?

Dział: Książki