kwiecień 03, 2025

×

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 1942.

Rezultaty wyszukiwania dla: Miecz i kwiaty

wtorek, 23 kwiecień 2019 07:58

Piotr Żamojda - Ojciec

Niniejsze opowiadanie jest kontynuacją tekstów „Przebudzenie” i „Wojna przyszła”

Ojciec

„Ten się nazywa ojcem, kto wychował, a nie kto zrodził”.

Talmud

„Zapada już noc i wicher dmie.
Kto o tej porze na koniu mknie?
Z dzieckiem w ramionach, w mroku bez dna;
To ojciec z synkiem do domu gna”.

Król Olch, Johann Wolfgang von Goethe, tłum. Antoni Libera

„Pamiętam, z prawej strony – nie, z lewej od serca –
– Stał przy mnie żołnierz wiekiem, ranami pochyły,
Ku niemu zwinął koniem baszkirski morderca”;

Kordian, Juliusz Słowacki

– List, który teraz oglądamy, a w zasadzie jego fragment, został skreślony przez nieznanego nam autora bez mała trzy wieki temu, najprawdopodobniej w trakcie wojny zwanej przez historyków: „Starciem Króla, Cara i Cesarza”. Kto go napisał? Jakie było jego imię? Bóg raczy wiedzieć. My raczej nigdy się tego nie dowiemy. Wiemy na pewno, że autor, tego niewątpliwie frapującego tekstu, był żołnierzem carskiej armii i  najprawdopodobniej umarł gwałtownie. Cóż, taki czasem bywa los „wziętego w kamasze”... – mówiący te słowa profesor nauk humanistycznych Andrzej Kapcioch, nazywany też w kręgu studentek Czułym Andrzejem, uśmiechnął się lekko, poprawił zjeżdżające mu na czubek nosa modne okrągłe okulary z szylkretowym wykończeniem (klasyka z nutą ekstrawagancji – przynajmniej tak zapewniała go sprzedawczyni, ponętna postawna brunetka po czterdziestce, którą – o dziwo z łatwością – udało mu się zaprosić na dzisiejszy wieczór na kawę) i przyjrzał się uważnie otaczającej go grupie studentów pierwszego roku filologii polskiej.

Pilni i naiwni młodzi ludzie. Studia odkryją przed nimi nieznane im dotąd meandry myśli ludzkiej.
Już wkrótce literatura nauczy ich dostrzegać piękno ukryte w drugim człowieku, jego skomplikowane wnętrze.
Życie natomiast, za niecałe pięć lat, tuż po studiach, w kolejce w pośredniaku lub pracy, (niestety, nie tej wymarzonej), ukaże im straszne oblicze człowieka pospolitego, od którego będzie zależeć ich praca, kariera, samopoczucie. Hmm, ale to jeszcze nie dziś, nie jutro.

– Te czarne plamy, które widzicie, to nie jest bynajmniej rozlany atrament. – Profesor zawiesił na moment głos i uniósł w górę szczupłą dłoń z palcem sterczącym ku górze jak wykrzyknik na tablicy z ostrzeżeniem.
– To ludzka krew!

Dziewczyny westchnęły. Prowadzący zajęcia zdążył zarejestrować kątem oka lekkie uniesienie skrytych za białą bluzeczką cudnie krągłych piersi blond studentki po lewej. Znajome, miłe mrowienie pojawiło gdzieś poniżej pasa, ale tylko na chwilę, zaraz zwalczył je w sobie.

– Ta sfatygowana karta papieru została już kilkukrotnie zbadana przez naukowców. List jest ciekawy nie tylko od strony literackiej, ale też naukowej, czy nawet kryminalnej. To poruszająca wyobraźnię historia. Rzecz jasna nie ta o tęsknocie za pozostawioną w domu żoną i nowo narodzonym synem. Takich opowieści literatura zna wiele. Życie zresztą też. Interesujące są słowa o tym, którego nie wymieniono w tym liście z imienia. To jest zagadka, której najprawdopodobniej nigdy nikt nie zgadnie! Tam jest tajemnica i esencja tego listu. Chciałbym, aby kiedyś, może ktoś z was, drodzy państwo – Kapcioch zmrużył oczy i autentycznie się rozmarzył – poznał tę tajemnicę i objawił ją światu.

Profesor westchnął, popatrzył po studentach i dodał:

– Oczywiście, świat na to nie czeka, świat ma to tam, gdzie kończą się plecy szympansa. Czeka na to tylko kilku badaczy zapaleńców, na przykład takich jak ja.

– Chyba napaleńców – pomyślała dziewczyna w białej bluzeczce i uśmiechnęła się do swoich myśli i planów na przyszłość.

– Nas tutaj obecnych interesuje tylko strona literacka tego tekstu – kontynuował uczony w piśmie (świeckim piśmie) – choć nie należy on do kanonu literatury. Znacie państwo jakieś przykłady sztuki epistolarnej, w której zawarła się miłość, tęsknota, niepokój o ukochaną osobę wplątaną w wir wojny?

– Celadon i Astrea! – Wykrzyknął, jakby brał udział w konkursie typu „kto pierwszy, ten lepszy”, wysoki młodzian wpatrzony nieprzytomnie, bez żadnego skrępowania, we wspomnianą wcześniej parę „poduszek Kupidyna”. Zresztą, ich właścicielce zupełnie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Podobał się jej ów niecny obserwator nad wyraz. Przypominał on bardziej popularnego modela jednej z wiodących obecnie marek odzieżowych niż studenta filologii polskiej. A tak po prawdzie, kto wie, jak powinien wyglądać taki rzeczony student w roku 2018? Ten akurat młodzieniec został już dyskretnie, ale też bardzo dokładnie otaksowany. Modna fryzura, z cięciem podkreślającym ułożenie na bok ciemnych niczym heban włosów, zwana pompadurem. Ładna, zdrowa opalenizna, nie wyniesiona raczej z solarium (a mamy teraz zimę), drogie błękitne dżinsy i różowa koszula modern fit (bosko przylegająca do wysportowanego ciała), też droga. No, cóż. Ma patrzeć! Taki jest plan.

– Celadon i Astrea – powtórzył profesor.
– Może nas pan oświecić, kogo ma na myśli?

– Sobieski i Marysieńka, rzecz jasna – odpowiedział student i pokazał w uśmiechu rząd nienagannie białych i zadbanych zębów, przez co wzbudził jeszcze większy zachwyt już nie tylko blond koleżanki ale i czterech pozostałych przedstawicielek płci pięknej. Płeć brzydka miała to gdzieś. – Albo Feniks i Róża. Pisali do siebie czułe słówka pełne zapewnień o miłości, tęsknocie i wierności mimo długiej rozłąki. Czy było tak w istocie? Mimo pięknych zapewnień nie wiadomo. Wszyscy bowiem znamy tę smutną prawdę, że odległości mierzone z perspektywy serca, są dlań zabójcze.

Dziewczyny westchnęły na te ostatnie słowa. Nie uszło to uwadze profesora, który poczuł się tym dziwnie rozdrażniony:

– Do czego pan zmierza?

– Ano do tego, że oboje byli niegdyś niezłymi gagatkami i mieli już doświadczenie w amorach na boku.
– Co pan wygaduje? – Profesor Kapcioch wbił pełen niedowierzania wzrok znad osuniętych na czubek nosa okularów w niesfornego interlokutora i mimowolnie przeczesał dłonią ciemne przetykane srebrnymi pasmami włosy.

– Mówimy o staropolskich czułych słówkach, o listach odbitych z barokowej sztancy, a umyka nam gdzieś ciekawy kontekst, który jest większości z nas mało znany, a w przypadku listu tego tutaj, nieznany jest nikomu. Bo widzicie koleżanki i koledzy – rozochocony młodzian na chwilę zawiesił głos – był też tam ten trzeci, w skrytości i prześmiewczo, nazwany Fujarą. Ale czy taki był w istocie? Sobiepanem go zwano.
Niezły Casanowa. Szanuję. Nie upilnował jednak własnej młodej żonki i pana sąsiada.

– Pan jest idiotą.

– Mama mówi, że jest to u nas rodzinne.

* * *

„Wielce umiłowana serca mego pocieszycielko, najdroższa na świecie żono i matko! Tak długie niewidzenie rozkrawa mi serce niczym nóż włożony w dłoń okrutnika. Cztery niedziele w obcej stronie, cztery niedziele bez Ciebie,najpiękniejszy mój aniele, któryś raczył zstąpić na ziemię z Niebieskiego Firmamentu ku mojej największej radości. Wieści mnie szczęsne dotarły, że syn nam się narodził. Bogu Najwyższemu niech będą dzięki, że dziecko nasze pierwsze w zdrowiu na świat przyszło. Nie mogę już się doczekać, kiedy wezmę naszego chłopca na ręce i spojrzę mu w oczy. Oczy ma siwe po ojcu, czy czarne po matce? Jeśli po rodzicielce, to w przyszłości będzie uwodził dziewczęta samym tylko spojrzeniem. Wybacz mi te wybieganie myślą w przyszłość daleką, ale w głowie ze szczęścia mi się miesza. Na chrzest zdążę. Lada chwila ruszymy z powro-tem. Jak Bóg da, nie minie miesiąc, a będę w domu. Znaleźliśmy to, czegośmy szukali, a po prawdzie:
kogośmy szukali. Nie powinienem tego pisać – zakaz mamy i wachmistrz listy sprawdza – ale mam tu umówionego człowieka, który list ten, bez zaglądania weń osób postronnych, do Ciebie Najukochańsza dowiezie.

Strasznie jest to tajemnicza i dziwna sprawa. Pochwyciliśmy człowieka, jak pospolici zbóje, na drodze, a przecież jesteśmy żołnierzami. Drugi dzień już mija odkąd jest w naszym uwięzieniu. Nikt nie może z nim rozmawiać, a i my nie możemy nawet o nim mówić między sobą. Musi to być niezwykle cenna persona. Nawet go nie przesłuchują. Tak mi się widzi, że Wiedźma go przesłucha. Dostarczymy więźnia w umówione miejsce, skąd powóz żelazny zawiezie go do Moskwy, a tam już słuch o nim na wieki zaginie. Postawny to mąż, krzepki, żylasty, rusza się jak wilk, albo bardziej jak ten dziki olbrzymi kot cośmy go ostatniego lata u kupca Repnina w klatce widzieli. Młody dość jeszcze, ale włosy ma siwe, a jakby z choroby ten popiół na głowie, jakby mu świat w jednej chwili spłonął. Oczy ma dziwne. W zasadzie to najpierw na te oczy, głębokie jak studnie, zwracasz uwagę. Barwę mają piękną, czysty błękit wiosennego nieba. Jest w nich jednak blask niepokojący, straszny jakiś, co nie pozwala wytrzymać na dłużej ich spojrzenia. Powiadam Ci Najdroższa, wrażenie ma się takie, jakby ktoś jeszcze patrzył, gdzieś spoza świata, przez oczy tego człowieka. Dziwne i niepokojące to uczucie, ale takie jednak, a nie inne, mam ich opisanie.

Dość jednak o tym. Jestem ojcem! To wspaniałe uczucie przepełnia mnie tak wielką radością, że brałbym w ramiona i ściskał nawet mych druhów, tych cuchnących potem i czosnkiem niedźwiedzi brodatych. Okrutna tęskność jest we mnie za Tobą Katarzyno i za chłopcem naszym Piotrem Aleksiejewiczem. Nie widziałem, a tęsknię. Ojcem zostałem. Bóg dozwolił.
Długo nie chciał pobłogosławić, ale jednak widać się namyślił i uczynił nas najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Serca mego Królewno, ani o jedzeniu, ani o spaniu niepodobna myśleć. Niepodobna bardziej kogoś kochać. Nie jest możliwe kochać tak mocno, jak ja kocham istotę, której nigdy w życiu nie widziały moje oczy. Jestem ojcem. Po tysiąckroć powtarzam te słowa i nijak nasycić się nimi nie mogę. Jak już wspominałem, na chrzest naszego pierworodnego zdążę. Lada dzień ruszamy do domu.

Ładna to kraina, tu gdzie teraz przyszło mi wieść żołnierskie życie. Lasy są tu gęste od drzew, pełne dzikiego zwierza, a w rzekach pływa niezliczona ilość ryb. Zżęto już i zwieziono wszystkie zboża. Ruda jesień wpycha się na pola. Zagrody głośne są od nawoływań dzieci, szczebiotu ptactwa i zawodzenia bydła. Aż żal wchodzić z mieczem w słowiańską krainę. Skryliśmy się w starej leśniczówce w ciemnym bukowym lesie. Stary leśniczy, gospodarz, nie miał rodziny. Dość już się nażył, tak myślę...

Kończyć muszę na dzisiaj. Idzie ktoś. Po ciężkich krokach zgaduję, że to ten stary Polak w carskiej służbie, który robi u nas za tłumacza. Jutro dopiszę kilka słów więcej Katarzyno, miłości mego życia”.

* * *

Mężczyzna, który wszedł przed chwilą do jasno oświetlonej izby, jest bardzo wysoki, siwy, w jesieni życia, lecz widać po nim, że krzepki jest jak dąb. Głos ma mocny i zdecydowany. Szary, rozpięty płaszcz, ciasno opinający szerokie barki, jest poplamiony świeżą krwią. Dłonie, jakby plecione z dębowych konarów, to zaciskają się raz po raz w sękate bochny, to rozwierają się orlim szponem. Jest tam pewnie i nóż, ostry jak brzytwa warszawskiego cyrulika, schowany gdzieś za brudnoszarą połą płaszcza lub w łatanym po dziesięćkroć przez petersburskie szwaczki rękawie.

Za chwilę coś się wydarzy. Mam wrażenie, jakby wielkie niewidoczne struny napięły się w izbie o jeden obrót widmowego kołowrotu za dużo. Piszący list strażnik, też to już wie, lecz nie jest jeszcze wstanie nazwać, jeżącego się w jego sercu przeczucia.

– Witaj, Aleksy. List piszesz. – Gość stwierdza rzecz oczywistą i kiwa głową w zamyśleniu.

– Nie powinno cię tu być.

– Nie powinno, tak. No, ale widzisz, jestem.

– Syn mi się urodził. – Te słowa, zgaduję, mają być jak tarcza. Mają być obroną przed... No właśnie.
Przed tym, co za chwilę tu się wydarzy.

– Mi też syn się urodził...

– Tobie? Stary już jesteś.

– Przeszło trzydzieści lat temu.

– A, to chyba, że tak... – Aleksy, łapie pośpiesznie oddech i jakby się uspokaja. Rozmowa, słowo za słowo jest dlań teraz jedyną szansą na oddalenie nieuchronnego. On tego jeszcze nie nazwał, ja to widzę i wiem.

– Nigdy o tym nie mówiłeś. W ogóle nigdy nic nie mówiłeś o rodzinie.

– Nie było widać takiej potrzeby... Ile my się już lat znamy, Aleksy? – Stary człowiek stoi nad nim jak kat nad dobrą duszą. Mimo, że jest między nimi kilkadziesiąt lat różnicy wieku, nie mam wątpliwości, kto wygra nadchodzące szybkimi krokami starcie.

– Dziesięć lat już chyba... A dlaczego pytasz? – Mam wrażenie, że słowa nie chcą wychodzić przez usta pisarza, że je wypycha siłą na zewnątrz. – Gdzie są strażnicy?

– Umarli – odpowiada tamten i głośno wciąga powietrze.

– Jak to, umarli?

– Ano, umarli. Ot, tak. Mówisz, dziesięć lat? To kawał czasu. – Kręci głową jakby z niedowierzaniem i kładzie mu rękę na ramieniu. – Widzisz i dlatego, że to jesteś akurat ty, który nigdy nikomu nie powiedziałeś nawet jednego złego słowa, to wiedz, że serce mnie boli...

– Mam syna! – Aleksy niemal załkał i zasłonił pierś pisanym wcześniej listem jak tarczą.

– Ja też mam syna i nie ma dla mnie w tej chwili nic ważniejszego na świecie. – Starzec patrzy w gasnące oczy pisarza i dociska aż po rękojeść długi na łokieć sztylet, który wcześniej, w ułamku sekundy zatopił w jego sercu.

* * *

Jego oczy mają kolor ciemnego piwa, są żywe, jakby nieco szalone, pełne bursztynowych refleksów, których nie zmąciła jeszcze starość. Włosy ma siwe, gęste, zmierzwione wiatrem i taką samą niedbale przyciętą brodę. Rysy twarzy są ostre i regularne. Tę idealną symetrię zakłócają stare płytkie blizny, które jednak jej nie szpecą, a wręcz przeciwnie, sugerują mocny i zdecydowany charakter. W zaciśniętych mocno bladych ustach skupiło się jakieś, nie wiem, niecierpliwe oczekiwanie i coś jakby troska?

Poznanie jest nagłe. Znam tę twarz! To ja za lat trzydzieści. Jeśli dożyję, a na to raczej się nie zanosi.
Wiem, co za chwilę powie, a ja mu nie zaprzeczę. Ta wiedza sprawia, że kręci mi się w głowie, a moje serce wali jak oszalałe.

– Posiwiałeś, synku. Jak to możliwe?

– Wiele się wydarzyło w moim życiu, ojcze. Może zbyt wiele, jak na życie jednego człowieka. – Łapię powietrze jak ryba wyrzucona z wody na brzeg.

– Przykro mi, że twoje życie pobiegło takimi drogami, a ja nie mogłem cię przed tym uchronić.
Ale w końcu cię odnalazłem. – Coś jakby uśmiech pojawia się na jego obliczu, ale po chwili gaśnie.

– Jeśli w istocie mnie szukałeś – odpowiadam, patrząc mu w oczy– to można tak powiedzieć. Zapewne masz klucz?

– Klucz?

– Tak, klucz – potwierdzam. – Taki zwykły, żelazny do klatki, w której siedzę, nie jakiś tam klucz do zagadek.

Uśmiecha się szeroko, tak zwyczajnie, prosto, a mi łzy napływają do oczu.

* * *

Wielkie, pokrzywione niczym korzenie dębu dłonie przycisnął do twarzy. Słyszę chrzęst zębów.

– Umarły, powiadasz, obie. – mówi głucho z niedowierzaniem, a potem zaciska usta w milczeniu.
Nie chcę przerywać tej ciszy.

– Twoja siostra – pyta znowu i przewierca mnie spojrzeniem na wylot, aż swędzi mnie z tyłu głowy – jaka była? Nigdy nie dane było mi jej zobaczyć. Katarzyna była już brzemienna, kiedy... kiedy mnie wezwano.

– Tato! – Jęczę – Nie pamiętam. Miałem wtedy tylko kilka lat. Nie teraz.

– Byłem w kraju dwa razy. Próbowałem dowiedzieć się czegoś o was. Z pewnych przyczyn, których teraz nie mogę wyjawić, musiałem to robić dyskretnie. Kiedyś – jeśli będzie jakieś kiedyś – może ci to wyjaśnię. Zapadliście się gdzieś, jak kamień w wodę.

– Nigdzie, do ciężkiej cholery, się nie zapadliśmy! – Mam ochotę zdzielić go w ten siwy (najzwyczajniej zdolny do konfabulacji) łeb – Po prostu wyjechaliśmy z Warszawy na wieś. Matka bardzo przeżyła twoją śmierć, ale też i niewiele o tobie mówiła. Widać na to zasłużyłeś. Zostawiła w pustym grobie, który hetman wielki koronny kazał postawić na twoją cześć, pamięć o tobie, o sztandarach i bohaterach. Pochowaliśmy cię, a teraz wychodzisz z legendy, ze snu, z grobu...

– Nie kochała mnie. Nigdy. Ani jednego dnia, godziny, minuty. – Widzę jak wielki smutek pojawia się
na jego twarzy. – Oczy masz po niej niebieskie, zimne. Mówisz, że moje odejście jednak nią wstrząsnęło?

– Nie wiem, ojcze. Byłem wtedy dzieckiem. – Zaczynam się niecierpliwić. – Czy to czas na takie rozważania? Po tylu latach rozpamiętujesz to, czy cię kochała?

– Tak, cały czas to rozpamiętuję. Nie ma dnia bym o niej nie myślał.

– Skoro aż tak ją kochałeś, to dlaczego odszedłeś?

– Są sprawy, które wymagają najwyższych poświęceń.

– Można poświęcić nawet rodzinę? Nie wierzę. Tylko tyle mi powiesz?

– Tylko tyle.

– Aha. Wiesz, mnie zabrali do sierocińca, bo ani bliska, ani daleka rodzina nie była mną zainteresowana. Czy wiesz, czym jest sierociniec, ojcze? Wydaje ci się zapewne, że wiesz. To takie miejsce, gdzie Bóg nie przychodzi, choć pełno tam sióstr mówiących o Nim i mnóstwo jest wizerunków Jego Syna. Aniołowie, widać, mają w dupie takie miejsca i żaden z nich nawet nad nim nie przeleci. Skąd wiem? Nigdy nie znalazłem żadnego srebrnego pióra na dachu, gdzie uciekałem przed bólem i łzami, a uciekałem tam niemal codziennie. Gdyby jakiś był w pobliżu, pewnie bym go zauważył, nieprawdaż? Milczysz, tato? Potem, ktoś mnie zabrał na długie lata w miejsce, gdzie do dzieci, zamiast ich rodziców, w dzień i w nocy przychodzi diabeł.
Dobrze słyszysz: diabeł. Nie ma bowiem straszniejszej bestii nad człowieka. Nie troskaj się, chyba nie jestem wariatem. Wymazano mi potem pamięć, między innymi tamtego miejsca. Stare wspomnienia zastąpiono innymi. Czy prawdziwymi? Nie wiem. Stare życie, wspomnienia jednak wracają i – widać – ty wraz z nimi. Ale to tyle o mnie, bo czas iść mi w drogę.

Wbiłem go tymi słowami w podłogę i zasznurowałem usta.

– Jeśli dzisiaj nie wyjdę z tego domu, nie dowiesz się niczego o rodzinie, którą zostawiłeś – mówię.

– Spieszy ci się przekroczyć próg tych drzwi? – odzywa się wreszcie.

– Nie. Ale przekroczyć je muszę. Na tym polega bezwzględność mojej sytuacji. W przeciwieństwie do ciebie spieszno mi do dziecka.

Uśmiecha smutno na te słowa i mówi:

– Będziemy musieli przekroczyć je obaj i jeśli – daj Bóg – nam się poszczęści, kolejnych. I będziemy zabijać, synu. Czy jesteś na to gotowy?

– Jestem gotowy od zawsze – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– A zatem chodźmy.

Ojciec pachnie tabaką i ogniem.

* * *

W izbie obok, na ciężkich dębowych krzesłach, przy stole pod cienistym oknem, w blasku olejowej lampy, siedzą dwaj martwi żołnierze. Ręce zwisły im ku ziemi bezsilnie, jak po pracy ponad siły. Wyglądają tak, jakby za chwilę mieli zamigotać, zatrzeć się w mroku i zniknąć. Zaskoczeni, zdziwieni, zabici. Jeden z nich, bardzo młody, ma szeroko otwarte niebieskie oczy, niewidzące, zgasłe i zmatowiałe. Jakby mgła zagrobowa skłębiła mu się w źrenicach. Są otwarte lecz na drugą stronę, patrzą gdzieś w głąb, w zaświat jakiś nieskończony.
Już go tutaj nie ma. Już się jego dusza wciela w inne światy, albo w małe nic.

– Tu są twoje rzeczy. – Tato wskazuje kąt po prawej. Zachowuje się tak, jakby nikogo więcej poza nami tu nie było. – Koń jest w stajni, siodło też. Tylko trzeba jakoś tam dojść. – Wzdycha. – Nigdy nie widziałem takiego miecza. –Wskazuje na moją broń. – Ni miecz to, ni ciężka szabla. Ostry jak język belzebuba. Nigdy nie udało mi się tak wyostrzyć, choćby w połowie, mojej karabeli. – Bierze broń ze stołu i gładzi niemal z czułością wytartą zieloną rękojeść o kształcie ptasiej głowy.

– To dobra broń – potwierdzam i wysuwam nieznacznie ostrze z pochwy. Błękitne refleksy z dogasającej lampy błyskają niczym duchy na zimnej klindze. Chowam ją z powrotem z ledwie słyszalnym stuknięciem.
– Dostałem ten miecz od przyjaciela.

– Bogatych masz przyjaciół.

– Tak, to prawda. Jeśli mam jeszcze jakichkolwiek przyjaciół. – Odpowiadam, a wzrok mój wędruje z powrotem ku zgasłym oczom martwego żołnierza.

Ojciec jakby wreszcie to dostrzega i mówi:

– Każdy zapewne ma wątpliwości odnośnie tego, czy coś jednak będzie po, jakiś zaświat, a w nim Bóg, bliscy z dawna nie widziani, czy też nic nie będzie. Boga każdy z nas jest w stanie sobie wyobrazić w ten , czy inny sposób. Brakuje nam jednak wyobraźni na określenie pustki. Bo jak opisać nic, kiedy właśnie to nic będzie – mam nadzieję nie dziś – naszym opisaniem? Nie ma na to słowa, ani obrazu. Tego się teraz lękasz?

– Tak.

– A jeśli potem jest nic, to chyba też dobrze? Prawda, synu? Będzie tak, jak było przed naszym urodzeniem.

– Skąd wiedziałeś, o czym myślę?

– Bo jestem twoim ojcem, choć nigdy mnie przy tobie nie było.

* * *

Stefan Jaszczur zwinął w dłoni czytaną już dziś po wielokroć kartkę papieru, włożył ją za cholewę wysokiego czarnego buta i zaklął cicho pod nosem. Jak pisał zaufany medyk, przyjaciel domu Artur Klein: „(…) w ostatnią niedzielę, dwa dni po święcie Podwyższenia Krzyża Świętego, tuż po obiedzie, za kwadrans czternasta szanowna małżonka Wielce Szanownego Pana, młoda Pani Elena, wychodząc z sali południowej, spadła
ze schodów, na skutek czego poroniła. (...)”

Targało nim i żarło trzewia poczucie straty. On, samotnik, dziwoląg nielubiący świata i nielubiany przez świat, miał wreszcie coś, na czym naprawdę mu zależało i był z tego powodu szczęśliwy. Ostrożnie nazywał to uczucie, bo nie pamiętał, czy kiedykolwiek przedtem go doświadczył. Teraz to szczęście wymykało mu się z rąk. Było tak, jakby Elena Horowitz uchyliła mocno zamknięte okiennice i wpuściła do jego życia odrobinę światła. Miał wrażenie, że się ocknął i otworzył oczy, a potem ona rozchyliła te okiennice na oścież. Teraz los złośliwie je zamykał.

Kiedy dowiedział się, że nosi pod sercem jego pierworodnego, był oszołomiony. Potem było oczekiwanie, z czasem coraz bardziej niecierpliwe. W pewnym momencie zaczął wyobrażać sobie przyszłość i było to miłe. Snuł ojcowskie plany. Sprowadził najlepszego dostępnego medyka, by ten zadbał o Elenę i dziecko, ale nie przewidział, że może przydarzyć się jej coś tak pospolitego jak upadek ze schodów. Powinien być razem z nią. Zostać tutaj, w tym obcym kraju, czy wracać do domu? Zaniedbanie obowiązków groziło surową karą, wydaleniem ze służby lub nawet śmiercią, ale cóż… Powziął już decyzję. Chciał być przy niej, chciał ją dotykać, chciał słuchać jej niskiego, drżącego głosu, chciał patrzeć w jej jasne, niebieskie oczy i mówić tylko do niej.

Psiakrew, do diabła! I cóż to miało być, to małżeństwo, ten związek z kilkanaście lat młodszą kobietą?
Młoda żona miała mu dać... No, co? Miejsce w towarzystwie? Niekoniecznie. Nazwisko? Kobieta nie da nazwiska mężczyźnie, nawet o tak paskudnym mianie jak on, nie w jego kraju. Więc co? Syna?! Tak, tego pragnął najbardziej. Ta głupia dziewucha, córka bajecznie bogatych kupców korzennych, miała dać mu przede wszystkim potomka. Tak pojmował ten związek, kiedy brał ją za żonę. Ale teraz już tak nie myśli.
Był zły, gdy zorientował się, że staje mu się coraz bardziej bliska i z dnia na dzień zajmuje jego myśli.
Któregoś ranka po raz pierwszy poczuł, jak cudownie pachną ziarna palonej kawy w niedomkniętym kredensie. Zobaczył, jak wiosna zieleni się w kropli soku z rozdartej brzozy. Patrzył w modre dziewczyńskie oczy, a jakby wejrzał w studnie bez dna, zachłysnął się i utopił.

Elena z domu Horowitz, córka Jakuba i Estery, młoda i piękna kobieta, która miała być tylko dodatkiem, ozdobą, światełkiem rozświetlającym jego ponurą postać, przydała jego życiu barw i ciepła. Wprowadziła niemałe zamieszanie do jego wysoce uporządkowanego życia. Był mocno zaskoczony, kiedy zorientował się, że dorównuje mu intelektem. Zadziwił sam siebie, kiedy zaczął akceptować i szanować, to co ona ma do powiedzenia i gdy spostrzegł, że w wielu prywatnych sprawach potrzebuje jej akceptacji. Poddał się, gdy nazwał w myślach swoje uczucie do niej. To właśnie przez ten stan duszy zaczął zaniedbywać służbowe obowiązki. On, jeden z najniebezpieczniejszych ludzi w imperium Rosji, słynący z nienagannego podejścia do wykonywanej pracy, spóźnił się dzisiaj na umówione spotkanie. On, który nigdy się nie spóźniał.

Ludzie Iwana Lebiediewa czekali już od dawna przy kilku stołach na tej samej sali w gospodzie „U Grubej Kaśki”, inni byli na piętrze, w stajni i gdzieś w mrocznych zakamarkach na podwórzu. Sam wachmistrz spoczął
na masywnym dębowym krześle tuż obok. Zapatrzył się stary, niezawodny żołnierz w kufel odlany z mętnego szkła, wypełniony po brzegi równie mętnym piwem, jakby dostrzegł w nim sedno żołnierskich spraw. Obok niego siedział olbrzym, Anatol Sorokin, który z niemałym zaangażowaniem próbował wyłowić ze swojego kufla wielkim, jak czeski serdelek, paluchem pijaną muchę. Kogoś znaleźli. Tylko kogo? Czy rzeczywiście tego, którego chciał mieć u siebie Ekscelencja, nim wejrzy weń Wiedźma? Wielu ojców mogło szukać swych dzieci na tym akurat szlaku w ten podły czas. Cóż, porozmawiają później.

U „Grubej Kaśki” serwuje się na ogół podłe żarcie i równie marne trunki. Na ogół – rzecz jasna. Nie wszyscy bowiem goście mają niewyszukany gust i pustą kieszeń. Upił niewielki łyk czerwonego toskańskiego wina, rozprowadził je na języku i pozwolił, aby odkryło przed nim swoje sekrety. Po dłuższej chwili stwierdził, że nie ma w nim żadnej tajemnicy, no chyba, że tajemnicą było to, że nie przywędrowało ono tutaj ze słonecznego regionu Italii.

Kryształowy kielich, z którego pił wino, wzbudzał ukradkowe zainteresowanie siedzących nieopodal gości. Przyciągał uwagę tak samo, jak pachnące inaczej niż wszystko wokół, jedzenie podane na porcelanowych talerzach. Zauważono też i otaksowano bogaty ciemny habit (bynajmniej nie zakonny) z pysznymi guzikami, zdobiony fantazyjnie na mankietach, kołnierzu i kieszeniach srebrną nicią, a uszyty według najnowszej mody przez angielskich krawców.

Dwóch ukraińskich chłopów, zapewne mających dość pańszczyzny zbiegów, łypało pożądliwie dzikimi oczyma znad drewnianych misek, wypełnionych jakąś mocno parującą breją na złoty sygnet, który nosił na lewej dłoni. Obnoszenie się ze złotem w takim miejscu było, delikatnie mówiąc, wysoce nierozsądne, lecz nie w jego przypadku. Nikomu nie przeszła przez głowę myśl, by spróbować uszczknąć cokolwiek z tego dobra, które było przecież na wyciągnięcie ręki. I nie chodzi tu bynajmniej o widoczne aż nadto wyślizgane rękojeści dwóch noży wystających zza szerokiego pasa, ani o ciężki, niemiecki rapier stojący pod ścianą, ani tę, wywołującą nieprzyjemne emocje, twarz. Fizjonomię miał pozornie obojętną, idealnie symetryczną i przez to jakby nieludzką. Niepokój i strach wzbudzały oczy.

O oczach potocznie mówi się, że są zwierciadłem duszy. Jaką więc duszę można było dostrzec, napotykając natarczywe spojrzenie tych zwodniczo smutnych źrenic o barwie leśnego miodu? Może bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że te oczy nie odbijają nic, że za nimi tylko pustka? Chyba jednak nie. Przecież każdy ma duszę. Nawet Stefan Jaszczur. A że czarną? Cóż. Istotne dla niego i tej opowieści jest to, że zaczął dostrzegać
nie znaną mu dotąd stronę życia. Nauczył się zauważać, jak powiedziałby poeta: „Owe drgnienia serca mierzone poruszeniem skrzydeł motyla.” Od jakiegoś czasu trawiła go bowiem miłosna gorączka.

* * *

Weszliśmy powoli w ciemny korytarz długi na jakieś dwadzieścia kroków. Nawet jedna deska nie jęknęła nam pod stopami. Oblepiło nas chłodną wilgocią ciężkie i słodkie powietrze. Jak kir żałobny. Nie palą się tu lampy, nie migoczą pochodnie. Ciemność rozpleniła się po kątach jak żywa istota. Mam wrażenie, że bulgocze bezdźwięcznie w dzikim fermencie, kapie z sufitu i kładzie się nam miękko pod stopy.

I ta cisza! Zła, niedobra i strasznie rzeczywista cisza grobu!

– Wiedzą już, że mają problem? – pytam, choć znam odpowiedź.

– Tak, wiedzą – potwierdza.

– Tęgie chłopy?

– Trudno znaleźć lepszych.... – Zawahał się. – Lepszych do zabijania.

Dobrze, że nie oszukuje. Nie ma tu miejsca na: „Jakoś to będzie”. Źle będzie. Ot, co. Przed nami drzwi.
Ciężkie i masywne, chyba jak wszystko w tym domu.

– Co jest za tymi drzwiami?

– Schody w dół. Proste, szerokie. – Zatrzymuje się. – Na pewno ktoś za nimi jest. – Odwraca się i przez mrok próbuje spojrzeć mi w oczy. – Nie będą strzelać. Przynajmniej nie na początku. W razie kłopotów, mają rozkaz wziąć cię żywcem, najwyżej skaleczyć, ale tak, żebyś przeżył. Mnie zabiją.

Kiedy to mówi, drzwi naprzeciwko otwierają się powoli z cichym jękiem zawiasów. Jasny prostokąt wycina się w ruchliwej materii mroku. Dwie postacie wchodzą w ciemność korytarza. Nie widzę wyraźnie ich twarzy. Światło lamp, które palą się gdzieś za ich plecami, odbija się obojętnie na bladoniebieskich ostrzach mocno zakrzywionych szabel i długich noży, które trzymają wyciągnięte przed sobą.

Stoimy bez ruchu, w milczeniu. Tylko kilka kroków dzieli nas od siebie.

– Dlaczego nie wołają innych?

– Nie musisz szeptać. – Głos ojca jest zdecydowany i donośny. – To Baszkirzy, nie rozumieją naszego języka. Oni akurat nie posłuchają rozkazu, bandyckie nasienie. – Objaśnia i pluje na podłogę. – Chcą się sprawdzić.

– Jak walczą?

– Jak zbóje: Paskudnie, nie po rycersku, śmiertelnie skutecznie. Zanim ten pierwszy zaatakuje, ten z tyłu najpewniej rzuci nożem, ale nie będzie celował w ciebie tylko we mnie.

– Więc ty rzuć pierwszy.

Ruszyli. Wolno, krok po kroku.

– Ten, który się teraz uśmiecha, leworęczny, lubuje się w znęcaniu nad kobietami. Powiadali, że kiedyś rozciął brzuch ciężarnej, wyjął dziecko i rzucił na stertę gnoju, krzycząc: „Patrzcie, jak leci polski orzeł”!

– Nie ma w tej chwili znaczenia, to co mówisz.

– Wąsko tu. Przepuść mnie na przód.

– Za późno.

* * *

Mówiłeś, że nie ma znaczenia, to co powiedziałem o tym tutaj...

– Bo nie ma.

– Ciąłeś go okrutnie.

– Fakt.

– Nie po rycersku.

– Bo i nie ze szlachcicem miałem sprawę.

– Męczy się strasznie. Głosu nie może z gardła wydobyć.

– Zatem dobij go.

– Nie.

– Więc chodźmy dalej.

Przez chwilę idziemy w ciszy schodami w dół. Ciekawość jednak sprawia, że trudno mu przejść kilka kroków w milczeniu:

– Jakim jesteś człowiekiem, synku?

– Nie rozumiem.

– Czy jesteś taki, jak tamta śmierć, dziesięć kroków wstecz. Zimna i okrutna?

To pytanie zatrzymało mnie w miejscu. Takie słowa pętają nogi.

– Ojcze, ja nie wiem, kim jestem.

– Każdy powinien wiedzieć, kim jest. – Patrzy mi w oczy. Łzy mu się kręcą pod powiekami. – Co się z tobą stało, że się tak pogubiłeś, chłopcze?

– Niewiele wiem o sobie – odpowiadam patrząc, jak wielkie jak groch łzy znajdują drogę w starych bruzdach na jego twarzy. Nie wiem, co mam powiedzieć, by nie poczuł się rozczarowany pierworodnym. – Niewiele wiem też, o tym, co takiego mi uczyniono, że potrafię zabić człowieka z zimną krwią. Nie wiem też nic o tym, kto mi to uczynił. Może jednak pocieszy cię to, że codziennie zadaję sobie pytanie: Kim jestem? Tak, zaprząta to moje myśli. Wiem natomiast, że nie cofnę się przed niczym, by uratować życie mego dziecka.
To wiem na pewno.

– To nie jest twoje dziecko. Nie mój wnuk.

– Nawet nie próbuj tak ze mną rozmawiać. – Tykam go palcem w pierś. – Nie ten jest ojcem, co spłodził, lecz ten, co wychował.

– Tyś wychował, a mnie z kolei nie było przy tobie. A zatem: Kto z nas jest ojcem?

– Ja znam odpowiedź na to pytanie. Ale czy ty ją znasz? – odpowiadam i zaglądam mu w oczy.

* * *

W gospodzie „U Grubej Kaśki” jest dzisiaj nadzwyczaj gwarno. Szum rozmów tajnych, złych, pełnych niebezpiecznych tajemnic i tych zwykłych pijackich jest rozedrgany jak w febrze. Grzechoczą kości w kubkach, znaczone karty drżą w spoconych dłoniach, szurają niecierpliwie nogi pod stołami, kufle stukają o mokre blaty, skrzypią drzwi i łóżka w ciasnych pokojach, stękają mężczyźni w spazmie krótkiej rozkoszy (czasem gwałtownej śmierci), najlepsze (podobno) na wschód od Bugu kurwy jęczą w ekstazie, ale te jak zwykle udają, więc nie będzie tutaj nic więcej o nich. Głosy są intensywne niczym szelest szarańczy.

Ten dwupiętrowy rozłożysty budynek, który już trzy razy - w jego ponad trzydziestoletniej historii - próbowano bez skutku spalić, łączy w sobie funkcje gospody, burdelu i miejsca nieoficjalnych spotkań handlowych, a także hotelu, gdzie można wynająć pokój na godziny, albo też – jak w niektórych przypadkach – na lata. Tracono tu wielkie sumy pieniędzy, kilka ziemskich majątków, a raz nawet i życie, grając w kości, szachy, w karcianego mariasza, pikietę, faraona, czy ćwika.

Grubej Kaśki nikt nigdy nie widział, choć zdarzali się i tacy, którzy zarzekali się, że widzieli ją na własne oczy. Bardziej prawdopodobne są chyba jednak opowieści o Smutnym Józefie, który trzyma cały ten kompleks żelazną ręką. Kim jest? Nie wiadomo. Ale po co się tym interesować? Kto więc odwiedza ten przybytek?

Gęstą przestrzeń przecinają ukradkowe i czujne spojrzenia złodziei, różnej proweniencji handlarzy, zbójów, szpicli, zbiegów szubienicznych, śmieszków o wąskich ustach, pijusów, stręczycieli i ladacznic oraz zwykłej nocnej mierzwy ludzkiej, której niespieszno jeszcze wracać do domu. Ich oczy odwykłe do światła są czujne i ruchliwe niczym szczury, a uparte jak natręt w mrocznym zaułku. Powieki trzepoczą im jak skrzydła ciem tłukących w nocne rozświetlone okno, a usta raz po raz wykrzywiają się w śmiechu lub nagłej złości, albo stygną w obojętnym milczeniu. Nocne stworzenia. Ludzie niczym widziadła, halucynacje, majaki. Jeśli jesteś tam przypadkiem, odwracasz od nich wzrok. Nie chcesz ich znać i nie chcesz, by zwrócili na ciebie uwagę. A nad tym wszystkim pełga blado i byle jak światło smolistych żagwi i olejowych lamp. Zaduch niemytych tygodniami ciał łapie za gardło. Tutaj, co wieczór rodzi się strach i pożądanie, rozpalają się i gasną zmysły, ważą się sprawy wielkie i małe. Takie to miejsce.

– Bary mają szerokie jak szafy wypływające o świcie z gdańskich portów. Wielcy jak dęby, lecz nie wilki to, a wyrośnięte kundle – pomyślał z lekkim zawodem Stefan Jaszczur, patrząc na dwóch młodych mężczyzn, przeciskających się między stołami pełnymi gości w jego kierunku.

Ten, który szedł przodem miał mocno przekrwione oczy i zamknięte w kreskę wąskie, aroganckie usta. Wysoko podwinięte rękawy lnianej czerwonej koszuli ukazywały sine bandyckie tatuaże wykłute na grubych, żylastych przedramionach. Czarne, przetłuszczone włosy długimi pasmami przyklejały się do jego nienaturalnie bladych policzków. Przypomniał mu kogoś sprzed lat, więc na potrzebę chwili nazwał go Dawidkiem.

Za nim toczył się kwadratowy typ o nieforemnej łysej głowie, po bokach której sterczały wyzywająco wielkie czerwone uszy. Pod podziurawionym przez ospę nosem jaśniał rzadki, krótko przycięty, wąsik. Oczy miał na wpół otwarte, głupkowate i takiż sam bezczelny, głupi uśmiech. Na potrzebę chwili nazwał go Uszatkiem.

Przy braku sprzeciwu, wzięli ze stołu obok przyniesione przed chwilą, przez dziewczynę o wielkich, ciemnych, wystraszonych oczach, kufle z piwem i usiedli przy jego stole naprzeciw bez słowa, bez skinienia głowy.

– Dobre sobie – pomyślał. – Przecież to żart. Jakaś gruba kpina! Z nimi mam rozmawiać?

– Sala południowa, parter, stolik przy oknie wychodzącym na ulicę Kasztanową – powiedział ten, którego nazwał Dawidkiem. – Zgadza się?

– Tak. Zgadza się – potwierdził Jaszczur. – Tylko wy mi się nie zgadzacie – dodał w myślach.

– Czego chcesz? – zapytał obcesowo Dawidek i upił łyk skradzionego piwa. Biała piana gęsto osadziła się na jego czarnych wąsach i brodzie. W innych okolicznościach byłby to powód do żartów.

– Przecież wiecie, czego chcę – odparł zapytany.

– Jesteś szpiclem? – Kolejne niewłaściwe pytanie.

– Zbieram informacje. A to kim jestem, nie powinno cię interesować. – W głosie Stefana Jaszczura czuć było lekką irytację.

– Najpierw zapłać, zbieraczu informacji – warknął Uszatek i błysnął na moment niepełnym uzębieniem.

– Już zapłaciłem – skwitował krótko Jaszczur. Zignorował Uszatka i popatrzył w przekrwione zuchwałe oczy jego kompana. Nie dostrzegł w nich nic, co mogłoby go natchnąć optymizmem na najbliższych parę chwil.

– Miałeś przynieść mi informacje – powiedział. – Pozwól, że ci przypomnę. – Pochylił się lekko nad stołem. – Dziesięciu ludzi, dwa wozy po cztery konie. Wyjechali w drugiej połowie września z miasteczka Winnica na wschodnim Podolu. Ledwie tydzień po wybuchu wojny mieli już cały transport. Jakiś czas temu, z niewiadomych przyczyn, zjechali ze szlaku. Dokąd jadą? Na to pytanie miałeś dać mi odpowiedź.

– Nie wiem, o czym mówisz. – W przeciwieństwie do kolegi, Dawidek, miał jeszcze wszystkie zęby, które teraz pokazywał w bezczelnym uśmiechu, w dodatku zdrowe i białe.

– Nie wiesz. – Stefan Jaszczur odchylił się powoli z powrotem na wysokie oparcie krzesła. – Więc po co
tu przyszedłeś?

– Powiedziano mi, że ktoś szuka pomocy domowej. Młodej, nie przechodzonej, najlepiej dziewczynki…

– Tobie powiedziano. Aha. – Pokiwał głową. – Ale przecież takim jak ty wydaje się tylko polecenia, a nie przekazuje informacje.

Dawidek albo nie pojął obelgi, albo najpewniej musiał odegrać tę farsę do końca.

– Siostrę mam, taką trochę niedojdę – oznajmił. – W sam raz do posługi u bogatego pana. Przyszedłem więc zapytać, jaka będzie jej roczna pensja za posługę? – Rozłożył szeroko dłonie jak do przywitania i znów się uśmiechnął.

– Nie szukam twojej siostry – odparł co raz bardziej zły Jaszczur.

– Jest za stara? No tak. Ma już piętnaście wiosen… Szukasz młodszych. Tak słyszałem.

– Coś jednak wiesz. – Stefan Jaszczur przyglądał mu się w zamyśleniu

– Dziewczyna będzie zawiedziona. – Wtrącił się Uszatek i pokiwał smutno wielkim łbem.

– Nie frasuj się. – Uspokoił go Dawidek. – Ów miły jegomość wynagrodzi jej straty moralne, płacąc nam z góry za rok służby. Bardzo liczyła na tę pracę.

– Nie wątpię – odrzekł Jaszczur z przesadnie udawanym żalem. – Widzicie, jest pewien problem, nie jestem stąd. Nie mam pieniędzy. Ot, tyle – wskazał na stół – by zapłacić za kolację.

– Na sobie masz dość dobra – zauważył Dawidek. – A i w zanadrzu zapewne coś tam skrywasz.

– Wielce byłoby to niestosowne zaglądać mi w zanadrze – odparł Jaszczur i zapytał: – Dlaczego jeszcze z wami rozmawiam? Jak myślicie?

– Bo dopiero co usiedliśmy, nie dopiliśmy piwa, no i nadal nie wiemy coś za jeden? Czyś aby nie zwykły lubieżny staruch, albo, co gorsza, chytry szpicel.

– A w czym lubieżny dziad jest lepszy od szpicla, hę? Znajdziecie odpowiedź na to pytanie? Mniejsza z tym. - Machnął ręką – Niepokoi mnie coś innego. Domniemywam, że chcecie, szanowni panowie, pogwałcić moją swobodę obywatelską.

Stefan Jaszczur zrobił minę, którą w normalnej rozmowie międzyludzkiej można by nazwać szelmowską i dodał:

– Och, jesteśmy jeszcze, póki co, na terytorium Rzeczpospolitej, a ta wszak słynie z poszanowania praw i swobód nie tylko swoich mieszkańców, ale i przebywających w jej granicach cudzoziemców. Apeluję więc do waszych sumień i zwykłej ludzkiej przyzwoitości: Nie naruszajcie mej cielesnej nietykalności!

– Że niby chcemy go zgwałcić? – Uszatek był bez wątpienia na obrzeżach rozmowy. – Sodomita!

– Ejże! – Jaszczur pokiwał nań palcem. – Bo się zeźlę! Nie obrażajmy się, a wszyscy wyjdziemy stąd cali i zdrowi.

– Wyjdziesz stąd, kiedy ci pozwolimy – odparł krótko Dawidek. Uszatek natomiast pokraśniał na twarzy, wstał lecz zaraz opadł z powrotem na krzesło, zaczął sapać, aż kroplisty pot pojawił się na jego rzadkich wąsach.

– Wróćmy do początku naszej nie najlepiej rozpoczętej rozmowy. – Zaproponował Jaszczur. – Zapłaciłem za pewne informacje, – rzecz jasna, nie wam, a waszym mocodawcom – i oczekuję wywiązania się z umowy.

Dawidek odkleił czarny kosmyk włosów od bladego policzka, nawinął go na palec wskazujący lewej dłoni i rzekł:

– Chyba jednak czegoś nie rozumiesz. To ja przyszedłem tutaj zadawać pytania. Nie podobasz mi się. Zgasiłeś lampę nad stołem, siedzisz jak kruk w dziupli, gapisz się na ludzi i zadajesz pytania.

Stefan Jaszczur nie odpowiedział, tylko raz jeszcze rozejrzał się po sali. Nic, najmniejszego zainteresowania, choćby jednego ukradkowego błysku oka. Nawet ludzie Lebiediewa zajęci byli szukaniem much w zupie i oglądaniem den kufli po wypitym dawno piwie. Zaraz! Na piętrze po lewej ktoś gwałtownie odwrócił głowę.
Zbyt gwałtownie. Ha! Właśnie zostałeś przyłapany. Dlatego też przeciągnę jeszcze tę żenującą rozmowę z typami, których wysłałeś. Za kilka chwil zwrócę na ciebie uwagę jeszcze raz, a potem kolejny. A jeśli uznam, że jest taka potrzeba, to do ciebie przyjdę, a wtedy odpowiesz mi na wszystkie, interesujące mnie pytania.

– Corvus corax nie mieszka w dziupli – powiedział Jaszczur i uśmiechnął się brzydko, zaglądając w przekrwione oczy tego, którego nazwał Dawidkiem.

* * *

Dom jest stary. Ściany są bardzo wysokie, ciemne z dębowych bali i kamienia. Niemal czuję ich ciężar.
Jest tu bardzo cicho. Nie hula tu wiatr wpuszczony przez niedomknięte okna. Palenisko chyba dawno w nim wygasło. Cisza jest przytłaczająca. Nie grają tu świerszcze, nie brzęczą tłuste muchy, szukające schronienia przed jesiennym chłodem. Nawet myszy nie chroboczą gdzieś w sekretnych przejściach.
Są tu ludzie, lecz nie ma gospodarza, który tchnąłby weń życie i je podtrzymał.

– Ten brak jakiegokolwiek dźwięku jest trudny do zniesienia. – Ojciec widać odczuwa to samo.

– Wyobraziłem sobie – odpowiadam z namysłem– że w piekle też musi być tak cicho.

– Bo piekło to pustka, synu.

– Tak, ojcze. – Chyba po raz pierwszy się z nim zgadzam – Piekło to brak wszystkich i wszystkiego.
Kto zbudował ten dom?

– Nie wiem. Nigdy nie słyszałem o tym miejscu, ani o jego mieszkańcach. Ten, którego tu zastaliśmy, myślę, że był ostatnim z rodu. Chociaż, kto wie? Może miał dzieci? Lecz nie było ich przy nim, kiedy umierał...

Weszliśmy do wielkiej sali o podłodze z jasnego kamienia. Zachodzące słońce prześwituje przez otwarte
na oścież okna i kładzie się jaskrawożółtą plamą na dębowym stole pełnym nagich ostrzy. Zegar bije!
Na ścianie po prawej, obok wyblakłego, ciężkiego gobelinu w starej skrzynce z pozłacanym cyferblatem, pełnej kół zębatych, sprężyny, wahadła i zagadek miele się czas. Miele się, kruszy, ucieka, idzie samopas i coraz go mniej. Wciska się w szpary w ścianach, w pęknięcia w podłodze i znika. Czas się dopełnił. Dla kogo?

Jest ich zbyt wielu. Siedzą spokojnie w ciszy, wokół wielkiego stołu pośrodku sali, która była niegdyś – zgaduję – salą Wielkiego Łowczego. Dłonie mają wolne od broni, która ciężko spoczywa na ciemnym, pełnym starych plam dębowym stole. Ich oczy, pełne wieczornego blasku, są pozornie obojętne, kiedy zwracają na nas uwagę.

Otwarte okiennice zaczynają trzaskać głucho, jednostajnie. Gdzieś na zewnątrz zbiera się potężny wiatr. Oczyma wyobraźni widzę, jak stukrotnym echem wydyma krokwie, wykrzywia ściany, mierzwi - niczym mokrą psią sierść -stare dachówki. Wichura idzie nad dom zdyszana, kipiąca mocą i gotowa połknąć go w całości. Słychać jak las szumi blisko, jednostajnie. Mam wrażenie, że chętnie pożarłby ten dom, oplótł korzeniami, skruszył, wciągnął pod ziemię, przykrył igliwiem i zarósł mchem i paprocią.

– Jeszcze dwa pacierze temu myślałem, że przeżyjemy. – Słyszę szczery żal w słowach ojca.

– Wyjdziemy z tego domu, bo moja córka, a twoja wnuczka, potrzebuje naszej pomocy – odpowiadam na tyle przekonująco, na ile w tej chwili potrafię.

Kiwa smutno głową, patrząc na siedzących w bezruchu mężczyzn i zaczyna mówić:

– „Otoczyły mnie bowiem nieszczęścia, których nie ma liczby, winy moje mnie ogarnęły, a gdybym mógł je widzieć, byłyby liczniejsze niż włosy na mej głowie, więc we mnie serce ustaje. Panie, racz mnie wybawić; Panie, pospiesz mi na pomoc! Niech się zmieszają i razem okryją rumieńcem ci, co na życie me czyhają, aby je odebrać. Niech się cofną zawstydzeni ci, którzy z niedoli mojej się weselą.” Dalej nie znam. – Wyjaśnia jakby zawstydzony. – Czy On nas teraz słucha? Czy pomoże im, czy nam? Przy kim jest prawda?

– Nie znam odpowiedzi na te pytania. Wiem jednak na pewno, że nie powinniśmy tracić nadziei.

– Tak – potwierdza i delikatny płomyk zapala się w jego oczach, po czym zadaje zupełnie niespodziane pytanie: - Słyszałeś o tak zwanym Incydencie warszawskim?

– Słyszałem. Niespełna dwadzieścia lat temu, trzech, niewykrytych dotąd sprawców, weszło w biały dzień do znanej w Warszawie gospody „U Jankiela”, gdzie dzień wcześniej zatrzymała się rosyjska delegacja kupców korzennych w drodze do Gdańska, zabijając ich wszystkich przy użyciu tylko białej broni. Z tym, że nie byli to żadni kupcy, a wynajęci przez hrabiego Repnina siepacze w liczbie siedmiu, mający zabić polskiego księcia Henryka Zasławskiego, który miał tam zabawić w drodze do Teatru Polskiego Wielkiego. Przyczyną tego zajścia była kobieta, aktorka Helena Tchorznicka. Pokłócili się podobno dwaj panowie o pierwszeństwo
do wdzięków tejże niewiasty.

– To ostatnie się zgadza.

– A co się nie zgadza?

– Nie było ich trzech, Hubercie. Byłem tam wtedy sam.

Patrzę mu w oczy i mimo mroku, musi widzieć zdumienie, malujące się na mojej twarzy.

– Teraz jest nas dwóch – mówi. – Ojciec i syn! A to już potęga.

– Tak.

– Wybacz, że nie byłem ci ojcem.

Nie odpowiadam. Nie wybaczam. Nie teraz. Może nigdy nie będzie już sposobności?

– Nie zdążyłem cię poznać.

– A czy jest ktoś na świecie, kto tak naprawdę poznał swego ojca?

Tymczasem dziewięciu milczących mężczyzn podnosi się od stołu, ściągając zeń szable, noże i sztylety o długich, bladych ostrzach.

* * *

Ze zdumieniem popatrzył na wielkie, grube palce, które sięgnęły do jego talerza, chwyciły jak w kleszcze kawałek kurczaka i zanurzyły go w misce z sosem miętowym, a potem żwawo powędrowały do ust. Dawidek pokiwał głową z uznaniem i rzekł:

– Inny sort klienta. To rozumiem.

Stefan Jaszczur nie powiedział nic, kiedy te same paluchy o połamanych paznokciach zanurzyły się po raz drugi w jego talerzu, zadał tylko kolejne pytanie:

– Dwa wozy. Dwa ciężkie wozy po cztery konie w zaprzęgu i dziesięciu ludzi. Byli niedawno na szlaku. Gdzie pojechali? Gdzie teraz mogą być?

Zapytany nie raczył odpowiedzieć na to pytanie. Spojrzał mu tylko w oczy i z głupim uśmieszkiem zapytał:

– Lubisz ruchać dzieci?

To pytanie celowo padło głośno. Zbyt głośno. Uszatek zarechotał krótko. Kilku mężczyzn odwróciło się w ich kierunku, posyłając im złe spojrzenia.

– Te słowa nie powinny były wyjść z twych ust. – Koordynator głos miał jak wykuty z lodu. – Mimo to dam ci szansę...

– Szansę na co? – Dawidek roześmiał się, jego towarzysz także.

– Kolego w niedoli. – Jaszczur po raz pierwszy zwrócił się do Uszatka wprost. – Nie pojmujesz jeszcze sytuacji, w jakiej obaj znaleźliście się.

Człowiek na piętrze właśnie wstawał od stołu. On już pojął. Jaszczur spotkał się wzrokiem z Lebiediewem i delikatnym gestem wskazał na górę. Ten skinął nieznacznie głową, przymknął na chwilę powieki i wstał od stołu. W tym samym momencie podniosło się jeszcze dwóch ludzi z ciemnego kąta przy kuchni.

Ponownie zwrócił się do mężczyzny naprzeciw i spojrzał w jego jasne, zuchwałe i bezbrzeżnie głupie oczy.

– Mówiłeś coś o dawaniu szansy – przypomniał mu właściciel owych jasnych i głupich zarazem zwiercia-deł duszy.

– Twój szef już zobaczył, kto pyta o transporty sierot. – Jaszczur zignorował pytanie. – Zobaczył i cię zostawił. Lepiej dla was obu, abyście jednak cokolwiek wiedzieli.

– Co tam gadasz, wężu?

Koordynator aż uśmiechnął się na te słowa.

– Nie lubimy dzieciojebców – warknął Uszatek.

– Twój kolega umie mówić, imponujące. Winszować. Nie lubicie, powiadacie, szczególnego rodzaju gwałcicieli. Ze słów waszych wnioskuję, że tacy osobnicy wzbudzają w was wielką abominację. Odkrywam tu jednak swoisty dysonans poznawczy. Otóż, nie przeszkadza to wam, oddawać dzieci w ręce owych paskudników. Zdumiewające, przyznaję. Pieniądze są tu, zgaduję, motywacją, pokusą niemożliwą do przezwyciężenia. Wygłaszacie takie płomienne, stanowcze deklaracje, a z drugiej strony... Hipokryzja w kryształowej postaci. Panowie się ze mną zgodzą, jak mniemam?

Milczeli.

– Chciałbym zostawić to pytanie bez odpowiedzi, gdyż nie chcę już nadwyrężać wątłych zwojów mózgowych mych szanownych interlokutorów, lecz przyznać muszę, iż niezwykle zajmuje mnie ten problem. Zechcą szanowni panowie oświecić mnie jednak w tej kwestii?

– Co on pierdoli? – Uszatek nie zamierzał spełnić prośby mężczyzny w czerni, bo i po prawdzie nie zrozumiał większości słów, ani też nie pojął jeszcze sytuacji, w jakiej się obaj znaleźli.

– Ano właśnie nas obraził – odrzekł zapytany, na co pytający mocno zmarszczył czoło, ściągnął podziobane policzki i odwrócił wykrzywioną złością twarz w kierunku tego, z którego ust padły rzekomo obraźliwe słowa. Rzekomo, gdyż tak naprawdę obaj nie byli pewni tego, co przed chwilą usłyszeli. Stefan Jaszczur uśmiechnął się tylko na tę demonstrację. A tymczasem Dawidek ponownie bez słowa wyciągnął dłoń po nieswoje.

Jeśli ktokolwiek, właśnie w tej chwili, przyglądał się tym trzem siedzącym przy stole mężczyznom, to najprawdopodobniej nic nie zauważył. Szybkość, z jaką Stefan Jaszczur wbił widelec w grubą, złodziejską łapę amatora cudzego jadła, była nieludzka. Zanim ten zorientował się, co się właśnie wydarzyło i zaczął krzyczeć, ciężka jak kamień pięść Anatola Sorokina spadła na kark Uszatka i posłała go nieprzytomnego pod stół.

Koordynator już był przy Dawidku. Lewym przedramieniem przycisnął jego głowę do blatu, prawą ręką chwycił za widelec, wciąż tkwiący w dłoni tamtego i lekko go wykręcił. Bandyta zawył.

Poruszyło się towarzystwo przy stołach, lecz nikt nie wstał. Większość gości „Grubej Kaśki” już na pierwszy rzut oka doskonale potrafiła ocenić zarówno ludzi ludzi, jak i okoliczności. Nader często zdarzały się tutaj sytuacje, w których dla własnego bezpieczeństwa nie należało brać udziału.

– I to jest właśnie twoja ostatnia szansa. – Stefan Jaszczur nachylił się do ucha Dawidka. – Szansa, by nie umrzeć w mękach.

Ten zaczął głośno sapać, napiął się i szarpnął, lecz zatrzymał go ostry ból w prawej dłoni. Ugięły się pod nim kolana, w końcu znieruchomiał na dobre bez słowa.

– Tu niedaleko są drzwi. Wyjdziesz teraz ze mną spokojnie i nie będziesz wierzgał. Jeśli zrobisz coś głupiego wydłubię ci tym widelcem oczy, stracisz przytomność, ale ja cię potem obudzę, uwolnię z objęć Morfeusza po to, a byś je zjadł. Czy to, co właśnie powiedziałem, jest dla ciebie zrozumiałe?

– Tak.

– Doskonale. A zatem ruszamy.

Jaszczur oderwał Dawidka od stołu i ciągle trzymając za rękojeść, widelca popchnął go przed siebie w kierunku najbliższych drzwi. Za nim szedł Sorokin z nieprzytomnym Uszatkiem, jak ciężki wór przerzuconym przez ramię.

* * *

Twardym snem zlegli, a szable z rąk im wypadły. Konie bez jeźdźców biją kopytami o ziemię, uchodzą w step dziki, w samotność i śmierć.

Czy to burza nad domem? Trzeba zamknąć okiennice.

Czarna jest krew tej nocy. Krew? Skąd? Płynie, wciska się w szpary, przykleja się do rąk i twarzy. Słodka jest jak kwiaty w cmentarnym dole.

Niech ktoś wreszcie zamknie okiennice! Dlaczego nikt się nie podnosi? Jakiż to sen, którego burza za oknem nie spłoszy?

Kilku półnagich diabłów przyszło. Kręcą z koszul pociętych nożami krwawe całuny. Żaden anioł nie upomniał się o poległych. Ktoś idzie do mnie. Anioł czy diabeł? Nie dam rady się podnieść.

– Synku, co ci?

– Synku? Ojcze?

– Trochę cię pocięli, ale dzięki Bogu głowę masz całą.

– Głowę mam?

– Masz.

– Cóż mi po głowie, kiedy sercem świat postrzegam?

– Nie odpowiem ci teraz na to pytanie.

– Pocięli mnie? A ręce, tatku? Ręce mam?

– Jeśli pytasz o te, które leżą na stole, to odpowiem ci, że to nie twoje ręce. Mógłbyś też zapytać mnie o te odcięte głowy, odpowiedziałbym ci tak samo, że żadna z nich nie jest twoja...

– Widziałeś ich?

– Kogo, synu?

– Diabłów.

– Jakich diabłów?

– Synów Biesa. Widziałeś ich?

– Nie, nie widziałem. – Przeżegnał się.

– Zabierali ich jeden po drugim. – Pokazuję ręką na trupy. – Wszystkich wzięli. Nie przyszedł nikt od Boga. Bóg ich opuścił, ojcze. Wszystkich twoich towarzyszy broni.

– Synu. – Ojciec uczynił znak krzyża po raz drugi. – Mówisz takie rzeczy, że…

– Co widziałem, opowiadam.

Widzę jego twarz jak przez mgłę. Jest plamą krwi, tylko oczy ma błyszczące i czyste. Gdybym mógł widzieć wyraźnie, zapewne dostrzegłbym frasunek.

– Co to było? – pyta.

– Tutaj? Diabli przyszli po umarłych. Przecież ci mówiłem.

– Pytam, co tu się stało?

– A co się stało, tatku?

Kładzie dłonie na mych ramionach i zagląda mi w oczy, jakby tam spodziewał się znaleźć odpowiedź. Zaczynam widzieć wyraźnie. Widzę czarną kroplę krwi, która wypełnia się na czubku jego nosa, ciąży ku ziemi, po czym odrywa się odeń z niesłyszalnym dla mnie mlaśnięciem i znika gdzieś w dole pośród milionów innych.
Skąd tyle krwi? Kręci mi się w głowie.

– Kim ty jesteś, Hubercie?

– Zdaje mi się, że już mnie dzisiaj o to pytałeś?

– Odpowiadaj, jak pytam! – Gniew?

– A jak nie odpowiem, to mnie lagą zdzielisz? Za późno na wychowywanie. – Kwituję to polecenie śmiechem. Niedobrym śmiechem. Nie chcę tak się śmiać.

– Nie masz ani jednej głębokiej rany, a mnie o mały włos nie usiekli.

– Boś stary!

Wali mnie w twarz na odlew. Mocno. Tak mi się wydaje, bo nie czuję bólu.

– Szanuj ojca swego. – Głos ma zimny niczym przydrożny kamień w noc styczniową.

– Kochaj dzieci swoje – odpowiadam – i nigdy nie zostawiaj ich samych w świecie.

Próbuje zetrzeć rękawem krew z twarzy. Nie za bardzo mu to wychodzi, bo wygląda jeszcze bardziej upiornie.

– Kocham swoje dzieci – mówi zduszonym głosem.

– A kiedy ostatnio u nich byłeś? – Jestem zły na niego, na wszystko wokół, na świat cały.

– Nie pamiętam. Zgubiłem drogę do domu. – Wielkie jak groch łzy zmywają krew z jego twarzy.

– Ale to była prosta droga, ojcze – stwierdzam z wyrzutem.

– Nie, Hubercie, nie była prosta.

– Więc, co sprawiło, że stała się kręta?

Nie odpowiada. Słyszę jak powietrze z niego ulatuje. Siada ciężko na wielkim, ciemnym krześle, wbija wzrok w podłogę i mówi z wyraźnym wysiłkiem:

– Muszę odpocząć.

– Dobrze – przytakuję. – Odpocznijmy.

– Kim ty jesteś, synu? – po raz trzeci zadaje to samo pytanie.

– Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą i pustkę mam w głowie.

* * *

– Dwa wozy po cztery konie, dziesięciu uzbrojonych ludzi. Gdzie są?

– Nie wiesz na kogo podniosłeś rękę – wysapał Dawidek.

– Nigdy nie przestaniecie mnie zdumiewać – odparł Jaszczur. – Ty i tobie podobni. Rozumiem,
że skoro biegasz na posyłki dla króla jednej z dzielnic w Koziej Wólce, to wydaje ci się, że możesz wszystko, że chroni cię groza jakiegoś pana szczurów, czy innego księcia rynsztoków. Jestem w stanie to zrozumieć,
bo nie masz innego punktu odniesienia. Nie wystawiłeś nigdy nosa dalej niż za Kozią Wólkę. Nie czytasz książek, nie podróżujesz, do szkoły też zapewne rodzice cię nie posłali, a jak mieli za co i jednak chcieli cię wykształcić, to ty akurat nie chciałeś tam chodzić. Nic zatem nie wiesz o świecie. Otóż, wyobraź sobie, świat jest znacznie większy niż Sokal i są w nim ludzie znacznie potężniejsi od króla tutejszych mrocznych zakamarków.
Ludzie, których władza sięga dalej niż horyzont. Wiesz co to horyzont? Znasz takie słowo? – Nie czekał na odpowiedź, tylko nachylił się do ucha bandyty, tak, że niemal dotknął je wargami. - Widzisz – szepnął jak zaufanemu – ja też jestem królem szczurów, tyle, że królem wszystkich szczurów. Moja jest władza nad takimi jak ty. Wiedz też, że nie jestem władcą łaskawym. Dziś jest ostatni dzień twojego życia, więc oszczędź sobie bólu. Wiedz, że ból, który potrafię zadać jest wyjątkowy. Skup się zatem, na pytaniu, które ci teraz zadam.
Jeśli jesteś gotowy, nic nie mów, tylko kiwnij głową.

Dawidek kiwnął głową, a z jego mocno wytrzeszczonych błękitnych oczu pociekły łzy. Po chwili usłyszał pytanie:

– Dwa wozy, dziesięciu ludzi – Dokąd jadą?

– Stare Dęby. Cztery mile za Warszawą na południowy wschód traktem lubelskim, dwór hrabiego Nalepy.

Stefan Jaszczur uśmiechnął się lekko.

– Jestem skłonny ci uwierzyć – powiedział, po czym skinął na dwóch ludzi, czekających w cieniu i rzucił:

- Wyciśnijcie tę szmatę do sucha, bo intuicja mi mówi, że coś tam jeszcze do wyżęcia zostało.

* * *

Podnoszę wzrok ku górze, czuję sól w ustach. Strop ginie gdzieś w mroku. Ściany, zdaje się, nie mają końca.
Kto wybudował ten dom pośrodku ciemnego lasu? Kto w nim mieszkał, żył i umierał?

– Ten dom, ojcze – mówię, a głos mój tłumi mrok – to grób.

– Tak, to nie jest już dom – odpowiada. – W domu mieszkają ludzie. Śmieją się, rozmawiają, chorują, płaczą, żyją.

– Umarliśmy? Jak się tu znaleźliśmy? Kto nas tu złożył?

– Nie, nie umarliśmy. – Przygląda mi się uważnie. – Czy aby na pewno głowę masz całą? Żadne ostrze rozumu na ćwierci ci nie pocięło?

Nie odpowiadam. Nagle dociera do mnie, że muszę stąd wyjść, wyjechać, że ktoś mnie potrzebuje, że czas ucieka. Córka mi się w świecie zapodziała! Trzeźwieję.

– Niegdyś myślałem, że dokonam wielkich rzeczy – Głos ojca wyrywa mnie z zamyślenia. Mówi wyraźnie, ale bardzo cicho i wolno. Dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo jest zmęczony.

– Śniłem o czynach, o których mówić będą przez lata z szacunkiem w całym chrześcijańskim świecie. Tymczasem nic wielkiego nie dokonałem, a już jestem u kresu. Jakże nędzny jest człowiek na starość. Do tego wieczoru nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo. – Podnosi zakrwawione dłonie do oczu, a potem kieruje wzrok gdzieś w górę, w mrok. – Boli mnie ciało. Stale je czuję, ale nie tak, jak bym chciał je czuć. Jest jak stare powykręcane drzewo. Coraz mniej w nim soków, konary ma słabe i drżące, a owoców już nigdy żadnych nie wyda. Widać już cień ogrodnika, co idzie z siekierą. Pamięć mi się mąci. Nie jestem umarły, ale też i nie w pełni żywy. Chyba tu zostanę. Zaczekam, aż wrócą. Wiesz co? – Patrzy na mnie z dziwnym błyskiem w oczach. – Zawsze byłem ciekaw, kto jest większym mocarzem,
ja, czy Anatol Sorokin?

– Jeszcze będziesz miał sposobność poznać odpowiedź na to akurat pytanie, lecz nie dziś – odpowiadam. – Nie po to te wszystkie śmierci, nie po to ta walka ponad ludzkie wyobrażenie, wreszcie, nie po to żeś mnie odnalazł, by teraz, ot tak, usiąść i czekać na śmierć!

– Tak, to była walka ponad wszelkie wyobrażenie. I wiesz, co? Zmęczyłem się tak, że ręce mi opadły, tak jak tamtym dwóm przy stole pod wieczornym oknem.

– Zmęczyłeś się, więc będę ci podporą na starość. Jestem twoim synem. – Widzę jak łzy zbierają mu się w kącikach oczu. – Nie żal ci ponownie mnie zostawić?

– A tak, pewnie – wzdycha. – Żal mi, że nie doświadczyłem bycia ojcem. Żal mi, że nigdy nie widziałem i nigdy już nie zobaczę córki. Wreszcie, żal, że zostawiłem kobietę, którą kochałem. Bo cóż ważniejszego
w życiu jest nad miłość? Inaczej teraz bym wybrał. To, co robiłem, nie było ważniejsze niż rodzina. Ale ja wiem to dopiero teraz. Czemu wtedy tego nie wiedziałem?

– Czas jeszcze się nie dopełnił – mówię. – Znalazłeś mnie.

– Znalazłem, prawda. – Uśmiecha się półgębkiem, bez przekonania. – Ale jakoś nie w pełni, nie na dobre. Też tak czujesz? Już mi gdzieś umykasz.

– Jedź ze mną.

– Cokolwiek uczynimy razem, nie będzie to na długo.

– Możemy spróbować. – Wyciągam ku niemu otwartą dłoń. – Nic nie jest przesądzone. Razem możemy wszystko zmienić.

– Nic nie zmienimy. Za słabi jesteśmy.

– Jeszcze kilka chwil temu mówiłeś, że ojciec i syn to potęga. Stało się niemożliwe. Daliśmy radę, ja i ty.

– Prawda. – Zapatrzył się na swoje wielkie, powykrzywiane dłonie. – Tak było.

– Tak było. A teraz muszę jechać. Mam nadzieję, że nie sam.

– Wiesz, co? – Pyta i zagląda mi w oczy, jakby już znalazł w nich odpowiedź na to, co teraz powie. – Nim zjawi się ogrodnik i wbije ostrze, chciałbym poznać twoją córkę, a moją wnuczkę. Znajdziemy ją razem, tak? Wreszcie podaje mi dłoń.

– Oczywiście. Ty i ja.

– No i muszę się dowiedzieć, synu, kim naprawdę jesteś.

* * *

Wrócił do gospody. Stanął przy szynkwasie i zamówił wódkę. Porządkował skąpe informacje, wyciągał wnioski i planował działania na przyszłość. Był uważny, skupiony i zimny, lecz jednak nie do końca, nie tak, jak zawsze. Stało się coś, co zaczęło mu się co raz częściej przytrafiać od... Odkąd? Odkąd pokochał Elenę.

W całym tym harmidrze, gęstwie głosów, mierzwie ludzkiej usłyszał głos. Dziewczęcy głos pełen rozpaczy. Ale przecież zawsze to umiał. Potrafił słuchać, dzielić i nazywać uczucia. Nie potrafił tylko współodczuwać? Zaczynał czuć? Umiał wejrzeć w nędzę ludzką?

– Skoro nie chcesz się do niej przyznać, to daj nam chociaż jeść!

To nie ból w jej słowach zwrócił jednak jego uwagę, ale niemowlę na rękach. Milczące, nieruchome i szare.

– Daj nam jeść.

– W głosie dziewczyny usłyszał obłęd. Podszedł bliżej zaciekawiony. Cały czas jednak pozostawał
w niezauważony w cieniu. Teraz ją zobaczył. Była wychudła, nijaka i z szaleństwem w oczach.

– Jesteś ojcem! – Te słowa sprawiły, że zacisnął mocno zęby, choć nie on był ich adresatem.

– Kogo? Czego? Tego szczura, co go trzymasz przy tym suchym cycku? – odezwał się wreszcie ten,
do którego przyszła.

Jego kompani od kielicha pokładali się ze śmiechu przy stole. Dlaczego ludzie śmiechem urągają niedoli bliźnich w chwilach tak czarnych jak ta?

– Nie pamiętam, pokrako, bym cię kiedykolwiek nawet kijem tknął. – Domniemany ojciec, widząc reakcję wesołej kompanii, postanowił kontynuować okrutną zabawę. – Nie znalazłem kutasa na śmietniku, bym go
w byle dziurę miał wkładać.

Śmiech.

– Dlaczego więc mam cię karmić, pokrako?

– Bo to jest twoja córka! – To nie był już głos człowieka, to był skowyt udręczonego ponad miarę zwierzęcia. – Nie proszę cię o serce, bo widzę, że go nie masz. Proszę cię tylko o jedzenie dla nas.

Śmiech i przekleństwa.

– Ojciec mnie precz z domu wygnał, bo wstydu znieść nie mógł. Wrażliwi jesteście mężczyźni. O, jakże wrażliwi jesteście swoją dumą, samolubstwem swoim. Miłosierdzia w was tyle, co soku w jesiennym liściu. Każdemu wstyd. Wstyd, jak dym, każdego w oczy gryzie jednakowo. Pani mojej też wstyd, więc wygnała z pensji na bruk, jak ojciec. A, że z głodu umieram, po rynsztokach psom z pysków ochłapy wydzieram, to już nie wstyd. To już tylko i wyłącznie moja hańba? A matka moja? Pomnik bezsiły i bezwoli. Słowa na głos za mną wyrzec nie może, bo jej pan, a mój ojciec, zabronił.

Podniosła oczy ku ciemnej powale, a jemu wydało się, że patrzy wyżej, w milczące niebo.

– Boże, dlaczego mnie opuściłeś? Na co ci taki świat? Skoro nie mogłeś lepszego stworzyć świata, to po co żeś ten uczynił? Żeby takim jak ja inni mogli urągać?

Twarze mają nalane, spieczone, z gardeł wycharkują niby śmiech, jakiś rechot żabi. Ani jednego zrozumiałego w ludzkim języku słowa. Stukają kufle, śmierdzi kwaśnym, rozlanym na stole piwskiem, jakieś żarcie stygnie
w cynowych miskach. Zapatrzył się, zamyślił. Nigdy nie postrzegał tak świata. Może w czasach, kiedy był bardzo młody, biedny, w czasach, kiedy był nikim. Ale to było bardzo dawno temu. Wrzask chamski, ordynarny wyrwał go z zamyślenia:

– Won! Córko psa! Wynoś się stąd i nigdy więcej mnie nie szukaj. – Stróżki śliny tego, który to wykrzyczał, poleciały na stół.

Jej wielkie, smutne oczy zgasły. Zupełnie, jakby ktoś w jej wnętrzu zdmuchnął i tak ledwie migoczący płomyk. Stefan Jaszczur już nie raz widział, jak w ludziach ostatecznie gaśnie nadzieja, ale to było w trakcie przesłuchań.

Drgnęła, jakby się obudziła, obróciła mechanicznie na pięcie jak lalka na sznurkach i ruszyła ku wyjściu.
A przecież kiedyś była młoda, zdrowa, jej ciało pachniało mydłem migdałowym i miała wiosnę w sercu.

Ruszył za nią, wyprzedził i wszedł w ciemną sień, zaczekał.

– Dlaczego to robię? – powiedział na głos i nie znalazł odpowiedzi.

Gdy weszła, złapał ją za rękę. Zgięła się, odchyliła twarz jak przed uderzeniem, ale jakoś tak z rezygnacją, bez przekonania.

– Nic ci nie zrobię – zapewnił półgłosem. – Nie bój się. – Włożył jej w dłoń złote monety i zacisnął na nich jej kruche palce. – Za to opłacisz pogrzeb. Wyjedziesz z miasta i wystarczy ci na rok nowego życia. Dasz radę. – Mówił i z każdą upływającą sekundą był coraz bardziej zdumiony tym, co robi.

Nic nie odpowiedziała. Stała tylko z szeroko otwartymi oczyma niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Wypchnął ją delikatnie za drzwi.

– Ktoś za tobą pójdzie i dopilnuje, by nikt cię nie okradł. Nie bój się. To wszystko już się kończy – zapewnił.

* * *

Spotkali się nieopodal stajni. Ciemność była prawie absolutna. Księżyca ledwie ćwierć mrugało na nocnym niebie jakoś tak słabo, bez przekonania.

– Jak tam, wachmistrzu. Jak cię obcy kraj przywitał? Znalazłeś to, czego szukamy?

– Coś tam znaleźliśmy, pewności jednakoż nie mam. – Lebiediew skrzesał iskrę, która rozbłysła w gęstym mroku niczym rozpalony do czerwoności łeb szpilki i odpalił fajkę. Musiał zapalić, żeby ukryć zdenerwowanie. – Nie przesłuchiwaliśmy, wedle rozkazu. Nietknięty on. No to i nie wiadomo, po prawdzie: Któż to taki?

– Dobrze zrobiłeś. Miałem jechać z wami i zobaczyć, kogo tam pochwyciliście, ale inne obowiązki mnie wzywają.

– Wiadomo, służba – przytaknął żołnierz i zaciągnął się dymem, a po chwili pokiwał głową z uznaniem. – Dobry tytoń można tu dostać. Mmm… Smakowitość.

Jego rozmówca zignorował te zachwyty.

– Kto go pilnuje?

– Piętnastu dobrych żołnierzy. Niech pan będzie spokojny.

– Piętnastu? Aż nadto.

– Lepiej dmuchać na zimne. Prawda, wygląda on jak zbój. Oczy ma dziwne... Ale sam jeden jest i w klatce, jak niedźwiedź zamknięty.

– Niedźwiedzie też czasem uciekają z klatek.

Wachmistrz zaciągnął się mocno, zanim wypuścił dym, zamrugał nerwowo. Chciał coś odpowiedzieć, ale nie wyrzekł ani słowa.

– No nie turbuj się, żołnierzu – uspokoił go człowiek w czerni. – Jak zawsze wszystko wzorowo.

– A bo my to pierwszy raz razem, ekscelencjo?

– Powiadasz, zwróciłeś uwagę na jego oczy? – Zainteresował się nazwany ekscelencją.

– Ano. – Lebiediew przytaknął i splunął w ciemność.

