Rezultaty wyszukiwania dla: Gry komputerowe
"World of Warcraft. Narodziny Hordy" Christie Golden
“Narodziny Hordy” autorstwa Christie Golden to powieść fantasy ze świata World of Warcraft. Świata doskonale znanego miłośnikom gier komputerowych. Szczęśliwie sama powieść ma szansę spodobać się także tym, którzy od rozrywek przy monitorach stronią, przedkładając nad nie słowo pisane.
"Narodziny Hordy" to swoisty prequel całej historii o walce orków i ludzi. Historia opowiedziana jest z perspektywy Thralla, syna Draki i Durotana - małżeństwa orków, w których nie było zgody na wydarzenia w jakich przyszło im brać udział, a jednocześnie, którzy nie mieli szansy, by zdarzeniom tym się skutecznie sprzeciwić. To historia o przyjaźni, zdradzie, trudnych wyborach i zaślepieniu żądzą władzy. Można rzecz - taka klasyka powieści fantasy.
I rzeczywiście “Narodziny Hordy” zdaje się być idealną powieścią dla osób, które chciałyby zacząć swoją przygodę z literaturą fantasy. Wartka akcja, niezbyt wielu bohaterów, jasno ustalone kto jest tym dobrym, a kto złym, brak długich (i często zniechęcających) opisów miejsc i postaci sprawiają, że książkę czyta się szybko. Kolejne strony przynoszą ze sobą dawkę wrażeń zachęcającą, by nie przestawać czytać, historia wciąga, tak że nawet po przeczytaniu ostatniego zdania chce się jeszcze, tym bardziej, iż owo “jeszcze” już powstało. Nie sposób bowiem nie wspomnieć, iż “Narodziny Hordy” to pierwsza (jeśli chodzi o chronologię zdarzeń) z cyklu książek ze świata “World of Warcraft”. Książek powstałych na kanwie sukcesu gry komputerowej.
Ja sama sięgnęłam po tę pozycję z ciekawości. W “World of Warcraft” potrafiłam grać godzinami, film na podstawie gry mnie rozczarował. Musiałam zatem sprawdzić co będzie z książką. Zachwyci, czy rozczaruje? A jeśli rozczaruje, to może pozwoli pogodzić się z bolesną prawdą, że lata mijają i świat orków i ludzi już nie dla mnie. Na szczęście nic takiego się nie stało. Może nie wpiszę “Narodzin Hordy” na listę moich ulubionych historii, ale z całą pewnością te dwa dni z powieścią nie były czasem zmarnowanym. Wręcz przeciwnie - była to miła odskocznia od codzienności. I tylko córka patrzyła na mnie zdumiona, że czytam książkę z “brzydką okładką”. Cóż - ma dziewczyna dopiero 6 lat, jeszcze zdąży się w fantasy rozkochać, a fakt faktem - ork na okładce urodą nie powala. Tyle, że jak to ork - nie musi.
Podsumowując - jeśli straciłeś całe dni na granie w World of Warcraft - przeczytaj, jeśli ktoś pyta Cię od czego zacząć przygodę z fantasy - poleć, jeśli fantasy to dominujący gatunek w Twojej bibliotece - spróbuj. Ja - fanka Tolkiena, Sandersona, Wegnera i kilku innych daję tej pozycji mocne 4.
Wywiad z Marko Kloosem
Przeprowadzenie wywiadu z Marko Kloosem umożliwiło Wydawnictwo Fabryka Słów, za co serdecznie dziękujemy. Przygotowanie i tłumaczenie wywiadu Agnieszka 'actagaudi' Pyra.
Witam serdecznie i w imieniu Secretum.pl chciałbym podziękować za udzielenie wywiadu.
Marko, we wrześniu pojawił się w Fabryce Słów pierwszy tom twojej serii Frontlines. Jesteś dla polskiego czytelnika nowym pisarzem. Czy mógłbyś powiedzieć nam kilka słów o sobie?
Urodziłem się i wychowywałem w Niemczech, a do Stanów Zjednoczonych przeniosłem się w 1996 roku. Podejmowałem się wielu bardzo różnych zawodów, ale zorientowałem się, że tak naprawdę dobry jestem tylko w pisaniu. Praktyka pisarska oraz składanie rękopisów u wydawców zabrały mi kilka lat, ale w końcu udało się sprzedać dwa pierwsze tomy serii Frontlines w 2013 roku i od tamtej pory jestem pisarzem na pełen etat.
