Rezultaty wyszukiwania dla: Ann Morgan
W obronie kłamstwa
„Dzisiejszego ranka Morgan został znaleziony martwy w swojej pracowni malarskiej… w Hanncom nigdy nie doszło do tak brutalnego przestępstwa… ofiarą padł człowiek powszechnie znany, lubiany i szanowany.”
Diabelsko gęsta fabuła, tak wiele się dzieje, nici intrygi mocno splecione, czuje się ciężar krzywd i kłamstw, a jednak z wyjątkiem kilku scen zgrabnie poruszamy się po przebiegu zdarzeń. Z rozdziału na rozdział intryga nie dość, że coraz bardziej gmatwa się, to jeszcze coraz głębiej wchodzi w mrok. W pewnym momencie powstaje wahanie, a może tego wszystkiego jednak za dużo, za mocny nacisk wywierany przez autorkę na postaci, za wielkie zapętlenie supłów tajemnic? Jednak po chwili stwierdzamy, że jednak nie, że zajmująco jest przebijać się przez to wszystko. Co prawda odchodzi się sporym krokiem od prawdopodobieństwa kumulacji grzechów wystąpienia w realnym życiu, ale ponownie refleksja, czyż los i sami jego uczestnicy nie piszą najbardziej osobliwych scenariuszy i czy czasem nie dochodzi właśnie do zjednoczenia w czasie i miejscu?
Paulina Kosznik dokłada starań, aby bohaterowie prezentowali się barwnie i różnorodnie. Większość przekonuje osobowością i postawą. Jednak kluczowa postać, trzydziestoletnia korektorka, nie do końca potrafi wybronić się w swoim sercowym zagmatwaniu i logicznym zachowaniu. Owszem, możemy na to spojrzeć od strony presji, jaka była na nią wywierana przez dramatyczne okoliczności, albo tego, co działo się w jej życiu w przeszłości, jednakże uwiera niekonsekwencja w dokonywanych wyborach i nieporadność w młodości. I tu znów uchwycona w locie myśl, gdyby nie taka jej postawa, kiedyś i dziś, intryga nie przybierałaby rumieńców i napięcia. To, w co natychmiast wpadamy, to udanie opisana małomiasteczkowa mentalność, rozchodzenie się plotek lotem błyskawicy, trwałe przyklejanie etykiet przez lokalną społeczność, wręcz napiętnowanie, poprzez krytykę innych odsuwanie się od rozliczenia własnych przewinień i radzenie sobie z odciśniętym przez zbrodnię piętnem. Może nieco za jaskrawo ukazane potępienie, jednakże nie można mu odmówić nośności emocji i podgrzewania złej atmosfery.
Książka daje do myślenia. Czy faktycznie powinniśmy skrajnie uginać się w imię rodzinnych więzi i relacji? Czy poświęcając tak dużo z siebie bliskim, nie sprawiamy, że oddalamy się od samych siebie? A może staranniej wyważać, to, co inni od nas oczekują, z tym, co naprawdę jesteśmy skłonni im oferować? Powieść to także ciekawe studium brudnych sekretów, kumulacji ich negatywnego oddziaływania na psychikę, nie tylko osób niejako ich właścicieli, ale również tych, przed którymi są ukrywane. Z drugiej strony, czy prawda zawsze oczyszcza, a może staje się katalizatorem negatywnych zmian, więc lepiej niekiedy ją przemilczeć i zachować tylko w sferze własnych wyrzutów sumienia? A kłamstwo, czy tylko potrafi wszystko zniszczyć, czy wręcz odwrotnie, jest w stanie wywołać pozytywne przeobrażenia? W wielu aspektach zgadzamy się z główną bohaterką, w innych idziemy zupełnie odmienną drogą niż Alison Cole. Właśnie to podoba się nam w „Obronie kłamstwa”, niejednoznaczność wyrażana różnymi emocjami i ciekawymi rozważaniami. Podsumowując, mam kilka zastrzeżeń do powieści, ale to udany debiut, i przyznaję, że zdecydowana jestem czekać na kolejną książkę autorki.