– I co żeś tam dostrzegł?

– A bo ja wiem? – odparł zapytany, skrobiąc połamanymi paznokciami po starych bliznach na policzku. – Jakby w nich kto ogniem palił. Tyle, że ten ogień to taki jakby z lodu był. Zimny.

– Coś mi to mówi, tylko, że nie wiem, jeszcze co.

– Gdyby nie było rozkazu, ekscelencjo, że nie możemy go przepytać, to więcej mógłbym rzec. A tak domysły tylko. Polak jeden taki z nami jest. Mógłby za tłumacza, bo ja ichnią mowę to tak nie do końca rozumiem.

– Polak? A kto taki?

– Korda. Jan Korda.

Stefan Jaszczur uniósł gwałtownie otwartą dłoń i nakazał milczenie.

– Nie nazywa się Korda. – Niepokój nim targnął. Mocno. – Słyszałem już to nazwisko przy jakiejś sprawie. Od kiedy z wami służy i dlaczego nigdy go nie spotkałem?

– Dziesięć roków będzie na pewno. – Stary wachmistrz stropił się wielce. – Nie spotkał go Pan nigdy, ekscelencjo, bo też on pierwszy raz z nami na taki proceder wyruszył. A tak w ogólności to on raz jest, raz wyjeżdża i znika na długo.

– Dziesięć lat pod fałszywym, spalonym nazwiskiem w samym sercu imperatorskiej armii. Niewiarygodne. Zdumiewające! Tak, to chyba tylko u nas! – Hamowana wściekłość sączyła się z ust koordynatora tajnych służb Jego Wieliczestwa Imperatora Iwana Palca.

– Wybaczy pan śmiałość. – Wachmistrz przestąpił z nogi na nogę. Bał się gniewu tego człowieka jak ognia. – To jakże on się zwie? Kim on jest?

– Jan Wichary. – Odpowiedział zapytany i dodał, patrząc w pełne gwiazd niebo: – Dawny polski bohater...

– Wichary? – powtórzył Lebiediew. – Podobnie jak ten, którego pochwyciliśmy. Tylko tamto nazwisko jakby z francuska, czy w jakiejś innej psiej, nie słowiańskiej mowie, zniekształcone.

Stefan Jaszczur spojrzał z niemym uznaniem na podkomendnego.

– I on tam jest?

– Tak.

– I wcześniej na proceder z wami nie chodził?

– Nie.

– Jak myślisz, stary druhu, czy to przypadek?

Zapytany nie odpowiedział, zaciągnął się tylko mocno fajkowym dymem i czekał z niepokojem, do jakich wniosków dojdzie ten przerażający człowiek.

– Otóż to! – Stefan Jaszczur aż klasnął w dłonie. – Też tak pomyślałem, że to jednak nie przypadek.
Co dowodzi, że znaleźliście człowieka, którego szukamy. Jestem pełen uznania, wachmistrzu. Wypatrzyłeś to jedno, jedyne ziarnko piasku na szerokiej, piaszczystej drodze.

Lebiediew nadal nie wiedział, co ma powiedzieć. Wypuścił dym, odkleił językiem drobinę tytoniu, która przykleiła mu się do podniebienia, strzyknął śliną i wpatrywał się z rosnącym niepokojem w ekscelencję. Czyżby trafili za pierwszym razem? Czy to możliwe, że wyłowili właściwego człowieka spośród tego całego, poruszonego wojną, ludzkiego mrowia? Ach, gdyby choć raz taki fart w grze w kości. Zaczął jeszcze raz rachować w myślach, z kim zostawił więźnia. I wyszło mu, staremu żołnierzowi, że niemożliwym było, aby ktoś w pojedynkę, nawet z pomocą innego starego wiarusa, mógł dać radę ludziom, których zostawił w starej leśniczówce dwadzieścia mil stąd na południowy wschód. Rachunek był oczywisty, prosty, innego być nie mogło.

– Twoje szare, szczere oczy mówią mi – odezwał się Stefan Jaszczur – że nie muszę obawiać się utraty człowieka zamkniętego w żelaznej klatce.

– Inaczej słowami bym tego nie ujął – odparł wachmistrz i włożył ponownie fajkę do ust, aby choć przez chwilę nie musieć nic mówić.

Jego zwierzchnik pochylił się nad nim. Choć było ciemno, przysiągłby, że koordynator rzeczywiście widzi, jaki jest kolor jego oczu. Był wyższy, dużo wyższy. Cholera! Każdy był od niego wyższy do czasu, aż nie szło na noże. Teraz też miał nóż z tyłu, za pasem. Krótki, ostry jak brzytwa, dobry do walki wręcz. Tylko tym razem był pewien, że nie dałby rady.

– Widzisz, mój stary druhu, jeśli jest tak, jak od kilku chwil myślę – a myśl ta jest bardzo natrętna – to ów stary Polak jest kimś naprawdę wyjątkowym. A jeśli ten, którego trzymacie w klatce, jest jego synem, to twoi zbóje przebywają w tej chwili z dwoma naprawdę frapującymi ludźmi i mam wielkie wątpliwości, kto dla kogo jest zagrożeniem.

– Za przeproszeniem, ekscelencjo, to jest piętnastu zbójów, no może za wyjątkiem pisarza…

– Źle rachujesz, Lebiediew – wtrącił zimno Jaszczur i przekrzywił głowę w bok jakoś tak dziwnie, jak ptak.

Wachmistrz zawahał się i pomyślał o nożu za pasem.

– No i Polaka, ale to zawsze pozostaje trzynastu przeciw dwóm.

– Pechowa liczba, wachmistrzu, nieprawdaż?

Ten nie odpowiedział. Nie umiał tak rozmawiać.

– Ale w istocie, jeśli miałbym wybierać stronę, to wolałbym być razem z twoimi zuchami, niż z tymi dwoma – powiedział z namysłem koordynator. – Dobrze się spisałeś żołnierzu. – Położył mu dłoń na ramieniu. – Zrobiłeś wszystko jak należy, jak zawsze.

Lebiediew wiedział, że jednak nie jest tak, jak być powinno, że koordynator nie mówi wszystkiego, co myśli. Wiedział jednak też, że nikt inny rozsądny na jego miejscu nie zrobiłby niczego inaczej. Uspokoił się nieco, bo w końcu dotarło do niego, że jego przerażający zwierzchnik też tak uważa.

– No, dosyć tych frasunków, stary druhu. – Mężczyzna w czerni uśmiechnął się, a wachmistrz Dwunastego Dragońskiego Starodubowskiego Pułku wchodzącego w skład Dwunastej Dywizji Kawalerii Armii Imperium Rosyjskiego Iwan Lebiediew dziękował w myślach Bogu, że jest ciemno i nie musi tego uśmiechu w pełnej krasie oglądać – Pójdźmy, posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia ten, który obserwował nas w ukryciu.

* * *

– Niemożliwe, żeby aż tak się zmieniła w niespełna rok – pomyślał rozpinając spodnie. – Teraz nawet kijem bym jej nie tknął. Głupia krowa.

Swoją drogą to nieźle musiał się postarać, by zaciągnąć ją pod pierzynę. Ważne są dobre obietnice. Jak mawiali jego koledzy, istotne jest obiecywać tak, żeby wydawało się jej, że rzeczywiście, to co mówi, jest na wyciągnięcie ręki. Przeszkody owszem są, ale nie takie, których nie można pokonać. Wspólnie.

Uśmiechnął się na wspomnienie tych kilku schadzek. Kręciło mu się w głowie. Za dużo piwa wypił dzisiejszego wieczoru. Żona znowu będzie gderać nad ranem. A ranek już całkiem blisko. Przymknął powieki. Poddałby się chętnie tej błogiej, leniwej senności i przysiadł gdzieś na ziemi, oparł o płot i zdrzemnął do rana.

Tak sobie myślał młody mistrz kaletniczy Jędrzej Szydło, nieświadomy tego, że żadnego poranka w jego życiu już nigdy nie będzie.

Zimna była to noc. Burza szła gdzieś z oddali z głuchym pomrukiem – zapowiedzią szumnej ulewy. Zapiął guziki u rozporka, wytarł dłoń o spodnie, przygładził długie, trochę zatłuszczone blond włosy i czknął głośno. Odwrócił się plecami do ściany jakiegoś domu, na którą właśnie był oddał mocz. Pusto było na ulicy.
Ni człeka, ni psa, ni kota włóczykija. Późna pora, cicha pora. Ruszyłby już przed siebie, lecz coś go zatrzymało. Ciekawość, czy też może trudny do racjonalnego wyjaśnienia niepokój?

Po drugiej stronie ulicy, tuż obok latarni, niczym przyklejony do smolistej plamy cienia, ktoś stał. Człowiek?
A któż by inny jeśli nie człowiek? Wysoki, w ciemnym odzieniu i zdaje się zupełnie łysy.

Poczuł się nieswojo. Zimny dreszcz przebiegł mu po ciele od krzyża do karku. Strach spętał mu nogi i zacisnął szczękę, kiedy zorientował się, że obcy przypatruje mu się intensywnie. Stał bezbronny, niewładny ruszyć z miejsca, nawet wtedy, kiedy spostrzegł, jak tamten wyszedł z mroku i ruszył ku niemu szybko, nie wydając przy tym żadnego dźwięku.

Poderwałby się do biegu, do ucieczki wstydliwej i niehonorowej. Biegłby ile sił w nogach, zdzierałby pięty aż do krwi, wciągałby zimne powietrze do młodych, silnych płuc i gnałby przez ciemne ulice do domu,
do żony, do dzieci. Zrobiłby to, lecz nie mógł. Nic już nie mógł, gdy nieznajomy mężczyzna o gadzim wejrzeniu spojrzał mu w oczy. Nie potrafił nawet krzyczeć, kiedy ten straszny ktoś pochylił się nad nim, położył mu niemal z czułością ciężkie jak żelazo ręce na ramionach i przycisnął do ziemi tak mocno, że aż ugięły mu się kolana. Cichą przestrzeń ulicy wypełnił głuchy, ohydny, przyprawiający o dreszcz dźwięk, przesuwających się pod skórą kości, kiedy człowiek w czerni urósł jakby, wyciągnął mocno szyję i  nienaturalnie szeroko otworzył usta pełne trójkątnych, ruchliwych, ostrych jak błysk noża zębów. Jędrzej Szydło mistrz kaletniczy, nieprzykładny mąż i ojciec krzyknął dopiero wtedy, gdy odgryzano mu głowę. Ale to było zbyt krótko, zbyt cicho, by wzbudzić czyjeś zainteresowanie.

Nie trzasnęła żadna okiennica, drzwi, nikt nie wyjrzał na ulicę. Ni człowiek, ni pies, ni kot włóczykij.
Gapił się tylko księżyc, dobry powiernik tajemnic, ale i jego w końcu przykryły gnane burzą ze wschodu chmury o barwie ołowiu.

Dział: Opowiadania
wtorek, 23 styczeń 2018 07:21

Piotr Żamojda - Wojna przyszła

A co ono jest, to słońce, i czego tak smali? - zastanawiał się Wojciech Drewniak, siedząc na ławce pod szczerbatym, pozieleniałym od wilgoci i starości płotem.

Czy jest dziurą w niebie, za którą nic tylko ogień? A może lampą od Pana Boga ludziom i wszelkiemu stworzeniu daną, aby mroki i zło wszelakie na pół dnia ze świata wyganiać i kształt rzeczom nadawać?
Wolno obracały się dzisiaj koła, trybiki i tuleje, kiepsko kręciły wały i przesuwały na wątłych osiach myśli niespieszne w skołatanej alkoholem głowie. Zgrzyt jakiś niemiłosierny skrobał po umordowanym bimbrem czerepie. Coś tam we łbie terkotało. Ale co? Bóg tylko raczył wiedzieć z czego taki tęgi umysł jak Wojtkowy był skonstruowany. Kto by przeniknął dwie albo i więcej stóp mułu myśli zaległych i nieporuszonych?
A jeśli to sam Bóg patrzy przez ono słońce na świat, to jakże tak twarz na nie podnosić, palcem pokazywać, albo szczać w szczerym polu z przyrodzeniem skierowanym w Jego stronę?
Słońce jak rozbite jajco na rozpalonej patelni, a kolor jego jak niezakwitłe jeszcze mlecze na wiosennej łące.
Dawno jadł Wojtek smażone jajko. Oblizał suche, spierzchnięte wargi, przejechał językiem po rudych, przydługich wąsiskach. Zamlaskał tęsknie. Ostatnią kurkę - tę ładną dropiatą – jastrząb,skurwysyn porwał.
Pies się przyplątał. Burek czy Borsuk? Nie mógł sobie Wojtek przypomnieć jego imienia, bo też i nie zaprzątał on prawie nigdy swym istnieniem Wojtkowej głowy. Z łańcucha, swołocz, znowu się zerwał.
Burek, czy może jednak Borsuk, zamachał kikutem ogona i niepewnie popatrzył na swego pana, zapiszczał cicho i zwrócił łeb w głąb drogi biegnącej przez wieś. Lękliwy był z niego pies i Wojtek nigdy nie był w stanie pojąć tej bojaźni. Wszak miał być zły! Zwłaszcza po tym jak odrąbał mu ogon. Dziad rąbał, ojciec rąbał, on rąbał! Całe pokolenia psich ogonów odrąbano w ostatnim obejściu we wsi Rozstaje. Nigdy nie dawał ten okrutny proceder oczekiwanego rezultatu, jednak trzymał się uparcie i bezrozumnie lud tutejszy tej tradycji jak rzep Burkowego grzbietu.
– I co tak pysk nadstawiasz, ślepiami wiercisz? - zaskrzeczał Wojtek przez zaschnięte usta. - Żreć nie dostaniesz, sam coś znajdź. Pożytku z ciebie żadnego, tak jak i z kota próżniaka, któren ino by się na przypiecku wylegiwał. Ni to wydoić, ni kiełbasy z tego zrobić. Tfu! Zaraza.
Zapatrzyło się bure psisko na swego pana i zdawało się słuchać ze zrozumieniem i pokorą wyrzutów o sens i pożytek ze swego istnienia. Jaki obraz człowieka odbił się w ciemnych psich oczach? Pies tylko to wiedział, a ludzkiego umysłu jak zawsze to nie obchodziło. Nie pojmował Borsuk czy Burek, po co jest na tym świecie i choć smutne było to życie, to zwyczajnie chciał żyć. Dzisiejszego poranka poczuł zbliżający się chłód śmierci pewnej i nieodwołalnej. Nic ludziom nie był winien, za nic nie był wdzięczny, jednak przyszedł wiedziony głupią psią wiernością, której nie potrafiły zabić ni głód, ni świst siekiery.
– Rusz się z tej ławki pijaku, panie, chłopie głupi i okrutny. Ratuj swoje dzieci maleńkie, żonę tak wredną jak i bezdennie głupią. Otwórz chlew i wyprowadź jego smutnych mieszkańców. Uciekaj do lasu tak, jak i ja to zaraz zrobię, człowieku!
To wszystko wypowiedział pies do swego pana, kiedy był jeszcze czas i można było los odwrócić. Ale któż by psa zrozumiał? Bo przecież nigdzie psiej mowy nie uczą. A bo i po co? Kto miałby czas na durnoty, kiedy pańszczyzna od świtu do wieczora, czynsze w postaci czterdziestu groszy z łanu na św. Marcina, daniny w pięciu korcach owsa takoż z łanu, korzec dla plebana, kolendy, no i co dziesiąty snop z pola także dla kościoła. Może gdyby tak Wojtka głowa nie bolała, zrozumiałby coś z tego psiego gadania?
– Poszedł won! - Wojciech pochylił się na ławce, udał, że szuka kamienia - odwiecznego pośrednika w rozmowach głupca ze słabszymi od siebie. Gdyby był takowy na wyciągniecie ręki, to byłby i cisnął nim, a tak udał tylko, wziął zamach i to wystarczyło. Odszedł Burek czy Borsuk bez żalu, nie oglądając się za siebie. Zakręcił burym kikutem ogona i zniknął z Wojtkowych oczu.
Droga, która wiedzie przez Rozstaje, nie ma początku i nie ma też końca. A tak jest szeroka, że dwa wozy z sianem spokojnie się na niej miną i obejdzie się bez wyzwisk woźniców i smagania batem. Nie wiadomo, gdzie jej kres. Może dziedzic to wie, albo ksiądz w szkołach uczony umiałby na mapie się rozeznać, co jest na obu jej końcach? Wiadomo, czy tam, gdzieś hen, to aby człowiek jeszcze mieszka, czy może już nie człowiek? Tylko po co ona taka bezkresna? Po co w świat wiedzie? Wszak coś może przyjść tu ze świata, zwalić się na głowę? Prawda? Prawda.
Jak długo będziesz patrzył się w taki bezkres drogi, to prędzej czy później, coś zobaczysz na horyzoncie. A po co tak wyglądać? Jeszcze diabła zobaczysz, a on zobaczy ciebie. I co wtedy?
Dziadek spotkał kiedyś diabła, jak był młody, nim jeszcze do wojska poszedł, nim mu to wojsko i świat daleki nogi nie zabrało. Lubił o tym opowiadać, szczególnie zimową porą, kiedy ciemność szybko na świat przychodzi, a spać jeszcze się nie chce i wszyscy są w chałupie. Nauczył się tej opowieści Wojtek na pamięć. Słów wszystkich, które stary wypowiadał, po prawdzie, nie rozumiał, ale podobała mu się ona czasem bardziej niż wojenne historie, choć strachem go za każdym razem przejmowała nadzwyczajnie. Nikt zresztą dziadka, kiedy z wojen w świecie wrócił, pojąć w pełni nie był w stanie. Świat daje i zabiera, a czasem tylko zabiera, nic w zamian nie dając. Dziadkowi nogę zabrał. I na co komu tam w dalekich krajach chłopska noga, krzywa i bosa? Dał w zamian słowa, ładne, gładkie, ale i obce, takie co to tylko ksiądz zna albo jaśniepan. Od takich słów to świat w izbie, czy obejściu wydawał się czasem większy, bardziej kolorowy, ale i nieswój niekiedy. Dom jest prawdziwym domem, a wieś własnym miejscem na ziemi, kiedy zna się nazwy wszystkich rzeczy i zwierząt w zasięgu wzroku. Że o imionach ludzi nie wspominając.
W noc lipcową, powiadał, wracał z pijatyki, właściwie to z targu, bo go jego ojciec z wieprzem na sprzedaż wysłał. Wiadomo, sprzedał żywinę, grosz ładny wpadł do kabzy, wypić trzeba. Jakże nie wypić? Wracał tedy bardzo handlem strudzony, senny mocno, drogą wedle cmentarza. A nijak ścieżki prosto go nie wiodły.
– Przysiądę gdzie sobie, zdrzemnę się chwilę, to i nogi lepiej do domu poniosą. - Jak pomyślał, tak też uczynił.
Na rozstajach, za cmentarzem, jeszcze pół wieku temu nazad, szubienice stały. Kto je tam postawił i kto na nich wisiał? Nikt tego już nie pomni. Usiadł – myślał - pod drzewem, ale pień jakiś taki dziwnie równy, kanciasty i zimny nieprzyjemnym dreszczem po plecach go zmacał. Skrzypienie dziadek jął słyszeć nad głową. Podniósł wzrok, a tu sznur gruby z pętlą na końcu pod sam nos mu z wysokości zjeżdża! Wszelki włos, co był skórę dziadka porastał, zaraz na baczność stanął!
– Co to jest prawdziwy strach - powiadał wiele lat później - to ja wtedy właśnie poznałem. Na wojnie owszem, też się człowiek bał, ale wtedy wiedział, czego się lękał: bólu i śmierci. A to był strach o duszę, inaczej tego nie umiem ująć, lęk przed męką bez końca. Poczuł był dłoń na ramieniu, zimną i twardą, która to dłoń, gdy chciał się poderwać z ziemi i uciec, na miejscu go mocno osadziła.
– Czas już na ciebie, Macieju – usłyszał nad uchem głos słodki i natarczywy. - Tu jest papier na śmierć twoją w niemieckiej mowie spisany.
– Jak to na śmierć?!
– Ot tak, zwyczajnie.
– To tutaj stoi, że mi śmierć na tę noc lipcową zapisano?
– Tak jest, zbieraj się.
– A kto tak zasądził i za jakie winy?
– Pan nasz w największej głębinie. On zna wszystkie twoje grzechy i one na tym papierze są spisane.
– A kto by tam zrozumiał niemiecką mowę? A tym bardziej ichnie pismo rozczytał? Skąd mnie wiedzieć, czy to nie łgarstwo jakieś?
– Proces był poważny, w przytomności niemieckich sędziów odbyty. Prawda, że zaocznie przeprowadzony, ale cóż...
Coś dziadka tknęło:
– Poważny proces, powiadacie?
– Bez dwóch zdań.
Zafrasował się dziadek nie na żarty. To już odchodzić z tego świata, kiedy jeszcze się w nim na dobre nie rozsmakował? Prędki miał on jednak pomyślunek. Nie ma co. Posapał, postękał, po głowie się podrapał i rzekł:
– Mam ja jeszcze jeden grzech, o którym nie śmiałem nawet księdzu wyznać na spowiedzi. Grzech, za który niechybnie diabli duszę w pełnym prawie do piekła porywają. Choćby sam święty Piotr był się za człowiekiem wstawiał, nie ma odeń odwołania.
Zadrżał jakby z obrzydzenia i strachu smoluch czarniawy na dźwięk apostolskiego imienia, ale zaraz rzekł:
– Nadstawiam ucha.
– Wyznać mam jak na prawdziwym sądzie?
– W rzeczy samej. Świadków wprawdzie nie mam, ale skąd tu wziąć Niemca na takim pustkowiu?
– No to nadstawcie ucha, panie sędzio czarny.
– Słucham.
– Ja, Maciej Drewniak wyznaję... w Imię Ojca, Syna i Ducha Świętego...
Huknęło coś gromko! Targnęło powietrzem. Załopotała czarna kapota, stuknęły głucho kopyta o ziemię i czorta nie było.
Tak to niegdyś ojciec ojca opowiadał. Prawda, że co i raz inaczej ta opowieść w niektórych miejscach wyglądała, ale kto by tam teraz wiedział, jak to było naprawdę? Kto kłam dziadkowi zadawał, to go stary do diabła odsyłał, co by się wszystkiego u samego Belzebuba dowiedział.
Mimo swej niepokojącej nieskończoności, trzeba przyznać, dobra jest ona droga. Tu i tam trochę nierówna, są w niej i kamienie, których nikt z niej nie wyrywa, a na których wóz się przechyla. Korzeń drzewa tu i ówdzie tak ją rozrywa, że przewrócić się łatwo. Kurzy suchą porą, aż nos zatyka, a na wiosnę w roztopy buty można w błocie zostawić. Oczywiście, jeśli ktoś akurat ma parę butów w chałupie. Stąd się w świat, jak pan zezwoli, dzieci do szkół wypuszcza. Drogą idzie się w pole, do kościoła, do karczmy, wreszcie drogą wiozą na cmentarz. I każdy może z niej korzystać: dzieci, baby, wyrostki, krowy, gęsi, nawet pies powsinoga z rzepem u ogona – jeśli takowy jeszcze posiada.
Na pole, do kościoła i na jarmark powinny wieść wszystkie drogi tego świata. Każdy znałby swoje miejsce na świecie. Nikt by wtedy nie błądził.
Święta Regina jesień zaczyna. Powtarzane niegdyś przez ojca przysłowie nagle pojawiło się w jego głowie. Czas zalotów, swatów, w końcu czas wesel. Pogasły wczoraj świece na ołtarzu w trakcie zaślubin. Na śmierć to? Tacy młodzi! Jasnowłosa córka Żórków nie ma jeszcze szesnastu wiosen. Jasiek Grzyb ledwie osiemnasty rok skończył. Jakże tak? Cały kościółek nabity ludźmi po brzegi struchlał, wstrzymał oddech, księdzu na chwilę jakby słów zabrakło. Zjedli kostkę cukru po wyjściu z kaplicy na słodkie życie. Co z tego, że słodkie, kiedy wróżba wskazała krótkie? Jaki to wiatr na mszę zawitał i płomyki podusił? Jak na stypę siadali wszyscy wczoraj do stołów. Ale i padali potem pod stoły jak na dobrym weselisku. Bo dobre jednak było to weselisko. Gorzałka, matka pocieszycielka, przegoniła precz frasunek. Ale i też rozum. A dzisiaj łeb pęka!
Pali to oko na niebiesiech, a świat zda się plecy stare do grzania nadstawia. Nieruchawy dziś ten świat, jakby czekał na coś. Nie, świat na nic nie czeka, świat jest obojętny. On po prostu jest i tyle.
Smali ono słońce tak, że aż dym zdaje się czuć w powietrzu. Cichuśko. Ptaszkowie zacichli. Czy też to harmider taki, że świata bożego nie słychać? Gdybyż tak głowa była wódką nie sterana, usłyszałby może Wojtek coś więcej. Poznałby znaczenie ciszy nagłej, co aż dudni od zdarzeń gwałtownych, które jeszcze nie nadeszły, ale już się kształtują, czekają na granicy między niebytem a rzeczywistością.
Droga, zdaje się Wojtkowi, drży. Czuje to pod bosymi stopami. Dudni jakby tysiącem ludzkich kroków i tysiącem końskich kopyt. Ale ile to jest tysiąc? Kto by to wiedział, zliczył? Na pewno nie Wojtek. Głucho dźwięczy sucha ziemia, jakby bęben wyrósł w środku chłopskiej głowy i jął twardo i zapamiętale wybijać rytm: Bum! Bum! Bam!
– Ach! Przestań że! - krzyczy Wojtek w błękitne obojętne niebo i wszystko naraz się kończy. Dźwięki, ziemia, powietrze, słońce, wreszcie droga się kurczy i zwija w niebyt.


*

– Strasznie to słońce pali, panie wachmistrzu – powiedział, mrużąc blado niebieskie oczy, Anatol Sorokin starszy szeregowy Dwunastego Dragońskiego Starodubowskiego Pułku wchodzącego w skład Dwunastej Dywizji Kawalerii Armii Imperium Rosyjskiego. - Chłopów będziemy mordować... -dodał, już bez związku z pogodą.
– A tobie co za różnica, chłop czy jaśniepan? - odrzekł zapytany i zamknął zwrócone w stronę słońca oczy.
– Jeszcześmy niedawno turków rżnęli, a teraz... Przecież to nie wojsko. Rzymskiego wprawdzie oni wyznania, ale jednak Słowianie.
– Pierwszy raz niewinnych będziesz rżnął? - Wachmistrz Iwan Lebiediew niechętnie odwrócił starą poznaczoną bliznami twarz od słońca i skierował spojrzenie swoich szarych, zmęczonych oczu na wielkiego jak góra żołnierza. - Sumienie w tobie na stare lata się obudziło?
– Który raz to już będzie, to ja nie zliczę, bo i po prawdzie za bardzo rachować nie umiem. Ale ja z chłopów do armii wzięty.
– Jak my wszyscy.
– Tylko ja już nie pomnę, jak mój dom rodzinny wygląda i czy on jeszcze jest. Za każdym razem, gdy stoimy pod taką wsią, myśl mnie jednaka nachodzi, że może w tym samym czasie takie wilki jak my, gdzieś tam na popiołach mojej rodzinnej chałupy do księżyca wyją.
Lebiediew zmierzył wzrokiem od stóp do głów podkomendnego. Zadarł wysoko głowę i nawijając wymownie siwy wąs na powykrzywiany niegdyś od mrozu palec, rzekł:
– Słuchaj, Sorokin, za takie gadanie szyję pod topór położysz!
– Wesele wczoraj tam było...
– No to dzisiaj będzie pogrzeb!
– Na poprawiny bym wolał, nie jako grabarz. - Sorokin przestąpił z nogi na nogę. - Jeszcze ten rozkaz pokrętny. Jakże tak dzieci po wioskach wyłapywać? Sieroty. Dziewczynki. Na śmierć, czy jeszcze gorzej? Na zepsucie?! Tfu! Hospod' Boh nas skarze. Matier Boża twarz od nas odwróci.
Lebiediew, gdyby nie pokaźne ubytki w jamie ustnej wynikłe z licznych w czasach młodości bijatyk i złego wojskowego żywienia, jął by pewnie donośnie zgrzytać zębami, ale że takowych posiadał niewiele, zacisnął na chwilę szczęki. Zaraz potem wycedził, patrząc głęboko w szczere oczy podkomendnego:
– Boga się boisz? Czyjego? Ich czy naszego? Matier Boża Kazańska mocniejsza od, Częstochowskiej!
– Bóg jest jeden! Ten sam ich i nasz. I Matier Bożaja jedna! - odrzekł hardo Sorokin.
– O, widzieliście go?! Teolog frontowy! Jeden, ale akurat tych tutaj dzisiaj nie lubi. A w ogóle, to zawrzyjcie gębę, starszy szeregowy. Ty mnie tu Matką Boską sumienia, jak cierniowym kolcem, nie bodź. - Dowódca skierował palec w pierś Anatola Sorokina i tknął go mocno w jej środek. Jakaś łza, czy może raczej kropla wilgoci - przecież starym żołnierzom dawno już obeschły wszystkie łzy tego świata – zebrała mu się w kąciku oka.
– O czym my mówimy? Weź się w garść, Anatol. Ten jeden raz. - I tknął go po raz wtóry krzywym palcem w szeroką pierś, jakby chciał w nim serce, a wraz z nim czucie świata zatrzymać. - I jeszcze następny, jak przyjdzie taka powinność.
Sorokin nic nie odrzekł. Stał tak tylko jak pomnik niemocy, kukła do tykania, symbol bezsiły.
– Siadaj na koń, druhu. Pojedziemy w obcy kraj... Dobra droga biegnie przez tą wieś. Jakby w sam raz dla naszych koni. - Lebiediew uniósł w górę wyprostowaną rękę. Po chwili pięćdziesiąt par oczu pochowanych w zakamarkach bukowego młodnika skupiło się na krótkich gestach dowódcy. Pięćdziesiąt szabel zaszurało w pochwach, pięćdziesiąt końskich grzbietów przyjęło na się jeźdźc. Tylko kilka koni zachrapało. Chwilę później rozległ się długi, donośny gwizd i spośród szarych, smukłych pni wychynęła śmierć.


*

Drzewa. Tu i ówdzie buki, samotny dąb i rzadki jawor pobieliły się przędzą babiego lata. Zadumane, nieruchome i nieme, jak smutne panny w potarganych welonach, z wielkimi oczami, w których zebrały się łzy całego świata. Ciemnozielony bluszcz oplata im łydki, mocno, z czułością, a dereń i dziki bez czarny sypią im pod stopy dojrzałe owoce. Ciemno wszędzie.
Woda w leśnym jeziorku jest nieporuszoną taflą mroku, przywodzi mi na myśl wyjęte z ram i rzucone na leśną polanę zwierciadło czarnoksiężnika. Nieopodal, na prawym brzegu, słońce rozmywa gęsty cień, żółci się w kwiatach nawłoci i gdzieniegdzie rozbłyska złotem w płatkach jastrzębca.
Jest mi osobliwie zimno.
Dojrzewa żurawina, opadają z leszczyn pyszne orzechy, gniją w ściółce jagody borówki czernicy, wybujały gromadnie opieńki na gałęziach, pniach i korzeniach. Nigdzie nie dostrzegam tropów leśnych zwierząt. Nawet owady zagrzebały się gdzieś głęboko w ściółce. Tylko ślady ludzi. Głucho wszędzie.
Albireo chrapie i podnosi łeb, strzyże uszami, jej grzbiet staje się wklęsły. Jest gotowa do ucieczki. Prowadzę ją do przodu, kieruję jej nos do góry i wewnątrz. Kara klacz krzyżuje tylne nogi. Stoimy. Luzuję lewą wodzę.
– Spokojnie, maleńka – mówię jej do ucha i klepię delikatnie po szyi. - Ja się nie boję, a taka duża i groźna dziewczyna jak ty, tym bardziej bać się nie powinna.
Chwilę trwa, nim udaje mi się ją trochę uspokoić. Zsiadam i przywiązuję zwierzę do uschniętego pniaka.
– Skoro nie chcesz napić się wody, to zaczekaj tu grzecznie ślicznotko, poskub trawkę, a ja się chwilę rozejrzę.
Nieopodal, kilka kroków od brzegu wody, czernią się płaskie i rozmyte przez deszcz dwa kręgi po wygasłych ogniskach. Żadnych niedopalonych gałęzi. W odciśniętych w darni śladach kopyt, kół i ciężkich, podkutych butów stoi jeszcze woda. Dwa wozy, każdy zaprzęgnięty w cztery ciężkie, zimnokrwiste konie. Dziesięciu ludzi w siodłach. Podążam za nimi już od dziesięciu dni i nigdy nie byłem jeszcze tak blisko! Nie jadą głównymi drogami w obawie przed wojskiem. Wykorzystują głównie leśne dukty i drogi, którymi chadzają tylko zbóje i wszelkiej maści przemytnicy.
Podnoszę z ziemi na wpół ogryzioną kość jagnięcia i odgryzam kawałek upieczonego na ognisku mięsa. Byli tutaj wczoraj wieczorem. Dla pewności biorę w dłoń w wygasły popiół, a potem rozcieram w palcach końskie łajno. Zbierali się w pośpiechu. Nie dokończyli wieczerzy. Dziwne, że tych kości nie ogryźli jeszcze leśni padlinożercy.
Ślady stóp, tam gdzie stały wozy, przyprawiają mnie o szybsze bicie serca. Dzieci! Niewiele z tego odczytam. Wszystko jest zadeptane i rozmyte przez deszcz. Idę dalej kilka kroków poza obozowisko. Gdzieś tutaj musieli wyprowadzać je za potrzebą. Chodzę wśród krzewów leszczyny i wybujałej zgniłozielonej paproci. Rozglądam się jakiś czas. Z wozu wyszło przynajmniej kilkanaścioro. Przynajmniej połowa z nich choruje.
Klacz znowu zachowuje się niespokojnie. Wołam ją po imieniu i wracam na miejsce obozowiska. Na brzegu, w rozmokłej, gliniastej ziemi widzę odbicia stóp. Innych niż reszta, dużych i bosych. Może ktoś chciał ochłodzić nogi w wodzie? Nic w tym nadzwyczajnego, jednak...
– Osobliwe! - mówię na głos, a brzmię chropawo i niepewnie w tej przejmującej głuszy.
Wygląda to tak, jakby ktoś wyszedł z wody, nie wchodząc do niej wcześniej. Hmm. Tam do licha! Nie ważne.
Kieruję wzrok na staw. Jest jak niczym nie zmącona tafla ciemnego szkła. Wiatr ustał zupełnie. Nie uganiają się tu okonie za wodną drobnicą, nie gniazdują tu kaczki, ni perkozy, nie ma tu żadnej szuwarowej skrzydlatej braci. Staję nad samym brzegiem i zaglądam w ciemną toń. Niepokojące. Stroma wodna grań i bezdenna, jakby martwa otchłań. Jest w tym jakaś dojmująca samotność.
Gapię się już jakieś dwa pacierze i nie mogę oderwać od niej oczu. No przecież mogę! Nie nie mogę... Dziwne, ale wywołuje to we mnie uśmiech. Mam wrażenie, że ta głębia mnie zauważyła. Że patrzy we mnie, że coś z niej wychodzi. Krzyk utopiony w wodzie, zastygły i niemy. Niemożność. Śmierć i niewola duszy. I coś jeszcze, ale tego nie potrafię nazwać. Wrażenia nagłe i głębokie, przelatują mi przez głowę. Skąd to wszystko, z taką siłą? Dlaczego jeszcze tu stoję?
Gdzieś w oddali drozd śpiewak krótko i ostro woła: „chook”, „chook”. Ostrzega tylko raz i milknie. Teraz uświadamiam sobie, jak przejmująca jest ta cisza! Jakby wszystko wkoło czekało na coś, na kogoś w strachu i napięciu.
Bańka powietrza unosi się gdzieś z dalekiego dna i pełna napięcia zmierza ku powierzchni. Za nią płynie druga i trzecia. Czuję na policzkach, jak się budzi wiatr, delikatny i zimny. Z ciemnej szmaragdowej głębiny sunie ku niebu wielki pęcherz powietrza. Jakby ktoś na dnie odwalił grobowy kamień. Coś poruszyło się w głębinach. Strach! Co to będzie?
Chciałbym iść, biec, uciec stąd jak najprędzej. Lecz nie ma woli w mych nogach. Nie ma woli w mych rękach. To jest leże drapieżnika! Wodnik!
– Nie ma tu już wodnika! - Obcy, nieludzki głos rozlega się w mej głowie. Lepkie jak szlam słowa gną mi kolana. - Pożarłem go w jego legowisssku.
Sopel lodu wbił mi się w mózg.
– Witaj, sssłodki. Jakie to było proste, nawiązać z tobą kontakt. Zdumiewające, jak bardzo jesteś otwarty na świat, ten drugi, ukryty.
Czuję go w głowie.
– Wchodzę w ludzki mózg jak pleśń na kromkę chleba. Dotknę choćby trochę, a już jest tylko dla mnie. - Mam wrażenie, że uśmiecha się, gdzieś tam w brudnozielonej toni, jak wilk z baśni nad jagnięciem.
Albireo szaleje za moimi plecami. Rży przeraźliwie i wali kopytami w ziemię. Głuche, histeryczne dudnienie końskich kopyt jest jedynym fizycznym dźwiękiem, jaki tu słychać. Słyszę trzask pękających rzemieni. Uciekła!
– Czuję szybkie bicie twego ssserca – odzywa się znowu. -Myśli już mkną ci przez głowę, jak stado oszalałych koni. Może zwariujesz, nim odgryzę ci głowę, a wcześniej spojrzę w oczy? Bo widzisz, karmię się też strachem. Najbardziej jednak lubię wypijać ludzi do ostatniej kropli krwi. Głód mnie trawi nieustannie.
Miecz na moich plecach ciąży obietnicą wolności. Tylko w rękę brać! Jakaż niemoc! Jakiż niefart. Tutaj wszystko skończy? A moje dziecko?!
– Gniew! Przyznam, że to przyjemna odmiana – syczy mi we łbie. - To uczucie też dobrze sssmakuje... - Złość? Złość jest zabawna.
– Sięgnij głębiej.
– Nie przeceniaj się – odpowiada. - I myślisz, że co tam znajdę? Czarne, zatrute myśli, albo może twoje drugie, szczerzące zęby, złe ja? Nic z tego.
– Kim, czym jesteś?
– Strachem, głodem, morowym powietrzem, nędzą ludzką. - Czarny cień wielkości dorosłego człowieka jest tuż pod powierzchnią. - Jestem wszystkim. Zepsutą krwią w żyłach, mikrobem dżumy, nienasyceniem. Znam wszystkie składowe mego jestestwa, lecz nie zastanawia mnie moja natura. Jestem, bo jestem. To wszystko.
Wynurzył się z cichym pluskiem i zawisł w powietrzu dwie stopy na lustrem jeziora. Woda obficie cieknie mu z czarnej kapoty i z czarnych, mocno przykrótkich spodni. Spływa po dużych, bladych ludzkich stopach jak z wyżymanej, stęchłej szmaty. Sunie ku mnie powoli. Palce jego dłoni są długie i smukłe, a paznokcie połamane i brudne. Podnoszę wzrok i widzę oblicze człowieka bez kropli krwi pod białą skórą. Trup! Oczy ma szkliste, ciemnobrązowe i bardzo świadome. Czarne łzy żłobią mu policzki.
Umrę na kolanach? Jestem symbolem bezsiły. Czuję, jak gniew ustępuje panice.
– Na próżno cały twój wysiłek.
Uśmiecha się. Zęby! Jakież on ma zęby!
– Kiedy już do cna ogryzę z mięsa twoje kości i ssskosztuję twego szpiku, z twoich gnatów zrobię czarci flet dla leśnych wiedźm.
Pochyla się nade mną, a jego oddech jest jak otwarta trumna.
Nie dam rady. Przepraszam, córeczko!
Krzyczę bezgłośnie nie do tego czegoś, a do leśnej gęstwiny, do pomazanego błękitem nieba, do świata, który gdzieś ucieka, który przestał się mną interesować. Widać, uznał, że wszystko, co miałem mu do zaoferowania, już mu dałem.
Czy można rozpoznać i nazwać dźwięk w ćwierć sekundy? Czy można odzyskać nadzieję, gwałtownie, nim ziarnko czasu odmierzy się w klepsydrze?
Strzała uderza go prosto w pierś! Mocno. Szarpie nim. Gwałtownie obraca się wokół własnej osi rozpryskując setki kropel wody. Jego bezwładne już ręce przywodzą na myśl skrzydła wiatraka. Widzę w jego oczach zdziwienie, a po chwili jakby zrozumienie. Patrzy na mnie i mówi:
Ty! Ty jesteś...
Niemoc, która trzymała mnie w garści, pęka jak napięty powróz. Miecz wychodzi z pochwy szybko. Bardzo szybko! Gniew kieruje moim ramieniem, jestem furią i uwolnionym krzykiem! Jego łeb spada do wody pierwszy, a potem jak rzucony do stawu bezgłowy strach na wróble, korpus. Martwa woda bezgłośnie zamyka się nad nim.
Padam na plecy i nie interesuje mnie, w tej ciężkiej jak ołów chwili, kto wyjdzie zza drzew. Drżą mi ręce, a nogi głucho i spazmatycznie uderzają o mokrą darń. Po kilku niespokojnych uderzeniach serca odzyskuję jednak kontrolę nad ciałem. Krew pociekła mi z nosa.
Kroki są miękkie, prawie bezszelestne. Za to głos dźwięczny i donośny:
Boże w niebiesiech i wszyscy święci! Czy to naprawdę koniec? I po co to wszystko? Kto mi to wytłumaczy? Tyle śmierci.
Stoi odwrócona do mnie plecami i patrzy na wygładzającą się na powrót powierzchnię wody. Kręci głową. Unosi dłoń do czoła i czyni znak krzyża. Odwraca się.
Można by rzec: Jakie ładne zestawienie kolorów. Sięgające ramion włosy mają barwę jesiennych kasztanów. W ich załomach... Czy to okruchy bursztynu, czy może tlące się niemrawo płomyki zachodzącego słońca? Oczy ma zielone, duże. Błyszczy w nich smutek i znużenie. Ładne, pełne usta wyginają się w coś, na kształt uśmiechu. W obu dłoniach ściska łuk. Rzekłbyś: Artemida. Piękna i śmiertelnie groźna. Nieskutecznie próbuje zdmuchnąć przylepiony do piegowatego nosa przepocony kosmyk włosów i mówi:
Nigdy nie widziałam, by ktoś tak szybko dobył miecza.
Nie wybrzmiała jeszcze na dobre chwila, w której uratowała mi życie, a pierwsze słowa, które do niej kieruję, są kłamstwem. Drobnym, liczonym na dobry efekt, ale jednak kłamstwem:
Nie znam drugiego łucznika, który byłby zdolny oddać taki strzał. Uratowałaś mi życie – dodaję już jak najbardziej szczerze. - Sercem dziękuję, dobrodziejko.
Patrzy mi w oczy, wydyma kpiąco dolną wargę. Malinową, dojrzałą i kształtną. Czyż nie jest to osobliwe, że w takich chwilach, gdzie jeszcze przed momentem śmierć za poły płaszcza mogłeś uchwycić, słodki smak konfitur czujesz na języku?
Jednak coś mi nie wyszło.
Ejże! Nie mów do mnie jak do starej ciotki, dobrodzieju. Będziesz tak leżał, jak zewłok jakiś, czy się podniesiesz? Nie nawykłam rozmawiać z ludźmi z takiej perspektywy.
Chwila jest wyjątkowa, okoliczności niecodzienne, tylko słowa odpowiednie do sytuacji jakoś nie cisną mi się na język. Kieruję wzrok na sunące smętnie hen wysoko chmury poznaczone gdzieniegdzie plamami fioletu. Myśli moje zatrzymują się jeszcze na chwilę na strasznej postaci, która wyszła z wody. Kogoś we mnie rozpoznał? Ale jak? Gapię się w niebo i milczę jeszcze czas jakiś, ale nie za długo, by nie wyjść na gbura.
Proszę o chwilę oddechu, panienko. A może pani?
Ciszę mam za odpowiedź.
Miesiąc nie minął, a już drugi raz staję w obliczu śmierci gwałtownej, boleśnie nieuchronnej. Trudno to znieść ot tak.
Przez ostatnie tygodnie codziennie patrzę śmierci w oczy. - Wzrusza ramionami. - Jakoś to znoszę i nie gadam, co tylko ślina na język mi przyniesie.
Dźwigam się na nogi. Ocieram dłonią krew z ust i brody, ale chyba z marnym efektem, bo zbliża się i podaje mi bez słowa wygniecioną chustkę.
Jeszcze pod nosem, po lewej – instruuje. - Zachowaj ją sobie na pamiątkę. Są tam moje inicjały. Może wspomnisz o mnie, gdy kiedyś serce mocniej ci zabije, dziewczyna odejdzie z innym i na smarki cię zbierze. - Szczerzy w uśmiechu białe ząbki.
– Co ci się stało w twarz?
– Spotkałem diabła.
– O! Zstąpiłeś do piekieł? - Jej brwi wędrują do góry, a kpiąca iskierka zapala się na chwilę w szmaragdowych źrenicach.
– Nie. Byłem w domu, kiedy po mnie przyszedł.
– I co?
– Zabiłem go.
– Więc jesteś panem w swoim domu - mówi to z jakąś dziwną zadumą i już bez kpiny.
Chcę jej odpowiedzieć, że nie jestem już panem niczego. Ale po co?
– Dziwny jakiś jesteś. - Wyciąga ku mnie brudną, podrapaną dłoń i dotyka świeżej blizny na policzku. Przyjemny dreszcz sprawia, że otwieram lekko usta i głębiej wciągam powietrze. Reaguje delikatnym rozbawieniem.
– Dam ci maść własnej receptury. Skuteczną. Źle goi się ta rana.
Wkłada palce w moje włosy. Jej nozdrza delikatnie się rozchylają.
– Długo jesteś w podróży.
Gryzę się w język. Wszak kilka pacierzy temu uratowała mi życie.
– W twoich stronach kobiety nigdy pierwsze nie nawiązują rozmowy, a ni tym bardziej pierwsze nie dotykają mężczyzn? Nieobyczajne to jest, prawda?- pyta i cofa szybko rękę.
– Słabo znam zwyczaje moich stron.
– Przepraszam. - Opuszcza wzrok. Rzęsy ma długie i ładnie wygięte ku górze. - Tak bardzo chciałam spotkać drugiego człowieka, a jak już go spotkałam, to wariuję.
Wyciągam więc dłoń na powitanie, ja, „drugi człowiek”, na tym bezludziu.
– Chyba żartujesz? – mówi z uśmiechem, w którym nie ma już żadnej złośliwości. - Grzebałeś ręką w końskim - wybacz mi nieprzystojne słowo - gównie!
– Rzeczywiście. Zapomniałem o tym.
Szkoda, że słońce jeszcze nie zaszło, bo chyba twarz mi pąsowieje.
– Nie dziwię się. Zapomniałeś tutaj, nad tą wodą, chyba o całym świecie.
– Nie, nie o całym.
– A kto, wybacz śmiałość, nawiedził twoje myśli w ostatniej życia godzinie?
– Córka.
Zielone iskierki na powrót zapalają się w jej oczach.
– Ci ludzie. – Omiata spojrzeniem wygasłe ogniska. - Podążasz ich tropem?
– Tak.
– Kwadratowe draby. Na pierwszy rzut oka widać, że żyją z ludzkiej krzywdy. Nie chciałabym spotkać ich oko w oko.
– Też mi się to nie uśmiecha.
– Po pierwszym spojrzeniu powiesz: „Kupcy”. Ale po chwili już widzisz, że rdzawy nóż mają za monetę. Ale wiedz, że nie czystej krwi to wilcy, a raczej zdziczałe kundle. I towar, który wieźli... - Kręci głową. - Czy ona tam jest?
– Nie wiem. Ale nie mam też innego punktu zaczepienia, a coś przecież muszę robić, by nie zwariować. Co widziałaś? - Niecierpliwość jest w moim pytaniu.
– Kilka dni już siedzę w tym lesie i obserwuję to jezioro. Przyjechali wczoraj pod wieczór. Dziesięciu mężczyzn uzbrojonych po zęby na tęgich żołnierskich koniach i dwa wielkie wozy na żelaznych kołach. Dzieci były skute dwójkami. W różnym wieku. Każda para krótkim łańcuchem z kajdanami zapiętymi u stóp. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.- Znowu kręci głową, głęboko nabiera powietrza. - Dzieci w kajdanach! To jest coś takiego, co zabiera oddech. Jakby wszystkie ptaki spadły z nieba. Jakby słońce zgasło i kwiaty umarły. - Przerywa na chwilę. Łzy napływają jej do oczu. - Gdy to wspominam, jest we mnie tyle emocji, tyle smutku. Wyprowadzali je tylko na chwilę, potem na powrót zamykali w wozach.
Chłonę jej każde skąpe słowo i po chwili zaczynam mówić szybko, niecierpliwie:
– Ma na imię Marysia i ma już przeszło sześć wiosen. Nie wiem w co była ubrana. Jest drobna. Włosy ma czarne, lekko kręcone - to po matce - teraz zapewne sięgają jej do ramion. Tak mocno kontrastują z bladą cerą. Oczy ma koloru polnych chabrów. A kiedy jest...
– Nawet gdybym chciała, nie mogłabym dostrzec koloru oczu! – Przerywa mi i jestem o to zły. - Przykro mi, ale niewiele widziałam. Był wieczór, słońce już zaszło, a las był już tylko plamą czerni i szarości. Nie powiem ci, że ktoś taki tam był, ale nie powiem też, że go tam nie było. Miałam inne cele. Czego innego wypatrywałam.
Dostrzega zawód w moich oczach i pyta:
– Czy mnie rozumiesz?
– Rozumiem – odpowiadam głucho.
Chwilę milczy, po czym opowiada:
– Najpierw konie nie chciały podejść pod tą bezdeń, gdy chcieli je napoić. Nie piły wody przyniesionej w wiadrach, wariowały i rwały uprzęże. Ogniska płonęły mocno, szybko, świeciły nienaturalnym blaskiem. Wiedzieli, że coś złego jest w tym miejscu, lecz jednak tu zostali. Aż ten tu, przeklętnik, nie wyszedł z wody i podszedł do ogniska. Nie zwrócili na niego uwagi, wyobraź sobie, aż do momentu, kiedy nie uniósł jednego z nich wysoko w powietrze, tak gdzieś na dwóch chłopa. Zawirował i chlup! Na powrót do wody. Co tu się działo! Zbóje, łotry spod ciemnej gwiazdy, a darli się jak baby na targu. Nawet nie dochodzili specjalnie, co się z tamtym stało. Widać taka ich bandycka solidarność. Tfu! Na koń, na wozy i pognali hen, w gęstą noc. To wszystko.
– To wszystko – powtarzam cicho w zamyśleniu.
Mielę to, co usłyszałem jeszcze raz w głowie i zmieniam temat rozmowy:
– Koń mi uciekł.
– Nie uciekł. Nie troskaj się. Pasie się niedaleko z moją zmyślną Bestyjką.
– Dzięki Bogu! Nie uśmiechała mi się perspektywa podróży na piechotę. Zwłaszcza przez ten las. Zbyt wiele niezbędnych do przeżycia rzeczy mam przy siodle.
– Chodźmy zatem do koni – rzuca. - To niedaleko stąd. Dość mam już tego przeklętego miejsca. Głodna jestem!
– Kupiłem wczoraj chleb - odpowiadam. - Mam gotowane jajka, suszone mięso, a i ledwie napoczęta kwarta węgierskiego wina - jeśli panna reflektuje - się znajdzie.
– Można by rzec: „Stoliczku nakryj się!” Zastawiłam pułapkę na ryby w strumieniu tuż obok. Mam czosnek, suszony koperek, pietruszkę i jeszcze trochę soli. Jeśli się nam poszczęści, to zapowiada się syta kolacja. Kto wie, czy aby nie romantyczna?
Nie odpowiadam. Niby uśmiech gości na chwilkę na moim obliczu. Pewnie już zdążyła pomyśleć, że ze mnie ośli łeb, patafian i niezgrabiasz w jednym.


*

– Więc jak cię zwą, nieznajomy? Ktoś ty taki?- pyta z tym samym kpiącym uśmieszkiem, a blask rozpalonego naprędce ogniska, na którym pieką się nadziane na patyki pstrągi, goni po jej buzi figlarne cienie. Nie wiem, kto komu sytość barw kradnie, włosy płomieniom, czy ogień włosom? Albireo i Bestyjka pochrapują nieopodal sennie z właściwym swojej rasie wdziękiem, a wysoko w ciemnej plątaninie gałęzi niemrawo pohukuje puszczyk.
– Nazywam się Hubert – mówię wolno, z przesadnym chyba rozmysłem. - Nazwisko moje...Nie chcę wyjść na grubianina, ale znać je nie jest chyba bezpiecznie. Widzisz, (Ile mogę jej powiedzieć, by ta wiedza kiedyś, nie daj Bóg, jej nie zabiła?), nie tylko ja kogoś szukam, ale i mnie szukają. Najprawdopodobniej na szlak, którym podążam, weszli pewni ludzie. A weszli nań, idąc moim tropem. Nie jestem wywołańcem, zbójem, czy jakimś tam rzezimieszkiem. Nikogo nie zamordowałem, ani nie ograbiłem, jeśli miałoby cię to choć trochę uspokoić. Jestem świadkiem – tak, to dobre słowo – i niedoszłym narzędziem...
– I żeby ocalić skórę przed tęgim garbowaniem – przerywa mi, grzebiąc kijem w ognisku – lepiej nie mieć nawet świadomości, kogo się spotkało. - Wiedzie wzrokiem za ulatującymi w granatowe niebo iskrami. - Podpaliłam gwiazdy – szepcze pod nosem.
Są jeszcze jednak na świecie ludzie, którzy potrafią sprawić, że rad bym chwycić się pod boki i śmiać w głos. Uśmiecham się jednak tylko półgębkiem, nie dla moich uszu przecież były te słowa, i mówię:
– Dobrze zgadujesz. Lepiej, by diabeł nie wiedział, że istniejemy i nie miał nawet najmniejszego powodu do zainteresowania naszą osobą. Zwłaszcza, że ten akurat bies potrafi zadawać naprawdę bolesne pytania.
– Jak wolisz, Hubercie, jakiś tam. - Ledwie skrywany chłód jest w tych słowach. Szkoda. - Uszanuję to, choć wiedz, że nieswojo jest siedzieć młodej dziewczynie nocną porą przy ognisku z nieznajomym, który wygląda jak, nie przymierzając, nielichy hałaburda. Oblicze masz, owszem, przystojne. Nie z chłopskiej chaty, zgaduję, na świat wyszli ojciec twój i matka. To jak mówisz, choć już zdążyłeś niezgrabnie trzepnąć razy kilka językiem, i to jak się poruszasz... - Nie kończy, zamyśla się chwilę, rzuca jakiś oplątany zielskiem badyl do ogniska. Gęsty dym oplata mi twarz, odbiera na chwilę oddech, po czym odpływa w mrok. Co to było?
– Byłoby mi łatwiej – podejmuje wątek na nowo - gdybyś zmyślił jakąś uspokajającą, miłą historię, nawet taką dla głupiutkich panien, ale cóż jeśli brak ci wyobraźni i dowcipu...
– Wyobraźni mi nie brak – teraz to ja przerywam. - Na dowcipie, w istocie, ostatnimi czasy mi zbywa. Nie jest jednak moim zamiarem obrażanie inteligencji, osoby której zawdzięczam życie, historią o szlachetnych nieznajomych żywcem wyjętych z kart francuskich romansów.
– Jak chcesz. Choć wiedz, że lubię francuskie romanse – odpowiada i znowu rzuca w ogień jakieś, tym razem bardzo aromatyczne, zielsko. - Moja zatem kolej bym się przedstawiła. Nazywam się Dorota Kiss. Uprzedzając twoje pytanie: Próżno w nim szukać angielskiej proweniencji. Nazwisko moje nie wywodzi się od żadnego znamienitego dumnego syna Albionu, który przypłynął tu z wysp w przeszłych wiekach. Mój pradziad przybył do tego pięknego zakątka z Kecskemét, to miasto położone gdzieś między Budapesztem a Segedynem. Uczestniczył we wszystkich trzech kampaniach króla Bathorego w Rosji, bo to właśnie za nim przywędrował z Węgier do Polski. Pod murami Pskowa stracił prawą dłoń i ochotę do wojaczki. Osiadł niedaleko stąd. Fortuna wynagrodziła mu wcześniejsze niedole dobrze prosperującym gospodarstwem. Dwór, który wybudował pod koniec swego życia, a przez miejscowych zwany Zieloną Górką, stoi do dzisiaj. I to jest mój dom.
Nie zadaję pytań. To ma mi wystarczyć. Zdejmuję ryby z ognia i pozbawiam ości. Mamy nawet cynowe talerze. Dwa upieczone na rumiano pstrągi podaję Dorocie, jeden biorę dla siebie. Kiwa głową i kładzie kawałek parującego fileta na kromce chleba i wbija weń zęby.
– Dobre! Lubię z czosnkiem.
– Dobre – potwierdzam i nalewam jej wina do drewnianego kubka.
Przygląda mi się dłuższą chwilę bez słowa, sączy wino, gapi się, a ja zaczynam czuć się tak, jakbym usiadł na sosnowej szyszce. Wreszcie ociera chustką usta, cmoka i mówi:
– Masz jeszcze całkiem młodą twarz Hubercie, ale twoje włosy są takie... siwe.
– Mówiłem ci. Spotkałem diabła.
– A teraz jesteś w piekle, prawda? - Patrzy mi prosto w oczy i dopiero teraz w pełni dostrzegam, na jej pięknym obliczu wielkie zmęczenie. - Czym jest piekło? - pyta.
– Pustką. Brakiem najbliższych. Dojmującym osamotnieniem.
– A czy Bóg tam jest, u progu tej pustki? Czy nawiedza twoje myśli i daje pocieszenie?
– Jego obecności akurat nigdy nie doświadczyłem, więc nie wiem, jak to jest.
– Och! Nie wiedziałam, że można tak myśleć, mówić. - Jest szczerze zaskoczona. - To znaczy wiedziałam, słyszałam nawet, tylko że... - Kręci głową i podnosi wymownie pusty kubek. - Po raz pierwszy spotykam kogoś, kto nie boi się wypowiadać na głos takich myśli. W miastach tak gadają. Gadają filozofowie, profesorowie, magistrzy, żacy na tajnych pogaduchach wśród zaufanego audytorium. Pewnie i księgi zakazane wertują, takie których jeszcze nie spalono, a które tak czy inaczej skończą kiedyś w płomieniach. Ukradkiem, pokątnie na uniwersytetach, w wynajętych mieszczańskich domach, w knajpie w najdalszym kącie, gdzie nie usłyszy cię szpicel Inkwizycji, albo karczmarz gaduła. Wiesz, co? Chciałabym do miasta! Kiedyś byłam. Lecz ojciec zabrał mnie z uczelni zaraz po śmierci matki. Nie dozwolił ukończyć nauki. Chciał mieć mnie przy sobie, bo świat mu się zawalił. A że mój przy tym roztrzaskał w drobny mak - nic to. Po co babie szkoła? - Wzdycha i upija łyk wina. Po chwili milczenia mówi:
– To, że brak nam harmonii i zwykłej szczęśliwości, nie oznacza, że Bóg jest nieobecny w naszym życiu, albo że jest to dowodem na Jego nieobecność w ogóle. Może nie umiesz Go rozpoznać?
– Nie wiem. Może – odpowiadam z lekką irytacją. - Nie jestem w tej chwili gotowy na tego rodzaju dysputę. Inne myśli kłębią mi się teraz w głowie. Wybacz, ale jest we mnie wielka niecierpliwość. Powinienem być w drodze. Siedzę przy ogniu, piję wino i oddaję się rozmowom, między innymi na temat boskiej obecności w świecie, gdy tymczasem moje dziecko potrzebuje pomocy. Cudem uwolniłem się spod władzy demona (Teraz trochę zełgam. Hmm, ale czy aby na pewno?), a nie mogę uwolnić się od uroku pięknej dziewczyny.
Ciemność i skromne ognisko nie sprzyjają obserwacji, ale założyłbym się o złotego weneckiego dukata, że nie pozostał jej obojętny komplement i rumieniec ogrzewa w tej chwili jej śliczną buzię. Przesadziłem?
Odpowiada dopiero po dłuższej chwili lekko zachrypniętym głosem:
– Kończąc ledwie zaczęty wątek, myśl sobie co chcesz, ale spod władzy demona wyswobodziła cię siła wyższa, bo tylko ona ma taką moc i nie myśl o tym w kategoriach przypadku. Widać, Pan nasz w niebiesiech ma na ciebie baczenie i nie jesteś, jak twierdzisz, mu obojętny. A co do mej skromnej osoby, to wiedz, że ja uroków nie rzucam, bo to grzech. A jeśliś w istocie pod takowym, to cię z niego zwalniam.
Machnęła nieokreślenie ręką, pstryknęła palcami, ale uwolniony od uroku jakoś się nie poczułem. Trzeba było mi się w język gryźć.
– W twoich słowach jest taka pewność, że nie będę się z tobą siłował na argumenty - mówię. - Zwłaszcza, że o te logiczne, oparte na wysiłku rozumu, w tym przypadku, jest mi naprawdę trudno. Powiedz mi lepiej, bo tu ciekawość mnie trawi, ten tam, – Wskazuję głową na ginącą w ciemnościach ścieżkę do martwej wody – kim był?
– Nie wiem, kim lub czym był – odpowiada. - Wiem tylko, że pojawił się zaraz, jak wybuchła wojna. Urósł na nieszczęściu. W oblężeniu Twierdzy Zamość zginęło wielu ludzi. Podobno użyto tam magii. Jak pewnie wiesz, car jest czarnoksiężnikiem, a jego nowa żona wiedźmą. Rosjanie oblegali miasto przez dwa tygodnie, bezskutecznie. Któregoś dnia pod Zamościem pojawiła się cesarska para. Trzymając się za ręce chodzili pod murami twierdzy i śpiewali. Jakiż to był smutny, wywracający na nice duszę śpiew! Podobno ludzie z rozpaczy rwali sobie włosy z głowy, skakali z murów. Wreszcie otwarli bramy. Co było potem zapewne słyszałeś.
Tak, słyszałem.
Myślę, że ten potwór zrodził się z tego śpiewu magicznego, diabelskiego. Nieopodal była osada Bukowe Sioło. Mieszkali tam bartnicy z rodzinami. Wszystkiego ledwie cztery chałupy. Tam go pierwszy raz ujrzano. Uratowała się tylko jedna rodzina. Zamykali się w chatach, ryglowali drzwi, zabijali gwoździami okiennice, a kiedy wieczorem stawał u progu, otwierali domostwa na oścież. - Zamilkła na chwilę. - A potem przyszedł do nas, do dworu. Dwie niedziele temu. Wiedzieliśmy, co się dzieje, ale nie wiedzieliśmy, jak temu przeciwdziałać. Powinniśmy byli od razu wszyscy uciec. Ludzie wariowali ze strachu. Mężczyźni, oczywiście nie mogli - bo im honor nie pozwalał - zapakować swoich żon, dzieci i dobytku na wozy i uciekać, choćby na czas jakiś. Prawdę powiadają, że jak Bóg chce kogoś pokarać, to mu najpierw rozum odbiera. Pycha kroczy przed upadkiem. Zbroili się, owszem. O, jak oni się zbroili! Wyciągali nieużywane od lat szable, miecze, fuzje. Na myśl mi przyszło, że w końcu powyciągają kutasy z gaci i chwalić się będą, który większy i celniej strzela. A najbardziej przodował w tym mój ojciec. Biedny, głupi tatko. W końcu stracił głowę... - Otarła łzę wierzchem dłoni. - Uciekliśmy, reszta ocalałych, głównie kobiety i dzieci, do pobliskiego kościoła. Stoi pusty, odkąd rosyjscy żołnierze splądrowali plebanię i wywieźli gdzieś księdza. Po dwóch dniach przyszedł za nami. Krążył wieczorami wokół, znikał w lesie, potem wracał. Nigdy nie podszedł zbyt blisko, nie przekroczył kościelnego ogrodzenia. To dało mi do zastanowienia. Dwa dni drogi stąd jest żeński prawosławny monaster. Pomyślałam: No przecież chrześcijański. Tam właśnie się udałam. Sama. Wysłuchały mnie siostry i powiedziały, co mam zrobić. Grot w tej strzale był poświęcony, powleczony srebrem. Musiałam tylko wbić mu ją prosto serce. Nie znam nikogo, kto strzelałby celniej ode mnie. Zresztą pozostałych przy życiu mężczyzn szybko opuścił duch bojowy, więc musiałam to być ja.
Skąd wiedziałaś, jak blisko możesz podejść?
Wystarczyło obserwować zwierzęta, tam gdzie się pojawiały, tam mogłam czuć się bezpiecznie. Stamtąd, znad wody nawet robaki uciekły. Na szczęście był tak zajęty tobą, że mogłam się zbliżyć, na taką odległość, by mieć pewność, że nie chybię. Nieświadomie, ale bardzo mi pomogłeś. Byłeś dobrą przynętą.
Ryzykowałaś do ostatniej chwili moje życie.
Czy ryzykowałam? Nie. Poświęciłam cię. - Wzruszyła lekko ramionami. - Wtedy to było oczywiste. Liczyło się tylko, żeby to coś ustawiło się do pewnego strzału.
Milczenie. W takich chwilach akurat kończy się wino i jest już pusto na talerzu.
Co zrobisz, jak ich już dogonisz? - Zmienia niespodzianie temat.
Jeszcze nie wiem.
Tęgie draby. - Mam wrażenie, że bierze mnie na oko i ocenia moje szanse.
Ale brak im chyba instynktu wilka. Sama mówiłaś...
Nie odpowiada od razu. Przygląda mi się. Omiata wzrokiem od stóp do głowy i mówi ostrożnie, jakby nagle zaczęła się czegoś lękać:
Tak, nie są zabójcami. Każdy z nich utopiłby pewnie swoją babcię w beczce smoły bez większego kołatania serca w piersiach, jeśli byłaby taka potrzeba. Ale żaden z nich przypuszczalnie nie potrafi zabijać tak jak... - urwała.
Jak ja? Nie wiesz tego.
Umiem patrzeć i wyciągać wnioski. Mam się bać?
Nie! Na Boga, dziewczyno, uratowałaś mi życie.
Nie przywołuj co rusz Boga, co do którego istnienia masz wątpliwości. - Strofuje mnie. - Jesteś jakimś asasynem, czy kimś w tym rodzaju? Mam rację?
W złym kierunku zmierza ta rozmowa. Muszę odetchnąć głęboko raz, drugi.
Mówiłem już, nie jestem bandytą. Ale jeśli kiedykolwiek spotkasz człowieka, co do którego profesji będziesz miała podobne skojarzenia, nie mów mu tego. Ani w żaden sposób nie sugeruj, że wiesz kim jest. Dla twego dobra.
W porządku. Przestraszyłeś mnie. - Unosi przed siebie w przepraszającym geście otwarte dłonie. - Musiałam zapytać.
Skoro musiałaś... Chyba czas iść spać – mówię. W istocie, trudna do opanowania senność bierze mnie we władanie. Rozmowa kuleje, pora późna, trzeba odpocząć.
Tak, już czas – przytakuje, podnosi się, prostuje lekko i z gracją, chrupocze cicho jakaś kosteczka, potem zaczyna czegoś szukać w torbach podróżnych. - Dam ci maść, o której wcześniej mówiłam. Szkoda by było, gdyby źle gojąca się rana spaskudziła całkiem przystojną twarz...
Podchodzi do mnie, w dłoni trzyma szklany słoiczek z metalowym zamknięciem, siada blisko. Bardzo blisko.
Dzisiaj ja to zrobię – mówi, patrząc mi w oczy, a moje serce zaczyna mocniej tłuc o żebra. Kto wytrzyma jednego dnia tyle tak skrajnie różnych od siebie oszołomień? - Później będziesz musiał radzić sobie sam.
Bierze na palec gęstą jak miód maść i kładzie mi ją delikatnie na twarzy, w miejscu, gdzie ostry jak brzytwa nóż rozciął mi całkiem niedawno policzek i brodę. Czuję gorzko miętową woń i delikatne mrowienie. Kręci mi się w głowie.
Rozmową nie potrafisz zabawić dziewczyny. - Uśmiecha się kpiąco. Po chwili jej nos dotyka czubka mego nosa. - Ale może choć umiesz oddać pocałunek?
Jej usta przywodzą na myśl dojrzałe wiśnie. Senność natomiast jest ciężka jak ołów i nieustępliwa.


*

Budzi mnie ptasi świergot. Para krągłych rudzików skacze po ziemi na długich, ciemnobrązowych nogach i drze się wniebogłosy. Słońce wzeszło, pora wstawać. Jestem sam i nie jestem tym faktem zdziwiony. Po raz pierwszy od wielu nocy nic mi się nie śniło. Pod koszulą na piersiach odnajduję zapisaną kartkę papieru.
„Sen miałeś zdrowy i głęboki, jak mniemam. To efekt ziół, które spaliłam w ognisku. Może jeszcze specyfiku, który dałam Ci na świeżą bliznę? Maść działa jeszcze na coś innego. Do jej zrobienia użyłam między innymi kwiatu twardokłoska i lubczyku. Imponujący efekt! Nie wiedziałam o takich skutkach ubocznych mego specyfiku. Bo niby skąd ma to wiedzieć porządna dziewczyna? Może w przyszłości zbiję na tym fortunę?
Śpisz już mocno, więc mogę spokojnie odjechać. Dziękuję za towarzystwo, wino i chleb. To dużo w takich czasach i miejscu. Wszak przyszła wojna. Wybacz, że tak Cię zostawiam, ale wzbudzasz we mnie lęk i to jest silniejsze ode mnie. Kiedyś, co bardzo prawdopodobne, mogłabym się do Ciebie przekonać, lecz jeszcze nie dziś. Wilcy Cię raczej nie pożrą, a komary, muchy i inne żarłoczne plugastwo też nie zawita tu tej nocy. Dobre, wonne zioła zostawiam przy Tobie i w ognisku, a także moje życzenie szczęścia.
Niech Cię Pan błogosławi i strzeże, bo rzecz nie do przecenienia masz do wykonania. Kiedy będziesz już wracał, możesz zboczyć z drogi i wstąpić w progi mego domu. Chciałabym bardzo dowiedzieć się, jak kończy się ta historia.
Do widzenia.
D.R.”


*

- Wyciąg z rezedy! Boże wszystkich prowincjonalnych artystów, jak wyjść poza ten zaścianek, kiedy do namalowania słońca mam tylko arzikę? Żeby choć tak jaune de Mars albo jaune de cadmium - marudził głośno Jan z Pyzdrów malarz - w istocie - prowincjonalny, lecz niemałego talentu, jak i równie niemałego przyrodzenia. Jebaka niezrównany w całej tej lichej okolicy! Mogłabym przysiąc. Tylko po co i przed kim?
Mam gęsią skórkę na całym ciele. Z chłodu i podniecenia.
– Dobry byłby też antymonian ołowiu inaczej żółcień neapolitańska, która to farba dobrze kryje. Gdybyście kiedyś mieli takową na podorędziu, pamiętajcie, nie wycierajcie nosa usmarowaną dłonią, jest bardzo trująca! - Ostrzegał Jaś młodych adeptów sztuki malarskiej, mój słodki, niezrównany w miłosnym rzemiośle, ruchacz nad ruchacze.
Mam gęsią skórkę i czuję przyjemne mrowienie w podbrzuszu, to zapowiedź rychłej i miłej pochędóżki. Śmieszą i podniecają mnie zarazem nieprzytomne i pełne pożądania - udające fachową obojętność - spojrzenia przyszłych mistrzów pędzla. Oddałabym w zakład swoją srebrną wężową armillę, że zamiast za malarskie narzędzia, chętnie chwyciliby w swoje nerwowe dłonie, rozsadzające ich płócienne porcięta, nabrzmiałe kuśki. Połowa z nich zapewne nie widziała jeszcze w życiu nagiej dziewczyny. A na pewno takiej krasawicy jak ja! Najpiękniejszą studentką jestem na Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego i szybko nauczyłam się z tego korzystać. Wzdychają do mnie zarówno żacy jak i profesorowie. Świat, a w zasadzie jego męska część, jest u mych stóp.
I po co mówisz o słońcu, mój Jasiu miły, kiedy to blask mych długich złotych włosów rozświetla mrok komnaty? O, popatrz! Rydwan boga Heliosa chowa się już za horyzont. Czas palić świece. Jeszcze odbicie światła mam pod przymkniętymi powiekami, a już pierwsze cienie kładą się na moich młodych piersiach. Złoto łamie się na alabastrowych krągłościach mych ud. „Posilcie mnie plackami z rodzynek, wzmocnijcie mnie jabłkami, bo chora jestem z miłości”.
Chora jestem? Gdzie jesteś, Jasieńku? Nie ma cię. Gdzie żeś odszedł? Ale to tylko na chwilę, tak? „Na łożu mym nocą szukałam umiłowanego mej duszy, szukałam go, lecz nie znalazłam.” I miłości głodna wciąż trwam w nienasyceniu. Długo już.
Teraz? Niebo nade mną i wrześniowe obojętne słońce. Nie ma już tamtej dziewczyny, ni komnaty, a twarze chłopców nie są młode, ani piękne i nie ma w nich uwielbienia. Jest tylko złość, uparta i bezrozumna. Suche polana i połamane sztachety mam pod stopami. Mocny powróz tnie mi nadgarstki, a krzywy pień kłuje w plecy ostrym sękiem. Skąd to wszystko?
– Pan twój belzebub nie przyjdzie ci z pomocą, suko piekielna, albowiem wielce boi się on światła słonecznego, które jest nam ludziom prawym od samego Pana Boga dane dla ochrony przed złym i jego pomocnikami!
Znam ten głos. Grzela Jakub. Szubrawiec.
– Zdechniesz, jak czarownicy jest to pisane. Ogień cię pożre. Ciebie i bezeceństwo twoje.
Te słowa, głupie i okrutne, to do mnie? Do mnie. Dlaczego? Boję się. Boże miłościwy, oszczędź mi tego!
– Czartowskie sztuczki! Widzieliście?! Myśli, że jak naszcza na drewno to się, go ogień nie będzie imał!
– Siwa jędza!
– To ze strachu. Dajcie pokój, ludzie! Męki oszczędzić nie chcecie, to choć urągania w godzinę śmierci jej darujcie.
– Zawrzyjcie gębę, Marcinie, bo gotowiśmy pomyśleć, żeście jej kamrat i w zmowie z wiedźmą jesteście.
– Gotowy do myślenia toś ty nigdy nie był, Jakubie. Za to pierwszy to ty jesteś do picia, swarów i knowania.
– Przez wzgląd na swe siwe włosy zamilcz, abym ci czasem łba grabiami nie przeczesał.
Zda się, że słychać jak zęby zgrzytają, jak trzeszczą drewniane styliska w sękatych spoconych dłoniach. I to jest ten czas? Ulotny i przegrany, jak wiecheć słomy rzucony w ognisko. Jak ja się boję bólu! Mówią, że nim ogień sięgnie nóg, dym zabija skazańca. Ale tu jest wszystko suche. Ta deska krzywa, osmalona, którą mam pod stopami (jeszcze mam stopy) to z płotu Drewniaków? Tylko płot tam się nie spalił. Dlaczego tu jestem? Panie Boże, nie masz dla mnie ratunku? Przecież Ty akurat wiesz, że nie ma tu mej winy. Nie takiej by w ogniu ginąć. Tyle złości. W głowie mi się myśli mieszają, czy to już krew się we mnie gotuje?
Czy to ty? Blady jesteś niczym śmierć z twoich obrazów i koń kary pod tobą.
– Ty żeś to, Jasiu?
– Kogo tam wołasz, czarownico? Z kim się witasz?
– Rozstąpcie się ludziska, pochodnię niosą.
– Księdza tu trzeba! Na księdza zaczekajmy!
– Klecha nie dozwoli! O miłości bliźniego gadał będzie i nie dozwoli. Trza jej łeb ukręcić póki jest po temu sposobność.
Wiedziałam, że kiedyś przecież wrócisz. Jednak ty mnie też kochałeś, Jasieńku, choć nigdy tego mi nie okazałeś, ni słowem żadnym, ni miłym gestem. Widzisz, źle mi tu wśród ludzi. Świata nie lubię. Przez łzy słabo widzę, ale to ty, prawda? Mój piękny chłopcze, posiwiałeś. Zobacz moje włosy też już siwe. Zmężniałeś bardzo i ta blizna na twej twarzy... Płaczę i śmieję się zarazem. Nie straszne mi już te zamazane ciemne postacie wokół mej osoby. Wszyscy oni są z błota ulepieni, tak jak ich myśli i czyny. Nie straszny ogień, który przynieśli. Bóg mnie jednak nie opuścił!
– Mówcie pacierze! Czarownicę palić będziemy.
– Wstrzymaj się!
– Zobacz no, tam wedle drogi. A kto on taki?


*

– I co na to powiesz, Albireo? Omijamy to przedstawienie, czy pchamy się w kłopoty? Wiem, co chcesz powiedzieć: „Mamy ważniejsze sprawy na głowie, a tu akurat mogą nam porachować kości kłonicami, kamieniami, skłuć widłami, obrzucić łajnem, a może nawet obrazić naszą godność nieprawdziwym słowem, tyczącym naszych matek i ojców.”
Kara klacz cicho i krótko chrapie w odpowiedzi, ale stoi nieruchomo, tylko delikatnie strzyże uszami, jakby lekceważąc zebraną na rozstajach dróg hałastrę. Nie mogę zawrócić. Jest coś takiego w twarzy tej kobiety, że nie zawrócę. Za późno. Podjeżdżam jeszcze parę kroków i staję tak, żebym w razie czego miał więcej niż jedną drogę ucieczki. Patrzą na mnie, a gęby mają rozdziawione jak u stada karasi, które pierwszy raz w życiu zobaczyły szczupaka. Ten samotny, groźny i zębaty to ja, ma się rozumieć. Nikt słowem się nie odezwie. Mam przemówić pierwszy? No dobrze, przemawiam:
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
– Na wieki wieków.
Chyba dobrze zacząłem. Przegoniłem precz krępującą ciszę. Dalsze, co nastąpi, będzie tylko rzeczową rozmową, swoistym szermowaniem argumentami, słownym przekonywaniem do swoich racji. Kilku jakby się rozluźniło, podreptało w miejscu, oparło styliskami o ziemię grabie, widły, kije i wbiło we mnie zaciekawione spojrzenia. Ze dwudziestu chłopa, bab niewiele mniej, wyrostki pochowane gdzieś w opłotkach. Jak mi się nie uda, jak nic zatłuką tym swoim gospodarskim przedmiotem codziennego użytku.
– Zdaje się duży ogień zamiarujecie wzniecić, ludkowie moi?
– My, za przeproszeniem pańskim, nie są pańscy ludkowie – odzywa się ten, którego przy pierwszym wejrzeniu oceniłem na przywódcę grupy. Tęgie chłopisko najlepiej odziane, o bladych, lekko przymrużonych oczach z żółtymi, nastroszonymi jak u rysia, wąsiskami i zapaloną pochodnią w drżącej dłoni. - Zresztą, kto cie tam wie człeku, czyś ty pan, czy może chłop, co to sobie smyrga na koniku po borach i polach, jaśnie pana udaje i wymądrza się wielce?
Jednak nie zacząłem dobrze rozmowy. Ale przynajmniej wiem, do kogo mam się zwracać.
– Krew chcecie przelać – mówię.
– A gdzie tam? - Wzrusza ramionami i uśmiecha się głupawo do zebranych. - Przecie palić będziem. To gdzie tu krew? Niedziela dzisiaj. Nie godzi się, dzień święty.
– Dniem świętym mordę sobie wycierasz. Takiś to gagatek. - Rzecz jasna, tego nie mówię na głos. Mogliby mnie opaść ze wszystkich stron i stłuc na kwaśne jabłko, ale jeszcze nie uświadomili sobie, jak łatwe by to było. Brak im pewności siebie i niech tak pozostanie. Nie ma czasu na dyskusje. Podjeżdżam bliżej. Rozstępują się przed koniem. Słyszę ciche łkanie kobiety przywiązanej do słupa. Pochylam się w kulbace i patrzę w pozbawione litości oczy koloru zimowego nieba. Ręka trzymająca pochodnię drży nerwowo i zapewne jest śliska od potu. To dobrze.
Walę go płonącym drzewcem w sam środek słomianego, pustego łba, tak, że lecą iskry! Jeśli nigdy w swoim życiu nie spoglądał z zaciekawieniem w letnie nocne niebo i nigdy nie widział komety, lub choćby nawet spadających gwiazd, dzisiejszego dnia zobaczył układ ciał niebieskich, jaki na pewno nigdy nie śnił się miejscowym astronomom.
Błyska białkami oczu i leci bezwładnie na ziemię jak ścięte drzewo. Jakiś obraz zapewne już do nich dotarł, ale nie wiedzą jeszcze, co się dzieje. Albireo staje dęba i uderza kopytem głupca, który chciał złapać ją za uzdę. Uchylam się od uderzenia cepem, trzaskam jego właściciela zgaszoną pochodnią po palcach i w ułamku sekundy zmieniam broń. Pierwsze zaczynają wrzeszczeć kobiety, czmychają na wszystkie strony niczym stado kur przed jastrzębiem. Zeskakuję z konia i po chwili tłukę dębowym bijakiem po goleniach, głowach i grzbietach, tych którzy się jeszcze nie rozpierzchli. To nie jest walka, to bicie ludzi. Są zbyt przestraszeni by choć spróbować walczyć.
Furkocze kij samobij. Zda się słoma z butów leci i trociny z głów. Chwila ledwie. Miejscowy kogut raptem dwa razy pierś wydął i panie swoje zawezwał. Kurz opada, przekleństwa się wznoszą. Jęczą chłopy, plują zębami, macają zbite głowy, ręce, nogi. To trochę, mimo wszystko, za mało bym czuł się bezpiecznie. Wyciągam miecz szybko, ze świstem.
– O Jezusie Nazareński!
Cisza.
Gramolę się po stercie drewna. Nogi zapadają mi się w złożonym byle jak i z byle czego stosie. Staję przy niej. Musiała niegdyś uchodzić za piękną. Przywiązali ją do kanciastego słupa, który dawniej był... szubienicą?
– Już dobrze – mówię.
– To nie ty. Nie ty. - Jakiż zawód w głosie, a przecież jeszcze kilka chwil temu, czekała na śmierć. Oczy, na wpół szalone ze strachu, ma blade, jakby łzy wypłukały z nich sytość barw.
– Nie wiem, kogo wyglądałaś, kobieto, ale mimo wszystko powinnaś cieszyć się z mojej tutaj obecności – odpowiadam i przecinam więzy. Chwytam ją pod ramiona, bo zaczyna się osuwać na kolana.
– W głowie mi się kręci.
– Wierzę. Gdzie jest twój dom?


