grudzień 09, 2021

Rezultaty wyszukiwania dla: Jaguar

piątek, 19 kwiecień 2019 23:00

Summoner. Zaklinacz - zapowiedź

Summoner. Zaklinacz Tarana Matharu to bestsellerowa seria New York Timesa

Almanach zawiera nowe opowiadanie, kompletną demonologię, kolorowe ilustracje

Wyjątkowe wydanie dla fanów serii z kompendium informacji o zaklęciach, magii i demonach 

Zaklinacz: osoba obdarzona zdolnością przyzywania demonów z Eteru, okiełznywania ich i nawiązywania z nimi emocjonalnej więzi.
Opisana w bestsellerowym cyklu "Zaklinacz" magia zaklinaczy jest nie tylko dziedziną wiedzy, lecz także swoistą sztuką, posiadającą własną, pasjonującą historię.
Na kartach "Almanachu Zaklinacza" poznamy dzieje Jamesa Bakera, autora słynnego dziennika, który stanowił inspirację i źródło wiedzy dla Fletchera, bohatera głównych pozycji serii.

Dział: Patronaty
poniedziałek, 08 kwiecień 2019 20:59

Onyx & Ivory

Nazywano ją Zdrajczynią. Nienawidzono jej po tym, co się stało. Każdy zadawał pytanie: dlaczego? Dlaczego jej ojciec to zrobił? Czemu najbardziej zaufany człowiek władcy - półboga próbował go zabić? Rodzina Brighton zawsze była ceniona w stolicy. Ojciec Kate był najlepszym koniuszym, a jego mała córeczka powoli przejmowała po nim pałeczkę. Pozyskali łaskę króla od samego początku. Kate bawiła się z następcami tronu, a jej tatuś szkolił potężne, najlepsze w całej krainie konie wojenne. Nikomu przez myśl by nie przeszło, że Hale postanowi zaatakować króla. Nie on, mężczyzna wykazujący wielką lojalność wobec rodziny królewskiej. Jedna noc zmieniła wszystko. Brighton został skazany na śmierć, a Kate okrzyknięta przez społeczeństwo Zdrajczynią. Nie mając innego wyjścia, uciekła z jedynego domu, który znała i rozpoczęła samotną, niebezpieczną wędrówkę po krainie w poszukiwaniu pracy, która pozwoliłaby jej przeżyć. Choć starała się chronić swoją tożsamość, w każdym mieście w końcu, wcześniej czy później, była rozpoznawana. Wyśmiewano ją, odsuwano, wyszydzano i nienawidzono, aż stworzyła wokół siebie mur, który miał ją ochronić przed całym okrucieństwem posyłanym w nią falami przez ludzi. Jakby tego było mało, Kate posiada pewną umiejętność, która może przynieść na nią zgubę, jeżeli zostanie odkryta. Moc, która może okazać się silniejsza niż kiedykolwiek przypuszczała. Gdy nadciąga wojna, a stara miłość znów daje o sobie znać, tylko zaakceptowanie własnej potęgi może przynieść zwycięstwo...
 
Mindee Arnett po raz pierwszy pojawia się na polskim rynku wydawniczym z niezwykle ciekawą, intrygującą powieścią o Kate Brighton - córce niedoszłego zabójcy króla, która stara się ułożyć sobie na nowo życie jako królewska kurierka, choć przeszłość nie daje o sobie zapomnieć i ma zamiar powrócić ze zdwojoną siłą. Czy dziewczyna z niezwykłym talentem, uważanym przez społeczeństwo za dar ogni piekielnych, zdoła uratować świat przed zagładą? Czy dawne uczucie ugodzone przez zdradę zdoła odżyć na nowo? ,,Onyx & Ivory" zabierze was do świata, gdzie magia towarzyszy ludowi na każdym kroku, a prawda okazuje się niewiarygodna. Spędzicie z tą powieścią wiele wspaniałych godzin, ale zanim oddacie się tej przyjemności, pragnę zaprosić was do zapoznania się z recenzją.
 
„Lepiej mieć dwie osoby, które naprawdę szczerze cię kochają, niż całe miasto niepewnych przyjaciół.”
 
Nazywają ją Zdrajczynią Kate. To przydomek, który Kate Brighton odziedziczyła po ojcu, po tym, jak próbował zabić arcykróla Rime.
 
Wypędzona z szeregów szlachty Kate pracuje jako kurierka pocztowa. W tym fachu mogą przetrwać tylko najlepsi i najszybsi z jeźdźców, bo kiedy zapada noc, na świat wychodzą gadźce – mordercze bezskrzydłe smoki. Na szczęście Kate ma sekret, który zapewnia jej przewagę. Jest dzikunką, władającą zakazaną magią, która pozwala jej wpływać na umysły zwierząt.
 
I właśnie ta magia doprowadza ją do miejsca, gdzie gadźce za dnia dokonały masakry całej karawany, z której ocalał tylko Corwin Tormane, syn króla. Jej pierwsza miłość, chłopak, którego poprzysięgła zapomnieć po tym, jak skazał jej ojca na śmierć.
 