The Breaker #01
"The Breaker" to pierwsza od wielu lat manhwa, jaka ukazała się na polskim rynku. Co to takiego i dlaczego nie „manga"? Otóż „manhwa" to ogólny termin, którym określa się komiksy pochodzenia koreańskiego. Są to zbiory inspirowane przez klasyczne sztuki Azji (zwłaszcza chińską). Technicznie manhwy przypominają mangę, przez co często są z nimi utożsamiane. Istnieje jednak zasadnicza różnica. Czyta się je jak książkę – od lewej do prawej, a nie odwrotnie jak to jest w systemie japońskim (co akurat, żeby było zabawniej, w przypadku polskiego wydania „The Breakera" się nie zgadza).
Lee Shi-woon jest uczniem koreańskiego liceum. Bezustannie prześladuje go grupa rówieśników. Niejednokrotnie jest oskarżany o wdawanie się w bójki, mimo że tak naprawdę to on jest ofiarą. Pewnego dnia w szkole pojawia się nowy nauczyciel, który w dość znaczący sposób odbiega od przyjętych norm. To właśnie on mówi chłopakowi, żeby wziął się w garść i postawił się swoim prześladowcom. Lee zapewne zignorowałby jego słowa, gdyby nie to, że staje się świadkiem ulicznej bójki, w której okazuje się, że Chun-woon – na pozór zwyczajny nauczyciel angielskiego i rasowy kobieciarz, jest mistrzem sztuk walki. Od tej pory Lee zrobi wszystko, by stać się jego uczniem. Jest gotowy zaufać mu nawet na tyle, by zaryzykować własnym życiem.
Scenariusz pierwszego tomu jest prosty i niewymagający, pozostawia po sobie jednak kilka niewyjaśnionych zagadek. W komiksie jest sporo niewyszukanego humoru, niewybrednych żartów oraz bijatyk. Czytając odniosłam wrażenie, że to twórczość skierowana typowo do chłopców. Jestem przekonana, że wartkiej akcji, wielu scen walki, brutalnych momentów i innych tego typu atrakcji nie zabraknie również w kolejnych tomach.
Kreska „The Breakera" jest dość realistyczna. Pod względem graficznym nie mam tomikowi nic do zarzucenia. Rysownik wyolbrzymia dowcipy i konsternację bohaterów oraz wyraźnie przedstawia stan, w jakim najczęściej znajduje się Lee. To ciekawe zabiegi, a artysta używa ich w dobry sposób. Wydanie również jest ładne – pierwsze kilka stron w kolorze, obwoluta, na której znajduje się krótkie wprowadzenie oraz informacje o autorach. Z tyłu książeczki natomiast pojawiają się ciekawostki. Tłumaczenie i edycja tekstu w tym wypadku również przypadły mi do gustu.
„The Breaker" to prosta, ale wciągająca historia. Niewiele trzeba przy niej myśleć – została stworzona w celach czysto rozrywkowych i swoje zadanie spełnia. Przeczytać, zająć chwilę czasu, zapomnieć. Myślę, że to dobry sposób na chwilową nudę – tak samo genialny w swej prostocie, jak choćby filmy akcji czy gry komputerowe.
"Warcraft: Durotan"
Gry komputerowe nie są mi obce, od najmłodszych lat zagłębiałam się w świat przedstawiony w seriach „Tomb Raider” czy „Resident Evil”, tak jednak jakoś wyszło, że nigdy nie było mi dane zagłębić się uniwersum "Warcraft". Zgodnie jednak z porzekadłem, że nigdy nie jest za późno, postanowiłam rozpocząć swoje obcowanie z tą serią od filmu „Warcraft: Początek”, następnie od książkowego prequelu tej produkcji „Warcraft: Durotan”. Dlatego już na wstępie uprzedzam, że moja recenzja będzie recenzją osoby, która dopiero w ten świat wchodzi.
Od zamierzchłych lat Klan Mroźnych Wilków zamieszkiwał tereny Nagrandu w Draenorze. Kraina była bogata w zwierzynę łowną, a orki żyły w spokoju prowadząc swoje życie. Rodziły się i umierały pod czujnym okiem Duchów Żywiołów. Spokojne czasy odchodzą jednak w zapomnienie. Czas przemian związany jest z pojawieniem się tajemniczego orczego szamana Gul’Dana o przedziwnym zielonym ubarwieniu. To on oświadcza, że Draenor umiera, a wilczy klan ocalić może jedynie przyłączenie się do jego Hordy. Obiecuje on przy tym poprowadzić swoich podopiecznych do krainy pełnej dobrobytu. Dowodzony przez Garada, klan odmawia, jednak przystąpienia do tego sojuszu. Od tego czasu w świecie bohaterów dzieje się coraz gorzej. Garad ginie w dziwnych okolicznościach, a rządy przejmuje jego syn Durotan. Młodemu wodzowi przyjdzie podjąć szereg niełatwych decyzji w bodaj najtrudniejszej epoce w dziejach jego Klanu.