*

– Pieska mi ubili, Kruczka. Łajdacy. Widłami przebili, kmioty nikczemne. Bronił mnie. Tylko on jeden. - Raz po raz zaciska drobne pięści. - I za co? Co ja takiego zrobiłam? - Siedzi na brzegu łóżka i wbija we mnie bladoniebieskie zapłakane oczy, jakbym znał odpowiedź. Jasne, jakby dawno już sprane, długie włosy opadają w nieładzie na jej chude ramiona. Milczę.
Odrobiny kurzu wirują w słonecznym świetle, raźno przebijającym się przez okrągłe szklane gomółki oprawione w ołów i osadzone w otworze jedynego w chałupie okna. Więcej jest tu jednak mroku niż światła. Szarość oblepia kąty niczym sadza i drga bezgłośnie, zaciera kontury. Izba jest jak węglem rysowany, na wpół zatarty, przedsionek.... zaświatów? Dziwne myśli mnie tu nachodzą.
– Krowy nie zdołałam wyleczyć Pleśniakowi. Prawda, padła na gorączkę mleczną, ale nie słuchał mnie, głuchy cymbał. Nie moja w tym wina. Przez lata leczyłam ich wszystkich: tych pijaniców, bezbożników, ich dzieci zasmarkane, żony, zwierzęta. I tak mi odpłacili, niegodziwcy. - Kiwa z rezygnacją siwą głową i milknie.
Większą część izby zajmuje piec z kuchnią, pod ścianą stoi łóżko, na którym usadowiła się gospodyni, obok jest cebrzyk i obita żelazem skrzynia zamykana na klucz. U powały, na drewnianej żerdzi suszą się zioła. Pachnie tu miętą, majerankiem i czosnkiem. Pająk sunie szybko i z gracją ku glinianej, posypanej tatarakiem, podłodze.
– Dzień nie minie, a spalą mnie razem z chałupą – mówi nagle i wiem, że nie do mnie kieruje te słowa. Patrzy po ścianach, wierci wzrokiem mrok w kątach.
– Jak ci pomóc? - pytam.
Nie odpowiada. Mam wrażenie, że mnie nie słyszy, lecz po chwili wygląda, jakby się ocknęła. Wyciąga ku mnie drobną, zasuszoną dłoń, ale po chwili ją cofa. Zamaszystym gestem odgarnia włosy z czoła.
– A dlaczego chcesz mi pomóc?
– Bo już raz ci pomogłem? Gdybym teraz wyszedł, zostawiłbym cię na pewną śmierć. Jakaż byłaby logika mych czynów? Czuję się w pewnym stopniu odpowiedzialny za twoje życie po tym, co zrobiłem. Od niedawna intensywnie zastanawiam się, kim jestem i cieszy mnie, że odnajduję w sobie człowieka.
– Cieszy mnie żeś człowiekiem, nie wilkiem. Ale kto cię tam wie? Mimo wszystko, nie masz obowiązku.
– Jestem już elementem tej historii. - Uśmiecham się.
– Prawda. Tylko nie wiem jeszcze dlaczego. Bo wiedz, mój piękny chłopcze, że nic nie dzieje się bez przyczyny. - Mruga do mnie okiem i nagle ona, jak i wszystko wokół jawi mi się jak coś absurdalnego i groteskowego. Co ja tutaj robię? Tracę czas. To na pewno.
– Nadal jeszcze się nie przedstawiłeś, mój wybawco, błędny rycerzu – dźga mnie słowem. - Nie przystoi to. Zmieniły się obyczaje w wielkim świecie, hę?
– Nie nie zmieniły. Nazywam się Hubert.
– Hubert. Znaczy rozum jest twoją zaletą. Przyjście czarownicy na ratunek wskazuje, że rodziciele twoi pomylili się z doborem imienia. Ładne masz imię. Mocne, twarde. Nazwiska swego nie wymówiłeś, znaczy, nie chcesz. Dobrze. Ja ci swego też nie wyjawię, a nazywam się Olga i jak się domyślasz - boś bystry - nie z chłopskiego domu na świat wyszłam. A teraz, rozpal ogień w piecu, Hubercie. – Nakazuje i dźwiga się z łóżka. - Trzeba coś zjeść.
– Przed podróżą.
Obdarza mnie długim zamyślonym spojrzeniem.
– Tak. Trzeba usiąść i zjeść coś wspólnie przed drogą.
Idzie na drugi koniec izby, otwiera drzwi do komory i przynosi kosz z jajkami, pęto kiełbasy i blaszaną patelnię.
– Nie okradli mnie jeszcze, jak widzisz. Grzela pewnie zakazał. Trzeba mu przyznać, że ma posłuch, szubrawiec. Już mnie pewnie wcześniej porachował.
Kroi kiełbasę na plastry. Pachnie czosnkiem i gorczycą. Ślina zbiera mi się w ustach.
– Tylko dokąd teraz? Raz już uciekałam, dawno temu – mówi w zamyśleniu. - Rozpalisz w końcu ten ogień?


*

-  Słyszę szelest anielskich piór wokół twej osoby.
Zdumiewam się, choć nie powinienem. Słyszę tylko ciche tupanie i pochrapywanie Albireo za otwartymi drzwiami. Nie wiem, co odpowiedzieć, więc milczę.
– Czucie świata masz w sobie. Wielkie czucie. Pewnie dlatego do ciebie tak lgną.
– Kto?
– Inne byty. Dusze zbłąkane. Przecież nie ludzie z krwi i kości. Samotność masz na drugie imię. Jest w tobie coś takiego, że strach do ciebie się zbliżyć i nie mówię o tej paskudnej świeżej bliźnie na twarzy. - Wzrusza ramionami, jakby powiedziała właśnie rzecz oczywistą. - Zgubi cię kiedyś to świata czucie. A może i nie? Co ja wiem? Stara jestem i w głowie mi się miesza. Tak, miesza mi się świat z zaświatem...
W takim domu nietrudno o to – myślę sobie i wyobrażam, jak końskie kopyta i ciężkie żelazne koła zbójeckich wozów suną w coraz większe nieznane.
– Przychodzą nieustannie w cichy odwieczerz – snuje dalej dziwną opowieść. - Dzisiaj wielu ich przyszło. Ze snu, czy jawy? Ja nie wiem. Z tamtej strony czasu, gdzie – jak powiedziałby filozof, nie znający życia – cały świat mieści się w źrenicy wróbla. Ćmy szaroskrzydłe, nietoperze, świerszcze hałaśliwe i ci co kształtu jeszcze nie mają, a chcieliby już przyoblec się w jakieś ciało, choćby najlichsze. Stukocą po kątach, łopoczą u powały i szepczą na zapiecku. - Przewraca oczyma, otwiera usta i milknie.
Uciekać stąd?
– Kruczka mi zabili. – Teraz skarży się świętemu Jerzemu, który na obrazie w kącie przebija włócznią smoka. - A czy to smok był jakiś, pożeracz niewiast i dzieci? Ot, pies zyczajny, druh wierny, pocieszyciel w samotności. - Pociera szybko przedramiona, barki, jakby mróz nagły przyszedł od otwartych sieni.
– To czucie świata kiedyś cię zgubi, Jasieńku. Świat cię w końcu zauważy i pożre!
Ciarki mnie przechodzą.
Wstaje i zrywa suszące się na kiju zioła, idzie do paleniska, kruszy je w dłoni i wrzuca w ogień. Dym jest gesty i ma gorzką woń. Z worka, z komory przynosi garść mąki, którą rozsypuje na stole. Kreśli okrąg, pośrodku którego rysuje coś na kształt trójkąta, gdzie końce boków zawijają się, jedne na zewnątrz, inne do środka. Pisze słowo w nieznanym mi języku. Jedno. Krótkie.
– Nie boisz się? - pyta z kpiącym uśmiechem.
– Czego niby miałbym się bać? Osobliwych figur geometrycznych?
– Gniewu Bożego. Czegóż innego bać się należy?
– Na razie boję się tylko tego, że nie zdążę.
Unosi pytająco brwi, ale nie odpowiadam.
– A teraz, niczemu się nie dziw – przestrzega.
Składa ręce jak do pacierza i trzyma je nad stołem. Mówi coś szeptem, uśmiecha się, zamyka oczy i kiwa głową, jakby komuś przytakiwała. Rozłącza dłonie.
Na chwilę przestaję oddychać.
Dwie wielkie bure ćmy padają w mąkę, szamoczą się, turlają po blacie stołu i wzlatują niezdarnie ku powale, gdzie giną z oczu w smolistym mroku.
– Wiedźmy strzeż się! – mówi patrząc na zawijasy powstałe w rozsypanej mące. - To jest moc nie z tego świata. Lepiej dla ciebie byście się nigdy nie spotkali. Chociaż... Jest ktoś, albo coś czego nie widzę, a idzie za tobą.
– Kto to taki?
– Nie wiem. Ale wyczuwam, że żyje tylko z nienawiści, choć... narodziło się z miłości. Tyle tu sprzeczności. Nie potrafię tego inaczej opisać. Strzeż się, choć nie umiem powiedzieć ci nic ponadto.
– Niepokoisz mnie.
– Nie jest to moim zamiarem. Przykro mi.
– Czyli dotrę dokądś? Do jakiegoś ważnego punktu mojej historii?
– Może tak być, lecz wcale nie musi. Za moment jakieś czarne chłopskie dusze mogą zaryglować drzwi mego domu i rzucić pochodnię na strzechę. Wszystko może się zdarzyć.
– Nic nie jest do końca przesądzone?
– Tak uważam. Tylko jeden Bóg wie, jakich wyborów dokonamy i co będzie ich konsekwencją.
– Czyli wszystko jest jednak gdzieś zapisane i działamy według znanego już scenariusza, który na dodatek nie sami napisaliśmy?
– To nie tak. Boska wszechwiedza, nie wyklucza naszej wolności. To, że Stwórca wie, jak się zachowamy, nie zmienia faktu, że przed dokonaniem jakiegoś czynu, mieliśmy lub mamy wybór. Wydaje mi się też, że możemy pisać też poprawki do tego, jak to ująłeś, scenariusza.
– Nie jesteśmy u kresu czasu, lecz w teraźniejszości. Część istotnych dla mnie wyborów jest jeszcze przede mną.
– Tak.
– Nie spodziewałem się takich słów w wiejskiej chacie.
– Już mówiłam, nie przyszłam na świat w chłopskiej rodzinie. Urodziłam się w bogatym domu, w znamienitej familii. Brałam niegdyś ze świata wszystko, na co miałam ochotę, a uwierz, robiłam to bardzo łapczywie.
– Aż świat cię wypędził.
– To kwestia życiowych wyborów i złej woli innych ludzi. - Zamyka na chwilę oczy, opuszcza głowę na piersi i uśmiecha się jakoś tak smutno. Dopiero teraz widzę, jak bardzo jest zmęczona. To tutaj – wskazuje rękoma na izbę - ten dom, ta wieś, ludzie, to też świat. Jakaś jego cząstka, w której się zmieściłam. Żyłam w tej drobinie powietrza wśród ludzi, ale mimo nich, obok, bez przyjaźni, samotnie. Bali się mnie, ale byłam im potrzebna. Dobre i to. Przywykłam. A teraz i to nawet mi odebrano. - Dwie, duże jak ziarna fasoli, łzy pociekły jej po policzkach. Tylko tyle, czy aż tyle?
– Padła krasula, owszem. Ale żeby tak za krowę? - Kręci z niedowierzaniem głową. - Jak można chcieć pozbawić kogoś życia za jedno bydlątko?
Kolejny ciąg pytań bez odpowiedzi.
– Dwa dni temu zbrojni najechali wieś. Nie jacyś grasanci, żołnierze to byli bez mundurów, ale widać, że karni, zdyscyplinowani. Spalili jedną chałupę na postrach. Usiekli jednego gospodarza. O dzieci pytali. Sieroty wojenne. Dziewczynki. Bo widzisz, nieopodal szlak wiedzie. Taki co to nim zbóje sieroty w świat wywożą.
– Wiem, co to za szlak.
– Może o tę dziewuszkę poszło? Nie pierwsza ona i nie ostatnia pewnie, którą Grzela zmarnował.
– Jaką dziewuszkę? - W gardle mi nagle zaschło. Ledwo cisnę słowa pytania.
Patrzy na mnie chyba po raz pierwszy w pełni przytomnie.
– Widzisz, mój chłopcze... Szkoda, że to nie ty mój Jasieńku... - Wzdycha cicho i zaczyna na powrót: Widzisz, mój piękny, dwa dni temu nieopodal przejeżdżali zbóje. Prawdziwi zbóje, tacy straszni, jak wisielce zerwani z szubienicy. - Zawiesza głos na chwilę, ociera łzy. - Sieroty wojenne do miast, do obcych krajów na zatracenie wiedli. - Aj! Puszczaj, drabie! - krzyczy nagle.
Przytomnieję. Nie zauważyłem, kiedy ścisnąłem ją za przedramiona.
– Przepraszam.
– A niech cię! Z żelaza ci te ręce odlali? Co to ja mówiłam? Aha, prawda, o dzieciach mówiłam. Schorowane nieboraki były. Szukali medyka. A gdzie tu medyk? Na takim pierdziszewiu? Trafiło na mnie. Grzela mnie tam zaprowadził. Pomogłam, jak umiałam. Nie chwaląc się, wiele umiem. Medycyna niekonwencjonalna, rozumiesz. - Mruga okiem i uśmiecha się. - Nie dali jednak dobrze poleczyć. Spieszyli się.
– Co z tą dziewczynką?
– Zabrał jedną Grzela niebogę. Ledwo dychała, więc ją oddali, widać wiedzieli, że życia w niej tyle, co wody w kamieniu. Zabrał ją na pomoc domową niby, ale ja wiem, o jaką pomoc mu szło. Oby mu kutas zgnił i odpadł za życia! Tfu! Tak myślę, że jej żywot dobiega właśnie kresu na tym świecie. Chora jest, a ten bydlak, nie dozwolił jej poratować.
– Nic nie dzieje się bez przyczyny. Tak mówiłaś. Więc teraz wiesz już, po co tu jestem. Która to chałupa?


*

Izba jest duża, niska i jasno oświetlona. Przy drzwiach wisi gliniana kropielniczka ze święconą wodą. Wkładam do niej palce i po chwili przykładam je do ust. Ma zapach... starości? Po mojej prawej ręce u powały, na drewnianej żerdzi leży bochen chleba, obok suszą się pęta kiełbas, słonina i pęki zebranych niedawno ziół. Pod tym wszystkim stoi zbita z malowanych desek szafa z półkami, które uginają się od garnków, mis, kubków i drewnianych łyżek. Do niej zaś przytula się solidna, okuta w metal, skrzynia zamykana na klucz. Pod oknem, zapewne dla wygody odwiedzających gospodarzy znajomków, ustawiono dębową ławę z oparciem. Ściana nad małżeńskim łożem aż bucha feerią barw: fioletem, żółcią, czerwienią i ultramaryną. A wszystko to za sprawą kwiatów ozdabiających obrazy z wizerunkami świętych Pańskich. Jest głośno od tupotu bosych stóp i przekrzykiwań dwóch chłopców biegających po izbie z drewnianymi mieczami w dłoniach. Spieczony jak rak Jakub Grzela siedzi przy palenisku w samej tylko koszuli i płóciennych portkach. Bosy i milczący moczy stopy w balii, pełnej parującej jeszcze wody. Oczy ma zamknięte, brodę opartą na piersi, tylko krogulczy nos zdaje mu się poruszać wiedziony zapachem, gotującej się w garnku kapusty. Podwinięte rękawy ukazują silne od fizycznej pracy, żylaste przedramiona i wielkie jak bochny dłonie zaciśnięte w pięści. Tęga kobieta o miłej zaróżowionej twarzy i ciemnych włosach wystających spod szarej chustki, żona – zgaduję - przycina mu nożycami nadpalone włosy koloru słomy. Na wprost widzę sąsiednią izbę, a w niej malowaną kołyskę dla niemowlęcia. Nie patrzą w kierunku sieni, gdzie kryję się w mroku. Czują się pewnie w swoim domu, nie zaryglowali drzwi na noc. Może czekają na kogoś?
– A kogo to tam licho niesie po nocy? - rzuca mocnym, donośnym głosem niewiasta, nie odwracając oczu od rozbitego łba swego męża. - Mieliście przyjść jutro nad ranem, Szymonie. Gąski sprzedam, jak mówiłam, u mnie słowo nie dym, ale jutro. Chyba żeś niecnoto przyszedł chłopa mi wyciągnąć do Żyda na wódkę? Co to, to nie! Pijanice zatracone. Czemu zaś milczysz, niby ten kamień leżący wedle drogi. Języka żeś zapomniał w gości zabrać?
– Przestańże jazgotać, babo – cedzi słowa przez zęby Grzela. - Chwycę za kij, wnet zawrzesz jadaczkę! Wyleźże z tej sieni do światła. Stoisz w cieniu niby ten umrzyk wylazły z grobu!
Skoro mnie zaprasza, wchodzę. Tylko czy on wie, że nie zaprasza się upiora do domu?
– A kto tam? Tyś, że to, paskudniku?! W moim domu! - ryczy i próbuje wstać, ale jakoś tak niezgrabnie - wszak nogi ma w balii - że kaleczy się głową o nożyce, które zastygły na chwilę w bezruchu, w kobiecych dłoniach. Klnie i chwyta za gorący garnek, ale zaraz go upuszcza z powrotem na blachę. Stoi w wodzie z rozchylonymi ramionami, zaciska raz po raz pięści i dyszy ciężko z nagłej wściekłości.
– Ani mi się waż! - ostrzegam. - A ty kobieto, odłóż to żelazo.
– A juści, odłożę. Niedoczekanie twoje, przeklętniku! Jak się zawinę, wnet drugą szramę będziesz miał na pysku. Dali jazda! Fora ze dwora!
Co za jazgot! Cichnie i zamienia się w słup soli, gdy łapię jednego z oniemiałych nagle chłopców za włosy, przyciągam do siebie i zza pasa wyciągam nóż. Cichnie tylko na chwilę:
– O Jezusie Nazareński, Królu żydowski! Pietrusia pochwycił! Puskaj, boć oczy wydziobię.
– Zawrzyj gębę, Kaśka! - Grzela, widać, wziął się już w karby. - Czego chcesz, diable?
– Gdzie dziewczynka?
– O Matko Boska! Święci Pańscy! Weronkę chce ukraść! Gardło ci przegryzę, ty czorta kamracie! – drze się Katarzyna Grzela i sunie ku mnie z nożycami w ręku.
– Zostań tam, gdzie jesteś, kobieto! – Zatrzymuję ją w miejscu i przystawiam chłopcu ostrze do szyi.
– Ratuj tatku, ratuj! – krzyczy żałośnie Piotruś. Drugi z synów stoi jak sparaliżowany w obsikanych ze strachu porciętach i z drewnianym mieczem w zaciśniętej dłoni skierowanym w moją stronę.
– Cichaj, Kaśka! Przecie nie o Weronkę mu idzie – warczy Grzela i wychodzi powoli z balii. Cicho mlaskają jego bose stopy na drewnianej podłodze. A Kaśka cóż? Kaśka pojękuje cicho i wpatruje się jak zauroczona w stalowe ostrze przytknięte do szyi jej dziecka.
– Mówiłam, że karę boską ściągniesz na siebie, dom swój i na dzieci swoje. - Jakaś ponura rezygnacja jest w jej głosie. - Przebacz Panie Boże, Jezusie i Ty Matko Boża, że oczy na to wszystko zamykałam. Moje dzieci nic nie winne...
– Gdzie dziewczynka? – powtarzam.
– A co?
Milczenie. Kąciki ust wysunięte na moment ku górze. Ułamek sekundy i coś na kształt szyderczego uśmiechu. Dlaczego tak głupio odpowiadasz, Jakubie? Czyś się wyrzekł swego syna? A może inaczej byś odpowiedział, gdybyś poczuł pod kciukiem pulsującą oszalałym rytmem żyłę na szyi małego chłopca? Może odtajałoby wtedy twoje serce, które masz z lodu? W jakim momencie swego życia, stałeś się tym, kim jesteś teraz? Prawda jest jednak taka, że nic mnie nie obchodzisz. Natomiast ważne jest dla ciebie, czy zechcę zadać to pytanie po raz trzeci. A jak już je zadam, jak na nie odpowiesz? Czy tak, jak tego oczekuję?
Jak na kobietę, tak dużych rozmiarów, rzuciła się na mnie bardzo szybko. Z pasją i nienawiścią. Rozchylone ostrza nożyc miała nadzieję wbić mi oczy. Siedzi na podłodze z rozbitym nosem i mruga oczyma. Uderzyłem ją tak, by nie straciła przytomności. Musi pomóc mi i swojemu dziecku. Grzela ani drgnął, stęknął tylko głucho.
– Gdzie jest dziewczynka, którą zabrałeś od handlarzy? Czwarty raz już cię nie zapytam.
– Zaprowadź go do niej – mówi mocno i bardzo powoli Katarzyna, matka Piotrusia, Weroniki i oniemiałego chłopca, który zlał się w gacie przed kilkoma minutami. - Bóg mi świadkiem, że jak nie on, to ja cię zabiję, jak tego nie zrobisz.
– Pójdziemy. Tylko wzuję buty. - Grzela obraca się jak poruszone nagle stare młyńskie koło.
– Pójdziesz boso. Chłopiec pójdzie z nami. Ona też.
– Mogę i boso. - Wzrusza ramionami i z wnęki w piecu bierze smolną pochodnię. - Za jedno mi to. Ostań się Antoś z Weronką, my zaraz wrócimy.
Podaje dłoń siedzącej na ziemi żonie, która dźwiga się z przeciągłym jękiem, ociera zakrwawiony nos o rękaw koszuli i patrzy na mnie zimnym, złym wzrokiem.
– Słyszysz, Antoś?! Pilnuj siostrzyczki.
Antoś kiwa głową. Usta nadal ma szeroko otwarte. Nic nie mówi, tak jak jego brat uwiędły w moich rękach.
Wychodzimy na podwórze.
– I ty tutaj, wiedźmo!? - Grzela pluje Oldze pod nogi. - Zaraza by cię wzięła! Czekaj, jeszcze się będziesz smażyć, jak ta skwarka na patelni. Już ja tego dopilnuję. Ty...!
Olga trzaska go w twarz otwartą dłonią. Bez słowa. Mocno, szybko na odlew, tak, że echo rozchodzi się po obejściu. Zaskoczenie. Niedowierzanie. Szok. Jakub Grzela stoi oniemiały jak słup soli.
– Nigdy więcej tak do mnie nie mów, chamie. Ale to nie za mnie było, ale za psa. A teraz podnieś pochodnię i prowadź. - Jej głos jest twardy, władczy i nie znoszący sprzeciwu.

*

W zbudowanej na planie sześcioboku stodole jest przyjemnie chłodno. Świerze nocne powietrze sączy się przez małe, wąskie otwory na górze. Gdzieś w oddali turkocze jeszcze młyn, kowal kończy spóźnioną pracę, a psy nieopodal wołają do księżyca, którego światło miękkim srebrem rozlewa się po klepisku. Wiatr przywiał z ogrodu zapach mięty. Świerszcze grają mocno i z werwą. Przedrzeźnia je żabi rechot, który niesie się od mokradeł. Zda się nikt i nic nie śpi jeszcze tej nocy. Tylko stodoła nurza się już we śnie. W sąsiekach sennie zległy siano i zboże. Pod ścianami stoją ustawione w wielkim porządku, niczym karne wojsko, narzędzia rolnicze. Po środku, na klepisku, dnem do góry leży wielka drewniana balia, która ściąga wzrok.
Nie ma tu mego dziecka. Już bym to wiedział. To uczucie. Czy to ulga?
– Nie wiedziałam, co z nią zrobić. - Głos Katarzyny jest cichy i pozbawiony emocji. - Kwiliła tylko i kwiliła, jak ten ptaszek z przetrąconym skrzydłem. Małe to, nijakie, cudze. Przykryłam balią. Nie widać, nie słychać. W serce nie bodzie to jej kwilenie. Niech tam sobie już zemrze po cichuśku. Świat tego nie zobaczy, to jakoś może i grzech ten się rozejdzie, zniknie. - Zaciska dłonie w pięści. - Tak wtedy myślałam.
– A teraz, co myślisz?
– Że grzech mego męża spadnie i na mnie i moje dzieci, choć są niewinne. Ona tutaj przecie też niewinna, a tyle cierpienia ją spotkało.
– Tyle cierpienia i ani drobiny litości. - Gniew we mnie wzbiera.
– Miej litość dla mego dziecka – jęczy Katarzyna i wbija we mnie błagalny wzrok.
– Nie jestem katem dzieci. - Odpycham chłopka w ręce matki i zwracam się do Grzeli. - Podnieś!
Dziewczynka ma góra dziesięć lat. Jasne, posklejane od wyschniętego potu włosy oblepiają jej czoło, oczy i blade, suche usta. Drobne dłonie ma złożone razem na zapadłym brzuchu. Licha, za duża chabrowa sukienka jest jak całun pogrzebowy. Mam wrażenie, że się uśmiecha.
– Mamuś, a kto ona taka? I czemu tak leży bez ducha? - Oczy Piotrusia zachodzą łzami.
– To grzech twego ojca. I mój.
– Odsuń się! Stoisz, jak kołek w płocie. - Olga dotyka żyły na jej szyi, przykłada ucho do zapadłej piersi. - Żyje, ale nie za wiele, czasu jej zostało, jeśli nic nie zrobimy.
Wyjmuje z torby drewniane pudełko, słoik, i dwa lniane woreczki.
– Ta choroba to pokrzywnica. - Nabiera na palec jakiś ciemnozielony proszek i rozprowadza go pod nosem dziewczynki. - Za chwilę powinna zaczerpnąć mocniej powietrza, a wtedy położę jej na język to – wyjmuje ze słoika jakąś brudno białą grudkę. - To ekstrakt między innymi z żywokostu, arcydzięgielu, krwawnika... kilku słów i innych ingrediencji. - Uśmiecha się lekko. - O, właśnie teraz! Weź to, malutka. Dobrze.
– I co dalej? - Potrzebuję jasnej, pewnej odpowiedzi, bo nie wiem, co robić.
– Dalej? Trzeba ją stąd zabrać do mego domu. To na pewno. To, co teraz zrobiłam, nie wystarczy. Muszę ją obejrzeć. Nie wiemy, co on jej zrobił.
– Nie tknąłem jej. - Z gardła Grzeli dobywa się warkot.
– Boś porządny człowiek, dobry chrześcijanin i z trupami nie obcujesz.
– Wiedźmo! - Jego twarz jest maską nienawiści.
– Zaniesiesz ją. Znasz drogę - mówię.
– Nie mam butów.
– Więc będzie to początek twojej pokuty.
– Niech on już jej więcej nie dotyka. - Wchodzi nam w słowo Olga. - Nie ma takiej pokuty, którą mógłby zadośćuczynić, zło które czynił. - Jej głos przypomina trące się o siebie kamienie. - Zresztą, nie nam o tym decydować. Wyprowadź wóz i zaprzęgaj konia.


*

To był piękny poranek. Piękny swą zwyczajnością. Słońce błyskało w piórach kaczek, które sunęły leniwymi zygzakami po stawie. Leciały po wodzie krzyki dzieci, szczekanie psów, tupot i porykiwanie pędzonego do wodopoju inwentarza, gdzieś w oddali, pochylony nad studnią skrzypiał żuraw.
Udało się nam doczekać świtu. Nikt nas nie niepokoił.
Wóz zaprzęgnięty w dwa konie załadowano skromnym dobytkiem. Woźnicą był sąsiad Olgi, Ambroży. Na wozie, na posłaniu z ubrań i pierzyny leżała śpiąca dziewczynka. Chciałem ją zapytać, czy poznała w drodze inną dziewczynkę: bladą, czarnowłosą Marysię o rozbieganych oczach koloru polnych chabrów. Dziewczynkę nad wyraz energiczną, nucącą pod dziarsko zadartym noskiem piosenki wyłącznie własnego autorstwa. Dziewczynkę, co lubi zwijać język w tutkę, kiedy nie smakują jej placki na miodzie robione przez jej mamę. Chciałem ją zapytać, czy widziała moją córkę, lecz ona nie chciała się obudzić.
– Może to potrwać nawet dwa dni, ale obudzi się na pewno. - Tak mówiła Olga.
– Czy mam czas? Dwa dni. Ludzie, za którymi jadę, są coraz dalej. A ty odjeżdżasz wraz z nią w przeciwnym kierunku.
– Zyskasz pewność.
– Pewność zyskam, kiedy ich dogonię. Jeśli odpowiedziałaby mi, że jej nigdy nie poznała, nie wiedziałbym, gdzie mam się udać, w którą stronę jechać. A tego bym nie zniósł. Bo jechać przecież muszę. Muszę mieć cel.
– Rozumiem. Pamiętaj, że prawie zawsze jest nadzieja. Świat jest zły, ale jest też pełen ludzi dobrej woli. Inaczej przestałby istnieć, nie dałoby się na nim żyć. Twoją nadzieją jest ktoś, kto umie na świat patrzeć też sercem. Ktoś, kto nie przejdzie obojętnie wobec cudzej krzywdy i cierpienia. Na tyle silny, by złu się przeciwstawić. Może drogi tego kogoś i twojej córki zejdą się kiedyś, albo - daj Bóg - już się zeszły.
– Marna to pociecha. Ilu takich jest?
– Nie wiem. Dobrych wielu. Dobrych i silnych, pewnie niewielu. Niekiedy na ten jeden dobry akt składa się suma uczynków wielu ludzi. Wiem tylko, że nie możesz odpuścić, a widzę, że wątpisz.
– A gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Pełno jest w ludziach słów o Bogu, lecz ile jest Jego samego w świecie?
– Choć wątpisz, to jednak szukasz nadziei w boskim miłosierdziu. Pytasz, czy jest obecny w świecie? Przecież to jego świat. Lecz nie mnie o to pytaj. Ja nie znam odpowiedzi na takie pytania. Myślę o nim jako o Tym Który Się Nie Wtrąca. Czasem do niego mówię, pytam...
– Są tacy, którzy z Nim rozmawiają. Sądziłem, że jesteś jedną z nich.
– Nikt z Nim nie rozmawia, bo monolog nie jest rozmową. Nie znam nikogo, komu by odpowiedział.
– Niektórzy jednak...
– Wiem, są tacy. I tych unikaj.
– Któż więc się wtrąca?
Zły. On zawsze ma coś do zrobienia. Wytrwały jest i cierpliwy.
Wysupłałem spod siodła dwie złote monety.
Wystarczy na rok utrzymania dla ciebie i dla niej. Myślę, że szybko na siebie zarobisz. Twojego sąsiada już opłaciłem.
Przyjmę je z radością. To hojna jałmużna.
Nie traktuj tego jako jałmużnę. To, żywię taką nadzieję, zaczątek na nowe życie. Jeszcze jedno, powiedz dziewczynie, do której jedziecie, że... gdy będę wracał, to wstąpię do jej domu i opowiem, jak to wszystko się skończyło.

*

Jak z baśni jest ten las olchowy. Ciemnozielony, cienisty i głuchy. W zawrotnych pląsach, pośród owadziej drobnicy, latają wielkie chrząszcze. Niezdarnie kręcą pętle wokół błyszczących liści czarnej olszy. Wzbierający na sile północny wiatr plącze się w gałęziach kilku jesionów. W głębi, między drzewami, czerwienią się owoce kaliny, żółci się wysoki kosaciec, przetykany gdzieniegdzie karminowymi plamkami - to zapewne czyściec leśny. Kończą się dni pełne słońca. Ciężkie sine chmury zbierają się na niebie. Idzie burza? Czy to tętent końskich kopyt?
Chrystus przystanął na leśnym rozstaju. Wysoki i smukły, omszały nieco na barkach i pochylonej lekko głowie, lecz mocny w swym ciele z dębiny. Czy taką akurat twarz miał wydobyć z pnia dębowego nieznany rzeźbiarz? Czy to przypadek tylko?
– Frasobliwe twe oblicze, Panie i to mnie zasmuca. Nie cieszysz się na mój widok, a ja skręcam się jak robak w słońcu pod twym wejrzeniem. Wolałbym zobaczyć, jak się cieszysz, żeś spotkał drugiego człowieka. Wszak droga tu bezludna.
A może, tak jak ja, zgubiłeś kogoś w świecie i to cię tak przytłacza, że nie dostrzegasz już nic ponad swoją samotność?
Kto cię takim uczynił, Panie, że smutek tylko i frasunek rozdajesz każdemu bez wyjątku, na każdym rozstaju tego świata?
Panie, waży się los mojej córki, a waga na której złożono jej życie jest lichwiarska. Wojna przyszła. A ona jest przeciwko wszystkim ludziom, bez wyjątku, choć ludzie ją wszczynają. A najbardziej jest przeciwko dzieciom. Jakiż to świat, który jest przeciw nim? Czemu lepszego nie ma świata, Panie?
Milczysz, lecz... Las wkoło ożywa!
Za plecami i po bokach zaczynają trzaskać gałęzie, parskają konie, kopyta głucho uderzają o leśną ściółkę. Niczego nie widziałem i niczego nie słyszałem, a przecież jest ich tak wielu!
Ruszam przed siebie. Mijam zakręt. Jakieś pięćdziesiąt kroków przede mną na środku drogi stoi trzech jeźdźców. Kilku mam za plecami. Po bokach między drzewami wolno stąpają ciemne sylwetki. Jeden zrównuje się ze mną i jedzie obok w milczeniu. Uspokajam Albireo. To największy jeździec i koń jakich widziałem w życiu. Nie patrzy na mnie. Wzrok ma utkwiony w tych, co stoją na drodze. Ma smutną, poznaczoną bliznami twarz. Czarny włos, mocno przetykany siwizną, kędzierzawi mu się na kwadratowej szczęce, a nos - chyba niegdyś orli - ma złamany w dwóch miejscach.
Mam wrażenie jakbym jechał u boku starego przyjaciela. Wszystko wiemy o sobie, niemal wszystko już sobie powiedzieliśmy w długiej podróży, nie potrzebujemy słów, by cieszyć się ze swojego towarzystwa. Ach, gdybyś naprawdę był moim przyjacielem, uśmiechnąłbyś się i powiedział, bym się nie lękał, że wszystko będzie dobrze. A ty milczysz uparcie, więc nie masz dla mnie dobrych wieści. Prawda?
I skończyła się już droga. Dalej nie pojadę. Wielkolud został nieco z tyłu, niemy i śmiertelnie poważny. Patrzą na mnie pozornie obojętnie, groźni, żylaści, z sękatymi dłońmi opartymi na głowniach ciężkich szabel. Ten pośrodku, najstarszy, o szarych przenikliwych oczach – zgaduję, że dowódca – unosi w górę rękę i po chwili zza drzew po mojej prawej stronie wychodzi, prowadzony przez jednego z żołnierzy, Jakub Grzela.
– Ten oto człowiek szukał córki? - Głos starego żołnierza, mówiącego całkiem udaną polszczyzną, jest głęboki i śpiewny.
– Tak jest, panie. - Grzela gnie się usłużnie. - Ale to nie człowiek, panie oficerze, to diabeł! - Mówiąc to, czyni znak krzyża. - Chłopów pobił, kijem. Samojeden! Imię jego takie, że prędzej język w supeł zaplączesz, niż zdołasz je wyrzec. Prędzej wyplujesz, niż wypowiesz. I czarownicy najlepszy to kamrat!
– Jakiej znowu czarownicy? To wy tu i czarownicę macie, hę? - Rosjanin wydaje się być szczerze zainteresowany. Coś niby uśmiech rozgania zmarszczki na jego twarzy.
– Chcieliśmy spalić taką jedną wedle zwyczaju, jak to się z wiedźmami zwykle robi, a ten tu nie dozwolił – mówi i strzyka śliną pod kopyta Albireo, a tak rusza wąsiskami, jakby niedźwiedzia w kniei zwąchał. - Znaczy, czorta pomocnik, albo i sam diabeł w ludzkiej postaci.
– Ciekawie i logicznie żeś to był wywiódł, tak. Ale kim on jest, nie twoja to rzecz. Możesz odejść.
– A zapłata, panie oficerze? Obiecaliście. - Słyszę szczery zawód w głosie psubrata. Chwyta za połę długiego szarego płaszcza i wczepia się weń jak rzep. - Obiecaliście zapłatę!
– Tak, prawda, obiecałem. - Szare oczy Rosjanina robią się zimne jak stal.- Rozlega się świst, a potem nieprzyjemny dla ucha trzask pękającej skóry, gdy rzemień kańczuga owija się wokół głowy Grzeli, który zaraz zaczyna drzeć się wniebogłosy, a wszystko to przy wtórze rżenia spłoszonych koni.
– Precz!
To było już po rosyjsku, ale Jakub Grzela doskonale pojął, czego się od niego oczekuje. Rusza biegiem przed siebie, wyjąc z bólu i upokorzenia. Boso.
Rosjanin odprowadza go przez chwilę obojętnym spojrzeniem, a potem zwraca swą pokrytą bliznami twarz ku mnie. Przechyla na bok głowę. Szybko gaśnie zimny blask w jego oczach. Można by rzec, że są wręcz dobrotliwe. Tak wilcy wpatrują się w zagubione pod lasem jagnię.
– Pan Hubert Wiczery, jak się domyślam? Nieprawdaż?
Dzisiaj rano podjąłem złą decyzję.

W tekście wykorzystałem fragmenty jednej z ksiąg Starego Testamentu: „Pieśń nad pieśniami”.

Dział: Opowiadania
wtorek, 22 listopad 2016 10:27

Miecz i kwiaty

Wyprawy krzyżowe, zdradzieckie intrygi, potyczki z Saracenami i asasynami Starca z Gór oraz walka z pradawnym Złem – tak w skrócie można przedstawić trylogię Marcina Mortki, Miecz i kwiaty, która ukazała się niedawno w prezentującym się dość imponująco, zbiorczym wydaniu nakładem Wydawnictwa Uroboros.

Z nabitą ideałami i pięknymi mrzonkami głową młody szlachcic Gaston de Baideaux przybywa do Ziemi Świętej, by odpokutować za popełnioną w ojczyźnie zbrodnię. Bardzo szybko przekonuje się, że wiele można powiedzieć o tym pozornie świątobliwym miejscu, ale z pewnością nie to, że aniołowie unoszą się tu nad głowami dobrych chrześcijan, a Bóg zawsze wspiera swych wiernych. Próżno też szukać rycerzy gotowych bezinteresownie i honorowo walczyć za Grób Pański. Wręcz przeciwnie, Tyr, do którego przybywa, ostatnia chrześcijańska ostoja na tym terenie, to gniazdo zepsucia, korupcji, zbrodni i najpodlejszego zła. Co więcej, niemal od razu młodzieniec zostaje wplątany w sieć intryg i staje się celem ataku nie tylko zakonu templariuszy, ale niemal każdego liczącego się w mieście stronnictwa. A wszystko to za sprawą jego starszego brata, niepokonanego rycerza o doskonałej opinii, który w tajemniczych okolicznościach zaginął kilka miesięcy wcześniej…

Jedno jest pewne, a można się tego domyślić już po zapoznaniu się z pobieżnym opisem fabuły. Podczas lektury na pewno nie można narzekać na nudę, nie pozwolą na to dynamiczna akcja i pełna zwrotów fabuła. Marcin Mortka stworzył klasyczne, ale pełne swoistego uroku historyczne fantasy, w którym z każdym kolejnym rozdziałem ujawnia się coraz więcej nadnaturalnych wątków i postaci, a przy tym całość zachowuje wyrazisty posmak epoki i miejsca, w których mają miejsce poszczególne wydarzenia. Widać, że autor czuje ducha czasów, o których pisze, sam zresztą przyznał w posłowiu, że od lat fascynował go okres krucjat, a powieść o nich to niejako dzieło jego życia.

Mimo że początkowo pewną trudność sprawiło mi wczucie się w lekturę, w końcu dałam jej się porwać, a to za sprawą przepełniającej ją atmosfery, pomysłów, które wprawdzie miejscami powielają znane schematy, ale mają w sobie również wiele oryginalności oraz przesympatycznych towarzyszy głównego bohatera. O tych ostatnich można powiedzieć wiele i można im zarzucić pewną sztampowość (mamy do czynienia z silnym, lecz słabo rozgarniętym giermkiem-niemową, chciwym łotrem o dobrym sercu, co sprzedałby własną matkę, ale ostatecznie staje po stronie przyjaciół, rozpasanego, tchórzliwego księdza przechodzącego cudowną przemianę, bogobojnego rycerza o nieskalanym honorze oraz dojrzałego wojownika skrywającego mroczny sekret), ale nie sposób oprzeć się ich urokowi i po prostu przyjemnie czyta się o ich przygodach.

Autor odarł krucjaty z ich pozłacanego, propagandowego wizerunku śmiałych wypraw pobożnych rycerzy walczących w imię wiary i honoru, w zamian pokazując brutalne realia, zepsucie i nikczemność oraz walkę o niemal wszystko z wyjątkiem prawdziwego oddania Bogu. W interesujący sposób wplótł również w fabułę wątki magiczne i ponadnaturalne, stawiając na drodze bohaterów nie tylko pradawnego demona Asmodeusza, ale również najprawdziwsze diabły i arabskie dżiny.

Niestety, nie ustrzegł się przy tym kilku błędów, które nieco burzą tak pozytywny odbiór powieści. Przede wszystkim, nie sposób nie dostrzec pewnych znanych powszechnie schematów, zarówno w ogólnym zarysie fabularnym (oto nieopierzony młodzieniec przechodzi przemianę i ratuje świat w towarzystwie drużyny zawadiackich przyjaciół), jak i w poszczególnych scenach (ratowanie dam z opresji i to dam zwiastujących dużego pecha to niemalże motyw przewodni wszystkich trzech tomów). Kreacja głównego bohatera również pozostawia nieco do życzenia, a jego naiwność oraz bezrefleksyjne niemalże poddawanie się manipulacjom otoczenia czasami aż wydaje się niewiarygodna. Podobnie jak zaskakująca przemiana, gdy z fajtłapy w zaledwie kilka miesięcy wyrasta pogromca rubieży i niedościgniony szermierz. W oczy rzucił mi się również jeden element, który nieco burzy wiarygodność świata przedstawionego, drobny, bo drobny, ale jednak z lekka uwierający. Mianowicie, po jednym z ataków przypominających padaczkę, nowo poznany towarzysz zwraca się do Gastona z na poły ironicznym pytaniem „od kiedy epilepsja jest grzechem, za który trzeba pokutować?”. No cóż, o ile mi wiadomo, w czasach średniowiecza była uznawana właśnie za objaw opętania przez diabła i pokuta byłaby tu jak najbardziej wskazana. Oświecenie przyszło kilka wieków później…

Warto wspomnieć też krótko o nowym wydaniu trylogii, która prezentuje się o niebo lepiej niż wydawane oddzielnie książki sprzed kilku lat. Umieszczona w jednym, opasłym nieco tomiszczu w twardej oprawie i z przyjemną dla oka szatą graficzną zwyczajnie cieszy oko. Dlatego kłują nieco w oczy literówki, czasem dosyć zabawne i nadające tekstowi nowy sens, jak choćby fakt, że „snujące się ulicami tłumy zawsze reagują przełażeniem na widok krwi”.

Niemniej, zalety trylogii w pełni rekompensują jej wady i mogę ją szczerze polecić fanom gatunku. Znajdziecie w niej dobrą przygodę, wartką akcję i wartą poznania historię, która nabiera pełnego kształtu i smaku dopiero jako pełna, zamknięta całość.

Dział: Książki
środa, 11 styczeń 2012 14:09

Córka Imperium

Po raz pierwszy „Córkę Imperium” Raymonda E. Feista i Janny Wurst przeczytałam wiele lat temu. Książka bardzo mnie wciągnęła. Ucieszyłam się na myśl, że dalszy ciąg historii to jeszcze dwa tomy. Tymczasem ku mojej irytacji, a potem rozpaczy okazało się, że jakoś nigdzie nie mogę dostać pozostałych części. I oto wreszcie doczekałam się wznowienia wydawniczego „Córki…” oraz pozostałych tomów trylogii (dzięki wydawnictwu Rebis).

Książka jest ładnie wydana, choć ilustracja Dona Maitza z okładki wydania z 1995 roku jakoś bardziej mi pasuje i do treści, i do klimatu powieści (nawiasem mówiąc nawiązuje już do treści II tomu). Okładka wydania z 2011 jest dość sztampowa – piękna panna odziana w zwiewne szaty, stojąca na statku ze smokiem na dziobie i żaglu, w tle wschód lub zachód słońca i płonący port jakiegoś miasta. Ta panna w zwiewnych fatałaszkach i smok to zachowanie pewnego standardu, dość monotonne i trochę wionące nudą. Ale zgodnie z przysłowiem, nie oceniajmy książki po okładce, choć mnie ona by raczej nie zachęciła do kupna, gdybym jeszcze nie wiedziała, co kryje się w środku.

Zatem przejdźmy do wnętrza…

Siedemnastoletnią Marę z rodu Acoma wojownicy jej rodu dosłownie tuż przed wypowiedzeniem ostatecznego ślubowania bogini Lashimie wyprowadzają ze świątyni. Dziewczyna nagle dowiaduje się, że w wyniku intrygi straciła brata i ojca, zostając tym samym ostatnią z rodu i jednocześnie jego głową. Niedoświadczona i nie przyuczana wcześniej do tej roli, musi nie tylko objąć we władanie posiadłości i podjąć prowadzenie interesów, ale przede wszystkim przetrwać w świecie, w którym toczy się Rozgrywka Rady, a wielu doświadczonych graczy chętnie wyeliminuje osłabiony ród.

Mara już na samym początku musi znaleźć sposób na odbudowanie swoich sił wojskowych, z których większość poległa wraz z bratem i ojcem oraz stworzyć sojusz z niezbyt chętnym do tego przeciwnikiem politycznym poprzez poślubienie jego syna. W niedalekiej przyszłości czeka ją potyczka z niezwykle niebezpiecznym mistrzem intrygi, który zaaranżował śmierć jej rodziny. Wspierana przez starą nianię, zdolnego zarządcę i pierwszych oficerów swojego rodu Mara walczy o przetrwanie, podejmując decyzje, które zaskakują czasem nawet jej doświadczonych doradców… Co takiego oryginalnego jest w tej powieści?

Zazwyczaj światy w powieściach fantasy mniej lub bardziej nawiązują do czasów średniowiecza lub czasów pogańskich. Są zamki, grube mury, biedne wioski, wieśniacy, cechy rzemieślnicze, kapłani jednego lub wielu bogów. Czasami mamy smoki lub inne potwory, elfy, magów, królów i królowe.

Świat imperium Kelewanu to miejsce, gdzie przede wszystkim liczy się honor. Mamy wielkie rody walczące o wpływy, mamy cesarza, Radę i jej rozgrywki i intrygi. Plama na honorze zmywana jest krwią – honorowe samobójstwo jest lepsze od wstydu. Zachowanie pozorów bywa wszystkim i czasem decyduje o spektakularnym zwycięstwie jednych lub sromotnej porażce innych. Jeżeli dodamy do tego domostwa z przesuwanymi papierowymi ścianami i stosami poduszek, lektyki oraz cały wachlarz wymyślnych rytuałów, wszystko zaczyna wyglądać znajomo. Świat imperium otwarcie nawiązuje do stylistyki dalekiego wschodu, autorzy zresztą w podziękowaniach wspominają też przyjaciół o koreańskim rodowodzie, którym zapewne zawdzięczamy szczególny klimat i koloryt powieści.

Jak na powieść fantasy przystało w cyklu „Imperium” mamy też magów (choć ich rola w tomie I jest dość marginalna), mamy zamorskie podboje barbarzyńskich krain (niepokojąco podobnych do „zwykłych” fantastycznych światów) oraz fantastyczne stworzenia – podobnych do mrówek lecz ludzkich rozmiarów, żyjących w swego rodzaju rojach Cho-ja. Pospolite zwierzęta mają tu sześć nóg (czyżby twórcy Avatara podpatrzyli to i owo?), kwiaty i owoce obdarzono dziwacznymi nazwami, metale są niezwykle rzadkie i przez to drogocenne.

Podsumowując – powieść niczym miecz samurajski. Akcja - wartka i oparta na świetnie zbudowanej intrydze, a osadzona w kolorowym i pełnym egzotyki tle. Klimatycznie, oryginalnie, sprawnie i z polotem. Wobec ostatnich sukcesów serialowej ekranizacji "Gry o Tron" mam nadzieję, że Hollywood dostrzeże również potencjał tej powieści :) Serdecznie polecam.

Dział: Książki
piątek, 29 marzec 2013 08:05

Listy lorda Bathursta

Marcin Mortka to znane nazwisko na polskiej scenie fantastycznej. Głownie jednak kojarzy się z fantastyką historyczną ("Miecz i kwiaty", "Ragnarok 1940"), a niektórym ewentualnie z horrorem ("Miasteczko Nonstead"). Tym razem powrócił do czasów, gdy tłumaczył powieści marynistyczne Patricka O'Briana i klimatów, których zaczątki czuć było już w "Karaibskiej Krucjacie" - fantastyce z piratami w roli głównej. I trzeba przyznać, że naprawdę dobrze mu to wyszło.

Peter Doggs to niezrównany żeglarz, ale i człowiek, który szybciej mówi niż myśli, a przy tym jest niesamowicie uparty i niechętny do słuchania innych. Ze względu na te cechy, spotykamy go po raz pierwszy, gdy właśnie zostaje zabity. Tak naprawdę przed śmiercią ratuje go Lord Bathurst, który upatruje w Doggsie człowieka idealnego do tajnej, niebezpiecznej misji na morzu. Na wszelki wypadek, roztacza "opiekę" nad jego córką i w zależności od uległości jej ojca, znajduje jej odpowiedniego kandydata na męża. Tak zaczyna się przygoda Petera, który wcale nie chce jej przeżyć. Do przodu gnają go tylko listy Barhursta, dostarczane przez jego szpiclów na statku, troska o córkę oraz ciekawość prawdziwych zamiarów lorda.

Czytelnik poznaje wszystkie zawiłości intrygi razem z Doggsem - czy to z listów, czy jego własnych rozmyślań. A fabułę Mortka wymyślił naprawdę złożoną. Sporadycznie tylko opuszczamy pokład okrętu, którego nazwa zmienia się jak w kalejdoskopie. XVII-wieczne oceany były wysoce niebezpiecznym miejscem, po którym żeglowali korsarze i wrogie floty. Możecie być pewni, że okazji do wystrzelenia armat nie zabraknie, czy to przeciwko piratom, Francuzom, czy nawet... swoim. Ukryte zamiary Lorda zaprowadzą naszych bohaterów do Indonezji, lecz droga nie będzie usłana różami.

W większości pozyskani przez szantaże, przedstawiciele Bathursta, pilnują, by kapitan wykonywał swoje polecenia, ale jednocześnie stanowią słabe ogniwo, o czym ten dobrze wie. Doggs to tak naprawdę łotr jakich mało. Przed osiągnięciem celu nie cofnie się przed niczym: będzie rabować, zabijać, krzywoprzysięgać. Paradoksalnie jednak wzbudza sympatię czytelnika, szczególnie, że znamy jego motywację. Dlatego potrafimy zrozumieć środki, których używa do osiągnięcia celu. Jako postać osadzona wśród innych łajdaków, stanowi wśród nich najjaśniejszy punkt, jawiący się nam najwyraźniej, a do tego obdarzony jest niesamowitą inteligencją, która pozwoliła mu zajść tak daleko. Z lordem Bathurstem prowadzi swoistą wojnę na umysły - próbuje poznać plany Anglika i pokrzyżować je, zanim skończy mu się czas. Możemy się tylko domyślać, kto wygra w tym starciu, bo wcale nie jest to oczywiste.

Jedno trzeba Mortce przyznać - potrafi pisać nieziemsko i lata tłumaczenia książek O'Briana z pewnością wyszły mu tylko na dobre. Nieskończone lektury leksykonów marynistycznych się opłaciły, a ta wiedza pozwoliła napisać mu jego własną powieść w klimatach stricte żeglarskich. Fani fantastyki mogą się poczuć rozczarowani, bo poza manipulacją faktami historycznymi, nie znajdą tu elementów nadnaturalnych. Mimo to, dla mnie, osoby nieobeznanej i nieoczytanej w tych tematach, lektura była samą przyjemnością, a nastrój i plastyczne opisy wynagradzają w pełni te braki. Z łatwością przeniosłam się na pokład "Menelausa", wczułam się w klimat, brałam udział w intrygach i emocjonujących bitwach morskich. Na kartach powieści pisarz wykreował wiele wiarygodnych postaci, osadził je na bojowych okrętach Royal Navy, wysłał w daleką podróż do Indii, a przy tym zaplątał w intrygę lorda Bathursta.

Marcin Mortka zawładnął moim sercem. Ma niesamowicie lekkie pióro, świetne pomysły i barwny język, co w "Listach Lorda Bathursta" złożyło się na niesamowitą powieść. Jeśli nigdy nie kręciły was klimaty marynistyczne, nie bójcie się sięgnąć, a może w wykonaniu tego autora pokochacie je tak jak ja. Otwarte zakończenie stanowi dla autora furtkę, z której, jak sam powiedział na ubiegłorocznym Polconie, bardzo chętnie skorzysta. Czyżby szykował się nam drugi O'Brian? Jestem za!

Dział: Książki
środa, 13 styczeń 2016 12:43

Fragment: Czerwony rycerz - Miles Cameron

I jeszcze jedna premiera MAG-a dzisiejszego dnia. Zapraszamy do poczytania pierwszego rozdziału Czerwonego rycerza Milesa Camerona.

Dział: Książki

ŚWIAT SNU JEST PIĘKNY, LECZ TO WIĘZIENIE

Świat Snu był niemalże rzeczywistością. Jezioro było jeziorem, las lasem. Ale mógł stać się górą. A jezioro mogło przemienić się w wypełnioną złotem jaskinię, jeśli tylko tego chcieli.

Nie istniał tu czas, nie wiedzieli, czy tkwią tu od godziny, czy może od wielu lat. Ale dla nich i tak była to wieczność. Przebywali w Świecie Snu, snując się po nim i nie wiedząc co robić, oczekując, aż ktoś ich wybawi od tego bezsensownego nieistnienia. Mgliście pamiętali krótkie chwile przebudzenia, na które pozwalał im Nieznany. A i wtedy nic nie wydawało się rzeczywiste. Leżeli w ciemności, patrząc tylko w sufit lub w złowrogie czerwone oczy Nieznanego, który stał nad nimi obserwując, słuchając, obserwując.

Oślepiający rozbłysk – i znowu znajdowali się w Świecie Snu, gdzie sami kształtowali swoje nierealne życie tak, aby zadowolić Nieznanego. Zazwyczaj udawało im się, lecz kiedy go zawodzili, zsyłał na ich materialne ciała nieznośne fale bólu, który wnikał do ich umysłów i prześladował nawet w Świecie Snu przez wiele godzin, dni i nocy, dopóki Nieznany nie przypomniał sobie, że nie może ich dręczyć, jeśli chciał, aby żyli i dalej byli jego obiektami badań.

Wszyscy stracili już nadzieję, że kiedykolwiek zostaną uwolnieni od tego sennego koszmaru, lecz nie Aurianna. Dziewczyna wciąż liczyła, że ktoś kiedyś pokona Nieznanego, wyzwalając ją i jej towarzyszy ze Świata Snu.

Aurianna patrzyła na wysokiego chudego Fryna, który siłą woli bezmyślnie kształtował pagórek po drugiej stronie srebrnej rzeki. Wiatr zwiał jej na twarz kosmyk długich rudych włosów. Nie chciała wiatru. Wyciągnęła w górę zaciśniętą pięść.

– Wietrze, ustań! – zawołała, chociaż nie było to konieczne. Mogła w myślach wypowiedzieć swoje życzenie.

Odwróciła się i napotkała gniewny wzrok Afrit. Blondynka stała nieruchomo na pniaku i ponownie przywoływała wiatr. Aurianna nie chciała kłócić się z nią, więc zrezygnowała z dalszych prób uciszenia żywiołu.

Afrit zawołała coś do Fryna. Chłopak spojrzał na nią przelotnie i odsunął się, kiedy zeskoczyła z pniaka i wzniosła się w powietrze, mknąc przed siebie wraz z wiatrem.

Mogli robić tu wszystko i nic. To był Świat Snu. Tu nie panowały żadne zasady. Tak żyli, odkąd Nieznany pojmał ich i umieścił ich podświadomość i świadomość w niekończącym się śnie.

Aż pewnego dnia pojawiło się coś, co w przeciwieństwie do ich świata nie dawało się ukształtować. Czarna kreatura, której cień skrzydeł przysłonił ich urojone bezpieczeństwo.

Nieznany nazwał go Karasu.

Karasu pojawiał się nagle, niespodziewanie, niczym siejące spustoszenie tornado. Wisiał w powietrzu nad ich małą prowizoryczną wioską i nieustannie szeptał, aby wyrzekli się swojego materialnego ciała i na zawsze pozostali w Świecie Snu.

Wszyscy żyjący w Świecie Snu byli młodzi. Tylko takich wybierał Nieznany, aby mieć pewność, że będą na tyle silni, aby przetrwać, a jednocześnie na tyle słabi, aby mógł ich kontrolować.

Afrit, Fryn i kilku innych ludzi należeli do najbliższego otoczenia Aurianny. Można by rzec, że zaprzyjaźniła się z nimi, lecz nawet oni nie chcieli jej pomóc z poszukiwaniu drogi do wolności. A Aurianna tak rozpaczliwie pragnęła uwolnić się ze Świata Snu, że tylko te pragnienia sprawiały, że zdołała przetrwać już tyle. Pewnego dnia pojawiła się szansa. Pojawił się ktoś nowy.

DROGA KU NIEZNANEMU MOŻE PROWADZIĆ DO CZEGOŚ DOBREGO

Niebo pociemniało, ciężkie chmury wisiały nad zrujnowanym miastem, w którym było cicho i spokojnie, choć wszystko dookoła żyło własnym życiem.

Budynki pragnęły opowiedzieć historie o swoich mieszkańcach, którzy ukrywali się w nich przed nadchodzącą katastrofą. Drzewa szeptały o rozgrywającej się tutaj bitwie, która niegdyś zniszczyła to miasto.

Wysoki mężczyzna gestem zatrzymał swoich dwóch towarzyszy, bowiem poczuł w pobliżu obecność osobliwej magii. Przykucnął i przyjrzał się szarawemu głazowi, który tkwił w tym miejscu od lat, porośnięty brunatnozielonym mchem. Zdjął rękawicę i dotknął kamienia. Był ciepły i emanowała z niego energia, którą tylko on potrafił wyczuć.

– Którędy mam iść? Jak znajdę Nieznanego? – Skierował to pytanie po części do siebie, a po części do kamienia.

Odpowiedział mu cichy głos, który dźwięcznie rozbrzmiał w jego głowie, powodując, że mężczyzna aż zadrżał.

– Rozejrzyj się. Jesteś już blisko. Nie poddawaj się. Śniący są w wieży. Pójdź do nich, a poznasz...

Wstał, prostując się dumnie, i zawołał ku otaczającym go drzewom, głazom, zniszczonym budynkom:

– Ja, Xeneth Amarish, zaprowadzę ich do Nowej Rzeczywistości. Wskażcie mi drogę.

Kontury budynków zaczęły się rozmywać, jakby Xeneth zyskał nagle zdolność widzenia przez ściany. Spoglądał poprzez nie na ponurą wieżę z lekko okopconym dachem. Ruszył w tamtym kierunku, nadal patrząc przez budynki i wybierając drogę pomiędzy rumowiskiem. Po drodze cicho instruował towarzyszy, co powinni zrobić podczas jego nieobecności. Do wieży poszedł już sam.

Budowla była otoczona polem ochronnym. Xeneth wziął głęboki oddech i bez chwili wahania wkroczył w barierę, która pochłonęła go, niczym wściekła, spieniona toń spadającej wody.

Wirował gdzieś ponad czasem i przestrzenią, słysząc niezrozumiałe szepty, które intrygowały go i przyciągały, lecz musiał je zignorować, aby skupić się na powrocie do rzeczywistości.

Ocknął się w mrocznym pomieszczeniu; słabe światło lamp oliwnych nie było w stanie rozproszyć całej zalegającej wszędzie ciemności, która przylgnęła do tego miejsca i uparcie trzymała się każdego kąta.

Przed Xenethem stał sam Nieznany. Wysoki, odziany w sięgający do ziemi czarny płaszcz, patrzył na niego straszliwymi pałającymi czerwonym blaskiem oczami.

– Ja, Xeneth Amarish, przyszedłem was uwolnić. Nić życia połączy mnie z rzeczywistością. Nie zaginę podczas mojej misji – rzucił w myślach ku spoczywającym w przezroczystych kapsułach siedmiu ludziom, zanim Nieznany cisnął w niego swoją najmroczniejszą mocą.

Oślepiający rozbłysk. Xeneth stracił poczucie czasu i rzeczywistości, ale przez ciemność, w której się pogrążał, przeciągnął cienką jaśniejącą nić, łączącą go z realnym światem.

KIEDYŚ POJAWIA SIĘ SZANSA

Aurianna i sześciu pozostałych ludzi obserwowali Świat Snu w swoim najbliższym otoczeniu, który istniał poza czasem i przestrzenią, tylko w ich śniących, połączonych ze sobą podświadomościach. Mroczna sylwetka potwora Karasu unosiła się ponad nimi; jego wielkie pierzaste czarne skrzydła zasłaniały słońce, raz po raz bijąc powietrze. Wyjątkowo nie szeptał swoich przerażających gróźb, lecz czekał wraz z nimi na to, co mogło się wydarzyć, łypiąc pomarańczowymi ślepiami na wody srebrnej rzeki.

Tysiące kropel wystrzeliło w powietrze, mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy i ukazując w niezwykłej poświacie postać mężczyzny, który wyłaniał się ze srebrnej toni, prostując się władczo i ukazując swoją dobrze zbudowaną sylwetkę w całej okazałości. Był wysoki i przystojny, jego długie jasne włosy ociekały wodą, a bystre spojrzenie zlustrowało wszystko dookoła, aż w końcu spoczęło na grupce ludzi.

Kołysz mnie, wietrze, kołysz. Wodo, oczyść mój umysł. Ogniu, rozgrzej mój zapał do działania. Ziemio, nakarm mnie swoimi plonami dającymi mi siłę. Życie, ja – twój uniżony sługa – błagam cię o wyzwolenie.

Aurianna i pozostałe trzy dziewczyny aż westchnęły, gdy zobaczyły tak uderzająco przystojnego przybysza. Nikt nie mógł się poruszyć, jego spojrzenie przyszpilało do ziemi. Aurianna sięgnęła w głąb swojego umysłu, przywołując wyobrażenia o swoim ideale mężczyzny. Ona jako jedyna w Świecie Snu była samotna i nie wiedziała, jak to jest się zakochać. Nie znała tego uczucia, nie miała kiedy go poznać, mgliście przypominała sobie, że kiedy została pojmana przez Nieznanego, była prawie jeszcze dzieckiem. Nie wiedziała, ile czasu upłynęło już od tego wydarzenia – w tym świecie nie sposób było liczyć mijające dni, lata – lecz zdawała sobie sprawę, że prawdopodobnie jest już dorosła. W krótkich chwilach przebłysku świadomości w realnym świecie nie mogła tego stwierdzić.

Tymczasem nowy przybysz niespiesznie zbliżał się ku grupce. Aurianna zapatrzyła się w jego przystojną twarz, miała wrażenie, że zatraci się w jego zielonych oczach i uśmiechu, który posłał jej ukradkiem. Świat Snu stawał się przyjemniejszym miejscem, kiedy on tu był.

– Macie tu kogoś, kto jest przywódcą waszej grupy? – zapytał niby to obojętnie.

Barczysty Zayan odsunął się od obejmującej go Afrit i stanął przed nieznajomym, przybierając groźną minę. Ten mężczyzna uważał, że nimi dowodzi, lecz tak naprawdę nie robił nic, prócz pouczania reszty na temat kształtowania Świata Snu. A nikt nie potrzebował takich pouczeń; każdy robił, co chciał.

– To ja – oznajmił Zayan. – Widzę, że jesteś tu nowy. Czyli i ty znalazłeś się pod władzą Nieznanego?

– Tak jakby. – Przybysz zerknął na unoszącego się ponad nimi Karasu i ściszył głos do szeptu. Wszyscy stłoczyli się obok niego i Zayana. – Jestem tu z władnej woli i przyszedłem, aby wyciągnąć was z tego świata.

Aurianna wstrzymała oddech. Wychyliła się ponad ramieniem dziewczyny o imieniu Billy, aby dokładnie słyszeć, co powie nieznajomy.

– Nazywam się Xeneth Amarish i chcę was przywrócić do rzeczywistego świata – powiedział spokojnie.

Zayan gniewnie wypuścił powietrze.

– To niemożliwe. Nieznany nigdy na to nie pozwoli.

– Najpierw musimy pozbyć się tego potwora. – Xeneth znów spojrzał na Karasu. – On jest oczami i uszami Nieznanego na tym świecie. Lecz potrzebna mi wasza pomoc. Ta kreatura – tak, jak wszystko – jest wytworem Świata Snów. Można ją ukształtować, a nawet sprawić, że zniknie.

– Już tego próbowaliśmy – odezwała się Afrit. – To niemożliwe. Karasu nie może zniknąć, jeżeli tego zachcemy. On tu jest i już.

– Bo trzeba to zrobić wspólnymi siłami – odparł ze spokojem Xeneth. – Ale najpierw chcę lepiej poznać Świat Snu i to, co potraficie tu robić. Przyda mi się pomoc.

– Nie możemy ci pomóc, radź sobie sam – stwierdził Zayan. – Jeśli sprzeciwimy się Nieznanemu, ześle na nas przeraźliwy ból.

Kiedy Zayan uznał, że powiedział już wszystko, gestem nakazał reszcie grupy odejść. Podążyli za nim jak stado grzecznych owieczek za pastuszkiem, ignorując Xenetha. Nawet Karasu znudził się obserwowaniem i rozpłynął się w powietrzu, które rozbłysło czarnym blaskiem. Tylko Aurianna stała w miejscu i wpatrywała się w Xenetha. Wreszcie mężczyzna zwrócił ku niej zielone oczy, więc dziewczyna zdobyła się na odwagę i rzekła nieśmiało:

– Ja ci pomogę. Chyba jako jedyna wierzę w to, że możemy się uwolnić od tego koszmaru.

– Przeciągnąłem na ten świat nić łączącą mnie z rzeczywistością. Mogę w każdej chwili się obudzić, lecz życie w prawdziwym świecie nie ma już sensu.

– Dlaczego tak uważasz?

– Bo świat został zniszczony. – Xeneth spuścił głowę i zapatrzył się w malutki kamień, który powoli przekształcał się w kwiat. – Jeżeli chcemy tam żyć, musimy odnaleźć Nową Rzeczywistość. To właśnie dlatego tu jestem, bo tylko poprzez Świat Snu można ją odnaleźć.

– Nie wiem jak, ale chcę ci pomóc. – Głos Aurianny wreszcie zabrzmiał tak, jak chciała.

– I chyba będziesz musiała.

POCZĄTEK DROGI KU LEPSZEJ RZECZYWISTOŚCI

Aurianna zachłysnęła się oddechem, kiedy udało jej się wyrwać z tego dziwnego stanu, w który wprowadziła się dokładnie tak, jak poinstruował ją Xeneth.

Sny w Świecie Snu. Osobliwe doświadczenie.

– Nic – rzekła do wpatrzonego weń Xenetha. – Mówiłam ci, że w Świecie Snu nie można kontaktować się z prawdziwymi osobami.

– Da się. Musisz próbować dalej. To ważne, jeśli chcemy się wydostać. W końcu ci się uda.

Xeneth chyba za bardzo w nią wierzył. Chciał poznać drogę do Nowej Rzeczywistości, lecz tylko poprzez sny można było uzyskać kontakt z kimś, kto z owego miejsca pochodzi.

Wreszcie po wielu próbach Aurianna zrobiła to. Jej podświadomość dryfowała wśród obrazów pięknej krainy, gdzie tajemniczy mężczyzna imieniem Kenzoo wyjawił jej sekretną drogę do Nowego Świata.

Idź na północ przez ciemny bór, gdzie Czarne Drzewo sięga aż do chmur. Weź je ze sobą, a wskaże ci drogę, podążaj ze światłem, a Biała Góra stanowi bramę.

Xeneth długo zastanawiał się nad tymi słowami, siedząc na czubku wykreowanego przez siebie wysokiego poskręcanego drzewa i obserwując kątem oka potwora Karasu. Pewnego dnia nie mógł już wytrzymać wpatrzonych w niego pomarańczowych ślepi i wraz z Aurianną przekształcił Karasu w mały kulisty krzaczek, który następnie zalał czarną wodą i posadził w tamtym miejscu bujne niebieskie tulipany. To było łatwe. Przecież to był Świat Snu.

Teraz wreszcie Xeneth mógł spokojnie myśleć nad tajemniczymi słowami Kenzoo, ale jego rozważania nie przynosiły efektu, dlatego postanowił działać.

Sięgnął ku świetlistej nici łączącej go z rzeczywistością i wypowiedział słowa, które były dla niego jak modlitwa.

Kołysz mnie, wietrze, kołysz. Wodo, oczyść mój umysł. Ogniu, rozgrzej mój zapał do działania. Ziemio, nakarm mnie swoimi plonami dającymi mi siłę. Życie, ja – twój uniżony sługa – błagam cię o wyzwolenie.

Była wtedy noc i żywa ciemność całkowicie zapanowała w pomieszczeniu w wieży Nieznanego. Sam Nieznany stał wówczas przy długim blacie pod ścianą i pieczołowicie formował coraz to większą kulę mocy. Teraz już mu się nie przyda.

Xeneth jednym potężnym kopniakiem rozwalił otaczającą go kapsułę. I wtedy czas zwolnił. Xeneth był jego panem, będąc tak szybki, że jego działania nie zajęły nawet sekundy.

Rozwalenie kapsuły: pierwszy krok. Dobycie noża: drugi krok. Doskoczenie do Nieznanego: trzeci krok. Wbicie noża w plecy Nieznanego: czwarty krok. Potężny cios magicznej pięści: piąty krok. Usunięcie się przed upadającym martwym ciałem: szósty krok.

Sekunda. I byli wolni.

A Xeneth znów powrócił do Świata Snu, a gdy w rzeczywistości nastał dzień, sięgnął po świetlistą nić i obudził się.

Natychmiast odnalazł swoje ubranie i broń. Włożył na siebie bluzę, skórzaną kamizelę, spodnie i wysokie buty, przypasał krótki miecz i topór. A potem spojrzał na piękną twarz Aurianny, która nieruchomo spoczywała pod szklaną kapsułą. Tę dziewczynę pierwszą obudził.

Aurianna była zdezorientowana. Gdy próbowała wstać, miała trudności z utrzymaniem równowagi. Nie mogła uwierzyć, że wybudziła się z koszmaru. Jej prawdziwe ciało nie było takie lekkie i nieograniczone, jak to senne. Minął jakiś czas, zanim udało jej się nad nim zapanować. A wtedy w owalnym lustrze zobaczyła siebie.

Zmieniła się od czasu, kiedy ostatni raz się widziała. Nie była już dzieckiem, lecz prawie dorosłą dziewczyną. Jej rude włosy wcale nie miały już koloru świeżej marchwi. Teraz jej się podobały, bo stały się długie i gęste. I ona sama była ładniejsza, niż się tego spodziewała. Już wiedziała, kogo widział w niej Xeneth, kiedy wpatrywał się w nią tymi swoimi zielonymi oczami.

Xeneth obudził też resztę. Afrit, Zayan, Fryn, Billy i dwójka pozostałych również czuli się na początku tak, jak Aurianna. Siedzieli na krawędziach posłań, nie wiedząc, co mają robić.

A młody mężczyzna, który ich wybawił, wyszedł z wieży i rozejrzał się po zniszczonym mieście. Owinęła się dookoła niego chłodna wstęga śmierci, otulając go jak szal i poprowadziła Xenetha prosto pod karłowate uschnięte drzewko.

Leżał tam Bradd, jeden z jego towarzyszy, z którymi wcześniej tu przyszedł, jakby rzucony bezładnie niczym niechciana szmaciana lalka. Jego włosy koloru mroku były posklejane krwią. Bradd nie żył już od co najmniej dwóch dni.

Xeneth wzniósł oczy ku niebu i wtedy nadbiegł Calder, wyrywając przyjaciela z krótkiej zadumy nad kruchością życia. Przywitali się bez słowa i przez chwilę razem stali nad ciałem kompana. W końcu Xeneth zapytał Caldera, czy ten przygotował to, o co prosił go wcześniej. Wysoki łysy mężczyzna, najczęściej milczący, potaknął i odszedł, a kiedy wrócił, taszczył ze sobą wór najróżniejszych ubrań i rzeczy osobistych, który wniósł do wieży.

– Wybierzcie, co na was pasuje i ubierzcie się – rzekł Xeneth do siedmiu ludzi, których właśnie uwolnił ze Świata Snu i wyszedł, aby im nie przeszkadzać.

Wreszcie Aurianna wyłoniła się zza drzwi, wyglądając tak ślicznie, że Xeneth nie mógł się nie uśmiechnąć. Objął dziewczynę ramieniem i pochylił się ku niej, mówiąc:

– Rozejrzyj się dookoła i powiedz, co widzisz.

– Widzę ruiny starego miasta – zaczęła niepewnie. – Wśród nich rosną drzewa...

– Nie tak należy patrzeć na rzeczywistość. – Xeneth wyciągnął rękę przed siebie i pokazywał jej otoczenie. – Kwiaty uśmiechają się do ciebie. Drzewa szepczą, że jesteś piękna. Ptaki śpiewają o wolności, a chmury na niebie płyną tylko po to, aby odsłonić dla ciebie słońce.

I od tej pory Aurianna widziała wszystko inaczej.

– Dlaczego znane mi miasto zostało zniszczone? Co tu się stało, kiedy leżałam tam zamknięta, uwięziona w Świecie Snu? – zapytała później.

– Ponad dwa lata temu czterech potężnych władców rozpoczęło wojnę. Każdy z nich potrafił władać jednym z żywiołów. Ogień, woda, powietrze i ziemia zniszczyły prawie cały świat, a przynajmniej wszystkie miejsca, które widziałem, kiedy tu szedłem. Przetrwała tylko garstka ludzi, a stary mag zwany Kenzoo odnalazł miejsce, które nie zostało zniszczone i zabrał tam większość tych, co przetrwali.

– A ty, skoro zdołałeś przetrwać, dlaczego nie poszedłeś z nimi?

– Byłem magicznie zawoalowany. Nie wiedziałem, co dzieje się dookoła i nie wychwyciłem dnia, kiedy bitwa między żywiołami się skończyła. Kiedy powróciłem, było już za późno.

Aurianna nie zrozumiała, lecz nie poprosiła o wyjaśnienie. Dowiedziała się również, że czterej władcy zginęli i nie zagrażają już światu.

CZARNE DRZEWO JEST PIERWSZYM CELEM

Kiedy słońce było już wysoko na niebie, wreszcie byli gotowi do wyruszenia w drogę ku nowemu życiu. Xeneth poprowadził ich na północ tam, gdzie powinien znajdować się ciemny bór ze słów Kenzoo. Aurianna szła po prawej stronie mężczyzny, dotrzymując mu kroku, a reszta podążała za nimi, jak milczące cienie; każdy niepewny swojej przyszłości.

Pogrążali się w las, ciemność gęstniała dookoła, zewsząd dochodziły odgłosy, które przyprawiały Auriannę o gęsią skórkę, więc dziewczyna starała się iść jeszcze bliżej Xenetha. Wędrowali niestrudzenie, od czasu do czasu zatrzymując się na odpoczynek i posiłek, aż w końcu zaczął zapadać zmrok i musieli rozłożyć obóz na noc.

Wypatrzyli niewielką polankę, która wydawała się być bezpieczna, chociaż w lesie właśnie budziło się wiele nocnych stworzeń, lecz tam właśnie Calder rozpalił ognisko, a reszta rozłożyła dookoła niego koce lub śpiwory.

Kiedy Xeneth rozsznurowywał swoje ciężkie buciory, aby dać w nocy odpocząć stopom, podszedł do niego barczysty Zayan i odezwał się dość niemiło:

– Może wreszcie powiesz mi, gdzie nas prowadzisz i jaki to ma sens?

Xeneth, nie przerywając wykonywanej czynności, odparł ze spokojem:

– Mówiłem, że do Nowego Świata, gdzie będziemy mogli wieść normalne życie.

– Tak po prostu zjawiłeś się i kazałeś nam iść za sobą nie wiadomo gdzie?! Myślisz, że jesteśmy tacy naiwni, że nie zainteresujemy się, co chcesz z nami zrobić? A może jesteś jak Nieznany i tylko chcesz nas do czegoś wykorzystać?

– Myśl sobie co chcesz. Reszta twoich przyjaciół najwyraźniej mi zaufała i nie pytają o nic.

– Bo może się ciebie boją! – wybuchnął Zayan, gniewnie łypiąc na swojego rozmówcę. – Boją się, że jeśli się sprzeciwią, to użyjesz tej twojej paskudnej mocy i zrobisz im coś złego.

W tym momencie do Xenetha zbliżyła się Aurianna i położyła dłoń na jego ramieniu, pokazując mu tym gestem, że całkowicie zawierzyła mu swoją dalszą przyszłość.

– Jeśli coś ci się nie podoba, to możesz odejść – rzekła do Zayana.

– Jesteś głupia! – wrzasnął tylko, jakby zabrakło mu argumentów i oddalił się ku czekającej w pobliżu Afrit.

– Chodźmy już spać – powiedział Xeneth do Aurianny, a dziewczyna ziewnęła i życzyła mu dobrej nocy.

Rankiem, kiedy tylko zjedli śniadanie i już mieli pakować swoje rzeczy, do ich obozu wpadł podniecony czymś Xeneth, który wcześniej wyruszył rozejrzeć się po okolicy.

– Znalazłem! – krzyknął, a kiedy wszyscy zwrócili na niego uwagę, powtórzył: – Znalazłem Czarne Drzewo! Rośnie tam – wskazał – prawie przy tej polanie.

– No to gratulacje – mruknął pod nosem Zayan. – Wreszcie jakieś osiągnięcie.

Xeneth zignorował jego zaczepkę i pospiesznie zapakował swój plecak, a Aurianna podbiegła do mężczyzny, chcąc towarzyszyć mu drodze do Czarnego Drzewa.

Drzewo było niemalże tak wysokie, że jego gałęzie zdawały się tonąć w chmurach. Jego chropowatą czarną korę przecinały srebrzyste żyłki, które lśniły, kiedy tylko padał na nie promień słońca. Xeneth i Calder od razu wyczuli osobliwą magię dookoła tajemniczego drzewa.

– Witaj, młody wędrowcze. – Usłyszał Xeneth w swojej głowie, a potem Czarne Drzewo powitało też innych.

– Idź na północ przez ciemny bór, gdzie Czarne Drzewo sięga aż do chmur. Weź je ze sobą, a wskaże ci drogę, podążaj ze światłem, a Biała Góra stanowi bramę – odezwał się Xeneth, cytując przekazane mu przez Auriannę słowa Kenzoo.

– To nie jest takie proste – odparło Drzewo. – Pomogę ci, ale najpierw musisz spełnić jeden warunek.

– Jaki?

– Na północny-wschód od tego miejsca jest obozowisko grupki ludzi. Musisz dotrzeć tam i zabrać ich ze sobą do Nowej Rzeczywistości. Dopiero wtedy część mnie wskaże ci dalszą drogę.

– Zrobię jak każesz.

– Dobrze, a więc weź mnie ze sobą i kiedy wykonasz zadanie, objawi ci się droga do mojego brata, Piaskowego Ptaka.

I Xeneth ułamał czarną gałązkę Czarnego Drzewa.

Kolejnego dnia, oprócz Caldera i siódemki ludzi uwolnionych ze Świata Snu, za Xenethem podążało też trzech mężczyzn w średnim wieku oraz kobieta z małym dzieckiem i jej mąż. Starsze małżeństwo odmówiło pójścia za resztą; z uwagi na swój podeszły wiek mogli by nie podołać trudom podróży.