Teraz, gdy ich drogi znów się skrzyżowały, Kate i Corwin muszą zapomnieć o przeszłości, by stawić czoło nowemu zagrożeniu i jeszcze mroczniejszym siłom, budzącym się w królestwie.
 
„Nie możesz pozwolić, by inni określali, kim masz być. To lekcja, którą odrabiam od urodzenia.”
 
,,Onyx & Ivory" wciąga od pierwszej strony, gdy Kate będąca królewską kurierką, stara się wyrwać szponom i zębiskom nocnych gadźców. Trafiamy w sam środek przerażającej walki o życie. Autorka rozpoczynając w ten sposób książkę, wywarła na mnie pozytywne pierwsze wrażenie i wraz z dalszą częścią tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że w moje ręce trafiła intrygująca historia, przy której spędzę wiele przyjemnych godzin. Mindee Arnett powoli wprowadza czytelnika w zawirowaną, pełną niespodzianek opowieść, gdzie pewna młoda kobieta musi nauczyć się posługiwać zakazaną mocą, która w niej drzemie, aby ocalić świat przed wojną oraz poradzić sobie z uczuciem do dawnego przyjaciela, który nigdy nie będzie mógł do niej całkowicie należeć.
 
,,Kocham cię, Kate Brighton. Zawsze cię kochałem. Jestem twój, taki, jakim mnie zechcesz. Książę czy żebrak, mąż czy kochanek. Wybór należy do ciebie i tylko do ciebie."
 
Nie wiem, czy ze mną jest coś nie tak, ale zawsze (Naprawdę zawsze!) najbardziej przypadają mi do gustu drugoplanowe postacie. Dal i Signe zauroczyli mnie swoim poczuciem humoru oraz otwartością. Odkąd tylko pojawili się na stronicach książki, skradli moje serce. Z zapartym tchem śledziłam ich losy, szczerząc się, gdy tylko zaczynali ze sobą rozmowę. Choć to właśnie ich najbardziej polubiłam, muszę oddać autorce sprawiedliwość, że postacie Kate i Corwina zostały bardzo dobrze skonstruowane. Od początku z zapartym tchem śledziłam ich losy. Fascynowały mnie ich przygody oraz więź, która powoli znów pomiędzy nimi odżywała. Gdybym mogła scharakteryzować każdego z nich kilkoma słowami, to powiedziałabym, że Kate jest upartą, ale równie lojalną buntowniczką, która nie pozwoli się nikomu podporządkować, Corwin - rycerzem w lśniącej zbroi, dla którego najbardziej liczy się sprawiedliwość, Dal - casanowo łamiącym kobiece serca, czarusiem, dla którego czytelniczki wzdychają oraz przyjacielem, na którego zawsze można liczyć, a Signe (ach ta Signe) to symbol tajemnicy, intrygująca kobieta, która uratuje cię z każdej opresji. Mindee Arnett stworzyła niezwykły świat, w którym żyją niezwykle intrygujące postacie.
 
,,Miłość to także klatka."
 
,,Onyx & Ivory" zabierze was w malowniczy, ale równie niebezpieczny świat Rime, gdzie przeżyjecie jedną z największych czytelniczych przygód swego życia. Powolutku, coraz bardziej, będzie zagłębiali się w tą fascynującą opowieść, aż w pewnej chwili skradnie wam serce, a wy nawet tego nie zauważycie. Historia Kate - dzikunki, której moc może zmienić cały świat - nie pozwoli wam o sobie zapomnieć. Tak jak ja, będzie niecierpliwie czekali na kontynuację. Pani Arnett zaskoczyła mnie od pierwszej strony. Nie spodziewałam się, że jej książka aż tak przypadnie mi do gustu, a tu proszę... Muszę nauczyć się, żeby niczego wcześniej nie zakładać, ponieważ może czekać mnie wielka niespodzianka lub rozgoryczenie. Na szczęście, tym razem ,,Onyx & Ivory" okazała się strzałem w dziesiątkę. Polecam!
Dział: Książki
niedziela, 31 marzec 2019 07:42

Strzeżcie się, olbrzymy!

Dawno temu mieszkańcy pewnego miasteczka żyli w nieustannym strachu przed okrutnym olbrzymem, z racji swej słabości do dziecięcych nóżek, nazywanym Pożeraczem Stópek. Bestia została przegnana, a miasto otoczono wysokim murem. Przez lata nikt nie ośmielił się wyściubić poza niego nawet kawałeczka nosa. Do czasu, aż pojawiła się ona, Claudette.

Kilkuletnia dziewczynka, córka dawnego bohatera, który walkę z potworami przypłacił kalectwem, postanawia raz na zawsze rozprawić się z niebezpieczeństwem, które czyha na dziecięce stópki, ich właścicieli i dorosłych mieszkańców miasteczka. Wraz z przyjaciółką Marie i młodszym bratem Gastonem wyrusza więc na wyprawę, aby znaleźć olbrzyma, zabić go i pławić się w blasku sławy. Dzieci przekonują się jednak, że prawdziwe wędrówki i zmagania z przeszkodami są znacznie trudniejsze niż te w opowieściach. Czy uda im się wykonać zadanie?

