październik 06, 2026

Rezultaty wyszukiwania dla: Ścieżki Wyobraźni

wtorek, 23 styczeń 2018 07:21

Piotr Żamojda - Wojna przyszła

A co ono jest, to słońce, i czego tak smali? - zastanawiał się Wojciech Drewniak, siedząc na ławce pod szczerbatym, pozieleniałym od wilgoci i starości płotem.

Czy jest dziurą w niebie, za którą nic tylko ogień? A może lampą od Pana Boga ludziom i wszelkiemu stworzeniu daną, aby mroki i zło wszelakie na pół dnia ze świata wyganiać i kształt rzeczom nadawać?
Wolno obracały się dzisiaj koła, trybiki i tuleje, kiepsko kręciły wały i przesuwały na wątłych osiach myśli niespieszne w skołatanej alkoholem głowie. Zgrzyt jakiś niemiłosierny skrobał po umordowanym bimbrem czerepie. Coś tam we łbie terkotało. Ale co? Bóg tylko raczył wiedzieć z czego taki tęgi umysł jak Wojtkowy był skonstruowany. Kto by przeniknął dwie albo i więcej stóp mułu myśli zaległych i nieporuszonych?
A jeśli to sam Bóg patrzy przez ono słońce na świat, to jakże tak twarz na nie podnosić, palcem pokazywać, albo szczać w szczerym polu z przyrodzeniem skierowanym w Jego stronę?
Słońce jak rozbite jajco na rozpalonej patelni, a kolor jego jak niezakwitłe jeszcze mlecze na wiosennej łące.
Dawno jadł Wojtek smażone jajko. Oblizał suche, spierzchnięte wargi, przejechał językiem po rudych, przydługich wąsiskach. Zamlaskał tęsknie. Ostatnią kurkę - tę ładną dropiatą – jastrząb,skurwysyn porwał.
Pies się przyplątał. Burek czy Borsuk? Nie mógł sobie Wojtek przypomnieć jego imienia, bo też i nie zaprzątał on prawie nigdy swym istnieniem Wojtkowej głowy. Z łańcucha, swołocz, znowu się zerwał.
Burek, czy może jednak Borsuk, zamachał kikutem ogona i niepewnie popatrzył na swego pana, zapiszczał cicho i zwrócił łeb w głąb drogi biegnącej przez wieś. Lękliwy był z niego pies i Wojtek nigdy nie był w stanie pojąć tej bojaźni. Wszak miał być zły! Zwłaszcza po tym jak odrąbał mu ogon. Dziad rąbał, ojciec rąbał, on rąbał! Całe pokolenia psich ogonów odrąbano w ostatnim obejściu we wsi Rozstaje. Nigdy nie dawał ten okrutny proceder oczekiwanego rezultatu, jednak trzymał się uparcie i bezrozumnie lud tutejszy tej tradycji jak rzep Burkowego grzbietu.
– I co tak pysk nadstawiasz, ślepiami wiercisz? - zaskrzeczał Wojtek przez zaschnięte usta. - Żreć nie dostaniesz, sam coś znajdź. Pożytku z ciebie żadnego, tak jak i z kota próżniaka, któren ino by się na przypiecku wylegiwał. Ni to wydoić, ni kiełbasy z tego zrobić. Tfu! Zaraza.
Zapatrzyło się bure psisko na swego pana i zdawało się słuchać ze zrozumieniem i pokorą wyrzutów o sens i pożytek ze swego istnienia. Jaki obraz człowieka odbił się w ciemnych psich oczach? Pies tylko to wiedział, a ludzkiego umysłu jak zawsze to nie obchodziło. Nie pojmował Borsuk czy Burek, po co jest na tym świecie i choć smutne było to życie, to zwyczajnie chciał żyć. Dzisiejszego poranka poczuł zbliżający się chłód śmierci pewnej i nieodwołalnej. Nic ludziom nie był winien, za nic nie był wdzięczny, jednak przyszedł wiedziony głupią psią wiernością, której nie potrafiły zabić ni głód, ni świst siekiery.
– Rusz się z tej ławki pijaku, panie, chłopie głupi i okrutny. Ratuj swoje dzieci maleńkie, żonę tak wredną jak i bezdennie głupią. Otwórz chlew i wyprowadź jego smutnych mieszkańców. Uciekaj do lasu tak, jak i ja to zaraz zrobię, człowieku!
To wszystko wypowiedział pies do swego pana, kiedy był jeszcze czas i można było los odwrócić. Ale któż by psa zrozumiał? Bo przecież nigdzie psiej mowy nie uczą. A bo i po co? Kto miałby czas na durnoty, kiedy pańszczyzna od świtu do wieczora, czynsze w postaci czterdziestu groszy z łanu na św. Marcina, daniny w pięciu korcach owsa takoż z łanu, korzec dla plebana, kolendy, no i co dziesiąty snop z pola także dla kościoła. Może gdyby tak Wojtka głowa nie bolała, zrozumiałby coś z tego psiego gadania?
– Poszedł won! - Wojciech pochylił się na ławce, udał, że szuka kamienia - odwiecznego pośrednika w rozmowach głupca ze słabszymi od siebie. Gdyby był takowy na wyciągniecie ręki, to byłby i cisnął nim, a tak udał tylko, wziął zamach i to wystarczyło. Odszedł Burek czy Borsuk bez żalu, nie oglądając się za siebie. Zakręcił burym kikutem ogona i zniknął z Wojtkowych oczu.
Droga, która wiedzie przez Rozstaje, nie ma początku i nie ma też końca. A tak jest szeroka, że dwa wozy z sianem spokojnie się na niej miną i obejdzie się bez wyzwisk woźniców i smagania batem. Nie wiadomo, gdzie jej kres. Może dziedzic to wie, albo ksiądz w szkołach uczony umiałby na mapie się rozeznać, co jest na obu jej końcach? Wiadomo, czy tam, gdzieś hen, to aby człowiek jeszcze mieszka, czy może już nie człowiek? Tylko po co ona taka bezkresna? Po co w świat wiedzie? Wszak coś może przyjść tu ze świata, zwalić się na głowę? Prawda? Prawda.
Jak długo będziesz patrzył się w taki bezkres drogi, to prędzej czy później, coś zobaczysz na horyzoncie. A po co tak wyglądać? Jeszcze diabła zobaczysz, a on zobaczy ciebie. I co wtedy?
Dziadek spotkał kiedyś diabła, jak był młody, nim jeszcze do wojska poszedł, nim mu to wojsko i świat daleki nogi nie zabrało. Lubił o tym opowiadać, szczególnie zimową porą, kiedy ciemność szybko na świat przychodzi, a spać jeszcze się nie chce i wszyscy są w chałupie. Nauczył się tej opowieści Wojtek na pamięć. Słów wszystkich, które stary wypowiadał, po prawdzie, nie rozumiał, ale podobała mu się ona czasem bardziej niż wojenne historie, choć strachem go za każdym razem przejmowała nadzwyczajnie. Nikt zresztą dziadka, kiedy z wojen w świecie wrócił, pojąć w pełni nie był w stanie. Świat daje i zabiera, a czasem tylko zabiera, nic w zamian nie dając. Dziadkowi nogę zabrał. I na co komu tam w dalekich krajach chłopska noga, krzywa i bosa? Dał w zamian słowa, ładne, gładkie, ale i obce, takie co to tylko ksiądz zna albo jaśniepan. Od takich słów to świat w izbie, czy obejściu wydawał się czasem większy, bardziej kolorowy, ale i nieswój niekiedy. Dom jest prawdziwym domem, a wieś własnym miejscem na ziemi, kiedy zna się nazwy wszystkich rzeczy i zwierząt w zasięgu wzroku. Że o imionach ludzi nie wspominając.
W noc lipcową, powiadał, wracał z pijatyki, właściwie to z targu, bo go jego ojciec z wieprzem na sprzedaż wysłał. Wiadomo, sprzedał żywinę, grosz ładny wpadł do kabzy, wypić trzeba. Jakże nie wypić? Wracał tedy bardzo handlem strudzony, senny mocno, drogą wedle cmentarza. A nijak ścieżki prosto go nie wiodły.
– Przysiądę gdzie sobie, zdrzemnę się chwilę, to i nogi lepiej do domu poniosą. - Jak pomyślał, tak też uczynił.
Na rozstajach, za cmentarzem, jeszcze pół wieku temu nazad, szubienice stały. Kto je tam postawił i kto na nich wisiał? Nikt tego już nie pomni. Usiadł – myślał - pod drzewem, ale pień jakiś taki dziwnie równy, kanciasty i zimny nieprzyjemnym dreszczem po plecach go zmacał. Skrzypienie dziadek jął słyszeć nad głową. Podniósł wzrok, a tu sznur gruby z pętlą na końcu pod sam nos mu z wysokości zjeżdża! Wszelki włos, co był skórę dziadka porastał, zaraz na baczność stanął!
– Co to jest prawdziwy strach - powiadał wiele lat później - to ja wtedy właśnie poznałem. Na wojnie owszem, też się człowiek bał, ale wtedy wiedział, czego się lękał: bólu i śmierci. A to był strach o duszę, inaczej tego nie umiem ująć, lęk przed męką bez końca. Poczuł był dłoń na ramieniu, zimną i twardą, która to dłoń, gdy chciał się poderwać z ziemi i uciec, na miejscu go mocno osadziła.
– Czas już na ciebie, Macieju – usłyszał nad uchem głos słodki i natarczywy. - Tu jest papier na śmierć twoją w niemieckiej mowie spisany.
– Jak to na śmierć?!
– Ot tak, zwyczajnie.
– To tutaj stoi, że mi śmierć na tę noc lipcową zapisano?
– Tak jest, zbieraj się.
– A kto tak zasądził i za jakie winy?
– Pan nasz w największej głębinie. On zna wszystkie twoje grzechy i one na tym papierze są spisane.
– A kto by tam zrozumiał niemiecką mowę? A tym bardziej ichnie pismo rozczytał? Skąd mnie wiedzieć, czy to nie łgarstwo jakieś?
– Proces był poważny, w przytomności niemieckich sędziów odbyty. Prawda, że zaocznie przeprowadzony, ale cóż...
Coś dziadka tknęło:
– Poważny proces, powiadacie?
– Bez dwóch zdań.
Zafrasował się dziadek nie na żarty. To już odchodzić z tego świata, kiedy jeszcze się w nim na dobre nie rozsmakował? Prędki miał on jednak pomyślunek. Nie ma co. Posapał, postękał, po głowie się podrapał i rzekł:
– Mam ja jeszcze jeden grzech, o którym nie śmiałem nawet księdzu wyznać na spowiedzi. Grzech, za który niechybnie diabli duszę w pełnym prawie do piekła porywają. Choćby sam święty Piotr był się za człowiekiem wstawiał, nie ma odeń odwołania.
Zadrżał jakby z obrzydzenia i strachu smoluch czarniawy na dźwięk apostolskiego imienia, ale zaraz rzekł:
– Nadstawiam ucha.
– Wyznać mam jak na prawdziwym sądzie?
– W rzeczy samej. Świadków wprawdzie nie mam, ale skąd tu wziąć Niemca na takim pustkowiu?
– No to nadstawcie ucha, panie sędzio czarny.
– Słucham.
– Ja, Maciej Drewniak wyznaję... w Imię Ojca, Syna i Ducha Świętego...
Huknęło coś gromko! Targnęło powietrzem. Załopotała czarna kapota, stuknęły głucho kopyta o ziemię i czorta nie było.
Tak to niegdyś ojciec ojca opowiadał. Prawda, że co i raz inaczej ta opowieść w niektórych miejscach wyglądała, ale kto by tam teraz wiedział, jak to było naprawdę? Kto kłam dziadkowi zadawał, to go stary do diabła odsyłał, co by się wszystkiego u samego Belzebuba dowiedział.
Mimo swej niepokojącej nieskończoności, trzeba przyznać, dobra jest ona droga. Tu i tam trochę nierówna, są w niej i kamienie, których nikt z niej nie wyrywa, a na których wóz się przechyla. Korzeń drzewa tu i ówdzie tak ją rozrywa, że przewrócić się łatwo. Kurzy suchą porą, aż nos zatyka, a na wiosnę w roztopy buty można w błocie zostawić. Oczywiście, jeśli ktoś akurat ma parę butów w chałupie. Stąd się w świat, jak pan zezwoli, dzieci do szkół wypuszcza. Drogą idzie się w pole, do kościoła, do karczmy, wreszcie drogą wiozą na cmentarz. I każdy może z niej korzystać: dzieci, baby, wyrostki, krowy, gęsi, nawet pies powsinoga z rzepem u ogona – jeśli takowy jeszcze posiada.
Na pole, do kościoła i na jarmark powinny wieść wszystkie drogi tego świata. Każdy znałby swoje miejsce na świecie. Nikt by wtedy nie błądził.
Święta Regina jesień zaczyna. Powtarzane niegdyś przez ojca przysłowie nagle pojawiło się w jego głowie. Czas zalotów, swatów, w końcu czas wesel. Pogasły wczoraj świece na ołtarzu w trakcie zaślubin. Na śmierć to? Tacy młodzi! Jasnowłosa córka Żórków nie ma jeszcze szesnastu wiosen. Jasiek Grzyb ledwie osiemnasty rok skończył. Jakże tak? Cały kościółek nabity ludźmi po brzegi struchlał, wstrzymał oddech, księdzu na chwilę jakby słów zabrakło. Zjedli kostkę cukru po wyjściu z kaplicy na słodkie życie. Co z tego, że słodkie, kiedy wróżba wskazała krótkie? Jaki to wiatr na mszę zawitał i płomyki podusił? Jak na stypę siadali wszyscy wczoraj do stołów. Ale i padali potem pod stoły jak na dobrym weselisku. Bo dobre jednak było to weselisko. Gorzałka, matka pocieszycielka, przegoniła precz frasunek. Ale i też rozum. A dzisiaj łeb pęka!
Pali to oko na niebiesiech, a świat zda się plecy stare do grzania nadstawia. Nieruchawy dziś ten świat, jakby czekał na coś. Nie, świat na nic nie czeka, świat jest obojętny. On po prostu jest i tyle.
Smali ono słońce tak, że aż dym zdaje się czuć w powietrzu. Cichuśko. Ptaszkowie zacichli. Czy też to harmider taki, że świata bożego nie słychać? Gdybyż tak głowa była wódką nie sterana, usłyszałby może Wojtek coś więcej. Poznałby znaczenie ciszy nagłej, co aż dudni od zdarzeń gwałtownych, które jeszcze nie nadeszły, ale już się kształtują, czekają na granicy między niebytem a rzeczywistością.
Droga, zdaje się Wojtkowi, drży. Czuje to pod bosymi stopami. Dudni jakby tysiącem ludzkich kroków i tysiącem końskich kopyt. Ale ile to jest tysiąc? Kto by to wiedział, zliczył? Na pewno nie Wojtek. Głucho dźwięczy sucha ziemia, jakby bęben wyrósł w środku chłopskiej głowy i jął twardo i zapamiętale wybijać rytm: Bum! Bum! Bam!
– Ach! Przestań że! - krzyczy Wojtek w błękitne obojętne niebo i wszystko naraz się kończy. Dźwięki, ziemia, powietrze, słońce, wreszcie droga się kurczy i zwija w niebyt.


*

– Strasznie to słońce pali, panie wachmistrzu – powiedział, mrużąc blado niebieskie oczy, Anatol Sorokin starszy szeregowy Dwunastego Dragońskiego Starodubowskiego Pułku wchodzącego w skład Dwunastej Dywizji Kawalerii Armii Imperium Rosyjskiego. - Chłopów będziemy mordować... -dodał, już bez związku z pogodą.
– A tobie co za różnica, chłop czy jaśniepan? - odrzekł zapytany i zamknął zwrócone w stronę słońca oczy.
– Jeszcześmy niedawno turków rżnęli, a teraz... Przecież to nie wojsko. Rzymskiego wprawdzie oni wyznania, ale jednak Słowianie.
– Pierwszy raz niewinnych będziesz rżnął? - Wachmistrz Iwan Lebiediew niechętnie odwrócił starą poznaczoną bliznami twarz od słońca i skierował spojrzenie swoich szarych, zmęczonych oczu na wielkiego jak góra żołnierza. - Sumienie w tobie na stare lata się obudziło?
– Który raz to już będzie, to ja nie zliczę, bo i po prawdzie za bardzo rachować nie umiem. Ale ja z chłopów do armii wzięty.
– Jak my wszyscy.
– Tylko ja już nie pomnę, jak mój dom rodzinny wygląda i czy on jeszcze jest. Za każdym razem, gdy stoimy pod taką wsią, myśl mnie jednaka nachodzi, że może w tym samym czasie takie wilki jak my, gdzieś tam na popiołach mojej rodzinnej chałupy do księżyca wyją.
Lebiediew zmierzył wzrokiem od stóp do głów podkomendnego. Zadarł wysoko głowę i nawijając wymownie siwy wąs na powykrzywiany niegdyś od mrozu palec, rzekł:
– Słuchaj, Sorokin, za takie gadanie szyję pod topór położysz!
– Wesele wczoraj tam było...
– No to dzisiaj będzie pogrzeb!
– Na poprawiny bym wolał, nie jako grabarz. - Sorokin przestąpił z nogi na nogę. - Jeszcze ten rozkaz pokrętny. Jakże tak dzieci po wioskach wyłapywać? Sieroty. Dziewczynki. Na śmierć, czy jeszcze gorzej? Na zepsucie?! Tfu! Hospod' Boh nas skarze. Matier Boża twarz od nas odwróci.
Lebiediew, gdyby nie pokaźne ubytki w jamie ustnej wynikłe z licznych w czasach młodości bijatyk i złego wojskowego żywienia, jął by pewnie donośnie zgrzytać zębami, ale że takowych posiadał niewiele, zacisnął na chwilę szczęki. Zaraz potem wycedził, patrząc głęboko w szczere oczy podkomendnego:
– Boga się boisz? Czyjego? Ich czy naszego? Matier Boża Kazańska mocniejsza od, Częstochowskiej!
– Bóg jest jeden! Ten sam ich i nasz. I Matier Bożaja jedna! - odrzekł hardo Sorokin.
– O, widzieliście go?! Teolog frontowy! Jeden, ale akurat tych tutaj dzisiaj nie lubi. A w ogóle, to zawrzyjcie gębę, starszy szeregowy. Ty mnie tu Matką Boską sumienia, jak cierniowym kolcem, nie bodź. - Dowódca skierował palec w pierś Anatola Sorokina i tknął go mocno w jej środek. Jakaś łza, czy może raczej kropla wilgoci - przecież starym żołnierzom dawno już obeschły wszystkie łzy tego świata – zebrała mu się w kąciku oka.
– O czym my mówimy? Weź się w garść, Anatol. Ten jeden raz. - I tknął go po raz wtóry krzywym palcem w szeroką pierś, jakby chciał w nim serce, a wraz z nim czucie świata zatrzymać. - I jeszcze następny, jak przyjdzie taka powinność.
Sorokin nic nie odrzekł. Stał tak tylko jak pomnik niemocy, kukła do tykania, symbol bezsiły.
– Siadaj na koń, druhu. Pojedziemy w obcy kraj... Dobra droga biegnie przez tą wieś. Jakby w sam raz dla naszych koni. - Lebiediew uniósł w górę wyprostowaną rękę. Po chwili pięćdziesiąt par oczu pochowanych w zakamarkach bukowego młodnika skupiło się na krótkich gestach dowódcy. Pięćdziesiąt szabel zaszurało w pochwach, pięćdziesiąt końskich grzbietów przyjęło na się jeźdźc. Tylko kilka koni zachrapało. Chwilę później rozległ się długi, donośny gwizd i spośród szarych, smukłych pni wychynęła śmierć.


*

Drzewa. Tu i ówdzie buki, samotny dąb i rzadki jawor pobieliły się przędzą babiego lata. Zadumane, nieruchome i nieme, jak smutne panny w potarganych welonach, z wielkimi oczami, w których zebrały się łzy całego świata. Ciemnozielony bluszcz oplata im łydki, mocno, z czułością, a dereń i dziki bez czarny sypią im pod stopy dojrzałe owoce. Ciemno wszędzie.
Woda w leśnym jeziorku jest nieporuszoną taflą mroku, przywodzi mi na myśl wyjęte z ram i rzucone na leśną polanę zwierciadło czarnoksiężnika. Nieopodal, na prawym brzegu, słońce rozmywa gęsty cień, żółci się w kwiatach nawłoci i gdzieniegdzie rozbłyska złotem w płatkach jastrzębca.
Jest mi osobliwie zimno.
Dojrzewa żurawina, opadają z leszczyn pyszne orzechy, gniją w ściółce jagody borówki czernicy, wybujały gromadnie opieńki na gałęziach, pniach i korzeniach. Nigdzie nie dostrzegam tropów leśnych zwierząt. Nawet owady zagrzebały się gdzieś głęboko w ściółce. Tylko ślady ludzi. Głucho wszędzie.
Albireo chrapie i podnosi łeb, strzyże uszami, jej grzbiet staje się wklęsły. Jest gotowa do ucieczki. Prowadzę ją do przodu, kieruję jej nos do góry i wewnątrz. Kara klacz krzyżuje tylne nogi. Stoimy. Luzuję lewą wodzę.
– Spokojnie, maleńka – mówię jej do ucha i klepię delikatnie po szyi. - Ja się nie boję, a taka duża i groźna dziewczyna jak ty, tym bardziej bać się nie powinna.
Chwilę trwa, nim udaje mi się ją trochę uspokoić. Zsiadam i przywiązuję zwierzę do uschniętego pniaka.
– Skoro nie chcesz napić się wody, to zaczekaj tu grzecznie ślicznotko, poskub trawkę, a ja się chwilę rozejrzę.
Nieopodal, kilka kroków od brzegu wody, czernią się płaskie i rozmyte przez deszcz dwa kręgi po wygasłych ogniskach. Żadnych niedopalonych gałęzi. W odciśniętych w darni śladach kopyt, kół i ciężkich, podkutych butów stoi jeszcze woda. Dwa wozy, każdy zaprzęgnięty w cztery ciężkie, zimnokrwiste konie. Dziesięciu ludzi w siodłach. Podążam za nimi już od dziesięciu dni i nigdy nie byłem jeszcze tak blisko! Nie jadą głównymi drogami w obawie przed wojskiem. Wykorzystują głównie leśne dukty i drogi, którymi chadzają tylko zbóje i wszelkiej maści przemytnicy.
Podnoszę z ziemi na wpół ogryzioną kość jagnięcia i odgryzam kawałek upieczonego na ognisku mięsa. Byli tutaj wczoraj wieczorem. Dla pewności biorę w dłoń w wygasły popiół, a potem rozcieram w palcach końskie łajno. Zbierali się w pośpiechu. Nie dokończyli wieczerzy. Dziwne, że tych kości nie ogryźli jeszcze leśni padlinożercy.
Ślady stóp, tam gdzie stały wozy, przyprawiają mnie o szybsze bicie serca. Dzieci! Niewiele z tego odczytam. Wszystko jest zadeptane i rozmyte przez deszcz. Idę dalej kilka kroków poza obozowisko. Gdzieś tutaj musieli wyprowadzać je za potrzebą. Chodzę wśród krzewów leszczyny i wybujałej zgniłozielonej paproci. Rozglądam się jakiś czas. Z wozu wyszło przynajmniej kilkanaścioro. Przynajmniej połowa z nich choruje.
Klacz znowu zachowuje się niespokojnie. Wołam ją po imieniu i wracam na miejsce obozowiska. Na brzegu, w rozmokłej, gliniastej ziemi widzę odbicia stóp. Innych niż reszta, dużych i bosych. Może ktoś chciał ochłodzić nogi w wodzie? Nic w tym nadzwyczajnego, jednak...
– Osobliwe! - mówię na głos, a brzmię chropawo i niepewnie w tej przejmującej głuszy.
Wygląda to tak, jakby ktoś wyszedł z wody, nie wchodząc do niej wcześniej. Hmm. Tam do licha! Nie ważne.
Kieruję wzrok na staw. Jest jak niczym nie zmącona tafla ciemnego szkła. Wiatr ustał zupełnie. Nie uganiają się tu okonie za wodną drobnicą, nie gniazdują tu kaczki, ni perkozy, nie ma tu żadnej szuwarowej skrzydlatej braci. Staję nad samym brzegiem i zaglądam w ciemną toń. Niepokojące. Stroma wodna grań i bezdenna, jakby martwa otchłań. Jest w tym jakaś dojmująca samotność.
Gapię się już jakieś dwa pacierze i nie mogę oderwać od niej oczu. No przecież mogę! Nie nie mogę... Dziwne, ale wywołuje to we mnie uśmiech. Mam wrażenie, że ta głębia mnie zauważyła. Że patrzy we mnie, że coś z niej wychodzi. Krzyk utopiony w wodzie, zastygły i niemy. Niemożność. Śmierć i niewola duszy. I coś jeszcze, ale tego nie potrafię nazwać. Wrażenia nagłe i głębokie, przelatują mi przez głowę. Skąd to wszystko, z taką siłą? Dlaczego jeszcze tu stoję?
Gdzieś w oddali drozd śpiewak krótko i ostro woła: „chook”, „chook”. Ostrzega tylko raz i milknie. Teraz uświadamiam sobie, jak przejmująca jest ta cisza! Jakby wszystko wkoło czekało na coś, na kogoś w strachu i napięciu.
Bańka powietrza unosi się gdzieś z dalekiego dna i pełna napięcia zmierza ku powierzchni. Za nią płynie druga i trzecia. Czuję na policzkach, jak się budzi wiatr, delikatny i zimny. Z ciemnej szmaragdowej głębiny sunie ku niebu wielki pęcherz powietrza. Jakby ktoś na dnie odwalił grobowy kamień. Coś poruszyło się w głębinach. Strach! Co to będzie?
Chciałbym iść, biec, uciec stąd jak najprędzej. Lecz nie ma woli w mych nogach. Nie ma woli w mych rękach. To jest leże drapieżnika! Wodnik!
– Nie ma tu już wodnika! - Obcy, nieludzki głos rozlega się w mej głowie. Lepkie jak szlam słowa gną mi kolana. - Pożarłem go w jego legowisssku.
Sopel lodu wbił mi się w mózg.
– Witaj, sssłodki. Jakie to było proste, nawiązać z tobą kontakt. Zdumiewające, jak bardzo jesteś otwarty na świat, ten drugi, ukryty.
Czuję go w głowie.
– Wchodzę w ludzki mózg jak pleśń na kromkę chleba. Dotknę choćby trochę, a już jest tylko dla mnie. - Mam wrażenie, że uśmiecha się, gdzieś tam w brudnozielonej toni, jak wilk z baśni nad jagnięciem.
Albireo szaleje za moimi plecami. Rży przeraźliwie i wali kopytami w ziemię. Głuche, histeryczne dudnienie końskich kopyt jest jedynym fizycznym dźwiękiem, jaki tu słychać. Słyszę trzask pękających rzemieni. Uciekła!
– Czuję szybkie bicie twego ssserca – odzywa się znowu. -Myśli już mkną ci przez głowę, jak stado oszalałych koni. Może zwariujesz, nim odgryzę ci głowę, a wcześniej spojrzę w oczy? Bo widzisz, karmię się też strachem. Najbardziej jednak lubię wypijać ludzi do ostatniej kropli krwi. Głód mnie trawi nieustannie.
Miecz na moich plecach ciąży obietnicą wolności. Tylko w rękę brać! Jakaż niemoc! Jakiż niefart. Tutaj wszystko skończy? A moje dziecko?!
– Gniew! Przyznam, że to przyjemna odmiana – syczy mi we łbie. - To uczucie też dobrze sssmakuje... - Złość? Złość jest zabawna.
– Sięgnij głębiej.
– Nie przeceniaj się – odpowiada. - I myślisz, że co tam znajdę? Czarne, zatrute myśli, albo może twoje drugie, szczerzące zęby, złe ja? Nic z tego.
– Kim, czym jesteś?
– Strachem, głodem, morowym powietrzem, nędzą ludzką. - Czarny cień wielkości dorosłego człowieka jest tuż pod powierzchnią. - Jestem wszystkim. Zepsutą krwią w żyłach, mikrobem dżumy, nienasyceniem. Znam wszystkie składowe mego jestestwa, lecz nie zastanawia mnie moja natura. Jestem, bo jestem. To wszystko.
Wynurzył się z cichym pluskiem i zawisł w powietrzu dwie stopy na lustrem jeziora. Woda obficie cieknie mu z czarnej kapoty i z czarnych, mocno przykrótkich spodni. Spływa po dużych, bladych ludzkich stopach jak z wyżymanej, stęchłej szmaty. Sunie ku mnie powoli. Palce jego dłoni są długie i smukłe, a paznokcie połamane i brudne. Podnoszę wzrok i widzę oblicze człowieka bez kropli krwi pod białą skórą. Trup! Oczy ma szkliste, ciemnobrązowe i bardzo świadome. Czarne łzy żłobią mu policzki.
Umrę na kolanach? Jestem symbolem bezsiły. Czuję, jak gniew ustępuje panice.
– Na próżno cały twój wysiłek.
Uśmiecha się. Zęby! Jakież on ma zęby!
– Kiedy już do cna ogryzę z mięsa twoje kości i ssskosztuję twego szpiku, z twoich gnatów zrobię czarci flet dla leśnych wiedźm.
Pochyla się nade mną, a jego oddech jest jak otwarta trumna.
Nie dam rady. Przepraszam, córeczko!
Krzyczę bezgłośnie nie do tego czegoś, a do leśnej gęstwiny, do pomazanego błękitem nieba, do świata, który gdzieś ucieka, który przestał się mną interesować. Widać, uznał, że wszystko, co miałem mu do zaoferowania, już mu dałem.
Czy można rozpoznać i nazwać dźwięk w ćwierć sekundy? Czy można odzyskać nadzieję, gwałtownie, nim ziarnko czasu odmierzy się w klepsydrze?
Strzała uderza go prosto w pierś! Mocno. Szarpie nim. Gwałtownie obraca się wokół własnej osi rozpryskując setki kropel wody. Jego bezwładne już ręce przywodzą na myśl skrzydła wiatraka. Widzę w jego oczach zdziwienie, a po chwili jakby zrozumienie. Patrzy na mnie i mówi:
Ty! Ty jesteś...
Niemoc, która trzymała mnie w garści, pęka jak napięty powróz. Miecz wychodzi z pochwy szybko. Bardzo szybko! Gniew kieruje moim ramieniem, jestem furią i uwolnionym krzykiem! Jego łeb spada do wody pierwszy, a potem jak rzucony do stawu bezgłowy strach na wróble, korpus. Martwa woda bezgłośnie zamyka się nad nim.
Padam na plecy i nie interesuje mnie, w tej ciężkiej jak ołów chwili, kto wyjdzie zza drzew. Drżą mi ręce, a nogi głucho i spazmatycznie uderzają o mokrą darń. Po kilku niespokojnych uderzeniach serca odzyskuję jednak kontrolę nad ciałem. Krew pociekła mi z nosa.
Kroki są miękkie, prawie bezszelestne. Za to głos dźwięczny i donośny:
Boże w niebiesiech i wszyscy święci! Czy to naprawdę koniec? I po co to wszystko? Kto mi to wytłumaczy? Tyle śmierci.
Stoi odwrócona do mnie plecami i patrzy na wygładzającą się na powrót powierzchnię wody. Kręci głową. Unosi dłoń do czoła i czyni znak krzyża. Odwraca się.
Można by rzec: Jakie ładne zestawienie kolorów. Sięgające ramion włosy mają barwę jesiennych kasztanów. W ich załomach... Czy to okruchy bursztynu, czy może tlące się niemrawo płomyki zachodzącego słońca? Oczy ma zielone, duże. Błyszczy w nich smutek i znużenie. Ładne, pełne usta wyginają się w coś, na kształt uśmiechu. W obu dłoniach ściska łuk. Rzekłbyś: Artemida. Piękna i śmiertelnie groźna. Nieskutecznie próbuje zdmuchnąć przylepiony do piegowatego nosa przepocony kosmyk włosów i mówi:
Nigdy nie widziałam, by ktoś tak szybko dobył miecza.
Nie wybrzmiała jeszcze na dobre chwila, w której uratowała mi życie, a pierwsze słowa, które do niej kieruję, są kłamstwem. Drobnym, liczonym na dobry efekt, ale jednak kłamstwem:
Nie znam drugiego łucznika, który byłby zdolny oddać taki strzał. Uratowałaś mi życie – dodaję już jak najbardziej szczerze. - Sercem dziękuję, dobrodziejko.
Patrzy mi w oczy, wydyma kpiąco dolną wargę. Malinową, dojrzałą i kształtną. Czyż nie jest to osobliwe, że w takich chwilach, gdzie jeszcze przed momentem śmierć za poły płaszcza mogłeś uchwycić, słodki smak konfitur czujesz na języku?
Jednak coś mi nie wyszło.
Ejże! Nie mów do mnie jak do starej ciotki, dobrodzieju. Będziesz tak leżał, jak zewłok jakiś, czy się podniesiesz? Nie nawykłam rozmawiać z ludźmi z takiej perspektywy.
Chwila jest wyjątkowa, okoliczności niecodzienne, tylko słowa odpowiednie do sytuacji jakoś nie cisną mi się na język. Kieruję wzrok na sunące smętnie hen wysoko chmury poznaczone gdzieniegdzie plamami fioletu. Myśli moje zatrzymują się jeszcze na chwilę na strasznej postaci, która wyszła z wody. Kogoś we mnie rozpoznał? Ale jak? Gapię się w niebo i milczę jeszcze czas jakiś, ale nie za długo, by nie wyjść na gbura.
Proszę o chwilę oddechu, panienko. A może pani?
Ciszę mam za odpowiedź.
Miesiąc nie minął, a już drugi raz staję w obliczu śmierci gwałtownej, boleśnie nieuchronnej. Trudno to znieść ot tak.
Przez ostatnie tygodnie codziennie patrzę śmierci w oczy. - Wzrusza ramionami. - Jakoś to znoszę i nie gadam, co tylko ślina na język mi przyniesie.
Dźwigam się na nogi. Ocieram dłonią krew z ust i brody, ale chyba z marnym efektem, bo zbliża się i podaje mi bez słowa wygniecioną chustkę.
Jeszcze pod nosem, po lewej – instruuje. - Zachowaj ją sobie na pamiątkę. Są tam moje inicjały. Może wspomnisz o mnie, gdy kiedyś serce mocniej ci zabije, dziewczyna odejdzie z innym i na smarki cię zbierze. - Szczerzy w uśmiechu białe ząbki.
– Co ci się stało w twarz?
– Spotkałem diabła.
– O! Zstąpiłeś do piekieł? - Jej brwi wędrują do góry, a kpiąca iskierka zapala się na chwilę w szmaragdowych źrenicach.
– Nie. Byłem w domu, kiedy po mnie przyszedł.
– I co?
– Zabiłem go.
– Więc jesteś panem w swoim domu - mówi to z jakąś dziwną zadumą i już bez kpiny.
Chcę jej odpowiedzieć, że nie jestem już panem niczego. Ale po co?
– Dziwny jakiś jesteś. - Wyciąga ku mnie brudną, podrapaną dłoń i dotyka świeżej blizny na policzku. Przyjemny dreszcz sprawia, że otwieram lekko usta i głębiej wciągam powietrze. Reaguje delikatnym rozbawieniem.
– Dam ci maść własnej receptury. Skuteczną. Źle goi się ta rana.
Wkłada palce w moje włosy. Jej nozdrza delikatnie się rozchylają.
– Długo jesteś w podróży.
Gryzę się w język. Wszak kilka pacierzy temu uratowała mi życie.
– W twoich stronach kobiety nigdy pierwsze nie nawiązują rozmowy, a ni tym bardziej pierwsze nie dotykają mężczyzn? Nieobyczajne to jest, prawda?- pyta i cofa szybko rękę.
– Słabo znam zwyczaje moich stron.
– Przepraszam. - Opuszcza wzrok. Rzęsy ma długie i ładnie wygięte ku górze. - Tak bardzo chciałam spotkać drugiego człowieka, a jak już go spotkałam, to wariuję.
Wyciągam więc dłoń na powitanie, ja, „drugi człowiek”, na tym bezludziu.
– Chyba żartujesz? – mówi z uśmiechem, w którym nie ma już żadnej złośliwości. - Grzebałeś ręką w końskim - wybacz mi nieprzystojne słowo - gównie!
– Rzeczywiście. Zapomniałem o tym.
Szkoda, że słońce jeszcze nie zaszło, bo chyba twarz mi pąsowieje.
– Nie dziwię się. Zapomniałeś tutaj, nad tą wodą, chyba o całym świecie.
– Nie, nie o całym.
– A kto, wybacz śmiałość, nawiedził twoje myśli w ostatniej życia godzinie?
– Córka.
Zielone iskierki na powrót zapalają się w jej oczach.
– Ci ludzie. – Omiata spojrzeniem wygasłe ogniska. - Podążasz ich tropem?
– Tak.
– Kwadratowe draby. Na pierwszy rzut oka widać, że żyją z ludzkiej krzywdy. Nie chciałabym spotkać ich oko w oko.
– Też mi się to nie uśmiecha.
– Po pierwszym spojrzeniu powiesz: „Kupcy”. Ale po chwili już widzisz, że rdzawy nóż mają za monetę. Ale wiedz, że nie czystej krwi to wilcy, a raczej zdziczałe kundle. I towar, który wieźli... - Kręci głową. - Czy ona tam jest?
– Nie wiem. Ale nie mam też innego punktu zaczepienia, a coś przecież muszę robić, by nie zwariować. Co widziałaś? - Niecierpliwość jest w moim pytaniu.
– Kilka dni już siedzę w tym lesie i obserwuję to jezioro. Przyjechali wczoraj pod wieczór. Dziesięciu mężczyzn uzbrojonych po zęby na tęgich żołnierskich koniach i dwa wielkie wozy na żelaznych kołach. Dzieci były skute dwójkami. W różnym wieku. Każda para krótkim łańcuchem z kajdanami zapiętymi u stóp. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.- Znowu kręci głową, głęboko nabiera powietrza. - Dzieci w kajdanach! To jest coś takiego, co zabiera oddech. Jakby wszystkie ptaki spadły z nieba. Jakby słońce zgasło i kwiaty umarły. - Przerywa na chwilę. Łzy napływają jej do oczu. - Gdy to wspominam, jest we mnie tyle emocji, tyle smutku. Wyprowadzali je tylko na chwilę, potem na powrót zamykali w wozach.
Chłonę jej każde skąpe słowo i po chwili zaczynam mówić szybko, niecierpliwie:
– Ma na imię Marysia i ma już przeszło sześć wiosen. Nie wiem w co była ubrana. Jest drobna. Włosy ma czarne, lekko kręcone - to po matce - teraz zapewne sięgają jej do ramion. Tak mocno kontrastują z bladą cerą. Oczy ma koloru polnych chabrów. A kiedy jest...
– Nawet gdybym chciała, nie mogłabym dostrzec koloru oczu! – Przerywa mi i jestem o to zły. - Przykro mi, ale niewiele widziałam. Był wieczór, słońce już zaszło, a las był już tylko plamą czerni i szarości. Nie powiem ci, że ktoś taki tam był, ale nie powiem też, że go tam nie było. Miałam inne cele. Czego innego wypatrywałam.
Dostrzega zawód w moich oczach i pyta:
– Czy mnie rozumiesz?
– Rozumiem – odpowiadam głucho.
Chwilę milczy, po czym opowiada:
– Najpierw konie nie chciały podejść pod tą bezdeń, gdy chcieli je napoić. Nie piły wody przyniesionej w wiadrach, wariowały i rwały uprzęże. Ogniska płonęły mocno, szybko, świeciły nienaturalnym blaskiem. Wiedzieli, że coś złego jest w tym miejscu, lecz jednak tu zostali. Aż ten tu, przeklętnik, nie wyszedł z wody i podszedł do ogniska. Nie zwrócili na niego uwagi, wyobraź sobie, aż do momentu, kiedy nie uniósł jednego z nich wysoko w powietrze, tak gdzieś na dwóch chłopa. Zawirował i chlup! Na powrót do wody. Co tu się działo! Zbóje, łotry spod ciemnej gwiazdy, a darli się jak baby na targu. Nawet nie dochodzili specjalnie, co się z tamtym stało. Widać taka ich bandycka solidarność. Tfu! Na koń, na wozy i pognali hen, w gęstą noc. To wszystko.
– To wszystko – powtarzam cicho w zamyśleniu.
Mielę to, co usłyszałem jeszcze raz w głowie i zmieniam temat rozmowy:
– Koń mi uciekł.
– Nie uciekł. Nie troskaj się. Pasie się niedaleko z moją zmyślną Bestyjką.
– Dzięki Bogu! Nie uśmiechała mi się perspektywa podróży na piechotę. Zwłaszcza przez ten las. Zbyt wiele niezbędnych do przeżycia rzeczy mam przy siodle.
– Chodźmy zatem do koni – rzuca. - To niedaleko stąd. Dość mam już tego przeklętego miejsca. Głodna jestem!
– Kupiłem wczoraj chleb - odpowiadam. - Mam gotowane jajka, suszone mięso, a i ledwie napoczęta kwarta węgierskiego wina - jeśli panna reflektuje - się znajdzie.
– Można by rzec: „Stoliczku nakryj się!” Zastawiłam pułapkę na ryby w strumieniu tuż obok. Mam czosnek, suszony koperek, pietruszkę i jeszcze trochę soli. Jeśli się nam poszczęści, to zapowiada się syta kolacja. Kto wie, czy aby nie romantyczna?
Nie odpowiadam. Niby uśmiech gości na chwilkę na moim obliczu. Pewnie już zdążyła pomyśleć, że ze mnie ośli łeb, patafian i niezgrabiasz w jednym.