Kiedy Xeneth dotknął gałązki Czarnego Drzewa, ta rozjarzyła się srebrnym blaskiem i Xeneth doznał wizji, która ukazała mu się wraz ze słowami:

Dalej na północ: droga daleka, a na końcu jej Piaskowy Ptak strzeże kolejnej tajemnicy.

KŁOPOTY I PIASKOWY PTAK

Równiny rozciągały się jak okiem sięgnąć, nagie skały raz po raz sterczały pośród traw. Kiedy Xeneth prowadził pośród nich grupę, te zdawały się ożywać i unosiły się ze swoich miejsc, wytyczając pomiędzy sobą drogę. Na lekko zachmurzonym niebie kołowało kilka ciemnych kształtów; z tej odległości trudno było rozpoznać czy to ptaki, czy może coś innego, lecz Calder z niepokojem zerkał w górę. W końcu rzekł do Xenetha przyciszonym głosem:

– To gargulce. Jeśli nas wypatrzą, możemy mieć kłopoty.

I nagle – jak na potwierdzenie słów Caldera – ciemny kształt runął ku nim z zawrotną szybkością.

Zapanował chaos. Kolejny gargulec dołączył do poprzedniego, zanim Xeneth zdążył nałożyć strzałę na cięciwę swojego łuku. Rozległ się przeraźliwy wrzask którejś z kobiet. Mężczyzna nie zwlekał, lecz raz po raz wypuszczał śmiercionośne bełty, które za każdym razem trafiały z potwory. Jeden z nich runął, ustrzelony przez Xenetha, a drugi przez Caldera. Dwaj towarzysze zdążyli trafić też kolejne, zanim nadleciały ku grupie. Potężne cielska runęły na ziemię, warcząc skrzekliwie. Walka zakończyła się niemal tak szybko, jak zaczęła.

Xeneth podbiegł ku ludziom, którzy otaczali ranną osobę. Była to Billy, którą uwolnił ze Świata Snów wraz z innymi. Jej lewa noga została rozorana przez potężne szpony gargulca. Dziewczyna leżała z głową wspartą na kolanach Fryna, a tuż przy niej siedziała Aurianna, próbując ją uspokoić.

– Trzymaj się, Billy – szeptała. – Nie umrzesz od tego.

A Billy jak w amoku wymawiała słowa, które nie mogły zadziałać w tym świecie: – Ulecz się, ulecz się.

Xeneth przyjrzał się ranie i nie zwlekając wyciągnął z plecaka jedną ze swoich koszul, którą następnie rozdarł i sprawnie obwiązał nogę dziewczyny. Następnie dotknął jej skroni i wyszeptał:

– Mannifith noeniv khedae dwhja. – To tajemnicze zaklęcie sprawiło, że ból nie był już tak dokuczliwy, a Billy zasnęła.

Kiedy podnosili się z ziemi, Xeneth dostrzegł na ich drodze stojący na kamiennym piedestale posąg przedstawiający drapieżnego ptaka w locie. Sam posąg nie był z kamienia, lecz z drobniutkiego piasku, którego cząsteczki unosiły się blisko siebie, tworząc całość. Wszyscy byli pewni, że wcześniej nie było tutaj tej tajemniczej rzeźby.

– Zwycięsko przeszedłeś moją próbę. – Usłyszał Xeneth w swojej głowie. – Weź mnie ze sobą, a wskażę ci drogę do mojego brata Wielkiego Kwiatu.

I mężczyzna sięgnął ku posągowi, a jego dłoń wniknęła weń i kiedy ją wyciągnął, miał pełną garść złocistego piasku.

Podążaj w kierunku, gdzie zachodzi słońce, a rośliny wabią swoimi kolorami barwne motyle, znajdziesz Wielki Kwiat, który jest kluczem.

NOWE UCZUCIE – LECZ, CZY ZRODZIŁO SIĘ W SERCACH?

Ta dwójka czuła do siebie coś więcej, niż tylko sympatię. Często, idąc obok siebie, patrzyli sobie w oczy: jego – zielone, jej – szare, wyczytując w nich wzajemne uczucia. Nawet Calder szedł dwa kroki za nimi, nie chcąc im przeszkadzać w cichych rozmowach.

Aurianna próbowała nazwać uczucie, jakie żywiła do Xenetha. Czy to była miłość? Nie potrafiła tego powiedzieć. Tak długo tkwiła w Świecie Snu, że nie wiedziała, jak powinno to wyglądać.

Calder, Zayan, Afrit, Fryn niosący na rękach Billy, oraz reszta, podążali za Xenethem, który nieustannie prowadził ich według otrzymanych wskazówek, które tylko on zdołał zrozumieć.

Ciężkie chmury gromadziły się ponad nimi, aż w końcu rozpadało się i nie wyglądało na to, żeby prędko miało przestać. Nie mogli podróżować w deszczu. Byłoby to nieprzyjemne i jeszcze ktoś rozchorowałby się z przemoczenia.

Ale Xeneth był bystry i wypatrzył jaskinię, w której się schronili. Okazała się obszerna i sucha. Mężczyzna zostawił grupę pod rozległym sklepieniem tuż przy wejściu, a sam poprowadził Auriannę za wyrastającą ze ściany jaskini skałę, nieco w głąb, gdzie było przyjemnie i przytulnie. Położyli swoje plecaki i Xeneth wetknął zapaloną wcześniej pochodnię w szczelinę w skale. A potem ujął dłonie Aurianny.

Stali tak przez chwilę; migotliwy blask pochodni odbijał się w oczach dziewczyny i sprawiał, że jej rude włosy zdawały się niemal płonąć.

I w końcu Xeneth pocałował Auriannę. Tak, jak sobie wyobrażała, że będzie to wyglądać. Powoli, cudownie i rozkosznie.

Lekko ścisnął obie dłonie dziewczyny i wysłał poprzez nie maleńką iskierkę swojej tajemniczej magii, która dotarła aż do jej umysłu i rozgościła się tam, dając jej poznać nowe uczucie: pożądanie.

– Tak, Xenecie, o tak... – Niemalże zachłysnęła się oddechem, kiedy znów ją pocałował.

Ułożyli się na śpiworze. Xeneth obiecał, że będzie delikatny. I był.

To było coś niesamowitego, coś czego dziewczyna nie doświadczyła nigdy wcześniej. W pewnym momencie mężczyzna pochylił się i wyszeptał jej do ucha:

– Daję ci poznać miłość fizyczną, Aurianno, lecz prawdziwą miłość – uczucie, musisz sama w sobie obudzić. Tylko wtedy zdołasz pokochać kogoś i zaczniesz inaczej postrzegać życie. Będzie dla ciebie wspanialsze i piękniejsze, będziesz mogła cieszyć się nim u boku ukochanego.

Przez myśl przeszło jej jedno pytanie: czy kocha Xenetha? A potem kolejne: czy to aby na pewno ten właściwy mężczyzna?

WIELKI KWIAT SIEJE NOWY CEL

Wielki Kwiat rósł pośród wielu innych, równie barwnych kwiatów w niemalże magicznym egzotycznym ogrodzie. Xeneth odnalazł go dzięki osobliwej magii, którą już wcześniej wyczuwał wokół poprzednich wskazówek. Chciał wiedzieć, co ich dalej czeka, dlatego ostrożnie wyciągnął dłoń i zbudził Kwiat, który roztulił swój pąk i ukazał fioletowoniebieskie wnętrze.

– Wyrzeknij się bogactwa, Xenecie...

– Co?

– Wyrzeknij się bogactwa, Xenecie. Pieniądze nie są jedynym szczęściem, jakie posiadasz. Musisz nauczyć się cieszyć z rzeczy, które nie są materialne.

Xeneth spojrzał na Auriannę. Dziewczyna patrzyła w Wielki Kwiat jak zahipnotyzowana. Nie chciał tego zrobić. Ale musiał.

Wyciągnął z kieszeni garść monet o różnych nominałach.

– Co mam z nimi zrobić? – zapytał, wpatrując się w wnętrze Kwiatu, prawie tak duże, jak jego głowa.

– Wyrzuć.

Mężczyzna wziął głęboki oddech, odgarnął z czoła długie jasne włosy i rzucił monety daleko w gąszcz. Natychmiast tam, gdzie upadły, wyrosły oszałamiające tęczowe kwiaty, które rozbrzmiały tysiącem cichych dźwięków, niczym małe dzwoneczki.

Wpatrywali się w to zjawisko jak urzeczeni i wtem Wielki Kwiat znów się odezwał, obracając się ku milczącemu Calderowi.

– Musisz zrobić to samo. Wyrzeknij się bogactwa, Calderze.

Mężczyzna aż zamrugał ze zdumienia i otarł pot z gładko wygolonej głowy, szybko sięgając do kieszeni i z bólem serca odrzucając od siebie cały swój majątek.

„Co dostanę w zamian? Co wynagrodzi mi stratę?" – zastanawiał się w myślach.

A tymczasem Wielki Kwiat rzekł do Xenetha:

– Weź mnie ze sobą, a wskażę ci drogę do Srebrnej Pajęczyny, gdzie zostaniecie poddani próbie. – I Xeneth delikatnie zerwał najmniejszy listek z liściastej łodygi Wielkiego Kwiatu.

I już wiedział, że powinni kierować się na północ, aby dotrzeć do Srebrnej Pajęczyny, która będzie przełomowym momentem w ich wędrówce.

– Jak długo będziemy jeszcze iść, zanim trafimy do Nowej Rzeczywistości? – zapytał Xeneth Wielkiego Kwiatu, kiedy już mieli ruszać w dalszą drogę. Dostał cichą odpowiedź, lecz nie zrozumiał jej.

- Istnieję poza czasem i przestrzenią. Jestem materią, lecz tylko na tym świecie. Magią jestem wszędzie.

SREBRNA PAJĘCZYNA PRÓBĄ PRZED PRZEJŚCIEM

Zbliżał się świt, kiedy Xeneth obudził się i przeciągnął na niezbyt wygodnym posłaniu. Obok spała Aurianna; mężczyzna nie mógł się powstrzymać, aby nie odgarnąć kosmyka rudych włosów dziewczyny, który zasłaniał jej piękną twarz.

Reszta grupy również spała wokół ogniska, które przez noc już wygasło. Nikt nie musiał trzymać wart, bo w odludnej okolicy nic nie wskazywało na pojawienie się potencjalnego niebezpieczeństwa. Byli już nieco znużeni nieustanną wędrówką, bo już ponad tydzień szli i szli nie znajdując niczego, poza tajemniczymi magicznymi wskazówkami.

Ich dalsza droga pięła się pod górę wśród szarych skał, po lewej stronie ziała stroma przepaść, lecz ścieżka nie była na tyle blisko, aby ktoś mógł potknąć się i spaść ze szlaku.

Xeneth co jakiś czas wkładał rękę do kieszeni i dotykał liścia Wielkiego Kwiatu, który emanował magiczną energią, sprawiając, że młody mężczyzna natychmiast doznawał krótkiej wizji dalszego kierunku podróży.

Według słów Wielkiego Kwiatu powinni dotrzeć za niedługo do Srebrnej Pajęczyny, cokolwiek to było. Jak się później przekonali, rzeczywiście była to ogromna pajęczyna rozciągająca się przez sam środek szlaku i uniemożliwiająca dalszą drogę.

Lecz dalej nie było już ścieżki, tylko strome urwisko, więc i tak nie mieliby gdzie iść.

– Witajcie niestrudzeni podróżnicy – odezwał się łagodny cichy głos, który każdy usłyszał w swoim umyśle. – Kenzoo zapowiedział mi, że nadejdziecie.

– Co tym razem mamy zrobić, aby móc iść dalej? – zapytał Xeneth.

– To przełomowy moment waszej wędrówki. Przeniosę was do pewnego specjalnego miejsca, skąd łatwo traficie do Białej Góry, lecz każdy z was zostanie poddany pewnej próbie.

– Co to za próba?

– To próba waszych uczuć, waszych przekonań, sprawdzian waszej motywacji i chęci dążenia do dobrych rzeczy. Każdy z was powinien teraz usiąść i zastanowić się, czy jest godny przejścia przeze mnie, bo później nie będzie już odwrotu. Ludzie, którzy nie są prawi i dobrzy, będą straceni na zawsze.

Xeneth, Aurianna, Fryn, Billy, Zayan, Afrit, matka z dzieckiem i jej mąż oraz reszta osób tkwili nieruchomo na skale, wpatrując się w Srebrną Pajęczynę, która szeptała do każdego osobno o tym, co złego zrobili w ciągu swojego życia.

– Nie oddałeś pożyczonych pieniędzy... Odbiłaś przyjaciółce chłopaka... Uderzyłeś natrętnego handlarza.

W końcu każdy z nich wiedział już, czy powinien podejmować próbę przejścia przez Srebrną Pajęczynę. Nikt nie odezwał się słowem, całą grupą zostali wciągnięci w białe jaskrawe światło poprzez srebrzyste nitki Pajęczyny.

Lecieli z wiatrem. Ścigali się ze światłem. Sunęli po tęczy wraz z kolorowymi kroplami połyskującej mgły. Lecieli poza snem i poza jawą. Upajali się ciepłym blaskiem...

A potem stanęli tuż przy zwartej ścianie nieprzeniknionego mrocznego lasu, mając przed sobą rozległą taflę błękitnego jeziora.

Lecz w grupce zapanowała panika. Okazało się, że dwie osoby zniknęły podczas przebytej właśnie niesamowitej podróży.

Jasnowłosa Afrit nerwowo rozglądała się dookoła, ocierając z oczu łzy.

– Zayan? – wołała. – Zayan!

Lecz Zayana nie było. Został na wieki skazany na to, na co sobie zasłużył. Afrit nie znała prawdziwego oblicza tego mężczyzny. Dla niej był zawsze dobry i miły, lecz Aurianna, Fryn, Billy i pozostała dwójka mogłaby powiedzieć coś innego.

Do Afrit podszedł Calder, starając się uspokoić dziewczynę. Chciał ją objąć, lecz odtrąciła jego ramię.

Skazany na wieczność. Ukarany za swoje postępki. Na zawsze poza światem.

Xeneth pozwolił reszcie odpocząć i pożywić się, a sam udał się nad brzeg jeziora. Kiedy tylko się pochylił, ponad wodą uniosła się przezroczysta postać kobiety wielkiej urody, która przenikliwym wzrokiem zaglądała wprost w duszę Xenetha.

Patrzyli na siebie w milczeniu, aż w końcu Xeneth uśmiechnął się i cicho wyszeptał słowa, które były dla niego jak modlitwa.

Kołysz mnie, wietrze, kołysz. Wodo, oczyść mój umysł. Ogniu, rozgrzej mój zapał do działania. Ziemio, nakarm mnie swoimi plonami dającymi mi siłę. Życie, ja – twój uniżony sługa – błagam cię o wyzwolenie.

I woda oczyściła jego umysł, dając mu poznać, że oto stoi przed samą Panią Jeziora, istotą strzegącą dalszej drogi ku Białej Górze.

UCZUCIE BUDUJĄCE SOLIDNY MOST

– Ty, Xenecie Amarishu, przybyłeś spotkać się ze swoją panią. Ty, Xenecie Amarishu, przebyłeś tak długą drogę, a teraz stoisz przede mną, drżąc ze strachu przed czekającą na ciebie niewiadomą przyszłością?

Dookoła rozległ się melodyjny głos półprzezroczystej istoty, kiedy wypowiadała słowa przeznaczone tylko dla młodego mężczyzny stojącego nad brzegiem jeziora. Wpatrywał się w Panią, jak zaczarowany, wpatrywał się w nią, niezdolny nawet do najmniejszego ruchu.

– Kim jesteś? – wydukał wreszcie po cichu, bo żadne inne pytanie nie przyszło mu do głowy.

– Jestem wodą i jestem ogniem. Jestem życiem i jestem śmiercią. Jestem stworzeniem i jestem zniszczeniem. Żyję i jednocześnie nie żyję. Chociaż widzisz mą postać, nie istnieję, lecz dla ciebie objawiłam się jako Pani Jeziora. A ty? Kimże jesteś, żeby stawać przed moim obliczem?

Xeneth drgnął, jego zielone oczy spoglądały zdecydowanie na tkwiącą przed nim magiczną istotę.

– Jestem tym, który chce zaprowadzić tych ludzi – wskazał na grupę, która czekała nieco dalej – do Nowej Rzeczywistości, aby mogli rozpocząć tam lepsze życie poza zniszczoną częścią świata. Jestem ich nadzieją i jestem ich siłą. Jestem Xeneth Amarish.

Pani Jeziora unosiła się w milczeniu ponad taflą wody, migotliwie połyskując tysiącami kropelek. Xenethowi kręciło się w głowie, ciemność zamroczyła jego pole widzenia, a kiedy ocknął się z tego krótkotrwałego dziwnego stanu, tuż za nim stała cała grupa, którą tak nieustraszenie prowadził.

– Czeka cię ostatnia próba, drogi chłopcze – odezwała się Pani Jeziora głosem tak melodyjnym, jak śpiew słowika, jak szum spadającej wody, jak szepty lasu. – To próba miłości i tylko od ciebie zależy, czy zdołasz przeprowadzić ludzi na drugi brzeg tego jeziora, gdzie mieści się wejście do Nowego Świata.

– Co więc mam zrobić? – zapytał Xeneth.

Pani Jeziora uniosła przezroczyste ramię i oplotła nim stojącą nieopodal Auriannę. Zawirowało i zaszumiało, jak setki malutkich tornad, i dziewczyna zniknęła. Xeneth rozglądał się dookoła i zdumiał się wielce, kiedy rozpoznał na przeciwległym brzegu sylwetkę jej znajomej postaci.

– Zbuduj most ze swojej miłości do Aurianny. Pokaż, że to, co do niej czujesz, to nie tylko pożądanie. Pójdź za głosem swojego serca i zaufaj mu, a zdołasz przejść. Lecz jeśli nie jest to prawdziwe uczucie, utoniesz w moim jeziorze i już wszystko będzie stracone.

Xeneth znów zapatrzył się w srebrzyste oczy Pani Jeziora, która cierpliwie czekała na jego pierwszy krok. Obejrzał się na grupkę i stojąc tuż przy krawędzi, postąpił naprzód.

Z wody wystrzelił tęczowy blask pełen migotliwego blasku i utworzył niewielki odcinek drogi przed Xenethem. Mężczyzna zrobił kolejny krok i postawił nogę na magicznym moście. Miał wrażenie, jakby stał w powietrzu, wisiał ponad wodą, do której w każdej chwili mógł wpaść.

Zbuduj most ze swojej miłości do Aurianny – dźwięczało mu w głowie. Stojąca na drugim brzegu dziewczyna obserwowała go uważnie, licząc na to, że do niej dotrze.

„Aurianna jest najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem. Dzięki Auriannie odnalazłem chęci do dalszego życia. Już nigdy nie będę samotny, Kocham tę dziewczynę i wiem, że ona kocha mnie. Będziemy razem żyć szczęśliwie w Nowej Rzeczywistości" – myślał, kiedy powoli szedł ponad wodą, ostrożnie stawiając stopy na niewidocznym przejściu, które z każdym jego krokiem zamieniało się w świetlisty most.

Był już w połowie, kiedy do jego głowy wkradła się niepożądana myśl:

„Pożądałem jej, zrobiliśmy to z naszego pragnienia, to było przypieczętowanie naszej miłości."

I właśnie wtedy Xeneth zachwiał się na moście, który ukruszył się przed nim i gdyby w porę nie odzyskał równowagi, runął by w ciemne głębiny.

Gdzieś obok dał się słyszeć krótki dźwięczny śmiech Pani Jeziora. A Xeneth nieprzerwanie parł naprzód, widząc już błyszczące szare oczy Aurianny i to, jak szczególnie na niego patrzy. Wreszcie postawił nogę na brzegu i uradowany skoczył ku dziewczynie, biorąc ją w ramiona, tuląc i całując. Za nim po moście, bez żadnych problemów przeszła reszta grupy.

Calder klepnął Xenetha w ramię i pogratulował dobrej roboty, a uczepiona jego boku blondynka Afrit posłała mu niepewny uśmiech.

– To gdzie teraz, panie przywódco? – zapytała rozradowana Aurianna.

Xeneth spojrzał w blask toni wodnej, gdzie spokojnie unosiła się Pani Jeziora.

– Wiesz już, jaką siłę mogą mieć uczucia – powiedziała. – Wykorzystaj to dobrze i żyj w szczęściu i dostatku w krainie, do której teraz mogę wskazać ci drogę. Tak więc weź mnie ze sobą, a Biała Góra rozstąpi się przed wami.

I Xeneth nabrał w złączone dłonie wody z jeziora i napił się jej, a cudowny płyn rozlał się w jego wnętrzu i napełnił nieopisanym szczęściem, że oto jego misja zbliża się ku końcowi i wreszcie będzie mógł żyć w spokoju razem ze swoją ukochaną Aurianną.

A BIAŁA GÓRA ROZSTĄPI SIĘ PRZED WAMI...

Kamienista ścieżka wiła się przez las, prowadząc ku łańcuchowi zwykłych szarych gór, pomiędzy którymi widniała ta jedyna, ta szczególna Biała Góra. Nie była porośnięta żadnymi roślinami, nic nie mąciło nieskazitelnej połyskliwej bieli masywnej skały, wznoszącej się pomiędzy niższymi szczytami.

Szli szybko, widząc kres swojej wędrówki tak niedaleko. Xeneth ściskał dłoń Aurianny, która dorównywała mu kroku, kiedy z uśmiechem podążali ku Białej Górze.

Kraina, w którą weszli, kiedy tylko przekroczyli Srebrną Pajęczynę wydawała się inna, bardziej tajemnicza i bezpieczna. Nie była zniszczona przez rozgrywającą się przed kilkoma laty bitwę żywiołów. Nawet tutaj można by się osiedlić, lecz owo miejsce było tylko tak jakby przedsionkiem przed Nową Rzeczywistością, do której tak wszyscy pragnęli dojść.

W lesie spotkali niewielką grupkę ubogo odzianych mężczyzn i kobiet, którzy przeszli przez wszystkie próby wymyślone przez Kenzoo i teraz również zdążali do Nowego Świata. Wymienili pozdrowienia z Xenethem i resztą, i zapytali, czy mogą się przyłączyć. Od tej chwili gromada powiększyła się o kolejne sześć osób.

– Zamieszkamy w uroczym domku i będziemy codziennie leżeć w ogrodzie i patrzeć w błękitne niebo, a w nocy będziemy liczyć gwiazdy. – Xeneth snuł wizje wspólnej przyszłości z Aurianną. – Dookoła nas będą mieszkać inni, którzy też będą cieszyć się z nowego życia i razem stworzymy lepszą społeczność.

Biała Góra z każdym krokiem była coraz bliżej. Już dokładnie widzieli jej połyskliwy masyw, zdawał się być na wyciągnięcie ręki. Xeneth i Aurianna poszli przodem i stanęli tuż przed wspaniałym magicznym tworem, który emanował niezwykłą potęgą i tajemniczą mocą.

– Witam was w imieniu mojego stwórcy, potężnego czarodzieja Kenzoo, który odnalazł niezniszczoną krainę i utworzył w niej Nową Rzeczywistość – przemówił do nich mocny potężny głos, który zdawał się dochodzić z samego wnętrza góry, chociaż rozbrzmiewał tylko i wyłącznie w ich głowach. – Przeszliście jego próby, które ustanowił, aby nikt nie mógł zakłócić spokoju jego Nowego Świata. Stanęliście przed Panią Jeziora, która przepuściła was, a teraz stoicie przede mną. Kenzoo obserwuje was moimi oczami i widzi, że jesteście godni przejścia przez Białą Górę.

Xeneth niecierpliwie czekał na to, co mogłoby się wydarzyć, na to co jeszcze powie ów tajemniczy głos, ściskając dłoń Aurianny i wpatrując się w nieskazitelną biel magicznej skały. Lecz Biała Góra odezwała się dopiero po chwili, jej władczy ton sprawił, że Xenethowi i Auriannie zjeżyły się włoski na karku.

– Co zamierzacie robić, kiedy wejdziecie do mojej krainy? – To był głos samego wielkiego czarodzieja Kenzoo, który przemawiał do nich magicznie.

– Będziemy żyć w zgodzie ze wszystkimi ludźmi i z naturą. Będziemy pracować dla siebie i dla dobra i pożytku innych. Wspólnymi siłami zbudujemy od fundamentów nasze szczęście i naszą przyszłość – odpowiedział Xeneth bez chwili wahania.

Nagły powiew wiatru rozrzucił długie jasne włosy młodego mężczyzny i sprawił, że zalegające w na podłożu suche liście zawirowały i zatańczyły przed dwójką przybyszy, a potem osiadły gdzieś w skalnych szczelinach.

– Podoba mi się twoja odpowiedź, Xenecie – huknął głos z wnętrza Białej Góry. – A ty, Aurianno, co chcesz osiągnąć, kiedy zamieszkasz w Nowej Rzeczywistości?

Dziewczyna odgarnęła za ucho pasemko długich rudych włosów i przelotnie zerknęła na Xenetha, który mocniej ścisnął jej dłoń. Odkaszlnęła i odpowiedziała:

– Chcę być szczęśliwa u boku mojego ukochanego i poznać, czym jest prawdziwe uczucie miłości. Chcę wraz z nim odkrywać piękno świata, w którym zamieszkamy.

– Bardzo dobrze, Aurianno. – Biała Góra nie powiedziała nic więcej, bowiem do Xenetha i Aurianny zbliżyła się reszta grupy, z Calderem i Afrit na czele.

Kiedy tylko stanęli swobodnie obok siebie, przyglądając się migotliwemu blaskowi białej skały, czarodziej Kenzoo znów odezwał się niesamowitym magicznym głosem, tym razem kierując swoje słowa do reszty grupy.

– Właśnie rozmawiałem z waszymi przyjaciółmi i pytałem ich, co będą robić, kiedy zamieszkają w upragnionej krainie. Teraz wasza kolej na odpowiedź.

Każdy mówił coś, czego nie słyszeli inni, lecz Kenzoo doskonale znał ich słowa i pragnienia.

– Chcę zbudować dom i założyć rodzinę – odpowiedział jakiś mężczyzna.

– Chcę potrafić zakochać się w Calderze tak, jak on zakochał się we mnie – wyszeptała Afrit ze zwieszoną głową. – Żebyśmy razem mogli być szczęśliwi. Wcale nie kochałam Zayana...

– Razem z mężem zbudujemy dom i wychowamy naszego syna – powiedziała kobieta z dzieckiem na rękach.

Młody, wysoki i chudy Fryn również wyznał szeptem swoje plany dotyczące dalszego życia, słysząc obok niezrozumiałe słowa Billy.

Billy, która została zraniona w nogę podczas ataku gargulców, miała się już dobrze. Kiedy przechodzili po magicznym moście nad wodą, Pani Jeziora przelotnie dotknęła dziewczyny i jej rana natychmiast została uleczona. Billy i Fryn również chcieli iść razem przez drogę życia.

Kiedy każdy zakończył swoje wyznania, Biała Góra, poprzez którą przemawiał do nich Kenzoo, stwierdziła, że wszyscy są godni przejścia przez tajemną drogę. Ci niegodni zostali już wcześniej wyeliminowani przez Srebrną Pajęczynę.

Gdzieś ponad ich głowami niebieskawa błyskawica przecięła niebo i huk nie z tej ziemi wstrząsnął gruntem. Powietrze zdawało się wibrować od głośnego dźwięku, który narastał gdzieś od strony Białej Góry. Xeneth, Aurianna, Calder i reszta ukryli głowy w dłoniach, zatykając uszy, bo wydawać by się mogło, jakby ów dźwięk był zdolny rozsadzić od wewnątrz ich czaszki. Kiedy zdawało się, że stanie się nie do zniesienia, ustał nagle.

Przed grupą ludzi otworzyło się przejście w potężnym masywie Białej Góry. Ruszyli tamtędy, zagłębiając się w nieprzeniknione mroki jaskini. Zrobiło się tak ciemno, że prawie nic nie widzieli, musieli iść bardzo powoli, żeby się nie potknąć, bowiem nie mieli ze sobą pochodni, ani żadnego źródła światła.

– Xenecie – odezwała się cicho Aurianna, lekko szarpiąc mężczyznę za rękaw. – Wiem, co powinieneś zrobić, abyśmy mieli choć trochę światła.

– Co takiego? – zapytał chłopak, spoglądając na nią z ukosa, czego nie mogła zobaczyć w ciemnościach.

– Wykorzystaj piasek, który zabrałeś od Piaskowego Ptaka – powiedziała nieswoim zmienionym głosem. Xeneth przeraził się odrobinę, kiedy go usłyszał. – Potem wyciągnij dłoń przed siebie i wypowiedz zaklęcie.

– Jakie zaklęcie? – zapytał, zanim pojął, o co chodzi. Włożył rękę do kieszeni i zebrał tyle piasku, ile tylko zdołał. Przystanął i wyciągnął przed siebie dłoń ze słowami: – Einorg nringo en vossa.

Magiczny piasek pofrunął przed siebie, każde ziarenko rozjarzyło się niesamowitym zielonym blaskiem, uformowały świetlistą linię, która prowadziła w jedno z rozgałęzień jaskini. Dopiero w słabej poświacie widzieli, że jaskinia ma jakieś odgałęzienia. W ciemności na pewno nie trafiliby w to właściwe.

– Skąd wiedziałaś? – spytał Xeneth Aurianny, kiedy ruszyli w dalszą drogę.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Nie wiem – odparła swoim normalnym już głosem. – Tak jakoś samo przyszło do głowy...

Szli za jarzącymi się na zielono ziarenkami magicznego piasku, korytarzem we wnętrzu Białej Góry, a skaliste ściany zdawały się połyskiwać srebrzyście. W pewnym momencie natrafili na ścianę złocistego blasku przed sobą – wyjście z jaskini.

Każdy z nich zatrzymał się na chwilę i wziął głęboki oddech, przygotowując się do tego, co za chwilę mieli ujrzeć. Xeneth ujął dłoń Aurianny i jako pierwsi przeszli przez blask, który rozświetlił ich sylwetki. Zniknęli w tęczowym świetle, które rozlało się wokół nich i natychmiast zostali porażeni nowymi barwami.

Stali na porośniętym trawą pagórku, ponad doliną, którą przecinała błękitna wstęga rzeki. Słońce odbijało się w jej wodach i rzucało ciepły blask na cudowną wioskę, która powstała w otoczonej górami dolinie. Gdzieś dalej przy rzece stał młyn, drewniane chatki porozrzucane były wszędzie, lecz przy każdej z nich znajdował się duży ogródek. Z tej odległości i wysokości ludzie i zwierzęta byli tylko małymi punkcikami.

Xeneth i Aurianna zostali napełnieni takim szczęściem, że mieli ochotę od razu pobiec w dół trawiastego pagórka, śmiejąc się i radując jak małe dzieci, chcąc jak najszybciej wkroczyć w świat Nowej Rzeczywistości.

Lecz zamiast tego tkwili w miejscu i patrzyli, oniemiali z zachwytu, a tymczasem reszta grupy wyłoniła się ze świetlistego wylotu jaskini. Niespodziewanie wyrosła przed nimi wysoka postać o długich srebrzystych włosach i bystrym spojrzeniu ciemnych oczu, ubrana w rozwiane szaty o rozmaitych barwach.

– Witajcie w Nowej Rzeczywistości, drogie dzieci. Od teraz to również wasza kraina, więc radujcie się i bądźcie wraz z nami szczęśliwi – przemówił do nich Kenzoo władczo, lecz łagodnie i poprowadził ich w dół pagórka ku spokojnej wiosce w dolinie.


* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Dział: Opowiadania
sobota, 14 luty 2015 12:53

Fragment: "Wodospad"

1
TRZECIA ŁZA
Niebo płakało. Ziemię zalewał smutek.
Starling otworzyła usta, by pochwycić krople wpadające przez otwór w ich kordonie. Przezroczysta osłona Tragarzy Ziarna wznosiła się nad ogniskiem jak przytulny namiot. Odcinała je od potopu, poza niewielkim otworem na szczycie, który wypuszczał na zewnątrz dym i pozwalał zdobyć próbkę deszczu.

Dział: Patronaty
niedziela, 02 listopad 2014 11:42

Wiktoria Aleksandrowicz - Pieśń Księżyca

Rozdział I

Na niebie jasno świeciło słońce. Nie zasnuwały go żadne chmury, dzięki czemu widać było aż pięć z siedmiu księżyców Dareshi. Niewielu śmiałków zapuszczało się tak głęboko w Anduriańską puszczę, ale Emi szła pewnym krokiem przez gęsty las. Czuła się tu jak w domu. Nie było tu nic, co mogłoby chcieć ją skrzywdzić. Tym razem jej cel stanowiła niewielka, urokliwa polana, gęsto pokryta mchem, a o tej porze roku także drobnymi, niebieskimi kwiatkami ardenii. Marzyła o tym, żeby położyć się na miękkim poszyciu i godzinami wpatrywać się w to cudowne, olśniewające niebo. Zawsze też, w przewieszonej przez ramię, płóciennej torbie, oprócz najbardziej przydatnych rzeczy, nosiła ze sobą książkę. Najbardziej lubiła te przyrodnicze, ale równocześnie nigdy nie potrafiła oprzeć się ciekawej powieści.

Kiedy wreszcie dotarła do upragnionego celu, jej uwagę przyciągnął cichy skowyt. Zaniepokojona zrobiła kilka kroków w kierunku skąd dochodził. W głębokim, wąskim rowie leżał wilk. Jego przednia łapa zatrzaśnięta była w myśliwskich wnykach, po jego szarym futrze spływała krew. Na widok dziewczyny wstał i zjeżył sierść. Warknął groźnie. Nie szarpał się jednak, wyraźnie nie chcąc bardziej uszkodzić nogi.

Emi bez zastanowienia usiadła na brzegu rowu i zsunęła się na pupie po stromej, porośniętej trawą krawędzi. Jak zwykle działała impulsywnie, nie myśląc o takich drobiazgach, jak na przykład to, czy uda jej się stamtąd wyjść. Nie wahając się ani chwili podeszła do nastroszonego wilka. Zatrzymała się dopiero jakiś metr przed nim. Pokazała zwierzęciu puste ręce. Poruszyło się niespokojnie, wlepiając swoje mądre oczy w postać dziewczyny.

- Pomogę ci, jeśli mi pozwolisz – oznajmiła cicho, podchodząc bliżej.

Wilk przyglądał jej się przez chwilę, a potem skinął głową. Wyjęła z torby składany nóż i podeszła z nim powoli do drapieżnika. Ukucnęła przy nim, a potem nożem zablokowała sprężynę, kłusowniczego narzędzia, żeby mimo swojej wątpliwej siły móc je otworzyć, nie robiąc wilkowi jeszcze większej krzywdy. Uwolnione zwierzę cofnęło się o kilka kroków. Warknęło wściekle. Potem jego postać zaczęła się rozmazywać i przez chwilę w jednym miejscu stali człowiek i wilk jednocześnie. Moment później, w rowie, przed Emi stał już tylko obnażony od pasa w górę chłopak. Z jego łopatek wyrastały, w tym momencie złożone, pokryte sztywnymi piórami, ogromne, czarne skrzydła. Kosmyki czarnych, nieco przydługich włosów, niesfornie opadały mu na oczy w dziwnym, bursztynowym kolorze. Spojrzał na dziewczynę z pogardą i nieskrywaną nienawiścią. Przycisnął do torsu zakrwawioną rękę. Mięśnie wyglądały na groźnie poszarpane. Spróbował rozłożyć skrzydła, ale w rowie było zbyt wąsko.

Emi przyjrzała mu się z zainteresowaniem, a potem podeszła do niego pewnym krokiem. Warknął na nią nieprzyjaźnie. Odsunął się. Zbyła to wzruszeniem ramionami. Nie bała się go. Od dzieciństwa wpajano jej, że powinna. Illi'andin byli śmiertelnie groźną rasą. Nie mieli żadnych skrupułów przed zabijaniem. W ich prawie nawet nie istniał paragraf zabraniający zabójstw. Ona jednak nie potrafiła się ich bać. Nie chciała też demonów nienawidzić. W jej prywatnym pojęciu logiki, skoro rasa ta potrafiła przyjmować zwierzęce kształty, działała według instynktów, to po prostu nie mogła być zła. Wyczuwała też w chłopaku coś z wilka, był częścią jego istoty, a ona, jako czarodziejka natury zwyczajnie nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby się bać jakiegokolwiek zwierzęcia. Nawet najgroźniejszego drapieżnika. Zresztą i tak tutaj, tak blisko terenu szkoły niewiele mogło jej grozić.

- Pokaż mi rękę – poprosiła łagodnie, podchodząc do niego jeszcze bliżej.

- Czemu? – warknął, patrząc na nią nieufnie.

- Czy wszyscy mężczyźni muszą być jak dzieci? – westchnęła.

Prychnął, ale podał jej zranioną kończynę. Wzięła jego dłoń w swoją, a potem przesunęła drugą tuż nad powierzchnią poszarpanej tkanki, która w oczach zaczęła się odbudowywać. Po chwili rana zasklepiła się całkowicie, a jedynymi dowodami na jej istnienie była cienka, biała blizna i pobrudzona krwią skóra.

Chłopak wyszarpnął rękę z jej dłoni. Z nadludzką szybkością, jednym pełnym gracji ruchem chwycił dziewczynę w pasie, a potem trzymając ją, zwinnie skoczył w górę. Te kilka metrów głębokości rowu, bez wysiłku pokonał jednym skokiem. Kiedy znaleźli się na górze, z obrzydzeniem odepchnął od siebie dziewczynę, z taką siłą, że klapnęła pupą na miękką trawę. Wyszedł na skąpaną w słonecznym blasku polanę, rozłożył czarne skrzydła i wzbił się w powietrze, po chwili znikając nad czubkami drzew.

Emi wzruszyła ramionami. Przynajmniej był tak miły, że nie zostawił jej tam na dole, żeby sama musiała szukać wyjścia. Nie winiła go za to, jaką nienawiścią pałał do ludzi, a zapewne zwłaszcza do tych posługujących się magią. Nie wiedziała w jaki sposób wpadł we wnyki, ale była przekonana, że maczali w tym palce jej koledzy ze szkoły. Nienawiść między czarodziejami, a Illi'andin była wręcz legendarna. W końcu jednak, po długiej, wyniszczającej obie rasy wojnie, musieli zawrzeć pokój. Szkoła do której uczęszczała Emi była swoistym rodzajem eksperymentu. Dzieci obu ras miały żyć ze sobą w zgodzie, pod czujnym okiem opiekunów. Na szczęście nikt nie był na tyle głupi, żeby zmusić ich do stałego kontaktu, dlatego więc na zielonych terenach szkoły, od północnej strony, pod samą ścianą Anduriańskiej Puszczy, stała czarna wieża Illi'andin, zaś od południa, nad brzegiem morza Durskiego zbudowano biały pałac czarodziejów, obecny dom Emi.

Dziewczyna z żalem spojrzała w niebo. Przegapiła najlepszy moment i teraz widać było jedynie wędrujące wysoko po niebie słońce i trzy księżyce Dareshii. Wyjęła książkę, położyła się na miękkim mchu, zwijając torbę pod głową i korzystając z resztek dziennego światła pokrążyła się bez reszty w lekturze.

Rozdział II

Na tej wysokości powietrze było przejrzyste i chłodne. Jay rozkoszował się lotem. Dzień był pochmurny, ale nie padało. Idealna pogoda na łowy. Chłopak z żalem musiał obniżyć wysokość lotu, ponieważ gęste chmury ograniczały mu widoczność. Teraz znalazł się tuż nad czubkami drzew. Illi'andin byli naturalnymi drapieżnikami, nie działali jednak bezmyślnie, jak to mają w zwyczaju ludzie. Ich naturalny instynkt bardziej przypominał ten zwierzęcy. Zachowywali się jak drapieżne koty czy wilki. Potrzebowali raz na jakiś czas świeżej krwi i surowego mięsa, zabijali jednak tylko najsłabsze sztuki, dokonując w ten sposób zgodnej z naturalną selekcji wśród zwierząt.

Nagle Jay poczuł znajomy zapach. Rozłożył olbrzymie, porośnięte piórami skrzydła na całą szerokość i zawisnął w powietrzu. Spojrzał w dół. W cieniu rozłożystego, osamotnionego orzecha, jak gdyby nigdy nic siedziała dziewczyna. Czytała książkę. Chłopaka ogarnęła złość. Co ona sobie wyobrażała?!

W normalnym wypadku dałby znać reszcie swojego stada. Po prostu miłe urozmaicenie polowania... Jednak zapach wydawał mu się za bardzo znajomy. Zbyt świeży. Bezszelestnie wylądował na miękkiej trawie. Podszedł do niej z gracją prawdziwego drapieżnika. Nie zdradził go najmniejszy szelest. Stanął tuż przed dziewczyną, a ona nawet nie podniosła wzroku znad książki. Przyjrzał się jej uważnie. Długie, proste, ciemnobrązowe włosy kaskadą opadały jej na ramiona. Były rozpuszczone i najwyraźniej mocno poplątane. Miała jasną karnację, a jej postać była mizerna i drobna. Jay był pewien, że jeżeli dziewczyna podniesie głowę, zobaczy duże, karmelowe oczy, delikatnie zaczerwienione policzki i drobny, lekko zadarty nosek. Poczuł jeszcze większą złość. Co ta cholerna, wtrącająca się w nieswoje sprawy smarkula tu robi?! Przez chwilę walczył sam ze sobą, a potem zdecydował. Nie zamierzał się dłużej skradać. Liczyła się każda chwila.

- Popieprzyło cię?! – warknął bez zbędnych wstępów, a zaskoczona dziewczyna zerwała się z ziemi. – Co ty tu robisz?!

Spojrzała na niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Po chwili jednak jej zaniepokojoną twarz ozdobił leciutki, ironiczny uśmiech.

- Czytam – mruknęła. – To taka zbrodnia?

Chłopak nie wiedział czy śmiać się czy płakać.

- I tak, żeby lektura była ciekawsza, wybrałaś sobie akurat teren wyznaczony dla nas na polowanie? – zapytał z trudem hamując swoją wściekłość.

Dziewczyna pobladła. Spojrzała na niego. Poczuł satysfakcję, ponieważ teraz jej oczy wypełniało niekłamane przerażenie.

- Nie wiedziałam, że to wasz teren – szepnęła.

Irytowała go coraz bardziej.

- I uznałaś, że te wszystkie bariery ktoś postawił sobie dla zabawy? – syknął rozeźlony na jej głupotę. - Zresztą od rana mówili o tym w szkole, nie wypuszczają uczniów poza mury zamku. – Obrzucił ją zagadkowym spojrzeniem. – Swoją drogą jestem bardzo ciekawy jak się przemknęłaś.

Dziewczyna na chwilę spuściła wzrok. Potem znowu spojrzała na niego, patrzyła mu prosto w oczy.

- Spędziłam tutaj noc – oznajmiła cicho, a on nie mógł uwierzyć w to co usłyszał, wydawało się jeszcze mniej prawdopodobne, niż to, że wymknęła się pilnującym szkoły nauczycielom.

- Więc jesteś głupsza niż myślałem – roześmiał się drwiąco. – Są prostsze sposoby na to, żeby rozstać się z życiem.

Pokręciła głową.

- Nie rozumiesz – westchnęła. – Zresztą nikt nie rozumie... - dodała jeszcze ciszej. – Tutaj nic mi nie grozi. W lesie jestem u siebie...

- Oprócz nas i naszych łowów? - przerwał jej aroganckim tonem.

Pobladła jeszcze bardziej. Spojrzała na niego błagalnie. Teraz nabrał pewności, że nic nie wiedziała o polowaniu, że znalazła się tutaj czystym przypadkiem. Zdał sobie sprawę, że jest na nią za to jeszcze bardziej wściekły. Rozłożył skrzydła. Jednym susem znalazł się przy niej. Porwał ja w powietrze. Zaskoczony poczuł, jak drobne ramiona oplatają jego szyję. Spojrzał dziewczynie w oczy. Spodziewał się jeszcze większego strachu, może nawet prawdziwej paniki, ale zobaczył w nich tylko niekłamany zachwyt. Usłyszał wycie. Jego stado było coraz bliżej. Przeklął się w duchu za to, że tracił czas na zbędną dyskusję, zamiast od razu ją stamtąd zabrać. W szkole zaczęli tak starannie ogradzać ich łowiecki teren, ponieważ od czasu do czasu jakiś ciekawski, zadufany w sobie, młody mag zapuszczał się we fragment lasu wyznaczony dla nich do polowania. Zdarzyło się kilka nieprzyjemnych wypadków. Jay był pewien, że jego, opętani żądzą krwi, towarzysze zabiją dziewczynę bez najmniejszego śladu wahania. Gdyby mu wtedy nie pomogła, gdyby nie ten dziwny, kuszący, przyciągający jego uwagę zapach, sam bez mrugnięcia po prostu skręciłby jej kark. I nie wątpił, że sprawiłoby mu to prawdziwą przyjemność.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Emi stała na skraju lasu tuż za nieprzepuszczającą nikogo, magiczną barierą. Wpatrywała się w oddalający się z każdą chwilą, znikający na pociemniałym niebie punkt. Wzdrygnęła się. Teraz dopiero do jej świadomości w pełni zaczęło docierać niebezpieczeństwo w jakim się znalazła. Odwróciła się plecami do ściany lasu i pędem puściła w kierunku bezpiecznego zamku.

Mimo pochmurnej pogody, biały pałac czarodziejów lśnił w porannym słońcu. Zawsze tak było, od kiedy tylko pamiętała. Nie wiedziała czy to skutek jakiegoś trwałego zaklęcia, czy może po prostu działały tak jego śnieżnobiałe ściany. Stanowiło to w każdym razie niesamowity kontrast, do stojącej po drugiej stronie rozłożystych, zielonych łąk, czarnej wierzy Illi'andin, która wyglądała tak, jakby swoją materią pochłaniała całe światło dnia.

Dziewczyna minęła patrzących na nią srogo, pilnujących bramę strażników. Czuła wokół siebie bardzo silną magię. Chłopak miał rację. Nauczyciele starannie przygotowywali szkołę do polowania. Trzeba by nie lada umiejętności, żeby przedostać się przez taką osłonę. Przez nikogo nie niepokojona poszła prosto do jadalnej sali. Śniadanie trwało już w najlepsze. Wśliznęła się po cichu i usiadła na swoim miejscu przy jednym z długich, drewnianych, suto zastawionych stołów.

- Gdzie byłaś? – syknął na nią siedzący tuż obok, dobrze zbudowany brunet.

Westchnęła, a taką miała nadzieję, na uniknięcie tej rozmowy, jeżeli rano pojawi się na wspólnym śniadaniu. Sięgnęła po dzbanek z mlekiem, żeby zyskać na czasie. Nigdy nie była dobra w okłamywaniu brata.

- Wyszłam na spacer – mruknęła cicho. – Dusiłam się już tutaj.

- Martwiłem się o ciebie – westchnął Andre. – Nie mogłem cię znaleźć, kiedy rano ogłoszono polowanie.

Emi podniosła głowę. Spojrzała w jego karmelowe oczy, tak bardzo podobne do jej własnych. Jednak podczas gdy u niego stanowiły szczyt doskonałości i obiekt zachwytów wielu dziewczyn, u niej samej sprawiały tylko, że wiecznie wyglądała na zagubioną i niepewną, a jej i tak już blada karnacja, wydawała się przez te duże, jasnobrązowe oczy, tylko jeszcze bledsza.

- Przepraszam – powiedziała łagodnie, chcąc udobruchać brata.

Nigdy nie lubiła się z nim kłócić. Westchnął cierpiętniczo. On też nie potrafił się na młodszą siostrę długo gniewać.

- Następnym razem, jak coś się będzie działo, a ty postanowisz gdzieś wyjść, zwyczajnie uprzedź mnie o tym – burknął, a ona zadowolona, że jednak odpuścił skinęła głową.

Nasypała do miski płatków zbożowych, hojnie okraszonych mieszanką suszonych owoców, zalała je mlekiem i zaczęła nieśpiesznie jeść, podczas gdy jej brat, zajął się wesołą rozmową z siedzącą naprzeciwko nich, złotowłosą pięknością.

Rozdział III

Większość zajęć w szkole magii odbywała się indywidualnie dla każdego ucznia, ponieważ czarodzieje mieli diametralnie różne zdolności, ale bywały też takie w większych grupach. Tych Emi nienawidziła najbardziej. Nie potrafiła się zaprzyjaźnić ze swoimi rówieśnikami, była od nich inna, a żadne z nich nawet nie próbowało zrozumieć tej dziwnej dziewczyny. Miała już szesnaście lat, a jej uroda ciągle była jak u małej dziewczynki. Szczupła sylwetka, ledwo zarysowane kobiece kształty, wiecznie spłoszone, wielkie oczy i słodka twarzyczka, które kiedy tylko mogła, chowała pod kaskadą ciemnobrązowych, długich włosów. Dodatkowo wszyscy jej rówieśnicy mieli w tym wieku już wyraźnie ukierunkowany talent. Emi nie miała. Była dobrą uzdrowicielką, potrafiła spowodować szybki wzrost roślin, wiecznie kręciły się przy niej jakieś obłaskawione zwierzęta, ale nie pokazało się nic, co mogłoby stanowić jej powołanie. Od dawna zazdrościła bratu, który okazał się bardzo silnym magiem żywiołów. Cudowny talent. Ona sama wiedziała, że jest czarodziejką natury, nie miała tylko pojęcia co to tak naprawdę oznacza. Nigdy nikt przed nią nie był po trochu dobry w różnych dziedzinach, nie mając talentu do żadnej konkretnej. Emi czuła się więc jak jakieś dziwadło, obiekt, tolerowany w szkole magii, tylko ze względu na pochodzenie, z uznanego, starożytnego rodu czarodziejów. Zaczęła więc unikać towarzystwa, uciekając w świat książek i marzeń. Odpowiadało jej też samotne włóczenie się po lesie, który stał się jej drugim domem. Mimo, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w głąb puszczy Anduriańskiej, Emi nie czuła cienia lęku. Nie wiedziała w jaki sposób to działa, ale instynktownie czuła, że nie istnieje żaden drapieżnik, którego nie potrafiłaby obłaskawić. Tak więc jej przyjaciółmi stały się wilki, niedźwiedzie, olbrzymie pająki, wietrzydła, mgłowce, dzikie konie i wszystkie inne, zamieszkujące las stworzenia. To właśnie dzięki nim dziewczyna nie czuła się nieszczęśliwa, ani tak naprawdę samotna.

Teraz Emi siedziała w samym rogu przestronnej szklarni i zajmowała się niewielką roślinką w kolorze sinego fioletu. Starała się odciąć od otoczenia i nie słuchać narzekań Kasandry, która nie chciała sobie ubrudzić rąk ziemią. Kiedy Annani, starsza, lekko przygarbiona od pracy w ogrodzie nauczycielka, ogłosiła koniec zajęć, Emi jako jedyna nie porzuciła przesadzanej właśnie rośliny. Bała się, że maleństwo wyschnie, jeżeli odpowiednio starannie nie włoży go do nowej doniczki. Za żadne skarby nie chciała stać się morderczynią, nawet jeżeli chodziło o roślinę. W końcu ona też była żywą istotą.

Kiedy wreszcie skończyła, nikogo już nie było. Z ulgą wyszła z dusznej szklarni, na świeże, późnowiosenne powietrze. Przed wejściem do szkoły spotkała Jaspera, jedną z nielicznych osób, które nie miały w zwyczaju się z niej naśmiewać. Prawdopodobnie było spowodowane to tym, że z powodu swojej tuszy i fajtłapowatości, chłopak sam nie jeden raz był ofiarą podłych żartów i drwin. Uśmiechnęła się do niego promiennie, nie zdając sobie sprawy, że to właśnie na nią tutaj czekał.

- Emi... - zaczął niepewnie, kiedy razem weszli do wnętrza budynku.

- Tak? – spojrzała na niego pytająco.

- Czy poszłabyś ze mną na bal z okazji nocy Walpurgii? – wypalił, a żywy rumieniec objął całą jego okrągłą twarz.

Noc Walpurgii! Zupełnie zapomniała o święcie złych duchów, o ofierze, którą będzie musiała im złożyć. Dla czarodziejów było to historyczne święto, obchodzone wyłącznie jako tradycja. Kolejna idealna okazja do integracji między władającymi magią ludźmi, a Illi'andin.

Nie dla niej. Wzdrygnęła się lekko. Jasper źle odczytał ten znak. Nadzieja w jego oczach zgasła. Z twarzy zniknął nieśmiały uśmiech. Wyglądał jakby miał ochotę zaszyć się pod ziemię. Emi przeklęła w duchu, zła na siebie, że znowu zatopiła się we własnych myślach, zupełnie ignorując chłopaka. Obdarzyła go najradośniejszym uśmiechem, na jaki potrafiła się zdobyć.

- Bardzo chętnie z tobą pójdę – powiedziała wesoło.

Jasper cały się rozpromienił. Zdziwiła się, że jednym, prostym zdaniem, sprawiła mu taką radość. Żałowała, że nie potrafi w tak prosty, dziecinny sposób wpływać także na nastroje innych. Zwłaszcza, ostatnio ciągle ponury, nastrój Andre.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Zbliżał się zachód słońca. Dawno już skończyły się dzienne zajęcia. W nocy od czasu do czasu zajmowano się astronomią. Grupa starszych chłopców stała na dziedzińcu białego zamku, rozprawiając o czymś żywo. Emi wypatrzyła wśród nich swojego brata, podeszła więc do nich bez wahania. Koledzy Andre, mimo, że tylko o dwa lata starsi, traktowali ją zawsze jak małą dziewczynkę. Czuła się wśród nich, jakby była żywą maskotką. Nienawidziła tego, dlatego najczęściej unikała także ich towarzystwa. Tego dnia było inaczej, ponieważ nie chciała narażać się zaniepokojonemu bratu znikając na kolejną noc w lesie. On także nie potrafił jej zrozumieć. Widział w Emi jedynie swoją małą, wymagającą opieki i ciągłego dozoru, nieporadną siostrzyczkę, która od czasu do czasu wywijała jakąś psotę, żeby zwrócić na siebie uwagę rodziców i otoczenia. Kiedy tylko podeszła, opiekuńczo objął ją ramieniem.

- Emi, cieszę się, że jesteś – mruknął. – Mamy na dzisiaj w planach dobrą zabawę.

Roześmiał się, a kumple zawtórowali mu gromkim śmiechem. Spojrzała na nich pytająco. Odwróciła wzrok w kierunku Andre, ale to nie on udzielił odpowiedzi na jej nieme pytanie.

- Idziemy na arenę – oznajmił zadowolony z siebie Robert, najbliższy przyjaciel brata Emi. – Będziemy z zachwytem przyglądać się, jak obrywa się tym skurwielom.

W kręgu znów powstało ogólne rozbawienie. Emi zadrżała na samą myśl o formie rozrywek, jaka bawiła Andre i pozostałych. W czarnej wieży, Illi'andin mieli bardzo surową dyscyplinę. Za każde, nawet najdrobniejsze przewinienia, karani byli publiczną chłostą. Czarodzieje nie mieli co prawda wstępu na arenę i ku ich wielkiemu żalowi, nie mogli obserwować widowiska z trybun, ale spokojnie pozwalano im stać ponad górną barierą ćwiczebnego placu, skąd, mimo pewnego oddalenia, mogli wszystko dokładnie widzieć.

Pomimo, że nie było naprawdę zimno Andre najwyraźniej uznał, że jego młodsza siostrzyczka marznie, bo przez myśl mu nie przeszło, że mogłoby jej nie bawić oglądanie publicznych egzekucji. Zdjął swoją sportową kurtkę, o której marzyła połowa dziewczyn w szkole i narzucił na jej szczupłe ramiona.

- W każdym razie ciebie zabieram ze sobą – mruknął zadowolony ruszając na czele grupy w stronę zwodzonego mostu i szerokiej bramy. – Nie zamierzam cię dzisiaj spuszczać z oczu, mała.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Arena była po prostu dużym placem ubitej ziemi, otoczonym pokaźnych rozmiarów murem i rozległymi trybunami. To właśnie tutaj odbywały się wszystkie pokazy i walki. Illi'andin w większości byli urodzonymi wojownikami. Również tutaj, niemal na środku placu stał pręgierz.

Usiedli rzędem na kamiennym murze zerkając w dół, na to, co działo się w środku. Dalej nie mieli wstępu. Miejsce chroniła potężna, nieprzepuszczająca ludzi, magiczna bariera. Emi z przykrością rozejrzała się wokół. Wielu czarodziejów przyszło popatrzeć na odbywającą się w dole kaźń. Najwyraźniej nie tylko jej brat lubił tego rodzaju chorą rozrywkę. Dziewczyna wiedziała, że nigdy tego nie zrozumie. W jej karmelowych oczach nie było iskierek radości, a jedynie ciche, pełne żalu, współczucie.

Młodzieńcy Illi'andin, świadomi czujnej obserwacji, łasych na każde ich potknięcie magów, wyczytywani z listy, podchodzili do pręgierza dumnie z podniesioną głową. Rzadko zdarzyło się, żeby którykolwiek choćby jęknął. Każde takie potknięcie wywoływało jednak wśród czarodziejów ogólną radość i poruszenie. Podczas gdy chłopcy przywiązywani byli do pręgierza, nauczyciel, a raczej w ich przypadku dowódca, obojętnym tonem wyczytywał ich przewinienia i naliczał razy. Emi siedziała cierpiąc w milczeniu. Wiedziała, że żadna z otaczających ją osób nie byłaby w stanie zrozumieć jej uczuć.

- Jay Wairudo – rozległ się tubalny głos.

Po wyczytaniu nazwiska, kolejny chłopak wstał z trybun, żeby z dumnie uniesioną głową udać się w kierunku drewnianego słupa. Dziewczyna zamarła. Rozpoznała zwichrzone, czarne włosy i smukłą, opaloną od latania w promieniach słońca sylwetkę. Widziała już wcześniej te ciemne, pokryte sztywnymi piórami skrzydła.

- Za samowolne opuszczenie terenu polowania – wyczytał beznamiętnym głosem starszy mężczyzna, a Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku - dwadzieścia razów – była to zdecydowanie najwyższa, wyznaczona tego dnia kara. – Za niewyjaśnienie powodu swoich działań, kolejnych pięć.

Dziewczyna siedziała jak ogłuszona. Do oczu cisnęły jej się łzy. Zacisnęła pięści w bezsilnym gniewie. Więc to była jej wina. Ukarali go za to, że jej pomógł. Całą sobą zapragnęła znaleźć się w innym świecie, krainie ze swoich marzeń, w której nie ma wojen, przemocy, a wszystkie żywe istoty współpracują i troszczą się o siebie nawzajem.

Patrzyła na pobladłą z bólu twarz chłopaka, na jego związane ręce, na rozpięte na całą szerokość, czarne skrzydła. Widziała pełne satysfakcji uśmiechy na twarzach otaczających ją czarodziejów. Zobaczyła taki sam uśmiech na twarzy Andre, a to dotknęło ją do żywego. Nie, zdecydowanie nie chciała należeć to tego okrutnego, cieszącego się z cierpienia żywych istot, podłego świata.

Rozdział IV

Czarna wieża była wysoką budowlą, z pochłaniającego światło kamienia. Mieściła w sobie dwanaście pięter i cztery podziemne poziomy. Uczniowie spali na szóstym i siódmym piętrze, wyżej i niżej odbywały się zajęcia. Na najniższym, podziemnym poziomie były lochy. Do szkoły uczęszczali Illi'andin z dwóch różnych sfer. Na niższym piętrze swoje kwatery mieli wojownicy. Były to proste, niewielkie, pozbawione wygód cele. W rogu takiego pomieszczenia stało łóżko, a po przeciwnej stronie zwyczajny drewniany stolik i kufer na rzeczy osobiste. Piętro wyżej natomiast mieszkały dzieci arystokracji. Błękitna krew Illi'andin. Było ich niewielu, w całej szkole tylko dziewięciu. Ich prywatne komnaty były wygodne i rozciągały się na całym piętrze. Różnili się od innych przedstawicieli swojej rasy. Bili szybsi i silniejsi od ludzi, ale nie mieli skrzydeł. Nie posiadali też instynktu drapieżników, jedynie co jakiś czas potrzebowali świeżej krwi. Za to władali magią. Nie byli wojownikami, ale stanowili jedyną skuteczną broń w wojnie z czarodziejami.

Damien niespokojnie chodził po komnacie. Miał ochotę zamordować tego kretyna, którego szumnie nazywał swoim przyjacielem. Co on sobie w ogóle myślał?! Dlaczego wiecznie musiał pakować się w jakieś bezsensowne kłopoty?! Najbardziej bolało go to, że nie zawsze był w stanie go z nich wyciągnąć. Tak było i tym razem. Chłopak zacisnął pięści. Potem je rozluźnił. Przeczesał palcami wiecznie tworzące na głowie artystyczny nieład, jasne włosy, poprawił eleganckie ubranie i przejrzał się w dużym, stojącym lustrze. Z drugiej strony patrzyły na niego żywe, jasnoniebieskie oczy. Cóż, efekt był zadowalający. Przywdział na twarz leniwy, arogancki uśmiech. Nie miał zamiaru pokazywać komukolwiek, że się przejmuje. Chwycił z poręczy krzesła czarną marynarkę i niespiesznie wyszedł z pokoju.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Gwiazdy świeciły jasno na nocnym niebie. Do ciasnego pomieszczenia przez niewielkie okienko wpadało białe światło najbliższego księżyca Dareshi. Jay leżał na brzuchu, na twardym materacu. Bolały go całe plecy. Zagryzał zęby, starając się nie ruszać skrzydłami, żeby nie drażnić jeszcze bardziej dotkliwie poranionej skóry. W końcu, zrezygnowany, złożone ułożył wzdłuż ciała. Zaskrzypiały drewniane drzwi. Uniósł głowę, żeby zobaczyć kto, nieproszony, wtargnął do jego pokoju. Położył ją z powrotem na wypełnionej pierzem poduszce, całą siłą woli powstrzymując się, żeby nie jęknąć. Damien, tylko jego mu tu brakowało. Słuchanie wykładu na temat nieodpowiedniego zachowania było teraz ostatnią rzeczą na jaką miał ochotę.

Smukły blondyn wszedł do środka, starannie zamykając za sobą drzwi. Zgrabnie przysiadł na blacie drewnianego stolika. Przeczesał palcami przydługie włosy, z konsternacją przyglądając się leżącemu na łóżku przyjacielowi. Chciał coś powiedzieć, ale w pewnym momencie jakby zmienił zdanie. Rozejrzał się po pokoju.

- Co to za zapach? – spytał zaciekawiony.

- Jaki zapach? – warknął zaskoczony Jay, który przygotowywał się już w duchu, na długi, zwyczajowy ochrzan.

- To od ciebie – mruknął zamyślony nad czymś Damien.

- Chcesz powiedzieć, że śmierdzę? – zadrwił leżący na brzuchu chłopak.

- Nie – westchnął blondyn. – To coś innego. Jest znajomy. Ładny. Z czymś mi się kojarzy.

Jay przypomniał sobie dziewczynę z lasu. To nią teraz pachniał. Dotykała go, kiedy niósł ją w powietrzu. W jego bursztynowych oczach zatańczyły iskierki złości. Idiotka! To wszystko jej wina! Gdyby mu wtedy nie pomogła... właściwie to nie był pewien czy mimo wszystko zostawiłby ją wtedy na pastwę polujących Illi'andin. Jeżeli miał być szczery przed samym sobą musiał przyznać, że i tak by ją stamtąd zabrał. W każdym razie nie było to coś o czym miałby ochotę rozmawiać z Damienem. Ani teraz, ani nigdy.

- Nie mam pojęcia o czym mówisz – mruknął splatając pod głową ręce i przymykając swoje niezwykłe, bursztynowe oczy.

Rozdział V

Był piękny, słoneczny ranek. Emi z prawdziwą radością wymknęła się z zamku. Dusiła się w czterech ścianach. Potrzebowała kontaktu z naturą, pragnęła wolności, jaką dawał jej tylko las. Szła ścieżką wsłuchując się w wiosenny śpiew ptaków. Rozpoznawała tu niemal wszystkie gatunki. Całą swoją duszą kochała ich trele. Skręciła z wytyczonego, bezpiecznego szlaku, zagłębiając się w gęsty, liściasty las. To była droga na jej ukochaną polanę.

Zanim jeszcze wyszła z pomiędzy drzew, poczuła czyjąś obecność. Chwilę później zobaczyła znajomą sylwetkę, jej uwagę przyciągnęły czarne, potargane włosy. Chłopak stał bosymi stopami na miękkim mchu. Znów miał na sobie tylko spodnie. Najwyraźniej w ten sposób było wygodniej używać mu skrzydeł.

- Cześć – powiedział, jak gdyby nigdy nic, kiedy tylko weszła na niewielką, pokrytą dywanem z niebieskich, drobnych kwiatków, polanę.

Przyjrzała mu się z zainteresowaniem. Co on tu robił? Chciała podziękować za to, że ją wtedy zabrał z lasu, ale słowa uwięzły jej w gardle, na myśl o tym, jak został za to ukarany. Bez słowa podeszła do niego. Spojrzał na nią odrobinę zakłopotany. Najwyraźniej nie tego się spodziewał. Ominęła go, stanęła za nim. Ze zgrozą spojrzała na jego poranione od chłosty plecy. Musiały sprawiać mu ból. Nie chciała, żeby cierpiał. Bez zastanowienia wyciągnęła rękę. Błyskawicznie odwrócił się ku niej. Złapał ją za nadgarstek.

- Nie! – odezwał się stanowczym głosem.

Zamrugała. Spojrzała na niego nie rozumiejąc. Przecież chciała go tylko uleczyć.

- Dlaczego? – zapytała cichym, lekko zirytowanym głosem.

- Złamałem zasady, spotkała mnie za to zasłużona kara – powiedział spokojnie. – Od początku wiedziałem co robię i byłem gotowy ponieść tego konsekwencje.

- Zasłużona?! – warknęła na niego. – Zwariowałeś?! Przecież nie zrobiłeś nic złego.

Przyjrzał jej się zaskoczony. Roześmiał się. Jej blade policzki zarumieniły się delikatnie. Zawstydzona odwróciła wzrok.

- Przepraszam – mruknął, z wyraźnym trudem powstrzymując śmiech. – Nie spodziewałem się, że ktoś się kiedyś tak przejmie moim losem - zakpił.

- Pozwól mi – poprosiła cicho, kiedy puścił jej rękę.

- Nie – odpowiedział łagodniej, ale ciągle stanowczym tonem. – Nie przejmuj się mną. To nie pierwszy raz.

Jay doskonale pamiętał swoje pierwsze przewinienie. Wówczas uleczył go Damien. Nauczyciele szybko zorientowali się, że tylko on mógł to zrobić. Chłopak wcale nie miał ochoty pamiętać, jak jego przyjaciel został za to ukarany. Illi'andin ze szlacheckich rodów nie karano chłostą. Mieli znacznie gorzej. Jay odgonił od siebie ponure wspomnienia. Przyrzekł sobie wtedy, że to nigdy więcej się nie powtórzy.

Emi wzruszyła ramionami. Nie była zadowolona, że nawet tego nie może zrobić, ale postanowiła odpuścić. Obeszła dookoła polanę. Wcześniej tego nie zauważyła, zbyt zaabsorbowana obecnością chłopaka, ale teraz wiedziała, że coś w tym miejscu było na niej nie tak.

- Nie mogę tu zostać – jęknęła. Teraz czuła to wyraźnie. Jej ukochaną polanę znaczyło znamię śmierci. – Jakieś stworzenie niedawno tutaj umarło.

Jay uśmiechnął się uśmiechem drapieżnika. Wzrok miał odrobinę rozmarzony.

- Aha – mruknął. – Wczoraj upolowaliśmy tutaj sarnę. – Podszedł do jednego z młodych, wpraszających się na polanę klonów. – Dokładnie tutaj, są jeszcze ślady krwi – pochwalił się nie zwracając uwagi na pobladłą twarz dziewczyny.

Emi z trudem przełknęła ślinę. Cofnęła się o krok.

- Przepraszam! – wyrzuciła z siebie, a potem odwróciła się na pięcie i pobiegła przez gęsty las.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Jay skonsternowany patrzył za znikającą między drzewami dziewczyną. Co on niby takiego powiedział?! Był dumny, ponieważ wczorajsze polowanie należało do naprawdę udanych. Może jednak nie powinien się chwalić? Wkurzony zacisnął pięści. Nie po to czekał tu na nią od kilku godzin, nie wiedząc właściwie czy w ogóle przyjdzie, żeby teraz tak po prostu mu zwiała. W ułamku sekundy przybrał postać szarego wilka i rzucił się w pogoń za dziewczyną.

Nie było to trudne. Już po kilku minutach, warcząc, zagrodził jej drogę. Zatrzymała się opadając na kolana. Schowała twarz w dłoniach i zaczęła cicho płakać. Towarzysząca Jayowi złość w jednej chwili opadła. Poczuł zakłopotanie. Przybrał swoją ludzką postać. Ukucnął przy dziewczynie.

- Boisz się mnie? – spytał naprawdę zainteresowany jej odpowiedzią.

Przecząco pokręciła głową.

- Nie, to nie to – odpowiedziała poprzez łzy. – Wiem, że musisz polować. Po prostu... - przerwała nie wiedząc jak mu to wyjaśnić – nie potrafię być szczęśliwa w miejscu, w którym tak niedawno pojawiła się śmierć – dokończyła po chwili ciszy.

Chłopak zastanawiał się przez chwilę. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Westchnął. Wstał zwinnie.

- Jeżeli chcesz to pokażę ci inne, równie ładne – oznajmił spokojnie. – Nic tam ostatnio nie umierało, o ile się dobrze orientuję – dodał z ponurym uśmieszkiem.

To była propozycja. Był ciekaw czy dziewczyna przyjmie ją czy odrzuci. Fascynowała go coraz bardziej. I ten jej kuszący zapach... Emi podniosła na niego lśniące od łez oczy.

- Mógłbyś? – zapytała z nadzieją.

- Jasne – odpowiedział, gotowy do lotu, rozkładając skrzydła.

Przysunął się do dziewczyny, żeby ją unieść w powietrze. Nie była zbyt ciężka. Nie przeszkadzała mu w locie. Odsunęła się od niego.

- Możemy iść piechotą? – spytała nieśmiało.

- Nie podobało ci się latanie? – zapytał zawiedziony.

- Nie o to chodzi – uśmiechnęła się do niego delikatnie. – Jeżeli polecimy, to nie będę potem mogła tam sama trafić – wyjaśniła lekko zawstydzona. – Czy to bardzo daleko? Zawsze możemy wrócić powietrzem... - dodała niepewnie.

Jay uznał, że to całkiem logiczny powód. Wzruszył ramionami.

- Jakieś dwie godziny marszu – oznajmił. – Idziemy?

Emi skinęła głową. Z jej oczu zupełnie zniknęły już łzy. Wstała z pokrytej liśćmi ściółki i ruszyła raźnym krokiem, za prowadzącym przez las chłopakiem.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Miejsce do którego zaprowadził ją czarnowłosy Illi'andin wyglądało jak z obrazka. Zachwycona Emi rozejrzała się dookoła. Polana była znacznie większa od tej, na której tak lubiła przebywać. Na skraju lasu rozpościerało się całkiem spore jeziorko, do którego skalnym wodospadem spływał chłodny, górski strumyk. Nad wodą pochylały się wiekowe, płaczące wierzby. Barwne, wiosenne kwiaty, zdobiły skąpaną w promieniach południowego słońca łąkę. Dziewczyna pisnęła z zachwytu. Jak mała dziewczynka rzuciła się w kierunku krystalicznie czystego jeziora. Po drodze zdjęła z nóg wysokie buty i podwinęła nogawki spodni. Woda była wyjątkowo ciepła, jak na tę porę roku.

Jay z rozbawieniem przyglądał się zachwytowi dziewczyny. Patrzył jak rozglądając się dookoła brodzi przy brzegu w sięgającej do kolan wodzie. Rozszerzył oczy ze zdumienia, kiedy wybiegła na brzeg i płynnym ruchem zsunęła z siebie spodnie, a potem delikatną, ciemnozieloną tunikę. W samej, śnieżnobiałej bieliźnie, weszła z powrotem do wody. Jej szczupła sylwetka i drobna postać, otoczona welonem z brązowych włosów, stanowiły całkiem przyjemny widok. Jay poczuł w środku nieprzyjemne ukłucie. Równie dobrze mógłby być częścią tego pieprzonego lasu, bo dokładnie tyle samo zwracała na niego uwagi. Ani trochę mu się to nie podobało, zwłaszcza, że uroczą sarenką z wielkimi oczami pewnie zainteresowałaby się bardziej. Zanim jednak w jego bursztynowych oczach zdążyły rozbłysnąć iskierki złości, Emi odwróciła się ku niemu. Pomachała mu ręką.

- Nie idziesz? – zawołała wesoło. – Uwielbiam pływać – oznajmiła zanurzając się w wodzie po samą szyję. Potem na chwilę zanurkowała, a kiedy się wynurzyła, włosy opadały na jej twarz i ramiona wilgotną kaskadą.

Jay wahał się krótką chwilę, a potem po prostu zrzucił z siebie spodnie i wszedł do wody w ślad za dziewczyną. Pływali przez dobrą godzinę. Emi z zachwytem przyglądała się co chłopak potrafi wyczyniać w wodzie dzięki skrzydłom. Unosiły go na tafli jeziora niczym tratwa, a złożone wcale nie przeszkadzały w szybkim pływaniu czy nurkowaniu.

W końcu, posiniała z zimna dziewczyna, stwierdziła, że najwyższy czas wyjść z wcale nie najcieplejszej wody. Wciągnęła na mokre ciało ubrania i usiadła na samym środku polany, żeby wysuszyć się w promieniach popołudniowego, wiosennego słońca. Jay włożył porzucone na trawie spodnie i usiadł przy niej. Jemu ani trochę nie było zimno. Ziewnął przeciągle, na brzuchu kładąc się w miękkiej trawie. Emi położyła się obok, z zainteresowaniem przyglądając się jego czarnym, opierzonym skrzydłom. Delikatnie dotknęła piór, przesuwając po nich palcami.

- Coś ci się w nich nie podoba? – mruknął zrezygnowany.

- Wręcz przeciwnie – odpowiedziała mu z leciutkim uśmiechem, błąkającym się na twarzy jak u porcelanowej lalki. – Uważam, że są wspaniałe. Tak bardzo zazdroszczę ci, że możesz latać, kiedy tylko zechcesz.

Jaya znowu zaskoczyło stwierdzenie dziewczyny. Nie wiedział co na to odpowiedzieć, więc po prostu milczał. Potem przyszło mu do głowy zupełnie inne zagadnienie.

- Właściwie to nawet nie wiem jak masz na imię – przyznał rozbawiony. – Jestem Jay Wairudo – przedstawił się dla porządku.

- Emily Maria Morrington – przedstawiła się z promiennym uśmiechem dziewczyna – ale i tak od zawsze jestem Emi.

- W takim razie miło mi cię poznać Emi – oznajmił zadowolony, że wreszcie poznał jej imię.

Potem ziewnął przeciągle. Z bólu nie spał prawie przez całą noc. Przymknął oczy i nawet sam nie wiedząc kiedy, ogrzewany promieniami wiosennego słońca, odpłynął do krainy snów.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Słońce zbliżało się ku zachodowi, kiedy Jay otworzył oczy. Obudził się wypoczęty, ale równocześnie upiornie głodny. Przeciągnął się i usiadł. Rozejrzał się po skąpanej w półmroku polanie. Zaczął przeklinać się w duchu za nieostrożność. Spanie w Anduriańskiej puszczy nie mogło być dobrym pomysłem, chyba, że ktoś chciał się nigdy więcej nie obudzić. Jego oczy rozszerzyły się, kiedy ujrzał kucającą na skraju polany Emi. Dziewczyna drapała po brzuchu jakieś stworzenie. Mimo doskonałego wzroku, Jay dopiero po chwili zorientował się, że jest to olbrzymi pająk. Na początku jego umysł zwyczajnie nie przyjmował tego do wiadomości. Przeklął cicho. Momentalnie zmienił się w wilka i z groźnym warknięciem znalazł się tuż przy stworzeniu. Pająk był włochaty i czarny, dodatkowo swoją długością przewyższał wzrost dziewczyny, a Jay był przekonany, że jest to jedno z mniejszych stworzeń, które zwały ten las swoim domem. W odpowiedzi na warknięcie, pająk syknął wściekle. Wszystkie siedem par oczu zwróciły się w kierunku zagrożenia. Zanosiło się na walkę. Emi wstała z ziemi.

- Jay, proszę, przestań – obrzuciła wilka błagalnym spojrzeniem.

Bursztynowe oczy drapieżnika pociemniały. Przestać?! On miał przestać?! Przecież to nie on sprowadził podczas jej snu na polanę olbrzymiego pająka! Warknął jeszcze groźniej. Pająk zabulgotał, nastroszył się tak, że jego włochaty kadłub wyglądał teraz jak szczotka do czyszczenia butelek. Dziewczyna stanęła między nimi, tyłem do pająka. Potem uklęknęła między nimi, wyciągając dłoń, by dotknąć szarej sierści na pysku wilka.

- Okazu, idź już – poprosiła cicho, najwyraźniej zwracając się do pająka.

Czarna kula futra podniosła się na całą długość ośmiu cieniutkich nóg. Syknęła niezadowolona. Emi obróciła głowę i spojrzała na niego. Pająk obrzucił ją ostatnim, jakby tęsknym spojrzeniem i zniknął między drzewami, zupełnie tak, jakby rozpłynął się w powietrzu. Dziewczyna z powrotem utkwiła wzrok karmelowych oczu w wilku. Na jej porcelanowej, bladej twarzy wydawały się naprawdę wielkie, a w tym momencie także mocno zatroskane.

- Gniewasz się na mnie za coś? – spytała łagodnie, przysuwając się bliżej wilka.

Jay odskoczył jak oparzony. Poczuł się głupio. Z przykrością zdał sobie sprawę, że spośród dwóch drapieżników, to on był tym mniej oswojonym od głupiego pająka. Poza tym ogarnęło go niezrozumiałe uczucie zazdrości. Chciał mieć Emi tylko i wyłącznie dla siebie. Nie zamierzał się z nikim dzielić. Nawet z pająkiem. Z powrotem przybrał ludzką postać.

- Nie – mruknął naburmuszony. – Po prostu jestem głodny.

Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. Z płóciennej torby wyjęła zawiniątko. Usiadła na miękkiej trawie, sama otwierając drugie. Zaskoczony Jay niemal rzucił się na kanapkę. Uspokojony rozsiadł się wygodnie, tuż obok niej. Na niebie pojawił się już piąty z siedmiu księżyców. Chłopak westchnął. Zupełnie zaniedbał przygotowania do porannego treningu. Musiał poćwiczyć, jeżeli nie chciał na placu oberwać. Emi dostrzegła jego niepokój.

- Wracamy? – zapytała cicho.

Skinął głową. Skończyli jeść. Potem porwał ją w powietrze i zostawił tuż przed szkołą, na skraju lasu. Przez całą drogę zadowolony, ale jednocześnie lekko skonsternowany, obserwował jak bardzo dziewczyna zachwycona jest lotem. Kiedy postawił ją na ziemi, Emi uśmiechnęła się do niego promiennie. Wspięła się na palce, przytuliła się do niego leciutko. Stał niezdolny wykonać żadnego ruchu, gapiąc się na nią zaskoczony.

- Dobranoc – powiedziała wesoło, odwróciła się i pobiegła w kierunku białego pałacu i jego majaczących w księżycowym świetle, pokrytych niebieską dachówką, wież.

- Dobranoc – mruknął, wypuszczając długo wstrzymywane powietrze, ale dziewczyna już nie była w stanie go usłyszeć.

Rozdział VI

To był pierwszy rok, który Emi spędzała w szkole, więc wszystko było dla niej zupełnie nowe i niesamowite. Przyzwyczaiła się już do większości rzeczy, ale dalej czuła się w tym miejscu wyobcowana. Zawsze też było coś, co potrafiło ją zaskoczyć.

W szkole każdy ubierał się jak chciał, panowała w niej więc mieszanka mody praktycznie z całego świata. Były zarówno zgrzebne wełniane suknie, togi, jedwabie, różnobarwne chusty jak i zwykłe, bliskie śmiertelnikom jeansy czy mini spódniczki. Nikt tak naprawdę nie był w stanie się wyróżnić w kolorowym tłumie. Emi zazwyczaj wkładała to, w czym wygodnie było jej włóczyć się po lesie. Lubiła wyciągnięte swetry i długie tuniki w tonacjach brązu i zieleni. Właściwie nic specjalnego. Kiedy jednak rozpakowała przysłaną przez rodziców paczkę, wpadła w zachwyt jaki poczułaby każda dziewczyna w jej wieku. Mama wysłała jej przepiękną, liliową suknię, którą mogła założyć na bal z okazji Nocy Walpurgii oraz bardziej codzienną, jeansową spódniczkę podszytą warstwami białej koronki i niebieski, dobrany do kompletu sweterek. Emi po raz pierwszy od kiedy zaczęła uczęszczać do szkoły poczuła się jak dorastająca dziewczyna, a nie spłoszony potworek, który dopiero co wybiegł z lasu.