Mogłabym streścić wrażenia z lektury właściwie w pięciu słowach – ale bomba, kupujcie w ciemno! Opowieść o Claudette oraz sama główna bohaterka „kupiły” mnie już po pierwszych stronach. Historia jest dynamiczna, pełna przygód i humoru, który sprawia, że niemal na każdej stronie czytającemu wyrywa się parsknięcie, mniej lub bardziej zduszony chichot, albo też przestaje się krępować i śmieje się w głos. Mamy tu do czynienia zarówno z żartami sytuacyjnymi, jak i grami słów, które przemówią zarówno do dzieci, jak i dorosłych.

Nie oznacza to jednak, że Strzeżcie się, olbrzymy to zwykła komedyjka bez głębszego przesłania. Wręcz przeciwnie, w obrazowy, a przy tym przesympatyczny i nienachalny sposób walczy ze stereotypami i pokazuje, że prawdziwy bohater może kryć się w każdym z nas. Że nawet zawadiacki łobuziak może się czasem bać i potrzebować przyjaciół, i nie ma w tym nic niewłaściwego. Że dziewczynka, której głównym marzeniem jest zostać księżniczką, może być odważna i gotowa do najwyższych poświęceń. Że można mieć różne skrajne zainteresowania, nieprzystające do stereotypowego podziału na te dla chłopców i dziewczynek. Przede wszystkim zaś jest to wciągająca opowieść o przyjaźni i przygodzie. A także o tym, że nie zawsze warto ślepo wierzyć wszystkim usłyszanym historiom.

Od strony technicznej książka także prezentuje się bardzo dobrze. Ma wygodny format i świetne ilustracje. Są zabawne, kolorowe i przemawiają do wyobraźni młodszego czytelnika (starszego zresztą też).

Podsumowując, Strzeżcie się, olbrzymy to doskonała pozycja, od której dzieci mogą rozpocząć przygodę z komiksem. Jestem też przekonana, że i starszym wyjadaczom gatunku przypadnie do gustu. To pierwszy tom obiecującej serii, mam nadzieję, że kolejne ukażą się już wkrótce.

Dział: Komiksy
piątek, 01 marzec 2019 11:04

Zły Król

Ziemia kryje szczątki tych, którzy musieli odejść, ale to dopiero początek....
Najpierw bestialski mord, potem krwawa rzeź królewskiej rodziny i nieoczekiwana koronacja – ale tak, to był dopiero początek.

Niemało trzeba sił, by zadawać cios za ciosem i nigdy nie poddawać się znużeniu. O tak, to pierwsza i najważniejsza lekcja: musisz być silna.
Gdy wyszło na jaw, że w żyłach Dęba płynie królewska krew, na Jude spoczęło brzemię odpowiedzialności za to, żeby jej braciszek po prostu dożył dnia, w którym będzie mógł przywdziać na swoje skronie koronę.
Tymczasem na tronie elfów zasiada zły król, Cardan, a Jude przybiera niewdzięczną rolę szarej eminencji. Nie dość, że w świecie opętanych żądzą władzy magicznych istot wciąż zmieniają się sojusze i układy, to niełatwo jest zapanować nad kapryśnym władcą. Cardan nie zaniedbuje żadnej okazji, by sponiewierać i upokorzyć Jude, choć wcale nie słabnie jego deliryczna fascynacja dziewczyną.
Gdy staje się aż nazbyt jasne, że za sprawą knowań kogoś z bliskiego otoczenia śmiertelne niebezpieczeństwo zagraża wszystkim, których Jude darzy miłością, nadchodzi pora, by zdemaskować zdradę, a przy tym przecież trzeba jakoś sobie radzić z mieszanymi i bardzo żywymi uczuciami, które w niej budzi Cardan – ongiś zepsute książątko, teraz król – król, nad którym należy panować, bo stawką jest utrzymanie się kruchej lecz zdeterminowanej ludzkiej istoty przy władzy (i przy życiu) w czarodziejskim świecie.

Dział: Zakończone
niedziela, 24 luty 2019 09:00

Zły Król

Dobijamy do brzegu. Wyskakuję, czuję lodowatą wodę na łydkachi czarne skały podstopami. Chwilę potem łódź się rozpada, przestaje ją bowiem spajać czar rzucony przez Karakana. Smok leci na północ, żeby się rozejrzeć za następnymi robotnikami.
Ja i Karakan kładziemy każdego ze śmiertelnych do łóżka, czasem obok śpiącej kobiety; wówczas pilnujemy się, żeby jej nie obudzić brzękiem rozsypanego złota. Czuję się jak czarodziejka z bajki, gdy tak się zakradam do czyjegoś domu; mogłabym spić z mleka śmietankę lub zaplątać dziecku kołtun we włosach.