*

– Więc jak cię zwą, nieznajomy? Ktoś ty taki?- pyta z tym samym kpiącym uśmieszkiem, a blask rozpalonego naprędce ogniska, na którym pieką się nadziane na patyki pstrągi, goni po jej buzi figlarne cienie. Nie wiem, kto komu sytość barw kradnie, włosy płomieniom, czy ogień włosom? Albireo i Bestyjka pochrapują nieopodal sennie z właściwym swojej rasie wdziękiem, a wysoko w ciemnej plątaninie gałęzi niemrawo pohukuje puszczyk.
– Nazywam się Hubert – mówię wolno, z przesadnym chyba rozmysłem. - Nazwisko moje...Nie chcę wyjść na grubianina, ale znać je nie jest chyba bezpiecznie. Widzisz, (Ile mogę jej powiedzieć, by ta wiedza kiedyś, nie daj Bóg, jej nie zabiła?), nie tylko ja kogoś szukam, ale i mnie szukają. Najprawdopodobniej na szlak, którym podążam, weszli pewni ludzie. A weszli nań, idąc moim tropem. Nie jestem wywołańcem, zbójem, czy jakimś tam rzezimieszkiem. Nikogo nie zamordowałem, ani nie ograbiłem, jeśli miałoby cię to choć trochę uspokoić. Jestem świadkiem – tak, to dobre słowo – i niedoszłym narzędziem...
– I żeby ocalić skórę przed tęgim garbowaniem – przerywa mi, grzebiąc kijem w ognisku – lepiej nie mieć nawet świadomości, kogo się spotkało. - Wiedzie wzrokiem za ulatującymi w granatowe niebo iskrami. - Podpaliłam gwiazdy – szepcze pod nosem.
Są jeszcze jednak na świecie ludzie, którzy potrafią sprawić, że rad bym chwycić się pod boki i śmiać w głos. Uśmiecham się jednak tylko półgębkiem, nie dla moich uszu przecież były te słowa, i mówię:
– Dobrze zgadujesz. Lepiej, by diabeł nie wiedział, że istniejemy i nie miał nawet najmniejszego powodu do zainteresowania naszą osobą. Zwłaszcza, że ten akurat bies potrafi zadawać naprawdę bolesne pytania.
– Jak wolisz, Hubercie, jakiś tam. - Ledwie skrywany chłód jest w tych słowach. Szkoda. - Uszanuję to, choć wiedz, że nieswojo jest siedzieć młodej dziewczynie nocną porą przy ognisku z nieznajomym, który wygląda jak, nie przymierzając, nielichy hałaburda. Oblicze masz, owszem, przystojne. Nie z chłopskiej chaty, zgaduję, na świat wyszli ojciec twój i matka. To jak mówisz, choć już zdążyłeś niezgrabnie trzepnąć razy kilka językiem, i to jak się poruszasz... - Nie kończy, zamyśla się chwilę, rzuca jakiś oplątany zielskiem badyl do ogniska. Gęsty dym oplata mi twarz, odbiera na chwilę oddech, po czym odpływa w mrok. Co to było?
– Byłoby mi łatwiej – podejmuje wątek na nowo - gdybyś zmyślił jakąś uspokajającą, miłą historię, nawet taką dla głupiutkich panien, ale cóż jeśli brak ci wyobraźni i dowcipu...
– Wyobraźni mi nie brak – teraz to ja przerywam. - Na dowcipie, w istocie, ostatnimi czasy mi zbywa. Nie jest jednak moim zamiarem obrażanie inteligencji, osoby której zawdzięczam życie, historią o szlachetnych nieznajomych żywcem wyjętych z kart francuskich romansów.
– Jak chcesz. Choć wiedz, że lubię francuskie romanse – odpowiada i znowu rzuca w ogień jakieś, tym razem bardzo aromatyczne, zielsko. - Moja zatem kolej bym się przedstawiła. Nazywam się Dorota Kiss. Uprzedzając twoje pytanie: Próżno w nim szukać angielskiej proweniencji. Nazwisko moje nie wywodzi się od żadnego znamienitego dumnego syna Albionu, który przypłynął tu z wysp w przeszłych wiekach. Mój pradziad przybył do tego pięknego zakątka z Kecskemét, to miasto położone gdzieś między Budapesztem a Segedynem. Uczestniczył we wszystkich trzech kampaniach króla Bathorego w Rosji, bo to właśnie za nim przywędrował z Węgier do Polski. Pod murami Pskowa stracił prawą dłoń i ochotę do wojaczki. Osiadł niedaleko stąd. Fortuna wynagrodziła mu wcześniejsze niedole dobrze prosperującym gospodarstwem. Dwór, który wybudował pod koniec swego życia, a przez miejscowych zwany Zieloną Górką, stoi do dzisiaj. I to jest mój dom.
Nie zadaję pytań. To ma mi wystarczyć. Zdejmuję ryby z ognia i pozbawiam ości. Mamy nawet cynowe talerze. Dwa upieczone na rumiano pstrągi podaję Dorocie, jeden biorę dla siebie. Kiwa głową i kładzie kawałek parującego fileta na kromce chleba i wbija weń zęby.
– Dobre! Lubię z czosnkiem.
– Dobre – potwierdzam i nalewam jej wina do drewnianego kubka.
Przygląda mi się dłuższą chwilę bez słowa, sączy wino, gapi się, a ja zaczynam czuć się tak, jakbym usiadł na sosnowej szyszce. Wreszcie ociera chustką usta, cmoka i mówi:
– Masz jeszcze całkiem młodą twarz Hubercie, ale twoje włosy są takie... siwe.
– Mówiłem ci. Spotkałem diabła.
– A teraz jesteś w piekle, prawda? - Patrzy mi prosto w oczy i dopiero teraz w pełni dostrzegam, na jej pięknym obliczu wielkie zmęczenie. - Czym jest piekło? - pyta.
– Pustką. Brakiem najbliższych. Dojmującym osamotnieniem.
– A czy Bóg tam jest, u progu tej pustki? Czy nawiedza twoje myśli i daje pocieszenie?
– Jego obecności akurat nigdy nie doświadczyłem, więc nie wiem, jak to jest.
– Och! Nie wiedziałam, że można tak myśleć, mówić. - Jest szczerze zaskoczona. - To znaczy wiedziałam, słyszałam nawet, tylko że... - Kręci głową i podnosi wymownie pusty kubek. - Po raz pierwszy spotykam kogoś, kto nie boi się wypowiadać na głos takich myśli. W miastach tak gadają. Gadają filozofowie, profesorowie, magistrzy, żacy na tajnych pogaduchach wśród zaufanego audytorium. Pewnie i księgi zakazane wertują, takie których jeszcze nie spalono, a które tak czy inaczej skończą kiedyś w płomieniach. Ukradkiem, pokątnie na uniwersytetach, w wynajętych mieszczańskich domach, w knajpie w najdalszym kącie, gdzie nie usłyszy cię szpicel Inkwizycji, albo karczmarz gaduła. Wiesz, co? Chciałabym do miasta! Kiedyś byłam. Lecz ojciec zabrał mnie z uczelni zaraz po śmierci matki. Nie dozwolił ukończyć nauki. Chciał mieć mnie przy sobie, bo świat mu się zawalił. A że mój przy tym roztrzaskał w drobny mak - nic to. Po co babie szkoła? - Wzdycha i upija łyk wina. Po chwili milczenia mówi:
– To, że brak nam harmonii i zwykłej szczęśliwości, nie oznacza, że Bóg jest nieobecny w naszym życiu, albo że jest to dowodem na Jego nieobecność w ogóle. Może nie umiesz Go rozpoznać?
– Nie wiem. Może – odpowiadam z lekką irytacją. - Nie jestem w tej chwili gotowy na tego rodzaju dysputę. Inne myśli kłębią mi się teraz w głowie. Wybacz, ale jest we mnie wielka niecierpliwość. Powinienem być w drodze. Siedzę przy ogniu, piję wino i oddaję się rozmowom, między innymi na temat boskiej obecności w świecie, gdy tymczasem moje dziecko potrzebuje pomocy. Cudem uwolniłem się spod władzy demona (Teraz trochę zełgam. Hmm, ale czy aby na pewno?), a nie mogę uwolnić się od uroku pięknej dziewczyny.
Ciemność i skromne ognisko nie sprzyjają obserwacji, ale założyłbym się o złotego weneckiego dukata, że nie pozostał jej obojętny komplement i rumieniec ogrzewa w tej chwili jej śliczną buzię. Przesadziłem?
Odpowiada dopiero po dłuższej chwili lekko zachrypniętym głosem:
– Kończąc ledwie zaczęty wątek, myśl sobie co chcesz, ale spod władzy demona wyswobodziła cię siła wyższa, bo tylko ona ma taką moc i nie myśl o tym w kategoriach przypadku. Widać, Pan nasz w niebiesiech ma na ciebie baczenie i nie jesteś, jak twierdzisz, mu obojętny. A co do mej skromnej osoby, to wiedz, że ja uroków nie rzucam, bo to grzech. A jeśliś w istocie pod takowym, to cię z niego zwalniam.
Machnęła nieokreślenie ręką, pstryknęła palcami, ale uwolniony od uroku jakoś się nie poczułem. Trzeba było mi się w język gryźć.
– W twoich słowach jest taka pewność, że nie będę się z tobą siłował na argumenty - mówię. - Zwłaszcza, że o te logiczne, oparte na wysiłku rozumu, w tym przypadku, jest mi naprawdę trudno. Powiedz mi lepiej, bo tu ciekawość mnie trawi, ten tam, – Wskazuję głową na ginącą w ciemnościach ścieżkę do martwej wody – kim był?
– Nie wiem, kim lub czym był – odpowiada. - Wiem tylko, że pojawił się zaraz, jak wybuchła wojna. Urósł na nieszczęściu. W oblężeniu Twierdzy Zamość zginęło wielu ludzi. Podobno użyto tam magii. Jak pewnie wiesz, car jest czarnoksiężnikiem, a jego nowa żona wiedźmą. Rosjanie oblegali miasto przez dwa tygodnie, bezskutecznie. Któregoś dnia pod Zamościem pojawiła się cesarska para. Trzymając się za ręce chodzili pod murami twierdzy i śpiewali. Jakiż to był smutny, wywracający na nice duszę śpiew! Podobno ludzie z rozpaczy rwali sobie włosy z głowy, skakali z murów. Wreszcie otwarli bramy. Co było potem zapewne słyszałeś.
Tak, słyszałem.
Myślę, że ten potwór zrodził się z tego śpiewu magicznego, diabelskiego. Nieopodal była osada Bukowe Sioło. Mieszkali tam bartnicy z rodzinami. Wszystkiego ledwie cztery chałupy. Tam go pierwszy raz ujrzano. Uratowała się tylko jedna rodzina. Zamykali się w chatach, ryglowali drzwi, zabijali gwoździami okiennice, a kiedy wieczorem stawał u progu, otwierali domostwa na oścież. - Zamilkła na chwilę. - A potem przyszedł do nas, do dworu. Dwie niedziele temu. Wiedzieliśmy, co się dzieje, ale nie wiedzieliśmy, jak temu przeciwdziałać. Powinniśmy byli od razu wszyscy uciec. Ludzie wariowali ze strachu. Mężczyźni, oczywiście nie mogli - bo im honor nie pozwalał - zapakować swoich żon, dzieci i dobytku na wozy i uciekać, choćby na czas jakiś. Prawdę powiadają, że jak Bóg chce kogoś pokarać, to mu najpierw rozum odbiera. Pycha kroczy przed upadkiem. Zbroili się, owszem. O, jak oni się zbroili! Wyciągali nieużywane od lat szable, miecze, fuzje. Na myśl mi przyszło, że w końcu powyciągają kutasy z gaci i chwalić się będą, który większy i celniej strzela. A najbardziej przodował w tym mój ojciec. Biedny, głupi tatko. W końcu stracił głowę... - Otarła łzę wierzchem dłoni. - Uciekliśmy, reszta ocalałych, głównie kobiety i dzieci, do pobliskiego kościoła. Stoi pusty, odkąd rosyjscy żołnierze splądrowali plebanię i wywieźli gdzieś księdza. Po dwóch dniach przyszedł za nami. Krążył wieczorami wokół, znikał w lesie, potem wracał. Nigdy nie podszedł zbyt blisko, nie przekroczył kościelnego ogrodzenia. To dało mi do zastanowienia. Dwa dni drogi stąd jest żeński prawosławny monaster. Pomyślałam: No przecież chrześcijański. Tam właśnie się udałam. Sama. Wysłuchały mnie siostry i powiedziały, co mam zrobić. Grot w tej strzale był poświęcony, powleczony srebrem. Musiałam tylko wbić mu ją prosto serce. Nie znam nikogo, kto strzelałby celniej ode mnie. Zresztą pozostałych przy życiu mężczyzn szybko opuścił duch bojowy, więc musiałam to być ja.
Skąd wiedziałaś, jak blisko możesz podejść?
Wystarczyło obserwować zwierzęta, tam gdzie się pojawiały, tam mogłam czuć się bezpiecznie. Stamtąd, znad wody nawet robaki uciekły. Na szczęście był tak zajęty tobą, że mogłam się zbliżyć, na taką odległość, by mieć pewność, że nie chybię. Nieświadomie, ale bardzo mi pomogłeś. Byłeś dobrą przynętą.
Ryzykowałaś do ostatniej chwili moje życie.
Czy ryzykowałam? Nie. Poświęciłam cię. - Wzruszyła lekko ramionami. - Wtedy to było oczywiste. Liczyło się tylko, żeby to coś ustawiło się do pewnego strzału.
Milczenie. W takich chwilach akurat kończy się wino i jest już pusto na talerzu.
Co zrobisz, jak ich już dogonisz? - Zmienia niespodzianie temat.
Jeszcze nie wiem.
Tęgie draby. - Mam wrażenie, że bierze mnie na oko i ocenia moje szanse.
Ale brak im chyba instynktu wilka. Sama mówiłaś...
Nie odpowiada od razu. Przygląda mi się. Omiata wzrokiem od stóp do głowy i mówi ostrożnie, jakby nagle zaczęła się czegoś lękać:
Tak, nie są zabójcami. Każdy z nich utopiłby pewnie swoją babcię w beczce smoły bez większego kołatania serca w piersiach, jeśli byłaby taka potrzeba. Ale żaden z nich przypuszczalnie nie potrafi zabijać tak jak... - urwała.
Jak ja? Nie wiesz tego.
Umiem patrzeć i wyciągać wnioski. Mam się bać?
Nie! Na Boga, dziewczyno, uratowałaś mi życie.
Nie przywołuj co rusz Boga, co do którego istnienia masz wątpliwości. - Strofuje mnie. - Jesteś jakimś asasynem, czy kimś w tym rodzaju? Mam rację?
W złym kierunku zmierza ta rozmowa. Muszę odetchnąć głęboko raz, drugi.
Mówiłem już, nie jestem bandytą. Ale jeśli kiedykolwiek spotkasz człowieka, co do którego profesji będziesz miała podobne skojarzenia, nie mów mu tego. Ani w żaden sposób nie sugeruj, że wiesz kim jest. Dla twego dobra.
W porządku. Przestraszyłeś mnie. - Unosi przed siebie w przepraszającym geście otwarte dłonie. - Musiałam zapytać.
Skoro musiałaś... Chyba czas iść spać – mówię. W istocie, trudna do opanowania senność bierze mnie we władanie. Rozmowa kuleje, pora późna, trzeba odpocząć.
Tak, już czas – przytakuje, podnosi się, prostuje lekko i z gracją, chrupocze cicho jakaś kosteczka, potem zaczyna czegoś szukać w torbach podróżnych. - Dam ci maść, o której wcześniej mówiłam. Szkoda by było, gdyby źle gojąca się rana spaskudziła całkiem przystojną twarz...
Podchodzi do mnie, w dłoni trzyma szklany słoiczek z metalowym zamknięciem, siada blisko. Bardzo blisko.
Dzisiaj ja to zrobię – mówi, patrząc mi w oczy, a moje serce zaczyna mocniej tłuc o żebra. Kto wytrzyma jednego dnia tyle tak skrajnie różnych od siebie oszołomień? - Później będziesz musiał radzić sobie sam.
Bierze na palec gęstą jak miód maść i kładzie mi ją delikatnie na twarzy, w miejscu, gdzie ostry jak brzytwa nóż rozciął mi całkiem niedawno policzek i brodę. Czuję gorzko miętową woń i delikatne mrowienie. Kręci mi się w głowie.
Rozmową nie potrafisz zabawić dziewczyny. - Uśmiecha się kpiąco. Po chwili jej nos dotyka czubka mego nosa. - Ale może choć umiesz oddać pocałunek?
Jej usta przywodzą na myśl dojrzałe wiśnie. Senność natomiast jest ciężka jak ołów i nieustępliwa.


*

Budzi mnie ptasi świergot. Para krągłych rudzików skacze po ziemi na długich, ciemnobrązowych nogach i drze się wniebogłosy. Słońce wzeszło, pora wstawać. Jestem sam i nie jestem tym faktem zdziwiony. Po raz pierwszy od wielu nocy nic mi się nie śniło. Pod koszulą na piersiach odnajduję zapisaną kartkę papieru.
„Sen miałeś zdrowy i głęboki, jak mniemam. To efekt ziół, które spaliłam w ognisku. Może jeszcze specyfiku, który dałam Ci na świeżą bliznę? Maść działa jeszcze na coś innego. Do jej zrobienia użyłam między innymi kwiatu twardokłoska i lubczyku. Imponujący efekt! Nie wiedziałam o takich skutkach ubocznych mego specyfiku. Bo niby skąd ma to wiedzieć porządna dziewczyna? Może w przyszłości zbiję na tym fortunę?
Śpisz już mocno, więc mogę spokojnie odjechać. Dziękuję za towarzystwo, wino i chleb. To dużo w takich czasach i miejscu. Wszak przyszła wojna. Wybacz, że tak Cię zostawiam, ale wzbudzasz we mnie lęk i to jest silniejsze ode mnie. Kiedyś, co bardzo prawdopodobne, mogłabym się do Ciebie przekonać, lecz jeszcze nie dziś. Wilcy Cię raczej nie pożrą, a komary, muchy i inne żarłoczne plugastwo też nie zawita tu tej nocy. Dobre, wonne zioła zostawiam przy Tobie i w ognisku, a także moje życzenie szczęścia.
Niech Cię Pan błogosławi i strzeże, bo rzecz nie do przecenienia masz do wykonania. Kiedy będziesz już wracał, możesz zboczyć z drogi i wstąpić w progi mego domu. Chciałabym bardzo dowiedzieć się, jak kończy się ta historia.
Do widzenia.
D.R.”


*

- Wyciąg z rezedy! Boże wszystkich prowincjonalnych artystów, jak wyjść poza ten zaścianek, kiedy do namalowania słońca mam tylko arzikę? Żeby choć tak jaune de Mars albo jaune de cadmium - marudził głośno Jan z Pyzdrów malarz - w istocie - prowincjonalny, lecz niemałego talentu, jak i równie niemałego przyrodzenia. Jebaka niezrównany w całej tej lichej okolicy! Mogłabym przysiąc. Tylko po co i przed kim?
Mam gęsią skórkę na całym ciele. Z chłodu i podniecenia.
– Dobry byłby też antymonian ołowiu inaczej żółcień neapolitańska, która to farba dobrze kryje. Gdybyście kiedyś mieli takową na podorędziu, pamiętajcie, nie wycierajcie nosa usmarowaną dłonią, jest bardzo trująca! - Ostrzegał Jaś młodych adeptów sztuki malarskiej, mój słodki, niezrównany w miłosnym rzemiośle, ruchacz nad ruchacze.
Mam gęsią skórkę i czuję przyjemne mrowienie w podbrzuszu, to zapowiedź rychłej i miłej pochędóżki. Śmieszą i podniecają mnie zarazem nieprzytomne i pełne pożądania - udające fachową obojętność - spojrzenia przyszłych mistrzów pędzla. Oddałabym w zakład swoją srebrną wężową armillę, że zamiast za malarskie narzędzia, chętnie chwyciliby w swoje nerwowe dłonie, rozsadzające ich płócienne porcięta, nabrzmiałe kuśki. Połowa z nich zapewne nie widziała jeszcze w życiu nagiej dziewczyny. A na pewno takiej krasawicy jak ja! Najpiękniejszą studentką jestem na Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego i szybko nauczyłam się z tego korzystać. Wzdychają do mnie zarówno żacy jak i profesorowie. Świat, a w zasadzie jego męska część, jest u mych stóp.
I po co mówisz o słońcu, mój Jasiu miły, kiedy to blask mych długich złotych włosów rozświetla mrok komnaty? O, popatrz! Rydwan boga Heliosa chowa się już za horyzont. Czas palić świece. Jeszcze odbicie światła mam pod przymkniętymi powiekami, a już pierwsze cienie kładą się na moich młodych piersiach. Złoto łamie się na alabastrowych krągłościach mych ud. „Posilcie mnie plackami z rodzynek, wzmocnijcie mnie jabłkami, bo chora jestem z miłości”.
Chora jestem? Gdzie jesteś, Jasieńku? Nie ma cię. Gdzie żeś odszedł? Ale to tylko na chwilę, tak? „Na łożu mym nocą szukałam umiłowanego mej duszy, szukałam go, lecz nie znalazłam.” I miłości głodna wciąż trwam w nienasyceniu. Długo już.
Teraz? Niebo nade mną i wrześniowe obojętne słońce. Nie ma już tamtej dziewczyny, ni komnaty, a twarze chłopców nie są młode, ani piękne i nie ma w nich uwielbienia. Jest tylko złość, uparta i bezrozumna. Suche polana i połamane sztachety mam pod stopami. Mocny powróz tnie mi nadgarstki, a krzywy pień kłuje w plecy ostrym sękiem. Skąd to wszystko?
– Pan twój belzebub nie przyjdzie ci z pomocą, suko piekielna, albowiem wielce boi się on światła słonecznego, które jest nam ludziom prawym od samego Pana Boga dane dla ochrony przed złym i jego pomocnikami!
Znam ten głos. Grzela Jakub. Szubrawiec.
– Zdechniesz, jak czarownicy jest to pisane. Ogień cię pożre. Ciebie i bezeceństwo twoje.
Te słowa, głupie i okrutne, to do mnie? Do mnie. Dlaczego? Boję się. Boże miłościwy, oszczędź mi tego!
– Czartowskie sztuczki! Widzieliście?! Myśli, że jak naszcza na drewno to się, go ogień nie będzie imał!
– Siwa jędza!
– To ze strachu. Dajcie pokój, ludzie! Męki oszczędzić nie chcecie, to choć urągania w godzinę śmierci jej darujcie.
– Zawrzyjcie gębę, Marcinie, bo gotowiśmy pomyśleć, żeście jej kamrat i w zmowie z wiedźmą jesteście.
– Gotowy do myślenia toś ty nigdy nie był, Jakubie. Za to pierwszy to ty jesteś do picia, swarów i knowania.
– Przez wzgląd na swe siwe włosy zamilcz, abym ci czasem łba grabiami nie przeczesał.
Zda się, że słychać jak zęby zgrzytają, jak trzeszczą drewniane styliska w sękatych spoconych dłoniach. I to jest ten czas? Ulotny i przegrany, jak wiecheć słomy rzucony w ognisko. Jak ja się boję bólu! Mówią, że nim ogień sięgnie nóg, dym zabija skazańca. Ale tu jest wszystko suche. Ta deska krzywa, osmalona, którą mam pod stopami (jeszcze mam stopy) to z płotu Drewniaków? Tylko płot tam się nie spalił. Dlaczego tu jestem? Panie Boże, nie masz dla mnie ratunku? Przecież Ty akurat wiesz, że nie ma tu mej winy. Nie takiej by w ogniu ginąć. Tyle złości. W głowie mi się myśli mieszają, czy to już krew się we mnie gotuje?
Czy to ty? Blady jesteś niczym śmierć z twoich obrazów i koń kary pod tobą.
– Ty żeś to, Jasiu?
– Kogo tam wołasz, czarownico? Z kim się witasz?
– Rozstąpcie się ludziska, pochodnię niosą.
– Księdza tu trzeba! Na księdza zaczekajmy!
– Klecha nie dozwoli! O miłości bliźniego gadał będzie i nie dozwoli. Trza jej łeb ukręcić póki jest po temu sposobność.
Wiedziałam, że kiedyś przecież wrócisz. Jednak ty mnie też kochałeś, Jasieńku, choć nigdy tego mi nie okazałeś, ni słowem żadnym, ni miłym gestem. Widzisz, źle mi tu wśród ludzi. Świata nie lubię. Przez łzy słabo widzę, ale to ty, prawda? Mój piękny chłopcze, posiwiałeś. Zobacz moje włosy też już siwe. Zmężniałeś bardzo i ta blizna na twej twarzy... Płaczę i śmieję się zarazem. Nie straszne mi już te zamazane ciemne postacie wokół mej osoby. Wszyscy oni są z błota ulepieni, tak jak ich myśli i czyny. Nie straszny ogień, który przynieśli. Bóg mnie jednak nie opuścił!
– Mówcie pacierze! Czarownicę palić będziemy.
– Wstrzymaj się!
– Zobacz no, tam wedle drogi. A kto on taki?


*

– I co na to powiesz, Albireo? Omijamy to przedstawienie, czy pchamy się w kłopoty? Wiem, co chcesz powiedzieć: „Mamy ważniejsze sprawy na głowie, a tu akurat mogą nam porachować kości kłonicami, kamieniami, skłuć widłami, obrzucić łajnem, a może nawet obrazić naszą godność nieprawdziwym słowem, tyczącym naszych matek i ojców.”
Kara klacz cicho i krótko chrapie w odpowiedzi, ale stoi nieruchomo, tylko delikatnie strzyże uszami, jakby lekceważąc zebraną na rozstajach dróg hałastrę. Nie mogę zawrócić. Jest coś takiego w twarzy tej kobiety, że nie zawrócę. Za późno. Podjeżdżam jeszcze parę kroków i staję tak, żebym w razie czego miał więcej niż jedną drogę ucieczki. Patrzą na mnie, a gęby mają rozdziawione jak u stada karasi, które pierwszy raz w życiu zobaczyły szczupaka. Ten samotny, groźny i zębaty to ja, ma się rozumieć. Nikt słowem się nie odezwie. Mam przemówić pierwszy? No dobrze, przemawiam:
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
– Na wieki wieków.
Chyba dobrze zacząłem. Przegoniłem precz krępującą ciszę. Dalsze, co nastąpi, będzie tylko rzeczową rozmową, swoistym szermowaniem argumentami, słownym przekonywaniem do swoich racji. Kilku jakby się rozluźniło, podreptało w miejscu, oparło styliskami o ziemię grabie, widły, kije i wbiło we mnie zaciekawione spojrzenia. Ze dwudziestu chłopa, bab niewiele mniej, wyrostki pochowane gdzieś w opłotkach. Jak mi się nie uda, jak nic zatłuką tym swoim gospodarskim przedmiotem codziennego użytku.
– Zdaje się duży ogień zamiarujecie wzniecić, ludkowie moi?
– My, za przeproszeniem pańskim, nie są pańscy ludkowie – odzywa się ten, którego przy pierwszym wejrzeniu oceniłem na przywódcę grupy. Tęgie chłopisko najlepiej odziane, o bladych, lekko przymrużonych oczach z żółtymi, nastroszonymi jak u rysia, wąsiskami i zapaloną pochodnią w drżącej dłoni. - Zresztą, kto cie tam wie człeku, czyś ty pan, czy może chłop, co to sobie smyrga na koniku po borach i polach, jaśnie pana udaje i wymądrza się wielce?
Jednak nie zacząłem dobrze rozmowy. Ale przynajmniej wiem, do kogo mam się zwracać.
– Krew chcecie przelać – mówię.
– A gdzie tam? - Wzrusza ramionami i uśmiecha się głupawo do zebranych. - Przecie palić będziem. To gdzie tu krew? Niedziela dzisiaj. Nie godzi się, dzień święty.
– Dniem świętym mordę sobie wycierasz. Takiś to gagatek. - Rzecz jasna, tego nie mówię na głos. Mogliby mnie opaść ze wszystkich stron i stłuc na kwaśne jabłko, ale jeszcze nie uświadomili sobie, jak łatwe by to było. Brak im pewności siebie i niech tak pozostanie. Nie ma czasu na dyskusje. Podjeżdżam bliżej. Rozstępują się przed koniem. Słyszę ciche łkanie kobiety przywiązanej do słupa. Pochylam się w kulbace i patrzę w pozbawione litości oczy koloru zimowego nieba. Ręka trzymająca pochodnię drży nerwowo i zapewne jest śliska od potu. To dobrze.
Walę go płonącym drzewcem w sam środek słomianego, pustego łba, tak, że lecą iskry! Jeśli nigdy w swoim życiu nie spoglądał z zaciekawieniem w letnie nocne niebo i nigdy nie widział komety, lub choćby nawet spadających gwiazd, dzisiejszego dnia zobaczył układ ciał niebieskich, jaki na pewno nigdy nie śnił się miejscowym astronomom.
Błyska białkami oczu i leci bezwładnie na ziemię jak ścięte drzewo. Jakiś obraz zapewne już do nich dotarł, ale nie wiedzą jeszcze, co się dzieje. Albireo staje dęba i uderza kopytem głupca, który chciał złapać ją za uzdę. Uchylam się od uderzenia cepem, trzaskam jego właściciela zgaszoną pochodnią po palcach i w ułamku sekundy zmieniam broń. Pierwsze zaczynają wrzeszczeć kobiety, czmychają na wszystkie strony niczym stado kur przed jastrzębiem. Zeskakuję z konia i po chwili tłukę dębowym bijakiem po goleniach, głowach i grzbietach, tych którzy się jeszcze nie rozpierzchli. To nie jest walka, to bicie ludzi. Są zbyt przestraszeni by choć spróbować walczyć.
Furkocze kij samobij. Zda się słoma z butów leci i trociny z głów. Chwila ledwie. Miejscowy kogut raptem dwa razy pierś wydął i panie swoje zawezwał. Kurz opada, przekleństwa się wznoszą. Jęczą chłopy, plują zębami, macają zbite głowy, ręce, nogi. To trochę, mimo wszystko, za mało bym czuł się bezpiecznie. Wyciągam miecz szybko, ze świstem.
– O Jezusie Nazareński!
Cisza.
Gramolę się po stercie drewna. Nogi zapadają mi się w złożonym byle jak i z byle czego stosie. Staję przy niej. Musiała niegdyś uchodzić za piękną. Przywiązali ją do kanciastego słupa, który dawniej był... szubienicą?
– Już dobrze – mówię.
– To nie ty. Nie ty. - Jakiż zawód w głosie, a przecież jeszcze kilka chwil temu, czekała na śmierć. Oczy, na wpół szalone ze strachu, ma blade, jakby łzy wypłukały z nich sytość barw.
– Nie wiem, kogo wyglądałaś, kobieto, ale mimo wszystko powinnaś cieszyć się z mojej tutaj obecności – odpowiadam i przecinam więzy. Chwytam ją pod ramiona, bo zaczyna się osuwać na kolana.
– W głowie mi się kręci.
– Wierzę. Gdzie jest twój dom?