Nie potrafiąc oprzeć się pokusie, zachwycona prezentem, włożyła nowe ubranie już następnego dnia rano. Jej pokój w zamku był niewielki, ale jasny i przytulny. Meble były w białym kolorze, zdobione malunkami kremowych kwiatów o przepięknych kielichach i jasnozielonych łodygach. Miała w nim łóżko, na którym trzymała całą piramidę mięciutkich poduszek, przestronną szafę, stolik z dwoma krzesłami i duże, wolnostojące lustro. Teraz przejrzała się w nim, z niesmakiem obserwując swoje potargane, brązowe włosy. Zaśmiała się sama z siebie. No tak, dzikim zwierzętom jej wygląd ani odrobinę nie przeszkadzał, dlatego tak rzadko do tego lustra zaglądała. Nic dziwnego, że wszyscy traktowali ją jak małą dziewczynkę. Starannie rozczesała włosy drewnianą szczotką. Na boku zrobiła prościutki przedziałek. Nie spodobało jej się, więc z powrotem zaczesała je do tyłu. Teraz jednak znowu opadały na oczy i ramiona. Wyjęła z szuflady białą opaskę, którą dostała od Andre na szesnaste urodziny. Rzadko kiedy ją nosiła, ale do spódniczki i sweterka pasowała wręcz idealnie. Poza tym jej brat się ucieszy... o ile oczywiście w ogóle zauważy... Całości dopełniły białe rajstopy i wysokie, zamszowe buty. Emi z radosnym błyskiem w karmelowych oczach stwierdziła, że sama swojego odbicia nie poznaje w tym dużym, niezbyt często używanym lustrze.

Ładnie ubrana i starannie uczesana, w świetnym humorze zeszła na śniadanie. Jak zwykle przyszła jako jedna z ostatnich. Po cichu zajęła swoje miejsce obok Andre. Brat spojrzał na nią szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Potem uśmiechnął się z przekąsem.

- Nareszcie wyglądasz jak człowiek – stwierdził zadowolony.

- Dzięki – burknęła Emi, wiedząc, że lepszego komplementu i tak nie mogła od niego usłyszeć.

Przy śniadaniu jak zwykle dyrektorka, Hanna Rosenberg, monotonnym głosem zaczęła czytać ogłoszenia. Była to sroga, starsza kobieta, przywodząca na myśl jedynie pannę Minchin z „Małej Księżniczki" Francesa Burnetta. Emi czuła do niej niejaką nić sympatii. Kobieta należała do osób surowych, ale sprawiedliwych. W każdym sporze zawsze była gotowa wysłuchać obydwu stron. W pewnym momencie jej monotonny głos ożywił się odrobinę.

- Jak zapewne wszyscy doskonale wiecie, za trzy tygodnie odbędzie się bal z okazji Nocy Walpurgii, święta złych duchów i wszystkich magicznych mocy. Doskonale wiemy, że magia tego święta to jedynie zabobon – napomknęła na wszelki wypadek srogim głosem – ale, tak jak przystało czarodziejskim rasom, będziemy kultywować starożytną tradycję i mam nadzieję, dobrze się przy tym bawić. Dzisiaj z tej okazji, dziewczęta z najmłodszych klas będą miały zajęcia łączone z uczniami z Czarnej Wieży – Emi zaczęła uważniej słuchać. Poczuła się jak głupiutka dziewczynka, mając irracjonalną nadzieję, na wspólną lekcję z Jayem. Miała olbrzymią ochotę na to, by znów go zobaczyć. – Illi'andin z arystokratycznych rodów będą wam towarzyszyć w nauce tańca – dziewczyna poczuła, że uchodzi z niej powietrze jak z pękniętego balonika. Sama nie wiedziała dlaczego poczuła taki zawód. Niewiele wiedziała o rasie demonów, jednego była jednak zupełnie pewna, Jay był wojownikiem, nie arystokratą. – Mam nadzieję dziewczynki, że będzie to dla was ciekawe doświadczenie i będziecie się dobrze dzisiaj bawiły – zakończyła ogłoszenia pani dyrektor.

W sali rozległy się coraz głośniejsze szepty. Mimo odwiecznej nienawiści, czarodziejki zachłannie patrzyły na przystojnych, wysportowanych chłopców Illi'andin, zwłaszcza tych, którzy nie mieli skrzydeł, przez co wyglądali zupełnie jak ludzie. Teraz, w nowej epoce, stanowili naprawdę łakome kąski. Nie jedna marzyła o romantycznej miłości czy choćby balu spędzonym w ramionach księcia demonów. Illi'andin nie posiadali własnych kobiet. Od wieków mieli umowę zawartą z driadami. Wspólnie płodzili dzieci, w lesie nimf zostawały wszystkie dziewczynki, a oni do siebie zabierali chłopców. To była dobra umowa, jednak nie wystarczająca. Driad na świecie było coraz mniej, ponieważ umierały tak, jak przestawały istnieć, brutalnie wyniszczane przez ludzi, ich drzewa.

Emi poczuła na ramieniu rękę brata. Spojrzała pytająco w karmelowe oczy Andre.

- Będziesz na siebie uważała siostrzyczko? – poprosił.

Dziewczynę złościło, że ciągle traktuje ją jak małe dziecko, nie potrafiła mu jednak mieć tego za złe. W końcu od zawsze się o nią troszczył. Zmusiła się do pogodnego uśmiechu.

- Pewnie, że będę – odpowiedziała wstając od długiego stołu i własnego, niedojedzonego śniadania. Zupełnie straciła apetyt. – Idę się przejść – rzuciła cicho i nie niepokojona przez nikogo, wyszła z jadalnej sali.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Ranek był pogodny i ciepły. Emi przed zajęciami chciała się chociaż trochę przewietrzyć. Kiedy wyszła z zamku, wbrew sobie, wiedziała już dokąd pójdzie. Po kilkunastu minutach spaceru siedziała już na szerokim, otaczającym chwilowo pustą arenę murze. Zaskoczona zdała sobie sprawę, że wcale nie jest sama przy placu ćwiczeń. Przy szerokim murze zaczęły pojawiać się dziewczęta w różnym wieku. Otoczyły arenę wianuszkiem, co chwilę zerkając w dół. Chichotały i rozmawiały ze sobą zadowolone, pełnymi przejęcia i zachwytu głosami. Emi zauważyła z ciągle rosnącym zdumieniem, że w pewnym oddaleniu od czarodziejek stoją nawet pracujące w pałacu służące, tak samo niecierpliwie i z przejęciem zerkając na plac ćwiczebny.

Po chwili na placu pojawili się Illi'andin. Dziewczyna z rozbawieniem zdała sobie sprawę, jak chłopcy udają, że nic nie robią sobie z obecności zachwyconych obserwatorek, jednocześnie popisując się przed nimi jak tylko mogli. Tak niewiele różnili się od dzieci czarodziei! Emi obserwowała ich równie uważnie, co pozostałe dziewczęta, jednak ona wypatrywała konkretnego celu. Czarodziejki rozpływały się nad ich gibkimi i smukłymi, ale w pełni wyćwiczonymi ciałami. Chłopcy byli nadzy od pasa w górę, co wzbudzało tylko jeszcze większy zachwyt. Opaleni byli równą, powstałą po długotrwałych ćwiczeniach na powietrzu, opalenizną. Zauważyła, że jedynie nieliczni młodzi wojownicy mają skrzydła, a do tego żadne nie przypominały skrzydeł Jaya. Wszystkie były pokryte błoną, jak u nietoperzy, a kolor miały nie czarny, a szary lub błotniście brązowy. Większość Illi'andin wyglądała po prostu jak ludzie. Dobrali się w pary i pod okiem złowrogo wyglądającego wojownika, z podłużną blizną na policzku, rozpoczęli ćwiczenia. Dopiero wtedy zauważyła Jaya. Stał razem z czterema innymi chłopakami o czarnych jak noc, pokrytych piórami skrzydłach. Nie przyłączyli się do ćwiczeń.

Dopiero po dłuższej chwili, do stojącej samotnie grupy podszedł odziany na czarno mężczyzna. Wówczas i oni zaczęli trening. Emi nie była w stanie dostrzec ich ruchów. Były zbyt szybkie, zamazywały się przed jej oczami. Po rozgrzewce dostali broń. Nie ćwiczebną, jak pozostali, a prawdziwą, ostrą stal. Dziewczyna obserwowała trening z zapartym tchem. To było coś niesamowitego. Wyglądało jak prawdziwa walka, taka na śmierć i życie. Unosili się w powietrzu, robili salta i uniki. W pewnym, burzliwym momencie Emi zdała sobie sprawę, że przestała oddychać. Zachłannie zaczerpnęła powietrza. Walczący na arenie Jay odwrócił głowę, spojrzał na nią. Ich oczy na chwilę się spotkały. Jego przeciwnik natychmiast wykorzystał chwilę nieuwagi. Powalił chłopaka na ziemię. Jay z warknięciem poderwał się na nogi, ale wyraźnie nie potrafił się skupić na toczonej zawzięcie walce. Co jakiś czas zerkał w kierunku dziewczyny, za każdym razem obrywając za to bezlitośnie.

Emi zdała sobie sprawę, że otaczające ją dziewczęta zaczynają się zbierać. Spojrzała na słońce. Nawet nie zauważyła kiedy minęły dwie, dzielące śniadanie od zajęć godziny. Z żalem oderwała wzrok od kocich, pełnych gracji ruchów Jaya. Walka Illi'andin wyglądała jak taniec. Dziewczyna, z zachwytem, uświadomiła sobie, ze była prawdziwą sztuką. Niechętnie wstała, zsuwając się z muru i w ślad za innymi, powlekła się w kierunku szkolnych sal.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, Emi zawsze udawało się spóźniać. Nie robiła tego specjalnie, tak po prostu wychodziło, samo z siebie. Teraz, kiedy dotarła wreszcie na korytarz prowadzący ku wielkiej sali, na zajęcia z savoir vivre, oczywiście również była spóźniona. Zaskoczona stanęła w przejściu. Po obu stronach korytarza, pod ścianami ściskały się dziewczęta. Przez środek przejścia natomiast rozciągała się pulsująca błękitną poświatą bariera magiczna. Jak niby ona miała przecisnąć się przez ten tłum do wielkiej sali?! Zadanie zakrawało na niewykonalne. Czego one tu wszystkie chcą?!

Kiedy zaczęła się przepychać pomiędzy warczącymi na nią czarodziejkami, odpowiedź przyszła sama. W ogrodzonym magiczną barierą przejściu pojawili się Illi'andin. Siedmioro młodych chłopaków i starszy, poważnie wyglądający, ale pełen gracji i dostojeństwa nauczyciel. Szli spokojnie, nie rozglądając się ma boki. Na ich twarzach malowała się obojętność. Emi wpatrywała się w nich szeroko otwartymi oczami, jak reszta dziewczyn. Oni byli po prostu cudowni! Równie dobrze mogliby być aniołami, o dziwo brakowało im tylko skrzydeł. Mieli na sobie białe, idealnie skrojone mundurki, z drogiego materiału. Większość musiała być mniej więcej w wieku jej brata, ale dwóch było też wyraźnie młodszych. Nie można było jednak w żadnym razie powiedzieć, żeby wyglądali smarkato.

Emi oderwała od nich wzrok. Rozejrzała się po twarzach oczarowanych dziewcząt. Wyglądało to tak, jakby tylko ona była w stanie zignorować ich urok. Miała jednak ważniejsze rzeczy na głowie, musiała w jakiś sposób dotrzeć do wielkiej sali. Zdawała sobie sprawę, że wcale nie będzie to łatwe. Bariera, która dzieliła korytarz na trzy części była jak szklana tafla akwarium, zupełnie nie do przebycia. Zaczęła przepychać się dalej, tworząc w ten sposób harmider i nieprzyjemne zamieszanie. Stojące do tej pory w miarę spokojnie dziewczyny, zaczęły się nawzajem popychać. Emi została przyciśnięta do niebieskiej poświaty bariery, jednak zamiast się na niej zatrzymać, poczuła jakby przechodziła pod strumieniem wody. Popchnięta przez którąś z czarodziejek, upadła na kamienną posadzkę na środku korytarza, tuż za przechodzącymi środkiem Illi'andin. Zaczęła przeklinać w duchu. W oczach stanęły jej łzy. Teraz już na pewno będzie pośmiewiskiem całej szkoły. Bariera najwyraźniej miała ją przepuścić, pewnie dlatego, że powinna być już dawno w wielkiej sali.

Idący na samym końcu chłopak zatrzymał się. Odwrócił w jej stronę. Na jego obojętnej do tej pory twarzy pojawił się blady uśmiech. Świetnie, tylko tego jeszcze mi brakowało, pomyślała Emi, żeby dodatkowo oni się ze mnie nabijali. Zdziwiła się, kiedy podszedł do niej, podając jej rękę. Zaczerwieniła się wściekle, ale pozwoliła mu pomóc sobie wstać. Poczuła na plecach żar zazdrosnych spojrzeń. Usłyszała ciche westchnienia. Chłopak zachowywał się jakby świat za barierą nie istniał, postanowiła więc, że zrobi dokładnie to samo.

- Dziękuję – odezwała się cicho, walcząc ze sobą, żeby nie wlepić w niego cielęcego wzroku.

Był po prostu idealny. O głowę wyższy od niej, smukły i odrobinę blady, ale to tylko dodawało mu uroku. Złote kosmyki niesfornie opadały mu na czoło. Duże, niebieskie oczy miał okolone ciemnymi rzęsami. Wiedziała, że bez trudu, mogłaby utonąć w ich głębi.

- Masz teraz z nami zajęcia? – spytał kiedy stanęła przy nim. Jego tenor był miękki i aksamitny. Brzmiał jak pieszczota. Chwilę zajęło zanim dotarł do niej sens jego słów. Onieśmielona skinęła głową. – Nazywam się Damien Nataniel Hayazaki – przedstawił się ponownie podając jej dłoń.

- Emily Maria Morrington – odpowiedziała mechanicznie dziewczyna.

- Miło mi cię poznać, Emily – obdarzył dziewczynę najpiękniejszym uśmiechem, jaki w życiu widziała.

Kolana się pod nią ugięły, z trudem utrzymała się na nogach. Zagryzła zęby, nie miała zamiaru na oczach wszystkich zamienić się w galaretę. W miarę spokojna, poszła u jego boku, znikając z pola widzenia rozczarowanych czarodziejek, w wielkiej, balowej sali.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Emi ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że w sali było ich tylko dwanaście. Ona i jej koleżanki z pierwszego roku. Kiedy tylko weszli do środka podeszła do nich, stając przy fortepianie w rogu olbrzymiej komnaty. Wszystkie wyglądały na bardzo podekscytowane. Zauważyła, że to same czarodziejki, ze starych, szanowanych rodów. Nie było wśród nich żadnych dziewcząt półkrwi. Ukłuło ją nieprzyjemne dotknięcie niesprawiedliwości. Więc te zajęcia miały być poczytywane jako swoistego rodzaju zaszczyt. No cóż, rozejrzała się po twarzach koleżanek, one na pewno tak to traktowały.

Lekcję prowadziła pani dyrektor we własnej osobie. Przez chwilę rozmawiała przyciszonym głosem z nauczycielem Illi'andin. Emi rozbawiło, że obydwoje mają iście greckie, orle nosy, podczas gdy jednak twarzy mężczyzny dodawało to dostojeństwa i uroku, u starszej, eleganckiej kobiety, wyglądało to po prostu srogo. Nie dziwiła się, że wszyscy się jej naprawdę bali.

Dziewczyny szturchały się nawzajem, cicho komentując stojących naprzeciwko chłopaków. Obojętność na ich twarzach zastąpiły aroganckie uśmiechy. Patrzyli na nie z góry, jakby były czymś gorszym. Emi była przekonana, że czarodziejki w ogóle nie zdają sobie sprawy z tych nieprzyjemnych spojrzeń. Mimowolnie spojrzała w kierunku Damiena. Zauważył jej wzrok. Uśmiechnął się do niej leniwie. Wyglądał na mocno znudzonego, ale w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. Za to właśnie go polubiła.

Po chwili narady między nauczycielami rozpoczęły się zajęcia.

- Nazywam się Hanna Rosenberg – przedstawiła się pani dyrektor na użytek Illi'andin - jestem zwierzchniczką Białego Pałacu, a to – wskazała dostojnego mężczyznę, w średnim wieku – Robert Del'rante, nauczyciel manier i tańca z Czarnej Wieży. Dzisiejsze zajęcia będą wyjątkowe, ponieważ przygotowujemy się na bal, który stanowi połączenie dwóch kultur. Proszę, dobierzcie się w pary, będziemy ćwiczyć Wiedeńskiego Walca. Ponieważ chłopców jest mniej, dwie pary będą czysto damskie, a prowadziły będziecie na zmianę. Jest was nieparzysta liczba, więc jedna z dziewcząt tańczyła będzie ze mną. Ruszajcie się, szybko, nie mamy czasu – ponagliła nauczycielka zaskoczoną młodzież.

Emi poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku, była przekonana, że to właśnie jej przypadnie taniec z dyrektorką. Illi'andin przez chwilę rozmawiali między sobą, a potem z kocimi uśmiechami podeszli wybierać dziewczyny. Zdziwiła się, kiedy Damien podszedł bezpośrednio do niej.

- Zatańczysz? – spytał uprzejmie.

Skinęła głową, ponieważ nie była pewna własnego głosu. Rozpoczęły się zajęcia, a Emi nic nie widziała wokół siebie. Umiała tańczyć, ale z pewnością nie tak jak on. Prowadził jednak tak genialnie, że niemal płynęła w jego ramionach. Cały świat wokół nich przestał istnieć. Nie słyszała surowego głosu pani Hanny i cichych, ale stanowczych porad pana Roberta. Była tylko ona i tańczący z nią Damien. Wszystko działo się jak we śnie. Dwie godziny zajęć upłynęły zbyt szybko. Chłopak pożegnał się z nią grzecznie i odszedł razem z resztą swojej grupy. Przez cały dzień nie potrafiła skupić się na niczym innym. W umyśle widziała jedynie niebieskie, roziskrzone oczy Damiena.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy skończyły się wreszcie zajęcia, słońce zbliżało się już ku zachodowi. Na niebie, w równych odstępach czasu, pojawiały się kolejne, przezroczystobiałe księżyce. Emi z żalem stwierdziła, że jest już za późno na dłuższy spacer po puszczy, ale mimo to nie zrezygnowała zupełnie z wyjścia. Odeszła kawałek od szkoły, po czym niezauważona przez nikogo zagłębiła się w las. Przystanęła zaskoczona, kiedy już po kilku metrach, na wydeptanej ścieżce, zobaczyła Jaya. Niedbale opierał się o pień potężnego drzewa. I tym razem miał na sobie tylko spodnie. Wyglądało tak, jakby czekał tu właśnie na nią. Spojrzała na niego pytająco. Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle, kiedy w bursztynowych oczach ujrzała z trudem tłumioną wściekłość.

W jednej chwili chłopaka nie było już przy drzewie. Teraz znalazł się przy niej. Cofnęła się. Oparła plecami o pień drzewa. Nie miała jak się dalej wycofać. Jay podszedł do niej, brutalnie chwycił ją za ramiona. Pochylił się nad nią przysuwając twarz do jej twarzy. Był bardzo blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Emi poczuła jak ogarnia ją panika. Wiedziała, że to duży błąd. W końcu był drapieżnikiem. Natychmiast odgoniła od siebie strach. Odważnie spojrzała mu w oczy. Czego on od niej chciał?!

- Czemu to zrobiłaś? – warknął, cedząc słowa przez zęby.

Zdała sobie sprawę, że on naprawdę stara się nad sobą panować. Nie chciała go drażnić, sytuacja powoli jednak zaczynała złościć także i ją, poza tym nie miała bladego pojęcia o co mu w ogóle chodzi.

- Zrobiłam co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie spuszczając wzroku z jego bursztynowych tęczówek i kocich źrenic.

- Dlaczego przyszłaś na trening? – syknął poirytowany.

Teraz już kompletnie zbił Emi z tropu.

- O co ci do diabła chodzi?! – spytała zagniewanym głosem. – Przecież nie tylko ja tam byłam! To jakaś zbrodnia?

- Dlaczego przyszłaś? – powtórzył pytanie cierpkim tonem.

Odepchnęła go od siebie. Odsunął się posłusznie, puszczając jej ramiona.

- Będę miała przez ciebie siniaki! – powiedziała pełnym pretensji głosem, rozcierając dłońmi obolałe miejsca. Wiedziała, że coś musi mu odpowiedzieć. Było jej głupio, ale nie zamierzała go okłamywać. - Chciałam cię zobaczyć – mruknęła, spuszczając wzrok. Jay jęknął, potem się roześmiał. Opadł na ziemię, opierając się o pień drzewa, pod którym stała. - No co? – zapytała poirytowana, siadając obok niego.

Od razu pożałowała swojego nieprzemyślanego działania. Cudownie! Już pierwszego dnia udało jej się pobrudzić swoją nową spódnice. Zdecydowała, że na dłuższy czas wróci z powrotem do spodni. Chłopak przestał się śmiać. Westchnął.

- Przepraszam – powiedział cicho. – Byłem przekonany, że zrobiłaś to specjalnie.

- Dalej nie wiem co takiego zrobiłam – mruknęła.

Spojrzał na nią.

- Ty naprawdę nie wiesz? - Przecząco pokręciła głową. Jay znów się śmiał. – Nieźle przez ciebie dzisiaj oberwałem – oznajmił poważniejąc. – Rozproszyłaś moją uwagę. Nie dość, że się tam pojawiłaś, to jeszcze ubrana w ten sposób... nie mogłem od ciebie oderwać wzroku. Proszę, nie przychodź więcej na treningi.

Emi nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Kompletnie ją tym, nazbyt szczerym, wyznaniem zaskoczył.

- Chcesz powiedzieć, że ci się podobam? – upewniła się zszokowana dziewczyna. – Wasz trening naprawdę był wspaniały – westchnęła cichutko.

Jay przyjrzał jej się uważnie. W jego miodowych oczach zatańczyły iskierki rozbawienia. Leniwym gestem objął dziewczynę ramieniem i przyciągnął do siebie. Emi przez chwilę walczyła z nieprzyjemnym uczuciem, że chłopak traktuje ją jak swoją własność. Miała ochotę uderzyć go w twarz. Potem jednak jakby się poddała. Nie chciała, żeby to spotkanie było ich ostatnim, Jay za bardzo ją fascynował. Zresztą, niewiele różnił się od innych niebezpiecznych stworzeń, które znała. W końcu i on był, działającym instynktownie, drapieżnikiem. Przysunęła się do niego, kładąc mu głowę na ramieniu. Uśmiechnął się do niej leniwie.

- Naprawdę nie lubię obrywać, dlatego zazwyczaj jestem najlepszy – powiedział, bez cienia arogancji w głosie. Jay się nie chwalił, on po prostu stwierdził fakt. – Więc proszę, nie przychodź tam więcej. Będziemy spotykać się tutaj, w lesie.

- Dobrze, nie przyjdę. Przykro mi, że przeze mnie oberwałeś – odpowiedziała cicho Emi, błądząc już jednak myślami zupełnie gdzie indziej.

Rozdział VII

Damien uśmiechnął się do siebie. Więc jednak dobrze kojarzył ten niezwykły zapach. Z żalem, przy pomocy magii, pozbył się go ze swojego ubrania i rąk. Nie to, żeby chciał coś ukrywać przed przyjacielem, ale skoro tamten mu nie powiedział... odwdzięczy mu się tym samym. Przeczesał palcami wilgotne po myciu, jasne włosy i skierował się prosto do pokoju rady nauczycielskiej.

Przystanął przed solidnej konstrukcji, dębowymi drzwiami, a potem wszedł nie fatygując się pukaniem. Wspólne pomieszczenie jak zwykle o tej porze było puste. Skierował się prosto do gabinetu swojego wychowawcy. Do tych drzwi także nie zapukał, po prostu, jak gdyby nigdy nic wszedł do środka.

Za szerokim biurkiem, na wygodnym fotelu siedział mężczyzna w średnim wieku. Miał haczykowaty nos i łasicowate oczy. Lata papierkowej pracy i zaniedbanie rutynowych ćwiczeń sprawiło, że jego budowa nie przypominała reszty Illi'andin. Niewielu było chętnych do współpracy z czarodziejami, więc tak naprawdę brano każdego, kto tylko się zgłosił. Oczywiście byli wielbiciele pokoju, jak Robert Del'rante czy Patrick Hayazaki, ojciec Damiena, ale nie było ich zbyt wielu. Jednak nie mogli sobie pozwolić na dalszą, wyniszczającą wojnę, a jakikolwiek rozejm, chwilowo gwarantowało jedynie istnienie Czarnej Wieży. Tak więc robili, to co było trzeba.

Mężczyzna mimowolnie wzdrygnął się na widok Damiena. Chłopak uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Rozsiadł się wygodnie na stojącym naprzeciwko biurka, wysokim krześle.

- Mam sprawę, James – powiedział beznamiętnym, niewyrażającym niczego tonem.

- O co chodzi? – spytał tamten niezbyt pewnie.

- Zmieniłem zdanie, chcę wziąć udział w wymianie uczniowskiej. Możesz dopisać mnie do listy – powiedział łaskawie.

Mężczyzna zrobił wielkie oczy. Patrzył niedowierzająco na Damiena. To było coś niezwykłego, wszyscy wiedzieli, jak bardzo chłopak nienawidzi ludzi. Poza tym zadanie było zbyt banalne, zdecydowanie za proste.

- Coś jeszcze? – wydukał James, nie porzucając nadziei, że może jednak nic więcej.

- Tak – potwierdził jego obawy Damien. – Nie chcę brać udziału w losowaniu. Chcę dostać konkretną osobę, Emily Morrington.

Oczy mężczyzny się zaszkliły, jego haczykowaty nos drgnął.

- To niewykonalne – powiedział niepewnie.

- Czy za mało ci się odwdzięczam za przysługi? – zapytał cichym, zwodniczo łagodnym tonem Damien. – Jestem pewien, że sobie poradzisz...

James spuścił wzrok. Wiedział jak niebezpieczne może okazać się drażnienie tego chłopaka. Nie miał zamiaru też tracić korzyści wynikających z ich małego układu.

- Zrobię co w mojej mocy – wychrypiał.

- Mam nadzieję – mruknął Damien, wstając z krzesła. – Do zobaczenia – powiedział niespiesznie otwierając drzwi i wychodząc z dusznego pokoju.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Oczy Andre płonęły z nieskrywanej złości. Poczerwieniał na twarzy. Ściskał ramię Emi tak mocno, że ta w końcu ugryzła go, żeby wreszcie ją puścił. Nawet na nią nie spojrzał.

- Nie zgadzam się! – powtórzył po raz kolejny. – Nie macie prawa!

Do tej pory dziewczyna nie sądziła, że ktoś w ogóle mógłby w ten sposób odezwać się do ich dyrektorki. Starszy brat w dalszym ciągu potrafił ją zaskakiwać. Kiedy ogłoszone listę uczniów, którzy mieli spędzić dwa tygodnie w Mrocznej Wieży, a wśród nazwisk znalazła się także Emi, Andre złapał ją za rękę i protestującą natychmiast przyciągnął do gabinetu pani Hanny. Kobieta spojrzała na niego chłodno.

- Rozumiem, że martwisz się o bezpieczeństwo siostry – powiedziała bezbarwnym głosem – zapewniam cię jednak, że nie ma o co. Będzie starannie pilnowana, jak pozostali uczniowie.

- Przecież nikt jej nie zgłaszał! – warknął Andre. – Dlaczego jest na tej cholernej liście?!

- Zgłosili ją twoi rodzicie, chłopcze – powiedziała zimno dyrektorka. – Takie było ich życzenie i nie masz prawa się mu przeciwstawiać.

- Rodzice? – wydukał zbity z tropu Andre.

- Jeżeli to wszystko – powiedziała oschle, wstając zza biurka i odprowadzając ich do drzwi – to może pójdziesz i pomożesz się siostrze spakować?

Pobladły na twarzy Andre pozwolił się niemal siłą wyprowadzić na korytarz. Emi spojrzała przepraszająco na srogą nauczycielkę. Zanim zamknęła za nimi drzwi, pani Hanna obdarzyła ją leciutkim, ledwo zauważalnym, pokrzepiającym uśmiechem.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Z zamku Emi udało się wymknąć dopiero pod wieczór. Kochała Dareshię i jej niebo. Tej nocy nie było widać żadnych gwiazd, ponieważ zbyt jasne światło dawało, wreszcie widoczne, wszystkie siedem księżyców. Strach przed przebywaniem w Czarnej Wieży, złość brata, urok Damiena, to wszystko nie miało znaczenia, wobec tego cudownego, Dareshiańskiego nieba. Kiedy tylko zagłębiła się w las od razu spotkała czekającego na nią Jaya.

- Długo na mnie czekałeś? – spytała odrobinę zmieszana i zaskoczona.

- Od zachodu słońca – mruknął, jakby wstyd było mu się do tego przyznać.

- Jay! To przecież kilka godzin! – jęknęła Emi.

Wzruszył ramionami.

- Dzisiaj jest pierwszy dzień w roku, kiedy widać wszystkie księżyce. Miałem nadzieję, że przyjdziesz.

Dziewczyna nie mogła się nie uśmiechnąć. Poczuła radość z powodu, ze jemu też nie było to obojętne. Coraz bardziej upewniała się w przekonaniu, że wreszcie, pierwszy raz w życiu spotkała swoją bratnią duszę. Chłopak podszedł do niej, porwał ją w ramiona, a potem rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze. Emi instynktownie oplotła ramionami jego szyję. Uwielbiała latanie! Pod rozjaśnionym białą łuną niebem, było jak w bajce. Jay uśmiechnął się do niej.

- Dobrze, że przynajmniej włożyłaś spodnie – stwierdził rozbawiony.

- Gwarantuję ci, że już nigdy nie pokażę się przy tobie w spódnicy – oświadczyła lekko naburmuszona.

Wylądowali na swojej polanie, tuż nad jeziorem. Skąpana w srebrnobiałym świetle wyglądała przepięknie. Widok zaparł Emi dech w piersiach. Miała nadzieję, że zostaną tu przez całą noc. Naprawdę cieszyła się, że Jay na nią czekał, ponieważ sama nigdy nie zdecydowałaby się tak późno tu dotrzeć.

- Niech będzie – oznajmił wzruszając ramionami. – Na bal możesz iść w spodniach.

Rozłożył się wygodnie na wilgotnej od rosy trawie. Najwyraźniej w ogóle mu to nie przeszkadzało.

- Na bal idę w sukience – oznajmiła siadając obok niego – i nie idę tam z tobą – dodała stanowczym tonem.

Jay uniósł się na łokciu. Spojrzał na nią z wyrzutem.

- Dlaczego? – zapytał prostolinijnie.

Emi miała ochotę go udusić.

- Po pierwsze, mnie nie zaprosiłeś... – warknęła na chłopaka.

- Świetnie, w takim razie teraz zapraszam - rozluźnił się odrobinę, przerywając dziewczynie w półsłowa.

- Po drugie, już jestem z kimś umówiona – dodała odrobinę ostrzej.

Nie była pewna czy taki argument w ogóle do niego dotrze. Miała rację. Bursztynowe oczy chłopaka pociemniały. Zatańczyły w nich iskierki złości.

- Więc powiedz mu, że zmieniłaś zdanie – rozkazał cicho.

- Nie – odpowiedziała stanowczo, patrząc mu w oczy.

- Dlaczego? – warknął na nią.

- Ciągle zadajesz to głupie pytanie – rozeźliła się dziewczyna. – Nie wiem jak u was to wygląda, ale ja nie łamię złożonych wcześniej obietnic! – oznajmiła szorstko.

Gniew Jaya jakby odpłynął. Chłopak rozłożył skrzydła, kładąc się na plecach. Smugi po razach, które otrzymał kilka dni wcześniej były już ledwo widoczne. Patrzył w niebo.

- Lubisz mnie? – zapytał.

Emi westchnęła. Rozmawiało się z nim jak z dzieckiem.

- Lubię – oznajmiła, wpatrując się w niego intensywnie – ale to nie znaczy, że stałam się przez to twoją własnością.

- Rozumiem – powiedział nad czymś zamyślony.

Dziewczyna nie była przekonana czy cokolwiek do niego dotarło. Postanowiła zmienić temat.

- Od jutra, przez dwa tygodnie, będę mieszkała w Czarnej Wieży – oznajmiła cichutko.

Jay gwałtownie usiadł. Jego twarz pobladła.

- Zwariowałaś?! – warknął na nią. – Dlaczego zapisałaś się do tego pieprzonego programu?! Gwarantuję, że nie będzie to dla ciebie ani miłe ani bezpieczne przeżycie!

Dziewczyna zamrugała. Nie spodziewała się tak ostrej reakcji. Tylko tego było jej potrzeba! I tak była już wystraszająco przestraszona tym faktem, a teraz jeszcze Jay...

- Nigdzie się nie zapisywałam – westchnęła odwracając wzrok. – Rodzice mnie zgłosili.

Chłopak przymknął oczy. Uspokoił się. Usiadł za nią, oplatając ją od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego jak mała dziewczynka. Potrzebowała tego.

- W takim razie będę musiał cię pilnować – mruknął tuż przy jej uchu, wtulając policzek w jej potargane wiatrem, brązowe włosy.

Rozdział VIII

Z samego rana, jeszcze przed treningiem Jay odszukał swojego wychowawcę. Był to człowiek srogi, ale sprawiedliwy, a przede wszystkim, co liczyło się u Illi'andin najbardziej, był dobrym wojownikiem. Jego włosy posiwiały już ze starości, a on zdecydował się przekazywać zdobytą przez lata wiedzę młodszemu pokoleniu.

- Dlaczego tak późno, zdecydowałeś się dołączyć do programu? – zapytał spokojnie, kiedy Jay napadł go i oznajmił, że musi wziąć udział w wymianie uczniowskiej z czarodziejami.

- To dla mnie ważne – odpowiedział chłopak szczerze – ale nie mogę powiedzieć dlaczego.

Mężczyzna skinął głową, przyjmując słowa ucznia do wiadomości.

- Niewiele da się teraz zrobić – stwierdził. – Jeżeli chcesz, zapiszę cię na listę rezerwową.

- Dobre i to – mruknął niepocieszony chłopak. – Dziękuję – powiedział i odszedł, odprowadzany zmartwionym wzrokiem nauczyciela.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Koło południa, Emi wraz z grupą innych uczniów, o dziwo samych dziewcząt, pod czujnym okiem Roberta Del'rante, nauczyciela manier i tańca Illi'andin, udała się do Czarnej Wieży. Andre stał w bramie, ponieważ nie puszczono go dalej. Jego usta posiniały. Zaciskał dłonie w pięści tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. Nie rozumiał, jak rodzice mogli jej to zrobić. Dlaczego?!

- Nie pozwolę im cię skrzywdzić siostrzyczko – wyszeptał sam do siebie.

Nie wiedział jeszcze co zrobi, ale był pewien, że jakoś mu się uda. Podszedł do niego Robert Lander, najlepszy przyjaciel Andre. Położył chłopakowi rękę na ramieniu. Jego rodzina była jedną z tych najbardziej nienawidzących Illi'andin. Nie chcieli pokoju. Gdyby nie mający znaczne wpływy dziadek, nigdy by tutaj nie trafił.

- Pamiętaj, że nie jesteś sam – powiedział cicho, głosem, w którym brzmiała wyraźna obietnica.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Czarna Wieża była równie przerażająca w środku co i na zewnątrz. Czarodziejki rozglądały się po niej ciekawie, spłoszonymi spojrzeniami. Nawet wiecznie rozgadana, przebojowa Klaudia, koleżanka z klasy Emi, wyglądała na przestraszoną. Dziewczęta wprowadzono do wielkiego, mrocznego holu i kazano im czekać. Po kilkunastu, ciągnących się w nieskończoność minutach, wrócił pan Del'rante. Prowadził ze sobą rząd ubranych w czerwone liberie służących. Nie byli to jednak ludzie, tak jak ci pracujący w Białym Pałacu. Istoty najbardziej przypominały chodzące na dwóch nogach jaszczurki, były niezbyt wysokie, o głowę niższe od Emi i miały zupełnie puste, czarne oczy. Większość dziewcząt cofnęła się od nich z obrzydzeniem.

- Teraz będę odczytywał nazwiska – odezwał się nauczyciel, przerywając nienaturalne milczenie. – Każda wyczytana osoba zostanie zaprowadzona do swojego tutejszego opiekuna. Mam nadzieję, że bez trudu zawrzecie nić porozumienia – powiedział zachęcająco, ale jego głos brzmiał tak, jakby sam szczerze w to wątpił.

Emi przełknęła ślinę. Coraz mniej jej się ta wymiana podobała. Była też niezmiernie ciekawa, co będzie, kiedy po balu, Illi'andin będą gościli u nich. Kiedy nadeszła jej kolej, wzięła swój wypakowany po brzegi plecak i poszła posłusznie w ślad za milczącym, jaszczurzym lokajem.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Służący zaprowadził Emi do okazałego, elegancko i gustownie urządzonego salonu. Nie zareagował kiedy podziękowała mu grzecznie. Rozejrzała się po nim zaciekawiona. Kiedy tylko lokaj wyszedł, zamykając za sobą drzwi, w pokoju pojawił się Damien. Emi zamrugała z niedowierzaniem. Jej serce zabiło jak oszalałe. Czy to właśnie z nim miała spędzić dwa tygodnie?

- Nie odpowiedzą ci – oznajmił łagodnie, przeczesując palcami jasne, nieco przydługie włosy. Uśmiechnął się zauważywszy jej pytające spojrzenie. – Służący, nie odpowiedzą. Są pod wpływem narkotyków, żeby nie stanowili zagrożenia. Wykonają każde polecenie, ale żyją w swoim własnym świecie.

Dziewczyna zadrżała. Coś takiego nigdy nie przyszłoby jej do głowy. Teraz wydało jej się najbardziej chorą i okrutną rzeczą z jaką się w życiu spotkała. Damien jednak mówił o tym tak spokojnie... to była jego zwykła codzienność.

- Jak to się stało, że trafiłam akurat na ciebie? – spytała cicho, nie chcąc drążyć tematu jaszczuroludzi.

Chłopak uśmiechnął się czarująco, leniwym, aroganckim uśmiechem. Spojrzał na nią spod długim, czarnych rzęs.

- To proste – stwierdził podchodząc do niej bliżej. – Oszukiwałem.

Emi poczuła, że się rozpływa. Wszystko w niej chciało śpiewać. Nie była jednak głupią, zadufaną w sobie dziewczyną. Nie miała zamiaru przestać drążyć dalej.

- Dlaczego? – zapytała spokojnie.

- Nie pamiętasz mnie, prawda? – roześmiał się dźwięcznym, srebrzystym śmiechem.

Emi spojrzała na niego pytająco. Nie miała pojęcia o co mogło mu chodzić.

- Poznaliśmy się, na początku tygodnia... - stwierdziła wzruszając ramionami.

- Więc jednak nie pamiętasz – posmutniał odrobinę. – Spotkaliśmy się długo, długo wcześniej. Może to ci przypomni... - westchnął cicho.

Ciało Damiena zaczęło blaknąć i stawać się coraz bardziej przezroczyste, w tym samym miejscu w którym stał chłopak, pojawił się olbrzymich rozmiarów, śnieżnobiały kot. Jego futro zdobiły różnej wielkości, asymetryczne, czarne cętki. Spojrzał na nią mrużąc niebieskie, dziwne jak na kota oczy. Otworzył paszczę szczerząc kły. Wyglądał naprawdę groźnie. Emi pisnęła z zachwytu. Kiedyś, dawno temu, doskonale znała te oczy. Opadła na kolana, oplatając ramionami szyję ponad czterysta kilogramowej kociej masy mięśni i futra. Kot szturchnął ją nosem, odsuwając od siebie łagodnie, a potem na powrót przyjął swoją ludzką postać.

- Damien – szepnęła wpatrując się w chłopaka.

- Więc jednak pamiętasz? – mruknął cicho, siadając przy niej na podłodze.

Tym razem wyjątkowo nie obchodziło go czy pogniecie albo pobrudzi ubranie. To przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Przysunęła się do chłopaka, kładąc głowę na jego ramieniu. Przytulił ją czule.

- Jak mnie rozpoznałeś? – zapytała wzruszona. – Byliśmy jeszcze dziećmi... Czy ja się w ogóle nie zmieniłam? – westchnęła z lekką konsternacją.

- Nie za bardzo – stwierdził przypatrując się jej uważnie. – Chociaż gdybym cię zobaczył, nie miałbym pewności... ale ten zapach. Jego nigdy bym nie mógł zapomnieć. To nim przywabiasz do siebie wszystkie drapieżniki – mruknął z urazą.

Roześmiała się perliście. Spojrzała na niego rozbawionym wzrokiem. Przestał być tajemniczym nieznajomym. Całe napięcie, jakie czuła wcześniej w obecności Damiena, cały urok, który nad nią roztoczył w jednej, krótkiej chwili znikł. Teraz był po prostu przyjacielem z dzieciństwa, kimś, kogo całym sercem kochała. Doskonale pamiętała jak wszystkich śmiertelnie wystraszyła bawiąc się z „kotkiem". Miała pięć lat, kiedy rodzice zabrali ją na wyspę Andur. Tam oni i kilka innych, starożytnych rodzin, z wiekowymi tradycjami, pertraktowało z arystokracją Illi'andin. Ona i Damien byli jedynymi zabranymi na wyspę dziećmi. Mieszkali tam przez prawie cztery lata, bawiąc się razem mimo wyraźnego zakazu rodziców. Wspierali się nawzajem w trudnych chwilach i wspólnie utrzymywali swój sekret. Kiedy Emi wraz z rodzicami opuściła wyspę, nie spodziewała się, że go jeszcze kiedyś zobaczy. Teraz wszystkie cudowne, dziecięce wspomnienia wróciły. Wzruszona, tuliła się do niego, śmiejąc się poprzez łzy.

Rozdział IX

Zbliżał się wieczór. Jay czekał w lesie od kilku godzin. Targały nim coraz większe obawy. Od momentu, kiedy zabrał Emi z puszczy, żeby nie stała się „przypadkową" ofiarą polowania, wiedział, że dziewczyna należy do niego, a za czym idzie miał obowiązek ją chronić. Poza tym zdawał sobie boleśnie sprawę, że nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało. Znali się zaledwie od dwóch tygodni, a on już wiedział, że jeżeli będzie trzeba, poświęci za nią życie. Nawet nie próbował zastanawiać się, jak do tego doszło. Po prostu działał instynktownie, jak zwykle zresztą.

Znudzony chodzeniem w kółko usiadł pod drzewem. Dlaczego się jej tu spodziewał? Przecież nie obiecywała, że przyjdzie... Zawsze jednak przychodziła. Każdego dnia spotykali się w tym właśnie miejscu. Jay westchnął smętnie. To była jej pierwsza noc w Czarnej Wieży, a on nawet nie miał pojęcia jak ją w ogóle odnaleźć, a co dopiero chronić przed innymi Illi'andin. Jego plan do tej pory był prosty. Weźmie udział w programie szkolnym, a potem po prostu wymieni się dziewczyną, która mu przypadnie na Emi. Był czarnoskrzydłym, był wojownikiem, był silniejszy od reszty chłopaków. Mógł więc dostać to czego chciał, bo takie właśnie prawa rządziły Illi'andin. Niewiele było w szkole osób, które mogłyby pokonać go w uczciwym pojedynku, nikt więc nie ośmieli się rzucić wyzwania. Żałował, że nie pomyślał wcześniej, żeby wziąć udział w tej piekielnej wymianie uczniów – najgłupszym pomyśle świata.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Wieczorem, po przyjemnie spędzonym dniu na rozmowie z Damienem, Emi spakowała swoją płócienną torbę i stanęła przy drzwiach, zastanawiając się jak w ogóle ma stąd wyjść. Nie miała pojęcia jak poruszać się po Czarnej Wieży. Kiedy zrobiła krok w stronę korytarza, chłopak natychmiast zagrodził jej drogę.

- Gdzie idziesz? – spytał swoim miękkim, aksamitnym tenorem.

- Do lasu – odpowiedziała cichutko dziewczyna, spodziewała się różnego rodzaju protestów, zawsze tylko je słyszała. – Chodzę tam codziennie – dodała na wszelki wypadek.

Damien uśmiechnął się. Więc prawdopodobnie tak go poznała... To musiała być ciekawa historia, ale będzie musiał zdobyć się na trochę więcej cierpliwości, żeby usłyszeć ją ze szczegółami.

- Dzisiaj nie pójdziesz – powiedział delikatnie. – Przykro mi, ale dopóki mieszkasz w Czarnej Wieży, nie wolno ci wychodzić samej, a ja nie mogę ci towarzyszyć do lasu.

Emi spojrzała na niego błagalnie. Była przekonana, że w puszczy czeka na nią Jay. Potwornie zabolało, kiedy wyobraziła sobie zawód w bursztynowych oczach chłopaka.

- Damien, proszę... ja naprawdę muszę tam iść...

Chłopak, bez słowa, odciągnął ją od drzwi. Posadził dziewczynę na stylowej, bogato zdobionej, obitej ciemnozielonym materiałem kanapie. Całe pomieszczenie umeblowane było w starym, klasycznym stylu. Odebrał od niej torbę. Emi spojrzała na niego zaniepokojona.

- Posłuchaj mnie – powiedział siadając przy niej. – Tu wcale nie jest bezpiecznie. Wielu z nas nienawidzi ludzi – na przykład ja, dodał w myślach, bo Emi do gatunku ludzkiego zwyczajnie nie zaliczał, ona była kimś wyjątkowym, czymś zupełnie innym. – Mogą dla zabawy zrobić ci krzywdę. Rozumiesz to?

Emi rozumiała. Była przekonana, że tak samo właśnie zachowałby się jej brat w stosunku do Illi'andin. Niechętnie skinęła głową.

- Damien... - zaczęła, nie potrafiąc przestać niepokoić się o Jaya.

Chłopak nie pozwolił jej skończyć. Delikatnie odgarnął niesforne kosmyki z jej twarzy. Wziął ją za ręce.

- Emi – powiedział cicho, patrząc jej w oczy. – Chciałbym cię prosić o te dwa tygodnie. Spędź je po prostu ze mną, nie przejmując się niczym innym. Możesz to dla mnie zrobić? Obiecasz mi to?

Dziewczyna zapadła się głębiej w kanapę. Wiedziała, że jeżeli mu to obieca, będzie zmuszona dotrzymać słowa. Tylko, że... Niebieskie oczy Damiena patrzyły na nią z nieskrywaną nadzieją. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, jak bardzo brakowało go w jej życiu.

- Dobrze, obiecuję – westchnęła, mając nadzieję, że nie straci w ten sposób przyjaźni Jaya.

Damien uśmiechnął się czarującym uśmiechem, księcia z bajki. Przysunął się do niej bliżej. Spojrzał na nią tak, że na całym ciele poczuła przyjemne mrowienie. Czułym gestem dotknął jej twarzy. Pogłaskał policzek, potem zszedł samymi opuszkami palców niżej, dotykając szyi dziewczyny.

- W takim razie mam dwa tygodnie na to, żebyś zdążyła się we mnie zakochać – zamruczał uwodzicielsko, a jego uśmiech stał się leniwy i arogancki.

Emi z trudem przełknęła ślinę. Wcale nie była pewna, czy Damien żartuje.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Świtało, kiedy Jay zdecydował się wrócić do Czarnej Wieży. Nie mógł spóźnić się na trening, zbyt wiele by go to kosztowało. Przeklinał się za własną głupotę. Mógł przewidzieć, że nikt nie wypuści jej tak po prostu na zewnątrz, bo jakoś przez myśl mu nie przeszło, że Emi mogłaby sama z siebie nie przyjść. Po prostu nie dopuszczał takiej możliwości do swojego umysłu. Pospiesznie zjadł śniadanie i udał się prosto na skąpaną w promieniach słońca arenę.

Rozdział X

Piękny, skąpany w promieniach słońca poranek przeszedł w równie cudowne, wiosenne przedpołudnie. Damien jak zwykle miał długodystansowy plan, a jego początkiem były najbliższe dwa tygodnie. Siedział teraz w pokrytym ciemnozielonym aksamitem fotelu i z zainteresowaniem przyglądał się leżącej na brzuchu, na miękkim dywanie dziewczynie. Rysowała coś przy pomocy węgla drzewnego. Tak, Emi zdecydowanie była częścią jego planu. Przeczesał palcami jasne włosy. To był nawyk, którego nie potrafił się pozbyć, jego jedyna maniera. Przeciągnął się leniwie. Wstał i podszedł do niej. Zmusił się, żeby uklęknąć przy dziewczynie na podłodze, wszystko w nim krzyczało, że to poniżej jego godności. No cóż, na wszystko przyjdzie czas i rozkoszna, dziecinna Emi z pewnością odkryje istnienie stołu... Na razie nie zamierzał jej w żaden sposób ograniczać. Spojrzał na jej rysunek. Był naprawdę niezły, tylko, że... Twarz Damiena natychmiast zobojętniała, stając się bezwyrazową maską. Nieokazywanie uczuć wyćwiczył już w życiu do perfekcji. Złość w chłopaku mieszała się z dużą dozą dezaprobaty i zazdrości. Rysunek Emi przedstawiał szczerzącego kły wilka. Bardzo znajomego wilka. Damien miał ochotę porwać kartkę na kawałki. Jak daleko zaszedłeś, przyjacielu? – pomyślał zawistnie. Jeżeli będzie musiał stoczyć tą walkę, zrobi to bez wahania. I wygra. Damien nigdy nie przegrywał.

- Ładne – mruknął pochylając się nad ramieniem rysującej dziewczyny.

- Tak sądzisz? – zapytała z zapałem, a jej karmelowe oczy zaświeciły się ze szczęścia.

Usiadła uśmiechając się do niego. To było zbyt proste. Emi nie stanowiła dla niego żadnego wyzwania. Chłopak przez chwilę tego pożałował, uwielbiał różnego rodzaju gry, ale w tym samym momencie sam siebie skarcił w duchu. Tym razem było inaczej. To nie miała być zabawa, a ona nie była kolejną z jego lalek.

- Aha – odpowiedział z przekonaniem, a potem przysunął się i oplótł dziewczynę od tyłu ramionami. Wtuliła się w niego ufnie, zupełnie jak wtedy, gdy była małą dziewczynką. Przez chwilę z przyjemnością wdychał jej nadzwyczajny zapach. Potem odezwał się, najmilszym, najbardziej kuszącym tonem, na jaki był w stanie się zdobyć. – Tak sobie pomyślałem, że może poszlibyśmy razem na bal okazji Nocy Walpurgii... To byłoby całkiem niezłe uwiecznienie wspólnych dwóch tygodni.

Uśmiechnął się do niej czarującym, uwodzicielskim uśmiechem i czekał. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. Jej oczy w jednej chwili posmutniały.

- Naprawdę bym chciała – westchnęła cichutko – ale nie mogę. Obiecałam już komuś innemu, że z nim pójdę.

Jay, ty skurwielu, zamorduję cię za krzyżowanie moich planów! – natychmiast przeszło przez myśl Damienowi. W tym momencie miał ochotę udusić przyjaciela. Jeżeli siedząca przy nim Emi była tą samą dziewczyną, którą kiedyś znał, to nie miał szans jej przekonać, żeby zmieniła zdanie. Nigdy, przenigdy nie złamałaby danego komuś słowa. Sam tego niejednokrotnie w przeszłości doświadczył. Trudno, to też będzie musiał w jakiś sposób przerobić na swoją korzyść.

- Rozumiem – odpowiedział, starannie ukrywając swoje rozgoryczenie. – Jakoś przeżyję ten cios w samo serce – uśmiechnął się do niej rozbrajająco.

Emi zachichotała. Oplotła ramionami jego szyję i delikatnie pocałowała chłopaka w policzek. Wstał, podnosząc ją ze sobą.

- Mogę ci to jakoś wynagrodzić? – spytała zupełnie szczerze.

- Jestem pewien, że coś się znajdzie – wymruczał.

Przerwało im pukanie do drzwi. Damien niechętnie otworzył. Odebrał od jaszczuro-człowieka starannie zapieczętowany list, po czym odprawił służącego. Otworzył go i przeleciał wzrokiem. Czego oni od niego chcą?! Dlaczego akurat teraz?! Zgniótł ozdobny papier w kulkę, położył na dłoni i wysunął przed siebie.

- Płoń – rozkazał stanowczo.

Zgnieciony list zapłonął w jednej chwili niebieskim płomieniem. Damien strzepnął z ręki resztki szarego popiołu. Emi patrzyła na niego zaskoczona.

- Jak to zrobiłeś? – spytała zaciekawiona. – Władasz żywiołami jak mój brat?

Chłopak roześmiał się. Magia Illi'andin najwyraźniej diametralnie różniła się od ludzkiej mocy.

- Potem ci to wytłumaczę – powiedział patrząc w oczy lekko poirytowanej jego lekceważeniem dziewczynie. – Teraz muszę iść, zajmij się czymś proszę. Niedługo wrócę.

Z żalem odwrócił się do niej plecami i wyszedł przez drewniane, solidnie zrobione drzwi.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy Damien wyszedł z komnaty, Emi podniosła z dywanu swój szkicownik. Wyrwała rysunek wilka, złożyła kartkę na cztery części i schowała do podróżnej, płóciennej torby, którą natychmiast założyła na ramię. Wiedziała, że nie powinna chodzić samotnie po Czarnej Wieży, ale wieczorem miały być pierwsze integracyjne zajęcia i była pewna, że wtedy nie będzie miała już czasu. Poza tym teraz, kiedy Damien był czymś zajęty przynajmniej nie musiała łamać złożonej mu obietnicy. Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć. Ponownie otworzyła szkicownik, tym razem wyrywając ostatnią stronę. To była mapa Czarnej Wieży, którą Jay naszkicował jej na wszelki wypadek w lesie. Zaznaczył na niej, jego zdaniem, w miarę bezpieczne miejsca i różne ukryte przejścia. Budowla sama w sobie była istnym labiryntem. Plan był jednak na tyle dokładny, że Emi uznała, że trudno z nim będzie się zgubić, zwłaszcza, że pokój, w którym miała nadzieję zastać Jaya był tylko piętro niżej. Starannie składając szkic, nad którym chłopak pracował niemal całą noc, wepchnęła go do torby i wyszła z pokoju.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Jay szedł korytarzem zaciskając pięści w bezsilnej złości. Mijał już drugi dzień, a on w dalszym ciągu nawet nie widział Emi. Znaczyło to, że musiała przebywać na siódmym piętrze, ponieważ wszystkie czarodziejki mieszkające na szóstym zdążył już sprawdzić. To wcale nie wróżyło dobrze, a jedyną osobą, która mogła mu pomóc był teraz Damien.

Chłopak zobaczył przy zakręcie korytarza jakąś szarpaninę. Trzech Illi'andin stało kręgiem nad czwartym. Nie było to honorowe, ale zdarzało się od czasu do czasu. Wzruszył ramionami, nie obchodziło go to. Stali ukryci w cieniu głębokiej wnęki, zaraz przy jednym z przejść. Byli na tyle daleko, że nawet nie musiał koło nich przechodzić. Szedł dalej, spokojnym krokiem, udając, że tamta czwórka to powietrze.

- No mała, zabawimy się trochę – usłyszał kpiący głos Jackoba, jednego ze skrzydlatych.

- Nie żałuj nam – roześmiał się drwiąco stojący obok niego, niższy o głowę Artur.

Jay zawahał się. Przystanął. Więc jego kumple dopadli jedną z czarodziejek. Los ludzi nie obchodził go w najmniejszym stopniu, byli po prostu zwierzyną. Nie pociągały go specjalnie zabawy „jedzeniem", ale nie miał też nic przeciwko. Jeżeli jednak była to koleżanka Emi... Nie chciał, żeby dziewczynie było smutno, kiedy tamtej coś się stanie, a zapowiadało się na to, że tak właśnie będzie. Realnie ocenił swoje szanse w starciu z Jackobem, Arturem i Davem. Tylko jeden z nich był skrzydlatym. To nie powinno być takie trudne. Zmrużył bursztynowe, kocie oczy, podchodząc bliżej grupy. Jeden z chłopaków chwycił ramię dziewczyny. Pisnęła. Jay w jednej chwili rozpoznał ten głos, teraz kiedy był wystarczająco blisko, doleciał go znajomy, rozkoszny zapach. W chłopaku obudziła się furia. W ułamku sekundy znalazł się pomiędzy Emi, a Illi'andin. Warknął ostrzegawczo. Koledzy spojrzeli na niego zszokowani.

- O co ci chodzi? – spytał zaskoczony, ale też zirytowany Jackob.

- Ona jest moja – syknął Jay. – Jeżeli któryś z was spróbuje jej dotknąć, zginie na miejscu.

Groźba była poważna. To nie miała być już zwykła walka na pięści. Chłopacy popatrzyli po sobie, nie byli pewni czy warto. Jackob wyraźnie chciał walczyć, ale Artur z Davem wycofali się po chwili namysłu. W pojedynkę nie miał najmniejszych szans. Obrzucił Jaya wściekłym spojrzeniem, a potem powoli, niechętnie oddalił się korytarzem.

Jay w jednej chwili ochłonął. Obiecał sobie, że policzy się z nimi później. Spojrzał na Emi. Dziewczyna drżała. Podszedł do niej. Natychmiast wpadła w jego ramiona. Przygarnął ją do siebie czułym gestem. Oplótł ją rękami, gładząc jej brązowe, jak zwykle potargane włosy. Zagryzł zęby. Niechętnie zauważył, że w długiej, granatowej tunice i obcisłych, czarnych spodniach wygląda prześlicznie. Przypominała trochę spłoszone, dzikie zwierzątko.

- Nic ci nie jest? – zapytał z troską.

Przecząco pokręciła głową, nie odsuwając się od niego ani na milimetr.

- Przestraszyli mnie tylko – powiedziała cichutko, jednak jej głos wyraźnie się załamał.

- Chodź – mruknął.

Zaprowadził dziewczynę do swojego pokoju, nie wypuszczając jej po drodze z ramion. Podniósł ją delikatnie i położył na wąskim łóżku, a potem sam przytulił się do niej. Przylgnęła do niego ufnie. Przestała drżeć. Jej oddech się uspokoił. Jay poczuł wyraźną ulgę.

- Czemu chodziłaś sama po Wieży? – zapytał z całej siły starając się nie warczeć na nią. – Mówiłem ci jakie to niebezpieczne.

- Szukałam cię – westchnęła, wtulając twarz w jego tors. – Nie mogłam przyjść do lasu, nie pozwolił mi – poskarżyła się cichutko.

Jay poczuł przyjemną, rozlewającą się po całym ciele błogość, kiedy dziewczyna dotknęła nagą skórą jego skóry. Jej ręka obejmowała jego plecy, głowa leżała na jego ramieniu, a twarz wtulała w odsłonięty tors. Chłopak nie chciał, żeby to się kiedykolwiek skończyło. Przygarnął ją do siebie jeszcze mocniej.

- I miał cholerną rację, nie pozwalając ci wyjść – warknął Jay, zastanawiając się, który z arystokratów jej przypadł.

Wiedział, że jeszcze bardziej od wojowników nienawidzą ludzi, że będą czarodziejkom uprzykrzać życie na każdym kroku, ale przynajmniej miał pewność, że żaden z nich otwarcie nie złamie zasad. Chwilowo przynajmniej fizycznie nic jej nie groziło.

- Udusisz mnie Jay! – jęknęła, a on zawstydzony poluźnił uścisk. - Nie chciałam, żebyś się martwił – wyszeptała smętnie.

Chłopak poczuł się, jakby ktoś smagnął go batem. Więc to ze względu na niego tak się narażała! Jednocześnie jakieś przyjemne ciepło rozlało się po całym jego wnętrzu.

- Głupol – mruknął, wtulając delikatnie policzek, w jej potargane, kasztanowe włosy.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Damien szedł przez Czarną Wieżę jak burza. Wszyscy schodzili z drogi na widok jego gradowej miny. Czuł strach, nie pamiętał kiedy ostatnio mu się to zdarzyło. Nie było go tylko przez godzinę, a ona w tym czasie zdążyła już zniknąć! To nie było bezpieczne, nie chciał nawet myśleć, co może się jej przydarzyć. Zatrzymał się przed drzwiami jednego z pokoi na szóstym piętrze i bez pukania wszedł do środka. Tylko tutaj mógł szukać pomocy.

- Jay, potrzebuję... - zaczął, ale w jednej chwili zamilkł.

Zamknął za sobą drzwi i stanął jak wryty. Na łóżku Jaya leżała Emi, a jego przyjaciel tulił ją w swoich objęciach. Więc posunąłeś się aż tak daleko, przyjacielu? Zdecydowanie zbyt daleko! Cokolwiek łączyło do tej pory tą dwójkę, dla ich własnego dobra, jak najszybciej będzie musiało zniknąć. Maska obojętności i leniwy, arogancki uśmiech natychmiast wpłynęły na twarz Damiena. Wszedł głębiej do pomieszczenia. Oparł się o stojący pod ścianą stolik i czekał. Spojrzeli na niego zaskoczeni. Emi zaczerwieniła się uroczo, usiadła. Jay spojrzał z żalem na dziewczynę, która zwinnie wyplątała się z jego ramion.

- Damien, przepraszam, że wyszłam - zaczęła cicho – musiałam... - ale Jay nie pozwolił jej dokończyć zdania.

Gwałtownie zerwał się z łóżka. W jego bursztynowych oczach pojawiła się złość.

- Więc to ty jesteś jej opiekunem?! – warknął na przyjaciela. Brutalnie złapał go za poły eleganckiej koszuli. – Jak mogłeś puścić ją samą?! Odwaliło ci?! Wyobrażasz sobie co mogło się stać?!

Blondyn obrzucił swojego prześladowcę lodowatym spojrzeniem. Ogarnął go zimny gniew. Gdyby stał teraz przed nim ktokolwiek inny niż Jay, w ułamku sekundy pożegnałby się z życiem.

- Nigdy nie pozwoliłem jej wyjść – odezwał się chłodno. – Zostałem wezwany przed radę. Była tylko przez chwilę sama i od razu mi zwiała.

- Mogłeś pilnować jej lepiej – syknął Jay. – Jackob się właśnie do niej dobierał, kiedy ją znalazłem.

Damien drgnął, ale w żaden inny sposób nie dał po sobie poznać, że w ogóle go słowa przyjaciela obeszły. Chciał cos powiedzieć, ale tym razem przerwała im Emi. Podeszła do nich. Swoimi drobnymi dłońmi odgięła, zaciśnięte kurczowo na eleganckiej koszuli, palce Jaya. Stanowczo odepchnęła chłopaka i stanęła między nimi. Damien patrzył na nią z pobladłą twarzą. Był przekonany, że żeby ją ochronić naprawdę będzie musiał skrzywdzić przyjaciela. Jay jednak posłusznie dał się odsunąć, zupełnie jak skarcony psiak.

- Przestańcie, obydwaj – poprosiła dziewczyna, w jej głosie była jednak moc i stanowczość. – To moja wina, przepraszam was, że musieliście się o mnie martwić. Damien, przepraszam, że wyszłam. Mówiłam ci, że muszę iść do lasu, ale nie dałeś mi dokończyć, nie pozwoliłeś powiedzieć dlaczego - westchnęła. - To była jedyna okazja, kiedy mogłam znaleźć Jaya. Chciałam go przeprosić za to, że mnie nie było no i bałam się, że będzie się o mnie martwił.

Damien w jednej chwili się opanował. Nie do końca był pewien co się tutaj dzieje, ale skoro Emi była bezpieczna, dalej toczyła się gra.

- Bałem się o ciebie, nie strasz mnie w ten sposób nigdy więcej – powiedział łagodnie, obejmując ją ramieniem, a ona przytuliła się do niego ufnie.

Jay wytrzeszczył oczy. Warknął. Wtargnął między Emi, a Damiena, odpychając ich od siebie. Stanął zasłaniając sobą dziewczynę.

- Nie dotykaj jej – syknął.

Damien starał się powstrzymać cisnący mu się na usta uśmiech. Jay najwyraźniej nie miał bladego pojęcia jak się przy niej zachowywać. Na wszelki wypadek przygotował osłonę dla siebie i Emi. Nie zawiódł się na dziewczynie. Kopnęła chłopaka z całej siły w piszczel. W bursztynowych oczach Jaya mignęła złość. Damien nie mógł wyjść z podziwu, że jego przyjaciel mimo wszystko panuje nad sobą i nawet nie próbuje oddać dziewczynie.

- Nie jestem twoją lalką! – wrzasnęła na niego. – Nie będziesz mi mówił kogo mogę dotykać, a kogo nie! Pomogłeś mi, za co jestem ci bardzo wdzięczna, ale to nie czyni mnie twoją pieprzoną własnością!

Damien obserwował z rosnącym zdumieniem, jak gniew w oczach Jaya zamienia się w niezrozumienie, a potem rozgoryczenie i smutek. Skulił się w sobie, odsunął.

- Masz rację – powiedział cicho, spuszczając głowę.

Blondyn zagryzł zęby. Chciało mu się wyć. Dlaczego jego porywczy, impulsywny przyjaciel w ten sposób na nią reaguje?! Czemu zrobił jedyną rzecz, która mogła uratować tę sytuację?! Był dziki, drapieżny, jeżeli trzeba było, potrafił być okrutny i sadystyczny, a zachowywał się jak zbity psiak!

Cała złość zniknęła z twarzy Emi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Podeszła do Jaya. Dotknęła dłonią jego policzka. Odgarnęła mu z twarzy, niesfornie opadające na oczy, kosmyki.

- Jay, przepraszam, ja nie chciałam... - szepnęła. – Po prostu strasznie nie lubię, kiedy ktoś mówi mi co mam robić. Nie gniewaj się na mnie, proszę.

Tym razem to Damiena roznosiło w środku. Stał jednak spokojnie, masochistycznie przyglądając się sprawiającej mu ból scenie. Bursztynowe oczy spojrzały na Emi ponuro. Chłopak odsunął od siebie jej rękę. Nie skomentował.

- Kiedy zdążyłeś zapisać się do programu? – zadał pytanie, zwracając się do Damiena, zupełnie jakby starał się zignorować obecność dziewczyny.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kwadrans później siedzieli w eleganckim salonie Damiena na siódmym piętrze Czarnej Wieży. Jay nosił w sobie jakieś bardzo nieprzyjemne, przykre uczucie. Nie był tylko do końca pewien co to takiego. Emi siedziała skulona w jednym z obitych zielonym aksamitem foteli, Damien usiadł naprzeciwko niej, a on sam rozwalił się wygodnie na kanapie. Nie był do końca przekonany, czy ta rozmowa ma szansę mu się spodobać. Poza tym wolałby być bliżej Emi, ale nie pozwalała mu na to własna duma.

- Znamy się z Emi od wczesnego dzieciństwa – kontynuował Damien – nie mogłem uwierzyć, kiedy poczułem na tobie jej zapach, ale ty oznajmiłeś mi, że to „nic takiego" – powiedział z wyrzutem. - W każdym razie, kiedy dowiedziałem się, że jej rodzice życzą sobie, żeby wzięła udział w wymianie, nie mogłem pozwolić, żeby trafiła do kogoś innego. Tyle. Teraz twoja kolej na opowiadanie – mruknął.

Jay stwierdził, że to go odrobinę uspokoiło. Dalej gniewał się na Emi, ale przynajmniej nie zżerała go już z taką siłą zazdrość, a nawet zaczął się cieszyć, że Damiena i Emi łączy jakaś nić przyjaźni, bo wspólnie będzie łatwiej ją chronić. Nieprzyjemnie brzmiały mu tylko w głowie słowa dziewczyny sprzed kilku dni, kiedy oznajmiła mu „już jestem z kimś umówiona" gdy oznajmił jej, że idą razem na szkolny bal. Teraz był pewien, że tym kimś jest właśnie Damien.

- Właściwie nie ma o czym – mruknął Jay. – Nie powiedziałem ci, że spotkałem Emi, bo wiem jak bardzo nienawidzisz ludzi.

Przez twarz Damiena przemknął gniew, chłopak jednak szybko się opanował. Dziewczyna pojrzała zaskoczona. Jay zdał sobie sprawę, że powiedział coś nie tak. Wyglądało na to, że przyjaciel z jakiegoś powodu ukrywał przed nią ten fakt.

- Wszyscy Illi'andin nienawidzą ludzi – odpowiedział na pytające spojrzenie Emi Damien. – Jedni bardziej, drudzy mniej, ale tak naprawdę niewielu myśli inaczej. Zresztą ludzie, a zwłaszcza czarodzieje, też nas nienawidzą. Opowiadaj dalej Jay – powiedział z naciskiem.

Chłopak nie wiedział, dlaczego Damien nie mówi Emi prawdy, nie miał jednak zamiaru narażać się na jego gniew, kontynuując tę dyskusję przy dziewczynie. Porozmawiają o tym później.

- Szukałem dobrego terenu do polowań, bawiłem się w kotka i myszkę, z grupą magów, byłem nieuważny i wpadłem w sidła. Nie chciałem stracić ręki więc w nich siedziałem, nie mogąc się przemienić – Jay opowiadał jakby zdawał suchą, wojskową relację. – Pojawiła się Emi, uwolniła mnie. Następnego dnia natknąłem się na tą idiotkę – w tym miejscu pierwszy raz w głosie chłopaka pojawiły się jakiekolwiek emocje - na wybranym na łowy obszarze. Zabrałem ją stamtąd. W sumie to wszystko.

Jay nie miał ochoty zdradzać przyjacielowi, ani nikomu innemu żadnych więcej szczegółów. Emi uśmiechnęła się nieśmiało.

- Skoro już to sobie wyjaśniliście, to może pójdziemy na zajęcia? – zapytała zwracając się do Damiena. – Ja zawsze się spóźniam, ale chyba nie wypada...

Jay przeklął, zerwał się z kanapy. Dla niego kara za spóźnienie byłaby przykra, o tym co czekałoby Damiena wolał nawet nie myśleć.

- To na co czekacie? – warknął na nich. – Odprowadzę was i odbiorę, tak na wszelki wypadek – mruknął patrząc ponuro na przyjaciela.

Chłopak wstał. Przeczesał palcami jasne włosy. Po raz pierwszy tego dnia obdarzył Jaya bladym uśmiechem wdzięczności. Doskonale zdawał sobie sprawę co go czeka za spóźnienie i nie był pewien czy jeżeli dostanie „karę" będzie w stanie zaopiekować się Emi. Od kiedy tylko obaj pojawili się w szkole, byli boleśnie uzależnieni od swojej bezwarunkowej przyjaźni.

Rozdział XI

Emi pierwszy raz od kiedy opuściła hol Czarnej Wieży miała okazję zobaczyć swoje koleżanki. Większość z nich wyglądała na mocno wystraszone. Potulnie słuchały swoich nowych opiekunów. Kilka jednak uśmiechało się promiennie, z dumą i nonszalancją. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że to te, które stoją obok chłopaków, z którymi mieli lekcję tańca. Arystokraci Illi'andin najwyraźniej traktowali je znacznie lepiej od wojowników. Emi była naprawdę wdzięczna losowi, że trafiła właśnie na opiekującego się nią Damiena.

Wspólne zajęcia okazały się wyjątkowo nudne. Słuchali sztandarowych przemówień nauczyciela na temat polityki i nowożytnej historii. Nie dowiedzieli się niczego nowego. Wyglądało to niemal tak, jakby opiekunowie chcieli sprawdzić, czy czarodziejki po dobie spędzonej w towarzystwie Illi'andin w dalszym ciągu żyją. Mężczyzna oschłym głosem zawiadomił ich, że następnego dnia po południu zaplanowana jest wycieczka do jednego z pobliskich miast, a potem kazał im się rozejść.

- Hayazaki, ty i twoja podopieczna zostajecie – rozkazał na koniec.

Emi niemal namacalnie mogła wyczuć niepokój Damiena, jego twarz była jednak nieprzeniknioną maską. Kiedy wszyscy wyszli, nauczyciel zwrócił się bezpośrednio do nich.

- Złamaliście regulamin, poniesiecie tego konsekwencje. Za takie wykroczenie karą jest zielony. Podejdźcie tu, obydwoje – rozkazał obojętnie.

Dziewczyna wstała, żeby wykonać polecenie nauczyciela, ale Damien zagrodził jej drogę.

- Żartujesz, prawda? – zwrócił się niegrzecznie do nauczyciela. – Ona nie jest jedną z nas! – oznajmił stanowczo. – Nasze prawo jej nie dotyczy.

- Teraz mieszka w Czarnej Wieży, więc jej także dotyczą nasze reguły – oznajmił sucho mężczyzna, był w średnim wieku i wyglądał raczej nijako niż dostojnie, jak większość Illi'andin. W jego oczach pojawił się błysk okrucieństwa. Najwyraźniej karanie uczniów sprawiało mu niekłamaną przyjemność.

- Emi wyjdź – powiedział cicho Damien. – Jay czeka na zewnątrz.

- Jak śmiesz! – zaczął mężczyzna, ale wystarczyło jedno spojrzenie w lodowato zimne oczy Damiena, żeby się zamknął. – Dobrze, niech dziewczyna wyjdzie – pozwolił niechętnie.

Przestraszona, nie rozumiejąca co właściwie przed chwilą się stało, Emi wyszła z sali, wpadając prosto w ramiona czekającego na zewnątrz Jaya.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy Emi zniknęła za drzwiami, Damien posłusznie podszedł do biurka nauczyciela. Mężczyzna trząsł się z nieskrywanej złości. Z szuflady wyciągnął drewnianą skrzynkę. Z nienawiścią spojrzał na chłopaka.

- Za impertynencję twoja kara wzrosła do czerwonego – oznajmił uśmiechając się z satysfakcją.

Chłopak stał spokojnie, wpatrując się w niego chłodnym wzrokiem. Obojętność i znudzenie na jego twarzy przyprawiały mężczyznę o gęsią skórkę. Otworzył pudełko, w którym na aksamitnym materiale, rzędem leżały pojemniki z kolorowymi płynami. Wyjął ten z czerwonym. Z drugiej szuflady wyciągnął strzykawkę, napełnił ją kolorową cieczą, założył igłę. Damien ze stoickim spokojem podwinął rękaw koszuli i podał mu rękę. Próbował już wszystkich i czerwony wcale nie był z nich najgorszy. Kiedyś, gdy uleczył plecy Jaya po chłoście, za karę podali mu czarny. Wiedział, że nigdy tego nie zapomni. Nauczyciel z dużą wprawą wbił igłę w żyłę chłopaka. Damien czuł, jak płyn wsącza się w jego ciało paląc żyły żywym ogniem. Nie zmienił jednak obojętnego wyrazu twarzy. Nie zamierzał dawać temu mężczyźnie satysfakcji.

- Czy to już wszystko? – zapytał, kiedy tamten skończył.

Nauczyciel skinął głową, starannie zamykając drewnianą skrzynkę.

- Tak, możesz już odejść – powiedział niechętnie.

Damien odwrócił się i wyszedł, zaraz za drzwiami opierając się o zimną, kamienną ścianę. Bolało jak cholera, ale to nie to było karą. Pieczenie było jedynie efektem ubocznym. Wiedział, że czeka go naprawdę paskudna noc. Co gorsza, znaczyło to, że będzie musiał zostawić Emi sam na sam z Jayem, co ani odrobinę mu się nie uśmiechało.

Odetchnął głęboko i ruszył przed siebie korytarzem. Zaskoczony przystanął, kiedy za rogiem, w jednej z wnęk, wyłożonego surowym kamieniem, korytarza zobaczył czekających na niego przyjaciół. Emi natychmiast przypadła do niego, oplatając ramionami jego szyję. Dużo wysiłku woli kosztowało go, żeby się nie skrzywić. Całe jego ciało płonęło, dotyk dziewczyny sprawiał mu tylko dodatkowy ból. Przytulił ją do siebie delikatnie. Jay jednak wiedział. Podszedł i stanowczo odciągnął ją od przyjaciela.

- Czerwony – odpowiedział niechętnie Damien na pytające spojrzenie przyjaciela. – Mogę spać dzisiaj u ciebie? – spytał niemal błagalnie.

To było najlepsze co przychodziło mu w tym momencie do głowy. Nie był w stanie zbyt jasno myśleć.

- Zgoda, gdzie mam ją zabrać? – zapytał Jay.

- Do mnie – mruknął niechętnie Damien. – Nikt nie będzie wam przeszkadzał. Założyłem osłony.

Emi chciała coś powiedzieć, ale Jay jej na to nie pozwolił. Obrzucił przyjaciela współczującym spojrzeniem i pociągnął protestującą dziewczynę w stronę kamiennych schodów.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Po kwadransie i zawziętej szarpaninie znaleźli się w rozległych komnatach Damiena. Dopiero kiedy zamknęły się za nimi solidne, drewniane drzwi, Jay zdecydował się puścić wkurzoną, wyrywającą się mu dziewczynę. Natychmiast się ku nim rzuciła. W ułamku sekundy zagrodził jej drogę.

- Możemy się tak bawić przez całą noc – westchnął znużony. – Tylko czy naprawdę musimy?

- Dlaczego nie chcesz mnie puścić do niego? – spytała łamiącym się głosem Emi.

Nie zdawała sobie do końca sprawy z tego co się dzieje, ale wiedziała, że jest to coś bardzo niedobrego.

- Nie widzisz, że on sobie tego nie życzył? – warknął na nią.

Dziewczyna odsunęła się od drzwi. Usiadła na dywanie pod kanapą. Skuliła się oplatając ramionami kolana. W jej oczach zalśniły łzy.

- Co mu jest? – szepnęła cicho.

Jay westchnął. Usiadł koło niej obejmując czarodziejkę ramieniem. Pozwoliła mu na to, potrzebowała tego. Wtuliła się w niego ufnie, jak mała dziewczynka. Chłopak wyraźnie zastanawiał się co i ile jej może powiedzieć.

- Illi'andin dzielą się na trzy klasy społeczne – zaczął. – Są senshi, skrzydlaci i arystokracja. Wszyscy jesteśmy wojownikami, ale każdy walczy inaczej. Ponieważ nasza szkoła, to coś jakby koszary, panuje tutaj surowa dyscyplina i za każde przewinienie są kary. Są one jednak zależne od klasy do której się należy. Senshi od zwykłych ludzi różnią się tylko swoją siłą i szybkością. Dla nich podstawową karą są dodatkowe ćwiczenia fizyczne, za naprawdę ciężkie wykroczenie karani są chłostą. Skrzydlaci są sprawniejsi w walce, nasze rany szybciej się goją, każdy z nas ma swoje zwierzę, którego postać potrafi przybierać. Cokolwiek wbrew regulaminowi byśmy nie zrobili, dostajemy razy. Arystokraci mają najgorzej. Nie dorównują nam siłą ani kondycją fizyczną, dopóki nie zmienią się w swoją drugą postać. Za to władają magią, są więc najbardziej niebezpieczni. Nauczyciele się ich boją, najczęściej boją się ich również właśni ojcowie, tak jak w przypadku Damiena – uśmiechnął się smutno. – W każdym razie dyscyplinarnie karani są za wszystko, co tylko znalazło się choćby odrobinę za wyznaczoną przez regulamin linią. Gdyby dostawali chłostę, ich obrażenia goiłyby się tak samo wolno, co u ludzi. Dlatego powstał inny system. Podają im narkotyki o różnych właściwościach. System działa o tyle dobrze, że żaden z nich nie popełni z własnej woli najmniejszego nawet wykroczenia. Musiałby być naprawdę zdesperowany.

Tak jak Damien dzisiaj, pomyślała Emi. Słuchała tego co mówił Jay z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Zwyczajnie nie mieściło jej się to w głowie.

- U nas, jeżeli ktoś coś przeskrobie, to zostaje po lekcjach – powiedziała cichutko.

Niewiele mijało się to z prawdą, ponieważ kary w Białym Pałacu polegały zazwyczaj na pomocy wyznaczonym nauczycielom w wolnym od zajęć czasie. Jay prychnął, z trudem powstrzymał się od śmiechu.

- Nie martw się, nic mu nie będzie – mruknął, a dziewczyna wtuliła się w niego jeszcze bardziej. – Rano będzie z nim już wszystko w porządku.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy Damien dotarł do drzwi pokoju Jaya, w swoich żyłach czuł już tylko płynny ogień. Zdjął z siebie drażniące nadwrażliwą skórę ubranie. Z niemałym trudem położył się na twardym łóżku. Zwinął się w ciasny kłębek. Oddychał powoli, myśląc tylko o tym, żeby nie zasnąć. Wiedział, że wtedy będzie tylko jeszcze gorzej. W końcu jednak przegrał walkę z płynącym w jego żyłach narkotykiem i zapadł w krótki, niespokojny sen.

Czerwony płyn był wyciągiem z liści narumi, rzadkiej rośliny spotykanej jedynie w północnych lasach Dareshi, połączonym z jadem mirwińskich jaszczurek. Oprócz bólu który powodował, przywoływał także senne koszmary. Damien obudził się z zupełnie zaschniętym gardłem, nie miał jednak siły wstać, żeby napić się wody. Drżał na całym ciele. W przerażającym, nazbyt realnym śnie, wielokrotnie widział jak zabija Jaya. Ból powrócił. W swoich żyłach znów poczuł płynny ogień. Po kilku, wlokących się w nieskończoność minutach, ponownie zapadł z niespokojny sen.

Śnił mu się las. Skąpana w promieniach słońca polana. Emi uśmiechająca się do niego wdzięcznym, dziewczęcym uśmiechem. Zamek. Lecące nad wschodnią wieżą stado olbrzymich nietoperze. Ojciec, obserwujący z rozbawieniem jego reakcję na trzymany w rękach list. Zamknięta, niewielka skrzynia. Ciasnota. Brak powietrza. Strach. Jasna przestronna komnata. Emi, strach w jej oczach, gdy podchodzi do niej by wpuścić w jej żyły oszałamiający narkotyk. Więzienna cela. Jay patrzący przez kraty pełnym zawodu i nienawiści wzrokiem. Kamienny ołtarz. Zakrwawiony nóż w jego własnych rękach. Złożona ofiara. Różany ogród. Emi, ból i odraza w jej oczach. Strach i nienawiść.