Sięgając po „Złego króla” Holly Black nie spodziewałam się zbyt wiele. Oczekiwałam lekkiej historii miłosnej zabarwionej elementami fantastyki i jako taką fabułą – jak to zwykle bywa w książkach młodzieżowych. To co dostałam przeszło jednak moje najśmielsze oczekiwania. Holly Black kreuje bowiem świat jakiego nigdy wcześniej nie widziałam, gdzie elfy nie są przedstawione jako magiczne, dobre i piękne stworzenia. Elfy w świecie Holly może i są piękne, ale są równie albo nawet i bardziej okrutne. Zabawiają się śmiertelnikami, a nawet samymi sobą. Ponadto sama fabuła jest zupełnie inna od tych, które zwykle można spotkać w tego typu powieściach – pełna intryg, walk i wartkiej akcji. Nic co przypominałoby ckliwe wzdychania głównej bohaterki to jakiegokolwiek innego bohatera tej książki. Nic co mogłoby nudzić. Ale może zacznę od początku.

Jude jest śmiertelniczką wychowaną w krainie elfów przez swojego ojczyma – Głównodowodzącego Wojsk Elysium – Madoka. Przez całe swoje dzieciństwo była poniżana, traktowana bez szacunku i z okrucieństwem ze strony elfów ze względu na swoje ludzkie pochodzenie. Dlatego teraz kiedy stała się seneszelem nowego króla Cardana musi bardzo się bardzo pilnować, żeby władza nie uderzyła jej do głowy. Zwłaszcza, że obecne stanowisko to tylko przykrywka dla jej prawdziwej funkcji – to ona przez rok i jeden dzień zarządza królestwem. Dziewczyna jest zawzięta, pewna tego, co robi i dąży do celu – ostatecznie w końcu kiedyś w przyszłości będzie chciała posadzić na tronie swojego młodszego brata Dęba. Co podoba mi się w Jude? To, że nie jest niezniszczalna. Holly Black wykreowała główną bohaterkę bez żadnych supermocy, które zawsze wyciągną ją z problemów. Nie ma magii, którą posiadają elfy, jest od nich słabsza pod względem niektórych cech fizycznych (np. nie widzi w ciemności). Za to Holly dała jej spryt, charyzmę, upartość i najważniejsze – umiejętność kłamania, które dostatecznie niwelują jej inne braki.

Kolejny plus „Złego króla” to kreacja elfów. Nie są przedstawione jako lukierkowe, magiczne stworzenia, które są majestatycznie piękne i emanujące spokojem. Oj nie. Elfy w tej powieści są okrutne. Potrafią manipulować tylko po to, żeby kogoś skrzywdzić i zwykle nie po to, by osiągnąć przy tym jakiś cel, lecz dla samej krzywdy. Miła odmiana po tak wielu innych pozycjach książkowych, gdzie elfy są po prostu… nudne. Choć niestety sam elfi król nie przypadł mi do gustu. Cardan być może nie chciał zostać królem, być może nie chciał panować. Ale poszedł na ten układ więc od czasu do czasu powinien zachowywać się jak władca, a nie rozkapryszony pięciolatek. Jego charakter jest mocno irytujący, a zagrania wręcz nielogiczne.

Ostatnim, chyba największym dla mnie plusem, o którym nie mogę za wiele powiedzieć jest zakończenie. Było dla mnie tak wielkim zaskoczeniem, że przez chwilę siedziałam w fotelu z jednym wielkim „WTF?!” wypisanym na twarzy. I wprost nie mogę się doczekać kolejnej części, żeby przekonać się jak Jude poradzi sobie z tą sytuacją.

Czy widzę jakieś minusy tej powieści? A i owszem. Była zdecydowanie za krótka. Lekkie pióro Holly Black sprawia, że książkę czyta się naprawdę bardzo szybko i przyjemnie. Nawet nie wiedziałam, kiedy minęło mi te 392 strony. Dlatego z czystym sumieniem mogę tę książkę polecić absolutnie wszystkim. Bez względu na wiek, czy zainteresowania. Bo powinna się spodobać każdemu.

 

Dział: Książki
środa, 13 luty 2019 00:47

Milion światów z tobą

Finalny tom serii ma zawsze bardzo istotne znaczenie. To on ma zamknąć wszystkie wątki, wyjaśnić tajemnice i przede wszystkim, pozostawić wrażenie, że było wato sięgnąć po cały cykl. Jak „Milion światów z tobą” wywiązało się z tego zadania? Czy cała, dość zagmatwana, ale też niezwykle wciągająca historia, doczekała się godnego zamknięcia?

Podróże pomiędzy wymiarami nie mogą być proste, a gdy w grę wchodzi jeszcze walka ze złem, sprawa staje się bardziej niż skomplikowana. Ciało Marguerite zostało przejęte przez jej arcywroga – ją sam samą z innego wymiaru. Intryga co prawda szybko wychodzi na jaw, ale nie jest to bynajmniej koniec planów złej. Ta szybko knuje kolejne plany, tym razem uwzględniające zniszczenie światów. Ilu? Tak wielu, jak tylko zdoła. Nasza bohaterka jest gotowa zrobić wszystko, by pokrzyżować jej plany i ocalić miliony istnień.

Jestem pod ogromnym wrażeniem! „Milion światów z tobą” idealnie sprawdza się w roli tomu zamykającego wszystkie wcześniejsze części. Przede wszystkim wreszcie dostajemy odpowiedzi, na które czekaliśmy. I nie tylko! Obok głównych wątków lepiej poznajemy też samych bohaterów oraz ich motywacje. Jeśli do tej pory pobudki „tych złych” wydawały ci się wątpliwe, teraz lepiej zrozumiesz ich działanie.