*

– Pieska mi ubili, Kruczka. Łajdacy. Widłami przebili, kmioty nikczemne. Bronił mnie. Tylko on jeden. - Raz po raz zaciska drobne pięści. - I za co? Co ja takiego zrobiłam? - Siedzi na brzegu łóżka i wbija we mnie bladoniebieskie zapłakane oczy, jakbym znał odpowiedź. Jasne, jakby dawno już sprane, długie włosy opadają w nieładzie na jej chude ramiona. Milczę.
Odrobiny kurzu wirują w słonecznym świetle, raźno przebijającym się przez okrągłe szklane gomółki oprawione w ołów i osadzone w otworze jedynego w chałupie okna. Więcej jest tu jednak mroku niż światła. Szarość oblepia kąty niczym sadza i drga bezgłośnie, zaciera kontury. Izba jest jak węglem rysowany, na wpół zatarty, przedsionek.... zaświatów? Dziwne myśli mnie tu nachodzą.
– Krowy nie zdołałam wyleczyć Pleśniakowi. Prawda, padła na gorączkę mleczną, ale nie słuchał mnie, głuchy cymbał. Nie moja w tym wina. Przez lata leczyłam ich wszystkich: tych pijaniców, bezbożników, ich dzieci zasmarkane, żony, zwierzęta. I tak mi odpłacili, niegodziwcy. - Kiwa z rezygnacją siwą głową i milknie.
Większą część izby zajmuje piec z kuchnią, pod ścianą stoi łóżko, na którym usadowiła się gospodyni, obok jest cebrzyk i obita żelazem skrzynia zamykana na klucz. U powały, na drewnianej żerdzi suszą się zioła. Pachnie tu miętą, majerankiem i czosnkiem. Pająk sunie szybko i z gracją ku glinianej, posypanej tatarakiem, podłodze.
– Dzień nie minie, a spalą mnie razem z chałupą – mówi nagle i wiem, że nie do mnie kieruje te słowa. Patrzy po ścianach, wierci wzrokiem mrok w kątach.
– Jak ci pomóc? - pytam.
Nie odpowiada. Mam wrażenie, że mnie nie słyszy, lecz po chwili wygląda, jakby się ocknęła. Wyciąga ku mnie drobną, zasuszoną dłoń, ale po chwili ją cofa. Zamaszystym gestem odgarnia włosy z czoła.
– A dlaczego chcesz mi pomóc?
– Bo już raz ci pomogłem? Gdybym teraz wyszedł, zostawiłbym cię na pewną śmierć. Jakaż byłaby logika mych czynów? Czuję się w pewnym stopniu odpowiedzialny za twoje życie po tym, co zrobiłem. Od niedawna intensywnie zastanawiam się, kim jestem i cieszy mnie, że odnajduję w sobie człowieka.
– Cieszy mnie żeś człowiekiem, nie wilkiem. Ale kto cię tam wie? Mimo wszystko, nie masz obowiązku.
– Jestem już elementem tej historii. - Uśmiecham się.
– Prawda. Tylko nie wiem jeszcze dlaczego. Bo wiedz, mój piękny chłopcze, że nic nie dzieje się bez przyczyny. - Mruga do mnie okiem i nagle ona, jak i wszystko wokół jawi mi się jak coś absurdalnego i groteskowego. Co ja tutaj robię? Tracę czas. To na pewno.
– Nadal jeszcze się nie przedstawiłeś, mój wybawco, błędny rycerzu – dźga mnie słowem. - Nie przystoi to. Zmieniły się obyczaje w wielkim świecie, hę?
– Nie nie zmieniły. Nazywam się Hubert.
– Hubert. Znaczy rozum jest twoją zaletą. Przyjście czarownicy na ratunek wskazuje, że rodziciele twoi pomylili się z doborem imienia. Ładne masz imię. Mocne, twarde. Nazwiska swego nie wymówiłeś, znaczy, nie chcesz. Dobrze. Ja ci swego też nie wyjawię, a nazywam się Olga i jak się domyślasz - boś bystry - nie z chłopskiego domu na świat wyszłam. A teraz, rozpal ogień w piecu, Hubercie. – Nakazuje i dźwiga się z łóżka. - Trzeba coś zjeść.
– Przed podróżą.
Obdarza mnie długim zamyślonym spojrzeniem.
– Tak. Trzeba usiąść i zjeść coś wspólnie przed drogą.
Idzie na drugi koniec izby, otwiera drzwi do komory i przynosi kosz z jajkami, pęto kiełbasy i blaszaną patelnię.
– Nie okradli mnie jeszcze, jak widzisz. Grzela pewnie zakazał. Trzeba mu przyznać, że ma posłuch, szubrawiec. Już mnie pewnie wcześniej porachował.
Kroi kiełbasę na plastry. Pachnie czosnkiem i gorczycą. Ślina zbiera mi się w ustach.
– Tylko dokąd teraz? Raz już uciekałam, dawno temu – mówi w zamyśleniu. - Rozpalisz w końcu ten ogień?


*

-  Słyszę szelest anielskich piór wokół twej osoby.
Zdumiewam się, choć nie powinienem. Słyszę tylko ciche tupanie i pochrapywanie Albireo za otwartymi drzwiami. Nie wiem, co odpowiedzieć, więc milczę.
– Czucie świata masz w sobie. Wielkie czucie. Pewnie dlatego do ciebie tak lgną.
– Kto?
– Inne byty. Dusze zbłąkane. Przecież nie ludzie z krwi i kości. Samotność masz na drugie imię. Jest w tobie coś takiego, że strach do ciebie się zbliżyć i nie mówię o tej paskudnej świeżej bliźnie na twarzy. - Wzrusza ramionami, jakby powiedziała właśnie rzecz oczywistą. - Zgubi cię kiedyś to świata czucie. A może i nie? Co ja wiem? Stara jestem i w głowie mi się miesza. Tak, miesza mi się świat z zaświatem...
W takim domu nietrudno o to – myślę sobie i wyobrażam, jak końskie kopyta i ciężkie żelazne koła zbójeckich wozów suną w coraz większe nieznane.
– Przychodzą nieustannie w cichy odwieczerz – snuje dalej dziwną opowieść. - Dzisiaj wielu ich przyszło. Ze snu, czy jawy? Ja nie wiem. Z tamtej strony czasu, gdzie – jak powiedziałby filozof, nie znający życia – cały świat mieści się w źrenicy wróbla. Ćmy szaroskrzydłe, nietoperze, świerszcze hałaśliwe i ci co kształtu jeszcze nie mają, a chcieliby już przyoblec się w jakieś ciało, choćby najlichsze. Stukocą po kątach, łopoczą u powały i szepczą na zapiecku. - Przewraca oczyma, otwiera usta i milknie.
Uciekać stąd?
– Kruczka mi zabili. – Teraz skarży się świętemu Jerzemu, który na obrazie w kącie przebija włócznią smoka. - A czy to smok był jakiś, pożeracz niewiast i dzieci? Ot, pies zyczajny, druh wierny, pocieszyciel w samotności. - Pociera szybko przedramiona, barki, jakby mróz nagły przyszedł od otwartych sieni.
– To czucie świata kiedyś cię zgubi, Jasieńku. Świat cię w końcu zauważy i pożre!
Ciarki mnie przechodzą.
Wstaje i zrywa suszące się na kiju zioła, idzie do paleniska, kruszy je w dłoni i wrzuca w ogień. Dym jest gesty i ma gorzką woń. Z worka, z komory przynosi garść mąki, którą rozsypuje na stole. Kreśli okrąg, pośrodku którego rysuje coś na kształt trójkąta, gdzie końce boków zawijają się, jedne na zewnątrz, inne do środka. Pisze słowo w nieznanym mi języku. Jedno. Krótkie.
– Nie boisz się? - pyta z kpiącym uśmiechem.
– Czego niby miałbym się bać? Osobliwych figur geometrycznych?
– Gniewu Bożego. Czegóż innego bać się należy?
– Na razie boję się tylko tego, że nie zdążę.
Unosi pytająco brwi, ale nie odpowiadam.
– A teraz, niczemu się nie dziw – przestrzega.
Składa ręce jak do pacierza i trzyma je nad stołem. Mówi coś szeptem, uśmiecha się, zamyka oczy i kiwa głową, jakby komuś przytakiwała. Rozłącza dłonie.
Na chwilę przestaję oddychać.
Dwie wielkie bure ćmy padają w mąkę, szamoczą się, turlają po blacie stołu i wzlatują niezdarnie ku powale, gdzie giną z oczu w smolistym mroku.
– Wiedźmy strzeż się! – mówi patrząc na zawijasy powstałe w rozsypanej mące. - To jest moc nie z tego świata. Lepiej dla ciebie byście się nigdy nie spotkali. Chociaż... Jest ktoś, albo coś czego nie widzę, a idzie za tobą.
– Kto to taki?
– Nie wiem. Ale wyczuwam, że żyje tylko z nienawiści, choć... narodziło się z miłości. Tyle tu sprzeczności. Nie potrafię tego inaczej opisać. Strzeż się, choć nie umiem powiedzieć ci nic ponadto.
– Niepokoisz mnie.
– Nie jest to moim zamiarem. Przykro mi.
– Czyli dotrę dokądś? Do jakiegoś ważnego punktu mojej historii?
– Może tak być, lecz wcale nie musi. Za moment jakieś czarne chłopskie dusze mogą zaryglować drzwi mego domu i rzucić pochodnię na strzechę. Wszystko może się zdarzyć.
– Nic nie jest do końca przesądzone?
– Tak uważam. Tylko jeden Bóg wie, jakich wyborów dokonamy i co będzie ich konsekwencją.
– Czyli wszystko jest jednak gdzieś zapisane i działamy według znanego już scenariusza, który na dodatek nie sami napisaliśmy?
– To nie tak. Boska wszechwiedza, nie wyklucza naszej wolności. To, że Stwórca wie, jak się zachowamy, nie zmienia faktu, że przed dokonaniem jakiegoś czynu, mieliśmy lub mamy wybór. Wydaje mi się też, że możemy pisać też poprawki do tego, jak to ująłeś, scenariusza.
– Nie jesteśmy u kresu czasu, lecz w teraźniejszości. Część istotnych dla mnie wyborów jest jeszcze przede mną.
– Tak.
– Nie spodziewałem się takich słów w wiejskiej chacie.
– Już mówiłam, nie przyszłam na świat w chłopskiej rodzinie. Urodziłam się w bogatym domu, w znamienitej familii. Brałam niegdyś ze świata wszystko, na co miałam ochotę, a uwierz, robiłam to bardzo łapczywie.
– Aż świat cię wypędził.
– To kwestia życiowych wyborów i złej woli innych ludzi. - Zamyka na chwilę oczy, opuszcza głowę na piersi i uśmiecha się jakoś tak smutno. Dopiero teraz widzę, jak bardzo jest zmęczona. To tutaj – wskazuje rękoma na izbę - ten dom, ta wieś, ludzie, to też świat. Jakaś jego cząstka, w której się zmieściłam. Żyłam w tej drobinie powietrza wśród ludzi, ale mimo nich, obok, bez przyjaźni, samotnie. Bali się mnie, ale byłam im potrzebna. Dobre i to. Przywykłam. A teraz i to nawet mi odebrano. - Dwie, duże jak ziarna fasoli, łzy pociekły jej po policzkach. Tylko tyle, czy aż tyle?
– Padła krasula, owszem. Ale żeby tak za krowę? - Kręci z niedowierzaniem głową. - Jak można chcieć pozbawić kogoś życia za jedno bydlątko?
Kolejny ciąg pytań bez odpowiedzi.
– Dwa dni temu zbrojni najechali wieś. Nie jacyś grasanci, żołnierze to byli bez mundurów, ale widać, że karni, zdyscyplinowani. Spalili jedną chałupę na postrach. Usiekli jednego gospodarza. O dzieci pytali. Sieroty wojenne. Dziewczynki. Bo widzisz, nieopodal szlak wiedzie. Taki co to nim zbóje sieroty w świat wywożą.
– Wiem, co to za szlak.
– Może o tę dziewuszkę poszło? Nie pierwsza ona i nie ostatnia pewnie, którą Grzela zmarnował.
– Jaką dziewuszkę? - W gardle mi nagle zaschło. Ledwo cisnę słowa pytania.
Patrzy na mnie chyba po raz pierwszy w pełni przytomnie.
– Widzisz, mój chłopcze... Szkoda, że to nie ty mój Jasieńku... - Wzdycha cicho i zaczyna na powrót: Widzisz, mój piękny, dwa dni temu nieopodal przejeżdżali zbóje. Prawdziwi zbóje, tacy straszni, jak wisielce zerwani z szubienicy. - Zawiesza głos na chwilę, ociera łzy. - Sieroty wojenne do miast, do obcych krajów na zatracenie wiedli. - Aj! Puszczaj, drabie! - krzyczy nagle.
Przytomnieję. Nie zauważyłem, kiedy ścisnąłem ją za przedramiona.
– Przepraszam.
– A niech cię! Z żelaza ci te ręce odlali? Co to ja mówiłam? Aha, prawda, o dzieciach mówiłam. Schorowane nieboraki były. Szukali medyka. A gdzie tu medyk? Na takim pierdziszewiu? Trafiło na mnie. Grzela mnie tam zaprowadził. Pomogłam, jak umiałam. Nie chwaląc się, wiele umiem. Medycyna niekonwencjonalna, rozumiesz. - Mruga okiem i uśmiecha się. - Nie dali jednak dobrze poleczyć. Spieszyli się.
– Co z tą dziewczynką?
– Zabrał jedną Grzela niebogę. Ledwo dychała, więc ją oddali, widać wiedzieli, że życia w niej tyle, co wody w kamieniu. Zabrał ją na pomoc domową niby, ale ja wiem, o jaką pomoc mu szło. Oby mu kutas zgnił i odpadł za życia! Tfu! Tak myślę, że jej żywot dobiega właśnie kresu na tym świecie. Chora jest, a ten bydlak, nie dozwolił jej poratować.
– Nic nie dzieje się bez przyczyny. Tak mówiłaś. Więc teraz wiesz już, po co tu jestem. Która to chałupa?


*

Izba jest duża, niska i jasno oświetlona. Przy drzwiach wisi gliniana kropielniczka ze święconą wodą. Wkładam do niej palce i po chwili przykładam je do ust. Ma zapach... starości? Po mojej prawej ręce u powały, na drewnianej żerdzi leży bochen chleba, obok suszą się pęta kiełbas, słonina i pęki zebranych niedawno ziół. Pod tym wszystkim stoi zbita z malowanych desek szafa z półkami, które uginają się od garnków, mis, kubków i drewnianych łyżek. Do niej zaś przytula się solidna, okuta w metal, skrzynia zamykana na klucz. Pod oknem, zapewne dla wygody odwiedzających gospodarzy znajomków, ustawiono dębową ławę z oparciem. Ściana nad małżeńskim łożem aż bucha feerią barw: fioletem, żółcią, czerwienią i ultramaryną. A wszystko to za sprawą kwiatów ozdabiających obrazy z wizerunkami świętych Pańskich. Jest głośno od tupotu bosych stóp i przekrzykiwań dwóch chłopców biegających po izbie z drewnianymi mieczami w dłoniach. Spieczony jak rak Jakub Grzela siedzi przy palenisku w samej tylko koszuli i płóciennych portkach. Bosy i milczący moczy stopy w balii, pełnej parującej jeszcze wody. Oczy ma zamknięte, brodę opartą na piersi, tylko krogulczy nos zdaje mu się poruszać wiedziony zapachem, gotującej się w garnku kapusty. Podwinięte rękawy ukazują silne od fizycznej pracy, żylaste przedramiona i wielkie jak bochny dłonie zaciśnięte w pięści. Tęga kobieta o miłej zaróżowionej twarzy i ciemnych włosach wystających spod szarej chustki, żona – zgaduję - przycina mu nożycami nadpalone włosy koloru słomy. Na wprost widzę sąsiednią izbę, a w niej malowaną kołyskę dla niemowlęcia. Nie patrzą w kierunku sieni, gdzie kryję się w mroku. Czują się pewnie w swoim domu, nie zaryglowali drzwi na noc. Może czekają na kogoś?
– A kogo to tam licho niesie po nocy? - rzuca mocnym, donośnym głosem niewiasta, nie odwracając oczu od rozbitego łba swego męża. - Mieliście przyjść jutro nad ranem, Szymonie. Gąski sprzedam, jak mówiłam, u mnie słowo nie dym, ale jutro. Chyba żeś niecnoto przyszedł chłopa mi wyciągnąć do Żyda na wódkę? Co to, to nie! Pijanice zatracone. Czemu zaś milczysz, niby ten kamień leżący wedle drogi. Języka żeś zapomniał w gości zabrać?
– Przestańże jazgotać, babo – cedzi słowa przez zęby Grzela. - Chwycę za kij, wnet zawrzesz jadaczkę! Wyleźże z tej sieni do światła. Stoisz w cieniu niby ten umrzyk wylazły z grobu!
Skoro mnie zaprasza, wchodzę. Tylko czy on wie, że nie zaprasza się upiora do domu?
– A kto tam? Tyś, że to, paskudniku?! W moim domu! - ryczy i próbuje wstać, ale jakoś tak niezgrabnie - wszak nogi ma w balii - że kaleczy się głową o nożyce, które zastygły na chwilę w bezruchu, w kobiecych dłoniach. Klnie i chwyta za gorący garnek, ale zaraz go upuszcza z powrotem na blachę. Stoi w wodzie z rozchylonymi ramionami, zaciska raz po raz pięści i dyszy ciężko z nagłej wściekłości.
– Ani mi się waż! - ostrzegam. - A ty kobieto, odłóż to żelazo.
– A juści, odłożę. Niedoczekanie twoje, przeklętniku! Jak się zawinę, wnet drugą szramę będziesz miał na pysku. Dali jazda! Fora ze dwora!
Co za jazgot! Cichnie i zamienia się w słup soli, gdy łapię jednego z oniemiałych nagle chłopców za włosy, przyciągam do siebie i zza pasa wyciągam nóż. Cichnie tylko na chwilę:
– O Jezusie Nazareński, Królu żydowski! Pietrusia pochwycił! Puskaj, boć oczy wydziobię.
– Zawrzyj gębę, Kaśka! - Grzela, widać, wziął się już w karby. - Czego chcesz, diable?
– Gdzie dziewczynka?
– O Matko Boska! Święci Pańscy! Weronkę chce ukraść! Gardło ci przegryzę, ty czorta kamracie! – drze się Katarzyna Grzela i sunie ku mnie z nożycami w ręku.
– Zostań tam, gdzie jesteś, kobieto! – Zatrzymuję ją w miejscu i przystawiam chłopcu ostrze do szyi.
– Ratuj tatku, ratuj! – krzyczy żałośnie Piotruś. Drugi z synów stoi jak sparaliżowany w obsikanych ze strachu porciętach i z drewnianym mieczem w zaciśniętej dłoni skierowanym w moją stronę.
– Cichaj, Kaśka! Przecie nie o Weronkę mu idzie – warczy Grzela i wychodzi powoli z balii. Cicho mlaskają jego bose stopy na drewnianej podłodze. A Kaśka cóż? Kaśka pojękuje cicho i wpatruje się jak zauroczona w stalowe ostrze przytknięte do szyi jej dziecka.
– Mówiłam, że karę boską ściągniesz na siebie, dom swój i na dzieci swoje. - Jakaś ponura rezygnacja jest w jej głosie. - Przebacz Panie Boże, Jezusie i Ty Matko Boża, że oczy na to wszystko zamykałam. Moje dzieci nic nie winne...
– Gdzie dziewczynka? – powtarzam.
– A co?
Milczenie. Kąciki ust wysunięte na moment ku górze. Ułamek sekundy i coś na kształt szyderczego uśmiechu. Dlaczego tak głupio odpowiadasz, Jakubie? Czyś się wyrzekł swego syna? A może inaczej byś odpowiedział, gdybyś poczuł pod kciukiem pulsującą oszalałym rytmem żyłę na szyi małego chłopca? Może odtajałoby wtedy twoje serce, które masz z lodu? W jakim momencie swego życia, stałeś się tym, kim jesteś teraz? Prawda jest jednak taka, że nic mnie nie obchodzisz. Natomiast ważne jest dla ciebie, czy zechcę zadać to pytanie po raz trzeci. A jak już je zadam, jak na nie odpowiesz? Czy tak, jak tego oczekuję?
Jak na kobietę, tak dużych rozmiarów, rzuciła się na mnie bardzo szybko. Z pasją i nienawiścią. Rozchylone ostrza nożyc miała nadzieję wbić mi oczy. Siedzi na podłodze z rozbitym nosem i mruga oczyma. Uderzyłem ją tak, by nie straciła przytomności. Musi pomóc mi i swojemu dziecku. Grzela ani drgnął, stęknął tylko głucho.
– Gdzie jest dziewczynka, którą zabrałeś od handlarzy? Czwarty raz już cię nie zapytam.
– Zaprowadź go do niej – mówi mocno i bardzo powoli Katarzyna, matka Piotrusia, Weroniki i oniemiałego chłopca, który zlał się w gacie przed kilkoma minutami. - Bóg mi świadkiem, że jak nie on, to ja cię zabiję, jak tego nie zrobisz.
– Pójdziemy. Tylko wzuję buty. - Grzela obraca się jak poruszone nagle stare młyńskie koło.
– Pójdziesz boso. Chłopiec pójdzie z nami. Ona też.
– Mogę i boso. - Wzrusza ramionami i z wnęki w piecu bierze smolną pochodnię. - Za jedno mi to. Ostań się Antoś z Weronką, my zaraz wrócimy.
Podaje dłoń siedzącej na ziemi żonie, która dźwiga się z przeciągłym jękiem, ociera zakrwawiony nos o rękaw koszuli i patrzy na mnie zimnym, złym wzrokiem.
– Słyszysz, Antoś?! Pilnuj siostrzyczki.
Antoś kiwa głową. Usta nadal ma szeroko otwarte. Nic nie mówi, tak jak jego brat uwiędły w moich rękach.
Wychodzimy na podwórze.
– I ty tutaj, wiedźmo!? - Grzela pluje Oldze pod nogi. - Zaraza by cię wzięła! Czekaj, jeszcze się będziesz smażyć, jak ta skwarka na patelni. Już ja tego dopilnuję. Ty...!
Olga trzaska go w twarz otwartą dłonią. Bez słowa. Mocno, szybko na odlew, tak, że echo rozchodzi się po obejściu. Zaskoczenie. Niedowierzanie. Szok. Jakub Grzela stoi oniemiały jak słup soli.
– Nigdy więcej tak do mnie nie mów, chamie. Ale to nie za mnie było, ale za psa. A teraz podnieś pochodnię i prowadź. - Jej głos jest twardy, władczy i nie znoszący sprzeciwu.

*

W zbudowanej na planie sześcioboku stodole jest przyjemnie chłodno. Świerze nocne powietrze sączy się przez małe, wąskie otwory na górze. Gdzieś w oddali turkocze jeszcze młyn, kowal kończy spóźnioną pracę, a psy nieopodal wołają do księżyca, którego światło miękkim srebrem rozlewa się po klepisku. Wiatr przywiał z ogrodu zapach mięty. Świerszcze grają mocno i z werwą. Przedrzeźnia je żabi rechot, który niesie się od mokradeł. Zda się nikt i nic nie śpi jeszcze tej nocy. Tylko stodoła nurza się już we śnie. W sąsiekach sennie zległy siano i zboże. Pod ścianami stoją ustawione w wielkim porządku, niczym karne wojsko, narzędzia rolnicze. Po środku, na klepisku, dnem do góry leży wielka drewniana balia, która ściąga wzrok.
Nie ma tu mego dziecka. Już bym to wiedział. To uczucie. Czy to ulga?
– Nie wiedziałam, co z nią zrobić. - Głos Katarzyny jest cichy i pozbawiony emocji. - Kwiliła tylko i kwiliła, jak ten ptaszek z przetrąconym skrzydłem. Małe to, nijakie, cudze. Przykryłam balią. Nie widać, nie słychać. W serce nie bodzie to jej kwilenie. Niech tam sobie już zemrze po cichuśku. Świat tego nie zobaczy, to jakoś może i grzech ten się rozejdzie, zniknie. - Zaciska dłonie w pięści. - Tak wtedy myślałam.
– A teraz, co myślisz?
– Że grzech mego męża spadnie i na mnie i moje dzieci, choć są niewinne. Ona tutaj przecie też niewinna, a tyle cierpienia ją spotkało.
– Tyle cierpienia i ani drobiny litości. - Gniew we mnie wzbiera.
– Miej litość dla mego dziecka – jęczy Katarzyna i wbija we mnie błagalny wzrok.
– Nie jestem katem dzieci. - Odpycham chłopka w ręce matki i zwracam się do Grzeli. - Podnieś!
Dziewczynka ma góra dziesięć lat. Jasne, posklejane od wyschniętego potu włosy oblepiają jej czoło, oczy i blade, suche usta. Drobne dłonie ma złożone razem na zapadłym brzuchu. Licha, za duża chabrowa sukienka jest jak całun pogrzebowy. Mam wrażenie, że się uśmiecha.
– Mamuś, a kto ona taka? I czemu tak leży bez ducha? - Oczy Piotrusia zachodzą łzami.
– To grzech twego ojca. I mój.
– Odsuń się! Stoisz, jak kołek w płocie. - Olga dotyka żyły na jej szyi, przykłada ucho do zapadłej piersi. - Żyje, ale nie za wiele, czasu jej zostało, jeśli nic nie zrobimy.
Wyjmuje z torby drewniane pudełko, słoik, i dwa lniane woreczki.
– Ta choroba to pokrzywnica. - Nabiera na palec jakiś ciemnozielony proszek i rozprowadza go pod nosem dziewczynki. - Za chwilę powinna zaczerpnąć mocniej powietrza, a wtedy położę jej na język to – wyjmuje ze słoika jakąś brudno białą grudkę. - To ekstrakt między innymi z żywokostu, arcydzięgielu, krwawnika... kilku słów i innych ingrediencji. - Uśmiecha się lekko. - O, właśnie teraz! Weź to, malutka. Dobrze.
– I co dalej? - Potrzebuję jasnej, pewnej odpowiedzi, bo nie wiem, co robić.
– Dalej? Trzeba ją stąd zabrać do mego domu. To na pewno. To, co teraz zrobiłam, nie wystarczy. Muszę ją obejrzeć. Nie wiemy, co on jej zrobił.
– Nie tknąłem jej. - Z gardła Grzeli dobywa się warkot.
– Boś porządny człowiek, dobry chrześcijanin i z trupami nie obcujesz.
– Wiedźmo! - Jego twarz jest maską nienawiści.
– Zaniesiesz ją. Znasz drogę - mówię.
– Nie mam butów.
– Więc będzie to początek twojej pokuty.
– Niech on już jej więcej nie dotyka. - Wchodzi nam w słowo Olga. - Nie ma takiej pokuty, którą mógłby zadośćuczynić, zło które czynił. - Jej głos przypomina trące się o siebie kamienie. - Zresztą, nie nam o tym decydować. Wyprowadź wóz i zaprzęgaj konia.


*

To był piękny poranek. Piękny swą zwyczajnością. Słońce błyskało w piórach kaczek, które sunęły leniwymi zygzakami po stawie. Leciały po wodzie krzyki dzieci, szczekanie psów, tupot i porykiwanie pędzonego do wodopoju inwentarza, gdzieś w oddali, pochylony nad studnią skrzypiał żuraw.
Udało się nam doczekać świtu. Nikt nas nie niepokoił.
Wóz zaprzęgnięty w dwa konie załadowano skromnym dobytkiem. Woźnicą był sąsiad Olgi, Ambroży. Na wozie, na posłaniu z ubrań i pierzyny leżała śpiąca dziewczynka. Chciałem ją zapytać, czy poznała w drodze inną dziewczynkę: bladą, czarnowłosą Marysię o rozbieganych oczach koloru polnych chabrów. Dziewczynkę nad wyraz energiczną, nucącą pod dziarsko zadartym noskiem piosenki wyłącznie własnego autorstwa. Dziewczynkę, co lubi zwijać język w tutkę, kiedy nie smakują jej placki na miodzie robione przez jej mamę. Chciałem ją zapytać, czy widziała moją córkę, lecz ona nie chciała się obudzić.
– Może to potrwać nawet dwa dni, ale obudzi się na pewno. - Tak mówiła Olga.
– Czy mam czas? Dwa dni. Ludzie, za którymi jadę, są coraz dalej. A ty odjeżdżasz wraz z nią w przeciwnym kierunku.
– Zyskasz pewność.
– Pewność zyskam, kiedy ich dogonię. Jeśli odpowiedziałaby mi, że jej nigdy nie poznała, nie wiedziałbym, gdzie mam się udać, w którą stronę jechać. A tego bym nie zniósł. Bo jechać przecież muszę. Muszę mieć cel.
– Rozumiem. Pamiętaj, że prawie zawsze jest nadzieja. Świat jest zły, ale jest też pełen ludzi dobrej woli. Inaczej przestałby istnieć, nie dałoby się na nim żyć. Twoją nadzieją jest ktoś, kto umie na świat patrzeć też sercem. Ktoś, kto nie przejdzie obojętnie wobec cudzej krzywdy i cierpienia. Na tyle silny, by złu się przeciwstawić. Może drogi tego kogoś i twojej córki zejdą się kiedyś, albo - daj Bóg - już się zeszły.
– Marna to pociecha. Ilu takich jest?
– Nie wiem. Dobrych wielu. Dobrych i silnych, pewnie niewielu. Niekiedy na ten jeden dobry akt składa się suma uczynków wielu ludzi. Wiem tylko, że nie możesz odpuścić, a widzę, że wątpisz.
– A gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Pełno jest w ludziach słów o Bogu, lecz ile jest Jego samego w świecie?
– Choć wątpisz, to jednak szukasz nadziei w boskim miłosierdziu. Pytasz, czy jest obecny w świecie? Przecież to jego świat. Lecz nie mnie o to pytaj. Ja nie znam odpowiedzi na takie pytania. Myślę o nim jako o Tym Który Się Nie Wtrąca. Czasem do niego mówię, pytam...
– Są tacy, którzy z Nim rozmawiają. Sądziłem, że jesteś jedną z nich.
– Nikt z Nim nie rozmawia, bo monolog nie jest rozmową. Nie znam nikogo, komu by odpowiedział.
– Niektórzy jednak...
– Wiem, są tacy. I tych unikaj.
– Któż więc się wtrąca?
Zły. On zawsze ma coś do zrobienia. Wytrwały jest i cierpliwy.
Wysupłałem spod siodła dwie złote monety.
Wystarczy na rok utrzymania dla ciebie i dla niej. Myślę, że szybko na siebie zarobisz. Twojego sąsiada już opłaciłem.
Przyjmę je z radością. To hojna jałmużna.
Nie traktuj tego jako jałmużnę. To, żywię taką nadzieję, zaczątek na nowe życie. Jeszcze jedno, powiedz dziewczynie, do której jedziecie, że... gdy będę wracał, to wstąpię do jej domu i opowiem, jak to wszystko się skończyło.

*

Jak z baśni jest ten las olchowy. Ciemnozielony, cienisty i głuchy. W zawrotnych pląsach, pośród owadziej drobnicy, latają wielkie chrząszcze. Niezdarnie kręcą pętle wokół błyszczących liści czarnej olszy. Wzbierający na sile północny wiatr plącze się w gałęziach kilku jesionów. W głębi, między drzewami, czerwienią się owoce kaliny, żółci się wysoki kosaciec, przetykany gdzieniegdzie karminowymi plamkami - to zapewne czyściec leśny. Kończą się dni pełne słońca. Ciężkie sine chmury zbierają się na niebie. Idzie burza? Czy to tętent końskich kopyt?
Chrystus przystanął na leśnym rozstaju. Wysoki i smukły, omszały nieco na barkach i pochylonej lekko głowie, lecz mocny w swym ciele z dębiny. Czy taką akurat twarz miał wydobyć z pnia dębowego nieznany rzeźbiarz? Czy to przypadek tylko?
– Frasobliwe twe oblicze, Panie i to mnie zasmuca. Nie cieszysz się na mój widok, a ja skręcam się jak robak w słońcu pod twym wejrzeniem. Wolałbym zobaczyć, jak się cieszysz, żeś spotkał drugiego człowieka. Wszak droga tu bezludna.
A może, tak jak ja, zgubiłeś kogoś w świecie i to cię tak przytłacza, że nie dostrzegasz już nic ponad swoją samotność?
Kto cię takim uczynił, Panie, że smutek tylko i frasunek rozdajesz każdemu bez wyjątku, na każdym rozstaju tego świata?
Panie, waży się los mojej córki, a waga na której złożono jej życie jest lichwiarska. Wojna przyszła. A ona jest przeciwko wszystkim ludziom, bez wyjątku, choć ludzie ją wszczynają. A najbardziej jest przeciwko dzieciom. Jakiż to świat, który jest przeciw nim? Czemu lepszego nie ma świata, Panie?
Milczysz, lecz... Las wkoło ożywa!
Za plecami i po bokach zaczynają trzaskać gałęzie, parskają konie, kopyta głucho uderzają o leśną ściółkę. Niczego nie widziałem i niczego nie słyszałem, a przecież jest ich tak wielu!
Ruszam przed siebie. Mijam zakręt. Jakieś pięćdziesiąt kroków przede mną na środku drogi stoi trzech jeźdźców. Kilku mam za plecami. Po bokach między drzewami wolno stąpają ciemne sylwetki. Jeden zrównuje się ze mną i jedzie obok w milczeniu. Uspokajam Albireo. To największy jeździec i koń jakich widziałem w życiu. Nie patrzy na mnie. Wzrok ma utkwiony w tych, co stoją na drodze. Ma smutną, poznaczoną bliznami twarz. Czarny włos, mocno przetykany siwizną, kędzierzawi mu się na kwadratowej szczęce, a nos - chyba niegdyś orli - ma złamany w dwóch miejscach.
Mam wrażenie jakbym jechał u boku starego przyjaciela. Wszystko wiemy o sobie, niemal wszystko już sobie powiedzieliśmy w długiej podróży, nie potrzebujemy słów, by cieszyć się ze swojego towarzystwa. Ach, gdybyś naprawdę był moim przyjacielem, uśmiechnąłbyś się i powiedział, bym się nie lękał, że wszystko będzie dobrze. A ty milczysz uparcie, więc nie masz dla mnie dobrych wieści. Prawda?
I skończyła się już droga. Dalej nie pojadę. Wielkolud został nieco z tyłu, niemy i śmiertelnie poważny. Patrzą na mnie pozornie obojętnie, groźni, żylaści, z sękatymi dłońmi opartymi na głowniach ciężkich szabel. Ten pośrodku, najstarszy, o szarych przenikliwych oczach – zgaduję, że dowódca – unosi w górę rękę i po chwili zza drzew po mojej prawej stronie wychodzi, prowadzony przez jednego z żołnierzy, Jakub Grzela.
– Ten oto człowiek szukał córki? - Głos starego żołnierza, mówiącego całkiem udaną polszczyzną, jest głęboki i śpiewny.
– Tak jest, panie. - Grzela gnie się usłużnie. - Ale to nie człowiek, panie oficerze, to diabeł! - Mówiąc to, czyni znak krzyża. - Chłopów pobił, kijem. Samojeden! Imię jego takie, że prędzej język w supeł zaplączesz, niż zdołasz je wyrzec. Prędzej wyplujesz, niż wypowiesz. I czarownicy najlepszy to kamrat!
– Jakiej znowu czarownicy? To wy tu i czarownicę macie, hę? - Rosjanin wydaje się być szczerze zainteresowany. Coś niby uśmiech rozgania zmarszczki na jego twarzy.
– Chcieliśmy spalić taką jedną wedle zwyczaju, jak to się z wiedźmami zwykle robi, a ten tu nie dozwolił – mówi i strzyka śliną pod kopyta Albireo, a tak rusza wąsiskami, jakby niedźwiedzia w kniei zwąchał. - Znaczy, czorta pomocnik, albo i sam diabeł w ludzkiej postaci.
– Ciekawie i logicznie żeś to był wywiódł, tak. Ale kim on jest, nie twoja to rzecz. Możesz odejść.
– A zapłata, panie oficerze? Obiecaliście. - Słyszę szczery zawód w głosie psubrata. Chwyta za połę długiego szarego płaszcza i wczepia się weń jak rzep. - Obiecaliście zapłatę!
– Tak, prawda, obiecałem. - Szare oczy Rosjanina robią się zimne jak stal.- Rozlega się świst, a potem nieprzyjemny dla ucha trzask pękającej skóry, gdy rzemień kańczuga owija się wokół głowy Grzeli, który zaraz zaczyna drzeć się wniebogłosy, a wszystko to przy wtórze rżenia spłoszonych koni.
– Precz!
To było już po rosyjsku, ale Jakub Grzela doskonale pojął, czego się od niego oczekuje. Rusza biegiem przed siebie, wyjąc z bólu i upokorzenia. Boso.
Rosjanin odprowadza go przez chwilę obojętnym spojrzeniem, a potem zwraca swą pokrytą bliznami twarz ku mnie. Przechyla na bok głowę. Szybko gaśnie zimny blask w jego oczach. Można by rzec, że są wręcz dobrotliwe. Tak wilcy wpatrują się w zagubione pod lasem jagnię.
– Pan Hubert Wiczery, jak się domyślam? Nieprawdaż?
Dzisiaj rano podjąłem złą decyzję.