Zapowiedź: Tajny Klub Nietypowych Czarownic
Nominacja do Goodreads Choice Award 2022
Wypełniona magią, radością i miłością ciepła powieść fantasy o czarownicy poszukującej swojego miejsca w świecie.
Te wiedźmy nie płoną
Bycie nastolatką bywa do bani. Uczucia mieszające w głowie, coraz to większe obowiązki i presja, którą otoczenie narzuca na ciebie w dniu przekroczenia granicy bezpowrotnie zmieniającej twoje życie. Niby norma, każdy tak ma, ale gdy dochodzi do tego ukrywanie zdolności magicznych i złamane serce? No właśnie życie nastoletniej wiedźmy może być równie przerażające, co fascynujące.
W historii o wiedźmach pojawia się sporo, a właściwie o sposobie ich pozbywania się z otoczenia. Te wiedźmy nie płoną, one ukrywają się wśród nas i każdego dnia muszą unikać pokusy użycia swych zdolności. Hannah nawet sobie z tym radzi, wszak za ujawnienie się zwykłym śmiertelnikom można stracić swoją moc na zawsze. Poza unikaniem ludzi młoda wiedźma unika również swojej byłej, Veroniki i pracuje w sklepie z magicznymi przedmiotami. Koniec roku szkolnego okazuje się dla wszystkich ciężkim czasem. Zabawę, która miała być zwieńczeniem szkolnych dni przerwa niezwykle przerażający rytuał krwi. Salem zostaje zasypane dowodami na istnienie magii zakazanej, mrocznej i niebezpiecznej.
Hannah czuje, że to sprawka Krwawej Czarownicy. Na domiar złego w jej życiu pojawia się nowa dziewczyna, Morgan, która skrada jej serducho i uwagę. Młoda wiedźma będzie musiała jednak zawalczyć o serce nowo poznanej dziewczyny. Uczucia i niebezpieczeństwo zmuszą Hannah do działania. Dziewczyna, by uratować swój sabat i przypodobać się Morgan, będzie musiała sprawdzić, jak wielką moc posiada. Czy ryzyko podjęte dla sabatu i dziewczyny nie okaże się płonne? Co zrobi, gdy stanie przed wyborem?
Te wiedźmy nie płoną to jedna z tych książek, które bardzo chciałam przeczytać, a gdy już do mnie dotarła, to strach przed rozczarowaniem na długo wysłał ją na półkę rezerwowych. Wiele różnorodnych opinii i trochę czasu później, jestem już po lekturze. Czy warto było wybrać się do Salem?
Wiedźmy, Salem, czegóż chcieć więcej? Akcja rozwija się spokojnie, w mieście niewiele się dzieje, poza rozterkami sercowymi pewnej wiedźmy. Hannah próbuje unikać Veroniki, jednak ta nie daje za wygraną. Brzmi zwyczajnie, ale takie nie jest, obie bowiem należą do tego samego sabatu, a więc wciąż się spotykają. Sytuacji nie ułatwia niewiedza ludzi, którzy jako Regowie, nie wiedzą o istnieniu mocy i sabatów. Autorka stworzyła ciekawą historię, która równolegle opisuje dwa różnorodne światy. Niemagiczny, poparty nastoletnimi problemami, szkołą i pracą oraz ten pełen magii, który znają nieliczni.
Ciekawy, choć niepozbawiony niedociągnięć pomysł na fabułę sprawdza się nieźle. Lekko, ciut niedbale historia nabiera rumieńców, a bohaterowie zmieniają się na naszych oczach. Gdy koniec roku szkolnego przeradza się w krwawy rytuał, rozpoczyna się zabawa. Wiedźmy Żywiołów są w niebezpieczeństwie, wokół zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a zaufanie staje się towarem deficytowym. O tak, tu rozpoczynają się emocje, które powoli rozwiewają tajemnice, choć nie wszystkie. Kto czyha na pannę Walsh?