Trzeci tom jest w ogóle najlepszy z całej serii. W idealnych proporcjach łączy akcje, motywy SF oraz wątki miłosne. O ile w przy drugiej części narzekałam na przesyt tego ostatniego, to tym razem relacje z Paulem dobrze dopełniają całość. Miłości nie jest ani za dużo, ani za mało.

Zachowana za to została lekka, młodzieżowa narracja, skupiona wokół akcji i opisywaniu fabuły w sposób dynamiczny. Przy tej książce nie można się nudzić. Sporo się dzieje, jest kilka ciekawych zwrotów akcji i sporo intrygujących rozwiązań. Wreszcie usystematyzowała się kwestia podróży między światami. Ten motyw ma nie tylko kluczowe znaczenie, ale rozwija się wprawnie i przede wszystkim konsekwentnie. O ile wcześniej bohaterka nie do końca wiedziała, gdzie i jak się przenosi, o tyle tym razem działa mniej chaotycznie.

Jedynie do jednej rzeczy mogłabym się przyczepić. Pomysł z kradzieżą ciała, a co za tym idzie, tożsamości, był naprawdę niezły. Czemu tak szybko się rozwinął? Również nie do końca przemówiło do mnie to, jak Paul przejrzał podstęp. Ten pomysł mógł być naprawdę ciekawym wątkiem, w praktyce jednak służył temu, by drugi tom zakończyć z przytupem. Pod tym względem się sprawdził, czekałam na trzeci tom z niecierpliwością, jednak liczyłam, że ten wątek będzie dalej rozwijany. Tymczasem skończył się równie szybko, co zaczął.

To moje jedyne zastrzeżenie do książki. Lektura „miliona światów z tobą” dostarczyła mi mnóstwo rozrywki i wciągnęła na wiele godzin. Naprawdę przyjemna powieść, pomysłowa i dobrze napisana. Polecam każdemu miłośnikowi fantastyki!

Ocena: 8/10

Dział: Książki
wtorek, 29 styczeń 2019 17:20

Neverworld Wake

Wiele osób przed wami przechodziło przez Nieświat. I po was również wielu przezeń przejdzie. Ale setki milionów nigdy nie dostanie szansy, którą dostaliście wy. Potraktujcie więc to, co wam się przydarzyło, jako dar. Okazję, by zmienić bieg historii, ponieważ wasz wybór wpływa na miliony przyszłych wydarzeń biegnących ku przyszłości, w nieskończoność. Innymi słowy, istnieje precedens, nie jesteście sami. Musicie polegać na sobie nawzajem. Każdy z was jest kluczem, pozostali zamkiem.

Czy zastanawialiście się kiedyś jak to jest utknąć w Dniu Świstaka? Jak zachowalibyście się kiedy ten sam dzień powtarzałby się w nieskończoność, a wyrwać się z tego koszmaru, może tylko jedna osoba z waszej paczki znajomych? Szukalibyście rozwiązania? A może kompletnie zbzikowali? Beatrice i jej przyjaciele nie musieli się zastanawiać, bo wbrew swojej woli zostali zamknięci w pętli czasu. I tylko jednomyślne głosowanie mogło zakończyć ich koszmar. Jednak czy to na pewno był koszmar? I czy przypadkiem to wszystko nie jest konsekwencją tajemniczej śmierci Jima – chłopaka Bee – i wszystkich sekretów z nią związanych?

Neverworld Wake na pierwszy rzut oka jest thrillerem o zabarwieniu paranormalnym. 5 przyjaciół zamknięta w dziwnym Nieświecie, w którym non stop przeżywają ten sam dzień. Rozwiązaniem ich problemu ma być głosowanie – jednomyślne – na tego, kto jako jedyny przeżyje. W gruncie rzeczy jednak wydaje mi się, że książka ta jest opowieścią o odradzającej się przyjaźni, nawiązywaniu niezniszczalnych więzi międzyludzkich i o przetrwaniu tak naprawdę. Pokazuje, że czasem ci, których braliśmy za wrogów i manipulatorów, są tak naprawdę naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Smaczku temu wszystkiemu nadaje dziejąca się w tle sprawa kryminalna – niewyjaśnione samobójstwo, które być może tak naprawdę nim nie jest. Powieść czyta się niezwykle szybko i przyjemnie. Od razu trafia do czytelnika jej prosty język i nie przerysowane, ale nadal pięknie pokazujące rzeczywistość opisy.

Właściwie w całości mamy tak naprawdę tylko piątkę bohaterów – Beatrice, Kipling’a, Whitley, Cannon’a i Marthę. I tu muszę przyznać, nie polubiłam żadnego z nich. Wydawali mi się straszni płytcy i przewidywalni. Mimo, że każdy z nich miał inny charakter, inaczej przeżywał dramat Nieświata, to byli dla mnie tacy strasznie szarzy, bezpłciowi. Brakowało mi wśród nich osoby, która byłaby kimś charyzmatycznym i wyrazistym. Kogoś, kto nie zlewałby się z tłem.