W tekście wykorzystałem fragmenty jednej z ksiąg Starego Testamentu: „Pieśń nad pieśniami”.

Dział: Opowiadania
niedziela, 21 czerwiec 2015 16:24

Ścieżka ocalenia

„Ścieżka ocalenia" to wieńczący trylogię „Antilia" tom, w którym poznamy dalsze losy Niny i jej poddanych. Ewa Seno zabiera swoich czytelników do pełnego magii i niebezpieczeństw świata, który rządzi się swoimi własnymi prawami. Tam czeka na nich niezapomniana przygoda.

Ujarzmione przez królewnę Antilię zło chce powrócić ze swojego wymiaru, naznaczając jej syna. To dzięki niemu ma przejąć panowanie nad światem. Nina po własnej, wewnętrznej walce, nie zamierza na to pozwolić. Zrobi wszystko by ocalić niewinne dziecko - nawet jeżeli to syn złego władcy viperów. I tym razem drużyna, w nieco innym już składzie, będzie wspierała swoją królewnę na każdym kroku. Zrobią wszystko by ją ochronić - nawet za cenę własnego życia.

Powieść cechują wartka akcja, rozbudowana, fantastyczna fabuła oraz zakończenie w zdecydowany sposób zamykające całą trylogię. Tu właściwie nie można by było dopowiedzieć niczego więcej i to naprawdę mi się spodobało. Trzeci tom nie jest już tak wydumany jak drugi, a nieodzownym niebezpieczeństwom wciąż towarzyszy dobry humor bohaterów. Ich przekomarzanie się zostało opisane w bardzo zabawnym, malowniczym stylu, dzięki czemu książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością.

Nina, z nierozsądnej nastolatki, która zbyt wiele wzięła na siebie, stała się dojrzałą kobietą i jeszcze raz przewartościowała swoje priorytety. Dzięki temu przestała być irytująca i na powrót można zacząć darzyć ją sympatią. Myślę, że taki obrót sprawy, był bardzo dobrym posunięciem ze strony Autorki.

Sama, fantastyczna fabuła i cała otoczka dla wydarzeń niestety w dalszym ciągu pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście nie brakuje jej barw i wielu, intrygujących pomysłów, całość jednak wydaje mi się odrobinę zbyt naciągana, a rozwiązania do królewny Antilii przychodzą po prostu same. Myślę, że wolę powieści w których jednak pomysły wychodzą od bohaterów i to od ich własnych osądów oraz decyzji zależą losy powodzenia danej misji. W wypadku Niny wygląda to nieco inaczej - dziewczyna robi to co uważa za słuszne, ale fabuła raczej nie pozostawia jej zbyt wielkiej wolności wyboru.

Zarówno „Ścieżki ocalenia" jak i pozostałe dwa tomy trylogii czyta się rewelacyjnie szybko. Sposób pisania Ewy Seno jest wciągający i wręcz w magiczny sposób działa na wyobraźnię. Myślę, że seria powinna przypaść do gustu wszystkim miłośnikom młodzieżowej fantastyki. Wartka akcja, intrygujący bohaterowie, dobry humor i barwne wydarzenia - w trylogii „Antilia" niczego nie zabraknie.

Dział: Książki
poniedziałek, 15 czerwiec 2015 14:59

Premiera: "Rozłąka"

Nakładem wydawnictwa MAG już 26 czerwca ukaże się kolejna książka wchodząca w skład serii "Uczta wyobraźni" - tym razem jest to "Rozłąka" autorstwa Christophera Priesta.

Dział: Książki
wtorek, 03 luty 2015 09:51

Premiera: "Laguna"

Premiera nowej powieści z serii "Uczta wyobraźni" już 4 lutego!

Troje nieznajomych, a każde z nich ma swoje problemy. Biolog morski Adaora. Słynny w całej Afryce raper Anthony. Udręczony żołnierz Agu. Kiedy wędrują po plaży Bar Beach w Lagos, legendarnej nigeryjskiej metropolii, są bardziej samotni niż kiedykolwiek.

Kiedy jednak coś podobnego do meteorytu wpada do oceanu, troje ludzi zabranych przez falę zostaje ze sobą związanych na wiele trudnych do zrozumienia sposobów. Wraz z Ayodele, gościem z gwiazd, przebijają się przez Lagos i walczą z czasem, by ocalić miasto, świat... i samych siebie.

"Nie było czasu na ucieczkę. Nie było czasu na odwrót. Nie było czasu na krzyk. I nie było też bólu. Przypominało to wyrzucenie w gwiazdy".

Dział: Książki
sobota, 03 styczeń 2015 21:19

Łukasz Dyduch - Łgarze, kłamcy i oszuści

I

Pogoda była piękna. Letnie słońce skąpało w swych promieniach całą dolinę. Wiał subtelny wiaterek, który wprawiał liście w delikatny, uspokajający szum. Zdawałoby się, że w taki dzień nikt nie może być smutny ani zły. A jednak. Wzdłuż ruczaju jechał jeździec, którego średnio polityczne słownictwo skutecznie zagłuszało spokojny plusk rzeki i śpiew ptaków.
- O bezczelności. Co za niewdzięcznicy. Jak mogli mnie posądzić o łgarstwo? Przecież to było dla ich dobra. Kapcany i kiepy. Żyli sobie w błogiej nieświadomości, niczym się nie przejmowali. Gnuśne gbury. Po co mieli wiedzieć? Żeby się denerwować? Szelmy i szuje. To, że trochę nagiąłem prawdę i nie dopowiedziałem kilku faktów to nie znaczy, że od razu kłamałem.
Tak to biadoląc, samotny jeździec jechał w górę rzeki, by dotrzeć do źródła i wykąpać się w nim. Skazany na banicję musiał zrezygnować z miejskich wygód i pomimo wrodzonego zamiłowania do owych, musiał skorzystać z bardziej naturalnych sposobów dbania o higienę.
Jezioro było duże i krystalicznie czyste. Ukryte między komyszami i trzcinami stanowiło schronienie oraz wodopój dla wielu leśnych zwierząt. Stojąc w wodzie po kostki Oran doglądał pijącego konia i drapał go za uchem. Wierzchowiec chciwie chlipał i z zadowoleniem przebierał w miejscu kopytami. Oran, przyzwyczajony i przygotowany do wiecznej tułaczki napełnił wodą skórzany bidon i zaczął przymierzać się do roznegliżowania oraz kąpieli, gdy nagle wiatr przygnał do jego uszu pewne dźwięki. Oran stanął jak wryty. Szybko się rozejrzał. Jezioro było niewidoczne i oddalone od duktu. Teraz dopiero zauważył, jak wiele błędów popełnił. Przecież takie rozlewiska są ulubionym terenem łowieckim topielców i nimf wodnych. Nie mając lepszego pomysły, Oran wskoczył na konia. Wtedy zasięg jego wzroku znacznie się poszerzył i zobaczył, że jego prawej, za pasmem trzcin i wydmą stoją trzy inne wierzchowce. Uspokoił się. To tylko ludzie i...
- Na bogów to kobiety – zdusił krzyk radości w gardle.
Jego oczom ukazały się sylwetki kąpiących się beztrosko dwóch młódek. Oran po raz pierwszy przekonał się, że marzenia się spełniają. I choć młodzieniec wzrok miał dobry, to jednak tafla wody skutecznie skrywała kobiece powaby, czym srogo podpadła junakowi. Oran szybko podzielił kobiety na złotowłosą i kruczoczarną. Obydwie pluskały się i cieszyły swym towarzystwem. Oran wychylał się jak mógł, lecz nie mógł dostrzec żadnych szczegółów. W końcu stanął na kulbace i całkowicie absorbując uwagę cudnym widokiem, począł czekać aż kobiety wyjdą z wody i wtedy okażą mu się w całej swej okazałości. Tak zachwycił się swym pomysłem, że znów zapomniał o środkach ostrożności. I kiedy w końcu zaczął się zastanawiać, dlaczego kąpią się dwie niewiasty, a na brzegu czekały trzy wierzchowce, było już za późno.
Gdy coś zmiotło go z konia i wylądował twarzą w wodzie, natychmiast odzyskał rozum. Nie tracąc czasu odbił się od ziemi niczym sprężyna i stanął na równe nogi. Prawą ręką już sięgnął po swój jatagan, z którym nigdy się nie rozstawał. Zamierzał rzucić się na napastnika, gdy nagle jego oczom ukazała się niska, korpulentna i stara kobieta. Stała spokojnie celując w Orana dębowym kijaszkiem. Młodzieniec schował oręż, gdyż wiedział, że siłą nic nie zdziała. Kobieta, wnosząc po szatach była kapłanką.
- Czy jaśnie pani nie mogła poprosić mnie o zejście z konia, a nie od razu ciskać mi w plecy jakimś tam czarem – zaczął butnie Oran
- Zbereźnie podglądałeś dwie adeptki, nie mogłam zareagować inaczej na takiż bezczelny akt lubieżności – nie dała się sprowokować stara kapłanka – i to nie był jakiś tam czar, tylko nieszkodliwa pięść wiatru.
Oran nieznacznie się uśmiechnął:
- Pani pozwoli, że się oddalę, jeśli można.
- Nie można – zaperzyła się kobieta – czy nie wstyd ci, że podglądałeś przyszłe kapłanki, służki i oblubienice bogów. Czy nie masz mi nic do powiedzenia? Nie wyniesiesz żadnych wniosków?
- Hmmmmmm – Oran wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu – mam coś do powiedzenia. Mam też jeden wniosek. Od teraz będę głosił wszem i wobec, że najgrzeczniejsze i najpowabniejsze adeptki służą w.... – tu Oran zawiesił głos.
- No właśnie, z jakimż monastyrem mam przyjemność – spytał.
Tym razem to kapłanka się uśmiechnęła i to o wiele bardziej jadowicie i złośliwie, niż Oran.
- Z chramem Kwitnącej Wiśni.
Orana przeszył dreszcz przerażenia. Zdusił w gardle szpetne przekleństwo.
- Na tyle przyjaznych, spokojnych i przede wszystkim bezbronnych klasztorów, ja musiałem trafić akurat na Kwitnące Wiśnie. Co za chędożony pech.
- Widzę po twej minie, mości młodzieńcze, że doszły cię słuchy o mądrości, sprawiedliwości i potędze naszego chramu.
- A jakże – ukłonił się grzecznie młodzieniec – wasza sława szybsza jest od najżwawszych umyślnych i obiegła już cały kraj.
- W takim razie nie muszę cię specjalnie przekonywać, byś nie stawiał oporu i udał się ze mną – spytała zadowolona z siebie kapłanka.
Oran przypomniał sobie opowieść przyjaciela o jednej z klątw rzuconych przez kapłankę Kwitnącej Wiśni i instynktownie pomacał się po kroczu.
- Nie, nie musisz pani – odrzekł pokornie.
- Wspaniale – kobieta schowała różdżkę – w takim razie proszę za mną mości podglądaczu.
Oran klął pod nosem, biadolił i przeklinał gnuśny los.
- Co mówisz – odwróciła się kobieta?
- Sławię twą wyrozumiałość – odpowiedział bez zastanowienia Oran.
Kapłanka szła dalej, widocznie uwierzywszy słowom młodzieńca.

II

W normalnych warunkach młodzieniec byłby zachwycony tak zacnym i przy okazji powabnym towarzystwem. Świeciło słońce, ptaki śpiewały a powietrze pachniało wrzosem. Jednak teraz nie zważał na tak dogodne warunki do amorów. Trzy kobiety jechały wokół Orana. Czarnowłosa adeptka jechała z przodu, złotowłosa z tyłu, zaś stara kapłanka stąpała obok przymusowego towarzysza.
- Żbiku, ty zdrajco, dlaczego mnie nie ostrzegłeś – rzekł Oran po czym pacnął swego gniadosza w ucho.
- Daj spokój bogu ducha winnemu zwierzęciu – perorowała kobieta – nim się do ciebie zbliżyłam, rzuciłam na niego zaklęcie otępiające. Nie mógł mnie wyczuć.
- No, szelmo masz szczęście - młodzieniec poklepał Żbika po szyi. Ten, mając jeszcze w sercu wcześniejszego szturchańca, nie zareagował na pieszczotę.
- Mości rozpustniku, nie wnikam, co skłoniło cię to zbrodni, którą zhańbiłeś dwie moje podopieczne – zaczęła nagle kapłanka - nie chcę też wiedzieć, czy oczy twe ujrzały widok, który miał być przed męskim okiem zatajony po wsze czasy. Tak czy inaczej powinna cię dosięgnąć kara.
Oran rozglądał się na boki. Zaczął pocić się i denerwować. Wiedział, że nawet jeśli zdoła uciec, co zresztą nie byłoby zbyt trudną procedurą, to gniew kapłanek dosięgnie go tak czy inaczej. Przeciw tak złośliwemu rodzajowi białej magii i takim talentem czarodziejskim, jakim dysponowały wszystkie kapłanki chramu Kwitnącej Wiśni nie śmiał występować. Pozostawało mu iść jedynie na układy i liczyć na swe zdolności krasomówcze.
- W normalnych warunkach właśnie podążalibyśmy do naszego chramu, gdzie spotkałaby cię, mości lubieżniku odpowiednia pokuta. Jednakże czuję się trochę winna, gdyż niepotrzebnie pozwalałam tym dwóm adeptkom na tak mało ostrożne zachowanie, co zaowocowało wystawieniem cię, mości wszeteczniku na pokuszenie. Dlatego mam dla ciebie wspaniałomyślną propozycję.
- Słucham z najwyższą uwagą – Oran dostrzegł szansę na wykręcenie się z odpowiedzialności.
- Możesz zmazać swe przewinienie chwilową służbą chramowi – rzekła kapłanka patrząc w stronę młodego lasu brzozowego, który właśnie mijali.
- A na czym ta chwilowa – tu Oran podkreślił ostatnie słowo – służba miałaby polegać?
Kapłanka nie odpowiedziała. Odwróciła wzrok i przyglądała się mijanym brzozą. Młodzieniec, nie ważąc się na ponaglenie starej kobiety oddał się fantazją. Jego wyobraźnia podsunęła mu myśl, jakież to usługi może chwilowo oddawać samotnym, włóczących się większość czasu po lesie, widzącym mężczyzn jedynie kilka razy do roku młodym i żywiołowym adeptkom. Oblała go chwilowa błogość. Spojrzał na czarnowłosą dziewczynę jadącą z przodu. A właściwie spojrzał na jej figurę. Następnie odwrócił się i spotkał hardy wzrok zielonych, skrzących się oczu, które bardzo ładnie komponowały się ze złotymi włosami. Nie ośmielił się spojrzeć niżej i obiecując, że otaksuje złotowłosą przy innej okazji, znów spojrzał na kapłankę. Myśl o rozkosznych usługach szybko wróciła. Jednak tym razem kobieta nie pozwoliła jej bujnie zakwitnąć.
- Twe zadanie będzie proste. Będziesz towarzyszył jednej z mych adeptek w wypełnianiu jej misji.
- Niegodnym takiego zaufania – zląkł się Oran.
- Godnyś, mości zbereźniku, gdyż od tego zależy twój los. I jestem pewna, że użyjesz całej swej mocy i sprytu, by go poprawić. Bo na chwilę aktualną nawet prawo boskie pozwali mi cię ukarać. Jeśli spiszesz się, zmażesz swe winy. Jeśli zaś zawiedziesz, konsekwencje będą wysoce nieprzyjemne. Dlatego ufam ci, gdyż pomoc nam leży w twym egoistycznym interesie.
- Twa mądrość ustępuje jedynie twej urodzie, o pani – ukłonił się Oran, który nabierał coraz większej estymy to starej kapłanki.
- Widzę, że rozumiemy się we wszystkich płaszczyznach – rzekła kobieta po czym krzyknęła:
- Kina! Binka! Z koni! Czas na popas i naradę.
Dwie młode kobiety zeskoczył z koni i udał się w stronę brzóz. Jęły przygotowywać wierzchowce do odpoczynku. Ponadto zaczęły przyrządzać strawę. Przy tym nie uraczyły Orana ani jednym spojrzeniem, czy to życzliwym, czy to wrogim. Młodzieniec zaczął krzątać się i szukać gałęzi na małe ognisko. Zauważył, że lepiej znosił trudy podróży niż kobiety. Ich kości ogonowe, nieprzywykłe do kulbaki zmuszały niebogi do popasania na stojąco. Oran wyciągnął hubkę i zaczął udawać, że stara się wykrzesać ogień. W rzeczywistości jednak oglądał się za adeptkami, które właśnie zajęta się chwilową rozmową. Były równego wzrostu, jednak na tym kończyły się ich podobieństwa. Czarnowłosa miała ciemniejszą karnację, brązowe oczy i pełne usta. Złotowłosa zaś miała oczy zielone, bladą cerę usianą delikatnie piegami i wąskie usta. Skrzętnie kryjąca kobiece atuty szata chramu pozwalała Oranowi jedynie na dostrzeżenie, że atutem czarnowłosej jest jej biust, zaś złotowłosa mogła pochwalić się nienagannymi nogami i zgrabną pupą.
- Mości podglądaczu – usłyszał nagle głos nad swym uchem.
Młodzieniec tak się wystraszył, że uderzył krzesiwem w swój kciuk.
- Ała, co za... - zmitygował się szybko i miast rzucić kilka przekleństw odpowiedział:
- Słucham, pani?
- Gdy uporasz się z rozpaleniem ognia, upieczemy kilka plastrów mięsa, zaparzymy nasz wywar i zapoznam cię z mym planem. Także proszę o pośpiech w tworzeniu ogniska.
- Ale pani jest kapłanką. Przecież rozpalenie ognia to dla pani jedno machniecie różdżką. Dlaczego nie użyje pani swej mocy – spytał podejrzliwie Oran.
- Używanie magii na każde fanaberie i kaprysy doprowadziłoby świat do zagłady. Magia to nie zabawka ani służebnica. Jeżeli istnieje możliwość wykonania czegoś bez jej pomocy, nie używamy jej. Takie wyręczanie się magią nie tylko może zakłócić jej delikatną harmonię i równowagę, ale także doprowadzą do gnuśnienia i rozleniwiania się ludzi. Dlatego nie rozpalę ognia za ciebie, mości wałkoniu.
- Rozumiem – przełknął kolejną pyszną lekcję kapłanki i zaczął, tym razem naprawdę, pocierać krzesiwo.
Po zjedzeniu chleba, bobu, soczewicy i smażonego mięsa, kapłanka wzięła łyk mleka, po czym zwróciła się do młodzieńca.
- Mości głodomorze – zaczęła.
Oran westchnął i zaczął zastanawiać się iloma jeszcze epitetami uraczy go kapłanka. Ta zaś kontynuowała.
- Będę się streszczać. Jedziemy na coroczną naradę przedstawicieli okolicznych chramów. Ja muszę tam jechać, a Binka i Kina to moje towarzyszki podróży. Jednak przejeżdżając przez wieś... hmmmmm - tu kapłanka się zatrzymała – nie pamiętam jej nazwy, ale to nieistotne. Przejeżdżając przez wieś, dowiedziałam się, że od niedawna jest ona nękana przez jakoweś magiczne stworzenie. Jako, że wieś ta płaci nam pewne składki i że żyjemy z ludnością w pokojowych i partnerskich stosunkach, obiecałam pomoc. Natychmiastową pomoc, gdyż stwór ten jest podobno bardzo niebezpieczny.
Kobieta zrobiła krótką pauzę, po czym kontynuowała:
- Sama nie mogę się z tym problemem uporać, gdyż śpieszno mi w drogę. Adeptek też nie zostawię chłopom na pomoc, gdyż nie godzi się mi samej podróżować.
- Oran zerwał się na równe nogi i z przerażeniem spytał kapłankę:
- Chyba nie wymagacie ode mnie, że stawię czoła jakiejś okolicznej bestii?
- Spokojnie, mości tchórzliwcze – kobieta uspokoiła go ruchem dłoni – moja propozycja brzmi następująco. Jedna adeptka pojedzie ze mną na naradę, a druga zostanie tutaj wraz z tobą i razem macie za zadanie pomóc chłopom.
Młodzieniec usiadł nieco uspokojony i zaczął ponownie słuchać kobiety. Spojrzał jeszcze na obie adeptki. Spodziewał się min świadczących o rozgoryczeniu faktem, że jedną z nich ominie narada i będzie skazana na walkę z magicznym stworzeniem u boku jakiegoś pierwszego lepszego młodzieniaszka. Jakże się zdziwił. Na obu młodziutkich, niewieścich twarzach bezbłędnie rozpoznał ciekawość i niecierpliwość.
- Licz się z tym, że będziesz musiał bezwzględnie wykonywać rozkazy adeptki, której będziesz pomagać. Pamiętaj także, że w twym własnym interesie leży to, bo zadanie zostało wykonane, a adeptka była z ciebie zadowolona.
Młodzieniec pokiwał twierdząco głową.
- Nie muszę ci oczywiście naświetlać, co cię spotka, mości pomagierze, jeśli zadanie nie zostanie wykonane z twej winy, jeśli z premedytacją odmówisz pomocy albo jeśli jakakolwiek zła przygoda spotka moją adeptkę.
- Obejdzie się, pani.
- Dobrze. A więc wszystko jasne. Jeśli wam się uda, możesz iść wolno, twa wina zostanie zmyta. A teraz najważniejsze.
Kapłanka wstała. Wstały także adeptki.
- A więc czas w drogę. Pojedzie ze mną.....
Oran zdziwił się, że czas jego zadania nastał tak szybko. Przyjrzał się dziewczyną. Teraz, gdy patrzała na nie kapłanka, dobrze maskowały swe emocje. Jednak nie aż tak dobrze, by Oran nie rozpoznał w nich napięcie. Młodzieniec także był ciekaw decyzji starej kobiety. Trzymał kciuki i żądał satysfakcji od gnuśnego losu, który od rana tak brutalnie z niego kpi. Pragnął, by została z nim złotowłosa.
- Niech będzie tak – zaczęła kapłanka – Binka, jedziesz ze mną. Kina, ty zostajesz z mości łapserdakiem i uporacie się razem z tym miejscowym problemem.
Teraz Oran nie miał wątpliwości. Czarnowłosa spochmurniała a złotowłosa lekko się uśmiechnęła.
- To dobrze rokuje – ucieszył się w duchu Oran – widać obie chciały bliżej mnie poznać i ze mną zostać. Ha, moja aparycja po raz kolejny mi pomogła. No i zostaje ze mną ta ładniejsza. Wreszcie jakaś uśmiech losu
Pożegnanie nie trwało długo. Stara kapłanka dawała Kinie ostatnie rady i pouczenia, Binka zaś zajmowała się podziałem prowiantu. Nim Oran się obejrzał już został sam na sam z Kiną. Okulbaczyli wierzchowce i ruszyli na południe.

III

Jechali obok się, ale nie zamienili ze sobą ani słowa. Krępujące milczenie przerwał Oran:
- Kino, dokąd zmierzamy? Kapłanka nie pamiętała nazwy miasta, ale po twej minie widzę, że znasz kierunek.
- Dobrze widzisz – odpowiedziała dość życzliwie Kina – lecz nim odpowiem, przedstaw się młodzieńcze. Moje imię nie jest już tajemnicą, a ja wolałabym zwracać się to ciebie zgodnie z wolą twych rodzicieli.
- Jestem Oran – zaśmiał się junak.
- Dobrze – rzekła Kina – a teraz przybliż się nieco, Oranie.
Młodzieniec ochoczo i bez zastanowienia wykonał rozkaz.
Chllllllast.
- Ała, za co?
- Za to, że mnie podglądałeś.
- Prawie spadłem z konia.
- Ciesz się, że tak mało. Gdybym miała pewność, że coś wtedy widziałeś, na tym by się nie skończyło.
- A skąd wiesz, że nic nie widziałem – Oran zaryzykował złośliwość.
- Gdybyś coś widział, to kapłanka nie potraktowałaby cię tak ulgowo. A teraz skończmy temat. Odpowiadając na twe wcześniejsze pytanie, to jedziemy do Dębówek.
Oran przez chwilę pomyślał i skojarzył przerażające fakty.
- Dębówki? Jedziemy do Dębówek? No to mamy przes... znaczy mamy ciężki orzech do zgryzienia.
- Dlaczego tak sądzisz – zainteresowała się Kina.
- Nie słyszałaś nigdy o Dębówkach. Nie doszła do waszych uszu ich sławna legenda.
Kina lekko się zawstydziła:
- No wiesz, w chramie nie zawsze można porozmawiać z podróżnikami. Plotek za dużo o świecie też nie dochodzi. Jedynie te najważniejsze informacje...
- Rozumiem – przerwał jej Oran. To dlatego tak się ucieszyłaś na to zadanie. Czeka cię przygoda z przystojnym młodzieńcem, jego zacne towarzystwo no i kontakt ze światem.
- Chamie – zaperzyła się Kina – ucieszyłam się, to fakt. Ale tylko dlatego, że ominęła mnie narada. Ona jest okropnie nudna i do tego może ciągnąć się przez tydzień. Z dwojga złego już wolałam to zadanie. I wierz mi, to zacne towarzystwo wcale nie jest mi tak miłe, jak sobie imaginujesz.
- A to ci szantrapa – szepnął Oran i zawołał do wierzchowca nienaturalnie głośno:
- Słyszysz Żbiku? Doczekaliśmy się. Każdy nas odtrąca, każdy nami gardzi, nikt nie szanuje.
- Konik wydaje się miły – zaoponowała Kina.
- Szelma – po raz kolejny szepnął Oran.
Wszystkie nadzieje związane ze złotowłosą właśnie opuściły Orana.
- Ale wracając do tematu – kontynuowała Kina – to możesz zrobić mi tą przyjemność i opowiedzieć, jakież to słuchy krążą o owych Dębówkach.
Zachęcony Oran nabrał nieco kontenansu i zaczął żywo opowieść.
- Dębówki to w zasadzie zadu... zapadła wiocha, gdzie każdy wie wszystko o każdym. Tam nigdy nic ciekawego się nie dzieje, i nawet zbóje omijają to miejsce z daleka, gdyż napadać taką hołotę i biedotę to wstyd. Jedyna rzecz, która dostarcza im jakichkolwiek dochodów to właśnie legenda o magicznym stworzeniu, które rzekomo zamieszkuje tamtejszy dębowy las. Podobno stwór to okrutny, pożeracz niewiast, gnębiciel chłopów i utrapienie wszelakiej gadziny domowej. Poluje tylko nocą, oczy mu się w mroku świecą niczym wilkowi, futro ma grube tak, że włócznią go nie ubijesz, a róg ma niczym jednorożec na głowie, którym mord czyni.
- Można wiedzieć, z jakiego źródła masz te informacje – zmarszczyła czoło Kina.
- Mam znajomego maga, który niegdyś badał ten fenomen – pochwalił się Oran.
- Aha – skwitowała zamyślona adeptka.
- Nie mogę być pewien – zaczął Oran – ale widzę, że coś ci chodzi po głowie.
- Bo wiesz, z twojego barwnego opisu wynika, że tam grasuje cieniostwór, który istotnie jest potężnym stworzeniem magicznym, jest aktywny nocą, ma róg i lubi otoczenie magicznej aury, którą w tym wypadku dostarczają mu dęby.
- Dąb jest magicznym drzewem – zainteresował się młodzieniec.
- Oczywiście. Ale mniejsza o to. Nie pasuje mi to zachowanie. Cieniostwór jest łagodny. Nie prowokowany, sam nie zaatakuje nigdy. Nie mówiąc już o pożeraniu ludzi i bydła.
- Ale ci ludzie proszą o pomoc, czyli coś tam się musi dziać. Przecież wioska nie miałaby interesu zaprzątać głowy chramowi Kwitnącej Wiśni, gdyby faktycznie nie potrzebowała pomocy.
- Ciekawe... Zapewne masz rację..
- Może ten cały cieniostwór oszalał i przestał być tak łagodny, jak nakazuje mu jego natura.
Kina spojrzała życzliwie na Orana:
- Dobrze koncypujesz – uśmiechnęła się – oszaleć nie oszalał na pewno, gdyż magiczne zwierzęta nigdy nawet nie wpadają w popłoch, więc o postradaniu zmysłów nie może być mowy. Ale może dzieje się tam coś, co zmusza go da tak dziwnego zachowania. Jakaś potężna magiczna siła...
- Zobaczymy, co powiedzą ludzie w Dębówkach. Wtedy będzie wiadomo coś więcej.
- Racja, ruszajmy – ucieszyła się Kina.
- Widzę, że rada jesteś z zagadki.
- Z zagadki do rozwiązania – tak.
Oran zrobił najpoczciwszą minę, na jaką go było stać.
- A do towarzystwa może z czasem się przekonam – zatrzepotała rzęsami adeptka.
Oran szelmowsko się uśmiechnął.
- A jakie zwierzęta są jeszcze magiczne – umiejętnie skierował temat na coś, co interesuje Kinę, by ta pofolgowała językowi. Oran wiedział, że rozmowa to podstawa znajomości a im więcej ktoś mówi, tym więcej się o nim wie. A im więcej się o kimś wie, tym bardziej ten ktoś staje się łatwiejszą ofiarą do przyszłej manipulacji lub oszustwa.
Junak cierpliwie słuchał o gryfach, jednorożcach, pegazach, smokach i innych zwierzętach nacechowanych magią. Przyglądał się złotowłosej i coraz bardziej cieszył się jej towarzystwem. Życie banity i drobnego rozbójnika nauczyło go doceniać piękno oraz chwilowe przyjemności. Patrzał więc.