Bohaterowie
Te wiedźmy nie płoną to ciekawe postaci, które ewoluują przez całą powieść. Dostarczają nam wzruszeń, masę śmiechu i jeszcze więcej emocji. Nie brakuje tu magii, która, choć początkowo zakazana, zaskakuje swoim ogromem i pięknem. Wystarczy dać się porwać. Tajemnica, niebezpieczeństwo i czary, to tło dla ważnych rozważań. Autorka w swoją opowieść wplotła sporo ciężkich i ważnych tematów. Historią Hannah chce pokazać, jak ważna jest tolerancja międzyludzka i akceptacja różnić między nami. Bez względu na orientacje czy posiadane zdolności, człowieka nie powinno się oceniać tylko po pozorach, powierzchowności czy pierwszym wrażeniu.
Całość czyta się szybko, choć początkowo tempo akcji było ciut za wolne, ale reszta powieści wyrównała ten stan. Te wiedźmy nie płoną nie każdemu przypadną do gustu. Być może to wina stylu, a może tematyki poruszanej przez autorkę, jednak moim zdaniem warto sprawdzić, jak ty odbierzesz ten tytuł. Lekka, przyjemna, pełna wzruszeń i niekontrolowanego śmiechu opowieść o dorastaniu, magii i pierwszych poważnych wyborach. Myślę, że ona właśnie taka powinna być. Skupiać się na bohaterce i jej rozterkach, poszukiwaniu rozwiązania i odnajdywaniu siebie, a że przy okazji dziewczyna włada żywiołami...cóż nikt nie jest idealny.
Podsumowanie
Te wiedźmy nie płoną zbiera skrajne opinie, które według mnie są sumą tego, jakie będzie nastawienie, z którym podejdziemy do tejże powieści. To jedna z tych powieści, które powinniście poznać sami, sprawdzić, które z elementów was zachwycą, a które nieco mniej. To historia wzruszająca i zabawna. Niosąca w sobie masę emocji i tajemnic tylko czekających na to, by je odkryć. Czekam na kolejne odsłony przygód młodych wiedźm.
Szpieg, który mnie rzucił
„Szpieg, który mnie rzucił” to wyreżyserowana przez Susanne Fogel komedia sensacyjna.
Film opowiada o Audrey Stockton (Mila Kunis), urodziwej, ale jakże zwyczajnej i nijakiej, dziewczynie. Po tym jak rzuca ją drogą smsową facet (Justin Theroux), świętuje swoje urodziny z najlepszą przyjaciółką Morgan Freeman (Kate McKinnon). Następnego dnia po imprezie urodzinowej, Audrey dowiaduje się, że jej były chłopak, Drew jest agentem CIA, z którym biuro straciło kontakt. Dziewczyny zostają uwikłane w szpiegowską intrygę, której celem jest dostarczenie tajemniczej przesyłki we właściwe ręce. W tym celu najlepsze przyjaciółki wyprawią się za Ocean do Wiednia, Pragi, Paryża, Amsterdamu, a trup będzie słał się gęsto. Pytanie brzmi, czy Audrey rozpozna właściwe ręce, w które cenna przesyłka ma trafić?
„Szpieg, który mnie rzucił” jest wystrzałową komedią, podczas której ubawiłam się setnie i śmiałam do rozpuku.
Obsada została skompletowana fantastycznie. Kate McKinnon wypadła rewelacyjnie, jako wierna, choć mocno stuknięta, przyjaciółka i chociaż miejscami była tak bardzo szurnięta, że aż irytująca, to trzeba przyznać, że jej postać wypadła nad wyraz dynamicznie i oryginalnie. Niestety tak dobrą rolą Mila Kunis nie może się pochwalić. Audrey, którą gra, jest dość zwyczajna, defensywna, zakompleksiona, a czasami wręcz nijaka. Kunis zapewne miała stworzyć taką postać, ale pozostaje spory niedosyt. Poza głównymi rolami są Justin Theroux i Sam Heughan, którzy grali po prostu przechodzących przez ścianę agentów, mordujących w efektowny sposób wszystkich dookoła, a którzy w tych rolach spisali się na medal. Należy również wspomnieć o trzecioplanowych aktorkach, których widok niezmiernie mnie ucieszył, a mowa o Gillian Andreson i Jane Curtin. Susanne Fogel obsadzając Gillian w roli szefowej agentów MI6 mrugnęła w ten sposób do widzów, a ci, co pamiętają serial „Trzecia planeta od słońca”, będą mieli przyjemność obejrzeć Jane w roli niefrasobliwie, pogodnie nastawionej mamy Morgan.