Warto zwrócić uwagę na wątek kryminalny w Neverworld Wake – śmierć Jima. Przyznaję, że był poprowadzony w bardzo ciekawy sposób, intrygujący. Jednak ostatecznie został rozwiązany w najbardziej oczywisty z możliwych sposobów. Jaki? O tym musicie przekonać się sami. Nie do końca, też rozumiem logikę późniejszego głosowania, które miało uratować jedną z postaci. Brakuje mi tutaj jakiegoś logicznego ciągu, który wyjaśniałby tok myślenia wszystkich bohaterów. Ale na to, można przymknąć oko. Ostatecznie bowiem zakończenie książki jest niezwykle wzruszające – ja osobiście płakałam jak małe dziecko. A to nie zdarza mi się często.

Czy polecam Nerverworl Wake? Oczywiście. Książka jest na tyle przyjemna i poprowadzona w fajny sposób, że można przymknąć oko na tych kilka wad. Komu ją polecam? Osobom lubiącym połączenie wątków paranormalnych i kryminalnych. Fanom zawiłych teorii na temat czasu i przestrzeni, a także wszystkim tym, którzy kochają thrillery, które czyta się w lekki sposób. Ja pewnie jeszcze nie raz wrócę do rzeczywistości Nieświata, by przeżyć tę historię raz jeszcze.

Dział: Książki
środa, 14 listopad 2018 23:45

Okrutny książę

„Okrutny książę” to książka, która podbiła serca książkoholików na całym świecie. Książka Holly Black zdominowała na jakiś czas zagraniczny bookstagram, a polscy czytelnicy nie mogli doczekać się, aż jakieś wydawnictwo zdecyduje się ją u nas wydać. Gdy wydawnictwo Jaguar wyjawiło swoje plany wydawnicze, a wśród nich znalazł się bestseller Black, radości nie było końca. Jednak czy ta książka na pewno zasługuje na te wszystkie zachwyty?

Dawno dawno temu, w nie tak odległej galaktyce, gdy romanse paranormalne zaczynały podbijać serca polskich czytelniczek, na rynku wydawniczym pojawiła się książka „Żelazny Dwór”. W połowie śmiertelna dziewczyna trafiła do świata elfów, a tam na jej drodze stanął przystojny, aczkolwiek okrutny książę elfów. I trzeba przyznać, że w przypadku Holly Black jest niemal identycznie, aczkolwiek główna bohaterka nie ma w sobie ani krzty elfiej magii. Jest zwykłym człowiekiem, któremu przyszło żyć wśród elfów. Właściwie mogłoby się wydawać, że to spełnienie marzeń każdego śmiertelnika, jednak Jude z pewnością widzi to zupełnie inaczej.

Potężny wojownik służący królowi elfów, Madok, postanowił sprowadzić do swojego świata swoją córkę, którą spłodził ze śmiertelną kobietą. Pech chciał, że ta śmiertelna kobieta w trakcie jego nieobecności zdążyła urodzić jeszcze dwójkę dzieci, jednak nie miała zamiaru oddać mu żadnej z trzech córek. Madok zrobił to zatem po swojemu i tak oto odzyskał prawowitą córkę oraz jej dwie przyszywane siostry, choć nigdy nie pozwolił im odczuć, że są gorsze od Vivi. Jude i Taryn stały się częścią jego rodziny, aczkolwiek nigdy nie zapomniały o tym, jak się tam znalazły. I tutaj pojawił mi się już pierwszy zgrzyt w całej historii... Skoro elfy miały być okrutne, to po co w ogóle Madok przejmował się dwójką śmiertelnych bliźniąt? Mógł je spokojnie porzucić i zostawić na pastwę losu, w końcu elfy mają się za lepszych od ludzi.

Wydaje mi się, że w fabule tej książki nie znajdziemy nic oryginalnego. Mroczne elfy? Były. Dworskie intrygi? Były. Przenikające się światy? Były? Potencjalnie silna bohaterka i arogancki książę-dupek? Było. To wszystko było, a Holly Black po prostu stworzyła kolejną tego typu historię, która w moim odczuciu nie wyróżnia się niczym specjalnym. Właściwie momentami wzbudzała we mnie swego rodzaju irytację, bowiem porachunki bohaterów przypominały potyczki gimnazjalistów i typowe prześladowanie, którego w szkole doświadczają „ci gorsi”. Jude jest na każdym kroku poniżana, momentami w bardzo brutalny sposób, a elfy z niej kpią. Stanowi dla nich rozrywkę, aczkolwiek pozostaje harda i silna. Typowe. Zawsze przecież muszą pojawić się jacyś złośnicy, ale przecież główna bohaterka nie będzie się nad sobą użalać! Ma być silna! Przyznaję, że Jude ma kilka dobrych momentów, ale mimo wszystko nie chwyciła mnie za serce.