Damien obudził się zlany zimnym potem. Zaczynało świtać. W swoich żyłach czuł już tylko lekkie pieczenie. Działanie narkotyku ustawało. Ze wstydem zauważył, że zmoczył łóżko. Przynajmniej nie krzyczał, tak jak inni...

Wstał, jeszcze odrobinę chwiejnie. Telepatycznie przywołał najbliższego służącego. Kazał mu posprzątać pokój. Sam zgarnął swoje wymięte ubranie z podłogi i wolnym krokiem, dochodząc do siebie, udał się do łaźni. Po ciepłej kąpieli, zupełnie już doszedł do siebie. W garderobie czekał na niego czysty, nowy strój. Doprowadził się do porządku, przeczesał palcami mokre włosy i niespiesznie ruszył do swoich komnat.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy Damien wszedł do sypialni, Jay i Emi jeszcze spali. Chłopak z trudem odgonił od siebie zimny gniew. To co ujrzał, sprawiało mu niemal fizyczny ból. Jego przyjaciel tulił dziewczynę w swoich ramionach. Wyglądali razem tak naturalnie... Damien po cichu wyszedł z pokoju. Nie zamierzał ich budzić. Zacisnął wargi, tak, że uformowały się w cienką linię. Jak najszybciej będzie musiał coś z tym zrobić. To co było między nimi zaszło już stanowczo zbyt daleko, mimo, że nigdy nie powinno mieć miejsca.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy słońce w całości pojawiło się na niebie, Jay popędził na trening. Damien siedział na kanapie wpatrując się w przestrzeń. Emi skuliła się przy nim, kładąc mu głowę na ramieniu. Jej bliskość wyrwała chłopaka z ponurej zadumy. Jak zwykle niespecjalnie dbała o swój wygląd i po wstaniu rano, wyglądała jak mały, nastroszony kociak. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W końcu dziewczyna nie wytrzymała.

- Na pewno nic ci nie jest? – spytała cichutko, mimo zapewnień Jaya, wcale nie uważała, że wszystko jest w porządku.

Uśmiechnął się do niej odrobinę blado. Przytulił ją do siebie.

- Nie martw się o mnie, u nas to jest 'normalne' i wcale nie zdarza się rzadko – mruknął. – Zjedzmy śniadanie – zaproponował. – Czeka nas dzisiaj paskudna wycieczka.

Emi westchnęła. Zapewnienia Damiena także wcale jej nie uspokoiły. Skinęła jednak głową i razem przeszli do jadalni, w której już czekał suto zastawiony stół. Dziewczyna nie była w stanie prawie nic zjeść. Damien przyglądał się jej zaniepokojony.

- Nie jesteś głodna? – spytał.

- Nie mam ochoty – powiedziała cicho.

- W takim razie co byś zjadła? – uśmiechnął się kusząco.

Działanie narkotyków się ulotniło i znowu był zupełnie sobą.

- Na przykład maliny – westchnęła Emi, tak bardzo nie mogła doczekać się lata!

- Dobrze, niech będą maliny – stwierdził rozbawiony, a ona spojrzała na niego pytająco. Chłopak wysypał na talerz miskę płatków, a potem spojrzał na nie ponaglająco. - Rośnijcie – mruknął cicho, rozkazującym tonem.

Leżące na talerzu, owsiane płatki zaczęły się powiększać i puchnąć, powoli zmieniając się w ciemnoróżowe owoce. One po prostu stały się malinami! Kiedy Damien skończył, podsunął zszokowanej dziewczynie pełne owoców naczynie. Spróbowała. Smakowały zupełnie jak dojrzewające w letnim słońcu maliny. Zamrugała.

- Myślałam, że władasz ogniem – powiedziała oskarżycielskim tonem.

Roześmiał się dźwięcznie. Pokręcił głową.

- Nasza magia jest inna, mówiłem, że ci to później wytłumaczę. Jesteś czarodziejką – stwierdził. – Jaki jest twój talent?

Dziewczyna spuściła wzrok.

- Chwilowo żaden – mruknęła zasmucona. – Potrafię wiele rzeczy, ale niczego nie robię dobrze.

Zaskoczył ją błysk zainteresowania w oczach Damiena.

- Co na przykład możesz zrobić? – spytał starając się by jego głos brzmiał jak najbardziej obojętnie.

Emi wzruszyła ramionami.

- Kiedy przepowiadano nam talenty, dowiedziałam się tylko, że jestem czarodziejką natury, wieszczka nie powiedziała mi nic konkretnego. Umiem odrobinę leczyć, jeżeli naprawdę mi zależy, to moje roślinki szybko rosną no i porozumiewam się ze zwierzętami, co chyba jednak nie jest magią.

- I nie próbowałaś innych rzeczy? – zapytał ponaglająco chłopak.

Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Nie miała pojęcia do czego on dąży.

- Niby po co miałam próbować? – spytała skonsternowana.

- Widzisz, my nie czerpiemy mocy z otoczenia, tak jak czarodzieje – powiedział uśmiechając się kapryśnie. – Nie mamy kontaktu z duchami, nie wykorzystujemy żywiołów, to co nazywacie czarami zależy po prostu od naszej siły woli.

Emi nie rozumiała. Od zawsze uczono ją czego innego. Wpatrywała się pytająco w Damiena. Chłopak wstał od stołu. W ten sposób jej niczego nie wytłumaczy. Wziął dziewczynę za rękę i zaprowadził do bawialni. Wskazał na jedną ze srebrnych, leżących na ciemnozielonej kanapie poduszek.

- Wznieś się – mruknął, a przedmiot po chwili już lewitował w powietrzu. Moment później podleciał i znalazł się w jego dłoniach. – Spróbujesz? – zaproponował z uśmiechem. – Musisz skupić się na tym co chcesz zrobić, pomyśleć o tym, a potem ukierunkować swoje pragnienie jakimś słowem. To nic trudnego. Dzięki temu nie jesteśmy ograniczeni, tak jak czarodzieje, do jednego źródła. Możemy zrobić wszystko, na co starczy nam sił.

- I naprawdę myślisz, że ja też tak potrafię? – spytała powątpiewająco.

- A co szkodzi ci spróbować? – uśmiechnął się do niej uroczo. – Najwyżej się nie uda i już. – Położył poduszkę na podłodze. – Podnieś ją – zaproponował.

Emi nie bardzo wierzyła w powodzenie takiej próby, nie chciała jednak sprawić patrzącemu wyczekująco chłopakowi przykrości. Spróbowała. Wyobraziła sobie latającą poduszkę. Z całego serca zapragnęła, żeby ta się ruszyła.

- Wznieś się – powiedziała surowym tonem do srebrnego przedmiotu.

To co stało się później przypominało tornado. Cały pokój zaczął wirować. W powietrzu zaczęły latać obite zielonym aksamitem fotele i kanapa. Z półek pospadały wszystkie książki i one też zaczęły unosić się w powietrzu, wirując w dzikim tańcu. To samo stało się ze stołem i krzesłami. Dywan uciekł spod ich stóp przewracając ich na podłogę. Damien rzucił się do przodu, zakrywając sobą leżącą dziewczynę. Postawił wokół nich najmocniejszą osłonę, na jaką go było stać.

- Emi, przestań! – krzyknął rozpaczliwie. – Proszę cię przestań!

Oszołomiona dziewczyna zamarła, przymknęła oczy, przestała oddychać. Przedmioty zaczęły spadać na podłogę, uderzając w rozciągniętą przez Damiena osłonę. Wszystko zwaliło się na bezładną kupę. Kiedy pokój się uspokoił chłopak wstał. Zaczął się śmiać. Emi była wyczerpana. Z trudem usiadła. Spojrzała na niego jak na wariata.

- No co? – spytała zirytowana.

Chłopak wskazał ręką na drewniany parkiet przed nimi.

- Ruszyło się wszystko – powiedział pomiędzy wybuchami niekontrolowanego śmiechu – tylko nie ta cholerna poduszka!

Rozdział XII

Drżąca ze strachu Ana siedziała na twardym, drewnianym krześle. To był jakiś koszmar. Do tej pory bardzo entuzjastycznie podchodziła do wymiany uczniowskiej z Illi'andin, ale teraz, kiedy znalazła się w Czarnej Wieży doskonale zrozumiała dlaczego ludzie tak bardzo ich nienawidzą. Serce stanęło jej na moment, kiedy pomyślała o tym co mogłoby się stać, gdyby nie jej talent. Chłopak, który miał się nią opiekować, najzwyczajniej w świecie próbował ją zgwałcić. Nie wiedział jednak, że panowała nad dźwiękami, nie spodziewał się ataku. Potworny hałas ogłuszył go, a ona zdołała uciec. Kiedy jednak zgłosiła całe zajście pilnującemu ich wychowawcy, ten wzruszył ramionami, wyznaczył chłopakowi karę, a ją odesłał do innego, z listy rezerwowej. Nie było mowy o powrocie do Białego Pałacu. Teraz siedziała w niewielkim, przypominającym celę w koszarach pokoiku, zastanawiając się nad tym, czy może być jeszcze gorzej. Wzdrygnęła się, kiedy drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł wysoki chłopak. Jak oni wszyscy nie nosił koszulki, a jego tors zdobiły wyraźnie zarysowane pod opaloną skórą mięśnie. Z pleców chłopaka wyrastały ogromne, pokryte czarnymi piórami skrzydła. Przystanął zaskoczony jej widokiem.

- Co tu robisz?! – warknął, a w jego miodowych oczach zobaczyła gniew.

- Pan Del'rante mnie tu przysłał – odezwała się cicho. – Po pewnym „incydencie" – wstydziła się dokładnie opowiedzieć co się stało – zmienił mi opiekuna, a ty byłeś na liście rezerwowej.

Chłopak syknął. Podskoczyła na krześle, kiedy uderzył pięścią w kamienną ścianę. Spojrzał na nią z obrzydzeniem, jakby była jakimś ohydnym robakiem.

- Zostań tu – warknął, po czym trzaskając drzwiami wyszedł z pokoju.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Jay szedł szerokim, kamiennym korytarzem. Był wściekły, Na śmierć zapomniał o tej piekielnej liście rezerwowej. Teraz jeszcze nauczyciel powiedział mu, że nic się nie da zrobić. Zależało mu na tym, owszem, ale dopóki nie dowiedział się, że Emi bezpiecznie mieszka z Damienem. Był zły, ale wiedział, że to tylko i wyłącznie jego własna wina. Za głupotę się płaci. Miał nadzieję, że jego przyjaciel będzie potrafił coś na to poradzić. Nie zamierzał spędzić kolejnych dwóch tygodni na niańczeniu jakiejś głupiej dziewuchy, a potem jeszcze dwóch następnych w Białym Pałacu. Z rozmachem otworzył drzwi własnego pokoju. Dziewczyna siedziała tam gdzie ją zostawił. Spojrzała na niego spłoszonym, sarnim wzrokiem. W Jayu aż się zagotowało. Obudziły się jego łowieckie instynkty. Czuł jej strach. Miał ochotę rozszarpać jej gardło. Zamiast tego brutalnie chwycił ją za ramię i wypchnął z pokoju. Zaczęła protestować. Zignorował to. Chwilę później wspinali się już po prowadzących na siódme piętro schodach.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Drzwi, przez które wepchnął ją chłopak Illi'andin prowadziły do przestronnego, jasnego salonu. Rozejrzała się po nim oszołomiona. Na ciemnozielonej, pokrytej aksamitem kanapie siedziała czarodziejka, a obok niej elegancko ubrany blondyn. Obydwoje byli czymś bardzo rozbawieni. Ana musiała w duchu przyznać, że to najprzystojniejszy chłopak, jakiego w życiu widziała. Nie potrafiła odwrócić od niego wzroku. Blondyn przeczesał palcami ułożone w artystyczny nieład, jasne włosy. Spojrzał pytająco na nieproszonych gości. Oczy miał tak niesamowicie niebieskie, że serce Any aż podskoczyło w środku. Poczuła niesamowitą zazdrość, o dziewczynę, która tak beztrosko siedziała na kanapie tuż obok niego. Czemu jej samej coś takiego nie mogło się trafić? Nie, ona zawsze musiała mieć pecha. Czarnoskrzydły wypchnął ją na środek pokoju. Spojrzał spode łba na siedzącą na kanapie dwójkę.

- Zrób coś z tym – zażądał stanowczo.

Blondyn uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem. Miał znudzony wyraz twarzy, uważny obserwator mógł jednak zauważyć, że cała sytuacja go niezmiernie bawi.

- A kto to w ogóle jest? – zapytał.

- Czarodziejka, nie widać? – warknął jej ciemiężyciel.

Siedzący na kanapie chłopak zignorował jego gniewny ton.

- Co ona tu robi? – zapytał aksamitnie brzmiącym tenorem.

Czarnoskrzydły westchnął. Podszedł do siedzącej na kanapie pary. Usiadł obok brązowowłosej dziewczyny.

- To mój przydział – mruknął niechętnie. – Byłem na liście rezerwowej. Damien, możesz to jakoś załatwić? – spytał, ale tym razem w jego głosie brzmiała prośba.

Brunetka zerwała się z kanapy. Jej karmelowe oczy zalśniły złością. Obydwaj spojrzeli na nią pytająco.

- Czy wyście obydwaj powariowali? Mówicie o niej jakby była jakąś rzeczą! – wrzasnęła na nich. – Jay, skoro nie chciałeś brać w tym udziału, to po jakie licho zapisałeś się na tą listę?! – Ana niedowierzająco patrzyła jak czarnoskrzydły spuszcza głowę, odwracając od drobnej, dziewczęcej postaci wzrok. – Damien, ani się waż z tym czegokolwiek robić. Na własnej skórze przekonałam się, jak traktujecie czarodziejki! Z Jayem chociaż będzie bezpieczna. – Chłopak chciał zaprotestować, ale zignorowała go podchodząc do zaskoczonej Any. – Jestem Emi – przedstawiła się z przyjaznym uśmiechem, podając jej dłoń.

- Ana – odpowiedziała dziewczyna nieśmiało, uścisnąwszy jej dłoń.

Nie znała tej czarodziejki, więc prawdopodobnie była z młodszej, przybyłej w tym roku do Białego Pałacu, grupy. W każdym razie najwyraźniej dobrze się złożyło, że ją spotkała.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Złość Jaya ustąpiła miejsce niechęci i konsternacji. Dodatkowo co chwila, gdy tylko Emi znalazła się chociaż o centymetr bliżej Damiena niż jego, ogarniała go zazdrość z którą nie potrafił sobie poradzić. Dzień zapowiadał się paskudnie.

Kilka dzielących ich od wycieczki godzin spędzili wspólnie we czwórkę. Damien wyglądał na znudzonego, usiadł wygodnie w fotelu i zaczął czytać oprawioną w skórę książkę. Emi rozmawiała z Aną, która wyraźnie się ożywiła i przestała wyglądać jak zahukana sarenka. Śmiertelnie obrażony Jay wyciągnął się na kanapie, rozprostowując skrzydła i ignorując wszystkich dookoła. Przynajmniej dobre było to, że teraz jego też dotyczyły plany wycieczki do Morven, jednego z pobliskich miast Illi'andin, która nie koniecznie miała być dla czarodziejek bezpieczna.

Po południu zebrali się do wyjścia. Emi pogoniła ich półgodziny wcześniej, wiedząc już co czeka chłopaków za jakiekolwiek naruszenie surowej dyscypliny panującej w Czarnej Wieży. Jay spojrzał zaskoczony, kiedy wychodząc z komnat, Emi złapała go za rękę, swoją drobną dłonią.

- Jay, nie pozwól, żeby ktoś ją skrzywdził – poprosiła cicho.

Chciał na nią wrzasnąć, wygarnąć jej, że to nie leży w jego interesie. Zdał sobie sprawę, że nie potrafi jej odmówić, nie mógłby znieść zawodu w tych karmelowych oczach. W odpowiedzi więc tylko niechętnie skinął głową. Emi obdarzyła go promiennym uśmiechem i pociągnęła za sobą korytarzem, by dogonić znikających za rogiem Damiena i Anę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Ku wielkiemu zdziwieniu i rozczarowaniu czarodziejek, miasto Illi'andin wyglądało aż nazbyt zwyczajnie. Pobielone domy, starannie kryte, równiutko ułożoną strzechą, stały rządkiem wzdłuż głównej ulicy. Sklepy przyciągały uwagę barwnymi wystawami. Drzewa i klomby kwiatów na skwerach wyglądały zachęcająco i dawały przyjemny cień. Jedyną cechą, która różniła Morven od ludzkich miast, była górująca nad osadą wieża garnizonu. Ulice były jednak puste, nikogo nie było na nich widać. Ana rozglądała się dookoła zaciekawiona. W pobliżu wesołej, roztrzepanej Emi, która święcie wierzyła w to, że w razie czego chłopcy Illi'andin je obronią, ona także przestała się bać. Jej serce zabiło jak oszalałe, kiedy zbliżył się do nich leniwie, arogancko uśmiechnięty Damien. Pozazdrościła nowo poznanej koleżance, że to właśnie ją od niechcenia, jak gdyby nigdy nic objął ramieniem.

- To na pokaz – mruknął cicho, ale tak, żeby obie mogły go usłyszeć. – Tak naprawdę większość Illi'andin całe życie mieszka w koszarach. Nie potrzebujemy żadnych miast. Arystokraci dla odmiany mają zamki – dodał uśmiechając się ponuro. – Oczywiście warowne – dodał ironicznie. – Żyjemy po to by walczyć.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Popołudnie spędzili siedząc na trawie, ogrodzonego pastwiska i słuchając kolejnego propagandowego wykładu z historii ludzi i Illi'andin. Znudzona Emi rozglądała się dookoła. Obrażony na cały świat Jay siedział tuż przy jej boku milcząc, natomiast Damien cichym głosem tłumaczył coś zafascynowanej Anie. Po wysłuchaniu nauczyciela poszli obejrzeć garnizon, jednak tylko z zewnątrz. Uwagę dziewczyny przyciągnęły dwie areny, podobne w budowie do tej w szkole, jednak znacznie mniejsze. Na jednej z nich coś zaczęło się dziać. Zaciekawiona Emi podeszła do otaczającego ją muru. Trzech rozbawionych mężczyzn wyszło na środek piaszczystego placu, mieli ze sobą długie włócznie. Przez inne drzwi wypuszczono rozszalałego, ogromnego niedźwiedzia. Rozpoczęła się walka, a raczej z tego co zauważyła dziewczyna, rzeź. W oczach stanęły jej łzy, kiedy pierwszy brutalny cios dosięgnął oszołomione, rozdrażnione zwierzę. Illi'andin poruszali się niesamowicie szybko. Umysł Emi wypełniła gorycz i złość. To była rozrywka, nie walka. Jak oni mogli? Dziewczyna skupiła całą swoją wolę. Wyobraziła sobie, że niedźwiedź rośnie, że się przekształca. Po niecałej minucie oniemiali mężczyźni uciekali przed ogromnym, ziejącym ogniem jaszczurem.

Arenę otoczyła cała wycieczka. Ktoś coś krzyczał. Do dziewczyny nic nie docierało. Stała oszołomiona, wpatrując się w atakującego mężczyzn smoka. Nagle poczuła na ramieniu delikatny dotyk Damiena.

- Emi, przestań, proszę – wyszeptał tuż do jej ucha.

- Jak? – jęknęła, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego co robi.

- Wyobraź sobie, że to znowu niedźwiedź – poprosił.

Nikt nie zwracał na nich uwagi. Wszyscy wpatrywali się w smoka. Dziewczyna zaczęła błagać w myślach, żeby ten piekielny smok zniknął. Z całych sił zaczęła w myślach przemieniać go z powrotem w niedźwiedzia. Nie mogła uwierzyć, kiedy podziałało. Zlani potem mężczyźni uciekli z areny, na której zwierzę zostało zamknięte. Jak w pułapce.

- Oni go zabiją – wyszeptała ze łzami w oczach.

Damien przymknął oczy. Westchnął.

- Przenieś się – mruknął. Niedźwiedź jakby rozpłynął się w powietrzu. – Nic mu nie będzie – powiedział cicho do dziewczyny.

Mimo zażegnanego niebezpieczeństwa, poruszenie i harmider nie ustały. Przed grupą uczniów znaleźli się dwaj, pilnujący ich nauczyciele. Pojawił się także starszy, dostojnie wyglądający, czarnoskrzydły Illi'andin.

- Który to zrobił? – zapytał surowym, ale wyjątkowo spokojnym głosem. – Jeżeli będę musiał użyć serum prawdy, kara będzie po stokroć gorsza – dodał cicho.

Wśród uczniów zapanowało podniecenie. Podniesione szepty niosły się echem po pustym placu. Emi widziała, jak pobladły twarze wszystkich arystokratów. Tylko oni władali magią. Nikt nie spodziewał się, żeby była do tego zdolna którakolwiek z czarodziejek. Zadrżała. Damien stanął przednią. Hardo spojrzał w oczy czarnoskrzydłego.

- Ja – powiedział pewnie, a na jego twarz wpełzł leniwy, arogancki uśmiech.

- Jak się nazywasz? – zapytał mężczyzna.

- Damien Nataniel Hayazaki – odpowiedział bez cienia lęku chłopak.

- Miałeś w tym jakiś konkretny cel? – kontynuował czarnoskrzydły.

Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku Damiena. Zarówno Illi'andin jak i czarodziejki całą swoją uwagę skupiali właśnie na nim. Cała grupa patrzyła na chłopaka niedowierzająco, pełnymi trwogi spojrzeniami.

Damien przeczesał palcami złociste włosy. Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią, nie spuszczając jednak wzroku z ciemnych oczu mężczyzny. Z jego twarzy nie schodził pewny siebie uśmiech.

- Nudziło mi się – odpowiedział hardo.

Nauczyciele wyglądali na mocno zaskoczonych. Czarnoskrzydły przez chwilę coś rozważał, jednak to Jay wykonał pierwszy ruch. Od początku, kiedy tylko Damien przyznał się do winy, zaciśnięte w pięści dłonie chłopaka drżały. W jego oczach malowała się złość. Teraz podszedł, by stanąć jedynie o krok od przyjaciela. Był od niego niemal o głowę wyższy i znacznie szerszy w ramionach. Ogarnięty furią wyglądał naprawdę groźnie.

- Ty idioto! – wrzasnął, chwytając Damiena za ramiona. – Co ci odwaliło?! Uważasz, że to świetny moment na popisywanie się?!

Blondyn nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał na Jaya. Czarnoskrzydły chłopak pchnął go na ziemię. Rzucił się na niego z pięściami. Natychmiast został odciągnięty przez stojących dookoła nich Illi'andin. Damien wstał, w dalszym ciągu go ignorując. Otrzepał starannie ubrudzoną piaskiem marynarkę. Wyczekująco spojrzał na mężczyznę, z którym wcześniej rozmawiał. Tamten też zignorował całe zajście.

- Srebrny – oznajmił stanowczo, a potem, nie powiedziawszy ani słowa więcej, oddalił się w kierunku garnizonu.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Zamieszanie ucichło, ale wszyscy w dalszym ciągu wlepiali pełne podziwu, zalęknione spojrzenia w wyprostowaną, pełną wdzięku i arogancji sylwetkę Damiena. Kiedy tylko ruszyli w powrotną drogę do szkoły, Emi natychmiast przypadła do chłopaka. Wtuliła się w jego ramię.

- Ja...- zaczęła cichutko, właściwie nie wiedząc co chce powiedzieć, ani jakimi słowami mogłaby mu podziękować. Z całego serca też pragnęła go przeprosić.

- Cii – odezwał się do niej spokojnie. – To nie twoja wina – szepnął jakby czytając jej w myślach. – Możesz go uspokoić? – spytał wskazując głową idącego na końcu grupy, zaciskającego pięści Jaya.

- Spróbuję – mruknęła, wiedząc, że będzie to nie lada wyzwanie.

Niechętnie puściła rękę Damiena i poczekała aż wszyscy przejdą by zrównać krok z czarnoskrzydłym.

- Jay... - zaczęła cicho.

- Nie teraz! – warknął, nie patrząc na nią.

- Jay, proszę, posłuchaj mnie przez chwilę – powiedziała łagodnie.

Obrzucił ją wściekłym spojrzeniem bursztynowych oczu.

- Widziałaś co zrobił, zamierzasz go bronić? – zapytał rozdrażniony.

- Jay, to nie on to zrobił, tylko ja – szepnęła cichutko, zawstydzona, jak to miała w zwyczaju, zasłaniając twarz długimi włosami.

Twarz chłopaka z gniewnej zmieniła się w zaskoczoną. Potem śmiertelnie pobladł. Z trudem przełknął ślinę. Brutalnie chwycił jej ramię. Spojrzała na niego przestraszona.

- Nigdy więcej nie waż się powtórzyć tego na głos – warknął na nią, cedząc słowa przez zęby.

Popchnął ją przed siebie, ale zdążyła jeszcze zauważyć, jak cały drży. Gniew w jego oczach zastąpił strach, a ona wiedziała, że bał się właśnie o nią.

Rozdział XIII

Szli szerokim korytarzem Czarnej Wieży. Emi z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy. Przez swoją bezmyślność i nieświadomość narobiła Damienowi kłopotów. Usłyszała, jak idący za nią Illi'andin rozmawiają przyciszonymi głosami. Byli mocno podnieceni.

- Jak zwykle nie brakuje mu tupetu i odwagi – stwierdził jeden, a dziewczyna była przekonana, że rozmawiają właśnie o Damienie.

- Ja bym to raczej nazwał głupotą – mruknął jeden z arystokratów. – Srebrny jest jak ogień w żyłach. Ma za zadanie tylko i wyłącznie sprawiać ból. Nigdy nie chciałbym na niego zasłużyć.

Emi przełknęła ślinę. Przyspieszyła kroku. Nie chciała słuchać tej rozmowy. Musiała coś zrobić! Nie miała tylko pojęcia co... Doszli na siódme piętro. Otworzyli drzwi komnat Damiena. Chłopacy rozmawiali o czymś cicho, wpuszczając do środka niczego nieświadomą Anę. Nikt w tym momencie nie zwracał na Emi uwagi. Dziewczyna postanowiła to wykorzystać. Znała już narysowany przez Jaya plan Czarnej Wieży na pamięć. Wycofała się po cichu i zniknęła za zakrętem korytarza. Udało jej się przemknąć bez zwracania czyjejkolwiek uwagi i już chwilę później stała pod drzwiami pokoju nauczycielskiego. Zapukała. Nikt nie odpowiedział. Zauważyła idącą korytarzem grupkę chłopaków Illi'andin. Doskonale pamiętała co stało się ostatnio. Niewiele myśląc otworzyła drzwi gabinetu i zniknęła w środku. Niewielki wypoczynkowy salon był pusty, ale na zachodniej ścianie znajdował się szereg prostych, drewnianych drzwi. Jedne z nich były otwarte. Za drewnianym, prostym biurkiem siedział mężczyzna o szpakowatym nosie i łasicowatych oczkach. Emi nieśmiało weszła do jego pokoju. Zaskoczony podniósł na nią wzrok.

- Czego tu szukasz? – warknął nieuprzejmie.

Dziewczyna wiedziała, że zbliża się wieczór. Uznała, że to dlatego w pokoju jest pusto. Na późną porę zrzuciła też nieuprzejmy ton mężczyzny.

- Ja chciałam porozmawiać o dzisiejszym „wypadku" w Morven – zaczęła cicho. – Damien Hayazaki tego nie zrobił...

Oczy siedzącego za biurkiem, szczupłego Illi'andin pociemniały.

- Jesteś podopieczną arystokraty? – spytał złowieszczo. Zdezorientowana Emi skinęła głową. Co to niby miało do rzeczy? – Wiesz jaka kara grozi za kłamstwo? – zapytał z wrednym uśmieszkiem na ustach.

Dziewczyna przecząco pokręciła głową. O co mu chodziło? Czy z nimi w ogóle dało się normalnie porozmawiać? Emi spodziewała się raczej rozmowy zbliżonej do tej, jaką mogłaby odbyć z dyrektorką Białego Pałacu. Teraz była zupełnie zbita z tropu.

- Podejdź tu – rozkazał, a ona posłuchała. Wyciągnął ampułkę z niebieskim płynem, napełnił nią strzykawkę. – Skoro mieszkacie u nas, powinny was dotyczyć takie same prawa jak uczniów Illi'andin. Za kłamstwo karą jest niebieski – oznajmił gwałtownie wstając zza biurka i przytrzymując jej rękę.

Dziewczyna szarpnęła się gwałtownie, nie zdążyła jednak się w porę odsunąć. Błyskawicznie podwinął jej rękaw i z prawą wbił igłę w żyłę pod zgięciem łokcia. Emi pisnęła. Gwałtownie otworzyły się drzwi do pokoju nauczycielskiego. Damien, z ogniem w błękitnych oczach, wszedł do pomieszczenia. Wyglądał jak sama śmierć.

- Tnij – rozkazał lodowato zimnym głosem.

Ręce mężczyzny, który trzymał Emi opadły na podłogę, równiutko oddzielone od ciała. Trysnęła krew. Dziewczyna krzyknęła. Po jej żyłach krążyła błękitna substancja. Poczuła przeraźliwy chłód. Osunęła się na podłogę drżąc. Okaleczony nauczyciel darł się w niebogłosy, ona jednak nie słyszała. Jedyne z czego zdawała sobie sprawę, to przenikający ją do szpiku kości chłód. W końcu mężczyzna stracił przytomność. Emi poczuła na sobie czyjś dotyk. Z trudem otworzyła oczy.

- Jay – szepnęła.

Chłopak wziął ją na ręce. Przytulił do siebie. Damien skinął mu głową i razem wyszli na korytarz. Dziewczyna czuła bijące od Jaya ciepło. Na całym ciele, wszędzie tam, gdzie jej nie dotykał, czuła przeraźliwe, wręcz namacalne zimno. Zamknęła oczy, wtulając się jak najbardziej potrafiła, w dające ciepło, przynoszące ukojenie ciało chłopaka.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Przez korytarze Czarnej Wieży szli jak burza. Nikt nie śmiał ich zatrzymać. Niedługo później znaleźli się w rozległych komnatach Damiena. Blondyn obrzucił wrogim spojrzeniem skuloną w fotelu Anę.

- Jeżeli spróbujesz przejść przez te drzwi – wskazał na wyjście z pokoju – moja osłona cię zabije. Jeżeli przez tamte – wskazał na sypialnie, w której zniknął niosący Emi na rękach czarnoskrzydły – prawdopodobnie zrobi to Jay. Tak więc na twoim miejscu bym się stąd nie ruszał, ale zrobisz jak zechcesz – dodał ponuro.

Potem, ignorując przerażone spojrzenie Any, zniknął, w ślad za Jayem, za drzwiami sypialni. Zastał przyjaciela siedzącego na łóżku. Chłopak tulił do siebie drżącą, na wpół przytomną Emi.

- Rozbierz ją – rozkazał, sam zrzucając na podłogę elegancką marynarkę.

Potem zaczął rozpinać jedwabną koszulę.

- Zwariowałeś?! – warknął na niego Jay z obłędem w oczach.

Przygarnął do siebie dziewczynę jeszcze bardziej, jakby chciał ochronić ją przed całym światem.

- Sam też mógłbyś zdjąć spodnie – dodał ponuro Damien ignorując oburzenie przyjaciela. – Tak będzie lepiej.

Jay delikatnie ułożył Emi na pościeli. W jednej chwili znalazł się tuż przy blondynie. Odwrócił jednak od przyjaciela zagniewaną twarz, ponieważ leżąca na łóżku dziewczyna zaczęła gwałtownie drżeć. Spojrzał na nią bezradnym, pełnym bólu wzrokiem.

- Jak jej pomóc? – zapytał cicho.

- Dostała niebieski – mruknął niechętnie Damien. – Jej umysłowi wydaje się, że przez żyły płynie lód. Jedyne ciepło, jakie teraz do niej dotrze, to cudze. Jeżeli chcesz mi pomóc – dodał patrząc Jayowi w oczy – to ją rozbierz. Jeżeli nie, to wyjdź.

Chłopak niechętnie wykonał polecenie blondyna. Posadził sobie Emi na kolanach. Była jak lalka. Posłusznie poddawała się wszystkiemu co z nią robił. Delikatnie zdjął z niej tunikę, a potem getry, zostawiając dziewczynę w samej bieliźnie. Śladem Damiena zsunął z siebie spodnie, zostając tylko w bokserkach. Blondyn odsunął jedwabną kołdrę. Jay położył Emi na łóżku, a potem sam ułożył się obok niej. Drżała, ale natychmiast się do niego przysunęła, wtulając twarz w jego tors. Dawał jej ciepło. Otulił ją ramionami, z całej siły starając się nie reagować na dotyk jej ciała. Damien położył się, wtulając w plecy dziewczyny. Przykrył ich kołdrą. Emi przestała drżeć, dalej jednak nie otwierała oczu. Zaczęła regularnie oddychać. Po chwili zapadła w niespokojny sen.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Leżeli w ciemnej sypialni już od kilku godzin. Emi budziła się co jakiś czas, drżąc z narkotycznego zimna, a potem ponownie zasypiając. Damien z trudem odpędzał od siebie ogarniającą go senność. Wiedział, że nie może odpłynąć, bo wtedy otaczająca komnaty osłona po prostu zniknie, niczym rozwiana przez wiosenny wiatr. Spojrzał na przyjaciela. Ciemności dla Illi'andin nie stanowiły najmniejszego problemu, widzieli w nich równie dobrze jak w jasnym świetle dnia. Jay także nie spał. Zaniepokojony wpatrywał się w leżącą pomiędzy nimi Emi.

- Mów coś do mnie – poprosił cicho Damien.

Tym razem czarnoskrzydły nie protestował. Uśmiechnął się ponuro.

- Oberwie nam się za to – mruknął.

- Nie nam, tylko mi – westchnął blondyn. – Ty mnie chciałeś powstrzymać, zapamiętaj to sobie. – Jay chciał zaprotestować, ale Damien uciszył go niedbałym gestem. – Ktoś musi zostać, żeby pilnować Emi. Sam widzisz, że jeżeli tylko może w coś się wpakować, to to zrobi. Zawsze taka była – westchnął.

- Damien – odezwał się cicho czarnoskrzydły, nie chciał obudzić śpiącej dziewczyny – zawsze myślałem, że nienawidzisz ludzi... Dlaczego się nią opiekujesz? – zadał nurtujące go od dłuższego czasu pytanie.

- A ty? Co w niej widzisz? – zainteresował się blondyn. – W twoim świecie człowiek to ofiara, prawda? Obiekt polowań... Czym ona się różni?

Jay uśmiechnął się leniwie.

- Głównie zapachem – mruknął.

Przyjaciel spojrzał na niego niedowierzająco.

- Naprawdę tylko tyle?

- Mhm – przytaknął Jay. – Poza tym mi pomogła, mimo, że nie chciałem. Ona jest inna. Zresztą ja nic do ludzi nie mam. Ani mnie ziębią ani grzeją, jak zresztą cała reszta leśnych stworzeń. Nie są wrogami, dopóki nie zaczną atakować – spojrzał twardo na przyjaciela. - Teraz ty mi odpowiedz.

- Emi nie jest człowiekiem – oznajmił stanowczo Damien.

Czarnoskrzydły spojrzał na niego pytająco. Jego bursztynowe oczy zalśniły w skąpym, przedostającym się przez grubą kotarę, świetle siedmiu księżyców. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, ponieważ wtulona w jego ramiona dziewczyna zadrżała. Otworzyła oczy.

- Jay? – zapytała cichutko.

- Jestem przy tobie – mruknął łagodnie, wtulając twarz w jej rozczochrane, brązowe włosy.

Damien wstał. Dziewczyna odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, ale niewiele widziała w zalewającym sypialnię mroku.

- Zostańcie tutaj, przynajmniej do wschodu słońca – poprosił. – Idę załatwić „pewne sprawy" – westchnął wkładając na siebie pospiesznie, rozrzucone po podłodze ubranie i wychodząc z pokoju.

Kiedy Damien zamknął za sobą drzwi, Emi z powrotem odwróciła się do Jaya. Przylgnęła do niego całą sobą. W jej oczach pojawiły się łzy. Zaczęła cicho płakać. Chłopak mocniej otulił ją ramionami, czule przytulając do siebie. Nie odezwał się ani słowem. Po prostu pozwolił jej się wypłakać.

Rozdział XIV

Chcąc nie chcąc, Jay zabrał Emi i Anę na poranne ćwiczenia. Bał się zostawić je same, a nie miał pojęcia, kiedy wróci Damien. Tego ranka naprawdę porządnie oberwał. Przeklinał się w duchu za własne słabości. Po nocy spędzonej tak blisko Emi, jego uwaga rozpraszała się jeszcze bardziej niż zwykle. Nie mógł oderwać wzroku od jej drobnej postaci. Boleśnie przypomniał sobie moment, kiedy powiedziała, że nie należy do niego. Poczuł jak ogarnia go ogromna fala zazdrości. Nawet na pieprzony bal szła nie z nim, tylko właśnie z Damienem. Tylko jak niby miał walczyć o dziewczynę z najlepszym przyjacielem?

Po treningu zjedli późne śniadanie w salonie Damiena. Coraz bardziej zaniepokojony Jay czekał na pojawienie się gospodarza. Chłopak wrócił jednak dopiero pod wieczór. Był dziwnie markotny i przygnębiony, za wszelką cenę starał się jednak to ukryć. Wyglądało na to, że robi dobrą minę do złej gry. Ana niczego nie zauważyła, ale Emi była tak samo zaniepokojona, co Jay. Po krótkiej, wspólnej rozmowie, Damien odciągnął czarnoskrzydłego na bok.

- Zabierz stąd Anę i zniknijcie na noc – zażyczył sobie na tyle cicho, żeby tylko przyjaciel mógł go usłyszeć.

W Jayu zagotowało się z zazdrości. Spojrzał na niego z wyrzutem. Więc jednak chodziło o Emi? Do tej pory łudził się, że to nieprawda i że łączy ich tylko przyjaźń, ale Damien na każdym kroku upewniał go, że jest inaczej.

- Każesz mi wyjść? – spytał buntowniczo.

- Jeżeli będę musiał – odpowiedział ponuro Damien, a jego twarz stała się nieprzeniknioną maską.

Dłonie Jaya same zacisnęły się w pięści. Odwrócił wzrok od przyjaciela. Na Emi też wolał nie patrzeć, bo nie był pewien co zrobi. Poszedł prosto ku drzwiom. Zaniepokojona Ana spojrzała na niego pytająco.

- Idziemy – warknął, ponieważ nie potrafił już panować nad swoją złością, i nie czekając na dziewczynę wyszedł z komnaty.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy tylko znalazł się we własnym pokoju, buntowniczo rzucił się na łóżko. Nie chciało mu się nawet zdejmować butów. Odwrócił się przodem do ściany. Ana stanęła przy drzwiach. Rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu.

- Gdzie ja mam spać? – zapytała niepewnie.

Spojrzał na nią. Uśmiechnął się drwiąco. Przynajmniej na niej mógł rozładować swoją złość.

- Mam to gdzieś – prychnął wyraźnie akcentując słowa.

W oczach dziewczyny pojawił się strach. Jay poczuł jak Ana ponownie staje się zwierzyną. Wyglądała teraz jak przestraszona łania. Napawał się tym uczuciem do czasu, aż dziewczyna nie otworzyła drzwi.

- Gdzie idziesz? - spytał obcesowo.

Nie obchodziło go co się z nią stanie, ale przecież obiecał Emi... Nie chciał łamać danej jej obietnicy, nawet jeżeli ona wolała Damiena.

- Wracam na górę – oznajmiła, wyraźnie starając się, żeby jej głos stał się wyzywający, ale wyszedł jedynie drżący i odrobinę piskliwy.

Jay roześmiał się. Pokręcił głową. Spojrzał na nią z politowaniem.

- Nawet jeżeli nikt nie zaczepi cię po drodze, co zakrawałoby na cud, to i tak nie przejdziesz przez osłony Damiena. Zaplanował sobie dzisiaj „ciekawą" noc – mruknął cicho, a kiedy dotarły do niego własne słowa, poczuł w środku przeszywający ból i pustkę. Takie, jakich jeszcze nigdy nie poznał. Rzucił w nią poduszką, potem na podłogę powędrowała też kołdra. Ponownie odwrócił się do ściany. – Dobranoc – powiedział sucho i zamknął oczy, starając się nie myśleć co w tej chwili robią Damien i Emi. Całym sobą żałował, że nic nie może na tą sytuację poradzić.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Emi wstała z pokrytej zielonym aksamitem kanapy. Zamrugała. Podeszła do wpatrującego się w zamknięte drzwi Damiena.

- O co chodzi? – spytała cicho. – Dlaczego on poszedł? Co się stało?

- Nic – powiedział siląc się na obojętny ton. – Obiecałaś mi dwa tygodnie, pamiętasz? Jaya nie było w planach.

Chłopak usiadł na jednym z wysokich foteli. Przeczesał palcami jasne włosy.

- Damien, to nie jest... - zaczęła cicho, ale chłopak jej natychmiast przerwał.

- Bali się wymierzyć mi jakąkolwiek karę, rozumiesz? Oni się mnie bali – roześmiał się gorzko. – Wezwali mojego ojca. Zawarłem z nim pewien układ. Nie był ani trochę przyjemny. Emi, naprawdę cię teraz potrzebuję – szepnął błagalnie.

Dziewczyna podeszła do niego. Usiadła na dywanie, kładąc głowę na jego kolanach. Przymknął oczy, wplatając palce w jej rozwichrzone, brązowe włosy. Uśmiechnął się do siebie na myśl, że są wiecznie rozczochrane. Tak, zdecydowanie wiele trzeba będzie w niej zmienić. Gdyby tylko potrafił trzymać Jaya przez jakiś czas z daleka... Da im jeszcze tę jedną noc, a resztę załatwi po balu...

- Damien, czemu tu jesteś? – zapytała cicho dziewczyna. – Sam mówisz, że się ciebie boją... a mnie wydaje się, że po prostu nienawidzisz tego miejsca. Dlaczego nie odejdziesz?

Leniwy uśmiech na twarzy chłopaka zmienił się w niechętny grymas.

- Nie domyślasz się? – spytał.

Emi podniosła głowę z jego kolan. Spojrzała na niego zaciekawiona.

- Nie – przyznała.

- Cała arystokracja Illi'andin, wszyscy jesteśmy posłuszni, nikt się nie buntuje, mimo, że każdy z nas prawdopodobnie mógłby znieść jakiś oddział z powierzchni ziemi – powiedział drwiąco. – Gdybym mógł już dawno zabiłbym swojego ojca – stwierdził zimno.

Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze zdumienia. Nie mieściło jej się w głowie to o czym mówił Damien.

- Wcale tak nie myślisz – szepnęła.

Roześmiał się. W jego oczach w kolorze wiosennego nieba tańczyły jednak niebezpieczne płomienie.

- Narkotyki, Emi. Podają nam różne środki, od których jesteśmy uzależnieni. Tylko nasi ojcowie wiedzą co dostajemy – powiedział gorzko. – W ten sposób nie muszą czuć się przez nas zagrożeni, a my musimy ich słuchać. Prosty układ, nie sądzisz? – uśmiechnął się leniwie do zszokowanej dziewczyny. – Buntowałem się, uciekałem z domu, kilka razy zdarzyło się, że byłem na głodzie i uwierz mi, nigdy więcej nie chcę tego przeżywać. Dlatego właśnie robię wszystko co on mi każe.

Dziewczyna podniosła się z podłogi. Spojrzała na niego buntowniczo, a on zauważył, że w jej karmelowych oczach zalśniły łzy. Potem wcisnęła się do niego na fotel i przywarła do chłopaka całą sobą. Położyła mu głowę na ramieniu, oplatając rękoma jego szyję. Damien przymknął oczy. Odetchnął głęboko. Spodziewał się wszystkiego z jej strony, ale na pewno nie tego. Nie wymagał od niej współczucia, po prostu chciał, żeby zrozumiała. Wiedział, że dostał znacznie więcej niż to na co liczył.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Emi obudziła się wypoczęta. Leżała w jedwabnej pościeli wielkiego, wygodnego łoża Damiena. Usiadła przecierając oczy. Uśmiechnęła się do leżącego przy jej nogach, olbrzymiego śnieżnego kota. Drapieżnik przyglądał się jej uważnie. Przeciągnął się leniwie, ziewając. Przypomniała sobie jak wieczorem było jej zimno i jak ucieszyła się, kiedy przyszedł ją ogrzać. Jej pogodny uśmiech stał się jeszcze szerszy. Dotknęła sztywnej sierści na karku zwierzęcia. Pochyliła się by przytulić policzek do jego głowy. Mruknął usatysfakcjonowany. Kiedy się od niego odsunęła, płynnym ruchem zeskoczył z łóżka i zmienił postać. Jego eleganckie ubranie było w nienagannym stanie. Delikatnie przydługie włosy, układały się w artystyczny nieład. Jak zwykle wyglądał idealnie.

Za to Emi wyglądała jak niesforny kociak. Przeciągnęła się. Ziewnęła. Zsunęła się bosymi stopami na pokrywający całą podłogę, puchaty, drogi dywan. Damien skrzywił się nieznacznie, kiedy wyszła do łazienki, zupełnie omijając po drodze lustro. Tak, zdecydowanie musiał nad nią popracować, najpierw jednak chciał pozbyć się Jaya. Miał cichą nadzieję, że wystarczy zapach, który zostawił na niej dzisiejszej nocy. Jeżeli jednak nie, będzie musiał sięgnąć po znacznie bardziej radykalne środki.

Kiedy jednak wyszła z łazienki jeszcze bardziej potargana niż bezpośrednio po spaniu, zwyczajnie nie wytrzymał.

- Protestuję! – oznajmił.

- Przeciwko czemu? – zdziwiła się Emi.

- Jesteś dziewczyną, a wyglądasz gorzej niż Jay – mruknął.

Spojrzała na niego rozbawiona.

- Jakoś będziesz musiał z tym żyć – stwierdziła w ogóle nie wzruszona.

- Nie ma mowy – powiedział uśmiechając się leniwie. – Siadaj – rozkazał wskazując na stojące przy wysokim lustrze krzesło.

Zrezygnowana Emi posłusznie usiadła. Damien z jednej z szuflad zdobionej, dębowej komody wyciągnął szczotkę ze sztywnego włosia. Delikatnie zaczął rozczesywać włosy dziewczyny. W międzyczasie wysłał telepatyczne żądanie do jednego z jaszczuro-podobnych służących. Zamierzał postawić na swoim. Kiedy skończył, w salonie już czekały na czarodziejkę nowe ubrania. Zamiast ukochanych spodni Emi, były tam modne spódniczki i sukienki.

- Damien – jęknęła błagalnie.

Dla jego satysfakcji była w stanie znieść naprawdę wiele, ale nie wszystko.

- Myślałem, że masz ochotę na kolejne lekcje „naszej" magii – mruknął kusząco, szantażując dziewczynę – ale jeżeli nie...

Zamrugała. Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem.

- Jesteś podły! – stwierdziła. – Dlaczego akurat sukienki?!

- Bo mam taki kaprys – uśmiechnął się do niej czarująco.

Warknęła na niego, a potem, z ponurą miną, wzięła pierwszą lepszą kreację i zniknęła z nią w sypialni, żeby, ku wielkiemu zadowoleniu Damiena, niechętnie ją na siebie włożyć.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Jay stanął w drzwiach komnaty. Z trudem przełknął ślinę. Jego Emi, zwykle rozczochrana, wściekła kotka, tym razem wyglądała olśniewająco. Miała na sobie niebieską, długą suknię. Jej włosy były delikatnie spięte i jednocześnie puszczone tak, że spływały kaskadą po lewym ramieniu. Na jego widok uśmiechnęła się promiennie. Jej oczy zalśniły. Chłopak zapragnął ją do siebie przytulić, ale w tym momencie pojawił się Damien. Objął Emi ramieniem, wyzywająco patrząc na przyjaciela. Jay podszedł do nich, teraz naprawdę spięty. Wszystko w nim krzyczało. Z trudem zachowywał spokój.

- Mamy jakieś święto? – zapytał drwiącym tonem, walcząc z sobą, żeby nie powiedzieć dziewczynie jak ślicznie wygląda.

- I tak byś nie zauważył – mruknął Damien uśmiechając się arogancko.

Jay boleśnie zdał sobie sprawę, że wszystkie jego najgorsze obawy się jednak ziściły. Wszędzie dookoła dzikiego, kuszącego zapachu Emi unosił się słodkawy, intensywny zapach Damiena. Żeby był tak trwały, musieli spędzić w swoich objęciach przynajmniej całą noc. Jay zagryzł zęby z trudem powstrzymując się przed rzuceniem na przyjaciela z pięściami. „Nie jestem twoją lalką! Nie będziesz mi mówił kogo mogę dotykać, a kogo nie!" – przypomniał sobie raniące słowa dziewczyny. Jeżeli spędziła z Damienem noc, był to tylko i wyłącznie jej wybór. To zabolało Jaya jeszcze bardziej. Właściwie czemu miałaby chcieć właśnie jego? Nie był ani tak olśniewająco przystojny jak on, ani nie władał magią, nie był też księciem. Wybór był więc prosty, a on się tylko idiotycznie łudził. Zdał sobie sprawę, że jak głupi gapi się na dziewczynę. Gwałtownie odwrócił wzrok.

- Zostawiam wam Anę – mruknął ignorując kąśliwą uwagę przyjaciela. – Muszę trochę potrenować – rzucił pierwszą wymówkę jaka przyszła mu do głowy. Zobaczymy się później.

Odprowadzany zaskoczonym spojrzeniem Emi ruszył w kierunku drzwi. Na zewnątrz puścił się pędem przed siebie. Przystanął dopiero w swoim pokoju. Uderzył pięścią w ścianę. Pojawiła się krew. To nie miało znaczenia... a jednak, przynosiło chociaż złudną ulgę. Poczuł, że musi się na czymś wyżyć, bo inaczej te wszystkie, kotłujące się w nim uczucia, po prostu rozerwą go od środka. Całym wysiłkiem woli, skupił się na tym, żeby wyrzucić z umysłu obraz Emi, stojącej przed nim w błękitnej sukni. Jego Emi, w ramionach Damiena.

Rozdział XV

Wiosenne dni mijały niezwykle szybko. Emi robiła duże postępy w nauce korzystania z magicznego talentu, postanowili jednak z Damienem, że jej niezwykłe zdolności lepiej będzie zachować w tajemnicy, przynajmniej przez jakiś czas. Dziewczyna martwiła się o Jaya. Chłopak jak mógł, unikał ich towarzystwa. Zastanawiało ją na co mógł się tak bardzo obrazić. Nie była pewna czy zły jest na nią czy na Damiena. Naprawdę bardzo za nim tęskniła. Martwił ją także brak leśnych wycieczek. Zbyt długo przebywała z dala od swoich przyjaciół z puszczy. Za nimi także tęskniła. Najbardziej jednak niepokoiła ją zbliżająca się Noc Walpurgii, święto złych duchów i ofiara, którą musiała złożyć. Wiedziała, że będzie potrzebowała wszystkich swoich sił, żeby się na to zdobyć. Nie mogła jednak postąpić inaczej.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Przez cały tydzień Jay zwyczajnie nie wiedział co ze sobą zrobić. Trenował znacznie intensywniej niż zwykle, a pod wieczór zmęczony padał na łóżko. Te krótkie chwile w których widział Emi, sprawiały mu niemal fizyczny ból. Nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek może mu się coś takiego przydarzyć. Do tego cierpiał z powodu zbliżającego się balu. Wiedział, że będzie musiał na niego iść. Dla Illi'andin to był po prostu kolejny obowiązek, nie forma rozrywki. Nie wiedział jak spojrzy Damienowi w oczy.

Rano na treningu wpadł na prosty pomysł. Uznał, że dzięki niemu poczuje się choć odrobinę lepiej. Arenę jak zwykle obserwował zza wysokiego muru tłum czarodziejek. Uśmiechnął się szelmowsko. Podszedł do Any, którą zostawił na trybunach. Spojrzała na niego zaskoczona. Zazwyczaj, poza wydawaniem prostych poleceń, w ogóle się do niej nie odzywał.

- Widzisz tą blondynkę? – zapytał wskazując kierunek głową. Ana skinęła głową, nie będąc pewna do czego chłopak dąży. – Wiesz jak ma na imię? – uśmiechnął się do niej kocim uśmiechem.

- To Kathrin – stwierdziła obojętnie przecząc iskierkom zazdrości, które zatańczyły w jej brązowych oczach.

- Dzięki – mruknął Jay i nie czekając na odpowiedź wzbił się w powietrze.

Stojące za murem dziewczyny zamarły, na widok podlatującego do nich, czarnoskrzydłego Illi'andin. Chłopak poczuł dziwną satysfakcję, kiedy zauważył jak zachłannie wlepiają wzrok w jego wyćwiczone, opalone ciało. Podleciał bezpośrednio do upatrzonej wcześniej blondynki. Była naprawdę ładna. Nie bała się. Patrzyła na niego z zainteresowaniem, spod długich czarnych rzęs.

- Hej – zaczął uśmiechając się leniwie – masz na imię Kathrin, prawda?

Stojące wokół niej czarodziejki wstrzymały powietrze. Zazdrośnie zerkały na koleżankę. W napięciu czekały na rozwój sytuacji.

- Tak – odpowiedziała dziewczyna, trzepocząc rzęsami. – A ty?

- Jestem Jay – przedstawił się uprzejmie. – Chciałem zapytać, Kathrin, czy poszłabyś ze mną na bal?

- Z miłą chęcią – odpowiedziała zaintrygowana dziewczyna uśmiechając się do niego uroczo.

- Doskonale – stwierdził – w takim razie jesteśmy umówieni. Do zobaczenia przed balem Kathrin.

Obdarzył ja na pożegnanie szelmowskim uśmiechem, a potem pikując wrócił na dół. Oddalając się słyszał jeszcze podniecone szepty i porady jak dziewczyna powinna spławić Terrego, z którym już wcześniej była umówiona.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Minęły dwa tygodnie po których Emi, z żalem musiała wrócić do Białego Pałacu. Pocieszała ją tylko myśl, że znowu całe dnie będzie mogła spędzać w Anduriańskiej Puszczy, a za trzy dni, Damien przez dwa tygodnie będzie mieszkał u niej. Żałowała tylko, że nie zobaczy chłopaka na balu z okazji Nocy Walpurgii, tłumaczył jednak, że właśnie wtedy będzie coś załatwiał w domu. Jakąś niezwykle dla niego ważną sprawę. Emi nie naciskała więcej.

Andre czekał na nią tuż na granicy terenu pomiędzy Czarną Wieżą, a Białym Pałacem. Zdziwiło ją, że był sam. Przyzwyczaiła się, że zawsze towarzyszą mu kumple lub wianuszek wiernych fanek. Niespokojnie chodził w miejscu. Kiedy się pojawiła, w pierwszej chwili spojrzał na nią jakby zobaczył ducha, szybko jednak się otrząsnął i wziął ją w ramiona.

- Martwiłem się o ciebie – westchnął tuląc do siebie siostrę.

Uniósł ją w powietrze, okręcił dookoła. Był naprawdę szczęśliwi, że ją widzi, a przede wszystkim, że jest cała i zdrowa. Uśmiechnęła się do niego promiennie.

- Nie było tak źle – oznajmiła.

Przyjrzał jej się uważniej. Miała na sobie zieloną, idealnie skrojoną sukienkę, a jej zwykle niesforne włosy, teraz były gładko uczesane i to w taki sposób, że jej twarz z dziecięcej, stała się kobieca, a duże, karmelowe oczy, zamiast nadawać dziewczynie spłoszony wygląd, kusząco przyciągały uwagę.

- Wyglądasz inaczej - mruknął.

- To dlatego, że nie podobały mu się moje spodnie – westchnęła cierpiętniczo. – Nie mówmy o tym, dobrze?

- Mu? – spytał brat, starając się nie zabrzmieć groźnie.

- Nigdy nie zgadniesz, kogo dostałam w przydziale – uśmiechnęła się do niego, wiedząc, że jak mu powie, to wtedy dopiero Andre naprawdę się zdenerwuje.

Czasami lubiła podrażnić brata, zwłaszcza kiedy jej zdaniem zachowywał się bez sensu. Cała jej rodzina naprawdę bała się o ich kochaną Emi spędzającą długie godziny w towarzystwie „kotka".

- Mów – rozkazał ponuro.

- Mieszkałam z Damianem Hayazaki – jej uśmiech stał się jeszcze bardziej promienny. – Niewiele się przez te kilka lat zmienił.

Twarz Andre stała się kredowo biała. Nie tego spodziewała się Emi.

- Nie – szepnął chłopak, odsuwając ją delikatnie od siebie. Spojrzał jej w oczy. – Nie!

Przyciągnął ją z powrotem i szczelnie zamknął w swoich ramionach.

- Andre, przestań! Udusisz mnie – pisnęła Emi, ale on nie zwracał na to uwagi.

Przytulał ją do siebie, jakby to miało ochronić jego młodszą siostrę, przed całym, okrutnym światem.

Rozdział XVI

Bal z okazji Nocy Walpurgii był w szkole wielkim wydarzeniem. Cały Biały Pałac był na tą okazję uroczyście przystrojony. Dziewczęta chwaliły się przed sobą nawzajem przepięknymi sukniami i nawet wszyscy chłopcy wyglądali wyjątkowo wytwornie. Emi jeszcze raz obróciła się dookoła własnej osi, patrząc jak wiruje jej śliczna, liliowa sukienka. Za wszelką cenę starała się odgonić od siebie myśli o tym, co będzie musiała zrobić tej nocy. Przynajmniej do tego czasu postanowiła się dobrze bawić. Kiedy wyszła, przed drzwiami jej pokoju czekał zdenerwowany Jasper z bukietem margaretek. Emi obdarzyła go promiennym uśmiechem. Wdzięcznie przyjęła kwiaty i wzięła chłopaka pod ramię. Wesoło pomachała do obejmującego w pasie ładną blondynkę brata. Andre odwzajemnił jej uśmiech, zadowolony, że jego mała siostrzyczka nie idzie na bal sama.

W Sali balowej było prawie tylu samo Illi'andin co i ludzi. Prawie każdy z nich był w parze z jakąś czarodziejką. Emi słyszała nieprzyjemne szepty czarodziejów na temat tego, że zabierają im dziewczyny. Nauczyciele, zarówno ci z Białego Pałacu jak i z Czarnej Wieży, bardzo spięci pilnowali wielkiego pomieszczenia. Na takim mieszanym, integracyjnym balu, mogło wydarzyć się niemal wszystko.

Emi postanowiła się niczym nie przejmować. Miała ochotę potańczyć, Jasper był jednak wyjątkowo niezdarnym partnerem, szybko więc z tego zrezygnowała. Nie chcąc urazić chłopaka, usiadła razem z nim pod ścianą. Rozmawiali w pogodnej atmosferze.

Po pewnym czasie dziewczyna wstała, żeby przynieść im coś do picia. Wolała nie wyobrażać sobie co mogłoby się wydarzyć, gdyby to Jasper miał iść po napoje. Nie miała zamiaru się z niego naśmiewać, ale nie zaprzeczała też faktom, że był jaki był i nie pokładała w jego grację i wyczucie równowagi zbyt wielkiego zaufania.

Kiedy odchodziła od stołu jej wzrok przyciągnęły czarne skrzydła. Rozpoznała wysoką, wytrenowaną sylwetkę Jaya. Chłopak miał na sobie czarną koszulę, szytą tak, żeby miała wycięcia na skrzydła. Emi uznała, że wygląda to naprawdę interesująco. Przyglądała mu się uważnie, nie odrywając od niego wzroku. Dopiero po chwili zorientowała się, że Jay rozmawia z bardzo ładną, złotowłosą dziewczyną. Śmiała się perliście, najwyraźniej z czegoś, co chłopak przed chwilą powiedział. Emi poczuła jak coś ściska ją w środku. Blondynka wzięła Jaya za rękę i poprowadziła na parkiet, dumnie pusząc się przed patrzącymi zazdrośnie koleżankami. Emi zauważyła, że wszystkie czarodziejki, które przyszły na bal z którymś z chłopców Illi'andin przyciągają takie właśnie spojrzenia. Tylko dlaczego ona sama też czuła się tak cholernie zazdrosna?

Wróciła do Jaspera z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy. Czego ona się niby spodziewała? Sama odmówiła mu pójścia na bal.. Miał nie przyjść wcale czy może przyjść sam? Tylko dlaczego czuła się tak cholernie paskudnie? A na dodatek dalej nie wiedziała za co właściwie Jay się na nią gniewa. Starała się wrócić do radosnego nastroju, ale rozmowa jakoś nie bardzo się kleiła. W pewnym momencie podszedł do nich jeden z Illi'andin. Uśmiechnął się arogancko. Bez pytania chwycił Emi za rękę i postawił na nogi. Spojrzała na niego wściekłym wzrokiem i zamarła. Pamiętała spojrzenie szarych oczu i ostrzyżone tuż przy skórze włosy. Kojarzyła pokryte błoną, brązowe skrzydła.

- Cieszę się, że znowu cię widzę - powiedział zadowolonym głosem, w którym brzmiała jednak wyraźna groźba. – Tym razem nikt nam nie przerwie – zapowiedział.

- Puść mnie! – syknęła wściekle.

- O nie – odpowiedział spokojnie. – Najpierw ze mną zatańczysz, a potem zobaczymy co dalej... - w kącikach jego ust pojawił się drwiący uśmieszek.

Emi spróbowała się wyrwać, ale przytrzymał ją mocno. Był zdecydowanie silniejszy. Stanął za nią obejmując dziewczynę ramionami.

- Puszczaj! – niemal wrzasnęła przestraszona Emi, mimo, że bardzo nie chciała zwracać na siebie uwagi.

- Jeżeli jeszcze raz krzykniesz – powiedział cicho, tuż przy jej uchu – to skręcę twojemu koledze kark – oznajmił wskazując na pobladłego, wpatrującego się w nich przerażonym wzrokiem Jaspera.

Dziewczyna przełknęła ślinę. Nie miała pojęcia co może zrobić. Chłopak Illi'andin stanowczo wypchnął ją na parkiet. Przysunął się do niej. Jego ręce znalazły się na talii dziewczyny, zaczęły schodzić niżej. Emi spojrzała jak kredowobiały na twarzy Jasper wymyka się z sali. Błagała w duchu, żeby się przynajmniej po drodze nie przewrócił.

- Czemu to robisz? – spytała Emi, patrząc na skrzydlatego z rozpaczą.

- Mieszkałaś u nas dwa tygodnie i jeszcze nie nauczyłaś się, że robimy to na co mamy ochotę? – roześmiał się. – Jesteśmy silniejsi, takie nasze prawo.

Emi poczuła jego dotyk. Nad strachem zapanowała wściekłość. Z całej siły ugryzła natarczywego chłopaka. Nie zamierzała być tą słabszą. Odsunął się od niej gwałtownie.

- Ty mała! – warknął. – Ja ci pokażę!

- Co pokażesz, Jackob? – spytał Jay, pojawiając się jakby znikąd i stając pomiędzy nimi.

- Nie twoja sprawa! – warknął tamten. – Odpierdol się!

- Chcesz się ze mną zmierzyć? – spytał drwiąco czarnoskrzydły.

Ostrzyżony na jeża chłopak syknął. Spojrzał wyzywająco na Jaya.

- Zamierzasz bić się o dziewczynę? – spytał niedowierzająco.

- Jeżeli będę musiał... - odpowiedział Jay wzruszając ramionami. – Zresztą każdy powód jest dobry – oznajmił z leniwym, aroganckim uśmiechem.

Jackob nie odpowiedział. Obrzucił chłopaka nienawistnym spojrzeniem i zniknął w tłumie. Jay wziął Emi za rękę i zaskoczoną pociągnął za sobą w stronę rozległego tarasu, który kończył się prowadzącymi do ogrodów schodami. Zaprowadził ją w pusty, zaciemniony róg.

- Gdzie Damien?! – warknął na nią. – Powinien się tobą opiekować!

- Damien? – spojrzała na niego zaskoczona.

- Przecież to z nim przyszłaś, prawda? – zapytał coraz bardziej rozeźlony.

Emi pokręciła głową.

- Mówiłam ci, że już z kimś idę – westchnęła. – Uznałeś, że cię okłamałam?

- Jeżeli nie z nim, to z kim? – Jay wyglądał na naprawdę zaskoczonego.

- Zaprosił mnie kolega z klasy – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Co w tym złego? Jeżeli chodzi o Damiena, to też mnie zapraszał i jemu także odmówiłam. W rezultacie w ogóle nie przyszedł. Powiedział, że ma jakieś sprawy do załatwienia w domu.

Chłopak patrzył na nią niedowierzająco. W jego bursztynowych oczach czaiła się dziwna niepewność.

- Myślałem, że jesteś z Damienem – mruknął skonsternowany. – To znaczy, że jesteście parą.

Emi zamrugała. Teraz to ona wyglądała na zagubioną. Czy to było to o co Jay się na nią gniewał?

- Skąd taki wniosek? – zapytała oszołomiona.

- Spędziłaś z nim noc – powiedział odwracając wzrok. – Czułem na tobie jego zapach. Wszędzie go czułem...

Dziewczyna nie zrozumiała.

- I co w tym złego? O ile pamiętam z tobą też spędziłam i to nie jedną - mruknęła. – Było mi zimno, Damien przyszedł mnie ogrzać... Pod postacią kota – dodała na wszelki wypadek – często tak sypialiśmy w dzieciństwie.

Jay ze złości zacisnął pięści, przeklinając się w duchu za to jak łatwo dał się oszukać. Tyle niepotrzebnie zmarnowanego czasu... Jednocześnie jakaś niesamowita ulga i lekkość rozlały się po całym wnętrzu chłopaka.

- Więc ty i Damien, nie jesteście... - zaczął.

- Nie! – oznajmiła stanowczo dziewczyna. – Jest moim przyjacielem, to wszystko – powiedziała pewnie. Za plecami Jaya zobaczyła czerwoną sukienkę, mignęły jej złote loki. Dziewczyna, z którą przyszedł tutaj czarnoskrzydły, najwyraźniej szukała go niespokojnie. – Jay... dziękuję, że go ode mnie odgoniłeś – powiedziała cicho. – Teraz już sobie poradzę, idź do swojej partnerki, na pewno się niecierpliwi.

Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. Przez chwilę jakby zastanawiał się czego ona od niego wymaga. Potem na jego twarzy pojawił się leniwy, arogancki uśmieszek, który cechował większość dumnych chłopców Illi'andin.

- Mam ją gdzieś – mruknął przyciągając Emi bliżej do siebie.

Dziewczyna wstrzymała oddech, a potem jej serce załomotało jak szalone. Jay oplótł ją ramionami, pochylił się, a potem po prostu ją pocałował. Przymknęła oczy. Otoczyła rękami jego szyję. Wplotła palce w lekko przydługie, rozwichrzone, czarne włosy. Chłopak całował delikatnie, ale stanowczo. Jego usta rozchyliły się, jakby pragnąc coraz więcej. Emi czuła, że się rozpływa. Tak bardzo tego chciała! Tyle czasu o tym śniła! Jej marzenia spełniły się w dniu, kiedy poznała Jaya, ale teraz... teraz było po prostu idealnie! Od początku wiedziała, że chłopak jest jej bratnią duszą. To był jej pierwszy w życiu pocałunek i była szczęśliwa, że całuje się właśnie z nim. Całym swoim szesnastoletnim, dziewczęcym sercem, wiedziała, że go kocha.

W końcu Jay odsunął się od niej odrobinę, przestając całować. Emi spojrzała na niego z żalem. Wcale nie chciała, żeby przerwał! Zamierzała coś powiedzieć, ale podeszła do nich dziewczyna w czerwonej sukni. Obrzuciła przytuloną parę oburzonym spojrzeniem. Jay na wszelki wypadek stanął tak, by zasłonić sobą Emi. Uśmiechnął się arogancko.

- Co to ma być?! – wydarła się blondynka.

- Cześć Kathrin – powiedział leniwym głosem. – Znudziłaś mi się – oznajmił spokojnie – więc znalazłem sobie „ciekawsze" zajęcie.

Twarz dziewczyny przybrała barwę jej sukni. Drżała z wściekłości.

- Ale ona... - zaczęła obrzucając Emi pogardliwym spojrzeniem – dlaczego z nią?!

Kathrin uznała, że to poniżej jej godności, nie dość, że traci swoją randkę to jeszcze na rzecz jakiejś szarej myszy. Potem przyjrzała się uważniej czarodziejce, którą zasłaniał sobą Jay. Znała ją jako cichutką siostrę przystojnego Andre, ale wyraźnie coś się w dziewczynie zmieniło. Było niemal nieuchwytne, ale jednak w niej tkwiło. Nie była jakąś niesamowitą pięknością, za to przyciągała wzrok nietypową urodą, wielkimi karmelowymi oczami i jeszcze czymś innym, czymś zupełnie niezwykłym.

- Ładniej od ciebie pachnie – stwierdził Jay z rozbawionym błyskiem w oczach, po czym odwrócił się do blondynki plecami, uznając rozmowę za skończoną.

Dziewczyna wydała z siebie wściekłe, nieprzystojące damie warknięcie. Rzuciła się na chłopaka z pięściami. Zwinne złapał ją za ręce. Odepchnął od siebie. Zawirowała czerwona suknia. Kathrin straciła równowagę i klapnęła pupą na kremowe kafelki tarasu.

- Robisz z siebie pośmiewisko – oznajmił spokojnie Jay. – Miej trochę godności – dodał rozbawiony.

Wziął Emi za rękę i, omijając dużym łukiem purpurową na twarzy blondynkę, pociągnął za sobą w stronę pałacowego ogrodu.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Zatrzymali się dopiero pod rozłożystym drzewem, którego obsypane białymi kwiatkami gałęzie sięgały niemal ziemi. Słońca na niego już dawno nie było, ale nawet Emi doskonale widziała w jasnej poświacie siedmiu księżyców. Jay zbliżył się do Emi, na powrót chcąc ją przytulić. Spojrzał w pełne tłumionej wściekłości oczy dziewczyny. Zamarł zaskoczony. Nie tego się w nich spodziewał.

- Dlaczego ją tak potraktowałeś?! – warknęła na niego. – Co ona ci zrobiła?!

Jay zamrugał.

- Nie lubię jej – powiedział cicho – to wszystko.

- Więc po co ją zapraszałeś? – spytała z trudem panując na swoim rozgniewanym głosem.

- Jest ładna, a ja potrzebowałem akurat ładnej dziewczyny – mruknął chłopak nie patrząc na Emi. – Byłem przekonany, że przyjdziesz z Damienem, a to cholernie bolało – westchnął.

- To nie daje ci prawda do takiego traktowania...

- Emi – przerwał jej – miałem tej dziewuchy serdecznie dość. Powinna trafić na Jackoba, byłby nią zachwycony. Nawet nie wiesz ilu sprośnych propozycji się dzisiaj nasłuchałem. Gdybym był miły, w życiu by się ode mnie nie odczepiła. A ja naprawdę chciałbym być tylko z tobą...

Dziewczyna westchnęła. Czuła jaką trudność sprawia Jayowi mówienie o tym. Nie sądziła jednak, że kiedykolwiek mógłby pomyśleć, że ona i Damien... zwłaszcza, że Damien był... no cóż Jay najwyraźniej tego nie wiedział i nie od niej się dowie. Przemknęło jej przez myśl, że na początku, dopóki nie wiedziała kim jest rzeczywiście ją fizycznie pociągał. To nie miało jednak znaczenia, bo wiedziała, że jak przystojny by nie był i tak nie poczułaby do niego niczego więcej. Na pewno nie mogłaby o nim myśleć, w ten sam sposób w jaki myślała o Jayu. Damien był przyjacielem. Kochała go jak brata i, mimo różnych żartów, do których wymiany dochodziło między nimi, była pewna, że chłopak czuje do niej dokładnie to samo.

- Nie zachowuj się tak więcej – poprosiła podchodząc do niego bliżej. – Wiesz co? – zapytała. – Miałam dzisiaj straszną ochotę zatańczyć i ani razu mi się nie udało.

Przytuliła się do chłopaka. Oplótł ją ramionami. Byli zdecydowanie bliżej siebie niż pozwalały na to zasady kurtuazji, ale odeszli na tyle daleko, żeby nikogo w pobliżu nie było. Od strony Białego Pałacu dolatywały ciche dźwięki, wolnej, przyjemnej dla ucha, muzyki. Emi kołysała się w tańcu, wtulona całą swoją postacią w Jaya. Zamknęła oczy rozkoszując się jego bliskością. Przytulił ją mocniej. Zdawało jej się, że płynie. W pewnej chwili zorientowała się, że unoszą się w powietrzu. Wtuliła twarz w jego ramię. Niedotykanie stopami ziemi było naprawdę cudownym uczuciem.

- Emi... - odezwał się cicho, czule całując jej włosy. Wydawał się być odrobinę zaniepokojony. – Czy tym razem też muszę o coś pytać? To znaczy, nie chciałbym, żeby wyszło tak jak z tym balem... Nie do końca znam wasze zasady...

Dziewczyna nie potrafiła się nie roześmiać. Jej oczy zalśniły. Wspięła się na palce całując go w usta. Obdarzyła go promiennym uśmiechem.

- Nie, Jay – powiedziała łagodnie – tym razem nie musisz.

- Więc to znaczy, że jednak chcesz być trochę moja? – dalej drążył temat, wyraźnie się upewniając.

- Myślę, że będziemy musieli odbyć dłuższą rozmowę na temat zwyczajów naszych ras – mruknęła rozbawiona – ale chwilowo możemy przyjąć, że bardzo chcę.

- To dobrze – westchnął uspokojony.

W oświetlającym ich srebrnym świetle księżyców odpłynęli w upojny, powolny taniec, rozkoszując się nawzajem swoją bliskością. Ta noc, ta chwila, to wszystko było tylko dla nich. Cały świat przestał istnieć, czas stanął w miejscu, istnieli tylko oni. Zaklęta w tańcu para i jasne światło księżyców.

Rozdział XVII

Emi zupełnie straciła poczucie czasu. Tak dobrze czuła się w ramionach Jaya! Niemal przegapiła północ, a musiała wszystko załatwić zanim zacznie świtać. Niechętnie uwolniła się z objęć chłopaka i odrobinę odsunęła od niego. Spojrzał na nią pytająco. Wcale nie chciał jej puszczać.

- Jay, muszę iść – powiedziała cicho. – Zobaczymy się jutro?

Chłopak nie zamierzał tak łatwo dać się zbyć.

- Dokąd idziesz? – zapytał.

- Muszę coś załatwić – westchnęła smętnie i od razu poczuła, że smutny ton był jej poważnym błędem.

W oczach czarnoskrzydłego pojawił się niepokój.

- Świetnie, cokolwiek by to nie było idę z tobą – warknął nieprzyjaźnie.

- Ale Jay... - zaczęła i przerwała widząc jego stanowczą, zaciętą twarz. – Nie jestem pewna czy chcesz przy tym być - mruknęła.

- Przekonajmy się – powiedział wojowniczo.

- Spotkamy się tam gdzie zwykle, dobrze? – zaproponowała Emi. - Potrzebuję z pałacu kilku rzeczy.

Jay tylko skinął głową. Nie skomentował. Dziewczyna pobiegła z powrotem w stronę balowej sali, by po chwili zniknąć w tłumie barwnych, tańczących par.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Noc była naprawdę piękna. Upojny zapach lasu unosił się w ciepłym, wiosennym powietrzu. Było na tyle ciemno, że Emi widziała jedynie drogę przed sobą i smukłe sylwetki najbliższych drzew. Trzymała za rękę idącego tuż obok niej Jaya, to pomagało, chociaż trochę. Dodawało jej otuchy. Bała się jednak, że po tym, co chłopak zobaczy, nie będzie jej już więcej chciał. Była pewna, że w jego bursztynowych oczach pojawi się gorycz i obrzydzenie. Nie miała jednak zamiaru go okłamywać. To była jego decyzja. Między innymi dlatego bez większych protestów zgodziła się, żeby z nią poszedł. Był zresztą dzieckiem lasu, tak jak i ona. To dotyczyło także i jego.

- Wytłumaczysz mi wreszcie co tu robimy? – zapytał skonsternowany Jay.

Emi westchnęła. Nie była pewna ile powinna mu powiedzieć. Lepiej niech sam zobaczy.

- Jak pewnie wiesz, mamy Noc Walpurgii. To czas złych duchów. Święto Nordyckiej Bogini śmierci Hel – mówiąc dziewczyna uparcie wpatrywała się w ziemię. – Czarodzieje nie wierzą w moc tej nocy, ale ona jest prawdziwa – stwierdziła z przekonaniem. – Widziałam na to namacalne dowody – wzdrygnęła się. – Złe duchy co roku porywają dusze dzieci, więżąc je poza czasem. Trzeba im złożyć ofiarę, żeby od tego odstąpiły. Dzięki mocy Hel, jeżeli zechce pomóc śmiertelnym duszom, jest szansa, że wyswobodzą te, które już mają.

Dopiero teraz Emi spojrzała na idącego obok niej chłopaka. Zaskoczyło ją to, że się z niej nie śmieje. On zupełnie poważnie myślał nad tym, co powiedziała.

- Jaka to ofiara? – spytał rzeczowo.

Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie.

- Zobaczysz – mruknęła niechętnie, a Jay jedynie skinął głową.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Dotarli na jedną z niewielkich, osłoniętych gęstą ścianą lasu, polan. Jay był zaniepokojony smutkiem w głosie i oczach Emi. Miał nadzieję, że nie wymyśliła nic specjalnie głupiego. Z trudem wmówił sobie, że powinien jej zaufać. Udało mu się to tylko dlatego, iż wiedział, że jeżeli będzie się działo coś złego, on będzie w pobliżu, żeby ją obronić.

- Zostań tutaj i nie wychodź na polanę, choćby nie wiem co – poprosiła cicho dziewczyna.

Jay niechętnie posłuchał. Stanął oparty o gruby pień drzewa, rosnącego tuż przy obrębie polany. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko czekać. Emi, już bez balowej sukni, ubrana w swoją ukochaną, zieloną tunikę i obcisłe, brązowe spodnie, usiadła na usianej leśnymi, wiosennymi kwiatami trawie. Na kolanach położyła swoją szmacianą torbę. Jay zwalczył w sobie potrzebę, żeby do niej podejść, przytulić ją do siebie. W biały świetle księżyca wyglądała zupełnie jak nimfa leśna, dzika i niedostępna.

Dziewczyna nie robiła nic konkretnego, ale wyczuł w niej wyraźną zmianę. Jej zapach z kuszącego i drapieżnego stał się słodki i delikatny. Dalej uwodził, ale w zupełnie inny sposób. Przez dłuższy czas nic się nie działo. Potem, na skąpaną w delikatnym, księżycowym świetle polanę, powoli, nieśmiało wyszła młodziutka sarna. Jay ani drgnął. Przyglądał się zaintrygowany. Łania podeszła do dziewczyny, trącając ją nosem. Emi w milczeniu, łagodnie dotknęła jej pyska.

Nagle chłopak poczuł się jak we śnie. Cały świat zaczął się rozpływać, wszystko widział jakby przez gęstą mgłę. Jego łagodna, niewinna Emi, płynnym ruchem wyciągnęła z torby myśliwski nóż. Potem, z zimną krwią, ufnie trącającemu ją nosem zwierzęciu wbiła w krtań jego ostrze. Z tętnicy szyjnej trysnęła krew. Dziewczyna chciała zabić, a wyraźnie nie miała pojęcia jak się do tego zabrać. Usłyszał jak cicho wymawia jakieś słowa w nieznanym mu języku. Cała jej drobna postać umazana była w ciemnej, tętniczej krwi. Jeszcze przed chwilą elegancko upięte włosy, teraz opadały niesfornie wyślizgując się ze spinki, zasłaniając dziewczynie większość twarzy. Jay zobaczył w jej karmelowych oczach łzy. Chciał podejść, ale zdał sobie sprawę, że nie może się nawet poruszyć. Co tam się do cholery działo? Młoda sarna leżała przed dziewczyną, wijąc się w ostatnich, konwulsyjnych drgawkach. Emi wyjęła z torby jakieś naczynie. Przyłożyła je do otwartej rany na ciele zwierzęcia. Napełniło się krwią. Uniosła je do ust i po wyszeptaniu kilku słów zaczęła pić. Krew, czerwoną strugą spływała jej po brodzie. Składała ofiarę leśnym duchom, a sama była jednym z nich.

Jay próbował się szarpać w niewidzialnych więzach, ale nic z tego. Chciał krzyczeć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Powiał silny wiatr. Na zamglonej polanie pojawiły się jakieś cienie. Otoczyły dziewczynę ciasnym kręgiem. Powiał od nich nieprzyjemny, przenikliwy chłód. Chłopak zauważył też coś innego. W cieniu drzew, po drugiej stronie polany, kryły się niewielkie postacie. Były zamglone i przezroczyste. Jay wiedział kim są. To duchy dzieci, o których mówiła Emi. Bystry wzrok Illi'andin pozwolił mu, mimo panującej w lesie ciemności, zobaczyć wszystko ze szczegółami. To wcale nie był przyjemny widok. Dzieci, wszystkie co do jednego, nosiły ślady przeróżnych obrażeń. Od wbitych w ich serca noży po sine pręgi od szubienicy. One nie umarły same. Wszystkie, z premedytacją, zostały oddane w ofierze złym duchom.

Porywy wiatru ustały. Polanę rozświetliło jasne, srebrzyste światło niewiadomego pochodzenia. Otaczające Emi postacie zawyły. Dzieci pojedynczo lub parami wychodziły spomiędzy drzew. Kiedy tylko ich niewielkie, zmasakrowane, eteryczne ciała dotknęły światła, rozpływały się w srebrzystą mgłę i odlatywały ku niebu.