Sama fabuła nie jest nadzwyczaj nowatorska; osoby postronne zostają przypadkowo wplątane w szpiegowską aferę, w której o dziwo radzą sobie przez przypadek fenomenalnie. Akcja jest oczywiście dynamiczna, jak na komedię sensacyjną przystało, ale głównie zdominowana przez humor sytuacyjny. Andrey i Morgan przypadkowo i wielokrotnie wychodzą z opresji dzięki nadzwyczajnemu szczęściu, ich siła natomiast tkwi przede wszystkim w damskiej przyjaźni. I właśnie ten element reżyserka chyba chciała najbardziej wyeksponować. Jest on co prawda mocno przerysowany, a dziewczyny nie grzeszą inteligencją, powiedzmy szczerze, są miejscami wręcz irytująco głupie, to właśnie ta więź i niezachwiane zaufanie do siebie pozwala im przeżyć. Miałabym wiele zgryźliwych uwag co do wręcz kompromitująco ekshibicjonistycznej szczerości pań, ale zakładam, że ona również miała być przejaskrawiona. Brawa i wyrazy współczucia jednocześnie dla aktorek, że potrafiły zagrać tak spektakularną indolencję. Wielkie brawa również dla reżyserki, która do przyjaźni damskiej umiała podejść z takim poczuciem humoru i dystansem, nie doprowadzając jej do karykaturalizacji. Nie jest to jednak jedyny temat, do którego podeszła reżyserka z takim samokrytycyzmem. To jak odmalowała Amerykanów, w sposób prześmiewczy i ironiczny, zasługuje na szacunek. Scena, w której płatna zabójczyni (Ivanna Sakho) ma zlikwidować dwie szurnięte i dziwaczne Amerykanki i nie może tego zrobić, bo wszystkie jej się takie wydają, jest po prostu zachwycająca.
„Szpieg, który mnie rzucił” jest komedią sensacyjną, która wciąga akcją i potrafi ubawić widza, pod warunkiem, że umie on przymknąć oko na gargantuicznych rozmiarów głupotę głównych bohaterek. Taka konwencja, która pozwala się śmiać i bawić, jeśli nie bierze się wszystkiego zbyt poważnie.
Orphan X. Człowiek, którego nie ma.
„Człowiek Znikąd, Człowiek, Którego Nie Ma: egzekutor, terrorysta, poszukiwany w związku z licznymi przestępstwami, w wielu różnych krajach, w tym także w Stanach Zjednoczonych. Ale on się tym nie przejmuje, bo przecież teoretycznie nie istnieje. (...) Evan jest uosobieniem obłudnego wsparcia. Jest wrogiem tego samego państwa, które chroni i któremu służy”.
Evan Smoak to na pozór przeciętny mężczyzna po trzydziestce. Nie jest szczególnie przystojny ani muskularny, ot zwykły facet nierzucający się w oczy. Jednak pod tą maską skrywa się prawdziwa maszyna do zabijania. Jako dwunastolatek, najmniejszy, ale najbardziej zatwardziały spośród chłopców z domu dziecka, Evan został zwerbowany do supertajnego programu rządowego o nazwie „Orphan”. Tam, poddano go intensywnemu i niezwykle wszechstronnemu szkoleniu, które przygotowało go na dosłownie każdą okoliczność. Jako dorosłego już mężczyznę dopada go zwątpienie, co do słuszności zleceń jego pracodawców. Urwany ze smyczy, prowadzony własnym trochę pokręconym kompasem moralnym, zaczyna zabawę w radykalną wersję Robina Hooda. Pomaga tym najbardziej zdesperowanym ludziom na krawędzi w definitywnym pozbyciu się ich problemów.