IV

- Jak śmiesz – krzyczała Kina i rzucała w Orana patykami i kamieniami.
- Przecież żartowałem, nie zrobiłbym tego. Tylko się z tobą droczę – wołał rozbawiony Oran zręcznie omijając miotane przez Kinę pociski.
- Wolałabym znosić towarzystwo bobołaka niż twoje. W życiu nie będę spała ramię w ramię obok ciebie.
- Przecież wiem. Tak tylko szarmancko proponowałem, bo noce są zimne, a ponadto wiadomo, że kobiety są bojaźliwe i lękliwe.
- Adeptki chramu Kwitnącej Wiśni nie są ani lękliwe ani bojaźliwe – odpowiedziała dziarsko Kina – a noc będzie ciepła, gdyż jest lato a ponadto rozpalimy ognisko.
- To ja pójdę poszukać czegoś na opał – rzekł Oran i zniknął w najbliższej gęstwinie.
Kina wstała i zaczęła przeszukiwać wór w poszukiwaniu prowiantu. Przy okazji głośno myślała.
- Czy mężczyźni naprawdę myślą tylko o jednym. Ehhhhh co za beznadziejna płeć.
- Chyba, że on naprawdę jedynie żartował – zastanowiła się niewiasta – tak szybko zrezygnował z tego pomysłu. Może on faktycznie nie miał złych intencji.
- Pójdę go wyczuć, póki jeszcze jest okazja – postanowiła Kina i ruszyła w stronę gęstwiny.
- Dobrze, bardzo dobrze – myślał Oran – jest cnotliwa i szanuje się. Radość z obcowania z nią oraz zdobywania będzie niebagatelna. Zapewne nie mam na co liczyć, ale w tej sytuacji nawet całus na pożegnanie będzie wielkim sukcesem.
- HAA – Oran po okrzyku bojowym przyjął waleczną postawę i oddał się marzeniom:
- HOO... zapewne będę pierwszym, któremu uda się skraść jej buziaka – rzekł podnosząc z ziemi długi badyl.
- HUU... a nuż mi się uda – dodał, wywijając kijem niczym dwuręcznym mieczem.
Nagle cienki głos sprowadził go na ziemię:
- Co ty tam robisz?
- Eeeeee – zakłopotał się Oran, mając świadomość, jak bardzo się wygłupił – widziałem tam dzika i chciałem go przepłoszyć.
- Dlaczego, przecież nic by nam nie zrobił – pytając adeptka uroczo wydęła usta.
- Tak, ale powszechnie wiadomym jest, że dzik ma to do siebie, że płoszy inną zwierzynę – odparł bez cienie zawahania Oran – na przykład zające.
- A po co ci tu zając, głuptasie – zdziwiła się Kina.
- Nooo, upoluję go na kolację.
- Po co, przecież mamy dość jedzenia. Jego śmierć byłaby bezsensowna. Poza tym rano będziemy już w Dębówkach i tam będzie sposobność do najedzenia się do syta.
- Jak zwykle masz rację.
Kina zapomniała, w jakim celu poszła za Oranem i zaczęła inny temat:
- Umiesz polować?
- Jestem łowczym – zełgał Oran.
- No tak, łowczy słyną z niskiej bystrości. Pomogę ci z tym chrustem.
- Co za szuja – sapnął Oran i wziął się za zbieranie drewna.
Po skromnej wieczerzy obaj przybliżyli się do małego ognia. Kina oparła się o ściągniętą z wierzchowca kulbakę i przykryła się płaszczem aż po brodę. Oran dojadał jeszcze jabłko, którym nie omieszkał podzielić się swym koniem. Kinę wyraźnie to obrzydziło, ale i rozbawiło.
- Jesz razem z nim? Pewnie długo już go dosiadasz.
- Kogo? Żbika? Znam tego hultaja od źrebięcia – uśmiechnął się Oran i poklepał konia po boku – jest jedynym stworzeniem, które zna mnie tak długo i jeszcze mnie nie opuścił, ani się na mnie nie obraził, ani nawet nie zwyzywał.
- Musi być bardzo cierpliwy. Ja już raz dziś dałam upust emocjom. Widać nie umywam się do niego.
- Eeee tam, aparycją prześcigasz Żbika, ale charakterkiem, to faktycznie trochę gorzej.
- Mogłeś chociaż udawać, że tak nie myślisz – prychnęła Kina.
- Nie mógłbym ot tak skłamać – oburzył się Oran – ze wszystkich cnót najwyżej cenię prawdę. Kłamstwem to ja się po prostu brzydzę – uderzył się w pierś młodzieniec.
- Dobrze wiedzieć. Wiesz, to jest akurat miłe. Masz swojego konia na własność, dbasz o niego, pielęgnujesz.
- A wy tam w chramie nie macie wierzchowców – spytał naiwnie Oran – przecież nie przyjechałaś tu na świni.
- Tak, mamy. Opiekuję się końmi w chramie, ale to nie to samo. To są wspólne konie, co jakiś czas ich nie ma, to znów wracają. Nie są przywiązane do nikogo. Twój Ryś to co innego. On na pewno nie pozwoli ujeżdżać się nikomu oprócz ciebie.
- Żbik. On nazywa się Żbik, a nie Ryś – oburzył się Oran – i to prawda, ujeżdżać mogę go tylko ja. Ma innych strasznie się boczy.
Żbik machnął grzywą na znak, że zgadza się z przedmówcą.
- Jako łowczy pewnie się z nim nie rozstajesz.
- Racja.
- Opowiesz mi o tym, jak wygląda życie łowczego?
- Dobrze, ale pod warunkiem, że ty opowiesz mi potem, jak wygląda życie adeptki.
- Ale tu nie ma o czym mówić. To nic specjalnego – spuściła oczy Kina.
- Dla ciebie, bo to twój fach. Dla mnie nie ma nic ciekawego w byciu łowczym.
- Po raz drugi dziś masz rację, Oranie – ożyła adeptka – dobrze, więc słucham cię.
Oran ucieszył się z nawiązanej rozmowy. Miał szczęście. Życie łowczego nie różniło się zanadto od życia włóczęgi, z tą różnicą, że wagabunda żył poza prawem, a łowczy składał raporty u suwerenów. I nie napadał ludzi, co banicie Oranowi się zdarzyło.
I tak para nie znających się ludzi, których los niespodziewanie skrzyżował ścieżki życia, rozmawiała ze sobą jak dobrzy znajomi. Rozmawiali długo. Zmęczenie zmogło ich dopiero późną nocą. Zasnęli, pogrążeni w swych własnych myślach.
Kina przyzwyczajona do rygorystycznego stylu życia, mimo nie dospania, wstała już o wschodzie słońca. Okulbaczyła i napoiła konie oraz zaczęła budzić Orana, który, przyzwyczajony do swobodnego wyboru godziny pobudki, stawiał zaciekły opór.
- Wstawaj śpiochu. Dębówki niedaleko. Czeka nas zadanie do wykonania. Wstawaj mówię – trąciła go nogą.
- Jeszcze chwilka – bąknął Oran – proszę.
- Nie śpij – nie przestała szturchać młodzieńca Kina. Nic to jednak nie pomogło. Mimo kuksańców Oran znów zapadł w drzemkę. Bądź takową udawał. Kina w swej przebiegłości posunęła się do fortelu.
- Ooooo, chyba w nocy coś pokąsało mnie po nogach. A właściwie udach. Jejku co to może być? Widziałeś kiedyś coś podobnego Oranie?
- Pokaż, gdzie, co – od razu stanął na równe nogi i starł z twarzy resztkę snu.
- Psińco! Ruszamy w drogę – stłumiła śmiech Kina.
- Ale... uda... - Oran jeszcze nie mógł uwierzyć, że dał się podejść w tak dziecinny sposób.
- Oczywiście, że nam się uda – uśmiechnęła się adeptka – cieszy mnie twoje pozytywne myślenie.
Młodzieńcowi już nawet odechciało zamruczeć pod nosem „szelma", „szuja" bądź „szantrapa". Po prostu wymownie westchnął.
Do Dębówek wjechali wczesnym rankiem. Wioska ta była istotnie niewielka, jednak nie tak zacofana jak nakreślał to wcześniej Oran. Powitał ich typowy dla wiejskiego krajobrazu orszak, w którego skład wchodziło stado kur i ujadający, bezpański pies. Oran nieco się ożywił:
- Kina, poczekaj, rzucę pieskowi kawałek kiełbaski.
- Po co, przecież ta bestia ujada na ciebie. Robi hałas a ponadto śmierdzi – odpowiedziała złośliwie dziewczyna.
Młodzieniec ze zdziwieniem spojrzał na adeptkę i odparł:
- Przestań, co ty taka okrutna. Zobacz jaki jest ładny. A jak śmiesznie je.
- Daj spokój. Zostaw tego pchlarza i jedźmy dalej.
- Co cię ugryzło – zaciekawił się Oran.
- Nic – warknęła Kina – po prostu nie lubię psów.
- Nie lubisz piesków – zdziwił się młodzieniec.
- Tak, nie lubię. A teraz skończ temat i powiedz mi, gdzie tu jest jakaś czysta tawerna.
- A po co ci to wiedzieć?
- Przed spotkaniem z sołtysem muszę się wykąpać – oznajmiła Kina.
- Przecież kąpałaś się wczoraj, sam widziałem – zdziwił się Oran – a poza tym to strata czasu.
Spojrzenie Kiny, którym omiotła młodzieńca przekonało go, że w tej materii już bardziej pogrążyć się nie może.
- W takim razie pójdziemy do karczmy Pod Cycem. Znam tamtejszego gospodarza i wiem, że bez problemu zorganizuje on dla ciebie jakąś balię z ciepłą wodą oraz świńskim łojem. Ja w tym czasie przekąszę co nieco.
- Trzy kwestie, mój drogi Oranie. Po pierwsze, dlaczego tak karczma ma tak urągającą dla kobiet nazwę. Po drugie, po co mi świński łój. Brzydzę się tego paskudztwa. Po trzecie, to kiedy ja będę zażywać kąpieli, ty nie będziesz śniadał, tylko stał na warcie, by nikt nie przeszkadzał mi w owej czynności.
- Co do pierwszego – zaczął odpowiadać Oran – to nie mam pojęcia, ale dla mnie cyc jest rzeczą piękną i nie widzę w nim nic uwłaczającego kobiecości. Co do drugiego to świński łój jest najlepszym środkiem czyszczącym. A co do trzeciego, to zgoda, ale pod warunkiem, że będę pełnił wartę tuż obok twej balii.
Kina odpowiedziała natychmiastowo:
- Wracając do pierwszego, jesteś świnia. Wracając do drugiego, ja myje się mydłem a świński łój zostawię świni, czyli tobie. Wracając do trzeciego, jesteś sprośna świnia.
- Cenię u kobiet szczerość – odpowiedział rubasznie Oran.
- Milcz i prowadź do tej oberży – ucięła Kina.
Stało się tak, jak rzekła Kina. Adeptka odświeżyła się, podczas gdy Oran stał przed jej drzwiami na czatach. Następnie razem zjedli śniadanie i ucięli sobie pogawędkę z oberżystą, który okazał się grzecznym i wdzięcznym rozmówcą. Zadowolenie Kiny kazało jej zapomnieć o frywolnej nazwie karczmy i dziewczyna znów wpadła w dobry humor. Po skończonym popasie Oran zaczął nieśmiało.
- Eeeeee, wiesz co, ja nie pójdę z tobą do sołtysa. Ja się nie znam na dyplomacji, wygadany także nie jestem. Wystarczy, jak porozmawiasz z nim w cztery oczy. On ci nakreśli sytuację. Ja tam niepotrzebny.
- A gdzie cię tak ciągnie – indagowała Kina.
- Nigdzie, pójdę w tym czasie do balwierza. Sama przyznasz, że przydadzą mi się jego usługi.
- Racja. No dobrzej, jak uważasz. Odprowadź mnie tylko do ratusza, bo ja tej wioski nie znam. I czekaj na mnie pod ratuszem jak już skończysz. Zrozumiałeś?
- Na całej płaszczyźnie.
Oran odstawił adeptkę pod ratusz, a sam ruszył do swojego drugiego znajomego. Balwierz, który akurat zajmował się dłubaniem w nosie ucieszył się na widok młodzieńca.
- Witaj Oran – zawołał, strzelając ulepioną kulką w stronę śpiącego na ganku kocura – siadaj, siadaj, zaraz wezmę się do roboty.
- Jak tam sprawy w wiosce – zagadał Oran poddając się jednocześnie mydleniu i goleniu –podobno macie tu jakieś problemy.
- Problemy to możesz mieć ty jak cię sołtys dorwie.
- On jeszcze ma w pamięci ten drobny incydent?
- Drobny incydent? Oran, to jest jego jedyna córka.
- W sumie racja. Nic to, na szczęście długo tu nie zabawię. Bo wyimaginuj sobie, że to ja jestem rozwiązaniem waszego problemu z tym stworzeniem, które was nawiedza ostatnimi czasy.
- Znów siedzisz w tym po uszy – zaśmiał się balwierz – nie wnikam, ale przyjmij moje wyrazy szacunku. Jesteś jedyną osobą, którą utożsamiam z problemami. Gdzie problem – tam Oran. Nawet w takiej dziurze jak Dębówki. Gratuluję.
- Dzięki. A teraz ułatw mi zadanie i szepnij, co tam chłopi mówią o tym stworzeniu.
- Nic nie mówią. Mało wiadomo na ten temat – rozgadał się balwierz, ale ani na chwilę nie zapomniał o goleniu klienta – podobno kto wyjdzie wieczorem do lasu, czy to na łowy, czy to na grzyby, czy tam na wycinkę drewna, czy to na spacer, czy to z dziewuchą się gzić, czy choćby się wysikać – to już nie wraca. Każdy podejrzewa tego stwora, co to już od wieków tu grasuje. Tylko coś magicznego może być tak zwinne i bystre, aby nie zostawić śladów, ludzi pożerać w całości i nie dać się ubić.
- Ale dlaczego akurat teraz to coś atakuje, jeśli przez całe wieki siedziało cicho?
- I właśnie o to pytaliśmy dwa dni temu kapłankę chramu Kwitnącej Wiśni. Obiecała ona...
- Daruj sobie, tą część historii znam.
- A więc nic nowego ci nie powiem. Tak czy siak, ktoś musi coś z tym zrobić, gdyż las jest naszym głównym żywicielem.
- Czegoś tu nie rozumiem – zamyśli się junak – skoro stwór napada nocą, to dlaczego nie znajdziecie go za dnia.
- Zastanów się – odparł balwierz – tu mieszkają prości ludzie. W lesie czyha potwór. Oznacza to, że do lasu nie ma wstępu. Czy to za dnia, czy w nocy. To bez różnicy, ryzyko istnieje zawsze, a życie jest miłe każdemu.
- Dzięki ci. Widzę, że nie pójdzie mi tak łatwo, jak myślałem.
- Aha, jeszcze jedno. Twoja stara hanza gdzieś tu się kręci. Lepiej dla ciebie, jeśli jeszcze będą cię pamiętać.
- Dzięki, stary przyjacielu. Jak zawsze zasłużyłeś na swoją dolę. I dzięki za ogolenie – rzekł Oran rzucając na stół skromny mieszek. Swoją drogą ostatni z jego zasobów.
- Zawsze do usług – odrzekł balwierz i schował kaletę za pazuchę.
Oran z wielkim niepokojem zajął miejsce w pobliżu ratusza. Niecierpliwie wyczekiwał Kiny, licząc na to, że nie spotka nikogo, kto mógłby donieść sołtysowi, iż pojawił się w Dębówkach. Po chwili na gmachu pojawiły się dwie postaci. Sołtys i Kina. Na szczęście mężczyzna szybko zostawił dziewczynę samą i znikł w ratuszu. Oran szybko doszedł do Kiny i wziąwszy ją pod łokieć zaczął prowadzić w bezpieczne, oczywiście dla samego Orana, miejsce. Adeptka nie omieszkała spytać skąd ten pośpiech.
- Bo wiesz – zaczął młodzieniec – jestem ciekaw, czego się dowiedziałaś, a tak na ulicy nie wypada rozprawiać o rzeczach wielkiej wagi. O suchym pysku tym bardziej.
- Więc idziemy znów Pod Kobiece Wdzięki – spytała Kina, celowo zmieniając nazwę tawerny.
- Tak, tak – odparł Oran – tam ustalimy nasz plan działania.
Siedzieli w kącie karczmy i patrzeli każdy na swój kufel. Tawerna powoli zaczęła się zapełniać stałymi bywalcami i syn oberżysty nie miał już czasu podlizywać się adeptce, która wyraźnie wpadła mu w oko. Kina ślęczała nad sokiem marchewkowym, Oran zaś popijał napój chmielowy. Młodzieniec zaczął w końcu rozmowę:
- I czego się dowiedziałaś?
- Niczego konkretnego. Tylko tyle, że ludzie zaczęli ginąć w lesie. I usłyszałam opis podejrzewanej bestii. Podobno stwór to okrutny, pożeracz niewiast, gnębiciel chłopów i utrapienie gadziny. Poluje tylko nocą, oczy mu się w mroku świecą niczym wilkowi, futro ma grube tak, że włócznią go nie ubijesz, a róg ma niczym jednorożec na głowie, którym mord czyni – wyrecytowała Kina i spojrzała podejrzliwie na junaka – gdzieś już to słyszałam. Czy to nie słowa twojego znajomego maga?
- Eeeeee, no widać mag był i tu. Gaduła z niego nieprzeciętna.
- Hmmmmm – adeptka spoglądała podejrzliwie na Orana. Ten szybko to wyczuł i zmienił temat:
- To co robimy? Masz jakiś pomysł? Jakiś plan działania?
- Mój plan działania, jak to określiłeś jest piękny w swej prostocie. Pójdziemy na noc do lasu. Jeśli bestią, którą tam spotkamy okaże się cieniostwór, to nic nam nie grozi.
- A jeśli spotkamy tam coś innego – zaniepokoił się Oran.
- Wtedy ja użyję swojego talentu magicznego a ty twego jatagana.
Młodzieniec głośno przełknął ślinę. Nie podobał mu się ten pomysł, ale nie komentował go. Zadał zgoła inne pytanie:
- Czyli planujesz spędzić tę noc w kniei?
- Nie inaczej. Wyruszymy popołudniu. Do tego czasu ja oddam się teraz przyjemnością, a po posiłku radzę ci zażyć nieco snu, gdyż noc może się okazać bezsenna.
- Wole bezsenną noc, niż ostatnią noc.
- Pesymista – podsumowała Kina.
- A cóż to za przyjemności masz na myśli, którym masz zamiar się teraz oddać – zaciekawił się Oran - porżniemy w karty? Zapalimy fajkę z tytoniem miodowym? A może każę karczmarzowi przynieść karafkę gorzałki i ...
- Grubiański barbarzyńco, czy naprawdę twój wachlarz rozrywek jest wachlarzem trywialności, chamstwa i zacofania – przerwała poruszona Kina.
- Myślałem... myślałem że... - speszył się Oran.
- Źle myślałeś – nie pozwoliła dokończyć mu Kina – ja idę do pokoju oddać się lekturze.
- Po co ci książka?
- Pomoże mi ona zrozumieć sens magii, jej istnienia i w ogóle poszerzy światopogląd i wiedzę ogólną, gdyż trzeba się rozwijać cały czas. A jak ktoś się nie rozwija to się cofa – skonstatowała adeptka.
Oran zapomniał języka w gębie. Zdarzało mu się to nie zwykle rzadko. Rzadko również czuł się jak idiota. Teraz jednak tak się poczuł i wcale go to nie cieszyło. Kina wstała i faktycznie poszła do wynajętego alkierza. Młodzieniec odprowadził jej pupę wzrokiem, a gdy znikła mu z oczy zamówił kolejny kufel.

V

Kina położyła się na skrzypiącym łożu i zaczęła kontemplować jedyną książkę, którą zdołała ze sobą przywieźć. Wzięła ją na myśl o nudnej naradzie, której uniknęła. Lektura mogła oddać jej tam nieocenione usługi.
- Biedna Binka – pomyślała Kina – pewnie cierpi teraz katusze. Musi siedzieć i słuchać tego marudzenia. Jakbym była z nią, to chociaż byśmy poplotkowały, a tak to została tam sama. Biedaczysko.
Kina jeszcze przez chwilę powspierała mentalnie swą przyjaciółkę, po czym bez reszty wtopiła się w lekturę. Czytała księgę słynnego Białego Czarodzieja, który swą mocą i talentem magicznym uczynił wiele dobrego, czym okrutnie Kinie imponował. Jego mądrość życiowa połączona z niesamowitymi umiejętnościami pozwalały adeptce wierzyć, że nie wszyscy przedstawiciele gatunku męskiego są utrapieniem dla współczesnego świata. Mimo ich ogólnej megalomanii, pychy, toporności, obłudy i najzwyklejszego kurestwa zdarzają się kryształy w masie magmy. Czytała więc dzieło wielkiego maga i pochłaniała jego mądrości, których nie powstydziłby się niejeden mędrzec i mentor ludu.
- Kto zaczyna kochać, ten powinien być gotowy na przyjęcie cierpienia - Kina przeczytała na głos tytuł i myśl przewodnią nowego działu i po raz kolejny wpadła w zachwyt. Zaczęła z ciekawością pochłaniać kolejne strony.
Oran także pochłaniał. Wchłonął właśnie piąty kufel i wstając, a właściwie próbując wstać, poczuł, że już więcej nie powinien pić. Zaczął zastanawiać się, jak będzie reakcja Kiny. Przestraszył się, iż ta w gniewie może kazać mu iść precz, co mogło przynieść różne nieprzyjemne konsekwencje. Odbijając się od framug, wyszedł z karczmy i udał się w okolice jej tyłów, gdzie zwykło się załatwiać lekkie potrzeby. Zastanawiał się, jak ukryć swój stan przed adeptką.
- Najprostsze rozwiązania są najlepsze – zabełkotał sam do siebie, strzepując z przyrodzenia ostatnie krople moczu – po prostu do popołudnia będę ją omijał. Zjem u balwierza, a kiedy ona zejdzie na posiłek, ja udam się do alkierza. Jak prześpię się i najem to mi przejdzie.
Zadowolony z swego planu, Oran chwiejnym krokiem udał się do swego znajomego balwierza.
- Achhhhh – Kina zamknęła inkunabuł, przeciągnęła się i przez chwilę jeszcze rozważała przeczytane przed momentem słowa. Następnie zaszła niżej, do karczmy. Panował tu półmrok i minęła chwilka, nim zmęczone czytaniem oczy adeptki przyzwyczaiły się do panującej ciemności. W tawernie było całkiem sporo ludzi, lecz Kina nie znalazła swego towarzysza. Spytała o niego oberżystę, lecz ten, zagoniony i zapracowany odpowiedział jej lapidarnie, iż nie wie, gdzie mógł się podziać Oran. Lekko zmartwiona Kina zajrzała jeszcze do stajni, lecz tam również nie znalazła swego pomocnika. Dziewczyna nie spanikowała i wierząc w to, iż Oran nie zdezerterował, udała się do tawerny i zamówiła skromny obiad.
- Ciekawe, gdzie ten hałaburda obrażalski się włóczy – myślała, krusząc chleb oraz powoli delektując się swojskim żurkiem.
Po pewnym czasie ujrzała go. Oran wpadł do oberży, na nikogo się nie obejrzał tylko od razu ruszył do alkierza. Kina chciała przywołać go ruchem ręki, ale nie zdążyła.
- Może rozeźlił się na mój wcześniejszy atak – strapiła się niewiasta – może faktycznie zbyt okrutnie go potraktowałam. Nie powinnam winić go, że przyzwyczaił się do takiego a nie innego stylu życia. Może powinnam być co do niego bardziej wyrozumiała. W końcu to tylko mężczyzna.
Poczciwa Kina postanowiła porozmawiać z Oranem. Po skończonym posiłku wstała i udała się do wynajętej komnaty. Poczuła lekki zawód, gdy okazało się, że młodzieniec już zasnął.
- Widać wziął sobie do serca moją radę – wzruszyła się adeptka – a jeśli on wszystkie moje słowa bierze do siebie. Nie wygląda na takiego, ale pozory mylą.
Kina usiadła na krześle i obserwowała śpiącą postać.
- Nie znam go, co nie usprawiedliwia mnie od tego, by nie być dla niego choć w najmniejszym stopniu tolerancyjną. Nie jest znów taki najgorszy.
Dziewczyna przyjrzała się facjacie i posturze Orana.
- Jak śpi i tak głupkowato się nie uśmiecha, to twarz ma całkiem przyjemną. Nawet trochę słodką. Ciekawe co mu się śni?
Kina po chwili się opamiętała.
- O czym ja myślę. Gdyby tak słyszała mnie Binka, albo co gorsza, kapłanka chramu. Nie ma co, idę też się przespać.
Dopiero teraz adeptka zorientowała się, że wynajętym przez nich alkierzu stoi tylko jedno łoże. A aktualnie jest ono zajęte przez Orana.
- No pięknie – zmarszczyła brwi kobieta.
Nie miała jednak sumienia budzić młodzieńca, więc przykryła go kocem, sama zaś ułożyła prowizoryczną leżankę z trzech znajdujących się u pokoju krzeseł. Ułożywszy na nich drugi koc oraz miękki jasiek, spoczęła zadowolona z swej zaradności a zarazem dobroci.
- W chramie mamy podobne warunki – szepnęła sama do siebie i postarała się zasnąć. Nieprzespana część nocy, wczesna pobudka oraz jeszcze trawiąca się w żołądku ciepła zupa przyczyniły się do tego, iż Kina szybko oddała się sennym marzeniom.

VI

Tym razem to Oran obudził Kinę. Nie zrobił tego za szybko, gdyż najpierw przyjrzał się każdemu calowi twarzy adeptki. Złapał się na tym, że zachwycał się każdym jej piegiem, każdą mimiczną zmarszczką, każdą rysą twarzy. Dopiero, gdy dziewczyna zakryła facjatę rękawem, Oran postanowił udać się do stajni. Okulbaczył konie oraz przygotował prowiant i broń. Przemył także twarz, by ostatecznie pozbyć się alkoholowego zmęczenia. Gdy wrócił do alkierza, zaczął delikatnie budzić dziewczynę, choć na myśl przychodziło mu sto facecji i krotochwili, którymi mógłby uraczyć bezbronną, śpiącą niewiastę.
- Dlaczego nie zrzuciłaś mnie z łóżka i nie położyłaś się na nim – zaczął od wyrzutów, gdy tylko nieboga otwarła oczy – kto to widział, żeby mężczyzna spał wygodnie, a kobieta się męczyła na krzesłach.
- Taki z ciebie mężczyzna – odpowiedziała złośliwością Kina.
- To mogłaś się chociaż położyć obok – zasugerował.
- Nawet na to nie licz – wstała Kina i ziewnęła, wplatając weń komendę – czas ruszać.
- Wszystko już gotowe, możemy ruszać choćby teraz – pochwalił się Oran.
- Świetnie – Kina nagrodziła jego starania jednym ze swych wdzięczniejszych uśmiechów – jeszcze tylko się umyję i wyruszymy.
- Ale... - Oran chciał skomentować, jednak wolał się nie narażać.
- Wiem, co chcesz powiedzieć – rzekła Kina – umyję tylko twarz i dłonie, nie będziesz musiał stać na warcie.
Młodzieniec odsapnął.
Wyruszyli wczesnym wieczorem, a że dni były bardzo długie, ciemność jeszcze nie spowiła lasu, do którego odważnie się zbliżali. Poruszali się głównym duktem, rezygnując na razie z leśnych ścieżynek, prowadzących w dzikie knieje. Zapominając o wcześniejszej utarczce Oran bez krępacji zagadywał Kinę:
- A masz jakiś plan? Co masz zamiar zrobić, jak spotkamy tego stwora? Zabić? Obezwładnić? Porwać i przetransportować do chramu?
- Przede wszystkim nie zamierzam robić niczego pochopnie i bez pomyślunku
– adeptka wyprostowała się na siodle i dumnie skierowała wzrok przed siebie - w tej chwili jedziemy na zwiad. Rozpoznać teren i sytuację. Zebrać elementarne informacje, na podstawie których będzie można podejmować dalsze decyzje. Bo jak zapewne ci wiadomo, rozum, wiedza i poznanie to najprostsze i najbezpieczniejsze drogi do...
Oran przestał słuchać i skupił uwagę na biuście Kiny. Koń stąpał a piersi falowały, kiedy zaś koń trafił podkową na nierówność, piersi wręcz podskakiwały. Młodzieniec, zachowując pozory, co jakiś czas kiwał głową i potakiwał, by dziewczyna niczego nie podejrzewała.
- Spójrz – Kina urwała tyradę i wskazała placem przed siebie – ktoś tam idzie.
Po chwili dodała
- Patrz, w lesie też siedzieli jacyś ludzie.
Oran przeklął w duchu swą lubieżność, przez którą nie zauważył zbliżającego się zagrożenia. Szybko do przekleństwa dorzucił kolejny epitet, gdyż wiedział, co ci ludzie tu robią. Mało tego, wiedział nawet, co to za jedni. Wiedział, co ich może spotkać i wiedział, że obcy wiedzą o nim za dużo. Znał ich. I mimo swej wszechwiedzy, Oran nie wiedział, jak wybrnąć z opresji.
Mężczyzna zbliżający się do nich od frontu był słusznych rozmiarów. Wyglądał jak władca lasu. Ogorzały, potężny, przysadzisty, czarnowłosy, czarnobrody i czarnooki. A oczy te posiadały sprytnie błyskały, dające dowód obecności myśli, które nie zawsze idą w parze z fechtunkiem, którym się owy mężczyzna trudnił. Ludzie dosłownie w sile pięciu chłopa, wylali się z lasu i otoczyli dwóch jeźdźców. Konie zachrapały ze zdenerwowania, jednak dały się uspokoić. Nawet średnio wprawny obserwator zauważyłby, że stosunek leśnych ludzi do jeźdźców jest w najlepszym wypadku neutralny. Przywódca szajki zagrzmiał, gdy tylko doszedł do pary:
- Wszystkie dobre duchy chwalą swego pana – przywitał się.
- I my także – odpowiedziała Kina.
- Nie będę owijał w bawełnę i nie będę mydlił wam oczu, wielmożnie wędrowcy. W skrócie to macie prze...
- Oran – zaryczał nagle dryblas, gdy tylko przeniósł uwagę z Kiny i jej powabów na młodzieńca – niech mnie dybuk ściśnie. Myślałem, że po tym co ci ostatnio... ekhem... powiedziałem to zadbasz o to, byśmy się nie spotkali za szybko. A tu proszę, nie mija nawet księżyc, a ty już na nas wpadasz.
- Postarałem się zbyt słabo, racja – przyznał Oran – to więcej się nie powtórzy.
- To jest jasne, że się nie powtórzy – uśmiechnął się złośliwie wielkolud i swój bystry wzrok znów skierował na Kinę.
- Udała ci się nowa towarzyszka – rzekł po chwili, a reszta konfraterni zarechotała – wcale grzeczna dziewoja. Ciekawe, co kieruję nią i jaki ma cel, który nakazuje jej zadawanie się z takim pchlim synem jak ty.
Oran zignorował inwektywę i pospieszył z odpowiedzią. Nie zauważył, jak twarz Kina nabiera czerwonego koloru.
- Jedziemy do świątyni Leśnego Runa, złożyć hołd tegorocznemu urodzajowi, dzięki któremu rodzina moja i mej przyjaciółki przetrwała ciężki okres zimy. Nijak inaczej ukazać nam swą wdzięczność bogom.
- Oran, jak cię lubię tak ci powiem – ryknął śmiechem herszt – co ty pierdzielisz?
Kina nie wytrzymała:
- Nie wiem, jakie stosunki was łączą i jaka jest wasza historia, drodzy panowie, ale to wcale nie daje wam prawa do przeklinania, kłamstw i sprośnego zachowania – mówiąc ostatnie dwa słowa adeptka groźnie błysnęła oczami. Dryblas na chwilę spuścił wzrok z jej bioder i łydek, będących na kulbace wielce atrakcyjnym widokiem. Ta zaś kontynuowała:
- Jedziemy w las, w matecznik. Ja, adeptka chramu Kwitnącej Wiśni mam za zadanie rozwiązać przypadki dziwnych ataków na pobliską ludność. Oran zaś, po części z swej dobroci zgodził mi się pomóc, a to oznacza, że obaj jesteśmy pod protekcją chramu. Jeśli i wy chcecie wkupić się w jego łaski i zaskarbić sobie naszą przyjaźń, możecie nam pomóc w wyprawie. Jeśli zaś nie macie ochoty, proszę o nie przeszkadzanie nam w zadaniu i nie zabawianie nas rozmową, gdyż nie mamy na to czasu. Wszak już się ściemnia, a mnie i Orana czeka jeszcze dużo pracy.
Wielkolud zamilkł. Jego twarz podążyła się w zamyśleniu, a oczy skakały to na Kinę, to na Orana, to na biust Kiny, to na Orana. Trwało to na tyle długo, że otaczający jeźdźców ludzie, dotychczas spokojni, poważni i cierpliwi zaczęli szemrać między sobą, trącać się łokciami i łypiąc groźnie na wierzchowce, które zapewne ulżyłyby im w noszeniu manatek, których nawiasem mówiąc mieli sporo. Niezręczną ciszę przerwał w końcu przywódca bandy:
- Nie szukam względów u chramu, ale nie szukam też z nim zwady – rzekł pokornie - stosunki neutralne w zupełności mnie satysfakcjonują i kontent będę, jeśli tak zostanie. Dlatego dłużej nie przeszkadzamy.
- Dalej kamraci – ryknął do hanzy – komu w drogę temu w czas. Maszerujemy dalej.
- A wam życzę powodzenia – zwrócił się znów do jeźdźców i ruszył w stronę miasta – niech wam bogowie życzliwi będą.
- Jako i tobie – odparła Kina.
Mijając parę drab puścił jeszcze oczko, ale nijak poznać było, czy to do Kiny, czy Orana. Po kilku minutach ludzie rozpłynęli się w taki sam sposób, jak się pojawili.

VII

- Oranie, mam do ciebie kilka pytań – zaczęła Kina, gdy już zagłębili się w lesie.
Milczący dotąd Oran domyślał się, o co spyta Kina. Wiedział też, co jej powie.
- Skąd znałeś tych zbójów?
- A skąd wiesz, że to byli zbójcy?
- Niegrzecznie jest odpowiadać pytaniem na pytanie – Kina była wyraźnie rozdrażniona – ale dobrze, odpowiem. Zachowywali się jak pospolite łotrzyki i zapewne, gdyby nie to, że należę do znacznego chramu, potraktowaliby nas jak przeciętne łotrzyki traktują przeciętnych podróżnych.
Oran nie był do końca pewien, czy Kina ma rację. Wiedział, do czego zdolna była ta hanza i wiedział, że jeśli tylko Limak, bo tak w rzeczywistości nazywał się dryblas, miałby ochotę na rabunek, hulankę czy inne wykroczenie, to nie przeszkodzi mu w tym nic. Żadna protekcja, żadna zasada etyczna, żadne prawo ani żadna prośba. Dalsze zastanawianie się nad tym było niemożliwe, gdyż Kina nie dawała o sobie zapomnieć:
- Słucham, Oranie. Nie masz mi nic do powiedzenia?
- To była banda łowczych, moich dawnych kolegów po fachu.
- Łowczych? Chyba kpisz ze mnie, a ja bardzo tego nie lubię – zdenerwowała się nie na żarty adeptka – uważasz, że je nie umiem rozróżnić łowczego od rzezimieszka? Myślisz, że jestem na tyle głupia?
- W żadnej mierze nie brak ci rozumu – odpowiedział Oran – jedynie doświadczenia. A doświadczenie powiedziałoby ci, że tak właśnie wyglądają dzisiejsi łowczy.
- Jak to – rzekła Kina i rzuciła na Orana pełne złości spojrzenie – wytłumacz mi w takim razie o doświadczony mentorze Oranie, dlaczego tak dzisiaj wyglądają łowczy?
- Zastanów się, proszę. I wyobraź sobie, że większość życia spędzasz samotnie w lesie. Przechadzasz się od kniei do kniei, tropisz zwierzynę, polujesz, śpisz na odludziu. I tak w kółko przez większą część roku. Kiedy zaś spieniężysz upolowaną zwierzynę, gotówki masz na tyle dużo, że nie udasz jej w ciągu jednego dnia, ba, nawet w ciągu miesiąca jest to trudne. Trzymasz ją zatem przy sobie i wydajesz jedynie wtedy, gdy zawitasz do miasta, a to łowczym nie zdarza się często. I wyobraź sobie, że mając przy sobie tyle pieniędzy, napada cię łupieżca, których w lasach jest teraz bardzo wielu. Sama wiesz, jak niebezpieczne stały się ostatnimi czasu wszystkie leśne dukty. Nawet w mieście nie można już być bezpieczny, ale mniejsza o to.
- Napada cię taki zbój – kontynuował Oran - i odbiera cały twój zarobek. Zostajesz bez środków do życia.
- Chyba już rozumiem – rzekła Kina – gdy wejdziesz między wrony, kracz tak jak one?
- Nie do końca. W samoobronie łowczy nie staje się oprychem. Po prostu każdy dzisiejszy łowczy naśladuje zbója. Kruk krukowi oka nie wykole. Pojmujesz?
- Sądzę, że tak – odpowiedziała Kina.
- Dlatego ta szajka nic nam nie zrobiła. To byli łowczy, a oni za swe przewinienia odpowiadają przed królem. Suwereni znają ich osobiście, dlatego muszą się pilnować i nigdy nie będą napadać ludzi tak jak prawdziwi bandyci. Ograniczą się tylko to pozorów i straszenia.
- Więc to nie mój chram ich odstraszył. Zostawili nas w spokoju, bo to są normalni rzemieślnicy, którym przyszło żyć w tak trudnych czasach – zasmuciła się Kina.
- Nie inaczej – Oran po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł ukłucie na żołądku. Znał to uczucie. To były wyrzuty sumienia. Choć oszustwo poszło idealnie, a idealne oszustwo zawsze poprawiało mu humor, tym razem poczuł się źle.
- Jeszcze jedna rzecz mąci mój spokój ducha.
- Wiem, wiem, już odpowiadam – westchnął Oran – znam ich, gdyż trudnimy się podobnym fachem a nasze relacje są pejoratywne, ponieważ jesteśmy, co tu dużo mówić, konkurentami. A masz chyba świadomość, jakie zagrywki stosuje się wobec konkurencji?
- Mam. I rozumiem już wszystko. Wybacz rozdrażnienie, ale ja wręcz nienawidzę czegoś nie pojmować.
- Nie ma problemu – rzekł łowczy i skupił się na łuskaniu słonecznika, którego kilka łusek znalazł w kieszeni.
Ciszę po chwili przerwała adeptka:
- Oranie.
- Słucham?
- Wybacz proszę mą podejrzliwość.
- W porządku, to normalne.
- Teraz wiem, dlaczego ubierasz się jak obszczymór i pospolity kieszonkowiec. Taki fach, takie warunki.
- Dzięki.
- Oranie.
- Słucham.
- Ci łowczy byli bardzo przekonujący.
- Nie da się ukryć.
- Ale ty jesteś chyba najmilszym łowczym jakiego dotąd spotkałam.
- Dzięki.
- Nie ma za co – na usta Kiny wrócił uśmiech.
Oran nie zauważył go. W lesie panowała już głęboka ciemność.
- Kino.
- Tak?
- Teraz ja zadam ci pytanie
- Zadawaj.
- Dlaczego uparłaś się wyruszyć wieczorem? I penetrować las w nocy, po ciemku?
- Zobaczysz. Obiecuję, że ci się spodoba. Musimy znaleźć tylko polankę. Choćby najmniejszą. Naprawę nie pożałujesz.
- Wierzę ci – rzekł Oran i zasmucił się. Kina też mu wierzy. A on to wykorzystuje.
Zapadło milczenie. Kina usilnie starała się coś sobie przypomnieć. Junak zaś dociekał, co mogło sprawić, że Limak tak łatwo pozwolił im odejść. To do nie go niepodobne. Kina wierzyła, że to dlatego, iż był łowczym. Ale młodzieniec wiedział, że jest inaczej. W końcu odpuścił i stwierdził, że po prostu mieli szczęście. Albo Limakowi nie chciało się rozpoczynać nowej burdy albo miał inne, ważniejsze sprawy na głowie. Tak czy inaczej, upiekło im się. Gdy Oran zakończył myśl usłyszał ożywiony głos adeptki:
- Jest. Jest miejsce. Jest polana.
Kina zeskoczyła z wierzchowca. Zaśmiała się i uniosła ręce w stronę pełnego gwiazd nieba. Okręciła się wokół własnej osi. Oranowi skojarzyła się to jednoznacznie z wilą. Piękną, kuszącą i groźną wilą, tańczącą w świetle gwiazd. Poczuł ciarki na karku, plecach i miejscu, gdzie plecy zamieniają się w inną część ciała.
- Możemy zaczynać – szepta podekscytowana Kina.