Jay nie wiedział ile czasu minęło, ale jemu wydawało się, że upłynęła cała wieczność. W końcu otaczające dziewczynę cienie zaczęły się rozpływać, a po chwili Emi na polanie została sama, z martwą sarną u swych stóp. Chłopak zobaczył rozpacz w jej karmelowych oczach, ściekające po bladych policzkach łzy. Przypomniał sobie, jak nie mogła przebywać w miejscu, w którym wyczuwała śmierć. Jak wiele, to co zrobiła, musiało ją kosztować?

Uwolniony z magicznych więzów natychmiast rzucił się ku dziewczynie. Spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem. Uklęknął przy niej. Otoczył ją ramionami. Dopiero wtedy się rozpłakała. Całował jej włosy, policzki po których spływały słone łzy, nie zwracając uwagi na to, że brudzi się krwią martwego zwierzęcia. Tuliła się do niego, jak mała dziewczynka. Jej ciało drżało. Całym sobą pragnął coś dla niej zrobić, nie miał tylko pojęcia co.

Przez to, że myślał tylko o Emi, stracił swoją zwyczajową czujność. Płonące w mroku oczy, zobaczył dopiero, kiedy były tuż przy nich. To był olbrzymi pająk! Dziewczyna w jego ramionach nawet nie drgnęła więc i on się nie poruszył. Do pająka dołączył drapieżny, drzewny kot. Po chwili pojawiły się też niedźwiedź i lis. Nie atakowały, nie wykonywały żadnych agresywnych ruchów. Wpatrywały się w martwą, leżącą na polanie sarnę. Zwierząt przychodziło coraz więcej, aż w końcu cała polana zapełniła się drapieżnymi stworzeniami, które w żadnym wypadku nie powinny ze sobą koegzystować. Lis podszedł do martwej sarny i zaczął ostrymi zębami wydzierać kawałki mięsa, nie zjadał ich jednak, tylko porzucał na trawie. Po kolei podchodziły do nich inne drapieżniki. Jay zrozumiał. W ten sposób ofiara dziewczyny nie szła na marne. Niechętnie wypuścił ją z objęć, a sam przemienił się w wilka. On też chciał wziąć w tej ceremonii udział. Drapieżne stworzenia zjadały, każdy swoją porcję mięsa, a potem odchodziły w mrok. Na koniec na polanie zostali jedynie Emi, wielki szary wilk i olbrzymi pają.

Włochaty stwór podszedł do dziewczyny, a ona delikatnie dotknęła jego skłębionego futra.

- Dziękuję – wyszeptała cicho, a potem i on się oddalił, zabierając ze sobą to co zostało z martwej sarny.

Jay na powrót przybrał swoją ludzką postać. Podniósł czarodziejkę z trawy delikatnie tuląc w ramionach i wzbił się w powietrze. Wylądował nad ich wspólnym, leśnym jeziorem. Posadził dziewczynę na trawie. Zdjął z siebie zakrwawione ubranie, a potem ją zaczął rozbierać. Nie protestowała. Patrzyła przed siebie, jakby nic nie widziała, jakby nic jej już dłużej nie obchodziło. Jay zaniósł ja do ciepłej wody i obmył z krwi. Przylgnęła do niego mocno, wtulając twarz w jego ramię.

- Już po wszystkim, wystarczy tego rozpaczania – mruknął.

Dziewczyna podniosła na niego swoje karmelowe, lśniące od łez, pełne smutku oczy.

- Gdybym chociaż wiedziała, czy mi się udało – szepnęła cicho.

Jaya zamurowało. Był tam i widział co się działo. Jak ona mogła pomyśleć, że nie wyszło? Czyżby...

- Emi – powiedział łagodnie – nie widziałaś otaczających cię duchów?

Dziewczyna zamrugała.

- Jakich duchów? – spytała zaintrygowana.

- Co się według ciebie wydarzyło na polanie? – zaczął dociekać patrząc jej w oczy.

- Przywabiłam do siebie sarnę – powiedziała niechętnie, chciała spuścić wzrok, ale on jej na to nie pozwolił. – Potem ją zabiłam i odprawiłam rytuał. A potem pojawiłeś się ty i moi przyjaciele. No i zabrałeś mnie tutaj. To wszystko.

- W takim razie nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że cała reszta imprezy cię ominęła – mruknął tuląc ją do siebie czule.

Zabrał ją z wody. Posadził na trawie, otulając najpierw swoją, w miarę czystą koszulą, a potem silnymi ramionami. Oparła się o jego tors, zamykając oczy.

- Opowiesz mi? – poprosiła.

- Dookoła ciebie było pełno cieni – powiedział cicho – otaczały cię, a ja nie mogłem się nawet poruszyć. Potem pojawiły się duchy dzieci i jasne, zalewające całą polanę światło. One szły do tego światła, a potem rozpływały się we mgle i ulatywały ku niebu – Jay postanowił, że oszczędzi jej nieprzyjemnych szczegółów. - To było coś niesamowitego, Emi.

Dziewczyna spojrzała na niego zaniepokojona. Nie była pewna, jak zachowałaby się, gdyby ona sama to wszystko mogła dostrzec.

- Więc udało mi się zrobić, to co trzeba – wyszeptała, uśmiechając się smutno. – Jay, nauczysz mnie zabijać? – poprosiła cicho.

Chłopak zakrztusił się własną śliną. To było coś, czego nigdy nie spodziewał się od niej usłyszeć.

- Od zabijania masz mnie – warknął.

Pokręciła głową.

- Nie, nie rozumiesz – powiedziała drżącym głosem. – Gdybym wiedziała jak się do tego zabrać, nie musiałabym jej dzisiaj zadawać tyle bólu - szepnęła. – Jay, błagam... Jeżeli jeszcze kiedykolwiek będę musiała coś takiego zrobić, to wolę być przygotowana. Pokażesz mi jak to się robi? Proszę...

Czarnoskrzydły westchnął. Na twarz przywołał leniwy, arogancki uśmiech.

- Nauczę cię – powiedział spokojnie – ale jeżeli jeszcze raz czegoś takiego spróbujesz, to osobiście przyłożę ci w tyłek - zagroził. – Od zabijania masz mnie – powtórzył stanowczo.

Uśmiechnęła się do niego. Pocałowała go delikatnie. Położył się na trawie, tuląc ją w swoich ramionach. Po krótkiej chwili jej oddech zwolnił, stał się rytmiczny i spokojny. Usnęła w jego objęciach. Jay jeszcze długo wpatrywał się w śpiącą przy nim dziewczynę wdychając jej cudowny, upojny zapach. Spanie w Anduriańskiej Puszczy nie było dobrym pomysłem, a on, za jej bezpieczeństwo był gotowy zapłacić każdą cenę. W końcu jednak i jego po ciężkim dniu, zmorzył lekki, ale pokrzepiający sen.

Rozdział XVIII

Obudzili się dopiero koło południa. Niechętnie rozstali się na skraju lasu, wiedząc, że spotkają się za kilka godzin, na wymianie międzyszkolnej, tym razem, w Białym Pałacu. Emi miała szczerą nadzieję, że ich nauczyciele zaplanowali coś ciekawszego od historycznej propagandy. Nie lubiła się nudzić.

Jeszcze zanim zdążyła wejść do siebie do pokoju, w korytarzu dopadł ją Andre. Chwycił ją mocno za ramiona, stanowczo zatrzymując w miejscu. W jego karmelowych oczach aż gotowało się z wściekłości, zobaczyła w nich jednak też strach i to kazało jej milczeć.

- Gdzieś ty była?! – warknął na nią obrzucając ją od góry do dołu wrogim spojrzeniem.

Miała na sobie ciasne, brązowe, pobrudzone krwią spodnie i czarną, za dużą na nią koszulę Jaya. Nie miała pojęcia jak wytłumaczy to bratu.

- W lesie – mruknęła cicho.

- Przez całą noc?! – spytał niedowierzająco wściekłym głosem.

- Tak – odpowiedziała szeptem.

- Z kim?! – syknął na nią.

- To bez znaczenia – westchnęła.

Wiedziała, że cokolwiek mu powie i tak będzie miała kłopoty, nie miała jednak zamiaru narobić problemów także Jayowi. Andre zazgrzytał zębami.

- W trakcie balu przybiegł do mnie panicznie przerażony Jasper, mówiąc, że groził ci jeden z tych psów! Potem zniknęłaś. Nigdzie nie mogłem cię znaleźć! Nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałem – krzyczał chłopak. – A ty mi teraz mówisz, że „to bez znaczenia"?!

- Przepraszam – szepnęła, spuszczając wzrok. Nawet nie pomyślała o tym, że może zaniepokoić brata. – Rzeczywiście przyczepił się do mnie jeden chłopak Illi'andin, ale mój przyjaciel go odgonił. Potem musiałam załatwić pewną sprawę – westchnęła.

- W puszczy?! – wydarł się na nią.

- Andre, uspokój się – poprosiła. – Nie rób przedstawienia dla całej szkoły...

Syknął wściekle, ale posłuchał. Zaprowadził ją do jej pokoju, nie odstępując siostry na krok. Stanął przy drzwiach, podczas gdy ona zaczęła przebierać swoje rzeczy w poszukiwaniu czystego ubrania.

- Nie wiem co robiłaś i nie chcę wiedzieć – powiedział siląc się na obojętny ton. – Ale nigdy więcej nie pójdziesz już do tego pieprzonego lasu, a po zakończeniu wymiany, nigdy nie będziesz miała już kontaktu z żadnym, przeklętym Illi'andin i ja tego dopilnuję.

Wojna z bratem, tylko tego mi brakowało, pomyślała Emi. Nie miała jednak pojęcia w jaki sposób przekonać go do swoich racji, a z wycieczek do puszczy i kontaktu z Jayem i Damienem, na pewno nie zamierzała zrezygnować.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Tym razem Jay także nałożył koszulę. Nie chciał, żeby Emi zobaczyła ślady po razach, które dostał za to, że nie przyszedł na trening. Był pewien, że dziewczyna zacznie się o to obwiniać. Stał razem z Damienem i grupą innych Illi'andin w jednej z sal Białego Pałacu, słuchając przemówienia pani dyrektor. W pomieszczeniu, poza Aną, nie było żadnej innej dziewczyny, która towarzyszyła w Czarnej Wieży któremuś z wojowników Illi'andin. Jay doskonale wiedział dlaczego. Zastąpiły je nowe, niczego nieświadome czarodziejki. Tu dalej trwała, mniejsza, ale równie okrutna wojna.

Kiedy pani Rosenberg, starsza, surowo wyglądająca kobieta, o lekko szpiczastym nosie, skończyła przemówienie, Emi podeszła do nich z radosnym uśmiechem. Miała na sobie kraciastą mini spódniczkę i czarny, opięty top. Jak, od kiedy tylko wszedł do sali, nie mógł oderwać od niej wzroku. Teraz, zawstydzony, zdał sobie sprawę, że po prostu się na nią gapi. Dla niego, po prostu mogły nie istnieć żadne inne dziewczyny.

- Damien, czy teraz jesteś usatysfakcjonowany moim strojem? – spytała rozbawiona, na powitanie.

Blondyn przyjrzał się jej uważnie. Uśmiechnął się drwiąco.

- Mnie się podoba, ale myślę, że powinien być odrobinę mniej wyzywający, bo Jay zaraz będzie zbierał szczękę z podłogi – mruknął mściwie.

Czarnoskrzydły zagotował się w środku, ale wiedział, że jego przyjaciel mówił prawdę. Do tego czuł piekielną zazdrość, że to nie dla niego tak się ubrała. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo dyrektorka rozesłała ich do pokoi i chcąc nie chcąc, zupełnie nieszczęśliwy, powędrował za Aną.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Pokój Emi był niewielki, ale bardzo przytulny. Białe meble były pomalowane w niebieskie kwiaty, a łóżko przykryte podobnie zdobioną narzutą. Pod jedną ze ścian stała szafa i duże lustro, pod drugą natomiast zgrabne biureczko i wygodne krzesło z wysokim oparciem. Nie były to przestronne, bogate komnaty Damiena, ale Emi bardzo lubiła swój maleńki pokój. Usiadła na łóżku tuż obok chłopaka, obdarzając go promiennym uśmiechem.

- Przywiozłem coś dla ciebie – mruknął uśmiechając się do niej leniwie.

Odgarnął dziewczynie włosy i delikatnie zapiął na jej szyi cieniutki łańcuszek z misternie wykonanym wisiorkiem w kształcie liścia. Emi przyjrzała się pięknemu przedmiotowi. Jej oczy zalśniły.

- Damien, jest śliczny – szepnęła wzruszona. – Dziękuję.

Położyła chłopakowi głowę na ramieniu, tuląc się do niego. Blondyn wplótł palce w jej włosy, przyciągnął do siebie dziewczynę i delikatnie pocałował. Odskoczyła od niego gwałtownie, szeroko otwierając z przerażenia oczy.

- Wiedziałem, że to nie będzie takie proste – westchnął, kładąc się bokiem na łóżku.

Głowę oparł na łokciu, przyglądał się skulonej postaci Emi.

- Damien, ja nie mogę... - zaczęła cicho - poza tym, przecież ty...

- Dla ciebie zrobię wyjątek – mruknął wpatrując się w nią uważnie. – Nie kochasz mnie? – spytał.

- Jesteś moim przyjacielem – jęknęła. – Kocham cię jak brata. Nic więcej nas nie łączy... Jay... Damien, on jest... - zdziwiła się jak trudno jej to powiedzieć. - To jego...

Gwałtownie usiadł. Przyciągnął ją do siebie. Położył rękę na jej ustach.

- Nic więcej już nie mów – rozkazał stanowczo. – Próbowałem, za wszelką cenę próbowałem – szepnął gorączkowo, tuląc ją do siebie. – Naprawdę, uwierz mi, ja też kocham Jaya, ale nic nie jestem w stanie na to poradzić! – w jego głosie pojawiła się nutka bólu i wściekłości.

Zabrał rękę z twarzy zdumionej dziewczyny. Wyjął z kieszeni złożoną starannie kartkę. Podał jej. Nosiła na sobie ślady wielokrotnego czytania. Odsunął się od niej i położył oparty na łokciu, obserwując ją uważnie. Jego twarz stała się obojętną maską, ale w oczach miał niemalże nieuchwytny, tajemniczy smutek.

Emi rozłożyła kartkę. Już po pierwszej linijce rozpoznała charakterystyczne pismo własnego ojca. Wyraz zdumienia na jej twarz zastąpiły ciekawość i konsternacja. Z każdą przeczytaną linijką jej oczy powiększały się coraz bardziej. Nie rozumiała. To był układ, pomiędzy jej rodzicami, a ojcem Damiena. Traktat pokojowy miał wiele warunków, a to o czym oni pisali, było właśnie jednym z nich. Emi spojrzała zszokowana na blondyna. List wypadł jej z ręki.

- Nie! – wyszeptała.

- Wiem, mnie też się to nie podoba – mruknął przewracając się na plecy. – Miałem nadzieję, że się we mnie zakochasz, wtedy nigdy nie musiałabyś o tym wiedzieć.

- Damien, ale jak? Dlaczego? – spytała niepewnie, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy.

- Chodź do mnie – westchnął, a ona położyła się przy nim. Objął ją ramieniem. – Widzisz, to bardzo proste... Niezbyt obiecująca, młoda czarodziejka, kompletnie bez talentu. – Jego słowa sprawiły jej przykrość. Spojrzała w jego głębokie, niebieskie oczy. – Nie patrz tak na mnie – mruknął – mówię ci jak oni to widzą, tylko my wiemy, że jest inaczej – uśmiechnął się do niej smutno. – W każdym razie niepotrzebna nikomu do niczego córka i nieposłuszny, krnąbrny syn, nad którym nie da się zapanować. Wymyślili idealny sposób, żeby się nas pozbyć, a na dodatek staliśmy się dzięki temu „przydatni".

- Na kiedy zaplanowali nasz ślub? – zapytała cichutko, tuląc się do niego mocniej.

- Ma odbyć się pod koniec lata – odpowiedział niechętnie.

- Doskonale, więc mamy przynajmniej cztery miesiące, żeby cos z tym zrobić – odezwała się buntowniczo.

Rozdział XIX

Damien był zły, ponieważ Emi nie rozumiała. Nie miała pojęcia jak wielką krzywdę robi Jayowi. Zbyt dobrze znał swojego przyjaciela. Gdyby dziewczyna po prostu go olała, nie byłoby z nim tak źle, ale jeżeli dowie się, że Emi zwyczajnie nie ma wyjścia i sama jest nieszczęśliwa... Damien nawet nie chciał myśleć o tym, jak będzie czuł się Jay. Nie zamierzał, po prostu nie mógł tego tak zostawić, nawet jeżeli Emi będzie miała go za to znienawidzić.

Chłopak podszedł do okna, przeciągnął się leniwie. Dziwnie było mieszkać w pałacu, w którym nie ma służby i wszystko trzeba robić samemu. Jeszcze bardziej niezwykłą rzeczą był fakt, że miał jeść we wspólnej jadalni, razem ze wszystkimi. Uśmiechnął się wyglądając na zewnątrz. Mimo zmiany otoczenia, Illi'andin nie porzucili swoich treningów. Walczyli teraz na placu, obserwowani przez stadko zachwyconych czarodziejek. Nie zdziwił się wcale, że to Jay wydaje rozkazy. Wychwycił też niechętne spojrzenia stojących pod zadaszoną częścią placu magów. Dla nich ciągle byli wrogami. Damien wiedział, że to, tak naprawdę jedyne słuszne podejście, zdawał sobie też jednak sprawę, że sojusz był i jest konieczny, dla obu ras.

Usiadł na łóżku, przy ciągle śpiącej Emi. Jej brązowe włosy rozsypały się po błękitnej poduszce, do której się przytulała. Wyglądała uroczo, jak mały, roztrzepany kociak. Mimo wszystko cieszył się, że to właśnie na nią wypadło. Nie był wcale pewien, jak długo inna dziewczyna pożyłaby w jego obecności. Gdyby tylko nie Jay... Czarodziejka otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do niego na powitanie. Naprawdę lubił ten jej dziecięcy, promienny uśmiech.

- Wyspałaś się? – zapytał uprzejmie, starając się by jego wypracowany głos brzmiał jednocześnie niedbale i uwodzicielsko.

- Aha – mruknęła przeciągając się i siadając. Zerknęła za okno. Spostrzegła trening Illi'andin. – Skoro nie chce, żebym była przy ich ćwiczeniach, to po jakie licho robi je pod moim oknem – westchnęła rozbrajająco.

- Zero konsekwencji – roześmiał się Damien. – Czemu Jay nie chciał, żebyś oglądała treningi?

- Stwierdził, że go rozpraszam – powiedziała skonsternowanym tonem dziewczyna, zawstydzona spuszczając wzrok. – Podobno przeze mnie obrywa...

Blondyn przełknął ślinę. Poczuł palącą zazdrość. Szybko przywołał na twarz wyuczony, leniwy, arogancki uśmiech.

- Czasem należało by mu się lanie – odpowiedział wesoło.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Pierwsze śniadanie Illi'andin w Białym Pałacu było wielkim wydarzeniem. Przyciągali uwagę całej szkoły. Emi zauważyła, że niektórzy czarodzieje patrzą na chłopaków z nieskrywaną nienawiścią. Jednym z nich był jej starszy brat Andre. W pewnym momencie napotkał wzrok Damiena. Zdziwiła się, gdy jego harde, odważne spojrzenie, natychmiast uciekło w inną stronę, jakby się czymś spłoszył. Blondyn uśmiechnął się z satysfakcją. Emi nie miała pojęcia, co jest pomiędzy nim, a jej bratem, ale miała zamiar się tego jak najszybciej dowiedzieć.

Dziewczyna siedziała jak na szpilkach. Tego ranka, tak naprawdę, czekała tylko na jedną osobę, a jego jak na złość nie było. W końcu pojawił się w sali jadalnej, kłócąc się o coś zażarcie z Aną. Emi, dużym wysiłkiem woli, odgoniła od siebie uczucie zazdrości. Bolało ją, że to właśnie Ana, a nie ona sama, spędzi z nim w Białym Pałacu, każdą wolną chwilę. Jay usiadł koło niej uśmiechając się szelmowsko. Miała ochotę go pocałować. Wiedziała, że nie może. Nie tutaj, nie na oczach brata. Poczuła przyjemny dreszcz, kiedy ich ramiona na chwilę się zetknęły. Tak bardzo potrzebowała jego bliskości! Szczerze liczyła na to, że uda im się wspólnie wymknąć do lasu. Chciała, choć przez chwilę, być sam na sam z Jayem.

- Jay, czemu nie chcesz się zgodzić? – zapytała płaczliwie, siedząca naprzeciwko Ana.

- Bo to bez sensu! – warknął na nią. – Nie i już!

- Na co nie chcesz się zgodzić? – zainteresowała się Emi.

- Ta idiotka wymyśliła, że będziemy trenować razem z „chętnymi" czarodziejami, pokazując im naszą sztukę walki – syknął wściekle.

- Wcale nie ja to wymyśliłam! – oznajmiła zdenerwowanym głosem Ana. – To chłopaki o to poprosili!

- Czemu uważasz, że to głupie, Jay? – zapytała cicho Emi.

Jego twardy wzrok odrobinę złagodniał, kiedy spojrzał na nią.

- Są za słabi, dostaną niezłego łupnia, a nam się za to oberwie - mruknął. – Poza tym nie powinno się zdradzać swoich technik przed wrogiem.

Ana spojrzała na niego zmieszana. Najwyraźniej ona nie usłyszała od niego takiego rzeczowego i prostego wyjaśnienia. Emi wzruszyła ramionami.

- W takim razie uprzedźcie ich na co się piszą – uśmiechnęła się do niego – i zróbcie to za zgodą któregoś z nauczycieli. W najgorszym wypadku to wy będziecie mieli rozrywkę.

Jay zazgrzytał zębami. Obrzucił teraz i ją wściekłym wzrokiem.

- Pomyślę nad tym – mruknął niezadowolony, że nie przyjęła jego strony.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Po śniadaniu rozpoczęły się zajęcia. Znacznie ciekawsze niż te w Czarnej Wieży. Opowiadali sobie nawzajem o swoich zwyczajach i kulturze, pokazywali co potrafią, a potem Illi'andin zwyczajnie uczestniczyli w zajęciach czarodziei. Po południu Emi wymknęła się do lasu. Jay już tam czekał. Uśmiechnął się do niej na powitanie, a ona po prostu wpadła mu w ramiona. Natychmiast ją od siebie odsunął. Spojrzała na niego pytająco.

- Nie lubię, kiedy tak pachniesz – powiedział cierpko.

- Jak? – nie zrozumiała dziewczyna.

- Nim – odpowiedział prosto. – Nawet nie wiesz jak jestem piekielnie zazdrosny – westchnął, przyciągając ją do siebie z powrotem.

Rozłożył czarne jak noc skrzydła i wzbił się w powietrze, tuląc dziewczynę w swoich ramionach. Po cudownym, jak na gust Emi, zdecydowanie zbyt krótkim, locie, znaleźli się na swojej polanie. Kiedy tylko ich stopy stanęły na miękkiej trawie, dziewczyna oplotła ramionami szyję Jaya. Pocałowała go w usta. Zachłannie odwzajemnił jej pocałunek. Zaborczym gestem przyciągnął czarodziejkę bliżej. Nie potrafili się od siebie oderwać. Nie chcieli. Przez krótką chwilę, wbrew temu, co ustalili z Damienem, Emi zamierzała mu o wszystkim powiedzieć. Jednak, kiedy tylko spojrzała w jego bursztynowe oczy, zmieniła zdanie. Załatwią to sami, nie ma potrzeby go niepokoić. Poza tym nie była pewna w jaki sposób mógłby zareagować.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Andre wpadł do pokoju swojej siostry jak oszalały. Był sam. Na wpół leżący na łóżku Damien obrzucił go niechętnym spojrzeniem. Czarodziej spurpurowiał na twarzy. Jego karmelowe oczy płonęły.

- Gdzie ona jest?! – warknął.

Blondyn uśmiechnął się leniwym, aroganckim uśmiechem.

- Jeżeli mówisz o Emi, to nie mam pojęcia – mruknął zupełnie spokojnie.

Jego głos był aksamitny i miękki. Brzmiał jak pieszczota.

- Widziałem jak wychodziła z tym, z tym... - Andre trząsł się ze złości.

- Pewnie masz na myśli mojego przyjaciela – Damien specjalnie podkreślił ostatnie słowo – Jaya? W takim razie na pewno są w lesie – stwierdził obojętnie.

- W puszczy?! – karmelowe oczy Andre się rozszerzyły. – Czemu ona tam ciągle chodzi? – spytał wzdychając. – Czy nie wie jakie to niebezpieczne?!

Wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Usiadł przy biurku Emi. Pochylił głowę wpatrując się we własne dłonie.

- Nie martw się o nią – mruknął ciągle beznamiętnym głosem Damien, odkładając na pościel, grzbietem do góry, czytaną właśnie książkę. – Z Jayem jej tam nic nie grozi, nie sądzę, żeby w tym lesie był groźniejszy drapieżnik niż on.

- To też mnie niepokoi – westchnął cierpiętniczo Andre. – Czy nie mógłbyś jej...

- Nie – uciął stanowczo blondyn.

- Tak myślałem, ale warto było spróbować – mruknął Andre, nie podnosząc wzroku ze swoich kolan. – Jesteś pewien tego swojego „przyjaciela"? – zapytał z obrzydzeniem niemal wypluwając ostatnie słowo.

Damien prychnął. Z trudem powstrzymał się od gorzkiego śmiechu.

- Jestem – oznajmił tylko w odpowiedzi.

Dopiero teraz Andre podniósł wzrok. Wstał. Spojrzał pełnymi bólu oczami na podpartego na łokciu chłopaka.

- Więc mam nadzieję, że się nie mylisz – powiedział sucho, odrobinę łamiącym się głosem, a potem gwałtownie otwierając drzwi, wyszedł z pokoju

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Pływali w jeziorze, tulili się do siebie, rozmawiali. Do późnej nocy leżeli na trawie wpatrując się w gwiazdy. Jay był absolutnie szczęśliwy. Niczego więcej w życiu nie potrzebował. Żałował, że nie mogą na stałe zamieszkać w lesie. Tylko on i Emi. Ta dziewczyna była spełnieniem jego marzeń. Jedyną osobą, poza Damienem, która znaczyła coś więcej dla chłopaka. Nie tylko ją kochał, ale czuł także, że łączy ich jakaś niesamowita, tajemnicza więź.

Odwrócił się na bok, podpierając głowę na łokciu. Czuł nieodpartą potrzebę popatrzenia na Emi. Wolał ją właśnie taką, w wybrudzonej trawą tunice, z potarganymi przez wiatr włosami. Nie lubił kiedy stroiła się dla Damiena. Wydawało mu się wtedy, że przyjaciel chce z niej zrobić bezwolną lalkę. Nigdy nie mógłby na to pozwolić. On sam chciał ją po prostu taką, jaka była. Teraz wyglądała na zamyśloną.

- Jay... - zaczęła nieśmiało – tak się zastanawiam... nie wiesz skąd można wziąć próbkę narkotyków które podają Damienowi?

Chłopak spojrzał na nią zaskoczony.

- Po co ci to? – spytał ostro.

- Jestem w tym dobra – szepnęła nie patrząc na niego. – Gdybym znała skład, może mogłabym jakoś zneutralizować ich działanie... W pałacowej szklarni, mamy sadzonki wszystkich ciekawych roślin z Dareshii i wiele więcej...

- Dobrze, przyniosę ci – oznajmił poważnie, odprężając się lekko. – W każdym razie warto spróbować – uśmiechnął się do niej łagodnie.

Spojrzała z czułością w jego bursztynowe oczy. Była pewna, że już zawsze będzie mogła na niego liczyć. Chłopak przygarnął ją do siebie, wtulając twarz w jej ciemnobrązowe włosy, a ona zasnęła, czując się zupełnie spokojna i bezpieczna, w jego ramionach.

Rozdział XX

Damiena coraz bardziej irytowało to, że Emi z Jayem każdego wieczora znikają w lesie. Do tego chłopak, jego zdaniem, zachowywał się jak wierny psiak. Chodził za czarodziejką dosłownie wszędzie, a na dodatek bez gadania spełniał jej życzenia. Z niesmakiem spojrzał na odbywający się na palcu trening. Illi'andin ćwiczący ramię w ramię z kilkoma odważniejszymi czarodziejami. To nie było normalne. Jeszcze bardziej zaskoczyło go to, że w całym tym żenującym przedstawieniu bierze udział Andre. Tego nigdy by się nie spodziewał.

Emi podeszła do okna przy którym stał. Damien przybrał na twarz zwyczajową maskę, ukrywając swoją irytację. Objął dziewczynę ramieniem. Trudno, będzie ją sobie musiał wychować. Na samą myśl uśmiechnął się pod nosem. Był pewien, że Emi może stać się idealna.

- Idziemy popatrzeć na dwór? – zapytał aksamitnym, kuszącym głosem.

- Obiecałam mu, pamiętasz? – obrzuciła go nieszczęśliwym spojrzeniem dziewczyna.

- Aha, ale to na oficjalnych treningach... ten tutaj zdecydowanie do takich nie należy – mruknął. – Nie chcesz zobaczyć co wyczynia twój brat? – spytał wskazując biegającą razem z innymi sylwetkę.

Emi bardzo chciała. W końcu dała się namówić Damienowi i razem wyszli na zamkowy plac, który teraz służył Illi'andin za miejsce do ćwiczeń.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Trening był bardzo forsowny, zarówno Illi'andin jak i czarodzieje dawali z siebie wszystko, ponieważ jedni chcieli popisać się przed drugimi. Andre należał do wysportowanych osób, ale nie mógł się równać, z codziennie trenującymi chłopakami Illi'andin. Zaciekle jednak walczył o swoją pozycję. Kątem oka zauważył swoją siostrę. Zazgrzytał zębami. Jak zwykle była w towarzystwie Damiena. Obejmował ją. Chciało mu się wyć. Czarnoskrzydły z którym walczył, też się na nich zagapił. Więc to był on... Andre postanowił wykorzystać swoją szansę, by choć raz drasnąć ćwiczebną bronią znacznie lepszego przeciwnika. Zdziwił się, jak łatwo mu się to udało. Illi'andin warknął. Ponownie skupił całą uwagę na swoim przeciwniku, nie dając już się więcej podejść.

Po forsownym treningu udali się na śniadanie. Andre bolały wszystkie mięśnie. Uznał, że ćwiczenia to okropnie zły pomysł, ale teraz już nie mógł się z nich wycofać. Był na to zbyt dumny. Poza tym nie zamierzał ośmieszyć się w oczach swojej siostry... i przede wszystkim w oczach Damiena.

Po drodze spotkał Roberta. Chłopak był tak samo zmarnowany jak on, miał jednak znacznie lepszy humor. Dołączyli do nich jeszcze trzej koledzy, którzy nie brali udziały w treningu. Zaczęli radośnie zachwalać odwagę przyjaciół. Nagle Andre przystanął, jak wmurowany w ziemię. Na korytarzu, samotnie, pod jedną ze ścian stał Damien. Blondyn nie zwracał na nich uwagi. Uporczywie wpatrywał się w okno. Robert trącił przyjaciela w ramię.

- Świetna okazja, żeby pokazać kto tu rządzi – mruknął z paskudnym uśmieszkiem.

Koledzy roześmieli się. Podeszli do samotnie stojącego przy oknie chłopaka Illi'andin. Dopiero wtedy odwrócił się. Spojrzał na nich obojętnie.

- Czego chcecie? – zapytał znudzony.

Andre dobrze znał tę wystudiowaną minę. Zbyt dobrze. W błękitnym oczach Damiena czaił się jednak niepokój. Zdawał sobie sprawę, że chłopak, jak dobry by w swojej sztuce nie był, z całą piątką nie ma najmniejszych szans.

- Oh, mamy zamiar się zabawić – oznajmił zadowolony z siebie Robert.

Blondyn przeczesał palcami przydługie włosy. Popatrzył na nich zimnym, niechętnym wzrokiem, który na chwilę dłużej zatrzymał się na karmelowych oczach Andre. Potem nagle wykonał ruch, zaczął wypowiadać słowa. Nie był jednak wojownikiem. Brakowało mu szybkości i siły walczących Illi'andin. Wyższy od niego i masywniejszy Robert przygniótł go do ściany. Zatkał mu dłonią usta. Dookoła chłopaka zaczęły pojawiać się czarne cienie, domena czarodzieja nocy. Reszta chłopaków podeszła bliżej. Na ich twarzach gościły drwiące, zadowolone z siebie uśmiechy. Andre wreszcie zdołał się poruszyć. Zacisnął pięści.

- Zostawcie go – powiedział rozkazującym głosem – jestem zmęczony i głodny. Idziemy na śniadanie.

- Wymiękasz? – zadrwił Robert. – Jeszcze nawet dobrze nie zaczęliśmy.

Skinął głową. Jeden ze stojących obok chłopaków kopnął trzymanego przez niego Damiena kolanem w brzuch. Blondyn zgiął się w pół. Robert przytrzymał go brutalnie nie pozwalając mu upaść. Nagle między nimi stanęła ściana ognia. Robert, chcąc nie chcąc, puścił chłopaka. Syknął z bólu odskakując. Ogien ogarnął Damiena, ale najwyraźniej go nie parzył. Koledzy spojrzeli niedowierzająco na Andre. Karmelowe oczy płonęły. Nie spojrzał na nich. Nie spojrzał też na blondyna. Odwrócił się i zaczął iść korytarzem.

- Ruszcie się – rzucił zza pleców. – Powiedziałem, że jestem głodny.

Zaskoczeni, nie mogąc uwierzyć w to co się stało, ruszyli za Andre w stronę jadalni. Dopiero kiedy zniknęli za rogiem, trawiący korytarz, magiczny ogień, zgasł.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Damien oparł się plecami o zimną ścianę, osuwając na podłogę. Z trudem oddychał. Bolał go brzuch, jego ciało nie przywykło do przemocy fizycznej. Do tego zdziwiło go zachowanie Andre. Po tym co mu zrobił... kto mógłby się spodziewać... Po dłuższej chwili wstał. Wyjrzał przez okno. Jaya i Emi już tam nie było. Zacisnął wargi w wąską, białą linię, na samo wspomnienie o tym, jak się obściskiwali, schowani w cieniu rozłożystego orzecha. Stracił cały apetyt. Powoli, z dumnie uniesioną głową, wrócił do pokoju. Położył się na łóżku dziewczyny. W powietrzu, jego własny zapach mieszał się z zapachem Emi i Jaya. Była to dziwna, pobudzająca zmysły mieszanka. Westchnął. Dłużej już nie mógł czekać. Musiał zrobić coś, żeby to wszystko się skończyło i wiedział, że zrobi to dzisiaj.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Ana z ponurą miną wracała z zajęć. Co ta dziewczyna w sobie takiego ma? Dlaczego wszyscy się tak bardzo nią interesują? Proste brązowe włosy miała zawsze w nieładzie, karmelowe oczy były zbyt duże, a jej twarz była niemal twarzą dziecka. Dlaczego ona? Ana całą sobą nienawidziła Emi. Była o nią tak cholernie zazdrosna! Jednocześnie miała z tego powodu wyrzuty sumienia, bo przecież dziewczyna nigdy nic złego jej nie zrobiła, a wręcz przeciwnie, mimo, że trochę dziwna, zawsze była dla niej miła i pomocna. Teraz, kolejny wieczór z rzędu, zniknęła zaraz po zajęciach, w towarzystwie Jaya. Chłopak był w nią zapatrzony jakby była gwiazdą. Dla Any, to że ją tak traktował, było nie do zniesienia. No i jeszcze Damien... Cudowny, przystojny, o głębokich niebieskich oczach i jasnych, układających się w coś, co można było określić jedynie mianem artystycznego nieładu, włosach. On także wydawał się biegać za Emi. Może nie aż tak jawnie i w nachalny sposób, jak Jay, ale jednak... Czy ta dziewczyna nie mogła między nimi wybrać?! Musiała mieć ich obu?

- Cześć – usłyszała tuż za plecami, miękki, aksamitny tenor. Ten głos... w jej głowie rozbrzmiewał jak najczulsza pieszczota. – Jesteś zajęta? – spytał delikatnie.

- Nie, czemu pytasz? – nawet gdyby była, nigdy w życiu by się do tego nie przyznała, nie w takiej chwili.

Ana nie była jakąś niesamowitą pięknością, ale niczego jej nie brakowało. Głęboko też wierzyła we własną urodę i osobowość. Uważała się za niepowtarzalną i wyjątkową. Dziwne więc było dla niej, kiedy jakiś chłopak uparcie jej nie chciał, a nie w momencie kiedy wyraził zainteresowanie. Podszedł bliżej. Niewinnym gestem dotknął jej ramienia. Przez całe ciało dziewczyny przeszedł przyjemny dreszcz. Poczuła jak jej oddech przyspiesza.

- Nudzę się – mruknął uśmiechając się do niej kusząco. – Może spędzimy trochę czasu razem?

Dziewczyna zatrzepotała długimi rzęsami, oszołomiona jego uwodzicielskim uśmiechem. Niedbale objął ją ramieniem.

- Chodźmy do mojego pokoju – zaproponowała odrobinę zbyt szybko, bojąc się, że to tylko sen i, że zaraz się z niego obudzi.

On jednak najwyraźniej tego nie zauważył, albo udawał, że nie widzi.

- Prowadź – mruknął.

Wydawał się być z jej propozycji naprawdę zadowolony. Przeszli długim korytarzem Białego Pałacu, do sypialni czarodziejek. Ana otworzyła pomalowane na biało drzwi i zaprosiła chłopaka do środka. Usiadł na gładko zaścielonym łóżku. Przeczesał palcami jasne włosy. Spojrzał na nią uśmiechając się leniwie. Dziewczyna pragnęła zatonąć w tych głębokich, niebieskich oczach.

- Na co masz ochotę? – zapytała błagając w duchu o jakiś genialny pomysł, ostatnim czego chciała, to okazać się nudną.

- Jeszcze nie wiem – mruknął. – Może koło mnie usiądziesz? – zaproponował.

Ana posłuchała. Jej serce biło jak oszalałe. Delikatnie odgarnął z policzka włosy dziewczyny. Przysunęła się do niego bliżej. Jego twarz znalazła się przy jej twarzy, usta przy jego ustach. Pocałował ją, a ona poczuła, że się rozpływa. Nigdy jeszcze nie przeżyła niczego tak cudownego! Delikatnie zaczął zsuwać z jej ramion obcisłą bluzeczkę. Nie protestowała. Chciała, żeby ją rozebrał. Pragnęła być jego. Dalej nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Całował ją delikatnie i leniwie. Usiadła mu na kolanach. Ramionami oplotła szyję chłopaka. Tak! Wszystko w niej chciało śpiewać. Położył ją na łóżku, na idealnie wygładzonej, fiołkowej narzucie. Pochylił się nad nią i znów zaczął całować. Dłońmi sięgnęła do jego eleganckiej koszuli. Zaczęła rozpinać guziki. Podniósł się odrobinę, powoli od niej odsunął. Nie potrafiła powstrzymać cichego jęknięcia. Wracaj tutaj! – miała ochotę wykrzyczeć rozkazująco.

- To chcesz dzisiaj robić? – spytał przyglądając się jej uważnie.

- Tak – powiedziała, a zabrzmiało to natarczywie, błagalnie.

- Ja chyba mam inne plany – mruknął uśmiechając się arogancko. – Giń – rozkazał cicho, wyobrażając sobie w myślach, jak czyjeś silne ręce, bez trudu przetrącają kark bezbronnej dziewczyny.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Damien z niechęcią pochylił się nad ciałem martwej czarodziejki. Rozerwał zsuniętą z jej ramiona bluzkę. Potem zabrał się za resztę ubrania, dokańczając dzieła zniszczenia. Przy pomocy magii usunął z komnaty swój specyficzny zapach. Skorzystał z przylegającej do pokoju łazienki, żeby starannie umyć ręce. Dotykanie tej dziewczyny napawało go obrzydzeniem, starał się jednak wmówić sobie, że było naprawdę konieczne. Jeszcze tylko kilka drobnych szczegółów i może spokojnie czekać na efekty swojego przedsięwzięcia. Póki co, wszystko szło zgodnie z planem.

Rozdział XXI

W powietrzu czuć było zbliżające się lato. Poranek zapowiadał piękny, ciepły dzień. Emi uśmiechnięta wracała z lasu. Chwilami było tak cudownie! Żałowała, że niedługo miną te dwa tygodnie, które chłopcy Illi'andin spędzali w Białym Pałacu. Jay popędził wcześniej, bo nie mógł znieść widoku „swojej dziewczyny" bawiącej się z wielkim, włochatym pająkiem, jakby był małym psiakiem. Czarnoskrzydły dotrzymał danej jej obietnicy i kilka dni wcześniej, wykradł z Czarnej Wieży podawane w ramach kary narkotyki. Emi męczyła się po zajęciach, w tajemnicy przed wszystkimi rozpracowując ich skład. Po jednej z lekcji zielarstwa, przyłapała ją Annani, starsza, przygarbiona nauczycielka, o łagodnych oczach dobrej babci. Zamiast przegonić natrętną dziewczynę zaproponowała jej pomoc. Teraz praca szła znacznie szybciej i czarodziejka była pewna, że sobie z nią poradzi.

Na dzielących Czarną Wieżę i Biały Pałac błoniach panowało straszne zamieszanie. Emi przystanęła zaskoczona. Nie miała pojęcia co się dzieje. Czarodzieje rozmawiali przyciszonymi głosami. Illi'andin rzucali złowrogie spojrzenia w kierunku ludzi. Panowała złowieszcza, nieprzyjazna atmosfera. Dziewczyna wzrokiem odnalazła brata. Podeszła do niego szybkim krokiem. W pewnym jednak momencie zatrzymała się jak wmurowana. Andre rozmawiał z Damienem, a raczej wyglądało, że na niego wrzeszczał.

- To mogła być Emi! On mógł to zrobić mojej siostrze! – krzyczał patrząc oskarżycielsko na szczupłą sylwetkę arystokraty.

- Nie, nie mógł – odpowiedział spokojnie blondyn. – Emi nic nigdy z jego strony nie groziło.

- Skąd masz pewność?! – warknął Andre. – Najwyraźniej niewiele widziałeś na temat swojego „przyjaciela"! – wypluł ostatnie słowo. – Zgwałcił ją, zanim przetrącił jej kark! Rozumiesz to?! Zgwałcił ją!

- O co chodzi? – spytała Emi podchodząc do nich wolno.

Obydwaj spuścili wzrok. Patrzyli w ziemię. Żaden z nich nie chciał jej odpowiedzieć.

- Ana nie żyje – mruknął w końcu cicho Damien.

- Co?! – wykrzyknęła czarodziejka niedowierzająco. – Jak to?

- Zabił ją twój czarnoskrzydły, z którym włóczysz się po nocach – syknął na nią wściekłym głosem Andre.

Emi odsunęła się od niego. Pokręciła głową, jakby chciała zaprzeczyć przerażającym, obłudnym słowom brata.

- Nie! – wyszeptała. – Damien, on nie mówi poważnie, prawda? – zwróciła się do blondyna, patrząc na niego błagalnie. - Co to za dziwna gra? Nie chcę brać w niej udziału!

- Emi – powiedział cicho chłopak, podchodząc do niej. Położył dłonie na jej ramionach. Patrzył jej w oczy. – Jedynym zapachem zarówno w pokoju jak i na jej ciele był zapach Jaya... Sama wiesz, jaki bywa porywczy, kiedy się zdenerwuje. Ciągle się o coś kłócili z Aną... Poza tym może czegoś potrzebował... Czegoś, czego nie chciałaś mu dać... Mógł się bać, że nie wytrzyma i zrobi ci krzywdę...

Dziewczyna spojrzała na niego lodowatym wzrokiem. Odsunęła się.

- Chyba sam nie wierzysz w to co mówisz – szepnęła. – Damien, on nie...

Andre znalazł się przy niej. Zmusił siostrę, żeby popatrzyła w jego stronę.

- Ten chłopak cię okłamywał, Emi, we wszystkim! – powiedział stanowczo. – Dodatkowo zabił niewinną dziewczynę, bo taki miał kaprys. Zostanie odpowiednio ukarany, zapomnij o nim. Tak będzie lepiej.

- Ukarany? – spytała niepewnie dziewczyna.

Damien także spojrzał pytająco na Andre. W świecie Illi'andin nie było kar za spowodowanie śmierci. Jedyne co mogło, co powinno, grozić Jayowi, to chłosta za nieposłuszeństwo.

- Hanna Rosenberg osobiście stawiła się w Czarnej Wieży, żądając sprawiedliwości. Ogłoszono, że publicznie dostanie 50 razów, a potem przez czterdzieści osiem godzin będzie dostawał narkotyk, taki sam jakim każą arystokrację – tu wymownie spojrzał na Damiena. – Kiedy będzie już po wszystkim, czarnoskrzydły nie zostanie dłużej w szkole, odeślą go na dalsze szkolenie, do jednego z odleglejszych garnizonów.

Blondyn zachwiał się na nogach. Przecząco pokręcił głową.

- To niemożliwe! – jęknął, jakby jego słowa mogły cokolwiek zmienić.

Emi wpatrywała się w brata rozszerzonymi ze zdumienia i strachu oczami. Nie Jay! Tylko nie Jay! To nie działo się naprawdę! To musiał być jakiś koszmarny, aż nazbyt realny sen.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Andre nie odstępował Emi na krok, w przeciwieństwie do Damiena, który po ich rozmowie, natychmiast gdzieś zniknął. Dla dziewczyny cały świat jakby przestał istnieć. Czy Jay naprawdę mógł to zrobić? Wszystkie dowody wskazywały na to, że tak... Ale dlaczego, przecież on... Nie wątpiła w to, że potrafiłby zabić człowieka, był jak każdy inny drapieżnik, do tej pory, szczerze jednak wierzyła, że nigdy nie mógłby zrobić tego bez powodu. Do tego, to co zrobiono z ciałem Any, przekraczało wszelkie granice.

Koło południa Emi poszła na arenę. Wyglądało na to, że na błonia wylała się tego dnia cała szkoła. Andre stanął za nią, gotowy walczyć z każdym kto śmiałby zaczepić jego siostrę. Obawiał się, że będą ją kojarzyć z czarnoskrzydłym, z mordercą i gwałcicielem. Dziewczyna stała przy murze, przypatrując się otępiała, jak Jaya wyprowadzają na plac. Chłopak stał spokojnie, jednak Emi dostrzegła, że ma zaciekły wyraz twarzy. Jego oczy płonęły, wargi zacisnął w wąską, białą linię. Coś go wyraźnie złościło. W pewnym momencie podniósł głowę, spojrzał na nią. Ich oczy się spotkały. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jay wyrwał się strażnikom Illi'andin. Wzbił się w powietrze. W jednej chwili znalazł się przed nią. Stanął na ziemi. Złożył skrzydła. Emi spojrzała na niego przestraszonym wzrokiem. W oczach chłopaka była bezdenna rozpacz.

- Emi, nie zrobiłem tego – powiedział cicho, błagalnie. – Proszę, uwierz mi. Nic innego nie ma znaczenia, tylko to, żebyś ty mi uwierzyła.

- Jay... - zaczęła cicho, ale zasłonił ją sobą Andre.

Wyzywająco patrzył w bursztynowe oczy chłopaka.

- Odczep się od mojej siostry – wycedził słowa przez zęby.

Czarnoskrzydły nic więcej nie zdążył powiedzieć. Pochwycili go strażnicy. Poddał się bez żadnej walki. Emi bezradnie patrzyła jak zabierają go z powrotem na arenę, jak przywiązują do pręgierza. Jak wymierzają bolesne razy. Całą sobą zapragnęła znaleźć się zupełnie gdzie indziej. Nie mogła zapomnieć nocy spędzonej w lesie. Tak jak każdej poprzedniej, spędzonej u boku Jaya.

Rozdział XXII

W pokoju panował półmrok. Zaszło już słońce, a on nie zamierzał się pofatygować, o to, żeby zapalić światło. Dlaczego był takim idiotą? Czemu nie wziął tego pod uwagę? Siedział skulony na podłodze, pod ścianą. Tym razem nie obchodziło go nawet to, że brudzi i gniecie ubranie. Jay... Co oni mu zrobią? To wszystko tylko i wyłącznie jego wina, a ten fakt przerażał go jeszcze bardziej.

Ktoś wszedł do pokoju. Damien nawet nie podniósł głowy, ale i tak wszędzie rozpoznałby ten kuszący, przyjemny zapach. Emi nic nie powiedziała. Podeszła do niego wolniutko. Usiadła przy chłopaku, kładąc mu głowę na ramieniu. Damien bez zastanowienia objął dziewczynę. W jej karmelowych oczach błyszczały łzy. Według planu, Jay miał zostać odwołany z Białego Pałacu i umieszczony na powrót w Czarnej Wieży, Emi miała go znienawidzić, a on sam planował ją pocieszać. W najgorszych nawet myślach, nie spodziewał się, że to dziewczyna, będzie musiała pocieszać jego.

- Damien, nic mu nie będzie, prawda? – spytała cichutko.

Zaskoczony podniósł wzrok. Nie spodziewał się, że ona martwi się o to samo co on. Nie takie były jego założenia. Teraz jednak nie potrafił nad sobą zapanować.

- Oni podali mu czarny, Emi! Czarny, rozumiesz? Chcą mu go podawać przed dwie doby! Wiesz co on robi? – dziewczyna przecząco pokręciła głową. Patrzyła na niego szeroko otwartymi, karmelowymi oczami. – Dostałem go raz i nigdy więcej nie chcę! Sprawia, że ciało wszystko odczuwa tysiące razy bardziej – odpowiedział ponuro. - Zimno, gorąco, najlżejszy szept jest wtedy dla ciebie jak krzyk, a ból... Emi, po tych razach dzisiaj na placu, on tego zwyczajnie nie przeżyje!

Dziewczyna cała się trzęsła. Łzy spływały po jej bladych, porcelanowych policzkach. Spojrzała Damienowi w oczy.

- Musimy coś zrobić – oznajmiła gorączkowo. – Pomóż mi, proszę...

Blondyn roześmiał się gorzko odrzucając głowę do tyłu.

- Co niby mamy zrobić?! – warknął na nią, nie panując nad sobą. – Nawet jeżeli udałoby mi się go stamtąd zabrać, on umrze, jeżeli znajdzie się na zewnątrz. Narkotyk go zwyczajnie zabije! Nic się nie da zrobić! Po prostu nic, to już koniec, Emi.

Dziewczyna wstała. Drobne dłonie zacisnęła z całej siły w pięści, tak, że aż zbielały jej kłykcie. W karmelowych oczach płonął ogień.

- A co, gdyby nie działał? Zabrałbyś go stamtąd? – zapytała cicho, poważnym głosem.

- Gdybym widział jakąkolwiek szansę, spróbowałbym – oznajmił twardo Damien. – Nawet, gdyby znaczyło to, że sam przy tym zginę.

- Doskonale – powiedziała podchodząc do drzwi. – W takim razie spotkamy się za godzinę pod szkołą. Przygotuję antidotum – oznajmiła niemal wybiegając na korytarz.

Blondyn wpatrywał się w zamykające się za dziewczyną drzwi. Skąd? Jak? To co mówiła nie miało najmniejszego sensu, ale w zamarzniętym do tej pory sercu Damiena, pojawiła się cicha, rozpaczliwa nutka nadziei.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Zbliżała się północ. Emi siedziała po środku, rozjaśnionej światłem księżyców polany, skupiając się na tym, żeby utrzymać magiczne połączenie pomiędzy sobą, a Damienem. Plan był prosty. Chłopak miał dotrzeć do Jaya, podać mu antidotum, a potem przetransportować go tutaj. Problem leżał w tym, że milion rzeczy mogło się nie udać. Emi nawet nie chciała myśleć o tym, co wtedy się stanie.

Powietrze zadrżało. Poczuła jak stworzony ich wspólnymi siłami portal uchyla się lekko. Chwilę później na trawie, kilka metrów przy niej, leżał nieprzytomny Jay. Obok czarnoskrzydłego klęczał na wpół przytomny ze zmęczenia Damien.

- Co się stało? – spytała zaniepokojona dziewczyna.

- Musiałem uleczyć jego plecy – mruknął. – To wyczerpało moje siły. Dobrze, że byłaś ze mną – westchnął.

Emi przysunęła się do leżącego na trawie Jaya. Położyła sobie jego głowę na kolanach. Delikatnie odgarnęła mu z czoła posklejane włosy. Nawet nie chciała myśleć, przez co musiał przejść czarnoskrzydły.

- Wszystko z nim w porządku? – zapytała cichutko Damiena.

- Nie wiem - westchnął blondyn podchodząc do nich. – Zobaczymy jak się obudzi. Nie mam tylko pojęcia co dalej – mruknął cicho. – Wiesz, że muszę tam wrócić...

Emi niechętnie skinęła głową. Nie odrywała wzroku od pobladłej, zmarnowanej twarzy Jaya.

- Wrócimy – powiedziała cichutko. – Obydwoje. Potem ułożymy jakiś plan.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Damien chodził niespokojnie w kółko, podczas gdy Emi siedziała na trawie, delikatnie głaszcząc włosy Jaya. Z nadzieją i trwogą czekali, aż chłopak się obudzi. W końcu, po prawie godzinie, otworzył bursztynowe oczy. Odbijało się w nich jasne światło księżyca, ale było tam coś jeszcze... coś przerażającego. Czarnoskrzydły jednym, płynnym ruchem zerwał się z ziemi. Ostrzegawczo warkną na wpatrującą się w niego dziewczynę. Emi ani drgnęła. Jay z niesamowitą prędkością znalazł się przy Damienie. Powalił go na trawę.

- Zwariowałeś?! – warknął na niego blondyn.

Czarnoskrzydły rzucił mu się do gardła. Chłopak z trudem trzymał go z daleka od siebie. Gdyby Jay myślał logicznie, Damien nie miałby z nim w fizycznej walce, najmniejszych nawet szans.

- Jay, przestań – jęknęła błagalnie Emi. Czarnoskrzydły odwrócił wzrok. Spojrzał na nią wrogo. – Chodź do mnie – poprosiła łagodnym tonem, wyciągając do niego ręce. Z ust chłopaka wydobył się zwierzęcy warkot. Patrzył to na nią to na Damiena. Wyraźnie się wahał. – Jay... - poprosiła cicho. Chłopak wstał, niechętnie, jak skarcony psiak, podszedł do niej. – Damien podejdź do linii drzew, tylko powoli – poprosiła cicho, tym samym łagodnym tonem. – To jego terytorium. On działa instynktownie.

Blondyn niechętnie posłuchał. Stanął na skraju lasu.

- Świetnie – mruknął Damien, obrzucając ponurym spojrzeniem Jaya, który przykucnął w gotowej do ataku pozycji, zasłaniając sobą Emi. – Dlaczego ty możesz tam być, a ja nie? – zapytał cierpkim tonem.

- Chyba uznał, że jesteś jego rywalem – odpowiedziała spokojnie dziewczyna. Spojrzała błagalnie na chłopaka. – Damien co się z nim dzieje? On nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jest, czuję w nim tylko drapieżnika...

- Emi... - westchnął blondyn, pokręcił głową, odganiając od siebie ponure myśli – ten narkotyk... wydaje mi się, że jego umysł nie potrafił sobie poradzić z takim bólem...

Dziewczyna poruszyła się odrobinę. Czujne oczy Jaya natychmiast spojrzały na nią. Wyciągnęła rękę. Delikatnie dotknęła jego odsłoniętego ramienia. Potem pogładziła go po szorstkim policzku. Zamruczał. Przysunął się do niej bliżej.

- Musimy coś zrobić – szepnęła.

- Nie mam pojęcia co – powiedział Damien stanowczo, zagryzając zęby – ale coś wymyślę.

Emi skinęła głową. W jej oczach zalśniły łzy. Oplotła ramionami szyję Jaya, przytulając się do niego mocno. Zaskoczony wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem przygarnął do siebie opiekuńczym gestem.

- Wróć do mnie proszę – wyszeptała cichutko, załamującym się głosem. – Kocham cię Jay, nie możesz mnie tak zostawić. Błagam cię, wróć.

Rozdział XXIII

Damien szedł szybkim krokiem, szerokim korytarzem Białego Pałacu. Musiał tu wrócić. Potrzebował kolejnej dawki narkotyku i wiedział doskonale, że nie poradzi sobie bez następnych. Niechętnie zostawił Emi i Jaya samych w lesie. Piekielnie się o nich bał. O to, że jego przyjaciel może nieświadomie skrzywdzić dziewczynę, o to, że jakieś stworzenie może skrzywdzić jego, ale przede wszystkim obawiał się tropicieli, którzy z pewnością zostaną wysłani na poszukiwanie czarnoskrzydłego.

Ktoś zagrodził mu drogę. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył górującą nad sobą postać Andre. Brat Emi patrzył na niego wściekłym wzrokiem.

- On uciekł i nie uwierzę, że nie miałeś z tym nic wspólnego! – warknął. – Gdzie ona jest?! Gdzie moja siostra?! – pytał rozgniewanym głosem.

Damien próbował go zignorować, po prostu wymijając, Andre jednak nie dał się zbyć tak łatwo. Chwycił chłopaka za ramiona i popchnął go na ścianę. Blondyn syknął z bólu. Potem, na jego twarzy pojawił się leniwy, arogancki uśmiech.

- No dalej, pokaż na co cię stać – mruknął uwodzicielskim, aksamitnym głosem.

Andre odskoczył jak oparzony. Niechętnie, z obrzydzeniem i pogardą spojrzał na Damiena. Potem, jakby uszło z niego powietrze.

- Gdzie jest Emi? – zapytał cicho, niemal błagalnie. – Czy nic jej nie jest?

Illi'andin westchnął. Spojrzenie jego błękitnych oczu spotkało się z karmelowymi tęczówkami Andre.

- Nie tutaj – powiedział stanowczo. – Jeżeli chcesz porozmawiać, to chodźmy gdzieś indziej. W bardziej odosobnione miejsce - zaznaczył.

Brat Emi rozejrzał się po korytarzu. Byli na nim sami. Niechętnie skinął głową i ruszył w kierunku własnego pokoju, a Damien, z bardzo mieszanymi uczuciami powlókł się za nim.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Damien półleżał rozwalony na wygodnym, drewnianym łóżku. Znudzonym wzrokiem wodził za chodzącym niespokojnie, po własnym pokoju, Andre. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Przez spędzone z ojcem lata wyćwiczył to w sobie do perfekcji, w środku jednak wszystko się w nim kotłowało.

- Chcesz powiedzieć, że zostawiłeś moją siostrę sam na sam z mordercą?! – wrzasnął na niego Andre.

- On tego nie zrobił – powiedział cichym, spokojnym głosem Damien.

- Nie zabił jej? – syknął brunet. – Skąd masz pewność? Wszystkie dowody wskazują przeciwko niemu! To, że to twój „kochaś" raczej do mnie nie przemawia... Może mu się znudziłeś i chciał spróbować dziewczyny, tylko trochę go poniosło?

Damien prychnął rozbawiony. Do tej pory sam chciał, żeby Andre tak właśnie myślał, ale teraz, przytłoczył go czarny humor zaistniałej sytuacji. Zdecydował postawić wszystko na jedną kartę. Nie obchodziło go co myśli o nim Andre, poza tym był przekonany, że chłopak nigdy w życiu nie skrzywdzi swojej siostry.

- Jay to stuprocentowy hetero – oznajmił przypatrując się uważnie reakcji czarodzieja – który na domiar złego kocha twoją siostrę.

- Przecież mówiłeś, że jest twoim przyjacielem... - zawahał się Andre.

- Bo jest – odparł z prostotą Damien – ale nie koniecznie musi o mnie wszystko wiedzieć – westchnął.

- Tak czy inaczej to nie daje mu żadnego alibi! Co jeżeli skrzywdzi Emi? – zapytał czarodziej odwracając wzrok od blondyna.

Nerwowo splótł przed sobą ręce. Wyjrzał przez okno. Wyglądało na to, że robi wszystko, byleby tylko nie musieć patrzeć na wyciągniętego na jego łóżku Illi'andin.

- Nie skrzywdzi – powiedział uspokajająco Damien. – I to nie on zabił Anę.

- Skoro nie on, to kto?! – warknął Andre, gwałtownie odwracając się od okna.

Blondyn spojrzał mu prosto w oczy. Jego twarz była nieprzeniknioną maską. Po chwili milczenia, uśmiechnął się drapieżnym, aroganckim uśmiechem.

- Ja – oznajmił ze stoickim spokojem, nie spuszczając wzroku z karmelowych oczu Andre.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Zaczynało świtać. Emi leżała na wilgotnym od rosy kocu. Tuż obok niej spał Jay. Czarnoskrzydły oddychał spokojnie i miarowo, ale dziewczyna była pewna, że zbudziłby się na nawet najcichszy, niepokojący odgłos. Obiecała Damienowi, że rankiem wróci do szkoły, ale nie chciała jeszcze wstawać. Poza tym nie była pewna, jak na jej odejście zareaguje Jay. Rozczesała palcami jego splątane, nieco przydługie włosy. Przytuliła się do pleców chłopaka. Była przekonana, że on wiedziałby co zrobić w tej sytuacji.

Spędziła dłuższą chwilę, po prostu wpatrując się w niego. Nie był taki cudownie, oszałamiająco przystojny jak Damien. Było w nim raczej coś dzikiego, groźnego, ale jednocześnie przyciągającego uwagę Emi. Pochyliła się nad nim. Dłonią musnęła policzek chłopaka. Pocałowała go delikatnie w usta. Otworzył oczy, spojrzał na nią. Czarodziejce przez chwilę wydawało się, że widzi błysk zrozumienia w bursztynowych oczach, ale potem czarnoskrzydły wstał, ziewnął leniwie odsuwając ją od siebie, rozłożył czarne jak noc skrzydła i wzbił się w powietrze zapewne, aby zapolować. Dziewczyna jeszcze przez chwilę siedziała na kocu, a potem, niechętnie ruszyła w kierunku szkoły, ufając, że czary których użył na Jayu, Damien nie pozwolą chłopakowi podążyć za nią.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Andre zakręciło się w głowie od zasłyszanych informacji. Śmierć czarodziejki, to, że ją zamordowano, nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Ogarnął go jeszcze większy strach. Teraz nie bał się już tylko o Emi, ale także o to, co stanie się z Damienem, jeżeli o jego czynie dowie się ktokolwiek z zewnątrz. Całą duszą, wszystkimi myślami, pragnął nienawidzić Damiena i całym sobą zwyczajnie nie potrafił. Poczuł jak zalewa go fala złości.

- Idiota! Kretyn! – rzucił się na łóżko, potrząsając leżącym na nim chłopakiem. – Czemu to zrobiłeś?! Miałeś przynajmniej jakiś motyw czy była to po prostu kolejna z twoich chorych zabaw?!

- Przestań – rozkazał Damien, odsuwając się od niego. – Zabić Anę, tak, żeby wszyscy myśleli, że zrobił to Jay, wydawało mi się doskonałym pomysłem. W każdym razie najlepszym jaki przyszedł mi do głowy – oznajmił. – Jay miał zostać odwołany do Czarnej Wieży, Emi miała go znienawidzić, a Ana i tak była już martwa, ponieważ z tego co wiem, na wrzesień zaplanowano jej ślub z Jonathanem Brownem, a każdy wie, że to sadysta. Długo by charakteru tej dziewczyny nie wytrzymał. – Damien na chwilę przymknął oczy. – Nie przewidziałem tylko konsekwencji. Nie sądziłem, że w ten sposób go potraktują. Schrzaniłem sprawę, a sam problem w żaden sposób się nie rozwiązał.

Andre opadł na łóżko, wpatrując się w sufit. Wyglądał na zrezygnowanego.

- Skoro Jay to hetero, czemu aż tak bardzo zależy ci na tym, żeby ich rozdzielić? – spytał niechętnie.

- Ponieważ miałem dosyć tej chorej sytuacji – mruknął Damien. – Nasi rodzice postanowili, że pod koniec lata mam wziąć ślub z Emily. Jay od zawsze miał zostać kapitanem straży w moim domu. Nie chciałem patrzeć jak z dnia na dzień coraz bardziej cierpi. On naprawdę ją kocha – westchnął cicho – a ja kocham jego – dodał prawie niedosłyszalnym szeptem.

- Ale jak to? – spytał niedowierzająco Andre. – Przecież twój ojciec wie o twojej orientacji... Jak mógł zaplanować twój ślub z Emi?

Damien popatrzył na niego delikatnie rozbawiony.

- Tym większą sprawiło mu to przyjemność – powiedział, jakby wyjaśniał oczywistą rzecz dziecku – a ja, jak zawsze, nie mam możliwości się nie zgodzić.

Rozdział XXIV

Kiedy Emi wracała do szkoły, zobaczyła jak las przeszukują po prostu całe oddziały. Widziała latających nad drzewami Illi'andin. Zadrżała. Błagała w myślach, żeby ich czary zadziałały. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co zrobią z chłopakiem, jeżeli go znajdą. Wiedziała, że pomogłaby mu nawet, jeżeli to on zamordował Anę, chociaż szczerze nie chciała w to wierzyć. Gdyby Jay chciał fizycznych zbliżeń, tak jak mówił Damien, po prostu poderwałby sobie jakąś ślicznotkę, udowodnił już, że potrafi. Takie bezsensowne zabójstwo kompletnie nie miało sensu, nie pasowało do niego, za czym idzie, ktoś chciał go wrobić. Tylko dlaczego?

Dziewczyna przeszła przez lśniący bielą, kamienny most. Wróciła do szkoły, tak jak obiecała Damienowi, ale wiedziała, że nie zostanie tu długo. Musieli uciekać. Przebywanie w puszczy, tak blisko szkoły, było dla Jaya zbyt niebezpieczne. Rozumiała dlaczego Damien musi zostać. Wiedziała, że jeżeli go zmuszą, to prędzej czy później opowie co się z nią stało, jednak miała nadzieję, że ona i Jay, dotrą już w tym czasie wystarczająco daleko.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Damien podniósł wzrok znad czytanej książki, gdy tylko Emi weszła do pokoju. Jego leniwie wyciągnięta na łóżku postać stała się spięta i nerwowa.

- Co z nim? – zapytał bez zbędnych wstępów.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

- Wyspał się, a potem poleciał polować – mruknęła. – Zostawiłam go tam i wróciłam do pałacu. Martwię się – westchnęła siadając przy chłopaku.

Blondyn usiadł. Objął ją ramieniem.

- Wszystko będzie dobrze – powiedział, jakby starał się sam siebie o tym przekonać.

Emi uśmiechnęła się leciutko. W tym momencie nie pragnęła niczego innego, jak tylko wrócić do lasu, tam gdzie był Jay. Wiedziała, że nic nie będzie w porządku, dopóki go nie zobaczy.

- Damien, ja nie mogę tu zostać – powiedziała cicho. – On też nie może. Szukają go całe oddziały.

Chłopak skinął głową.

- Jay nie może, ale ty zostaniesz – powiedział chłodno. – Zabiorę go do zamku w Dorfen, mój ojciec się nim zajmie. Rada się na to zgodzi, ponieważ nie będzie miała wyjścia, a Jay dostanie narkotyki, tak na wszelki wypadek.

Karmelowe oczy Emi rozszerzyły się ze zdumienia i niedowierzania.

- Damien, ty chcesz mu zrobić to co oni zrobili tobie? – zapytała przerażona. – Chcesz go uwiązać jak psa na łańcuchu?

- Lepiej to, niż żeby go zabili – warknął rozeźlony jej słowami chłopak.

Emi wstała. Przecząco pokręciła głową.

- Sądzę, że Jay wolałby zginąć, niż się na to zgodzić – powiedziała odwracając się od Damiena i wybiegając z pokoju.

Chłopak z powrotem opadł na łóżku. Nikt nie powiedział, że życie będzie usłane różami i łatwe.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Kiedy tylko Damien opuścił jej pokój, Emi wróciła, żeby się spakować. Wrzuciła trochę rzeczy do płóciennego plecaka i przewiesiła przez ramię sztruksową torbę. Będzie musiało wystarczyć. Jeżeli nie mogła liczyć na Damiena, trudno, poradzi sobie sama. Jeszcze nigdy nie czuła tak wielkiej determinacji, jak w tym momencie.

Jeszcze w korytarzu dziewczynę zatrzymał Andre. Siłą zaciągnął ją do swojego pokoju. Zaskoczona spojrzała na siedzącego na łóżku brata, Damiena. Co on tu robił?

- Miałeś rację – przyznał niechętnie brunet, starannie zamykając za nimi drzwi. W jego karmelowych oczach było zniechęcenie i smutek. – Emi postanowiła nas bez słowa opuścić.

- Wcale nie bez słowa – zaprotestowała dziewczyna. – Napisałam do ciebie list – dodała usprawiedliwiająco.

Andre z trudem powstrzymał się przed warknięciem.

- Nigdzie nie idziesz – powiedział ostro, z całej siły ściskając jej ramiona. – Nie zamierzam stracić siostry przez jakiegoś przeklętego Illi'andin! Damien, możesz zdjąć rozciągnięte w lesie osłony – zwrócił się do siedzącego spokojnie, z ponurą miną, blondyna.

- Nie! – krzyknęła Emi rozpaczliwie. – Nie możesz mu tego zrobić!

Damien uśmiechnął się z przekąsem.

- Już ci mówiłem, jaki mam plan – mruknął. – Nic mu nie będzie.

Dziewczyna nie wierzyła. Jakkolwiek nie ułożyliby się z Damienem, Emi była przekonana, że go skrzywdzą, być może nawet zabiją, w imię swoich dziwnych, niepisanych zasad.

- Nie rób tego – poprosiła cicho. – Pozwól mi z nim odejść.

- I co potem? – zapytał wkurzony Andre. – Dokąd pójdziecie? Co zrobicie? Dareshia to dosyć mała planeta. Nie zdołacie się tu na dłużej ukryć.

Emi spojrzała na niego zaskoczona.

- Kto powiedział, że planuję tutaj zostać? Przez Anduriańską Puszczę dotrzemy do portali, a potem... potem rozpocznie się nowe życie.

Damien roześmiał się gorzko. Wstał i podszedł do dziewczyny. Teraz obydwaj nad nią stali.

- Zwariowałaś – skwitował jej pomysł.

Dziewczyna popatrzyła na nich skonsternowana. Przez dłuższą chwilę zatrzymała wzrok na Damienie, a potem zrozumiała. Wiedziała już co może, co potrafi zrobić.

- Chodź ze mną – zaproponowała patrząc mu w oczy.

Znów się roześmiał.

- Czy nie wytłumaczyłem ci dosyć jasno, co mnie tu trzyma? – zapytał. – Naprawdę uważasz, że nie próbowałem się od tego uwolnić? Nie jestem dość silny, żeby wytrzymać bycie na głodzie.

- Więc zawsze już będziesz więźniem swojego ojca? Niewolnikiem rady? – zapytała ostro. – Damien, zawsze byłeś sam – powiedziała cicho – próbowałeś, ale wtedy nikt cię nie wspierał. Teraz będziesz miał mnie i Jaya. Pomyśl o tym, błagam.

- Nie dam rady – odpowiedział jej gorzko Damien. – I nie masz racji, nie byłem sam. Przy wcześniejszych próbach był ze mną Andre.

Rozdział XXV

Mimo, że dzień był jasny i słoneczny, pod gęsto rosnącymi drzewami Anduriańskiej Puszczy panował półmrok. Szary wilk, z dumą, niósł w pysku, upolowaną przez siebie zdobycz. Była to niewielkich rozmiarów sarna. Na tylko stara, by nie być już koźlęciem, a jednocześnie na tyle młoda, by nie móc stać się jeszcze matką. To była dobra zdobycz. Skonsternowany przystanął tuż na krawędzi drzew. Polana, na której powinna czekać jego partnerka, była pusta. Rzucił sarnę na trawę. Rozejrzał się dookoła. Wyczuł jej słodki, kuszący zapach. Mimo to, dziewczyny już tutaj nie było. Zaniepokojony ruszył jej tropem. Po kilkunastu minutach, zaskoczony, wrócił w dokładnie to samo miejsce. Warknął wściekle, a potem spróbował jeszcze raz. Znowu to samo. Pusta, pełna uroku, polana. Po kilkunastu kolejnych podejściach, przybrał swoją ludzką postać. Rozłożył czarne, jak noc, pokryte piórami skrzydła i wzbił się w powietrze.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Emi leżała we własnym łóżku, wtulając twarz w błękitną poduszkę. Spakowany plecak stał oparty o ścianę. Po policzkach dziewczyny spływały słone łzy. Damien zdjął magiczne osłony, więc to, kiedy znajdą Jaya, było jedynie kwestią czasu. Przez cały dzień pilnowali jej na zmianę z Andre, więc ona sama nic nie była w stanie zrobić. Schwytają go, a potem na zawsze stanie się ich niewolnikiem. Była przekonana, że tak naprawdę, Jay wybrałby raczej śmierć. I całkiem możliwe, że dostanie taki właśnie wybór. Jej brat siedział przy biurku, czytając książkę i coś z niej zawzięcie przepisując. Emi zaczęła się zastanawiać, który z nich będzie dla niej łatwiejszym przeciwnikiem, Damien czy Andre. Jedno wiedziała na pewno – musiała stąd jakoś uciec. Nie zostawi Jaya samego, nawet jeżeli to on zamordował Anę. W pewnym momencie poczuła coś, jakby silniejszy podmuch wiatru. Duże, wychodzące na dziedziniec okno, się uchyliło, a nieprzytomny Andre osunął się na podłogę. Szeroko otwartymi, karmelowymi oczami, wpatrywała się w stojącego nad jej bratem Jaya. Czarnoskrzydły w rękach miał myśliwski nóż. Uklęknął przy nieprzytomnym chłopaku, odwracając go tak, by łatwiej było poderżnąć mu gardło.

- Nie! – wyrwało się z ust przerażonej dziewczyny, kiedy rzuciła się w stronę klęczącego Jaya. – Proszę, nie – jęknęła błagalnie, kiedy spojrzał na nią zaskoczonym wzrokiem.

Chwyciła go za rękę i odciągnęła na bok. Warknął na nią, ale z ulgą przyjęła, że pozwolił jej na to. Podniosła z podłogi swój spakowany plecak. Ledwo zdążyła zarzucić go na plecy, kiedy Jay porwał ją w ramiona i wyskakując przez okno, wzbili się w powietrze. Wylądował dopiero na ich wspólnej polanie. Postawił dziewczynę na ziemi. Nie miała pojęcia, jakim cudem nie zauważyli ich żadni, przeszukujący teren Illi'andin, jakoś się jednak udało i była z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. Wtuliła się na powrót, w odsłonięty tors Jaya, a on niezbyt pewnie, objął ją ramionami.

- Jak dobrze, że nic ci nie jest – wyszeptała, z trudem powstrzymując łzy ulgi. Rozejrzała się po polanie. – Nie możemy tu zostać, musimy uciekać. Oni chcą cię złapać i uwięzić – odezwała się gorączkowo.

Jay najwyraźniej zrozumiał, ponieważ warknął gardłowo, a potem rozprostował, czarne jak noc, pokryte sztywnymi piórami, skrzydła.

- Nie, nie w ten sposób – zaprotestowała dziewczyna. – Tak będzie znacznie łatwiej nas wypatrzyć. Pójdziemy piechotą – powiedziała stanowczo i biorąc Jaya za rękę, zagłębiła się w gęstwinę Anduriańskiej puszczy.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Mimo, że nie było to najlepsze i najbezpieczniejsze rozwiązanie, szli przez całą noc. Emi nie bała się niczego co żyło w lesie, bała się natomiast polujących na Jaya Illi'andin. Chłopak przez cały czas szedł spięty, gotowy odeprzeć jakikolwiek atak. Dziewczyna wyraźnie czuła jego napięte mięśnie. Widziała też, że jego ręka bez przerwy błądzi przy pochwie od myśliwskiego noża. Wzdrygnęła się na myśl, że bez wahania gotowy był, z zimną krwią, zamordować jej nieprzytomnego brata. Może naprawdę mógł zabić Anę? Próbowała odegnać od siebie mroczne myśli, ale zmęczenie i strach, robiły swoje, rozbudzając od środka jej umysł. Nie! Powiedziała sobie stanowczo, mógłby, ale tego nie zrobił! Zatrzymali się dopiero, kiedy nie była w stanie już dalej iść. Nigdy jeszcze nie odchodziła aż tak daleko, więc nie znała tej części puszczy. Wiedziała, że od tej pory, będzie musiała zawierzyć swojemu i Jaya instynktowi. Kiedy tylko opadła pod rozłożystym drzewem, na miękki mech, chłopak przybrał postać wilka. Natychmiast się poderwała. Szedł polować.

- Jay, nie – zatrzymała go pełnym prośby głosem. – Zabrałam ze sobą jedzenie, zostań ze mną, proszę.

Odetchnęła z ulgą, kiedy posłuchał. Przemienił się z powrotem i usiadł przy niej na trawie. Bez wahania przyjął od niej jedną z wyjętych z plecaka kanapek. Zjedli w milczeniu. Przysunęła się do niego, zwijając się przy nim w jak najciaśniejszy kłębek. Przymknęła oczy. Poczuła jak chłopak układa się na mchu, tuż za jej plecami. Niczego w tej chwili tak bardzo nie pragnęła, jak tego, żeby wrócił. Chciała, żeby znowu był sobą.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Damien otworzył drzwi i zamarł. Na podłodze w pokoju leżał nieprzytomny Andre. Emi nigdzie nie było. Przez chwilę nie mógł uwierzyć w to co widzi, ale kiedy szok minął, natychmiast wyczuł w komnacie specyficzny zapach Jaya. Na chwilę przymknął oczy. To nie wyglądało dobrze. Jeżeli Illi'andin znajdą ich razem, po prostu ją zabiją. Uklęknął przy chłopaku. Nie miał czasu na subtelności. Skupił się na odnalezieniu umysłu Andre, a potem siłą woli, brutalnie go przebudził. Karmelowe oczy otworzyły się, chłopak cicho jęknął. Z trudem usiadł.

- Co się stało? – zapytał ciągle odrobinę nieprzytomny.

- Był tu Jay, zabrał Emi i uciekli – wyjaśnił gorzko Damien. – To nie wróży nic dobrego.

Andre zaczął przeklinać, na czym świat stoi. Gwałtownie wstał. Zakręciło mu się w głowie, ale chwycił oparcie krzesła. Jego karmelowe oczy, w których mogłaby zatonąć żeńska połowa szkoły, rozbłysły. Pojawiły się w nich groźne iskierki.

- W takim razie musimy ją znaleźć – oznajmił stanowczo.

Damien nie potrafił się nie uśmiechnąć. Był pewien, że to właśnie ten ogień płonął kilka lat wcześniej w Andre.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Po trzech dniach mozolnej, uciążliwej wędrówki, nareszcie osiągnęli cel. Przez całą drogę Jay działał czysto instynktownie, a Emi wyczuwała w nim jedynie drapieżnika, jakby coś bardzo głęboko w umyśle zakopało jego własne „ja". Opiekował się nią, był blisko, ale to nie był do końca on. Tak bardzo pragnęła, żeby do niej wrócił! Teraz, kiedy wreszcie dotarli do jaskini, w której znajdowały się magiczne portale, zaczęła zastanawiać się, w jaki sposób będzie mogła mu pomóc. Wiedziała, że po prostu musi coś z tym zrobić. Kiedy tylko minęli linię drzew, wychodząc na porośniętą trawą i purpurową koniczyną polanę, Jay zatrzymał się w miejscu. Warknął ostrzegawczo, ale było już za późno. Dookoła nich pojawili się uzbrojeni w miecze i topory Illi'andin. To była zasadzka, a oni nieświadomie w nią wpadli.

- Zabić dziewczynę! Chłopaka wziąć żywcem! – czarnoskrzydły mężczyzna po czterdziestce wydał rozkaz, a składający się z siedmiu, skrzydlatych Illi'andin oddział, z wyjętą, gotową do ataku bronią, ruszył w ich stronę.

Jay warknął. Zasłonił sobą Emi, mimo, że kompletnie nie miał z nimi szans. Coś ścisnęło ją w środku. Była przekonana, że chłopak będzie walczył i zginie tu razem z nią. Nie mogła do tego dopuścić. Skupiła się i całą siłą woli wyobraziła sobie otaczającą ich mydlaną bańkę, taką, której w żaden sposób nie da się przebić.

- Tarcza – wyszeptała rozciągając w myślach przezroczystą materię.

Zaskoczeni żołnierze odbili się od niewidzialnej bariery. Jay spojrzał na nich zdezorientowany. Emi uśmiechała się przez chwilę, a potem zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie swojej tarczy w żaden sposób poruszyć. Byli w pułapce. Illi'andin spróbowali się przebić jeszcze kilka razy, a potem zrezygnowani stanęli w gotowości bojowej. Po jakimś kwadransie dziewczyna poczuła, że szybko się męczy. Usiadła na trawie, a Jay przykucnął tuż przy niej. Wyraźnie już oswoił się z nową sytuacją. Czuła, że po prostu w ten sposób odwleka własną śmierć. Musiała coś wymyślić i to naprawdę szybko.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Biały tygrys obserwował z krzaków znudzony, ale ciągle czujny i gotowy do ataku oddział brązowoskrzydłych Illi'andin. Cieszył się, że tyle czasu poświęcili na rozwijanie magicznego talentu Emi. Tylko dzięki niemu jeszcze żyła. Gdyby nie to, byłoby już za późno. Wycofał się po cichu, wracając do miejsca, w którym zostawił zaniepokojonego Andre. Przyjął swoją ludzką postać.

- Nic im nie jest, zdolna dziewczyna – stwierdził. – Rozciągnęła nad sobą i Jayem tarczę. Żołnierze nie mogą się przez nią przebić.