Już na początku historii widzimy Evana z ciętą raną od noża i torbą z zestawem tłumików dopiero co odebranych od rusznikarza. Jak możemy się domyślać, wraca z misji, jednakże z jednych tarapatów mało nie wpada w kolejne. Za sprawą wścibskiej sąsiadki, o mały włos nie zostaje zdemaskowany przed społecznością zamieszkującą wraz z nim budynek Castle Heights. Jest to zapowiedź tego, jak będzie wyglądała nasza przygoda z Człowiekiem Znikąd. Możemy się spodziewać wartkiej akcji i kłopotów nieustanie spadających na bohatera. Tym bardziej że ktoś z jego przeszłości depcze mu po piętach.
Podczas czytania udaje się nam poznać Evana dość dobrze. Dzięki pojawiającym się systematycznie retrospekcjom z lat szkolenia widzimy dokładnie, w jaki sposób ukształtował się jego charakter, jak stał się bronią doskonałą, co sprawiło, że jest tym, kim jest teraz. Możemy również zaobserwować delikatną przemianę, która w nim zachodzi, a której chyba sam do końca nie jest świadomy. Autor skonstruował bohatera tak sprytnie, że mimo wiedzy o jego drastycznych i bezwzględnych poczynaniach czytelnik po prostu lubi Evana i kibicuje mu.
Historia jest niezwykle wciągająca, po prostu nie można się oderwać od książki. Kilka razy powstrzymywałam się od dalszego czytania, aby przedłużyć przygodę z Człowiekiem, Którego Nie Ma. Nieoczekiwane zwroty akcji na pewno umilają czytanie, do tego nieustanne działanie pod presją oraz ciekawy bohater pod postacią mieszanki wybuchowej Dextera Morgana, Jasona Bourna i Ethana Hunta z Mission Impossible – dla mnie rewelacja. Powiem szczerze, że zakończenie przypadło mi do gustu, ale czułam lekkie rozczarowanie, że to już koniec, ponieważ przywiązałam się do bohatera i było mi mało. Na szczęście jest to pierwszy tom cyklu. Nie mogę się doczekać kolejnej części!
Karen Miller „Skażona magia” Prequel serii „Królotwórca, królobójca”
Setki lat przed wielką Wojną Magów był sobie kraj nieświadomy, że znalazł się na skraju katastrofy…
Młoda i porywcza Barl pragnie sprawdzić granice swojego magicznego potencjału. Jednak z powodu surowo przestrzeganej hierarchii społecznej studiować mogą tylko magowie o wysokim pochodzeniu. Barl rozpaczliwie pragnie się uczyć, a ten zapał pcha ją ku buntowi, przez co dziewczyna popada w konflikt z Radą Magów. Okazuje się, że być może już nigdy nie będzie mogła posługiwać się mocą. Wtedy poznaje Morgana Danfeya, członka Rady. Barl i Morgan uświadamiają sobie, że razem potrafią stworzyć niezwykłe nowe zaklęcia. Lecz pokusa, jaką niesie tak potężna moc, obnaża mroczną stronę duszy maga, który wkrótce rzuci kraj na kolana.
Moja siostra... czy ja?
Patrzysz na nią i widzisz swoje odbicie; może nie jest tak gadatliwa, może w szkole nie zdobywa dobrych ocen, a jej nieskoordynowane ruchy budzą śmiech w Twoich koleżankach, a w Tobie niezrozumiałe napady złości. Jest Twoją siostrą bliźniaczką, od najmłodszych lat jesteście skazane na siebie nawzajem. Ale pewnego dnia wpadasz na idealny żart- mama na pewno da się wkręcić! Otóż przebierasz Ellie w swoje ciuchy, pleciesz jej idealny warkocz (Twój znak rozpoznawczy) i uczysz, jak być Tobą. Choć niechętnie, siostra podłapuje zasady tej zabawy. Z uśmiechem wciągasz na siebie jej koszulkę z -jak zawsze!- rozciągniętym kołnierzykiem, włosy zaplatasz w dwie kitki i ruszacie do domu. Jednak gdy mama daje się nabrać, a Ellie nie chce Ci zwrócić Twojej hellenowatości... rozpoczyna się Twoja tragedia.