Tytułowy Durotan, główna postać tej powieści, to stosunkowo młody ork. Nie brak mu jednak cech, których mógłby mu pozazdrościć niejeden wódz. Jest odważny, roztropny, a przy tym zdaje sobie sprawę z tego, jak ważne jest wysłuchanie członków społeczności, którym przewodzi. Pomimo faktu, iż postaci przypisano w zasadzie wyłącznie pozytywne cechy, nie odczuwamy przesycenia. Młody bohater budzi naszą sympatię, podobnie, jak towarzyszące mu postaci, które często służą mu radą i wsparciem. Kibicujemy w zasadzie całemu Klanowi Mroźnych Wilków, który pełen jest ciekawych postaci.
Orczy świat poznajemy dość dobrze, wraz z jego tradycjami, choć w dobie ich powolnego upadku. Dla tych, którzy oglądali film zakończenie „Warcraft: Durotan” jest niejako jasne od początku, interesuje nas jednak w jaki sposób do tego dojdzie. Zwroty akcji, które nie oszczędzają wojowniczych orków również są nietuzinkowe. Wszystko to nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę, kto jest autorką powieści, czyli Christie Golden. Pisarkę kojarzyłam z jej wcześniejszej publikacji "StarcCraft II: Diabelski dług", o której mam zdanie więcej niż dobre. Książka zaoferowała mi wciągającą akcję i ciekawą fabułę. To również jeden z powodów, dla którego zdecydowałam się sięgnąć po „Warcraft: Durotan”. Obie książki znacząco różnią się od siebie w wielu aspektach, jednak to co je łączy, to dobra zabawa podczas zagłębiania się w oba światy.
Nie będę wypowiadała się o książce z perspektywy gracza, ponieważ, jak wcześniej wspomniałam nie mam zbyt wielkiego o niej pojęcia. Przyznaję, że pierwsze strony książki nie nastawiły mnie do niej szczególnie pozytywnie. Lektura nieco mi się dłużyła, jednak im bliżej połowy, tym szybsza akcja i tym trudniej było oderwać się od lektury, a liczy ona w sumie nieco ponad 300 stron. Zaprezentowany przez Golden świat, powinien przypaść do gustu osobom, które dopiero wchodzą w świat "Warcraft" lub szukają niezobowiązującej lektury podczas przemierzania wakacyjnych szlaków. Dla graczy książka będzie zapewne ciekawostką uzupełniającą bogaty świat stworzony przez Blizzard, po którą warto sięgnąć.
Konkurs - Pakiet Warcrafta
Czy oglądaliście już film, który powstał na podstawie świata gier firmy Blizzard? Wiecie, że pojawiły się również książki? Zapraszamy do udziału w konkursie, w którym do wygrania są 3 pakiety książek: "Warcraft", "Warcraft: Durotan", "World of Warcraft: Illidan".
Więcej informacji o książkach znaleźć można tutaj: http://www.insignis.pl/gatunki/gry-komputerowe/
Zobacz okładkę "Blood Ransom" Marcina Jamiołkowskiego
Wiedźmin. Dom ze szkła
„Wiedźmin" to fikcyjna postać stworzona przez polskiego pisarza fantasy Andrzeja Sapkowskiego. Wiedźmini zrzeszeni są w bractwie i zajmują się odpłatnym zabijaniem potworów zagrażających bezpieczeństwu ludzi. Na podstawie książek, których głównym bohaterem jest wiedźmin Geralt z Rivii powstał film, gry komputerowe oraz komiksy. Między innymi właśnie wydany przez Egmont „Dom ze szkła", który przedstawia świetnie nam znaną postać w amerykańskiej interpretacji.