Brat Emi spojrzał na niego niedowierzająco.

- Ona? Tarczę? Przecież ona nie ma żadnego talentu...

- Ma większy niż myślisz – uśmiechnął się Damien. – Nie udawaj, przecież świetnie wiesz kim był jej ojciec.

- Wiem – syknął Andre z nienawiścią w głosie. – Był potworem, który zgwałcił moją matkę. Emi to jednak nie dotyczy. Ona nie jest nim!

- W każdym razie to po nim odziedziczyła naszą magię. Jest naprawdę silna – mruknął z uznaniem – tylko jeszcze nie do końca potrafi nad tym panować. Zresztą sam zobaczysz, teraz nie mamy czasu na omawianie tego, co twoja siostra potrafi zrobić.

Andre tylko skinął głową, nie komentując. Obydwoje, skradając się, podeszli do linii drzew. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie mają szans z całym oddziałem. Jedyną nadzieją, było odwrócenie ich uwagi i szybka ucieczka, ku znajdującym się w jaskini portalom. W pewnym momencie całą trawę ogarnął ogień, rozdmuchiwany przez coraz silniejszy wiatr. Wojownicy wznieśli się w powietrze. Na to tylko czekał Andre. Rozpętał się istny huragan. Damien, pod postacią białego tygrysa, podkradł się tuż pod otaczającą Emi i Jaya przezroczystą bańkę. Otaczające go płomienie w żaden sposób nie robiły mu krzywdy. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, Jay zawarczał groźnie. Damien przybrał swoją ludzką postać.

- Nie mamy czasu – powiedział cicho – uspokój go, błagam! Jedyna szansa, że wyjdziemy z tego żywi, to portale.

Emi skinęła głową. Bańka pękła, a ona chwyciła Jaya za rękę i zaczęli biec. Damien dotrzymywał im kroku. Przed samą jaskinią dołączył do nich Andre. Wojownicy wylądowali tuż za ich plecami. Wejście do groty ogarnęły płomienie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie powstrzymają ich na długo. Illi'andin popełnili podstawowy błąd i nie doceniając przeciwnika, nie zabrali ze sobą żadnego czarodzieja. Wiedzieli, że tak naprawdę, tylko dzięki temu udało im się przeżyć. Teraz stali w oświetlonej dziwnym, różnobarwnym światłem grocie a przed nimi znajdowało się siedem, emanujących kolorowym blaskiem portali.

- Który? – spytał rzeczowo Damien, zwracając się do Emi.

- Nie mam pojęcia – jęknęła dziewczyna.

- Szybciej! – ponaglił ich Andre – zaraz tu będą!

Damien przewrócił oczami i skoczył w pierwszy z brzegu, a cała trójka podążyła za nim.

Rozdział XXVI

Miejsce w którym się znaleźli, wyglądało jak Raj na Ziemi. Otoczona zielonymi wzgórzami dolina tętniła życiem. Na wschodzie widać było barwną tęczę. Kolorowe kwiaty bujnie porastały zieloną trawę. Krzewy owocowały setkami przeróżnych jagód, a drzewa uginały się pod ciężarem owoców. Emi westchnęła z zachwytu.

- Jak tu pięknie! – odezwała się zauroczona.

- I pewnie równie niebezpiecznie – zdusił jej entuzjazm brat.

Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i postąpiła kilka kroków do przodu. Jay warknął. Chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. Spojrzała na niego zaskoczona, a w tym samym momencie, z bujnej trawy wyłoniły się jakieś stworzenia. Chowały się tam, zupełnie niewidoczne dla ich oczu. Bestie były olbrzymie, włochate, o nieco krowich pyskach. To nie były jednak zwierzęta, o czym świadczyły zgrabnie przycięte kawałki ubrań i pozaplatane na długiej sierści warkoczyki. Mieli też broń i teraz, w ich kierunku zwracały się złowrogo długie włócznie.

- Jak śmiecie bezcześcić naszą ziemię? – odezwał się gromkim głosem, w zrozumiałych dla nich języku, jeden z nich.

Wyglądał na starszego, ponieważ jego zwierzęca twarz była przyprószona siwizną. Skórzana toga, którą miał na sobie, przywodziła na myśl rzeźnicki fartuch. W dłoniach, zamiast drzewca włóczni, trzymał gruby, naznaczony sękami, kij. Emi poczuła, jak wszystkie mięśnie ciągle trzymającego ją Jaya, napinają się do walki. Do przodu wystąpił jednak Andre.

- Nazywam się Andre Lucas Morrington, wraz z siostrą i dwójką przyjaciół przechodziliśmy przez portale i trafiliśmy tutaj przypadkiem – wyjaśnił pewnym głosem.

Tamten lekko zmrużył zamglone oczy. Po chwili, jakby namysłu, skinął głową.

- Jeżeli nie macie nic na sumieniu, przejdźcie granicę kręgu – odezwał się stanowczo, wskazując porośnięty barwnymi kwiatami i niewielkimi, kolorowymi grzybkami obszar, w którego centrum stali. – Pojedynczo. Inaczej magia was zabije.

Andre wzruszył ramionami, powtarzając wcześniejszy gest swojej siostry, a potem ruszył w kierunku postaci, które rozstąpiły się, robiąc mu przejście. Kiedy stanął między nimi, owłosione bestie opuściły broń.

- Witaj w naszej krainie, Andre Lucasie Morringtonie, teraz jesteś naszym gościem, nie wrogiem – odezwał się jeden z wojowników.

- Idź Jay – szepnęła cicho Emi, wiedząc, że i tak nie mają dużego wyboru, a nie wyczuwała wrogości od tych stworzeń, co dziwniejsze nawet, zdawała sobie sprawę, że są roślinożerne.

Popchnęła go leciutko w kierunku Andre. Warknął na nią, ale posłuchał i po chwili stał już obok jej brata. Damien przewrócił oczami i ruszył w ślad za nim. Minął granicę grzybów, a potem rozpłynął się w powietrzu. Jakby go nigdy tam nie było. Emi przerażonym wzrokiem spojrzała w smutne, zamglone oczy bestii z drewnianą laską, na zaskoczone oblicze Andre, a potem rzuciła się do miejsca, w którym zniknął Damien, by sama nigdy nie pojawić się po drugiej stronie.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Damien rozejrzał się, a potem zaczął przeklinać. No cóż, tego właśnie przecież mógł się spodziewać. Zdawał sobie sprawę, że powinien o tym wiedzieć. To było w zakresie teorii, którą mu od dziecka wpajano. Gdyby tylko przykładał do niej odrobinę większą wagę... Cholerni szamani i ich magiczne kręgi! Wzdrygnął się na myśl o przypominających krowy na dwóch nogach, owłosionych bestiach. Zabił z zimną krwią niewinną istotę i to go tutaj ściągnęło, samego, z dala od przyjaciół. Stał na twardej, zabarwionej czerwienią skale, a dookoła niego rozciągało się zamglone pustkowie. Ani jedna roślina nie przebijała się przez twardy grunt. Nie żyło tu żadne zwierzę, a on sam, również pojawił się w tym miejscu, by go zabiło. Nagle, pojawiając się znikąd, upadł przy nim jakiś kształt.

- Co do cholery?! – zapytał ni to siebie, ni to dziwnego pustkowia, a potem rozpoznał Emi. Natychmiast przypadł do dziewczyny, pomagając jej wstać. – Co ty tu robisz? – szepnął niedowierzająco.

Dziewczyna pozbierała się z ziemi i rozejrzała dookoła, ignorując jego pytanie.

- Gdzie my jesteśmy? – zadała swoje własne.

- Pojęcia nie mam – przyznał niechętnie, z nienawiścią patrząc na czerwone, płaskie skały i niemal w tej samej barwie niebo.

- Dlaczego nas rozdzielili? – spytała ponownie.

Damien przecząco pokręcił głową.

- To nie oni, to magia ich krainy - westchnął. Potem spojrzał na nią z zainteresowaniem. – Ja wiem czemu tu jestem, ale dlaczego ty się ze mną w tym miejscu znalazłaś? Żeby krąg cię nie przepuścił, trzeba kogoś z zimną krwią zabić.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Jednym, szybkim ruchem, Jay rzucił się ku miejscu, w którym zniknęła Emi. Zdezorientowany uchwycił tylko powietrze. Andre, z pobladłą twarzą wpatrywał się w przestrzeń. Nieświadomie sprawił, że na jego wyciągniętych dłoniach pojawiły się płomienie.

- Co zrobiliście z moją siostrą? – spytał oskarżycielsko odzianego w skórę szamana.

- My nic – odpowiedział mu smutnym głosem olbrzymich rozmiarów stwór – to magiczny krąg – wskazał na otaczające trawę grzyby – przepuszcza tylko istoty niewinne, które nie mają na sumieniu cudzej śmierci.

- Emi nie skrzywdziłaby nawet muchy! – oznajmił Andre wściekłym głosem. – Gdzie ona jest?!

- W miejscu, z którego nikt jeszcze nie wrócił, żeby móc o nim opowiedzieć – odparł ze szczerym żalem i współczuciem tamten.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Włóczyli się już od kilku godzin po skalistym, zabarwionym na czerwono, pustkowiu. Nie znaleźli nic, ani śladu czegokolwiek, dzięki czemu mogliby się z tego miejsca wydostać. Kiedy zaszło krwiste, niesamowite słońce, a niebo pociemniało, przybierając jeszcze groźniejszą barwę, powietrze ogarnął nieprzyjemny chłód.

- Co robimy? – zapytała zrezygnowana Emi.

- Nie mam pojęcia – przyznał szczerze Damien, rozważając czy powiedzieć dziewczynie, co w tym momencie bardziej go dręczy od faktu, że znaleźli się w jakiejś dziwnej, magicznej pułapce. Ostatecznie jednak zrezygnował. – Może odpoczniemy przez chwilę? – spytał siląc się na obojętny ton. – Przybiorę swoją drugą postać, to będzie wygodniej i cieplej – westchnął.

Emi przez chwilę patrzyła na niego, jakby rozważając propozycję chłopaka, a potem po prostu skinęła głową, zbyt zmęczona, by odpowiadać. Postać Damiena zaczęła się rozmywać i przez krótki moment, w tym samym miejscu znaleźli się jasnowłosy młodzieniec i olbrzymi, biały tygrys. Później drapieżny kot podszedł do dziewczyny, w milczeniu układając się tuż przy jej nogach. Emi usiadła, opierając się plecami o śnieżnobiałą sierść. Zamknęła oczy, by niedługo potem zapaść w nieprzyjemny, przerywany sen.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

To nie było normalne. Przecież on jest, on jest! Andre zabrakło nie tylko słów, ale i myśli. Siedział na niskim, drewnianym zydlu, ze stoickim spokojem przyglądając się wściekle warczącemu, chodzącemu w tę i z powrotem, po ciasnej chacie, Jayowi.

- Naprawdę aż tak cię to obchodzi? – zapytał z zainteresowaniem.

Wściekły wzrok czarnoskrzydłego po raz pierwszy zatrzymał się bezpośrednio na nim. Około godziny wcześniej, szamani z plemienia Quem di Dilligunt, tytułujący siebie „Wybrańcami Bogów", zirytowani przemieszanym z ognistą furią, paniczny strachem chłopaka lli'andin sprawili, że Jay odzyskał swoją pamięć i zmysły. To jednak było poważnym błędem z ich strony. Rozszalały chłopak, zamiast się uspokoić, odzyskawszy swoje ja, wpadł tylko w jeszcze większą furię, niszcząc wszystko co spotkał na swojej drodze. Żeby go uspokoić, siły musieli połączyć wszyscy szamani, wojownicy i magowie, z tak naprawdę, pokojowo nastawionego plemienia. Teraz siedzieli tu, zamknięci i zapieczętowani magią, w drewnianej chacie, czekając na decyzję starszyzny tych pokrytych sierścią, o twarzach przypominających krowie, istot.

- A ciebie nie? – syknął wściekle Jay. – Rozumiem, że możesz nas nienawidzić, ale to przecież twoja siostra! Jak możesz być taki spokojny?!

Bursztynowe oczy błyszczały gniewnie. Obydwaj wiedzieli, że do walki między nimi jak dotąd nie doszło tylko z jednego, prostego powodu – Emi.

- Wcale nie jestem spokojny – przyznał niemal obojętnie Andre. – Po prostu uważam, że siedząc tutaj, w żaden sposób im nie pomożemy.

- Im? – zadrwił Jay, ale nie zdążył nic więcej odpowiedzieć, ponieważ drewniane, niezbyt wysokie drzwi, otworzyły się z wielkim hukiem, wpuszczając do pomieszczenia świeże, pachnące trawą powietrze.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Damien czuł, jak całe jego wnętrze płonie. Wpatrywał się uporczywie we wtuloną w jego śnieżną sierść dziewczynę. Nadal spała. Może to i lepiej... Teraz był pewien, że jeszcze trochę, może kilka godzin, a może nawet cały dzień, ale prędzej czy później zdradziłby swoich przyjaciół, byleby zaspokoić ten upiorny, palący wnętrzności głód. Co za ironia losu. Teraz, jak wielkie nie byłoby jego pragnienie, i tak nie miał pojęcia jak się stąd wydostać by móc je zaspokoić. Emi otworzyła karmelowe oczy. Przeciągnęła się. Ziewnęła.

- Hej – przywitała się leciutko uśmiechając. – Mamy jakiś plan? – spytała ufnie. Odsunęła się od Damiena, a chłopak na powrót przybrał swoją ludzką postać. Zaniepokojona spojrzała w jego pobladłe oblicze. – Coś się stało? – spytała.

- Nic – mruknął odwracając wzrok. – Chodźmy – rzucił pierwszy lepszy pomysł, jaki przyszedł mu do głowy, by odwrócić uwagę dziewczyny.

Wstał z ziemi, a Emi niechętnie podążyła za jego przykładem. Szli przed siebie w milczeniu przez prawie godzinę. Damien czuł jak trawi go gorączka. Ignorował zmartwione, pytające spojrzenia dziewczyny. Zdawał sobie sprawę, że przyznanie się do tego co mu jest, oznaczało klęskę. To by było tak, jakby się poddał. Palące, czerwone promienie słońca, zaczęły rozmazywać się przed jego oczami. Zamiast twardych skał, zaczął widzieć jedynie zamglone światło. To co czuł, było nie do wytrzymania. Wiedział, że zrobiłby wszystko, dosłownie wszystko, byleby tylko zaspokoić ten okropny, rozrywający go na strzępy od środka, głód. Musiał iść, po prostu iść przed siebie. W końcu nie wytrzymał. Potknął się o jeden z leżących na szkarłatnym piasku, luźny odłamek skały. Przewrócił się i już nie miał siły wstać. Zwinął się na boku w pozycji embrionalnej, walcząc z samym sobą, by z bezsilności, nie zrobić krzywdy, towarzyszącej mu Emi.

Rozdział XXVII

Jaskinia zalana była złowieszczym, zielonkawym światłem, a do tego te oczy... Były wszędzie. Płonęły w mroku obłędnym szkarłatem. Damien zaczął zastanawiać się czy umarł i znalazł się w otchłani. Ale nie, coś było nie tak. Pragnienie i ból sprawiały, że nie był w stanie jasno myśleć. Nie miał pojęcia gdzie jest, ani jak właściwie się w tym miejscu znalazł.

- Zjedzzzzmy go, na pewno będzie sssssmaczny – usłyszał chłodny, syczący głos.

- Ani się waż! – warknął na niego młodszy, niemal dziecięcy głosik. – To ja ich znalazłem i są moi!

- Taak? – zadrwił jeszcze inny. – A co z nimi zrobisz?

Teraz dopiero w bladym, zielonym świetle, Damien zauważył leżące na skałach, zbielałe kości. Zmrużył oczy, z nadzieją, że zobaczy należące do tajemniczych głosów postacie, w dalszym ciągu widział jednak tylko płonący szkarłat. Nigdzie, w zasięgu wzroku, nie było również Emi.

- Ona ładnie pachnie – przyznał ten brzmiący najmłodziej, jakby nieco zawstydzony.

- Dosssssskonale, niech więcccc tutajjjj zosssssstanie. A jjjjjego mmmożemy zjjjjeść – odpowiedział syczący, stanowczo, jakby właśnie rozwiązał cały problem.

- Kiedy ona nie chce – mruknął niechętnie jego rozmówca.

Dwaj pozostali warknęli na niego nieprzyjaźnie, ale w tym momencie do nozdrzy Damiena dotarł kuszący, przyjemny zapach. Więc jednak tu była, pomyślał z uczuciem ulgi. W takim razie Jay go nie zabije, przyszło mu bez składnie do głowy, a potem ponownie stracił przytomność.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Emi przykucnęła przy leżącym bezwładnie, na dnie groty, chłopaku. Palcami przeczesała jego jasne włosy. Łagodnie dotknęła czoła by stwierdzić, że ma gorączkę.

- Co się stało twojemu towarzyszowi? – spytał z uprzejmym zainteresowaniem olbrzymi, włochaty pająk, podchodząc odrobinę bliżej.

Dziewczyna westchnęła. Jakby bezwiednie zmierzwiła czarne, matowe i rozkudłane futro, porastające osadzony na ośmiu, długich nogach korpus.

- Sądzę, że to substancje, które zażywał tak z nim robią – wyjaśniła smutno. – Teraz, kiedy mu ich brakuje, jego organizm domaga się więcej.

Pająk spojrzał na nią zagadkowo.

- Po tym jak wpuściłem mu swój jad, nie powinien niczego czuć – stwierdził. – A jednak on nawet się budzi. Co z nim nie tak?

- Nnnnawet nnnie nnnadaje ssssssię do jjjjedzenia – syknął z mroku jaskini obrażony głos. – Mmmmoże, gddddyby udało ssssię oczyśccccić mu krew... - rozmarzył się na moment.

Emi gwałtownie wstała. Spojrzała w ciemność. Jej karmelowe oczy spotkały się z wielkimi, błyszczącymi, szafirowymi ślepiami.

- Mógłbyś to zrobić? – zapytała z nadzieją.

- Nnnnie! – warknął stanowczo głos. – Wwwwasza mmmowa mnie mm męczy – syknął. – Mammmm dddość!

Odwrócił się, a dziewczyna w nikłym, zielonym blasku, ujrzała długi, pokryty łuskami ogon. Potem na kamiennej posadzce zadudniły głuche kroki, wielkich łap. Emi nie zastanawiając się ani chwili, pobiegła za nim. Dogoniła go dopiero, po trzech zakrętach, wysokiego korytarza, z którego ściany porastał fosforyzujący, wydzielający zielone światło mech.

- Zaczekaj, proszę! – spróbowała dotknąć olbrzymiego ogona, ale on zniknął w ciemnościach.

Pobiegła znowu. Po chwili, za kolejnym zakrętem, oślepiło ja zbyt jasne, zabarwione czerwienią światło. Wybiegła na zawieszoną kilkaset metrów nad rozpadliną, skalną półkę. Nie spodziewając się tego i nie widząc krawędzi, zbyt późno zdała sobie sprawę, gdzie się znajduje. Nie zdążyła wyhamować. Strach ścisnął jej gardło. Zamknęła oczy, szykując się na niosący śmierć upadek. Poczuła na nadgarstku silny uścisk, a potem ktoś wciągnął ją z powrotem. Uniosła powieki, by spojrzeć prosto w rozgniewane, szafirowe oczy. Trzymająca ją dłoń boleśnie zaciskała się na jej ręce.

- Powiedziałem nie! – warknął wściekle wysoki, ciemnowłosy chłopak.

- Proszę... - szepnęła błagalnie Emi, próbując zignorować ból.

Wreszcie ją puścił. Z brutalną siłą odepchnął w głąb jaskini.

- Tutaj nie trafia się przypadkiem – syknął. – Nie znaleźliście się w tym miejscu bez przyczyny, więc nie widzę powodu, żeby wam pomagać – oznajmił drwiącym tonem.

- Więc dlaczego ty tu jesteś? – spytała ponownie podchodząc do niego. – Hikaru, proszę...

Roześmiał się. Tym razem już nie większe od jej własnych, szafirowe oczy zalśniły. Błysnęły w nich psotne iskierki.

- Zbyt wiele tego, żebym miał wymieniać – oznajmił z zadowoleniem. – Poza tym to nie ja jestem tutaj uwięziony, tylko wy jesteście.

Emi spojrzała na niego pytająco, nie rozumiejąc. Spędzili niemal dwa dni bezładnie włócząc się po skalistej, pustej krainie. Nie było tu kompletnie niczego. Dopiero potem odnalazły ich pająki. Dziewczyna była przekonana, że gdyby nie doświadczenie z jej przyjacielem, Okazu, już dawno by nie żyła. Poza tym te stworzenia były zupełnie inne. Potrafiły rozmawiać, znały ludzki język. To nie były tylko zwierzęta. Poznała też mieszkającego z nimi Hikaru. Musiała przyznać, że olbrzymi, pokryty czarną, pochłaniającą światło łuską, smok, wywarł na niej piorunujące wrażenie. Z pewnością jednak diametralnie inne od tego, jakiego się spodziewał.

- Chcesz powiedzieć, że wiesz jak stąd wyjść? – upewniła się wpatrując się w niego intensywnie.

- Oczywiście, że tak – uśmiechnął się przekornie chłopak.

- Pomóż mojemu przyjacielowi – poprosiła, ponownie zmieniając temat.

Chłopak odwrócił się do niej plecami i usiadł na samym brzegu skalnej półki, spuszczając nogi, tak, że obute w wysokie, skórzane buty stopy, zwisały beztrosko nad przepaścią.

- Niby dlaczego bym miał? – zapytał nie patrząc na nią.

- A dlaczego nie? – spytała, stając tuż za jego plecami.

Starała się mówić spokojnie, ale Hikaru irytował ją coraz bardziej. Nie potrafiła rozgryźć jego motywów, więc nie miała pojęcia, jak mogłaby go przekonać. Wiedziała tylko jedno, nie poradzą sobie bez jego pomocy.

- Nudzę się – oznajmił rozbrajająco. – Jeżeli stąd odejdziecie, na pewno nie zrobi się ciekawiej. A w ten sposób twój przyjaciel umrze, a ty zostaniesz ze mną.

- Zostanę z tobą – powzięła decyzję Emi – zrobię, co będziesz chciał, tylko najpierw nam pomóż.

Hikaru się odwrócił. Jego szafirowe oczy rozbłysły. Dziewczyna słyszała o jego gatunku przeróżne opowieści. Fakty zgadzały się lub nie, jedno jednak pozostawało niezmienne. Umowa ze smokiem nigdy nie wróżyła niczego dobrego.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Damien otworzył oczy. Wpatrywały się w niego czerwone ślepia, należące do... Chłopak gwałtownie usiadł, co przypłacił zawrotem głowy. Całym sobą nienawidził pająków, a to co nad nim stało, było olbrzymie! Monstrualne! Stworzenie fuknęło, szczerząc swoje ostre, jadowe kły. Mimo palącego go wewnątrz głodu, Illi'andin zaczął zbierać w sobie całą dostępną mu jeszcze magię.

-- Fukkura, przestań straszyć mojego przyjaciela – Damien usłyszał ganiący głos Emi.

Pająk posłusznie, jakby odrobinę zawstydzony, wycofał się, żeby przepuścić dziewczynę. Emi przykucnęła, odgarniając mu z czoła jasne włosy, ale on kompletnie nie zwracał już na nią uwagi. Wpatrywał się niedowierzająco, w to co było za nią. Wiedział, że to nie możliwe i musi mieć spowodowane głodem narkotykowym halucynacje. Za plecami dziewczyny stał z założonymi rękoma i ze znudzonym wyrazem twarzy, najprawdziwszy w świecie smok. Mimo, że przybrał ludzką postać, szafirowe, długowieczne oczy mówiły same za siebie. Damien nie wiedział czy śmiać się czy płakać, a był już taki pewien, że nie może przydarzyć się im nic gorszego... Ciemnowłosy chłopak podszedł do niego bliżej. Ubrany był praktycznie, w skórzany, myśliwski strój. Włosy, dla wygody, ścięte miał niemal przy samej skórze. Był wysoki i szczupły, a cerę miał porcelanowo wręcz bladą, prawie tak jak Emi. Damien mimowolnie zaczął zastanawiać się, jak wyglądał w swojej prawdziwej postaci. Chłopak podszedł jeszcze bliżej. Ukucnął przy Emi. Położył dłoń, na jej, dotykającej Damiena dłoni.

- To cię będzie drogo kosztować – mruknął z satysfakcją, a potem Damien nie usłyszał już niczego więcej, ponieważ ponownie odpłynął w ciemność.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Ból, który czuł, był nieporównywalny z niczym innym. Całe jego ciało, każda nawet najdrobniejsza komórka, paliły. Przestał oddychać, przestał mieć możliwość oddychania. Gdyby nie ten piekielny, płomienny ból, byłby pewien, że umarł. Świat przestał istnieć, a potem w jednym momencie wszystko wróciło. Puls, oddech, własne ciało. Damien był pewny, że ktoś go ukarał, każąc mu dalej żyć.

- Coś ty mu do cholery zrobił?! – wrzasnęła histerycznie, pełnym pretensji głosem Emi.

Hikaru roześmiał się podłym śmiechem.

- To czego sobie życzyłaś – odpowiedział rozbawiony. – Teraz jest czysty, zupełnie jakby nigdy niczego nie zażywał. Na chwilę zabrałem mu krew i wymieniłem na nową – sprostował.

Karmelowe oczy rozszerzyły się ze zdumienia i zgrozy.

- Przecież to powinno go zabić - westchnęła.

- Istniała taka możliwość – przyznał lekkim tonem. – Przecież nie twierdziłem, że potrafię to zrobić, tylko, że może mi się udać.

- Ty draniu! – warknęła na niego Emi, rzucając się na chłopaka z pięściami.

Brutalnie chwycił jej ręce, łapiąc je w nadgarstkach i unieruchamiając. Znowu się śmiał.

- Udało się, więc o co ci chodzi? – zapytał odrobinę poważniejąc. Syknęła, próbując się wyrwać z jego uścisku. – Jesteś coraz zabawniejsza – zamruczał.

Powietrze między nimi przecięła błękitna błyskawica. Zaskoczony Hikaru odskoczył od dziewczyny. Szafirowe oczy zapłonęły gniewem, kiedy zorientował się skąd przyszedł ten nagły atak. Jednym susem przyskoczył do chwiejnie wstającego z podłogi Damiena.

- Nie, Hikaru! Obiecałeś! – zaprotestowała Emi.

Chłopak cofnął się. Zasyczał.

- Jeżeli jeszcze raz się wtrąci, to przyrzekam, że go zabiję – warknął do dziewczyny, a potem nie odwracając się za siebie, opuścił grotę.

Rozdział XXVIII

Andre już od pierwszej minuty nienawidził tego lasu. Teraz, kiedy musiał czołgać się na brzuchu, pod nisko zwisającymi gałęziami młodych świerków, nie cierpiał go jeszcze bardziej. Czuł się jak w koszmarze. Do tego nie mógł znieść towarzystwa tego przeklętego Illi'andin. Ba! Nie tolerowałby go nawet, gdyby tamten był człowiekiem, bo w zupełności wystarczyłby sam fakt, że jest chłopakiem jego młodszej siostry, z czym Andre naprawdę nie potrafił się pogodzić. No i jeszcze pozostawała kwestia Damiena... Nieprzyjemne uczucie zazdrości pojawiło się w myślach chłopaka, uczucie, które ze wszystkich sił próbował w sobie zgasić. Leżący obok, na ściółce leśnej Jay, klepnął go w ramię, nakazując milczenie. Dopiero po chwili Andre usłyszał ciche kroki wprawnych łowców. Uciekli przy pomocy wywołanego magią żywiołów zamieszania, ale najwyraźniej po rozróbie, którą urządził im Illi'andin, plemię istot o krowich pyskach nie zamierzało odpuścić. Mimo, że patrzyli na siebie nawzajem z wrogością i nienawiścią, byli sprzymierzeńcami, łączył ich jeden, wspólny cel – odnaleźć Emi i Damiena.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

W jaskini było chłodno, a zielonkawa poświata mchu, zaczynała przyprawiać o mdłości. Dziewczyna była bardzo blada i marzyła teraz tylko o tym, żeby znów zobaczyć księżyc i słońce. Zniechęcona usiadła na przygotowanym dla niej przez Fukkurę, miękkim sienniku. Damien wpatrywał się w nią intensywnie, jakby chciał przejrzeć dziewczynę na wylot.

- Umowa Emi, jaką zawarłaś z nim umowę?

- To bez znaczenia – odpowiedziała cicho, uciekając przed jego wzrokiem.

- To ma znaczenie! Piekielnie duże znaczenie! – warknął na nią. – On jest pieprzonym smokiem, a ty stałaś się jego zabawką!

Brązowe, lekko rozczochrane włosy zakrywały teraz Emi niemal całą twarz. Obdarzyła przyjaciela bladym uśmiechem.

- Gdyby nam nie pomógł, to byś tu umarł – stwierdziła stanowczo. – Nie miałam wyboru.

- I tak jestem już martwy – powiedział ze złością. – Jay mnie zabije, kiedy się o tym dowie!

W końcu przestał chodzić w kółko i usiadł obok niej na ułożonym z miękkiego, suchego mchu, sienniku. Emi przytuliła się do niego, oplatając się jego ramieniem.

- On nam pomoże się stąd wydostać – mruknęła cicho. – Obiecał.

- Och, w to nie wątpię... Tylko za jaką cenę... - westchnął zbolałym głosem Damien.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Czujny, niespokojny sen, przyniósł Jayowi niewiele odpoczynku. Tak bardzo tęsknił za Emi! Nie mógł znieść myśli, że coś mogło jej się stać. Do tego ten sen... Chłopak wzdrygnął się mimowolnie. Jego Emi, jego roztrzepana kotka, w objęciach kogoś zupełnie innego. Stała, opierając się plecami, o szczupłego, wysokiego chłopaka o szafirowych oczach, a on oplatał ją swoimi ramionami. Ta wizja była dla Jaya zwyczajnie nie do zniesienia. Jednak w jego śnie było coś jeszcze. Jakby wiadomość. Srebrna, ulotna poświata i szmaragdowe jezioro. Chłopak usiadł, otrząsając się z resztek nieprzyjemnego snu. Andre, który pełnił ostatnią wartę, obdarzył go niechętnym spojrzeniem. Jay spochmurniał jeszcze bardziej.

- Śniła mi się Emi – mruknął zdawkowo.

Andre zamrugał. Teraz jego spojrzenie było naprawdę zaniepokojone.

- Mi też – przyznał. – Była tam moja siostra i jakiś nieznajomy. Odniosłem wrażenie, że chcą, żebyśmy odnaleźli jezioro.

Jay z trudem powstrzymał warknięcie. Więc jednak jego wizja była realna, a koszmar stawał się rzeczywistością. To jednak w tej chwili nie miało znaczenia. Najpierw musiał ją odnaleźć i upewnić się, że jest bezpieczna.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Emi stała, ufnie oparta plecami o Hikaru. Teraz odsunęła się od niego, wpatrując się w intensywnie szafirowe oczy chłopaka. Damien nie miał racji. Może i Hikaru był smokiem, ale na pewno nie zamierzał jej oszukać. Nie znała jego pobudek, jednak jak do tej pory, zrobił znacznie więcej niż jej obiecał. Mimo, że bardzo irytowało ją zachowanie chłopaka, powoli zaczynała mu ufać.

- Myślisz, że zadziałało? – spytała z nadzieją.

Skinął głową, z lekko rozbawionym wyrazem twarzy.

- O tak, możesz być tego pewna.

- Więc zabierzesz nas do nich?

Ponownie przytaknął.

- Jeżeli tylko twoim przyjaciołom uda się dotrzeć do jeziora, to i my tam będziemy – oznajmił z kąśliwym uśmiechem, błąkającym się w kącikach ust. – Później zastanowimy się, co zrobić z wami dalej.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Ten lot był niesamowity! Zupełnie inny niż w objęciach Jaya. Szczelnie otulona skórzaną, myśliwską kurtką Emi, siedziała na pokrytym czarnymi łuskami grzbiecie. Tuż za nią, z pobladłą, niemal zieloną twarzą, znajdował się Damien. Chłopak kurczowo obejmował ją w pasie i widać było po nim, jak bardzo jest nieszczęśliwy. Rozmiary Hikaru, pod postacią smoka były ogromne, a do tego był wspaniały, dostojny i piękny. Czarne, lśniące łuski, masa wyrobionych mięśni i olbrzymi, pełen niebezpiecznych zębów pysk. Zarówno Emi, jaki Damien zdawali sobie sprawę, że smok byłby w stanie zabić ich jednym machnięciem ogromnego ogona, kiedy jednak ujrzeli go na tle czerwonego nieba, żadne z nich nie mogło oderwać od jego postaci wzroku. Szafirowe oczy hipnotyzowały, porywając w swoją kuszącą głębię. Dziewczyna widziała jego sylwetkę już wcześniej, ale w mętnym, wydzielanym przez mech, zielonym świetle, nie była aż tak imponująca jak na zewnątrz. Teraz, swojego zachwytu, nie potrafiłaby opisać zwykłymi słowami. Ten lot, to, że ich ze sobą zabrał, zdaniem Emi było po prostu cudowne. Pragnęła rozkoszować się każdą, wspaniałą chwilą. Po prawie trzech godzinach, wreszcie dotarli do celu, a był nim niewielki, czarny punkt, unoszący się wysoko pod czerwonym niebem – jedyne wyjście z tej pustynnej krainy. Dziewczyna zadrżała, dopiero teraz zdała sobie sprawę, że gdyby nie pomoc pająków i Hikaru, prawdopodobnie nigdy by stamtąd nie wyszli.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Szmaragdowe jezioro, na którego brzegu się znaleźli, było naprawdę piękne. Woda w nim była tak przejrzysta, że bez trudu można było ujrzeć piaszczyste dno. Jaya jednak nie interesował wspaniały widok, ani ten, ani żaden inny. Właściwie niewiele go teraz interesowało. Stał, z całej siły zaciskając pięści i z trudem panując nad własnym gniewem. Mimo, że zarówno on jak i Andre, w jakiś tajemniczy sposób, podświadomie wiedzieli, którędy iść, to trafienie nad jezioro, wcale nie okazało się rzeczą łatwą. Co chwila musieli wymijać stworzone przez istoty z krowimi pyskami patrole, które zostały wysłane zapewne po to, by w ich poszukiwaniu przeczesać las. W końcu jednak dotarli. Byli tutaj, a teraz... nie, to nie mogło dziać się naprawdę! Czarnoskrzydły z zaciętym wyrazem twarzy wpatrywał się w dziejącą się nad jeziorem, sielankową scenę. Emi, w czymś białym, co pod wpływem wody zrobiło się niemal przezroczyste, z piskiem uciekała przed ochlapującym ją wodą, wysokim chłopakiem. Tym samym, którego widział w swoim śnie. Rozciągnięty na trawie Damien przyglądał im się z nieco rozbawionym wyrazem twarzy. Lekko zdyszany Andre, któremu wreszcie udało się dogonić gnającego niczym wicher Jaya, wypadł na polanę. On również przystanął nieco zaskoczony, ale już po chwili otrząsnął się i zaczął wołać imię swojej siostry. Rozchichotana dziewczyna podniosła głowę, a kiedy ich tylko zobaczyła, natychmiast zaczęła biec w ich stronę, brodząc po kostki w szmaragdowej wodzie. Wpadła z impetem w wyciągnięte ramiona brata, a Andre przytulił ją do siebie opiekuńczo.

- Nic ci nie jest? – zapytał jej na wszelki wypadek.

Emi przecząco pokręciła głową, wyplatając się z jego uścisku. Teraz stanęła naprzeciwko Jaya, który w tym momencie nie był zdolny zrobić ani jednego kroku. Wyciągnęła rękę, jakby chciała go dotknąć, ale wtedy za jej plecami pojawił się Damien, wraz z nieznajomym. Chłopak stanął tuż za nią, a wtedy Jay instynktownie się cofnął. Emi opuściła dłoń. Miała zmartwiony wyraz twarzy.

- To Hikaru – przedstawiła swojego towarzysza, nie dodając niczego więcej. – Poznaj mojego brata Andre i przyjaciela Jaya.

Chłopak skinął im na powitanie głową, jakby pozostając w bezpiecznej odległości, wciąż za plecami Emi. Słowo „przyjaciel" zabolało Jaya do żywego. Było jak zimny prysznic. Do tej pory był przekonany, że są kimś więcej niż przyjaciółmi, kimś znacznie więcej. Wściekłość i zazdrość mieszały się w jego umyśle w jedno, próbując wydostać się rwącą, niebezpieczną rzeką. Chciał coś powiedzieć, ale zobaczył panikę w oczach Damiena. Zbyt długo i zbyt dobrze znał swojego przyjaciela, żeby zignorować tak wyraźny sygnał, więc z trudem się powstrzymał, zmuszając do milczenia.

- Czy to już wszyscy? – zapytał Hikaru, jakby się upewniając.

- Tak – odpowiedziała mu spokojnie Emi.

- Doskonale – mruknął w odpowiedzi, a jego przystojną twarz ozdobił szelmowski uśmieszek. – W takim razie wynośmy się stąd.

Potem cała ziemia zawirowała, uciekając Jayowi spod stóp. Uderzył go silny pęd powietrza. Zaniepokojony rzucił się w kierunku Emi, ale dziewczyny już tam nie było. Właściwie, to nie było tutaj niczego. Miejsce, w którym się znalazł, unosiło się, w zabarwionej fioletowymi cieniami, pustce.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Unosili się w powietrzu, a jednocześnie stali na twardym gruncie. Hikaru usiadł po turecku, w zabarwionym fioletowymi cieniami powietrzu. Emi spojrzała po zaniepokojonych twarzach przyjaciół, a potem wzruszyła ramionami i śladem chłopaka usiadła, podkulając pod siebie nogi i oplatając je ramionami. Nie miała pojęcia co to za miejsce, ale była pewna jednego – jest tutaj bezpiecznie, inaczej Hikaru by go przecież nie wybrał. Niepokoiła się tylko o to, co stało się z Jayem, ale cieszyło ją, że najwyraźniej był już sobą, szkoda tylko, że z jakiejś przyczyny bardzo niezadowolonym sobą. Damien niechętnie dołączył do nich, a w ślad za nim podążyli nieco zdezorientowani Andre i Jay, z czego ten pierwszy, bez ustanku wodził zaniepokojonym spojrzeniem karmelowych oczu za Damienem.

- Gdzie my jesteśmy? – zapytał chłodno brat Emi.

- W miejscu poza czasem – wzruszył ramionami najwyraźniej świetnie się bawiący Hikaru.

- Czemu tu jesteśmy? – drążył dalej ostrym głosem Andre.

- Ponieważ nas tu przeniosłem – uśmiechnął się leniwie smok.

- Dlaczego... - zaczął znowu czarodziej, a jego karmelowe oczy błyszczały z irytacji i niepokoju.

- Przestańcie! – przerwała im Emi. – Jesteśmy tutaj, ponieważ Hikaru chce nam pomóc. Przedstawiłam mu naszą sytuację.

- Niby dlaczego miałby chcieć nam pomagać? – zainteresował się Jay, starannie omijając Emi wzrokiem.

Coś było nie tak, a ona nie miała pojęcia z jakiego powodu, ani co z tym zrobić. Błagalnie spojrzała na Jaya, który zupełnie ją zignorował.

- Bo mu się nudziło – wtrącił się do rozmowy ponurym głosem Damien.

- Co się w ogóle z wami działo? Gdzie byliście? Po waszym zniknięciu Jay rozpętał prawdziwe piekło i do tej pory nas ścigają ci krowio-ludzie – zaznaczył pełnym pretensji tonem Andre. – Bardzo też chciałbym się dowiedzieć, kogo zabiła z zimną krwią moja siostra, żeby się tam znaleźć, o ile to co słyszeliśmy było prawdą – mruknął pełnym nagany głosem starszego brata.

Emi skuliła się jeszcze bardziej, a brązowe, lekko rozczochrane i przybrudzone włosy, zasłoniły jej niemal całą twarz. Wpatrywała się teraz w tańczące w pustce, fioletowe cienie.

- Wolałabym o tym nie mówić – szepnęła błagalnie.

Hikaru przyglądał im się z zainteresowaniem. Jego spojrzenie leniwie wodziło po ich twarzach, w kącikach ust chłopaka pojawił się ironiczny, drwiący uśmiech.

- Obserwowanie was było ciekawe... z początku... ale teraz robicie się już nudni – stwierdził rozbawiony – dlatego pozwólcie, że wyjaśnię wam kilka spraw. Magia nie jest doskonała – zaczął, wyciągając przed siebie nogi i podpierając się rękami o nieistniejące podłoże. – Czasami traktuje rzeczy zbyt dosłownie i nawet takie spłoszone, pełne dobrych intencji coś, jak twoja siostra, obrywa – zwrócił się do Andre.

- Hej! – zaprotestowała Emi.

Chłopak roześmiał się, a ona doskonale wiedziała, jak bardzo polubił ją irytować.

- No co? Czyżbym nie miał racji? – zwrócił się do niej w dalszym ciągu rozbawiony. – Nie zabiłaś w dobrej intencji? Szkarłatna pustynia to miejsce zesłania dla wszelkiej maści przestępców i czarnych charakterów, nie znalazłaś się tam bez powodu.

- Więc czemu magia mnie również tam nie zabrała? – warknął Jay, jakby stając w obronie dziewczyny. – Poluję niemal od zawsze, zabijam, a to ona, z powodu zabicia głupiej sarny, się tam znalazła! Dlaczego nie ja?!

Hikaru przewrócił oczami, spojrzał na Jaya jakby był małym dzieckiem, a raczej, konkretniej rzecz ujmując, kłopotliwym, przygłupim smarkaczem.

- To proste. Jesteś Illi'andin. Polujesz, żeby przeżyć. Nie robisz tego dla zabawy. Nigdy, nikogo, ani niczego nie zabiłeś bez powodu, z zimną krwią – wyjaśnił cierpliwie. – Ona musiała to zrobić.

- Miała powód – oznajmił ostro czarnoskrzydły. – Uratowała setki niewinnych dusz, poświęcając za nie jedno życie!

Coraz bardziej zainteresowani Andre i Damien spojrzeli na niego zaskoczeni, przenosząc swoje spojrzenia na bladą twarz Emi.

- Nikt nie powiedział, że magia będzie sprawiedliwa – stwierdził pojednawczym głosem Hikaru. – Co do niego natomiast – wskazał podbródkiem w kierunku Damiena – to zwykły morderca i gdyby Emi mnie tak ślicznie nie prosiła – uśmiechnął się pełnym samozadowolenia uśmiechem do dziewczyny – w życiu bym mu nie pomógł. W każdym razie – kontynuował ignorując to, że zarówno spojrzenie Emi, jak i Jaya, pytająco zwróciło się w kierunku Damiena i tylko Andre, z całej siły, starał się odwrócić wzrok – nie jesteśmy tu po to, żeby opowiadać sobie mrożące krew w żyłach historie. Obiecałem, że wam pomogę i zamierzam dotrzymać słowa. Nie będzie to jednak zabawa w ucieczkę i ukrywanie się przed światem po wszeczasy – stwierdził szczerząc białe zęby w uśmiechu. – Mam pewien plan.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Andre zerwał się z miejsca. Plan nieznajomego był czystym wariactwem i pod żadnym pozorem nie mógł być brany pod uwagę! Ani teraz, ani nigdy.

- To niedorzeczne! – oznajmił rozgniewany. – Tracimy czas – dodał ostro.

- Usiądź – mruknął uspakajająco Damien. – Właściwie, moim zdaniem to mogłoby się udać. Mimo, że sam pomysł jest dość szalony, to zawiera w sobie nieco logiki.

- Logiki? – burknął Andre. – Niby gdzie?! On proponuje frontalny atak i podporządkowanie sobie całej szkoły! – wykrzyknął.

- Widzisz jakiś inny sposób, na to, żebyśmy mogli tam wrócić? – spytał ponuro Damien. – Bo ja nie. Zresztą mamy pewną przewagę i asa w rękawie – uśmiechnął się gorzko.

- Róbcie co chcecie, ja zabieram moją siostrę i wracam do szkoły – zagroził chłopak.

- Nie pozwolę ci na to – odezwał się chłodnym głosem, milczący do tej pory Jay. – Zabiją ją, jeżeli się tam pojawi.

Damien poruszył się. Spojrzał prosto w karmelowe oczy Andre.

- Nie zastanowiło cię, dlaczego jeszcze nie jestem na głodzie narkotykowym? – spytał prosto z mostu. Chłopak spojrzał na niego zaskoczony, jakby do tej pory nie przyszło mu to do głowy. Damien uśmiechnął się ponuro. – Hikaru znalazł sposób, żeby oczyścić moją krew – wyjaśnił. – Jeżeli zgodzi się pomóc arystokratom, będziemy mieli ośmiu silnych sprzymierzeńców. Nie wydaje mi się też, żeby innym podobał się obecny stan rzeczy. Jestem pewien, że z przyjemnością się zbuntują.

- A co z czarodziejami? – spytał nieco mniej pewnie brat Emi.

- W tym już będzie twoja rola – uśmiechnął się odrobinę mniej ponuro Damien. – Hikaru – zwrócił się do rozpartego wygodnie, w pełnej fioletowych cieni pustce, smoka – pokaż mu, co ich przekona.

Rozdział XXIX

Jeffrey niespokojnym krokiem chodził po bogato zdobionym pokoju. Jego nienaganne zwykle ubranie było teraz wygniecione i nieco brudne, a jasne pukle włosów, zamiast układać się w drobne loki, sterczały na wszystkie strony. To przez tego cholernego głupca teraz cierpiał. Konsekwencje ucieczki Damiena Hayazaki ponosili oni wszyscy. Gdyby tylko potrafił udzielić odpowiedzi na zadawane mu pytania... Zrobiłby to bez najmniejszego wahania! Ale jak miał zdradzić coś, czego zwyczajnie nie wiedział?! Nagle odwrócił się w stronę wielkiego, zajmującego niemal całą ścianę okna. Katem oka dostrzegł prześlizgujący się za grubą zasłoną cień. Wstrzymując powietrze, zaczął zbierać w sobie magię. Wystarczyłoby jedno jego słowo... Nie zdążył. Coś gwałtownie spadło na niego, przewracając go na ziemię i przygniatając jego twarz do grubego, jasnego dywanu. Potem ucisk zelżał, jakby napastnik nagle gwałtownie stracił na wadze. Jeffrey z trudem odwrócił głowę. Zamrugał niedowierzająco.

- Damien? – zapytał zaskoczony.

- Teraz będziesz milczał i posłuchasz co mam do powiedzenia – wyjaśnił siedzący na nim chłopak, szczerząc w uśmiechu białe zęby. Potem jego błękitne oczy rozbłysły. – Jeżeli jednak w międzyczasie odezwiesz się chociaż słowem... - zamruczał, z premedytacją pokazując Jeffreyowi niedwuznaczny gest.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

To było czyste szaleństwo, a oni to doskonale rozumieli. Rozumieli i... godzili się na to! Tylko właściwie jaki mieli wybór? Lepsza była wieczna niewola czy śmierć? Plan, który przedstawił im Damien Hayazaki dawał to, czego w życiu potrzebowali najbardziej – nadzieję, nawet jeżeli miałoby to oznaczać współpracowanie z ludźmi. Zresztą magowie wcale nie byli w lepszej sytuacji. Ich siostry, przyjaciółki, dziewczyny, wszystkie one były zagrożone poprzez nieprzemyślane działanie sojuszu. Zmuszanie młodych czarodziejek do zaplanowanych przez rodziny małżeństw z chłopcami Ili'andin było wystarczającym powodem do buntu. Było cienką nicią, która mogła zmusić ich do współpracy. Teraz, na skraju lasu, na polanie nad jeziorem, pojawili się wszyscy, bez wyjątku. Stała tu cała ósemka, uczęszczających do szkoły w czarnej wieży, arystokratów Illi'andin. Z nienawiścią i rezygnacją obserwowali stojącego w blasku trzech księżyców Damiena, ale w ich spojrzeniach było jednocześnie coś innego. Na wymęczonych tygodniami podawania serum prawdy i różnych innych narkotyków twarzach, malowała się nadzieja.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Wykończony Hikaru opadł na trawę. Nie chciał, żeby którekolwiek z nich wiedziało, jak wiele własnej siły kosztowało go oczyszczenie krwi arystokratów. Czuł się wśród nich dziwnie nie na miejscu i to co miało być rozrywką, zmieniało się w niechętny przymus. W powietrzu zaczął się unosić przyjemny, lekki zapach. Nawet nie musiał podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto znalazł się w pobliżu.

- Ilu z nich przeżyło? – spytała siadając na trawie.

- Pięciu – odpowiedział smok – a to i tak nieźle. Mieli szczęście.

Dziewczyna skinęła głową, co bardziej wyczuł niż zobaczył. Wiedział też, że jest smutna, ale zdeterminowana. Poczuł ukłucie dziwnej przykrości, na myśl, że za chwilę zgasi cały jej zapał.

- Wracam do domu – oznajmił siadając.

Emi spojrzała na niego zdezorientowana. Zamrugała, przez co jej duże, karmelowe oczy stały się jeszcze większe.

- Nie możesz! Przecież obiecałeś! – wyjaśniła niczym ufne, małe dziecko.

Chłopak zawahał się przez chwilę.

- Najpierw zabiorę was tam, dokąd będziecie chcieli – oznajmił niezbyt chętnie. – I nie martw się, skoro to ja rezygnuję, nasza umowa jest nieważna.

Dziewczyna gwałtownie zerwała się z trawy.

- To ty rozpocząłeś naszą wojnę, ale z tobą, czy bez ciebie – odezwała się gorączkowo – my ją dokończymy!

Potem odwróciła się i po prostu uciekła, znikając między drzewami, niczym rusałka. Hikaru z westchnieniem opadł na trawę. To, co kłębiło się w jego wnętrzu, to było coś zupełnie nowego. Innego, niż znał do tej pory. Na dodatek wcale, a wcale mu się nie podobało.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Drogi Pamiętniku, tego dnia rozpętała się wielka bitwa. Magowie walczyli ramię w ramię z Illi'andin. Nie chcieliśmy takiego losu, nikt nie chciał, ale każde z nas rozumiało, że nie mamy innego wyjścia. Naszym założeniem było pokojowe przeprowadzenie do portali wszystkich tych, którzy nie popierali naszych idei. To jednak się nie udało. Nauczyciele z czarnej wieży wezwali na pomoc garnizon z Morven. Umierali zarówno czarodzieje, jak i Illi'andin, a ja drżałam ze strachu o życie najbliższych. Wszystko wskazywało na to, że przegramy, a oni, mściwie pozabijają nas wszystkich. Wtedy jednak okazało się, że Hikaru został. Do tej pory zadaję sobie pytanie, co nim kierowało. Ze smokiem nawet wojownicy Illi'andin nie mieli szans. Szalę zwycięstwa na naszą stronę ostatecznie przechyliły leśne zwierzęta, które tłumnie zebrały się na skraju Anduriańskiej Puszczy, by nas wspomóc. Ostatecznie wszyscy nauczyciele i niechętni nam uczniowie Białego Pałacu, zostali wygnani z Dareshii, a prowadzące do zewnętrznego świata portale, zostały zniszczone. Żaden Illi'andin nie odważył się opuścić niewielkiej planety. Dla nich nie było odwrotu. Każdego z nich czekałaby śmierć.

Siedząca, pod rozłożystym dębem, Emi podniosła głowę znad trzymanego na kolanach zeszytu. Spojrzała w bursztynowe oczy stojącego nad nią Jaya.

- Uspokoili się? – spytała posępnie, z góry przewidując odpowiedź.

Chłopak prychnął.

- Nie ma na to najmniejszych szans. Illi'andin i ludzie zawarli sojusz. Łączy nas wspólny wróg, ale nie ta dwójka – mruknął cierpiętniczo. – Damien i Andre prędzej się pozabijają niż którykolwiek z nich odpuści.

- Doskonale – Emi przewróciła oczami. – W takim razie ja walnę w łeb mojego głupiego brata, a ty zajmiesz się Damienem.

Jay uśmiechnął się do dziewczyny, ale jego uśmiech natychmiast zrzedł, bo właśnie tuż przy nim, spomiędzy drzew, wysunęła się szczupła sylwetka Hikaru. Smok zupełnie zignorował chłopaka.

- Skoro już po wszystkim, to się zbieramy – oznajmił rozkazującym tonem, zwracając się do Emi. – Chcę wracać do domu.

Dziewczyna przepraszająco spojrzała na Jaya, a potem powoli wstała ze swojego miejsca pod drzewem. Obietnica to obietnica, a ona wiedziała, jak niebezpiecznym by było nie dotrzymanie swojej. W końcu Hikaru wywiązał się ze swojej części umowy, został i im pomógł. Czarne skrzydła Jaya rozpostarły się w niemym proteście.

- Zbieramy? Idziesz z nim? – spytał zaskoczony i rozczarowany.

Emi spuściła głowę, tak, że długie, brązowe włosy, zasłoniły kurtyną jej twarz i karmelowe oczy.

- Taką mieliśmy umowę – przyznała cicho.

- Więc ty i on nie... - zaczął Jay, którego umysł jakby się przebudził ze snu i otępienia, a uczucia i nadzieja wydostały się spod gęstej, zasnuwającej je mgły. Jakoś dopiero teraz do niego dotarło, że to przecież jego Emi i ona nigdy by...

Stojący podpierając się pod boki Hikaru, ziewnął przeciągle. Wyglądał na mocno znudzonego.

- Chciałem, żebyś tak myślał – wyjaśnił spokojnie – to ułatwiało sprawę. No cóż, może w ten sposób będzie zabawniej. Emi, zabieraj swoje rzeczy i idziemy – zwrócił się rozkazująco do dziewczyny.

Jay bez chwili wahania chwycił miecz, który bez przerwy nosił w pochwie, przy pasie, od czasu rozpoczęcia się walk.

- Przestań! Odłóż to! – zażądała dziewczyna, ale on kompletnie nie zwrócił na nią uwagi.

Hikaru roześmiał się, bez trudu unikając pierwszego, szybkiego ciosu. Potem się przemienił. Olbrzymie, czarne cielsko smoka, ledwo mieściło się na polanie, między pojedynczymi drzewami.

- Nie! Przestańcie! – ponownie zaprotestowała dziewczyna.

Wielki, twardy, ciemny ogon powalił ją na ziemię. Czarnoskrzydły wzbił się w powietrze, próbując zaatakować z wysokości, ale zaraz za nim wzleciał ku niebu, coraz mniej rozbawiony, a bardziej wkurzony smok.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

To co rozpętało się w powietrzu, było niesamowite. Przyglądająca się z trawy Emi, widziała na niebie tylko czarne, zamazane smugi. Nie mogła zrozumieć jakim cudem, olbrzymich rozmiarów smok, potrafił poruszać się z taką prędkością?! Po chwili otępiałego zaskoczenia, jej umysł zaczął pracować aż nazbyt sprawnie. Wielką falą zaczęła zalewać ją panika. Jay! Przecież Hikaru go zabije! Może i czarnoskrzydły był wojownikiem, ale ze smokiem z pewnością nie miał szans.

„Damien! Damien!" – zaczęła rozpaczliwie wołać w myślach, próbując odnaleźć wyblakłą nić połączenia, które kiedyś, gdy wspólnie ratowali Jaya, pomiędzy nimi powstało.

O dziwo zadziałało, bo już po chwili, na niewielką polanę, wpadł śnieżnobiały tygrys. Przybrał swoją ludzką postać, bez zbędnych pytań, sam orientując się w sytuacji.

- Cholera! Czy oni powariowali?! – zapytał z ciągle uniesioną ku niebu głową.

- Hikaru jakoś wpłynął na umysł Jaya i Jay się wkurzył – wyjaśniła pokrótce Emi, również nie odrywając wzroku od toczącej się w górze bitwy. – Do tego nie chciał pozwolić, żebym z nim poszła – dodała nieco ciszej.

- Musimy to przerwać, on go zabije – zdecydował zupełnie już spokojnym głosem, zrezygnowany Damien.

Chłopak podszedł ku podnoszącej się z trawy dziewczynie. Spojrzała na niego pytająco.

- Jak chcesz to zrobić?

Wzruszył ramionami.

- Nie mam jeszcze do końca pojęcia, ale potrzebny nam drugi smok... - wytłumaczył niezbyt jasno. – Pomożesz mi?

Emi skinęła głową.

- Co mam robić?

- Pożycz mi swoją magię, sam nie dam rady – mruknął. – Tak jak robiliśmy to już wcześniej.

Dziewczyna bez zastanowienia wsunęła drobną dłoń w jego rękę.

- W takim razie zaczynajmy.

Damien splótł swoje palce z jej palcami, a potem cały świat jakby zwolnił. Tocząca się w przerażającym tempie walka, była teraz bitwą dwóch ślimaków. Emi wyraźnie widziała płynne ruchy Jaya i zakończone niepowodzeniem próby Hikaru, żeby czarnoskrzydłego czymkolwiek uderzyć. Jay również nie trafiał, ale dziewczynę przerażała różnica w konsekwencjach tego, co jeden może zrobić drugiemu. Gdyby to smok uderzył czarnoskrzydłego, zapewne po prostu by go zabił, natomiast trafienie Jaya, nawet zaostrzonym, połyskującym w słońcu mieczem, mogłoby co najwyżej jeszcze bardziej Hikaru wkurzyć. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Sylwetka Jaya rosła. Zmieniał się w obarczonego czarnymi skrzydłami wilka. Emi czuła, jak Damien wysysa z niej całą moc i energię.

- Co robisz? – spytała zaniepokojona.

- Zaufaj mi, to najlepsze co jestem w stanie wymyśleć – odezwał się z wysiłkiem. – Gdybyśmy zmienili go w smoka, nie miałby pojęcia, jak w tej postaci walczyć.

Ogromnych rozmiarów zwierzę rosło coraz bardziej, wkrótce już dorównując rozmiarami zdumionemu, czarnemu smokowi. Jay wyjątkowo szybko odnalazł się w nowej, dziwacznej sytuacji. Nie miał co prawda miecza, ale dysponował teraz pazurami i rzędem ostrych zębów. Błyskawicznym ruchem rzucił się do szyi smoka. Hikaru syknął wściekle i sparował atak, odrzucając zwierzę do tyłu, na jego odsłoniętej w tym miejscu skórze, pojawiła się jednak ciemna krew. Dalej toczyła się zacięta walka. Szala zwycięstwa tym razem zaczęła przechylać się na stronę Jaya. Wilk kąsał w każde, możliwe, nie pokryte sztywnymi łuskami miejsce, w błyskawicznym tempie odskakując za każdym razem do tyłu. Smok, nie przyzwyczajony do walki z równym przeciwnikiem, broczył krwią z coraz większej ilości niewielkich ran i skaleczeń. W końcu, wycieńczony, opadł na ziemię. Jay przygotował się do skoku, wyraźnie planując zakończyć tą walkę śmiercią przeciwnika. Emi przymknęła oczy, z wysiłkiem utrzymując się na nogach.

- Jay, nie zabijaj go! – wrzasnęła resztkami sił. – Jeżeli go zabijesz, nigdy w życiu się już do ciebie nie odezwę! – dodała pierwszy argument, który przyszedł jej do głowy.

Wilk warknął nieprzyjaźnie, ale ustąpił. Stanął nad przeciwnikiem, jeżąc sierść i czekał. Pierwszy swoją ludzką postać przybrał Hikaru, dopiero potem zrobił to on sam. Emi osunęła się na trawę, Damien, z pobladłą twarzą oparł się o drzewo. To kosztowało ich zbyt wiele. Smok usiadł, podtrzymując się na rękach. Jego twarz była teraz pełną wściekłości maską.

- Jak śmiesz się wtrącać? – syknął rozeźlony bezpośrednio do Damiena. – Mam takie samo prawo zabijać jak ty!

- Nie moich przyjaciół – odpowiedział mu z trudem blondyn.

- Taaak? – zadrwił Hikaru. – To może opowiedz im o dziewczynie, którą zamordowałeś z zimną krwią? Bo ona chyba była ich przyjaciółką – odezwał się z podłą satysfakcją w głosie. – Z twojego umysłu wyczytałem nawet jej imię. Nazywała się Ana – rzucił z czającym się w spojrzeniu okrucieństwem, wpatrując się bezpośrednio, w błękitne oczy Damiena.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

To było dziwne uczucie, taka pustka, kiedy wie się, że się przegrało. Damien ze stoickim spokojem obserwował pytające, niedowierzające twarze Emi i Jaya.

- Zabiłeś ją? – z ust dziewczyny padło cichutkie, nieuniknione pytanie. Damien poczuł się teraz bardziej zmęczony niż kiedykolwiek dotąd. Niechętnie skinął głową. – Dlaczego? – nie mogła zrozumieć Emi.

To jednak nie miało znaczenia, jej żal, jej łzy w oczach, nie mogły konkurować ze wściekłym spojrzeniem Jaya.

- Ty padalcu! – warknął czarnoskrzydły. – Przez cały ten czas miałem cię za przyjaciela, a ty... ty chciałeś mojej śmierci!

- Nie, to nie tak... – spróbował bez przekonania Damien, ale nigdy nie dane było mu dokończyć.

Szary wilk o bursztynowych oczach, rzucił się na niego, przygważdżając blondyna do ziemi. Damien nie zamierzał się bronić, bo to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Leżał rozciągnięty pod drzewem, na trawie i czekał na zbliżającą się śmierć. Nagle wilk zaskowyczał. Stanął w płomieniach. Sturlał się z chłopaka i zaczął tarzać w trawie.

- Andre, przestań! Przestań! – krzyczała już Emi, do wyłaniającego się z lasu brata.

Ogień zgasł, a wilk zerwał się z trawy wściekle warcząc. Hikaru, mimo, że brudny i podrapany, a na twarzy jeszcze bledszy niż zwykle, wyraźnie bawił się zaistniałą sytuacją.

- On nie chciał skrzywdzić Jaya – wyjaśnił Andre, patrząc tylko na swoją siostrę. – Wymyślił po prostu durny sposób na to, żeby go chronić.

- Bo przecież on tak baaaardzooo go kocha – dodał rozbawionym głosem smok. – No cóż, pech chciał, że czarnoskrzydły woli dziewczyny – roześmiał się mrużąc szmaragdowe oczy.

Jay przybrał swoją ludzką postać i gapił się jak ogłuszony na przyjaciela. Kiedy tamten spojrzał mu w oczy, wzdrygnął się mimowolnie. Damien poczuł jak wszystko w nim drży. Na twarz starał się przybrać wyćwiczoną przez lata, obojętną maskę, ale zwyczajnie nie potrafił. Zaczął żałować, że Jay nie rzucił mu się od razu do gardła, bo gdyby to zrobił, on teraz byłby martwy, a oprócz śmierci, pragnął jedynie zapaść się pod ziemię. Emi, odrobinę chwiejnie wstając z trawy, podeszła do czarnoskrzydłego, wplatając mu się pod ramię. Jay natychmiast zignorował całe otoczenie, po prostu przytulając ją do siebie, jakby wszystko inne nie istniało. Damien nie potrafił tego dłużej wytrzymać. Przybrał postać białego tygrysa i nie zwracając na nic więcej uwagi, popędził przez las.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Znajdowali się w jednej z nieużywanych, pałacowych komnat. Jay niespokojnie chodził po pokoju. Emi skonsternowana wpatrywała się w niego już od dłuższego czasu.

- Przestań wreszcie – zażądała, nie mogąc już dłużej wytrzymać.

Chłopak zatrzymał się, spojrzał na nią, a potem jakby opadł z sił.

- Nienawidzę go – oznajmił. – Nienawidzę!

- Wcale nie – stwierdziła dziewczyna podchodząc do niego bliżej. Przytulił ją mocno do siebie. – Jest twoim przyjacielem – wyjaśniła. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się martwił, kiedy dowiedział się, w jaki sposób cię ukarano. Chyba spodziewał się, że zabijając Anę i zrzucając na ciebie odpowiedzialność za jej morderstwo, po prostu nas rozdzieli.

- Dlaczego w ogóle chciał to zrobić? – bursztynowe oczy Jaya płonęły.

Emi spuściła wzrok.

- Nasi rodzice zaplanowali nasz ślub – mruknęła cichutko. – Wszystko wskazywało na to, że w żaden sposób nie damy rady go uniknąć.

Jay warknął nieprzyjaźnie.

- Widziałem, że jest zazdrosny, ale przez cały czas myślałem, że ten skurwiel zakochany jest w tobie!

Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.

- We mnie? – nie mogła powstrzymać się od leciutkiego uśmiechu. – To ty nie wiedziałeś, że Damien jest gejem?

- Nie miałem pojęcia – przyznał szczerze Jay.

Westchnęła, a on przytulił ją do siebie jeszcze mocniej.

- Co nie zmienia faktu, że i tak nie potrafię mu tego wybaczyć.

- Ja też nie – niechętnie przytaknął jej Jay.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Robert Lander, do tej pory najlepszy przyjaciel Andre, nienawidził teraz czarodzieja z całego serca. Och, udawał, że jest zadowolony z przebiegu wydarzeń, bo co innego mu pozostawało? Wielka bitwa, współpraca z Illi'andin, przejęcie szkoły. Tylko dlaczego, skoro po swojej stronie mięli smoka, nie pozabijali od razu tych wszystkich przeklętych szumowin? No tak, Andre wytłumaczył mu ich szansę, tą samą, którą wraz z Damienem Hayazakim przedstawił przed Illi'andin. Jego mała, spłoszona siostrzyczka – najchętniej wyplułby to słowo – wcale nie była człowiekiem. I mimo, że jej matką była czarodziejką, zgwałconą przez jedną z tych bestii, ona sama pozostawała w jakiś sposób, żeńską wersją arystokratów Illi'andin. Najzabawniejsze było to, że teraz wszyscy o tym wiedzieli – wszyscy, tylko nie ona sama. Teraz, kiedy zobaczył przeklętą dziewuchę, kiedy samotnie zmierzała w kierunku lasu, bez zastanowienia postanowił udać się za nią, w nadziei, że znajdzie jakiś sposób, żeby się jej pozbyć, raz na zawszę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Emi stała nad krawędzią głębokiego, skalistego wąwozu, w którym spalono wszystkie ciała, składając hołd umarłym. Zastanawiała się czy było to lepsze od praw, jakimi rządził się sojusz. Zmuszanie młodych dziewcząt do małżeństw, z rozbestwionymi, pozwalającymi sobie na wszystko chłopakami, nie było niczym dobrym, tak samo jak narkotyki, które podawano Illi'andin, ale czy równoważyło tą całą śmierć? Nie potrafiła jednak tak szczerze, do końca żałować, bo dzięki bitwie, dzięki zdobyciu szkoły, właśnie dzięki tej całej śmierci, żył Jay. Był tutaj i nikt, nigdy więcej, nie zabroni im bycia razem. W pewnym momencie coś poruszyło się między szarymi cieniami drzew. Dziewczyna odwróciła się zaskoczona, w samą porę, by zobaczyć błysk stali. Poczuła jak chłód rozlewa się po całym jej ciele, kiedy w jej brzuch wbił się wąski sztylet.

- Giń suko! – usłyszała znajomy, ale tym razem pełen nienawiści, głos Roberta.

Chłopak jednak nie zdążył wyciągnąć sztyletu, żeby pchnąć jeszcze raz, bo w tym właśnie momencie, rzucił się w jego kierunku, olbrzymi, biały cień. Tygrys przewrócił czarodzieja na trawę, a potem obaj stoczyli się z krawędzi wąwozu. Emi poczuła jak odpływa. Ból był nie do zniesienia. Osunęła się na trawę, by po chwili stracić przytomność.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

- Nic jej nie będzie? – spanikowanym głosem dopytywał się Andre.

- Zamknij się, albo wyjdź – usłyszała ostry głos czarnoskrzydłego.

Z trudem uniosła powieki. Poczuła szorstką rękę Jaya, która łagodnym gestem odgarnęła jej włosy ze spoconego czoła. Zobaczyła ulgę w jego bursztynowych oczach.

- Jay... – wyszeptała cicho, a potem nagle coś sobie przypomniała. – Damien, co z Damienem? Gdyby nie on, pewnie już bym nie żyła...

Czarnoskrzydły skrzywił się odrobinę, ale nic nie odpowiedział. Andre podszedł i usiadł po drugiej stronie siostry.

- Razem z Robertem wpadł do wąwozu – wyjaśnił. – Prawdopodobnie by się zabił, gdyby nie twój smok. Otworzył jakiś portal, do którego obydwaj wpadli. Potem sam w niego zanurkował i wrócił razem z Damienem. Roberta więcej nie widzieliśmy. I dobrze, bo inaczej sam bym go zabił – powiedział poważnym głosem.

- O ile zdążyłbyś zrobić to przede mną - warknął ponuro Jay.

- Więc gdzie oni są teraz? – spytała odsłaniając kołdrę i patrząc na swój zupełnie zdrowy, nawet nie zadraśnięty brzuch.

Jay i Andre wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia, jakby bali się reakcji dziewczyny. Po dłuższej chwili milczenia odezwał się jej brat.

- Hikaru odpoczywa w twoim pokoju. Wyleczenie twojej rany mocno go wyczerpało – wyjaśnił.

- A Damien? – nie zamierzała przestać się dopytywać.

- Damiena nie ma – oznajmił twardo Jay. – Zostawił list.

- List? – nie zrozumiała dziewczyna.

- Uznał, że lepiej będzie, jeżeli na jakiś czas się usunie – wyjaśnił niechętnie Andre.

- Uciekł jak tchórz – sprecyzował czarnoskrzydły.

Andre zmierzył go nieprzyjemnym wzrokiem, ale to przemilczał. Nagle Emi coś jeszcze przyszło do głowy.

- Dlaczego Robert próbował mnie zabić? Co by mu to dało? – spytała niespokojnie.

Znowu odpowiedziało jej ponure milczenie. Tym razem przerwał je Jay.

- Ponieważ jesteś jedną z nas – odezwał się patrząc jej w oczy. – Jesteś Illi'andin.

Stwierdzenie to wydało się Emi tak absurdalne, że miała ochotę parsknąć śmiechem. Oni się jednak nie śmiali. Mówili całkiem poważnie. A potem było już tylko gorzej. Andre opowiedział siostrze historię, jak jeden z arystokratów zgwałcił jej matkę. Opowiedział też o tym, jak dla dobra sojuszu, zatuszowano całą sprawę. Dziewczyna tak mocno zacisnęła usta, że stały się teraz wąską, białą linią.

- Wiedziałeś o tym? – spytała Andre. – Obydwaj wiedzieliście?

Jej brat przecząco pokręcił głową.

- Ja wiedziałem, ale Jay dowiedział się dopiero dzisiaj, ponieważ Damien wspomniał o tym w liście.

- Czy moglibyście wyjść? – poprosiła, nie zwracając uwagi na to, że znajdowali się w pokoju Andre. – Chciałabym zostać sama.

Niechętnie skinęli głowami.

- Kocham cię – szepnął na pożegnanie Jay, pochylając się i całując skroń dziewczyny. -

Nie obchodzi mnie kim jesteś. Kimkolwiek byś nie była, ja i tak zawsze będę cię kochał.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Wypchany plecak ciążył Andre coraz bardziej. Ciążyło mu również to, że stąd odchodzi. Po cichu i ukradkiem, jak włamywacz.

- Znajdziesz go? – podskoczył zaskoczony, na dźwięk znajomego głosu.

Odwrócił się, by stanąć twarzą twarz, z opartym o pień drzewa Jayem.

- Nie wiem ile zajmie mi to czasu, ale znajdę, a potem wrócimy tutaj. Razem.

Czarnoskrzydły skinął głową. Uśmiechnął się ponuro.

- Mam nadzieję, że szybko go przekonasz. Jest moim przyjacielem. Cokolwiek by myślał czy zrobił. Poza tym uratował Emi. To dzięki niemu żyje. Przekonaj go, żeby wrócił.

- Przekonam – oświadczył Andre, któremu zrobiło się trochę lepiej. – Powiedz jej, że ją kocham.

- Przekażę – mruknął czarnoskrzydły.

Potem, kiedy nie było już nic do powiedzenia, Andre odwrócił się i odszedł, a Jay stał jeszcze chwilę, wpatrując się w jego, oddalającą się, samotną sylwetkę.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Emi leżała na trawie, wtulając się w ramiona Jaya. Milczeli, skupieni na własnych myślach. W końcu dziewczyna nie wytrzymała. Oparła się na łokciu, pochylając nad chłopakiem, by miękko pocałować go w usta.

- Co teraz będzie się działo? – spytała.

- Nic – oznajmił. – My zachowany swoje treningi, a wy powinniście zachować lekcje magii. Jeżeli chcemy dalej walczyć o swoje, mogą się nam wkrótce przydać.

- Czy myślisz, że kiedyś ludzie oswoją się z Illi'andin? Będziemy potrafili żyć w pokoju?

Jay spojrzał jej prosto w oczy.

- Jeżeli kiedykolwiek się to uda, to jestem pewien, że stanie się to w tej właśnie szkole.

Dziewczyna westchnęła. Z powrotem opadła na trawę.

- Kocham cię – mruknęła cicho, wtulając się mocno w jego ramię.

- No widzisz? – wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu, jego bursztynowe oczy błyszczały. – Jeżeli nam się udało, to czemu miałoby się nie udać innym?

- Jay! – powiedziała z nutką nagany w głosie.

Roześmiał się.

- Ja też cię kocham – przyznał, wiedząc, że to właśnie taką odpowiedź pragnęła usłyszeć.

~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

Leżał w białej pościeli, wpatrując się w ozdobione niebieskimi kwiatami, drewniane meble i zastanawiał się co on właściwie tu robi? Bitwa się zakończyła, a oni wygrali, na Dareshii nie został już ani jeden dorosły czarodziej czy Illi'andin. Wszyscy ci, którzy złożyli broń, zostali pokojowo przeprowadzeni przez portale. Reszta po prostu zginęła, a ich ciała spalono w leśnym wąwozie. Co prawda w szkole na nowo utworzyły się dwa obozy – czarna wieża dla Illi'andin i biały pałac dla czarodziejów, a młodzi ludzie podchodzili do siebie nawzajem jak pies do jeża, ale wyraźnie widać było wzajemny podziw obu stron, dla wykazanej podczas bitwy odwagi i nieśmiałe próby kontaktów, zwłaszcza między czarodziejkami, a chłopakami Illi'andin. Z pewnością go już nie potrzebowali, więc dlaczego tu jeszcze był? Hikaru przeciągnął się, a potem syknął z bólu. Pierwszy raz w życiu odczuwał negatywne skutki walki i wyczerpania leczeniem. Zazwyczaj po prostu nikt nie miał z nim szans, a pomagać nie miał komu, bo nie litował się nad innymi. Więc co się zmieniło? Może to, że tak naprawdę nie chciał tego sukinsyna zabić... może bał się ujrzeć nienawiść w karmelowych oczach... a może... Jego rozważania przerwał hałas otwierających się drzwi.

- Cześć – Emi wśliznęła się do środka i usiadła obok niego na łóżku. W dłoniach trzymała parujący kubek. – Przyniosłam ci kakao – uśmiechnęła się łagodnie – pamiętam twój rozmarzony wyraz twarzy, kiedy wspominałeś o słodyczach – wyjaśniła.

Smok usiadł, dziwiąc się w jakim stopniu może kogoś boleć jego własne ciało. Pieprzony wilk! Czemu dał mu się tak pogryźć?

- Dzięki – mruknął, zastanawiając się czy w ogóle powinien coś powiedzieć.

Dziewczyna podciągnęła nogi, opierając się tuż przy nim o ścianę, w końcu to było jej własne łóżko...

- Namieszałeś – westchnęła zasmucona.

- Wiem – przyznał czując się dziwnie skonsternowany.

Nie tego się po niej spodziewał. Powinna powiedzieć, że go nienawidzi, robić mu wyrzuty, rzucić się na niego z pięściami czy cokolwiek takiego, ale nie. Ona siedziała tutaj, wpatrując się w swoje kolana i czekała na jego wyjaśnienia. Wyjaśnienia, których nie było. Chciał ją zabrać na czerwoną planetę, albo gdziekolwiek indziej, w końcu była mu to winna. Nienawidziłaby go, a on by się dobrze bawił, robiąc jej na złość. Coś go jednak powstrzymywało i na to „coś" był bardziej wkurzony niż na całą tą głupią planetę, czarodziejów, rasę Illi'andin i samego siebie.

- Co teraz zrobisz? – zapytała.

- Będę tak samo nieznośny jak do tej pory – odpowiedział szczerze.

Coś w nim drgnęło, kiedy obdarzyła go promiennym uśmiechem.

- To znaczy, że z nami zostajesz?

Mimo, że wcześniej nie miał jasno sprecyzowanych planów, to teraz wiedział, że tak. Przecież tych głupich dzieciaków trzeba było pilnować, bo inaczej gotowi pozabijać się nawzajem. Nie będąc pewnym własnego głosu, po prostu skinął głową. Emi pisnęła. Oplotła ramionami jego szyję, delikatnie pocałowała go w policzek. Potem jednak odsunęła się gwałtownie.

- Obiecaj, że nawet nie spróbujesz zabić któregokolwiek z moich przyjaciół – zażądała.

Smok prychnął, ale ponownie skinął głowa.

- Obiecuję – westchnął, zastanawiając się, jak teraz będzie wyglądało jego nowe, ciekawsze życie.

The End

Słowniczek:

Wairudo – dziki

Hayazaki – wczesny kwiat

Senshi – żołnierz

Hikaru – zbyt jasny

Fukkura – puszek

Dział: Opowiadania
poniedziałek, 24 czerwiec 2013 08:07

Zagubieni: Inwazja

Marcin Mortka powraca w nowym wydaniu. Sukcesywnie zagospodarowuje kolejne segmenty rynku książkowego. Po fantastyce, powieści marynistycznej, książkach dla najmłodszych tym razem przyszła kolej na młodzież, ale raczej tę przy dolnej granicy, a w dodatku w scenerii science-fiction. „Zagubieni. Inwazja" to początek nowej serii autora, który ma tak, że wszystko, czego dotyka zamienia się w złoto. Czy tak będzie i tym razem?

Na fabułę „Zagubionych" składają się typowe w powieściach młodzieżowych elementy. Główny bohater jest w wieku szkolnym i wraz ze swoim mniej lubianym kolegą nagle trafia w kosmos. Okazuje się, że to jego rodzice przygotowali plan ewakuacyjny na wszelki wypadek. I taki właśnie się trafił – Ziemia znajduje się pod ostrzałem, a cała przestrzeń kosmiczna jest okupowana. Ale kto tu jest dobry, a kto zły ciężko stwierdzić, gdyż Dorian Tomllinson po latach nauki o nich w szkole, dopiero teraz na własne oczy widzi obce, dziwne rasy. Poszukując rodziców, o których słuch zaginął, a po których pozostały jedynie enigmatyczne zagadki ratuje przy okazji siostrę. Poznaje również mieszkańców stacji i poszczególnych globów, a to wszystko w niezbyt oczekiwanym towarzystwie – robota domowego i Storda, kosmity, a zarazem przyjaciela ojca.

Przygodom młodych towarzyszy dreszczyk emocji, gdy raz po raz trafiają z deszczu pod rynnę. Akcja toczy się w naprawdę zastraszającym tempie i nie ma tu mowy o nudzie. Mimo to, trochę ciężko utożsamiać się z tymi dzieciakami, którym poskąpiono odrobinę rysu psychologicznego. Owszem, każde ma pewne cechy charakterystyczne, ale nim zdążymy się do nich przywiązać okazuje się, że to już koniec. Tylko niespełna 230 stron to porcja pewnie w sam raz dla początkującego czytelnika, ale bardziej wymagającym lektura zajmie maksymalnie dwa wieczory.

Pod względem stylistycznym niczego nie można Mortce zarzucić – to nadal ten sam pisarz, którego znamy i lubimy z cyklu „Miecz i Kwiaty" czy serii książek o Tappim. Tutaj słownictwo jest siłą rzeczy nieco uproszczone, ale nie tak bardzo jak można by się było spodziewać. Rejony science-fiction to dla autora całkowita nowość, ale widać w nim potencjał. Potrafił przedstawić świat i fabułę bez zagmatwania, chociaż także bez bardziej kreatywnych wynalazków wyobraźni. Całkowicie poprawnie skomponował utwór w gatunku, po który sięgnął po raz pierwszy i za to należy mu się pochwała. Starsi czytelnicy na pewno nie pogardziliby pełnoprawnym utworem SF w wersji dorosłej.

Nie potrzeba wczytywać się w „Zagubionych" uważnie, żeby zauważyć podobieństwa do innej skierowanej do młodzieży serii, mianowicie „Tam i z powrotem" Tomasza Duszyńskiego. To przede wszystkim nastolatki w kosmosie, kolejna „kotopodobna" inteligentna rasa, mnóstwo akcji i humoru. U Duszyńskiego wszystko to jednak ujęte jest w prześmiewczy sposób, przeplatając popkulturę z fantastyką. Mortka nie sili się na takie zagrywki, przeznaczając powieść właściwie tylko dla jednej grupy czytelników. Nie jest to złe, ale po prostu dorośli raczej nie znajdą tu nic dla siebie.

O tym, że to pozycja głównie dla młodszych czytelników świadczy również spora, wyraźna czcionka. Lekturę umilają rysunki w konwencji komiksów, które przedstawiają ważniejsze wydarzenia w powieści. Książka ta będzie idealna dla młodzieży, szczególnie tej poniżej 16 roku życia. Jeśli zaczytujecie się w serii „Felix, Net i Nika" Rafała Kosika, a „Tam i z powrotem" bardzo wam się podobało – najnowsza książka Mortki jest dla was.

Dział: Książki