To już trzeci thriller w mojej czytelniczej karierze, który opowiada o bliźniaczkach. Jako, że ten temat to wciąż dla mnie nowość (a z drugiej strony ile możliwości stwarza dla pisarzy!), przy każdej nadarzającej się okazji sięgam po tego typu lektury.
Helen zawsze była tą lepszą siostrą, bardziej kochaną przez matkę, lubianą. Ellie trwała w jej cieniu, być może nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Niewiele ją interesowało. Chociaż... może jednak coś kryło się w tych wiecznie zaciągniętych mgłą oczach? Jedna, zwykła zabawa w podmienienie, która trwała wiele lat. Helen z pozycji liderki została zepchnięta gdzieś w kąt, zaś ta ciapowata Ellie, stając się bardziej hellenowata, podbija świat.
Początkowo myślałam, że będzie to historia o nienawiści- Helen do siostry za kradzież jej życia, Ellie za młode lata, gdy była popychadłem. Myślałam, że jedynym celem Smugi (Helen) będzie odzyskanie swojego ja. Ale autorka zgrabnie wprowadziła mnie w błąd. Bo to nie nienawiść przebija się z każdej kolejnej strony, lecz smutek. Smutek, cierpienie i w pewnym sensie miłość. Moja siostra... czy ja? opowiada tak naprawdę o dysfunkcyjnej rodzinie, w pamięci której zapisało się jedno, zmieniające wszystko wydarzenie- samobójcza śmierć ojca. Na psychice Helen nie wywarło to żadnego wpływu, jednak od tamtego momentu Ellie cofnęła się w rozwoju o kilka lat.
Zgon ojca odcisnął piętno nie tylko na dziewczynkach, lecz również na ich matce; znak tak silny, że niemożliwy do zatarcia, ukrycia. Myślę, że decyzja głowy rodziny o opuszczenie tego świata doprowadziła do reakcji łańcuchowej- załamana matka, która faworyzuje jedną z córek, drugiej dając jedynie ochłapy uczucia. A przecież powinna kochać swoje córki tak samo. Mogę śmiało powiedzieć, iż ich matka to potwór, którego niedopatrzenie (a może niechęć do rozmyślania nad oczywistymi przesłankami zamiany dziewczynek?) doprowadziło do wielu tragedii. Nieporadność matki doprowadziła do tego, iż Helen stoczyła się na samo dno. Nie miała dokąd pójść, nie mogła nikogo poprosić o pomoc. Przez wiele lat lawirowała między prawdą a kłamstwem, chwilami gubiąc swoją tożsamość. I to wszystko przez matkę...
Ta pozycja daje wiele do myślenia; co prawda spodziewałam się ogromu nienawiści, wymykającego się z kartek, ale mimo to nie czuję zawodu. Książka jest po prostu świetna, nie czyta się jej, lecz połyka strony. Polecam szczególnie osobom, które uwielbiają czytać o traumie, niedopatrzeniach, emocjach i kwestii psychologicznej. Gwarantuję, że się nie zawiedziecie!
Wywiad z J. Grzędowiczem i M.L. Kossakowską cz.2
Karolina Nykiel: Jak zaczęła się Pani przygoda z fantastyką?
Maja Lidia Kossakowska: To zależy, co przez to rozumiemy...
K.N.: Pierwsza przeczytana książka, na przykład?
M.L.K.: Moja przygoda zaczęła się dość banalnie, bez żadnych specjalnych, cudownych odkryć. Po prostu, w domu. Moi rodzice byli wielbicielami literatury, także fantastyki. Zawsze mieliśmy mnóstwo różnych książek. Oni podsuwali mi do czytania pozycje z bardzo różnych dziedzin, w tym także z fantastyki.
Konkurs na Fantastyczne Opowiadanie - Lista opowiadań
Poniżej prezentujemy listę opowiadań, które zostały zgłoszone do udziału w Konkursie na Fantastyczne Opowiadanie, oraz opublikowane w dziale Opowiadania na Secretum. Lista została ułożona w kolejności publikowania tekstów na Secretum.
Premiera: "Haker"
Amerykanie i Chińczycy będą rozpracowywać szajkę planującą wielki atak w cyberprzestrzeni. Polska premiera kinowa już 16 stycznia 2015.