VIII

Kina już od dłuższej chwili mamrotała coś pod nosem. Nie zwracała uwagi na głupkowate spojrzenie Orana, którego i tak nie mogłaby dostrzec w ciemności nocy. U jej nóg tliła się kępka ziela, które to adeptka z najwyższą czcią wyciągnęła z tobołka i pieczołowicie ułożyła w kształcie okręgu. Tliła się i dopalała właśnie pierwsza połowa koła. Kina nie przestawała szeptać. Skupiała na tym, co robi, całą swą wolę. Oran zaś wytężał wolę, by z nudów nie zacząć dłubać w nosie. Adeptka z mamrotania wkroczyła w fazę zawodzenia a potem z nieartykułowanych dźwięków dało się wyłowić pierwsze słowa. „murasaki... no... kijutsu... ga... arawashinasai - murasaki... no... kijutsu... ga... arawashinasai"! Wraz z dopalającym się okręgiem ziela, Kina mówiła coraz szybciej i wyraźniej. Zaczęła przy tym ruszać rękami tak, że wydawało się, iż młoda czarodziejka macha do księżyca. Gdy ogień strawił już całą przygotowaną mu przez adeptkę strawę, Kina zamilkła. Nagle coś jakby pyknęło, sapnęło i zastękało z cicha. Kina mrugnęła i w lesie pojawiły się świetlne punkciki. Żarzące się na fioletowo plamki i snopki równie fioletowego światła pojawiły się niespodziewanie i widać nie zamierzały zniknąć. Kinę przepełniła duma. Nie przyznała się Oranowi, ale nie była pewna, czy uda się jej rzucić zaklęcie poprawnie. I mimo, iż była jedną ze zdolniejszych adeptek i posiadała ogromną wiedzę, nigdy nie była pewna siebie i swoich działań. Spojrzała na Orana:
- Podoba ci się? Mówiłam, że będzie ładnie.
Oran nie wiedział, na którym punkciku skupić uwagę, mimo iż nie było ich zbyt wiele.
- Czary. Najprawdziwsze czary. Nie sądziłem, że umiesz już czarować – rzekł podekscytowany młodzieniec i zauważył najjaśniejszy i największy fioletowy punkt. Żarzył się na ściółce i miał dobre dwa cale średnicy.
- Pobierałam już nauki i opanowałam podstawowe umiejętności – rzekła skromnie adeptka.
- Jesteś świetna - zachwycał się młodzieniec i ze strachem dotykał największego fioletowego punktu.
- Przestań – uśmiechnęła się Kina, najwidoczniej zadowolona z komplementu i zachwytu Orana.
- Co to za zaklęcie?
- Ten czar pozwala nam widzieć silnie magiczne przedmioty.
- Czyli tylko my to widzimy – Oran nie mógł wyjść z podziwu.
- Wszyscy, którzy wdychali palący się rdest polny wymieszany z mięsem kopacza. Czyli w tym przypadku tylko my.
- Co za mięso kopacza – zdziwił się Oran.
- Taki rodzaj bagiennego grzyba. Eksplikację etymologiczną nazwy znamy z ...
- Nie wierzę. Czyli będę widział rzeczy, które mają magiczną aurę – młodzieniec zignorował etymologię, zapewne mając ją w głębokim poważaniu.
- Tak. Głównie grzyby, niektóre rośliny no i to, co nas interesuje najbardziej.
- Czyli co – zapytał młodzieniec, wciąż macający fioletowy punkt.
- Czyli magiczne zwierzęta i ich pozostałości, na przykład obdarte futro, ślady i to, czym z taką lubością się bawisz – zaśmiała się Kina.
- A co to – zaniepokoił się Oran.
- Na mój gust jest to kał poszukiwanego przez nas cieniostwora.
- Łaaaa – ciekawski badacz odskoczył od obiektu zainteresowania.
- Teraz możemy wytropić naszą bestię – potarła dłonie adeptka i chwyciła konia za uzdę – tylko musimy poruszać się powoli i na piechotę, by nic nie przegapić.
- Racja – rzekł Oran wycierając rękę w wams – mój Żbik będzie szukał z nami.
- Nieoceniona to pomoc – rzuciła Kina.
Żbika zachrapał z zadowolenia.
Szli trzymając wierzchowce za uzdy. Kierowali się cieniutkimi jak igły, fioletowymi kreskami, które młoda czarodziejka uznała jako futro magicznego stworzenia. Co jakiś czas owo magiczne stworzenie pozostawiało inny dowód swej fizyczności. Jednak Oran, nauczony doświadczeniem, nie badał już z taką gorliwością każdego jaśniejącego punktu.
- Kino – adeptka usłyszała swe imię.
W ciemności i ciszy nocy, głos młodzieńca wydał się jej krzykiem. Lecz krzyk ten dodał jej odwagi, nieco nadwątlonej mrokiem lasu i tajemniczymi odgłosami, których z każdym krokiem przybywało.
- Słucham cię.
- Dlaczego odprawiłaś gusła akurat na polanie, a nie pod pierwszym lepszym drzewem? Przecież mogłaś już zacząć, kiedy wkroczyliśmy do kniei.
- To proste, drogi Oranie – wyszeptała czarodziejka, zadowolona, z faktu, iż po raz kolejny może zabłysnąć wiedzą – w tym lesie w większości występują dęby. A dęby, jak ci zapewne wiadomo, są drzewami nacechowanymi magicznie...
- Dlatego niektóre z nich mają delikatną fioletową aurę.
- Tak, mój ty erudyto, te starsze mają aurę. Ale odpowiadając na twe pierwsze pytanie, to dęby swą magiczną konsystencją mogłyby mi przeszkodzić w rzuceniu zaklęcia. Nawet w nieznacznym oddaleniu od nich, szanse na powodzenie raptownie wzrastały.
- Aha. Kino, wiesz co?
- Nie wiem – odparła Kina.
- Dobrze mieć przy boku tak oczytaną towarzyszkę.
Kina uśmiechnęła się, po czym stanęła jak wryta. Natychmiast zmieniła temat rozmowy:
- Stój. Chyba jesteśmy na miejscu.
- Oran stanął obok adeptki i rozejrzał się wokół.
- Skąd wiesz?
- Drzewa się tu znacznie zagęszczają, jest mnóstwo fioletowych kresek a tam – wskazała palcem jakiś odległy punkt - jest skupisko magicznych roślin. Wygląda mi to na legowisko.
- No to wiejmy stąd – skonstatował Oran.
- Przecież jest noc – uspokoiła go Kina – a cieniostwory są aktywne nocą. Teraz go tu nie spotkamy. To jedyna okazja, by zapamiętać to miejsce. Wrócimy tu jutro, za dnia. Dzisiejszy rekonesans można uznać za udany.
- Kina, przecież jest środek nocy – rzekł chłodno Oran – a ja nawet nie wiem, gdzie jest mój własny zadek. Jak ty masz zamiar tu wrócić jutro? Za dnia?
Młoda czarodziejka, nie zwracając uwagi na dość retoryczne pytanie młodzieńca podeszła do jednego z większych dębów i objęła go. Uniosła głowę do góry i wyrecytowała „kyou... to... ashita... mo... koko... ni... watashi.... ga. ... arimasu „
- No tak, bąknął Oran – mogłem się domyśleć.
Adeptka powtórzyła formułę jeszcze raz, po czym powietrze jakby drgnęło. Jakby niewidzialna fala powietrza na chwilę zalała okolicę. Kina rozluźniła uścisk i wróciła do swego gniadosza. Spojrzała na młodzieńca i rzekła:
- Wiem. Spytasz zaraz, co zrobiłam, choć zapewne większości się domyślasz. Powiem ci po drodze. Wracajmy już. Tą samą drogą, która przyszliśmy. Nic tu po nas. Na dziś wystarczy.
- Wydajesz się znużona – zatroskał się młodzieniec.
Kina faktycznie ciężko łapała oddech. Otarła czoło górną stroną dłoni i odpowiedziała:
- Rzucenie dwóch zaklęć dla mnie to jak szybki bieg dla opasłego włodarza. Jestem troszkę zmęczona. Ale to zaraz przejdzie, tak jak przechodzi zadyszka. A teraz pójdźmy, nie zwlekajmy.
- W porządku. Tędy.
Ruszyli w drogę powrotną. Kina była w pełni zadowolona z przeżytego dnia. Lubiła działać, a dzień ten dawał jej ku temu szansę. Była ukontentowana wynikiem swych czarów. Cieszyła się także tym, choć nie wiedziała dlaczego, że mogła zaimponować Oranowi. A zaimponowała i to nielicho. W drodze powrotnej towarzyszył im pośpiech, nerwowe podniecenie i, co zdarzało się coraz rzadziej – milczenie. Mimo strachu i zdenerwowania, bezbłędnie trafili na dukt. Wskoczyli na wierzchowce i bez słowa, obaj opuścili się kłusem w stronę Dębówek. Adeptka zauważyła, że młodzieniec ją obserwuje. Wiedziała, że nie jest to obserwacja, jaką poddał ją w pierwszym dniu, kiedy to skupił się głównie na jej tylnej części ciała znajdującej się między łopatkami a kolanami. Nieco się speszyła, ale szybko doszła do wniosku, że nie ma się czego wstydzić. Pokaz jej zdolności na pewno wzbudził w nim ciekawość i zmusił do refleksji. Oran zaś bezmiernie ciekawił się i oddawał refleksji. Trwało to aż do momentu, gdy na tle zachodzącego księżyca ukazała się wieża ratusza.
- Jedziemy do karczmy – spytał w końcu Oran.
- Tak – rzekła Kina – złapiemy jeszcze trochę snu i posilimy się z rana.
- Ranek, swoją drogę, już blisko – zauważył młodzieniec.
- Dlatego nie ma co tracić czasu – Kina przyspieszyła – nowy dzień przyniesie nam dużo trudu. Jeszcze wiele pracy przed nami.
Możliwe, że młoda czarodziejka nie zdawała sobie sprawy, że dużo trudu i pracy to mało powiedziane jak na to, co szykował dla nich wspomniany już przez nią nowy dzień. A szykował ich dość sporo.

IX

Oberża byłą już pusta, więc ich powrót został niezauważony. Kiedy wrócili do swego alkierza, oboje zasnęli w trybie natychmiastowym. Tym razem Oran zajął miejsce na krzesłach, Kina zaś usadowiła się na łożu.
Niewiasta obudziła się jako pierwsza. Spojrzała z ciekawością na skulonego Orana. Spał głęboko, więc postanowiła go nie budzić. Po raz drugi stwierdziła, że ludzie pogrążeni w śnie zyskują dużo uroku. Dziewczyna wstała i zeszła do gościnnej sali. Przywitała ją córka karczmarza.
- Ojciec miał wczoraj wieczorem dużo pracy z miejscowymi harcownikami, więc dziś odsypia. Wszystkie prośby proszę kierować do mnie –.odparła grzecznie zaczepiona przez Kinę młoda, mocno piegowata i prawie tak blada jak adeptka kobietka.
Kina miała prośby:
- Przyszykuj proszę balię z wodą oraz śniadanie dla dwóch osób – zarządziła, wręczając młódce monety.
Karczmarka znikła za szynkwasem a Kina ruszyła do stajni. Karmiąc i troszcząc się o konie, z którymi obchodziła się nad wyraz umiejętnie, adeptka chwaliła troskę oberżysty o swe potomstwo. Czarodziejka nieraz widziała, jak bezduszni karczmarze wykorzystują swe córki do pomocy przy pracy wieczorami i nocą. A wieczorami i nocą chłopi przeważnie są pijani. A pijani chłopi reagują dość żywo na każdą kobietę, szczególnie tą, która ich obsługuje. Nie każda kobieta jest tak odporna psychicznie, by znosić lubieżne uwagi, nieumiejętne komplementy, dwuznaczne propozycje, śmiałe oferty, by znosić bezecne spojrzenia, taksowania oraz cały wachlarz macnięć, szturchnięć i podszczypywań, często czynionych nieumyślnie, ale jeszcze częściej czynionych z okrutną premedytacją. Kina chwaliła w myśli poczciwego oberżystę, który, mimo iż nazwał karczmę dość prowokacyjnie, oszczędzał swej córce przykrości, jakie niesie ze sobą fakt bycia córką oberżysty.
Po doglądnięciu wierzchowców adeptka wróciła do karczmy. Podczas jej nieobecności pojawili się już pierwsi goście Kina osądziła po ubiorze i zachowaniu, kim są nowoprzybyli. W najjaśniejszym kącie oberży zrobił sobie przerwę w pracy miejscowy chłop. W drugim kącie, tuż obok małego okna i pod głową dzika mającą już chyba ze dwa wieki, zasiedli trzej podróżni. Najprawdopodobniej kupcy. Umilali sobie czas czekania na strawę grą w karty. Grali cicho i spokojnie. Nie chcieli się rzucać w oczy, co w ich fachu było bardzo wskazane.
Kina zaczepiła młodą kobietę, gdy ta niosła piwo samotnemu chłopu:
- Balia, zimna oraz gorąca woda już czekają na panią w pokoju kąpielowym. Mydła jest mało, ale ręczę za jego skuteczność. Chyba, że woli pani świński łój.
- Wolę resztkę mydła – szybko odpowiedziała czarodziejka.
- Śniadanie podam, gdy tylko pani skończy się odświeżać, by nie wystygło.
- Świetnie. Dziękuję ci – uśmiechnęła się przyjacielsko Kina i ruszyła na górę. Do alkierza. Obudzić Orana.

X

- Oran – szepnęła mu do uch.
- Oran – powtórzyła namiętnie.
- Oran, zbudź się. Oran, moje ciało cię potrzebuje – mruczała.
- Potrzebuję cię, Oran. Wstań. Nie każ na siebie czekać.
Młodzieniec otworzył szeroko oczy. I usta, co sprawiło, że nie wyglądał zbyt inteligentnie.
- Oran, nie mogę już wytrzymać. Wstań. Moje całe ciało czeka na ciebie.
Młodzieniec przybrał minę, jakby właśnie się dowiedział, że jakiś nieznany dotąd wuj przepisał mu w testamencie dwie kopy wsi, pół tuzina miast i godność szlachecką. Po chwili uspokoił swe rozhulane emocji i wstał. Czuł, że zaraz dostanie erekcji.
- Kina, co ty... Przecież...
- Nareszcie – na twarzy adeptki pojawił się chyba najbardziej szelmowski uśmiech, na jaki ją było stać – nareszcie wstałeś, leniuszku. Wreszcie mogę prosić cię o przysługę.
- Jaką przysługę – przełknął ślinę Oran.
- Moje ciało definitywnie domaga się kąpieli. Jednak truchleję na myśl, że gdy będę jej zażywać, ktoś wejdzie do izby. Dlatego moje ciało potrzebuje i ciebie. Wiesz już, o co mi chodzi.
Śpioch widział oczyma wyobraźni, jak wrogie wojska, zapewne łupieżców z zachodu, palą dwie kopy jego wsi, grabią pół tuzina miast a mu pozostaje tylko tytuł szlachecki, a wraz z nim prawo do głosowania, które może sobie wsadzić głęboko w dupę.
- W życiu ci tego nie wybaczę – wycharczała jego krtań, niewdrożona jeszcze do komunikowania się.
- Czyli za pięć minut zacznij wartę. W nagrodę zjemy razem śniadanie.
- Zapłacisz mi za to – zastękał Oran.
- Już zapłaciłam za strawę, jeśli o to ci chodzi. Niczym się nie przejmuj – uśmiechnęła się Kina a był to uśmiech, o jaki młodzieniec nigdy by jej nie podejrzewał. Czarodziejka najprawdopodobniej także by się o niego nie podejrzewała.
Podczas śniadania Oran boczył się na Kinę. Nie mógł darować sobie, że tak łatwo dał się wywieźć w pole, a jej, że tak okrutnie z niego zadrwiła. Adeptka, dręczona wyrzutami sumienia jako pierwsza zaczęła rozmowę:
- Podobało ci się wczoraj?
- No, jak pojawiły się te fioletowe światła to było niesamowite.
- A te legowisko? Czy nie czułeś podekscytowania, wiedząc, że stoisz obok siedziby jednego z potężniejszych magicznych stworzeń?
- Tak średnio byłem podekscytowany – burknął szczerze Oran – dominującym uczuciem był wtedy strach. I panika.
- Myślałam, że taki junak jak ty nie odczuwa strachu – Kina zaczęła grać na męskiej dumie.
- Źle myślałaś. Odczuwam strach i wcale się go nie wstydzę, gdyż już nie raz dzięki niemu uniknąłem wielu nieprzyjemności.
- Rozumiem.
- Czy wczoraj rzuciłaś jakiś czar, dzięki któremu trafimy dziś do tego legowiska – Oran kontynuował rozmowę, a w jego głosie nie pobrzmiewała już nuta naburmuszenia, co nieco zadowoliło Kinę.
- Tak – odpowiedziała – naznaczyłam tamte drzewo. Wykorzystałam jego aurę do naszych celów.
- Ale jak... - indagował Oran.
- Zobaczysz. Też powinno ci się spodobać – przerwała mu Kina.
- Coraz bardziej podobają mi się twoje niespodzianki. I coraz wyżej cenię znajomość z tobą.
- A czy moja osobowość nie jest wystarczająca, by cenić sobie znajomość ze mną? Czy potrzebujesz do tego jakiś sztuczek – oburzyła się nieco Kina.
- Tak, bo im człowiek ma więcej zdolności, tym jest bardziej wartościowy.
- Ty jednak wciąż jesteś dzieckiem – zganiło go adeptka – widzę, że skończyłeś śniadać. Zatem na koń, czuję, że jeszcze dziś rozwiążemy zagadkę.
Oran nie kontynuował wątku. Udał się za Kiną do stajni.
Wierzchowce leniwie stąpały. Kina nerwowo rozglądała się po lesie, wyraźnie czegoś wypatrując. Oran sennie kiwał się na kulbace. Było już późne południe. Słońce było w dobrej formie i z zapałem demonstrowało, na co je stać. Na szczęście dla wędrowców, w kniei było przyjemnie chłodno. Wreszcie adeptka się uspokoiła i przestała wiercić się na swym siodle. Wyraźnie jej ulżyło.
- Oran, już nie raz udowodniłeś mi jak z ciebie ignorant. Proszę, nie utwierdzaj mnie jeszcze głębiej w mym przekonaniu.
- Ale o co ci znów chodzi – spytał młodzieniec, wyraźnie wyrwany z zamyślenia.
- Spójrz – powiedziała dumnie i wskazała palcem w stronę lasu.
Ignorant spojrzał w wskazane miejsce.
Między drzewami widać było jakiś wściekle biały punkt. Punkt ten, niczym gwiazda polarna połyskiwał i przebijał się przez nawet największy gąszcz i skupisko drzew.
- Czy to drzewo, które wczoraj naznaczyłaś – domyślił się Oran.
- Tak. Teraz trafimy bezbłędnie – odpowiedziała czarodziejka.
- Znasz się na swoim fachu – zauważył młodzieniec.
- To jedno z prostszych zaklęć – odpowiedziała skromnie Kina – nie ma się czym chwalić.
Adeptka przyjrzała się uważniej twarzy Orana. Nie był jak zwykle pogodny i szukający pretekstu do rozmowy. Twarz miała skupioną. Kina postanowiła przejąć inicjatywę.
- Oranie, mój przyjacielu, odpowiesz mi na nurtujące mnie pytanie?
- Jeśli tylko będę znał odpowiedź – odparł.
- Powiedz mi, ale szczerze. Ucieszyłeś się wtedy, kiedy kapłanka oznajmiła, że to mi będziesz pomagał.
- Ucieszyłem – na twarz młodzieńca wpełzł znajomy już adeptce pyszałkowaty uśmieszek.
- A można wiedzieć, dlaczego tak się ucieszyłeś.
- Bo wolałem towarzyszyć tobie niż tej drugiej. Jak jej tam było?
- Bince.
- Właśnie.
- Ale dlaczego wolałeś towarzyszyć mi niż Bince? Czyżbyś coś przeczuł. Intuicja? Miałeś co do nas jakieś podejrzenia – indagowała niewiasta.
- Ekhem... - zaczerwienił się Oran – mam być miły czy szczery?
- Zdecydowanie szczery.
- Po prostu twoja pupa bardziej mi się spodobała. To wszystko – odparł prostacko Oran i przybrał minę, po której poznać było, że przygotowany jest do najgorszego.
Dziewczyna parsknęła śmiechem, co bardzo zdziwiło Orana. Zamiast się złościć i przeklinać cały męski ród, Kina chichotała pod nosem i klepała się dłonią w biodro.
- Wiesz co, Oran – rzekła, gdy tylko się uspokoiła.
- Słucham.
- W prostocie piękno. Potrafisz być czasem pocieszny. I chyba sam nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy.
- Dziękuję – młodzieniec ukłonił się w kulbace.
- Mam jeszcze jedno pytanie. I znów będę oczekiwała szczerej odpowiedzi – Kina spoważniała i nieco poczerwieniała.
- Postaram się jej udzielić.
- Pamiętaj, że co się stało, to się nie odstanie. Nie będę się złościć ani mścić. Po prostu chcę znać prawdę – ciągnęła kobieta.
Oran przełknął ślinę.
- Słucham.
Kina odwróciła wzrok w stronę białego punkciku, udając, że pochłania on całą jej uwagę.
- Czy widziałeś coś wtedy, nad jeziorem – rzekła sucho, bez cienie niedawnego zadowolenia i radości.
- Nie wiedziałem więcej niż widzę teraz – Oran po raz ucieszył się, że może udzielić odpowiedzi zgodnej z prawdą.
- Kiedy was zauważyłem, byłyście zanurzone od ramion w dół. Nic poza twarzą, szyją i barkami nie było dane mi widzieć. Na dalszą obserwację nie było czasu, gdyż spotkałem waszą opiekunkę.
- Dasz mi słowo, że nie kłamiesz – szepnęła z nadzieją w głosie Kina.
Oran złoży jedną z nielicznych przysiąg, które miały pokrycie z prawdą.
- Niech mnie dybuk w dupę kopnie, jeśli łżę.
- Ani cal niżej niż ramiona nie było ci dane widzieć – upewniła się.
- Jako słońce na niebie, ani cala niżej, choć żałuję.
Adeptka uśmiechnęła się. Widać ulżyło jej. Ale nie do końca.
- W takim razie co robiłeś nad jeziorem, w dodatku stojąc na kulbace?
- Wypatrywałem zwierzyny – tym razem Oran zełgał. Wbrew swojej woli. Z przyzwyczajenia – tropiłem ją od dobrych kilku godzin.
- Mam rozumieć, że rozglądając się za zwierzyną, przyuważyłeś nas i postanowiłeś nieco... - spytała Kina.
- ...nacieszyć oczy – dokończył za nią Oran.
- W porządku. Postaram się zrozumieć. W końcu jesteś tylko mężczyzną i rządzą tobą instynkty.
- Jestem człowiekiem i mam potrzeby, jak każdy – oburzył się młodzieniec.
- Każdy ma potrzeby, fakt. Ale nie każdy umie nad nimi zapanować – kontynuowała Kina.
- Jeśli chodzi o mnie, to umiem nad nim zapanować, choćby w podstawowym stopniu. Przecież nie chodzę i nie gwałcę dziewoi. Twój przypadek to był odruch, myślałem, że nikt nie widzi.
- A jakby naprawdę nikt by nie widział. Jakby nikt nie wyciągnął konsekwencji. Co byś uczynił.
- Sądzę, że... - Oran zawahał się. Kinie to wystarczyło.
- Widzisz, nie jesteś pewien, co byś zrobił. Zresztą nieważne, skończmy ten temat. Wszyscy jesteśmy konformistami. Sęk w tym, by próbować z tym walczyć. Może kiedyś się uda.
- Może – bąknął Oran i zmarkotniał.
Nastała niezręczna cisza. Kina nie pozwoliła jednak trwać jej zbyt długo:
- Oranie, mam jeszcze jedno pytanie.
- Jesteś dziś bardzo dociekliwa.
Czarodziejka zignorowała sarkazm i zaczęła:
- Skoro tropiłeś zwierzynę i natknąłeś się na nas przypadkiem, to nie miałeś złych zamiarów. Dlaczego więc nie próbowałeś wytłumaczyć się kapłance? Na pewno by cię wysłuchała.
- Kino, zrozum. Ja nie na co dzień spotykam się z magią. Nie na co dzień stara baba zmiata mnie z kulbaki jednym ruchem jeszcze starszego badyla. Ja po prostu się bałem. Byłem przerażony. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Wolałem nie mówić nic, bo tylko winny się tłumaczy.
- Chyba masz trochę racji – skinęła głową adeptka – biedactwo, byłeś przerażony?
- Nie kpij ze mnie – żachnął Oran.
- Nie kpię – uśmiechnęła się jowialnie Kina – żal mi cię, biedaczysko – rzekła i pogłaskała młodzieńca po głowie.
Biedaczysko przyjęło pieszczotę. Młodzieniec przymknął oczy i rozkoszował się chwilą. Ręce niewiasty, choć zimne, były gładkie i pachnące. Jednak te systematycznie kąpiele nie szły na marne.
Kina cofnęła rękę, zdziwiona, że zdobyła się na podobny gest. Oran natychmiast otworzył przymknięte oczy, a z jego piersi dobył się jęk zachwytu.
- Co ci się stało – spytała czarodziejka.
- Patrz – młodzieniec wskazał palcem biały snop światła – jakie to duże.
- Już jesteśmy blisko. Musimy być ostrożni.
- Racja – przytaknął Oran, którego znów naszło nieznośne uczucie, że jest obserwowany.
Tak jak w nocy, ostatni odcinek przebyli pieszo, prowadząc za sobą wierzchowce. Młodzieniec nie mógł spuścić wzroku od białego światła, które kształtem coraz bardziej przypominał drzewo.
- Świetny przewodnik – skomentował – doskonały czar.
- Faktycznie przydatny – potwierdziła Kina.
Kierowali się wciąż w stronę coraz wyraźniejszego blasku. Zaaferowani, nawet nie spostrzegli, kiedy dotarli na miejsce. Gdy wędrowcy znaleźli się niecałe czterysta łokci od celu, marzenia Orana o dotknięciu zaczarowanego, błyszczącego drzewa prysły. Dąb zgasł i stał się podobny do reszty swych braci. Młodzieniec poczuł się jak dziecko, któremu odebrano podarowane wcześniej jabłko. Wyciągnął rękę w rozpaczliwym geście i stęknął jak skazaniec męczony na miejskim pręgierzu.
- Zapomniałam ci powiedzieć, że zjawisko znika, kiedy wróci się na wyznaczone miejsce – objaśniła Kina, widząc żałosną minę młodzieńca – myślałam, że to oczywiste.
- Mmmmmm – mruknął Oran i otrząsnął się z szoku.
- Nie wiedziałam, że aż tak ci się spodoba. Jak chcesz możemy to kiedyś powtórzyć, ale uprzedzam, nigdy nie dojdziesz do centrum światła. To zaklęcie jest dobrą metaforą życia. Wiecznie poszukiwanie celu. A kiedy jesteś już blisko...
- Lepiej powiedz, co teraz, pani metaforo – przerwał jej Oran.
Czarodziejka spojrzała z irytacją na młodzieńca, ale postanowiła nie komentować jego złośliwości:
- Teraz szukamy śladów, panie odważny. Musimy przetrząsnąć tę okolicę i zaobserwować, czy nie ma tu czegoś podejrzanego.
- To znaczy czego – nie rozumiał Oran
- To znaczy czegoś, co nie pasuje do ogólnego krajobrazu lasu.
- Aha – młodzieniec dalej nie rozumiał czego ma konkretnie szukać, ale postanowił nie narażać się adeptce.
- A jeżeli znajdziemy tego cieniostwora? Przecież w nocy mówiłaś, że niedaleko zapewne jest jego legowisko.
- Jest dzień, Oranie, a w dzień cieniostwory śpią. I to twardo. Jeśli będziesz miał szczęści znaleźć śpiącego cieniostwora, po prostu go nie budź.
- To mnie pocieszyłaś.
- Nie dramatyzuj tylko szukaj czegoś podejrzanego – rzekła Kina i kucnęła, przebierając w ściółce.
Junak przywiązał konie do drzew i również rozpoczął poszukiwania. Jednak nie oddalał się od Kiny. Chciał mieć ją wciąż w zasięgu wzroku. Nie wiedząc, co ma właściwie zrobić, robił to co adeptka. Grzebał w jagodzinach, zjadł kilka ich owoców, wąchał grzyby a jednego prawdziwka nawet schował do kieszeni oraz skrobał korę z drzew. Sam potem wykazał się inwencją twórczą i do swych prac dodał rzucanie szyszkami do celu, kopanie podobnych do nabrzmiałych dyń roślin, które pękały w iście komiczny sposób, wkładanie kija w mrowisko oraz śledzenie wzrokiem baraszkujących po drzewach wiewiórek. Kiedy jedno z rudych zwierząt zeskoczyło na ziemię, młodzieniec od razu skoczył w to miejsce, by przypatrzeć się akrobatce. Kiedy do niej podszedł, wiewiórka wspięła się na sam szczyt dęba z szybkością wystrzelonego bełtu. Oran odprowadził ją wzrokiem, po czym jego oczy zarejestrowały rzecz, która Kina zapewne nazwałaby podejrzaną. Pod dębem leżała lniany wór. Oran wziął go do ręki i stwierdził, na jego dnie znajdują się resztki ziemi. Zwykłej, czarnej ziemi. Młodzieniec rozejrzał się dookoła. Po raz kolejny poczuł na sobie czyjś wzrok. Poczuł go bardzo wyraźnie. Wiedział, że nie są sami w lesie, a teraz trzymał w dłoni niezbity dowód na to, że ktoś już tu był i najprawdopodobniej wie o zamieszkującej okolice bestii. Pełen obawy wziął wór i ruszył w stronę Kiny, która stała na baczność i wpatrywała się w gęstwinę.
- Też coś znalazła – pomyślał i przyspieszył kroku.

XI

Umysł młodej czarodziejki pracował na najwyższych obrotach. Rozum krystalizował już dość wyraźny obraz rozwiązania zagadki. Wiedziała już wiele, ale nie wszystko. Wtem usłyszała jak zbliża się do niej Oran:
- Zobacz, co znalazłem – rzekł wtykając jej pod nos lniany wór.
- Już chyba wiem, co tu się dzieje – wyszeptała.
- Co – ciekawość nie pozwoliła Oranowi na stworzenie bardziej rozbudowanego pytania.
- Mamy tu rzadki w tych stronach okaz Anima Sanguis czyli Żywa Krew, która rośnie tylko na Humus Mare zwanej morską glebą – rozpoczęła Kina i wskazała na brzydką, grudkowatą, zgniłozieloną roślinę, która kształtem i wielkością przypominała dynię.
- To nie jest samosiejka. Ktoś celowo ją tu posadził i troszczy się o nią, pielęgnował, nawoził – zerknęła na wór Orana – i podlewał.
- Masz rację, ja taż znalazłem ze trzy podobne chwasty – kiwnął głową Oran.
Kina myślała. Wykorzystywała całą swą encyklopedyczną wiedzę, by w końcu dojść do sedna sprawy. Czarodziejka widząc ogromnie, pełne zdziwienia i ciekawości oczy młodzieńca zaczęła myśleć na głos:
- Anima Sanguis rosnąca w dębowym zagajnik, systematycznie i w nadmiarze spożywana przez chodzący generator magii może spowodować pewne niespotykane procesy.
- Z tego, co wiem to Żywą Krew podaje się ludziom, którzy przeszli flebotomię.
- Tak, ale sądzę, że w tym przypadku możemy mieć do czynienia z czymś w rodzaju psucia krwi. Dochodzić może do choroby, na którą cierpi większość wąpierzy. W krwi brakuje żelaza i trzeba uzupełnić niedobór krwią z zewnątrz. Najlepiej ludzką.
- Chcesz powiedzieć, że... - Oran zaczął, ale nie dokończył. Nie pozwoliło mu na to zdarzenie, które obu wprawiło w prawdziwe osłupienie.
Naprzeciw nich pojawił się dziad. Typowy dziad, jakich wielu błąka się przed świątyniami oraz miejskimi bramami. Był chudy, brudny, cuchnący, zaniedbany, nosił szarą, postrzępioną kufajkę i znoszoną siermięgę. W ręce trzymał dębowy kostur. Nie był starcem, choć lata młodości miał już zapewne za sobą. Twarz miał, nie licząc brudu i zarostu, dość przeciętną. Nie miał nawet dziur po ospie ani blizn po bójkach.
- Widzę, że panienka oczytana – rzeka bezceremonialnie.
- I mam rację – Kina podjęła dialog – rozsiewasz po żerowisku cieniostwora Anima Sanguis i perfidnie go trujesz.
- Ileż mądrych, długich słów – dziad chwycił się za głowę.
- Mów łajdaku – w głosie Kiny po raz pierwszy pobrzmiewała nutka wściekłości – kim jesteś, co tutaj robisz i jaki masz w tym cel.
- Radzę nie podnosić głosu – wykrzywił wargi dziad i wskazał kosturem malutkie skupisko drzew – niedaleko znajduję się wykrot, a w tym wykrocie śpi mój dobry znajomy. A mój dobry znajomy zjadł dziś mą roślinkę. A po niej zawsze jest nieco agresywny.
- Jak zmuszasz go do jedzenia tego świństwa – syknęła Kina.
- Nie zmuszam, sam zjada. Jest bardzo smaczna – śmiał się dziad.
- Skąd wiesz, że takie połączenie wzbudza w cieniostworze rządzę krwi?
- Odkryłem to przypadkiem. Poza tym jestem znachorem i znam się nieco na zielarstwie.
Kinę zamurowało. Znachor - podrzędny miejski czarownik odkrył tak oryginalne i niespotykane połączenie dwóch magicznych podmiotów. Niektóre chramy pracują przez całe pokolenia, by odkryć podobne tajemnice, a leśny dziad dokonał odkrycia całkiem przypadkiem. A na celu miał...
Adeptka już miała zadać dziadydze kolejne pytanie, kiedy odezwał się Oran.
- A po cholerą zmuszasz to zwierzę do atakowania ludzi?
Znachor przestał śmiać się pod nosem. Jego twarz obrazowała teraz ciekawą mieszankę gniewu, zawiści i rozgoryczenia.
- Tylko proszę, nie wciskaj mi tu bajki o tym, jak to mścisz się na okolicznych mieszkańcach za to, że się z ciebie śmieją, że dzieci rzucają w ciebie kamieniami, dziewczyny na twój widok uciekają do chałup, a chłopi straszą kosami jak tylko zbyt zbliżysz się do ich domostw.
Dziad kipiał złością. Ręce, a razem z nimi kostur drżały mu jak w febrze. Oran jednak kontynuował:
- Pewnie jeszcze dodasz, że drażni cię to, iż ludzie zwracają się do ciebie tylko w czasie choroby lub zarazy, a gdy tylko im udzielisz swej wiedzy, znów stają się dla ciebie oziębli i traktują jak niewygodnego, zdziczałego patałacha.
Znachor patrzał na junaka wzrokiem, który mówił o wielu krzywdach, jakim poddałby młodzieńca, jeśli tylko nadarzyłaby mu się okazja.
- Oran, przestań. Jesteś okrutny – pisnęła Kina
Nic to nie dało:
- I na pewno, na domiar złego, kiedy zakochałeś się w jednej z dziewek, ta odrzuciła twe zaloty, jej ojciec poszczuł cię psami. Zaś po roku, dowiedziałeś się, że twa luba żeni się z innym. Na wesele oczywiście nie zostałeś zaproszony jako jedyny mieszkaniec wsi. Czy mam rację?
- Tak – krzyknął dziad a w jego oczach pojawiło się istne szaleństwo.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale wściekłość odebrała mu mowę. Zaczął cały się trząść w spazmach złości. Walił kosturem w drzewo i tupał nogami.
- Kina, on oszalał – rzekł chłodno Oran – trzepnij go jakimś zaklęciem, bierzemy dziada do wsi i wszystko tłumaczymy. Już po sprawie.
Oran zbyt pochopnie ocenił sytuację, co zresztą zdarzało mu się nazbyt często w swoim krótkim życiu.