Fabuła komiksu powraca do słynnego bohatera - Geralta z Rivii. Podczas jednej ze swoich wypraw, na skraju Czarnego Lasu, łowca potworów spotyka owdowiałego rybaka. Żona mężczyzny, uznana za martwą, stała się żądnym krwi monstrum i gnieździ się w posiadłości zwanej Domem ze Szkła. Po raz kolejny wiedźmin będzie musiał zmierzyć się z groźnymi przeciwnikami i rozwiązać zagadkę Marty i Jakuba. Czy i tym razem uda mu się przeżyć?
Komiks o Wiedźminie niewiele wspólnego ma z oryginalną historią spod pióra Andrzeja Sapkowskiego. Scenariusz napisał zdobywca Nagrody Eisnera - Paul Tobin, a rysunki wykonał Joe Querio. Grafika klimatem pasuje idealnie, ale sama przedstawiona w komiksie historia kończy się zanim jeszcze zdążyła się na dobre rozwinąć. Komiks za zadanie miał rozszerzyć znane z książek i gier uniwersum o kolejną, emocjonującą opowieść. Owszem, wykonał swoje zadanie, ale niekoniecznie na odpowiednio wysokim poziomie. Rysunki są dobre, ale nie aż tak, żeby miały być zachwycające. Na ich korzyść przemawia to, że są mroczne, zdecydowanym minusem natomiast jest brak szczegółów. Scenariusz wypadł jeszcze gorzej. Chyba Autor zapomniał, że „Wiedźmin" to nie tylko powieść grozy, a przepełniona czarnym humorem, wielowątkowa historia z pogranicza różnych gatunków fantastyki. Wydaje mi się, że panowie Paul Tobin i Joe Querio stworzyli po prostu typowe fanfiction.
Podsumowując - myślę, że gdyby komiks nie miał tytułu „Wiedźmin" to mało kto by się nim zainteresował. Jego fabuła nie jest specjalnie rozbudowana, za to jest dość przewidywalna. Niedopracowane zostały również dialogi. Całość ratuje mroczny klimat, dobre wydanie i słuchowisko radiowe, które opowiada tą samą historię jednak w znacznie lepszy sposób. Zagorzali fani wiedźmina z pewnością chętnie do komiksu zajrzą i może nawet nie będą zbyt mocno rozczarowani, jednak osoby, które po prostu lubią czytać sagę lub grać w gry o wiedźminie mogą się nieco zawieść.
Wejdź do gry!
Już za niecały miesiąc, odbędzie się jedno z najbardziej wyczekiwanych przez większość miłośników komputerowej rozrywki wydarzenie. Poznań Game Arena, które jak sama nazwa wskazuje odbywa się w Poznaniu już od kilku lat. W tym roku impreza odbędzie się w weekend 16-18 października.
Dark Souls III – znamy datę premiery
Producenci ujawnili datę premiery Dark Souls III na rynku japońskim. Gra ukaże się 24 marca 2016 roku na konsole PlayStation 4 oraz Xbox One.
Biblioteka pana Lemoncella
Kilkulatką przestałam być już bardzo dawno temu, ale ducha tamtego wieku wciąż noszę w sobie. Z przerażeniem obserwuję jak nastoletni czytelnicy zapominają o swojej wrażliwości i w kolejnych zestawieniach jako najciekawszą lekturę wskazują „50 twarzy Grey'a" czy inne, podobne tytuły, zdecydowanie dla nich nieprzeznaczone. Szczególnie, że – jak udowadnia np. „Biblioteka pana Lemoncella" – lektura z właściwym targetem może być nie tylko dużo bardziej od „dorosłych" powieści wciągająca, a przede wszystkim wartościowa. To zdecydowanie jedna z najciekawszych pozycji dla młodocianego czytelnika, z jaką dane mi się było w ostatnim czasie zapoznać.
Tytuł kusi od pierwszego już rzutu okiem na kolorową, lecz nie przesadnie infantylną okładką. Kombinacja książkowych półek w pastelowych barwach, pól z gier planszowych i konturów młodych postaci ma w sobie jakąś baśniową, uroczą tajemniczość. Nawet w obecnym zaawansowaniu wiekowym tytuł łypał na mnie jakby rzucając wyzwanie. Moje wewnętrzne dziecko wykonywało niespokojne, pełne radości salta na samą tylko myśl o przewracaniu kolejnych stron powieści.