Sama fabuła robi się szybko dość przewidywalna. Spisek goni spisek, ktoś chce dokonać zamachu stanu, każdy knuje po swojemu, każdy znęca się nad każdym – brat nad bratem, elfy nad śmiertelnikami, śmiertelnicy nad elfami, elfy nad elfami. Coś w tym świecie zdecydowanie nie gra. Nie do końca też przekonywało mnie przenikanie się dwóch światów, bowiem wychodziło ono strasznie sztywno. W jednej chwili byłam w nowoczesnym centrum handlowym, a w drugim na królewskim dworze, choć i tak miałam pewne trudności z dokładnym wyobrażeniem sobie świata, w którym rozgrywa się akcja. Bohaterowie są kreowani na jedno kopyto, nie mamy okazji lepiej przyjrzeć się ich portretom psychologicznym. Jeżeli ktoś w zamyśle autorki miał być zły to po prostu jest zły, bez większej głębi. I nie mam tutaj na myśli nawet samego Cardana (swoją drogą nie rozumiem też tych wszystkich zachwytów nad nim), ale praktycznie każdego bohatera.

Przyznaję, że Holly Black ma lekkie pióro i książka jest napisana z gracją i płynnością, dzięki czemu bardzo przyjemnie się to czyta, aczkolwiek sama fabuła nie porywa. Owszem, jest logiczna i przemyślana, dobrze poukładana, ale nie ma w sobie nic nowego. Swego czasu czytałam tę powieść po angielsku i już wtedy mnie nie urzekła zbyt mocno, ale postanowiłam dać jej szansę jeszcze raz i przeczytać ją w polskim tłumaczeniu. Niestety, efekt pozostaje ten sam. „Okrutny książę” to książka dosyć schematyczna i powtarzalna, dlatego nie do końca jestem w stanie zrozumieć te wszystkie ody pochwalne kierowane w jej stronę. Jest poprawna, ale zdecydowanie mam w swojej pamięci inne książki o podobnej tematyce, które były znacznie lepsze, o czym świadczy chociażby to, że siedzą w mojej głowie już kilka dobrych lat.

Dział: Książki
środa, 14 listopad 2018 11:07

Aberrations. Bestia się budzi

Szol, nieustannie powiększając swój obszar, zbiera coraz większe żniwo; niektórzy -tak jak Sprytek- nie pamiętają czasów, gdy nie zagrażała im ta mroczna siła. Rozprzestrzeniając się na coraz większe tereny, Szol niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze, jednocześnie zamieniając ludzi w potwory, tzw. aberracje. Główny bohater od niemalże roku tkwi ukryty w piwnicy rodzinnego domu. Jego dwaj bracia ponieśli śmierć na zamku, dokąd zabrał ich ojciec, królewski kurier. Teraz, spoczywając w grobach znajdujących się w piwnicy, Sprytek ma ich za jedynych kompanów w niedoli. Od czasu do czasu odwiedza go również Królowa Bagien, przyjazna dla niego aberracja. A czas płynie... magiczne zabezpieczenia domu powoli tracą swą siłę. 

I gdy już Sprytek postanawia opuścić bezpieczne schronienie nim wypali się ostatnia, magiczna świeca, powraca ojciec. Od tej pory chłopak ma podjąć Próbę, która uprzednio zabiła jego braci, a jeżeli przejdzie ją pomyślnie- służyć na zamku jako czerw, pomocnik walczących z Szolem bramomantów. Tylko... jak wielkie ma szanse na przeżycie Próby... ?

Literatura fantastyczna (a dodatkowo młodzieżowa) dopiero od niedawna gości na mojej półce, zajmując tym samym coraz większe, regałowe tereny. Nigdy nie wiem, czego mogę się po owym gatunku spodziewać; tym razem zainteresowała mnie kwestia Szolu, niszczącego wszystko wokół siebie.

Sprytek początkowo kojarzył mi się... z Harrym Potterem. Nie, nie ma między nimi żadnych podobieństw, po prostu jego rodzinny przydomek nasunął mi skojarzenie ze Zgredkiem, (o ile dobrze pamiętam) skrzatem młodego czarodzieja. Im dalej w książkę, tym szybciej opuściły mnie bezsensowne przerwyniki, wytworzone w mojej głowie. Przyzwyczaiłam się do tego niecodziennego określenia.

Wiecie, z założenia jest to książka nie tylko fantastyczna, ale i młodzieżowa. Spodziewałam się więc lekko okrojonej fabuły, pominięcia opisów walk, czy krwawych momentów. I tutaj spotkało mnie ogromne zaskoczenie, gdyż autor serwuje nam młodych bohaterów stawających przeciwko prawdziwym potworom, nie traktując tym samym młodszych czytelników ulgowo. Jest krew, przerażające postacie, słowem- uderza w nas cały ogrom zniszczeń oraz cierpienia, cała groza nowej sytuacji, panującej w tamtejszym świecie. Zero taryfy ulgowej, choć patrząc na dzisiejszych czytelników nie wiem, czy te opisy wzbudziłyby w ich sercach jakąkolwiek trwogę... z biegiem lat przyzwyczajamy się w końcu do coraz mocniejszych scen.

Aberrations. Bestia się budzi stanowiła dla mnie idealny przerwynik w natłoku thrillerów czy powieści obyczajowych. Pan Delaney całym jestestwem Sprytka przekazuje czytelnikowi stworzony przez siebie świat. Jesteśmy uczestnikami istotnych wydarzeń, idziemy niemal ramię w ramię z bohaterami, ucząc się nowej rzeczywistości. Nie da się przy niej znudzić.