XII

Zdarzenia posypały się lawinowo. W ciągu kilku sekund stało się tak dużo, że przeciętny człowiek musiałby obejrzeć podobne sceny kilka razy, by pojąć ich sens i znaczenie.
Kina zaczęła tworzyć dłońmi i palcami rozmaite figury, mamrocząc przy tym zrozumiałe tylko dla niej zaklęcia. Oran zauważył, że z każdego zakamarku wychodzi banda Limaka i uzbrojona po zęby oraz z groźnymi minami, rusza na nich. Sam Limak wyrasta za szalejącym znachorek i trzaska go w skroń jelcem. Dziad traci przytomność i pada na ziemię. Oran ze świstem dobył jatagana. Pięciu zbójów otoczyło ich, uniemożliwiając ucieczkę. Kina zastygła z małą świetlaną kulą między dłońmi. Wyglądała nad wyraz groźnie. Linak wziął się za boki i krzyknął na całe gardło:
- Oran, ty stary wygo, wiedziałem, że jeżeli ty się godzisz na włóczenie po lesie to musi mieć jakiś sens. Zawsze wiedziałeś, gdzie się zaczepić. Ale teraz przeszedłeś sam siebie. Dzięki tobie to ja rozwiążę zagadkę cieniostwora i stanę się sławny. Tylko muszę się jeszcze was pozbyć.
Kina spogląda na Orana z wyrzutem, smutkiem, złością i strachem. Pojęła wszystko.
- Dzięki tobie i dzięki niemu – Limak mówiąc to kopnął dziada - będę w stanie...
Z wykrotu daj się słyszeć leniwe, ale przeszywający ryk. Limak spojrzał w kierunku, z którego dochodził hałas. Z ziemi wybił się ogromny róg. Za nim pojawił się pysk. Za pyskiem z wykrotu wydostały się przednie łapy. Łapy podciągały zwalisty tułów. Po chwili oczom ludzi ukazał się w całym swym straszliwym majestacie cieniostwór. Potwór był wielki na cztery łokcie oraz pokryty błękitnym futrem. Posturą przypominał przewróconą gruszkę. Miał potężny tors, z którego wystawał uzbrojony w róg łeb oraz łapy szerokości średniej beczułki. Tylnie kończyny miał komicznie małe, służące raczej do utrzymania równowagi. Jego ciało było mieszanką mięśni, tłuszczu i futra. Bestia cały czas spała w wykrocie, przysypana małą warstwą ziemi, ściółki i liści. Z takim kamuflażem, w głębokiej wyrwie, pomiędzy drzewami, jej obecność pozostawała niezauważona. Do teraz. Limak nie zdążył nawet przyjrzeć się bestii. Cieniostwór machnął jakby od niechcenia masywną łapą i przetrącił Limakowi każdy krąg szyjny. Bandyta upadł niczym szmaciana lalka. Nim jego głowa dotknęła ziemi, był już martwy. Leżał obok znachora a jego martwym ciałem targały ostatnie skurcze. Piątka zbójów wpadła w panikę. Dwóch z nich postanowiło wciąż pilnować Kiny i Orana, trzech zaś ruszyło na odsiecz Limakowi. Popełnili błąd. Całą piątka. Cieniostwór, rozjuszony tak licznym towarzystwem, mimo głodu nie zaczął chłeptać krwi Limaka. Doskoczył do opryszków. Dosłownie. Już w locie trzasnął jednego zbira w klatkę piersiową, łamiąc nieszczęśnikowi wszystkie żebra wraz z mostkiem. Bestia wylądowała na drugim bandycie, przewracając go i miażdżąc dwiema łapami jego ramiona. Dobił nieszczęśnika rogiem. Trzeci rzezimieszek w tym czasie rzucił się na magiczne zwierzę. Cieniostwór nie bacząc na to, iż łotr zdążył zadać mu parę ran ciętych oraz zdołał wbić mu w futro średniej wielkości puginał, odwrócił się w jego stronę i spokojnie chlasnął opryszka w facjatę swym zbrukanym już krwią rogiem. Bandyta przewrócił się i chwycił za twarz. Wił się i orał nogami ziemię, a cienostwór z rozwagą stanął na tylnich łapach, dając dowód na to, że nie są tak słabe, na jakie wyglądają i runął całą masą na klatkę piersiową nieszczęśnika. Chrupnęło nieprzyjemnie. Siła ataku była tak wielka, że z ust zbója krew trysła na dobre trzy stopy a oczy wręcz wypadły z orbit.
W tym samym czasie Kina i Oran skorzystali z sytuacji. Czarodziejka krzyknęła „ichigeki" i cisnęła świetlaną kulą w jednego z opryszków. Łotr krzyknął, upadł i zemdlał z bólu. W miejscu gdzie jego ciało zetknęło się z magicznym pociskiem, brązowiło się spalone mięso. Oran niemal w tym samym momencie śmignął swym jataganem po niechronionej jelcem dłoni bandyty. Zbój upuścił swój miecz, ale nie poddał się. Wyciągnął majchra i rzucił się na Orana. Cwany młodzieniec uchylił się i zdradziecko kopnął kolano napastnika, skutecznie mu je wytrącając ze stawów. Korciło go, żeby sieknąć bezbronnego, wijącego się z bólu bandytę, ale wtem usłyszał głos Kiny:
- Na koń, głupcze!
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wraz z Kiną rozwiązał i dosiadł szalejące ze strachu wierzchowce. Czym prędzej puścili się galopem, byle dalej od cieniostwora, który właśnie zwróciła na nich swą uwagę. Konie gnały, co sił. Jeźdźcy przywarli do nich, by gałęzie nie strącili ich z kulbaki. Oran tylko raz zaryzykował spojrzeniem w tył. Bestia nie ruszyła w pościg. Zajęła się trupami rozbójników. Konie sprawnie omijały rowy i drzewa. Po kilkunastu minutach szaleńczego galopu wyjechali na dukt.

XIII

Wierzchowce uspokoiły się i przeszły do cwału. Na drodze świeciło słońce, które w kniei było niemalże niewidoczne. Dukt w porównaniu z lasem wydawał się oazą światłości i bezpieczeństwa. Oran głęboko oddychał. Kiedy złapał oddech, głośno się zaśmiał i niemalże podskoczył na siodle.
- Udało nam się, Kina! Udało się! Jesteśmy najlepsi!
Czarodziejka nie podzielała entuzjazmu młodzieńca. Jej usta przemieniły się w cieniutką kreskę, a twarz była naprzemian blada i czerwona.
- Gówno nam się udało – krzyknęła - gówno mi się udało. Zabiłam człowieka, reszta zginęła także z mojej winy. A na dodatek cały czas dałam się wodzić za nos takiemu kłamcy jak ty.
Oran natychmiast przestał się uśmiechać. Zdawało się też, że nagle stał się mniejszy.
- Zasrany łowczy – ironizowała - cały czas mnie oszukiwałeś. To była twoja banda. Rozbójnicza banda, która nas śledziła. Kto wie, może od początku byłeś z nimi w zmowie.
- Kina, przecież...
- Milcz! Nie powiedziałeś mi prawdy w tej kwestii, więc zakładam, że oszukiwałeś mnie na wszystkich płaszczyznach.
- Wysłuchaj mnie – Oran wyglądał, jakby miał się rozpłakać - ja tylko chciałem oszczędzić ci takich szczegółów z mojego życia. Bałem się, że jak powiem ci prawdę, to mnie odprawisz. Każesz iść precz.
- Idź precz! Nie chcę cię znać – grzmiała adeptka - perfidny kłamco! Wykonałeś swe zadanie, zwalniam cię z obowiązku. Spłaciłeś swój dług względem chramu. Resztę formalności załatwię już sama. Zejdź mi z oczu i nawet nie waż się za mną jechać.
- Ale ... - zachrypiał Oran.
- Jeśli zobaczę, że mnie śledzisz albo jak się będziesz za mną włóczył, potraktuję cię tak, jak twojego kompana, tam w lesie. Odejdź! Nie chcę cię więcej widzieć!
Kina ostentacyjnie odwróciła konia i ruszyła w stronę miasta. Oran nie ruszył się z miejsca. Patrzał na plecy czarodziejki. Nie odwróciła się, nawet nie zwolniła. Po kilku minutach znikła za zakrętem. Tak właśnie Oran zaprzepaścił wspaniałą znajomość. Stojąc samemu na środku duktu zastanawiał się nad swoim życiem. W głowie jeszcze szumiała mu adrenalina a na rękach krzepła krew. Siedział na kulbace i walczył z sumieniem. Cały jego światopogląd runął niczym domek z kart. Nigdy nie czuł się źle, gdy kogoś oszukiwał. Wręcz przeciwnie. Całe swe życie opierał na powiedzeniu, że „Kłamstwo ma krótkie nogi, ale za to bardzo zgrabne". Tym razem nogi, nie dość, że krótkie, były strasznie koślawe. Oran zaklął i ruszył w przeciwnym kierunku co Kina. Czuł się jak ostatni łgarz, kłamca i oszust, którym był. Czuł się jak worek gówna.

XIV

Kina zawitała w ratuszu Dębówek jeszcze tego samego dnia. Chciała wyruszyć z tego miasta czym prędzej i jak najszybciej znaleźć się w swym chramie. W karczmie kupiła jedynie skromny zapas żywności i od razu, bez chwili wypoczynku ani kąpieli, ruszyła na spotkanie z sołtysem.
- Więc padosz, że to tyn gizd z lasu? Ten niedoszły eskulap? Bamoncił łon cieniostworowi we łbie i bezto bestia nos napasztowała?
- Mniej więcej tak – Kina starała się zrozumieć kwestie sołtysa, mimo jego gwary.
- Ale tyn pieron już nie dycho?
- Jeśli chodzi o znachora to tak. Rozwścieczony cieniostwór rzucił się na niego.
- Rozumia. Więc mogemy się już czuć tu bezpiecznie – na twarzy sołtysa pojawił się uśmiech ulgi.
- Niezupełnie – Kina rozwiała jego nadzieje – jeszcze kilka zatrutych roślin rośnie w pobliżu jego żerowiska. Wątpię, czy ktoś ośmieli się zorganizować wypad w celu ich zniszczenia. Także ogłoście, by jeszcze przez co najmniej trzy tygodnie nie zbliżać się do lasu. Do tego czasu stwór powinien już zjeść wszystkie rośliny, a skoro znachor nie żyje, Żywa Krew już nie wyrośnie. Za miesiąc wszystko wróci do normy, ma pan na to słowo chramu
Kwitnącej Wiśni.
- Skoro o chramie godka – uśmiechnął się sołtys – jak mogemy mu się łodwdzienczyć?
- Nasze pobudki są altruistyczne. Wystarczy, że w czasie zbiorów jak zwykle złożycie skromne dary.
- Pewnikiem to uczynimy. A tak miendzy nami, to nie moga panience w czym pomóc? Czym dogodzić?
Kina zamyśliła się i po chwili milczenia rzekła:
- Tak, mam dwie prośby. Po pierwsze, proszę nakazać karczmarzowi zmienić nazwę oberży. Ze względu ma mnie i moje przekonania.
- Dobrze, to żadyn problem.
- Po drugie, proszę o szczerą odpowiedź. Znał pan tego znachora.
- A jakże – niemal krzyknął sołtys – dziwny to był chop. Wiecznie som, wiecznie na łodludziu. Znoł się tam ma gusłach, bezto ludzie trocha się go boli. Kiery kto był chory, tyn dziwoląg nigdy nie łodmówił pomocy. Ale teraz tyla tych wszystkich dekoktów, tyla tych eliksirów. Tryper, ospa, lepra. Nikt już na to nie choruje. I tak znachor stoł sie nie potrzebny. Ludziska trocha mu dokuczali, ale ogólnie był tu tolerowany. Aż do czasu, kiery tyn powsinoga zaczoł zolecić do mojej córy. Boroczka bez cały tydzień ze strachu nie wychodziła z chałupy. No to, jak jo go kiedyś ucapił, to powiedziłech mu, kaj moja córa mo jego zolety.
- Dziękuję, sołtysie – Kina nie mogła tego dłużej słuchać.
- Mam ostatnie pytanie, a potem proszę mnie nie zatrzymywać. Zależy mi na czasie.
- Dobrze.
- Czy ma pan psy?
- Ja. Mom dwa psy.
- Do widzenia sołtysie – pożegnała się adeptka i wstała z wygodnego krzesła, na którym usadził ją sołtys na samym początku rozmowy.
- Do widzenia – odparł sołtys – jeszcze roz dziynkuja.
Trzeciego dnia wędrówki, Kina stanęła przed bramą chramu. Dobrze pamiętała, jak tydzień temu wyjeżdżała stąd wraz z Binką i kapłanką. Jaka była radosna. Nieświadoma czekającej ją przygody. Jak była dziecinna i ufna. Teraz też się cieszyła. Autentycznie była zadowolona i dumna z siebie. Byłą zwolenniczką teorii, że „Co cię nie zabije, to cię wzmocni". Czuła się wzmocniona, czuła się silna i doświadczona. A jednocześnie czuła gorycz, iż to ktoś taki jak Oran musiał ją nauczyć siły i że to ktoś taki jak Oran musiał tak ją doświadczyć.
Adeptką odpędziła od siebie myśl o młodzieńcu i zapukała we wrota.
- Ciekawe, czy Binka wróciła już z tej nudnej narady. Muszę jej wszystko opowiedzieć. Pewnie pęknie z zazdrości.

XV

Oran obudził się w rowie. Do kaca moralnego doszedł właśnie kac czysto fizyczny. Wstał z trudem, gdyż wilgoć weszła mu w stawy. Poczłapał do najbliższej karczmy, sądząc, że to właśnie tam doprowadził się do takiego stanu. Nie pomylił się. Obok oberży czekał na niego znudzony, zaniedbany Żbik. Oran wszedł do tawerny i zamówił garniec zwykłej wody. Kiedy zorientował się, że nie ma z czego zapłacić, wyszedł. Zajął się Żbikiem. Sądząc po zachowaniu zwierzęcia, nawet ono nie było zadowolone ze stanu, w jakim znajduje się jego pan.
- Nie patrz tak ma mnie, to już ostatni raz.
- Gówno prawda.
- Zaufaj mi chociaż ty. Naprawdę teraz się poprawię,
- Chciałbym to zobaczyć.
- Zobaczysz.
Oran wjechał do Dębówek późnym wieczorem. Miał zamiar zatrzymać się na noc w znajomej karczmie. Odstawił nieco bardziej zadbanego Żbika do stajni, ale wchodząc do tawerny odruchowo spojrzał na szyld. Natychmiast wrócił po swego wierzchowca i ruszyła na zachód.
- Wiem, że nie lubisz nocnych podróży, ale jeśli tego nie zrobię, to oszaleję.
Szyld z napisem „Pod Kobiecym Wdziękiem" żegnał niedoszłego gościa.

XVI

Stara, pomarszczona kobieta w białej, schludnej szacie wszyła z monastyru i udała się do skromnego pokoiku. Udekorowany w cudaczne ryciny, śmieszne porcelanowe wazony i wschodnie ozdoby wyglądał jakby żywcem go przeniesiono z innej części świata. Siedząca na cisowym krześle kapłanka wysłuchał wchodzącej właśnie do pokoju młodej adeptki:
- Jakiś chłop prosi o audiencję.
- Poproś go, wszak teraz jest czas na to, by wysłuchać, co ma nam do powiedzenia prosty lud.
Mężczyzna wszedł do pokoju i nisko się ukłonił.
- Witam cię, mości wędrowcze. Nie spodziewałam się cię tu ujrzeć – kobieta uśmiechnęła się tetrycznie.
Oran w mig przypomniał sobie ten uśmiech. Tak samo uśmiechała się, gdy nad jeziorem cisnęła w niego zaklęciem.
- Proszę mi uwierzyć, jeszcze tydzień temu ja sam bym się tego nie spodziewał.
- Ale jesteś tu. Temu nie da się zaprzeczyć. W jakiej sprawie przychodzisz do nas? Jeśli lękasz się o swoją skórę, to możesz się czuć bezpiecznie. Spłaciłeś swój dług i nic cię z nami nie wiąże. Możesz dalej zajmować się tym, czym zajmowałeś się do tej pory.
Oran wiedział już, że nie należy się przejmować złośliwości staruszki. Niezrażony odpowiedział:
- Nie spłaciłem swego długu i wiąże mnie dużo z Kwitnącą Wiśnią. Dlatego, pomijając zbędne grzeczności, proszę o przyjęcie mnie do chramu.
Staruszka zaśmiała się równie szczerze, co złowieszczo. Jej śmiech wypełniał pokój przed dobrą minutę.
- Mości kawalarzu, czy nie wiesz, że w do chramu Kwitnącej Wiśni przyjmowane są tylko niewiasty?
- Wiem. Ale jako mężczyzna mogę być tu przydatny.
- Racja – przerwała mu kapłanka – mężczyźni mogą nam dobrodusznie udzielać swej pomocy. Wszak kobiety nie nadają się do wszelkich robót, chociażby do rąbania drewna na zimę.
Oran uśmiechnął się:
- Więc mogę zaoferować wam swą pomoc. Jako przyjaciel chramu?
Staruszka znów parsknęła śmiechem. Tym razem uspokoiła się szybciej:
- Niech i tak będzie – rzekła majestatycznie - zamieszkaj w okolicy, znajdź uczciwą pracę a wolny czas spędzaj tu. Bądź na każde nasze zawołanie. Ale pamiętaj – wtrąciła apodyktycznie – nie dostaniesz od nas żadnej zapłaty. Ewentualnie dozgonną wdzięczność.
- Rozumiem.
- Ponadto, jako, że jesteś mężczyzną, będziesz przeze mnie bacznie obserwowany.
- Oczywiście. Zgadzam się na wszystko.
- Najlepiej, jak będziesz zgadzał się ze mną – powiedziała poważnie kapłanka – ale póki co,
witam cię w nasze wspólnocie, mości pomagierze. Czuj się tu swobodnie, ale nie za bardzo.
Oran grzecznie się ukłonił.
- Od czego mam zacząć?
- Od powiedzenia mi, co skłoniło cię do podjęcia tejże decyzji,
Młodzieniec zaczerwienił się. Zwyczaj, szlifowany, pielęgnowany i ulepszany przez całe życie nakazał mu skłamać. Jednak w porę ugryzł się w język. Podrapał w tył głowy, przestąpił z nogi na nogę i zaczął:
- Ja po prostu chciałem być bliżej...
- Bliżej bogów – nie pozwoliła mu dokończyć kapłanka i po raz pierwszy na jej ustach zawitał życzliwy uśmiech.
- Bliżej bogów – powtórzyła – tak, nasz chram do idealne miejsce ku realizacji takich zamiarów.
Oran kiwnął głową. Staruszka klasnęła w dłonie.
- Zaprowadź konia do naszych stajen. Tam przekażesz go jednej z adeptek i wrócisz do mnie. Zapoznam cię z naszymi zasadami i oczekiwaniami względem ciebie.
- Jak sobie życzysz, pani.
Oran wrócił po wierzchowca i zaczął prowadzić go we wskazanym kierunku.
- Ciekawe, która adeptka lubi konie na tyle, by się nimi opiekować w stajni – pomyślał i trzepnął Żbika tręzlami.
- Tylko nie przynieś mi wstydu. Zaczynami nowe życie. Musimy dobrze wypaść.
Żbik spojrzała na niego i Oranowi przez chwilę wydawał się, że koń pokiwał z aprobatą łbem.
Młodzieniec uśmiechnął się sam do siebie i poczuł przypływ szczerego szczęścia. Takiego rodzaju szczęścia, z jakim się jeszcze nigdy nie spotkał. Teraz je poczuł i od razu się w nim zakochał. Bez pamięci.


* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Dział: Opowiadania
środa, 10 grudzień 2014 06:42

Agnieszka Cieślak - Chwila Prawdy

Kapitan Jurdyński przyleciał do bazy na Vertanie trzy tygodnie temu. Przez pierwsze dwa dni prawie nie opuszczał ćwiczebnej kapsuły. Przechodził dodatkowe testy. Musiał wszystkie zdać, bo trzeciego dnia w dyspozytorni zabrzęczał komunikator.
Czytnik trzykrotnie zeskanował moje linie papilarne zanim zapaliła się zielona dioda informująca o otwartym dostępie do wiadomości. Ktoś, kto projektował to urządzenie nie wykazał się zbyt dużą wyobraźnią. Co by było, gdybym całkiem stracił palec? Dzień wcześniej chłopaki znaleźli gniazdo. Przynieśli jedną poczwarę na pokaz. Mogła mieć najwyżej pięć dni. To maleństwo zostawiło mi pamiątkę w postaci głębokich ran, zanim ją unieszkodliwiłem. Matka tego ścierwa jeszcze grasowała po okolicy. Mieli na nią zapolować w tym tygodniu i, jak się właśnie okazało, pod nowym dowództwem.
Komunikat opatrzono banderolą najwyższej rangi. Dotyczył nominacji świeżo przybyłego żołnierza na kapitana naszej zmiany. Wpiąłem przekaźnik. Drukarka Lexmark odpowiedziała turkotem. Do nominacji dołączono rozkaz przekazania dyspozytorni wyłączności nowego dowódcy. Każda, nawet najmniej ważna, informacja z Ziemi miała docierać bezpośrednio do nowego kapitana. Żadnych pośredników. Dziwnie się czułem, gdy Jurdyński pozdrawiał mnie od mojej żony i córki. Do tej pory mogłem rozmawiać z rodziną przynajmniej raz w tygodniu, podobnie zresztą jak pozostała część załogi. We wtorki przez godzinę komunikator był do naszej, prywatnej dyspozycji. Oczywiście pod warunkiem, że nie ogłoszono stanu wyjątkowego. Do dnia nominacji Jurdyńskiego pełniłem funkcję łącznika, znałem dyspozytornię jak własną kieszeń. Zakaz wstępu do niej wybił mnie z rytmu. Nie miałem doświadczenia w wypadach. Byłem z chłopakami na obchodzie parę razy, ale bardziej w celach turystycznych, niż militarnych.
Na pierwszym polowaniu pod nowym dowództwem chłopaki wywęszyli i zdjęli pięć poczwar. To był naprawdę dobry wynik, jak na jeden dzień. Ale Jurdyńskiemu było mało. Kazał nam szukać śladów, ekskrementów, kawałków naskórka. Był uparty i dokładny. Już wtedy przylgnęła do niego ksywka: Johny Czyściciel.

Wczoraj tropiąc szliśmy dwanaście godzin. Październik na Vertanie to piekło. Lodowe piekło. Temperatura spada do minus siedemdziesięciu stopni. Zapomnij o opróżnieniu pęcherza. Zapomnij o odpoczynku poza bazą. Czujniki ruchu sygnalizowały przemieszczający się obiekt w kierunku szczelin. Nie mieliśmy przy sobie sprzętu do wspinaczki. Chcieliśmy dopaść poczwarę przed terenem naszpikowanym lodowymi pułapkami, głębokimi na kilkanaście metrów. Nie udało się. Dotarliśmy do skraju szczelin. Jurdyński, Czyściciel, kazał nam związać ręce w przedramionach. I tak szliśmy w wygiętym szeregu. Co jakiś czas pod kimś zarywał się lód, ale nikt nie zjechał szczeliną. W końcu dopadliśmy poczwarę. Samicę.
Amfisbeny wężogłowe, poczwary, jak je nazywaliśmy, są bardzo płodne. Cykl u samicy trwa zaledwie tydzień, ruja - pięć dni, ciąża - zaledwie dwa tygodnie. Po połogu wystarczy doba, by samica znów była zapłodniona. W czasie rui poczwara zostawia krwawe ślady; gdy jest ciężarna tkanka tłuszczowa rozrasta się w charakterystyczny sposób, tworząc boczne złogi zaczynające się tuż pod przednimi łapami. Ślady, do których dotarliśmy, musiała zostawić brzemienna samica. Rysunek na szronie został utworzony jakby przez dwa równolegle ciągnięte worki z naprzemiennym naciskiem na podłoże. Koniec ścieżki wytyczonej przez brzemienną samicę wyznaczał ostatni ślad, szeroki na dwa metry. Zatrzymaliśmy się przed krawędzią lodowej szczeliny. Wszyscy spodziewaliśmy się, co za chwilę padnie z ust Czyściciela. Nasze obawy nie okazały się płonne.
- Musimy tam zejść. - Kapitan Jurdyński wskazał na wejście do lodowej rozpadliny - Ta samica jest potężna i ciężarna. Sądząc po śladach połóg nastąpi w ciągu najbliższych godzin. Nie mamy czasu wracać do bazy po sprzęt.
Spojrzałem na chłopaków, ale niewiele mogłem wyczytać z ich twarzy poza zmęczeniem i grymasami bólu. Jeden z nich przestępował z nogi na nogę. Szczerze mu współczułem.
- Ty - kapitan kiwnął na mnie - Ty zejdziesz.
- Ja? - wyrwało mi się po szkolniacku.
- On nigdy... - zaczął jeden z chłopaków.
- Wiem, że nie ma doświadczenia - przerwał Jurdyński - ale nikogo innego nie utrzymamy. Jest najlżejszy. Użyjemy łownej sieci. - Kapitan odbezpieczył miotacz sieciowy. - Po prostu zjedziesz tam i strzelisz do poczwary. Naszykuj blaster; nie będziesz miał zbyt dużej swobody ruchów.

Nie pamiętam kiedy był moment, gdy zostałem oplątany siecią. Chłopaki przenieśli mnie na krawędź szczeliny. Jurdyński pomógł mi przełożyć blaster przez oko sieci.
- Jak tam może być głęboko? - spytałem, chcąc jak najdłużej odwlec chwilę zepchnięcia mnie w przepaść.
- Może pięć metrów, może trzydzieści pięć - odpowiedział kapitan.
- Cholera - wyrwało się temu, który do tej pory przestępował z nogi na nogę. Teraz stał w rozkroku jak dzieciak z pełną pieluchą. Chłopaki parsknęli śmiechem. Mnie do śmiechu nie było. Kapitan spojrzał mi w oczy:
- I spiesz się.
Sieć opuszczała się powoli. Lodowa krawędź, po której zjeżdżałem, była łagodna, wygładził ją ciepły brzuch szerokiej na dwa i długiej na pięć metrów poczwary. Na głębokości dwóch metrów zauważyłem w przeciwległej ścianie wnękę. Dałem znać, żeby opuścili mnie jeszcze dwa metry niżej. I wtedy ją zobaczyłem. Jej obłe cielsko wypełniało wnękę w przeciwległej ścianie. Poczułem się jak pająk, który zawisnął nad głową olbrzyma. Szczerze powątpiewałem w skuteczność blastera przy tych górach tłuszczu, chroniących brzuch poczwary. Pomyślałem, że strzelę w głowę, między wężowe oczy. Poczwara nie zauważyła mnie. Przerzucała swoje cielsko z jednego boku na bok i drapała podłoże. Wyglądało to na moszczenie gniazda. Wiedziałem, że nie mam dużo czasu. Tam, na górze trzymały mnie osłabione ramiona zmarzniętych żołnierzy. Musiałem zwrócić uwagę poczwary, tak, by odwróciła głowę w moją stronę.
- E! - krzyknąłem pomału naciskając cyngiel, uważając, żeby nie strzelić zbyt wcześnie. Magazynek blastera miał piętnaście kul. Lepiej, żeby każda z nich trafiła jak najcelniej. Nie wiem co tam na górze się stało, być może mój głos doszedł do uszu chłopaków i źle zinterpretowali moje nawoływanie, ale w chwili, gdy poczwara odwracała łeb, ja właśnie zjeżdżałem niżej. Zdążyłem spojrzeć w pionowe kreski jej źrenic zanim zatrzymałem się jakieś pół metra poniżej gniazda. Nad moją głową z lodowej półki wystawały pazury. Gdyby samica skoczyła, jeśli nie zabiłaby mnie samym swoim ciężarem, i tak roztrzaskał bym się na dnie przepaści. Musiałem jak najszybciej znaleźć się znów na wysokości wnęki.
- W górę, w górę! - krzyczałem. Usłyszeli. Sieć szarpnęła. Zacząłem się unosić kolebiąc się na boki i wykonując powolny ruch obrotowy. Czekała na mnie. Próbowałem przecisnąć blaster do środka sieci, żeby móc jego lufę skierować we właściwą stronę. Sieć oplatała mnie krępując ruchy. Rzucałem się jak wyciągnięty z wody karp. Udało mi się wciągnąć broń, ale straciłem przy tym kilka strzałów. Każdy mój ruch przyspieszał obroty sieci. Kiedy znalazłem się na odpowiedniej wysokości byłem skierowany do poczwary bokiem. Czułem, że nadal jadę do góry. Moje nawoływanie, żeby chłopaki przestali mnie wciągać, nie przyniosły efektu. Kątem oka zobaczyłem, jak poczwara wyciąga szyję. Przy jej rozmiarach to wystarczyło, żeby mnie sięgnąć. Blaster trzymałem w prawej ręce. Jego lufa dotykała lewego rękawa kombinezonu. Wiedziałem, że za chwilę obrót i jazda w górę spowodują, że poczwara zejdzie z pola strzału. Zamknąłem oczy i pociągnąłem za spust. Trzymałem go wciśniętego, aż do momentu, gdy w magazynku nic nie zostało. Nie byłem pewien czy trafiam, i tak nie mógłbym nic poradzić, żeby poprawić celność strzałów. Gdy blaster ucichł otworzyłem oczy. Czułem kujący ból w lewym ramieniu. Sieć obróciła się jeszcze parę stopni. Udało mi się odepchnąć od ściany na tyle, że widziałem wnętrze wnęki. Poczwara padła. Jej cielsko rozlało się płasko na dnie gniazda. Nad nią, w ciemnej głębi błyszczały dwie pary czerwonych oczu.

Chłopaki wyciągnęli mnie na zewnątrz i wyplątali z sieci. Lewa ręka zwisała bezwładnie. Nie czułem w niej bólu, nie czułem jej wcale.
Kapitan Judryński poklepał mnie po barku:
- Brawo, żółtodziobie.
- Jest ich tam więcej - powiedziałem.
- Ile?
- Na pewno dwóch samców.
Kapitan zaczął gorączkowo układać sieć.
- Dobra. Ja schodzę. Przywiążecie...
- Nie da się zabić dwóch samców piętnastoma strzałami z blastera - przerwał Jurdyńskiemu chłopak, który wcześniej popuścił.
- Może udałoby się schować w sieci drugi blaster.
- Jest inny sposób - powiedziałem - Za gniazdem jest jaskinia. Jest na tyle głęboka i wysoka, że zmieściły się w niej dwa samce. Ich głowy znajdowały się znacznie powyżej gniazda. A to oznacza, że tam - wskazałem na drugą stronę szczeliny - jest miejsce, gdzie wystarczy przebić się przez cienką warstwę lodu, żeby wejść do jaskini. Może wystarczy metr, może mniej.
Czy tym, co wtedy zobaczyłem w oczach Czyściciela była pasja?
- Zróbmy to - powiedział.

Przebiliśmy się do jaskini. Kapitan wszedł do niej pierwszy. Wziął ze sobą dwa zapasowe magazynki. Mieliśmy na niego czekać. Za długo to trwało i chłopcy poszli po niego. Wyciągnęli go na zewnątrz. Położyli na lodzie. Żył jeszcze.
- Te były ostatnie - szeptał - Jutro... Pojutrze... możecie wrócić do waszych żon i dzieci. Ty, żółtodziób, twoja żona wczoraj zostawiła wiadomość. Miałem ci przekazać, że wasza córka dostała stypendium, o które się starała. Powinieneś być z niej dumny. Jutro wrócisz. Już jutro ją zobaczysz.
I umarł. Dotarliśmy do bazy. Położyliśmy Jurdyńskiego w kaplicy. Chłopaki pomogli mi opatrzyć rękę. Myślę, że i tak nie da się jej uratować. Ale nie ma to już znaczenia. Wszedłem do dyspozytorni. Czytnik bez trudu rozpoznał moje linie papilarne. Kilka dni temu skaleczenie powodowało trudności w identyfikacji, teraz, nie przeszkadzała martwota. Nie było żadnych nowych wiadomości. Tej z poprzedniego dnia, od mojej żony, też nie znalazłem. Ostatnia była datowana trzy dni temu. Najwyższa ranga. Odczytana przez: kapitana Jana Jurdyńskiego. Treść: One już tu są. Opanowały Ziemię. To koniec. Zostaliście tylko wy. Trzymajcie się chłopaki.
To, czego się dowiedziałem w dyspozytorni, a czego nie powiedział nam Czyściciel, wolałem traktować jako koniec ludzkiej cywilizacji, niż zatrzymywać się na myśli o śmierci mojej rodziny.
- Byłeś w dyspozytorni?
Chłopaki czekali na moją relację. Nadeszła chwila prawdy.
- Byłem.
- Wiedzą, że kapitan nie żyje?
Kiwnąłem głową.
- Wiedzą, że zniszczyliśmy ostatnie poczwary?
Znów kiwnąłem.
- Są nowe rozkazy?
Zawahałem się. Jurdyński wiedział o tym, że amfisbeny opanowały Ziemię i inne planety. Wiedział, że nie uda nam się powstrzymać ich inwazji na Vertanie. Na wszystkich planetach, do których docierał człowiek, nie było czystych miejsc. A mimo to nie powiedział nam o tym nawet wtedy, gdy umierał. Do końca był Czyścicielem.
- Są - odpowiedziałem.

Powiedziałem im, że mają wsiąść do statków, że zrobimy ostatnią rundkę nad Wertanem, na pożegnanie. A jutro, jutro zobaczymy nasze rodziny. To była chwila prawdy.

Lecę nad morzem poczwar, które zmierzają w kierunku naszej bazy. Z góry widzę zwaliste cielska ciężarnych samic i kościste głowy drapieżnych samców. Ale jutro spotkam żonę. Zobaczę też moją córkę. Starała się o stypendium. Jestem z niej dumny.


 

* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Dział: Opowiadania
środa, 12 listopad 2014 17:42

Patryk Hirsekorn - Skrzepolód

Przywdziany w skóry Tim nie zawsze chodził prostą drogą z jednego domu do drugiego, robiąc obchód. Gliniane domowiska z dachami pokrytymi słomą stały na bezkresnej pustyni odzianej w biały puch, oddalone od siebie o kilka sążni. Samo odejście od domowego kominka, aby dostać się do sąsiada, było nie lada problemem. Syn ceklarza nie zawsze chodził przez otwarty teren lodowej pustyni, ale raz, w tygodniu, zobowiązany był zrobić obchód.
Kiedy znów wracał do swojego domu z nadzieją, że resztę dnia prześpi przed kominkiem na bujanym fotelu, przykryty ciepłym kocem, zobaczył szary punkt w oddali. Nie było to zwierzę, zwierzęta schodzą się do osady od strony gór, a nie bezkresnego pustkowia. Szary punkt zbliżał się powoli, przedzierał się przez tony wiecznego śniegu w świetle promieni słonecznych, przebijających się przez kłęby szarych jak fajkowy dym chmur. Kiedy owa postać znalazła się blisko osady, Tim dostrzegł w niej zagrożenie. Od razu odwrócił się w stronę szczelnie pozamykanych domów.
– Przeklęty! Przeklęty nadchodzi! – krzyknął co sił w płucach, skrywając twarz w obłoczku białej pary. Głos w nieruchomym powietrzu nie rozszedł się zbyt daleko i jedyną osobą, która go słyszała, był on sam.
Przerażony odwrócił się ponownie za siebie, ale tym razem nie dostrzegł przeklętego. Ktokolwiek to był, ulotnił się jak para, zniknął, stając się niewidzialną częścią świata. Ale Tim miał sokoli wzrok i kiedy tylko się uspokoił, kiedy stłumił emocje głęboko w swym wielkim sercu, dostrzegł dziurę. Ktokolwiek to był, upadł. Przyglądał się tak jeszcze chwilę myśląc, czy dziesięciolatek powinien samemu narażać się na niebezpieczeństwo. Uczono go lata temu, że przeklęci są niebezpieczni jak południce w najgorętszych dniach. Są wędrującymi istotami zwiastującymi zło. Sami w sobie są złem.
Stał i spoglądał przed siebie, wypuszczając kłęby pary ze zmrożonych ust. Ojciec nauczył go sprawdzać, jak rozpoznać przeklętych. Pokazał mu, co znajduje się na ich przedramionach, ale przestrzegł go szczególnie przed tym, by trzymał się od nich z daleka.
Niewiele myśląc, wrócił pędem, wykrzykując co sił w płucach, że zbliża się przeklęty.