Historia – zgodnie z hasłami na okładce – bardzo przypomina tę „Charliego i fabryki czekolady", chociaż wydaje się nieco mniej surrealistyczna. Główny bohater, Kyle, ma dwanaście lat, dwóch starszych braci i ogromną potrzebę rywalizacji. Właśnie jedna z prób udowodnienia, że może wygrać nawet ze starszym rodzeństwem sprowadza na niego tarapaty. Gdy tłucze okno, rodzice dają mu szlaban na wyjścia i komputerowe gry. W tym samym czasie w szkole organizowany jest konkurs na esej. Jego zwycięzca może wygrać nie tylko bon na planszówki (nie byle jakie planszówki, bo produkcji pana Lemoncella!), ale i zaproszenie do całonocnej zabawy w bibliotece... bardzo nietypowej bibliotece, dodajmy. Kyle w ostatniej chwili skrobie na kartce kilka słów, a później za wszelką cenę stara się dotrzeć do organizatora zabawy, byle wygrać wstęp do czytelni. Jego motywacje są dość płytkie – ma nadzieję skorzystać z dostępnych tam komputerów i zainstalowanych na niej gier. Jednak, kiedy trafia do biblioteki okazuje się, że świat oferuje dużo więcej, niż tylko wirtualne zabawy...
„Biblioteka pana Lemoncella" to pozycja niezwykle pouczająca. Z jednej strony młodzi czytelnicy mogą znaleźć w niej propozycje alternatywnego spędzania wolnego czasu oraz, subtelnie przez autora popychani, zrozumieć, że najlepsza rozrywka to ta, w której uczestniczy się z rówieśnikami. Z drugiej strony, dzięki licznym odwołaniom do różnorodnych lektur – i wyłuskaniu z nich najciekawszych elementów, wyzwalających chęć poznania dalszego ciągu danych historii – powieść ma szansę zainteresować odbiorcę samym czytaniem.
Chociaż od pierwszych stron wiadomo, że „Biblioteka pana Lemoncella", to lektura dla najwyżej kilkunastolatków (informacja na okładce wskazuje 9+) w rzeczywistości nie okazuje się aż tak nieskomplikowana. Autor obok przygód Sherlocka Holmesa przywołuje historie opisane przez Ricka Riordana, ale także odwołuje się do klasyki jak „Buszujący w zbożu" Salingera czy dzieł Fiodora Dostojewskiego. Wiedza książkowych bohaterów robi szokujące wrażenie. Przyznam, że przez chwilę wątpiłam w prawdopodobność tak szerokich dziecięcych horyzontów, jednak po dłuższym zastanowieniu uznałam, że to nie świat autora, Chrisa Garbensteina, jest przesadzony, a moja wiedza posiada luki. Jakkolwiek wciąż uważam, że wiele z przywołanych tytułów nie jest przeznaczona dla tak młodego czytelnika.
Akcja powieści mknie niczym strzała. Właściwie nieustannie coś się dzieje. Dzieciaki wystawiane są na próby, podejmują ryzykowne decyzje, uświadamiają sobie własne błędy (lub nie), zawierają sojusze i wymyślają podstępy (na których różnie wychodzą). Postaci są nakreślone bardzo wyraźnie. W zasadzie ich imiona można by zmienić na jednowyrazowe cechy, ale ten fakt nie razi. Autor wyraźnie zostawił miejsce dla czytelników na wysnuwanie własnych wniosków i wyciąganie z nich odpowiednich nauk.
Całość napisana jest lekko, przyjemnie i w sumie bardzo typowo. Krótkie zdania, brak wyszukanych kombinacji stylistycznych, a jednocześnie wplatanie – natychmiast tłumaczonych – trudniejszych słów, to standardowy chwyt edukacyjny, który zawsze się sprawdza. Powieść uzupełniają liczne rebusy (przy niektórych naprawdę trzeba pokombinować), pozwalając czytelnikowi nie tylko na śledzenie fabuły, ale i uczestniczenie w niej. Jednym zdaniem – idealne połączenie ciekawego pomysłu i przemyślanego wykonania. Za jedyną wadę uznałabym wykorzystywanie, w celu rozbawienia, motywu odgłosów fizjologicznych. Moim zdaniem to już dość wyświechtane.
„Biblioteka pana Lemoncella" to książka z gatunku tych, o które coraz trudniej na księgarskich półkach. Pozycja o przemyślanym targecie, z przesłaniem; jednocześnie inteligentna, zabawna i wciągająca. Chris Grabenstein napisał powieść, która nie tylko spodoba się dzieciom, ale również zachwyci ich rodziców. Kto wie, może za przykładem bohaterów, pociechy zdecydują się odejść od komputerów i zanurzyć w tajemniczym i intrygującym świecie realnych zabaw lub... bibliotek?