Wracając jeszcze do skojarzeń, o których wspomniałam wcześniej muszę wspomnieć, że podczas lektury tej powieści nie tylko Harry Potter przyszedł mi na myśl. Tajemniczy i mroczny Szol, aberracje... to wszystko nasunęło mi na myśl podobieństwo do innej serii (i to naszej polskiej!), a mianowicie... S.T.A.L.K.E.R.a. Ostatecznie bohaterowie rodzimego cyklu również walczą z ZONą, zjawiskiem niezrozumiałym i niemożliwym do powstrzymania przez nikogo. Tyle, że Aberrations stanowi taką młodzieżową, nieco gładszą wersję.

Autorzy prześcigują się w stworzeniu coraz to nowszych, ciekawszych czy nawet lepszych światów fantastycznych. Pan Joseph Delaney dopiero się rozkręca, a jednak czuję, że kolejne tomy nowej serii będą trzymały poziom pierwszego; ba, może nawet będą lepsze. W każdym bądź razie zamierzam przekonać się o tym... na własne oczy. I Was zachęcam, może nauczycie się kilku sztuczek w razie nadejścia Szolu...

Dział: Książki
środa, 10 październik 2018 22:34

Córka złodzieja

Czy zdarzyło się wam, że dopiero drugi tom zdobył wasze serce? Pierwszy nie był niczym szczególny, za to jego kontynuacja okazała się więcej, niż dobra? Bo mnie spotkało właśnie coś takiego. Niech dzieje się magia!

„Córka złodzieja” to drugi tom cyklu Królewskie Źródła. Od akcji opisanej w pierwszej części minęło 9 lat. Owen nie jest już nieśmiałym, przestraszonym chłopcem, ale młodzieńcem piastującym ważną rolę na dworze króla. Szkolony zarówno w wojennym rzemiośle, jak i polityce, nabrał pewności siebie. Zaczął też inaczej patrzeć na swoją przyjaciółkę od dziecięcych zabaw. Jednak król ma wobec dwójki młodych zupełnie inne plany. W pierwszej kolejności chce pokonać pretendenta do swojego tronu. I zrobi to za wszelką cenę, nawet jeśli miałby przy okazji złamać niejedno serce.

Wow! Co to była za książka! Do tej pory jestem pod jej wrażeniem. I wciąż nie mogę uwierzyć, że tak przeciętny pierwszy tom ma taką genialną kontynuację. Bo umówmy się, „Trucicielka królowej” była po prostu... ok. Główny bohater miał niewiele lat i nie tylko mało co rozumiał z otaczającej go intrygi, ale też w niewielu istotnych scenach uczestniczył. Tym razem jest inaczej. Wszystko dzieje się albo z jego udziałem, albo za jego sprawą. Wpływa na przebieg fabuły i przejmuje dowodzenie. Czasem nawet bardzo dosłownie. Nie zabrakło zaskakujących wydarzeń i niespodziewanych sytuacji.

Cała akcja uległa więc zintensyfikowaniu, tak samo, jak pozostałe aspekty powieści. Polityka zrobiła się jeszcze bardziej napięta i niebezpieczna. W tym zakresie wszystko co chwilę się zmienia i nie ma czegoś takiego jak sprawdzeni sojusznicy. Każdy może zdradzić i narazić bohaterów.

Wiele zyskały również same postacie. Wydoroślał nie tylko Owen, ale też jego przyjaciółka. O ile wcześniej gadatliwa dziewczynka strasznie mnie irytowała, o tyle teraz stała się moją ulubioną bohaterką. Jej impulsywność została uzupełniona o inteligencję, wiedzę i urok. Zaskoczyć może też przemiana króla, który ujawni przed czytelnikiem swoje kolejne oblicze.

W serii na pierwszy plan wypłynęły też kwestie... miłosne. Tak, nastał odpowiedni czas na pierwsze flirty, uśmiechy i zaloty. Jednak na drodze zakochanym staje polityka. To rozwiązanie bardzo fajnie sprawdza się w praktyce. Nic nie jest ani proste, ani naiwne i dzięki temu wątek zyskuje na pikanterii.

Warto jeszcze wspomnieć, że autor pisząc książkę inspirował się wojną dwóch róż, czyli wydarzeniem ze schyłku średniowiecza. Owszem, opowieść dzieje się w zmyślonym uniwersum, jednak realia świata zostały zachowane i bardzo ciekawie przedstawione. Momentami miałam wrażenie, że czytam powieść... historyczną. Wszystkie dworskie konwenanse, zasady prowadzenia polityki, podległość wobec władczy, czy nawet kwestia relacji między młodymi ludźmi zostały powtórzone i bardzo fajnie wprowadzone do fabuły.

Tak, „Córkę złodzieja” czytałam z zapartym tchem! Naprawdę bardzo dobra książka, która przypadnie do gustu każdemu ceniącemu fantastykę napisaną z dużym rozmachem. Po prostu nie mogę się doczekać tomu trzeciego!

Dział: Książki