*

Ale przybysz nie był przeklęty, a teraz leżał na łóżku w domu ceklarza i drzemał. Był przemarznięty. Tim obserwował go bacznie.
– Co on tutaj robi, ojcze? – spytał w końcu, obracając się na krześle ku niemu.
Ojciec wrzucił jakby od niechcenia sąg drewna do kominka i z płomieni dobył się skowyt poprzedzany wzlatującymi iskrami. Obwieszone skórami mieszkanie było wystarczająco małe, by móc dostatecznie ogrzać je skromnym ogniem.
– Właśnie – uświadomił sobie ceklarz i westchnął z rezygnacją. – Co on tutaj robi...
Obcy usłyszał wołanie. Stęknął i obrócił głowę w ich stronę. Wyglądał strasznie. Prawe oko przeplecione miał bandażem, twarz zarośniętą szczeciną, a ubranie zdarte i cienkie.
– Musi być albo przeklęty, albo szalony – odrzekł ceklarz i Tim się zgodził. Wieczny mróz panujący w tej okolicy wyniszczył lata temu plony osady, zabrał wiele żyć i zmusił ludzi do samotności. A mężczyzna, jakby chciał ich obrazić, miał na sobie jedynie koszulę, spodnie, buty i długi, obdarty przy brzegach rozpięty płaszcz. – Po jaką cholerę tutaj przyszedł? – spytał Tima, gładząc zawieszoną na ścianie skórę jakiegoś zwierzęcia. Twarz miał skrytą w półmroku, gdyż jedynym światłem w tym ciasnym pomieszczeniu był płomień z kominka.
Nie ruszając się, mężczyzna otworzył leniwie oko i spojrzał nim na chłopca. Tim wrzasnął i przestraszony runął w tył razem z krzesłem, na którym siedział. Poruszając rękoma i nogami, popełzł w stronę ojca. Wpatrywali się na siebie w milczeniu. W piecyku strzelił sąg i to zbudziło mężczyznę. Dziwna mgiełka zniknęła z jego oka i trzeźwo spojrzał na ceklarza.
– Gdzie jestem? – zapytał bełkotliwie. Skrzywił się i przyłożył dłoń do żuchwy. Zaczął ją masować.
Ojciec schował za sobą syna.
– Jesteś moim gościem. Co cię do mnie sprowadza, wędrowcze?
Mężczyzna długo jeszcze rozmasowywał żuchwę, patrząc w przestrzeń. Potem usiadł na łóżku lekko zgarbiony i sięgnął do wewnętrznej kieszonki płaszcza.
– Nic tam nie znajdziesz. Wyjąłem wszystkie twoje rzeczy i schowałem – odparł ceklarz, nie spuszczając wzroku z wędrowca. Schowany za nim Tim także go obserwował. Był bardzo ciekawy, jak tutaj dotarł.
Mężczyzna, dziwnie opanowany, westchnął.
– Kiedy widzieliście ostatnio kogoś spoza osady? – spytał, opierając się rękoma o uda.
– Dawno temu. Bardzo dawno temu.
– Ludzie tu nie przychodzą. Giną...
– Zamknij się, Tim! Klnę się na bogów, że wywalę cię na obchód, jak się nie zamkniesz.
– Spokojnie, gospodarzu. Przybyłem tutaj...
– Czekaj – odparł ceklarz. – Napijmy się, a wtedy opowiesz mi wszystko.
Nie odpowiedział. Ceklarz wziął więc dwa gliniane kubki i butelkę. Rozlał przeźroczysty płyn i sam łyknął od razu całą zawartość kubka. Wędrowiec, patrząc na niego, zrobił to samo. Nagle poczerwieniał i dusząc się, zaczął boleśnie kasłać. Ceklarz ryknął śmiechem, a Tim stał nieco dalej i uważnie ich obserwował.
– Wódka. Najlepsza na takie chwile! – Kiedy wędrowiec doszedł do siebie, ceklarz zaczął zadawać pytania. – Nie jesteś przeklęty. Kim więc jesteś? Bije od ciebie ta sama aura co od każdego zielonoskórego sukinsyna.
– Jestem wędrowcem, gospodarzu. Przychodzę z Verdad...
– Jakim cudem? – spytał pełen podziwu. – Jakim cudem, powiedz mi! To miasto jest...
– Jest daleko stąd – przerwał. – Przyszedłem tu na nogach, o własnych siłach.
– Jak... jak daleko sięga lód, wędrowcze? – spytał z zawahaniem ceklarz i dolał sobie do kubka wódki. Kiedy skierował butelkę do gościa, tamten skinieniem podziękował.
– Dwadzieścia staj – odparł po chwili zastanowienia.
– Dwadzieścia staj... – powtórzył ceklarz zdołowany.
– Próbowaliście już odejść, prawda?
– Lata temu, wędrowcze. Wysłaliśmy dziesięcioosobową grupę do Michelu. Mieli wrócić z powrotem i powiedzieć, jak wygląda sytuacja.
– Michelu już nie ma.
– Jak to nie ma? – spytał rozżalony.
– Zostały tylko martwe domy i wały śniegu.
Ceklarz skrył twarz w dłoniach. Tim zauważył, że przez chwilę nieznajomy skierował oko ku niemu.
– Przyszedłem do Skrzepolóda.
Ceklarz natychmiast się wyprostował. Spojrzał przenikliwie na nieznajomego.
– Czyś ty zwariował?! Ale skąd wiesz o Skrzepolódzie?
– Idę piąty dzień po śniegu. Chmury w ogóle się nie poruszają, wiatr nie wieje, kryształki lodu są zimniejsze niż zwykły śnieg. Przeklęci pojawiają się wtedy, kiedy płanetnik jest w pobliżu. – Palcem wskazał w stronę kominka. – Twój dziennik, ceklarzu. Czyż nie należy do kogoś innego? Ludzie umierają dlatego, że pogoda się nie zmienia. Żywi rabują ich mieszkania, ciała...
– Dosyć! – krzyknął ceklarz. – Dosyć. Masz rację, w górach zagnieździł się Skrzepolód. Trzy lata temu spadł śnieg i aż po dziś dzień utrzymuje się taka pogoda, jaką mamy teraz. Nikt nie wie, dlaczego Skrzepolód nie chce odejść, przecież jest płanetnikiem, prawda? Płanetnicy podróżują, zabierają ze sobą chmury lub je przynoszą. Ten tutaj od kilku lat siedzi w jednym miejscu.
– Muszę się z nim zobaczyć.
– A ja muszę napić się wódki. O takich rzeczach nie rozmawia się na trzeźwo. Dolać ci, wędrowcze? – spytał, ale zaraz zobaczył, że tamten nie ruszył jeszcze poprzedniej dolewki. Wypełnił więc swój kubek wódką i wypił zaraz jednym haustem jego zawartość. Trzeźwy głos ceklarza zaczął zamieniać się w zwykły bełkot. – Nie możesz iść w góry. Ktokolwiek poszedł zobaczyć się z Skrzepolódem, nie wrócił.
– Twój syn wrócił – odparł nieznajomy, a ceklarz zmarszczył brwi. Jego pomarszczona twarz zrobiła się nieprzyjemna.
– Powiedz mi. Kim jesteś? Pierwszy raz od trzech lat widzę obcego. Przychodzisz z drugiego końca świata, mówisz o sprawach, o których wiadomo tylko osadnikom i... i śmierdzisz przeklętym. Cuchniesz bardziej niż oni sami.
– Macie bardzo czuły węch.
– Nie zmieniaj tematu. Mówże, kim jesteś!
– Anelykiem, panie.
– Anelykiem? Nigdy nie słyszałem o żadnych Anelykach.
– Wiem. Bo Anelycy są spod miasta Wielkiego.
Ceklarz roześmiał się obłąkańczo.
– Żadnym Anelykiem nie jesteś. Tylko pieprzonym żartownisiem – mówił przez śmiech.
– Czy twój syn mógłby zaprowadzić mnie do Skrzepolóda?
W mieszkaniu zapanowała cisza.
– Tim – powiedział ceklarz, wpatrując się na wędrowca. – Dorzuć do pieca jakiegoś sąga, bo zaczyna robić się chłodno. – Chłopiec zrobił to natychmiast i znów stanął pod ścianą, uważnie patrząc na rozmawiających mężczyzn.
– Są tu inni mieszkańcy?
– Są, przybyszu spod miasta Wielkiego. Siedzą w domach i czekają na śmierć. Pustynia skuta lodem pozostawiła nam tylko to. Oczekiwanie i śmierć. Ludzie zrobili się szaleni. Tim, zatkaj uszy, bo klnę się na... – Tim zrobił to, co kazał mu ojciec, i dalszej części rozmowy nie słyszał.
Wiedział, o czym mówił. Wiedział, że Skrzepolód schodził z gór i żywił się osadnikami. Zabijał, a martwych pożerał. Domy obrabowywano ze wszystkiego, a szczątki ciał rzucano w śnieg. Zostawiano je daleko, ale nie wystarczająco, bo przy każdym obchodzie Tim mijał wielką dziurę. Gdyby zaczął płakać na widok dołu pełnego trupów, łzy zamarzłyby mu w oczach.
Ceklarz uniósł dłoń i dwa razy niezręcznie strzelił palcami. Tim schował dłonie z powrotem w spodnie.
– Tak jest tutaj naprawdę – westchnął. – Skrzepolód jest zachłanny. Zawrzyjmy więc układ, wędrowcze.
– Pozwolisz synowi zaprowadzić mnie w góry, ale tylko wtedy, jeżeli zgodzę się przegonić – wędrowiec uważnie spojrzał na ceklarza – nie... zabić. Mam zabić Skrzepolóda.
Ceklarz ledwie zauważalnie skinął głową. Na znak zrozumienia podniósł nogawkę wysoko, tak, by wędrowiec mógł ujrzeć jego drewnianą nogę. Tim pomyślał, że ojciec wstydzi się prosić o takie rozwiązanie problemów. Nie wierzył jednak, żeby wędrowiec mógł cokolwiek zrobić ze Skrzepolódem. Wychudzony, obandażowany włóczęga taki jak on?
– Tim. Daj nieznajomemu jego rzeczy – odparł ojciec, a Tim podszedł do stolika i wziął zawiniątko, po czym nieśmiało przekazał je mężczyźnie. – Nie chciałbyś jeszcze odpocząć? Niedawno zemdlałeś ze zmęczenia. Zawdzięczasz życie tylko i wyłącznie mojemu synowi.
– Wiem i za to mu dziękuję. Ale nie mam dużo czasu. Muszę się spieszyć.
Wędrowiec odpakował zawiniątko i zobaczył, czy w środku jest wszystko. Przełożył przez głowę sznur z fiolką wypełnioną czerwonym płynem, schował ostrze noża do rękojeści, zginając je jak łokieć, a broń włożył do kieszeni spodni. Notesik i papiery schował do wewnętrznej strony płaszcza. Tim widział, jak ojciec w ciszy przejrzał wszystko, ale wędrowiec wyglądał tak, jakby też o tym wiedział. Jego oko zachodziło mgiełką, robiło się leniwe za każdym razem, kiedy odczytywał myśli ojca. Podobnie jak teraz.
– Jesteś pewien, że możesz puścić syna w góry?
– O nie, nie, wędrowcze. W góry pójdziesz sam, on jedynie ci pokaże drogę i wróci od razu do domu. Prawda, Tim?
Tim skinął głową.

*

Kiedy nieznajomy wędrowiec wyszedł na zewnątrz wraz z chłopcem, rozejrzał się wokół. Dostrzec mógł jedynie kilkanaście glinianych chat, z których większość miała zapadnięte dachy. Patrzył na nie i myślał, czy naprawdę istnieją Anelycy i kim jest Wielki? Widocznie nie był to w pełni wytwór jego wyobraźni, sądząc po reakcji ceklarza.
Tim wiedział, że mężczyzna stojący obok niego jest bystry. Mężczyzna wiedział więc z pewnością, że domy nie budowano z myślą o lodowej pustyni, która zadomowiła się w ich osadzie. Tak, wędrowiec był bystry, ale Tim był spostrzegawczy. Kiedy więc szli przed siebie, przebijając się przez tumany śniegu, kiedy prowadził wędrowca w strony gór, spytał niepewnym głosem:
– Dlaczego jesteś smutny, nieznajomy?
– Wszystko tu zamarzło, mój mały przyjacielu – powiedział, a po chwili dodał ciszej – nawet ludzkie serca.
– Nie rozumiem – rzekł, a w jego głosie można było usłyszeć zapytanie.
– Zrozumiesz. Niedługo – odpowiedział chłodno, z przekonaniem, lecz żaden z nich nie wiedział, że Timowi nigdy nie będzie dane tego zrozumieć. – Co mogę jeszcze spotkać w górach oprócz Skrzepolóda?
– Niewiele. Kiedyś było tam dużo kozic, ale osadnicy zabijali każdą, która pojawiła się w pobliżu. Podobnie było z jeleniakami i ptakami przelatującymi pod chmurami.
– A teraz żadne z nich nie wychodzi na zewnątrz, prawda? – spytał wędrowiec.
– Skąd wiesz to wszystko? – spytał Tim, nie odwracając się w stronę wędrowca. Zdziwienie i podziw na jego twarzy pozostały tajemnicą, gdyż słowa wypowiedział podejrzliwym tonem.
Nagle kroki wędrowca ucichły. Tim przystanął i odwrócił się w jego stronę. Oboje znajdowali się daleko za domem, lecz niewiele bliżej gór skutych lodem. Tim poprawił kaptur na głowie i otrzepał kożuch rękawicami. Nie zapytał na głos, ale pozwolił sobie zastanowić się w chwili ciszy, dlaczego nieznajomemu wędrowcowi nie jest zimno? Dlaczego nie trzęsie się tak, jak on podczas obchodów wokół osady? Dlaczego jego oko zachodzi mgłą tak często, że wydaje się nie należeć do niego?
– Powiem ci prawdę pod jednym warunkiem. – Tim patrzył na niego, oczekując. – Powiesz mi, po co poszedłeś w góry i co widziałeś.
Chłopiec zesztywniał, zamienił się w słup lodu. Przez chwilę wszystkie wspomnienia tamtego dnia przeleciały mu przez głowę w mgnieniu oka. Mrok, czerwień, stęchlizna, ciasnota – wszystko, co złe. Wiedział, że nie zapomni o tym ani nie dojrzeje do tego, by móc przyzwyczaić się do obrazów, które zapamiętały jego oczy.
– Wyrzuć to z siebie, mój mały przyjacielu. Będziesz czuć się znacznie lepiej.
Tim nieprzytomnie spojrzał na wędrowca. Lepiej? – zadał sobie pytanie. Można czuć się lepiej, wyciągając na wierzch takie wspomnienia? Po chwili zastanowienia postanowił, że powie. Powie, żeby nieznajomy nie skończył tak jak osadnicy.
– Musimy być w ruchu, bo zamarzniemy – rzekł do wędrowca, gdyż nie czuł już palców u nóg. Tamten skinął głową i teraz szli przed siebie ramię w ramię. Chłopiec zaczął opowiadać wędrowcowi własną przygodę, patrząc w dal. – To było dosyć dawno temu. Osadnicy postanowili udać się na większy połów w góry, bo zaczynało brakować jedzenia. Zawsze go brakowało, ale tym razem nie było już prawie niczego. Pozwolili mi zabrać się ze sobą, bym mógł nauczyć się polować. W końcu jestem jedynym dzieckiem w tej osadzie. Był także Bill, ale zamordował go Skrzepolód.
Udaliśmy się w góry tamtą krętą drogą, prawie na sam szczyt. Kiedy weszliśmy w las po drugiej stronie gór, osadnicy myśleli, że nici z polowania. Czarne i spróchniałe konary nie dawały życia, las wyglądał jak po pożarze. Ale wtedy dobył się gdzieś z oddali skowyt i ruszyli przed siebie z napiętymi łukami i broniami w dłoniach. Poszedłem za nimi – co innego miałem zrobić – ale teraz wiem, że lepiej byłoby, gdybym wrócił do domu. Z każdym krokiem skowyt był głośniejszy. Bestia nie przestawała wyć, a dążenie do niej sprawiało im coraz większą radość. Sprawiało, dopóki nie doszliśmy do źródła. Zza starych i czarnych drzew wyłoniła się chata. Sama chata wyglądała jak opuszczona przed laty. Miejsce otaczała fioletowa mgiełka, wyraźnie widoczna dla oczu. Ojciec kiedyś opowiadał mi o tym, że na świecie istnieją bariery niewidzialne dla ludzkiego oka albo o popielato-sinym kolorze. To chyba była bariera. Przed tą chatą stało zwierzę. Było wielkie, naprawdę wielkie! Nigdy nie widziałem takiego... takiego czegoś! Sięgało niemal do komina chaty, było całe obrośnięte długą sierścią i choć postawą przypominało człowieka, to wcale nim nie było. Było jak cień, bo nie mogłem dostrzec ani rysów twarzy, ani szczególnych cech postury, jakby coś o wiele większego w pobliżu i rzucało cień, który miał płoszyć kłusowników.
Mężczyźni zaczęli strzelać z łuków. Strzały przelatywały przez ciało bestii i wbijały się w drzewa. Ja pierwszy rzuciłem się do ucieczki, reszta postanowiła walczyć. Nie wiń mnie za to, jestem tylko chłopcem i nie miałem wtedy żadnej broni. Mimo to odwróciłem się zobaczyć, czy mnie doganiają. Okazało się, że nie mieli żadnych szans. Ciało jednego rozszarpane wisiało na gałęziach drzew, a wokół, na śniegu, malowały się czerwone pasy krwi, która spływała z niego jak rwąca rzeka. Drugiego mężczyznę bestia trzymała w szponach. Widziałem, jak próbuje przedrzeć go na pół, niby cienką tkaninę. Słyszałem, jak jego kości łamią się boleśnie, słyszałem krzyki pełne cierpienia z ich ust. To było straszne. Żaden z nich nie mógł przeciwstawić się bestii. Żaden...
– Dobrze – przerwał Timowi wędrowiec. – Nie musisz mówić więcej.
– Myślisz... myślisz, że to był Skrzepolód? – spytał niepewnie chłopiec, patrząc na wędrowca. Wędrowiec wpatrywał się przed siebie, obserwował z zamyśleniem góry i ścieżkę, do której się zbliżali.
– W żadnym razie. Prawda wygląda inaczej.
– Jak? Obiecałeś, że mi powiesz. –
– Dobrze, powiem. Ale pod jeszcze jednym warunkiem.
– Jakim? Jakim, wędrowcze?
– Pójdziesz ze mną do końca ścieżki.
Tim nie zatrzymał się, to jego serce na chwilę przestało bić. Byli blisko gór, mógł wracać już z powrotem go domu.
– Nie chcę umierać, wędrowcze. Powinienem wrócić do domu.
– Nie umrzesz. Obiecuję – powiedział, a Tim po długim zastanowieniu skinął głową. – Czy ta obietnica wystarczy?
– Wystarczy – odparł chłopiec, nie zastanawiając się dłużej. Gdyby to zrobił, gdyby choć na chwilę się zawahał, na pewno odwróciłby się do wędrowca plecami i ruszył powrotną drogą. – Czy będziemy szli do tamtej bestii?
– Nie. Nie będziemy.
Tim spojrzał na wędrowca. Nie wyczuł kłamstwa w jego głosie.

*

Droga okazała się dłuższa niż wędrowiec się spodziewał. Tim widział zmęczenie na jego twarzy i przymarznięty pot ściekający spod włosów. Wcale nie cuchnął przeklętym – pomyślał, wdychając nozdrzami zimne powietrze. Z drugiej strony nie miał pojęcia, jaki zapach wydziela przeklęty, gdyż w życiu spotkał jednego i widział go z naprawdę sporej odległości.
Kiedy przedzierali się przez śnieg pod górę, w półmroku, Tim ukradkiem raz jeszcze spojrzał na wędrowca. Nie mógł poskromić ciekawości, która osiedliła się w jego sercu jak rosnący prędko cierń. Kolce raniły każdą inną myśl.
– Dlaczego tak uparcie chcesz zobaczyć się ze Skrzepolódem?
– Bo tylko on może odpowiedzieć na moje pytanie – rzekł, nabierając w międzyczasie kilka głębokich wdechów. – Mógłby to być jeszcze inny płanetnik, ale w pobliżu nie było żadnego. Skrzepolód jest...
Wędrowiec potknął się i upadł na kolano. Przerażony Tim podszedł bliżej niego, kucnął i chciał pomóc mu wstać.
– Poradzę sobie – odrzekł i rzeczywiście by sobie poradził, ale Tim był uparty i mimo wszystko pomógł mu wstać.
– Teraz już nie możemy się zatrzymać. Powinieneś był odpocząć w chacie – odparł oburzony chłopiec. Świat zaczynał ciemnieć, a zło wychodzić ze zbliżającego się mroku. – Nim tam dotrzemy, będzie noc! – odparł oburzony jeszcze bardziej, ale tylko i wyłącznie dlatego, że bał się wychodzić o tej porze doby z domu. Teraz będzie musiał wracać do niego aż zza gór.
Wędrowiec nic nie powiedział. Oboje ruszyli dalej, przebijając się przez tony śniegu. Kiedy doszli do lasu, widać było jedynie kontury czarnych pniaków. Noc zakradła się niespodziewanie, a księżyc schował się za górami. Śnieg, choć biały, był równie mało widoczny co reszta. Jakaś klaustrofobiczna wizja lasu stojącego przed nimi niby orszak kosmatych bestii czyhających w ukryciu na swe ofiary spowodowała, że Tim chciał zabrać z powrotem wędrowca ze sobą. Kiedy spojrzał w lewo, okazało się, że wędrowca nie ma przy nim, a jest tuż przed lasem.
– Hej! Wędrowcze! – Tima nagle dopadł strach. Każda myśl nakierowała się na jedną drogę, prowadzącą wprost do katastrofy. – Nie zostawiaj mnie samego! Nie powiedziałeś mi jeszcze prawdy! – wykrzyczał błagalnym głosem, przykładając dłonie odziane w rękawiczki do ust. Echo głosu chłopca rozniosło się wśród gór, docierając do uszu każdego zwierzęcia znajdującego się w pobliżu.
– Chodź więc! – odparł wędrowiec, a jego głos dobył się znikąd, ukryty w mroku jak najgorsze zło. – Nie masz czego się bać, obiecuję!
Tim, nie oglądając się, ruszył po koleinach utorowanych przez silne nogi wędrowca. Nim znalazł się przy jego boku, usłyszał przeraźliwy skowyt rozdzierający każdą zalęgniętą wewnątrz nadzieję. Jesteśmy skazani na śmierć – pomyślał i ruszył jeszcze szybciej w stronę lasu. Kiedy jego oczy dopatrzyły wędrowca maszerującego przed siebie, podbiegł czym prędzej ku niemu.
– Bestia! – powiedział i zatrzymał się. Starał się oddychać powoli i miarowo, ale panika nie pozwalała mu zachować spokoju. – Słyszałeś ją? To ona!
– Słyszałem. To tylko skowyt, nie ma się czego bać.
– Chyba nie widziałeś tej bestii. Zatrzymaj się, ona cię rozszarpie!
Ale wędrowiec pewnie brnął przed siebie, a chłopiec tuż za nim. Bestia z głębi lasu wyła, a jej dziki skowyt rozchodził się w każdą stronę. Straszliwy dźwięk dochodzący do uszu chłopca wywlekał na wierzch wszystkie wspomnienia minionego dnia. Pełno krwi, bezsilności i cierpienia. Jeżeli odwróci się od wędrowca i wróci, zostanie sam, a wtedy szanse na ucieczkę będą naprawdę nikłe. Pchanie się we dwoje wprost w paszczę bestii także nie było żadnym rozwiązaniem. Wędrowiec musiałby być wróżbiarzem albo szamanem. Problem w tym, że wyglądał jedynie na przenikliwego mężczyznę z nożem w kieszeni. Powinni definitywnie zawrócić, ale wędrowiec pchał się na oślep przed siebie, brnął dumnie i pożądliwie, chcąc usłyszeć odpowiedź na pytanie. Dlaczego ta odpowiedź jest dla niego tak ważna? Na jakie pytanie szuka odpowiedzi? – to są pytania, na które powinien znać odpowiedź przed tym, zanim wszedł tutaj, do czarnego lasu.
Długi skowyt kolejny raz wdarł się do uszu chłopca. Był głośniejszy niż poprzednie.
– Zginiemy, wędrowcze. Zginiemy! – wyjąkał, wiedząc, że są już niedaleko chaty. Po kilku krokach wyłoniła się nawet zza drzew fioletowa mgiełka. Tim głośno przełknął ślinę. Trząsł się cały ze strachu.
– Powiedz mi raz jeszcze, co widziałeś tutaj w lesie, mały przyjacielu.
– Potwora! Bestię. Błagam, nie idźmy dalej. Umrzesz i nie uzyskasz swojej odpowiedzi.
– Powiedz mi, co widziałeś – rzekł ponownie wędrowiec, jakby był głuchy na słowa chłopca.
– Bestię. Czarną jak smoła. Potwora z koszmarów.
– Racja. Jesteś spostrzegawczy. Pamiętasz, co stało się z wystrzelonymi strzałami, prawda?
Pamiętał. Odpowiedział, że pamiętał. Ponowne wycie umocniło go w pamięci.
– Nie bój się skowytu! To tylko dźwięk.
– To głos bestii!
– Musisz być naprawdę przestraszony. W noc bestia się nie pokazuje. Znika wraz z zachodem słońca, a pojawia się ze wschodem. Tak żyją cieniostwory, bezlitosne bestie.
Chłopiec nie odpowiadał. Szli w stronę chaty, słuchali dochodzących nieopodal dźwięków.
– Jesteś pewny, że to cieniostwór? Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
– Jestem pewny. Cieniostwory to bestie, które może przywołać tylko szaman. Żyją tylko w dzień, więc nie martw się. Póki nie ma światła, jesteśmy bezpieczni. Jej skowyt ma cię tylko nastraszyć.
Wtedy wędrowca tchnęła pierwszy raz niepewność. Chciał powiedzieć chłopcu, że prawda wygląda inaczej. Cieniostwór pilnuje zaklętej chaty. Wędrowiec chciał, aby dowiedział się, kto tak naprawdę przywołał bestię i kto jest odpowiedzialny za całe zło, które dopadło osadę jak ostre szpony ogromnego potwora. Mówiąc prawdę, pozbawiłby jednocześnie Tima wszystkiego, zmieniłby oblicze chłopca, zrobiłby z niego wyuzdaną z uczuć lalkę. Kukłę, której sznurki przymocowane do kończyn trzymałby on. Mimo wszystko zobowiązany był do tego, aby to zrobić. Niewidzialna nić, obietnica, która doprowadziła oboje właśnie tutaj, nie mogła zostać przerwana przez kłamstwo.
Zatrzymał się więc i spojrzał na chłopca, który wpierw zwolnił krok, a później postawił stopy twardo na ośnieżonej ziemi. Spojrzał na niego okiem, pomyślał, że w tym okrutnym świecie mało jest chłopców tak bystrych i dobrych jak on. Nie zdążył otworzyć ust, by obarczyć Tima prawdą o lodzie, który skuł osadę, i o Skrzepolódzie. Nie zdążył zrobić nic, stał jedynie lekko przygarbiony, przytłoczony zmęczeniem, i wpatrywał się, jak jakiś niewidzialny pazur tnie ciało Tima tak szybko, że chłopiec nie zaznaje przed śmiercią żadnego bólu. Widzi, jak Tim umiera w braku świadomości, do samego końca żyjąc w kłamstwie. Widzi, jak jego łatwowierność i brak doświadczenia przedzielają dziecko w pionie, a potem obie części ciała padają, zanurzając się w śniegu jak zwłoki tonące na dnie jeziora. Czerwień zalewa niewidzialny pazur, moczy ubranie wędrowca, skrapla twarz, a wokół zaczyna unosić się metaliczny zapach, którego tak bardzo nienawidzi.
Prawą ręką szybko sięga do kieszeni po ostrze, a lewą po bandaż okrywający zamknięte oko. Myśli prędko o tym, jak ceklarz wyczuł, że jest przeklęty, a potem otwiera drugie oko i prawda znów ukazuje się w tym świecie kłamstw. Wyciąga ostrze noża i znów staje się tym, kim był, odkąd pamiętał. Znów widzi wokół wszystko, bo drugie słońce wzeszło dla jego wzroku. Czerń i biel, dobro i zło, dwa kolory uzupełniające się w jego ślepiu; bijąca moc, która pulsuje wewnątrz, nawet kiedy jest zamknięte. To właśnie musiał wyczuć szaman, podający się za ceklarza.
Mrok zamienił się w nieskazitelną biel, a niewidzialna bestia stała się jej kontrastem. Długie i ostre pazury cieniostwora, zbroczone krwią chłopca, gotowe były sięgnąć gardła wędrowca, rozszarpać ciało na drobne kawałki. Postać przypominająca wilka z nienaturalnie długimi rękoma i wygiętymi w tył nogami ruszyła ku niemu, a potem znów stało się to samo. Za każdym razem tak się dzieje – pomyślał wędrowiec. Kiedy rozpędzona bestia zamachnęła się i opuściła szpony jak gilotynę, wędrowiec, mimo zwałów śniegu, odskoczył zręcznie w bok, przeturlał się i znalazł się pod jej nogami.. Z kucek wyskoczył i ostrzem przejechał po jej udzie. Jedna rana, druga, trzecia – znów to samo, pomyślał, odskakując i unikając kolejnego ataku. Bestia pochyliła się, próbując kłami wielkimi jak konary drzew złapać wędrowca, przegryźć go, rozkruszyć kości i pożreć. Wędrowiec wzbił się, nożem przejechał po jej pysku i dźgnął kilka razy w okolice szyi. Wiedział, że zwykłe ostrze przeleciałoby przez cieniostwora niczym powietrze. Wiedział także, że rozpalone ostrze to było za mało, by powalić przyzwanego do tego świata potwora.
Wędrowiec biegł między drzewami, a śnieg opornie starał się spowolnić jego ruchy. Bestia, wściekła do granic możliwości, goniła za nim z równym trudem, co on uciekał. Zębami otworzył fiolkę przewieszoną przez szyję i wylał czerwoną ciecz na ostrze noża. Gdy zetknęła się ze stalą, zaczęła parować. Zatrzymał się i wstrzymał oddech. Para wzbiła się w powietrze i zniknęła, a wtedy pojawił cię cieniostwór i wściekle zaczął wymachiwać szponami. Wędrowiec nie zbliżył się ani nie pozwolił bestii podejść bliżej. Złapał nóż trzema palcami i robiąc głęboki zamach, rzucił w stronę bestii tak, że ostrze wbiło się w jedno ze ślepi. Nie był pewien, czy trucizna, którą wcisnęła mu jakaś kobieta na bazarze w Verdad, była prawdziwa, czy może była to jedynie zabarwiona ciecz. Gdy po chwili bestia padła na śnieg i z żałosnym rykiem zastygła w miejscu, wędrowiec w duchu podziękował kobiecie, że go nie okłamała (jakimś sposobem potrafiła ominąć jego oko). Przyzwany cieniostwór znów wrócił do świata pośredniego, z którego został przyzwany.
Dopiero kiedy wędrowiec podniósł nóż, poczuł, że jego ręka krwawi.
Niedobrze. W tym zimnie zamarznę.

*

Dawno nic nie odczuwał, ale dzisiejszej ponurej nocy także w jego sercu nie zagościł smutek. W ubranie Tima wytarł truciznę nałożoną na ostrze noża, a potem schował nóż do kieszeni. Dwie części ciała chłopca leżały bezwładnie na śniegu pośród rubinowej kałuży. Nieopodal leżał przemoknięty i zlodowaciały bandaż, ale wędrowiec postanowił go nie nakładać. Schował go do kieszeni płaszcza i Zamknął oko, które zasłonił grzywką. Pierwiastki, tworzące świat bez kłamstw, znów ulotniły się jak pyłek rozwiany przez wiatr i po raz kolejny zapanowała ciemność. A pośród ciemności unosiła się fioletowa mgiełka wokół pustelniczej chaty, do której się udał. Okazało się, że bariera nie była silna, a odpychająca moc zniknęła od razu, kiedy wędrowiec wykonał kilka gestów dłonią, wypowiadając kolejno kilka słów. Wszystkie spisane miał w książeczce, którą nosił przy sercu po wewnętrznej stronie płaszcza. Nie pamiętał, jak trafiła w jego ręce. Wszystko wokół było wielką niewiadomą.
Tak oto nieznajomy podróżnik otworzył drzwi do chaty, które zaskrzypiały donośnie, ukazując wnętrze oświetlone zimnym blaskiem siedzącego w środku Skrzepolóda. Słyszał wiele plotek o jego wyglądzie. Ludzie mówili, że z jego pleców wyrastają lodowe rogi, że ma trzy pary nóg i siedem par rąk, a na karku dwie głowy prowadzące wielką wojnę o władzę nad niebem. Mówili wiele rzeczy, ale Skrzepolód okazał się taki, jakiego wyobraził sobie wędrowiec. Potulny, lekko zagubiony starzec z długą i białą jak lód brodą. Jego spojrzenie ukryte było pod wielkim rondlem słomianego kapelusza. Poza tym odziany był jedynie w lśniącą szatę, która tworzyła wokół światło błękitne i równie magiczne. Płanetnik był starcem zmęczonym wieczną pracą i nie zareagował żywo, kiedy naprzeciw niemu wyszedł wędrowiec.
– Witaj, Skrzepolódzie. Płanetniku niosący ze sobą lód, skuwający nawet ludzkie serca.
Płanetnik zaśmiał się jak starzec. Pogodnie, jakby wędrowiec powiedział przyjemny dla ucha żart. Jakaś część wewnątrz niego poczuła pewnego rodzaju ulgę. W Verdad mówili także, że Skrzepolód potrafi pstryknięciem palca zamienić człowieka w kostkę lodu. W końcu ma zlodowaciałe serce i zimne myśli.
– Uwolniłeś mnie z tego przeklętego miejsca. I za to ci dziękuję, przybyszu. Nie wyglądasz mi jednak na pobliskiego osadnika.
– Nie jestem osadnikiem. Wszystkich osadników zabiła kilkuletnia zima.
– Przeklęty szaman. Najpierw udobrucha wódką, a potem zamyka w klatce. Dlaczego się dziwisz? I my, płanetnicy, mamy własne zachcianki. Czasami w przebraniu pokazujemy się ludziom. Pozwól, że spytam cię, nieznajomy. Czy krew na twoich dłoniach to krew szamana?
Wędrowiec nie odwracał spojrzenia od Skrzeoplóda. Rondel skrywał jego oczy i nie był do końca pewien, o czym płanetnik myśli.
– To krew chłopca. Oddał życie, by cię uwolnić i teraz spoczywa w pokoju. Szaman uciekł. Także dałem się otumanić wódką. Niestety nie mogłem zabić go w mieszkaniu. Tam także była bariera.
– To wyjaśnia, dlaczego przeżył tę zimę. Jeden niewłaściwy ruch i znalazłbyś się tutaj. Chcesz wiedzieć, co było w tej wódce? – spytał, a kąciki ust płanetnika podniosły się w górę w sztucznym uśmiechu.
– Nie wiem, co w niej było i nie chcę wiedzieć. Przyszedłem tutaj po odpowiedź na inne pytanie. Uwolniłem cię, zobowiązany więc jesteś na nie odpowiedzieć.
– Pozwoliłeś zbiec szamanowi i zabić chłopca. Szala strat na wadze końcowych rozrachunków jest cięższa od szali zysków, przybyszu. Niemniej jednak masz rację. Jestem ci winien przysługę.
W białym świetle spowijającym wnętrze mieszkania wędrowiec dłonią odsłonił grzywkę. Płanetnik uniósł twarz i spod słomianego kapelusza zalśniły lodowate ślepia czyste jak kryształy. Wędrowiec otworzył oko. Biel i czerń zawirowała, tworząc dwie bliźniacze łzy. Spojrzał nim na Skrzepolóda. Wpierw dostrzegł uśmiech na jego twarzy, tym razem szczery, a potem Skrzepolód zaczął śmiać się w głos, ale szybko się opanował.
– Powiedz mi, kim jestem – rozkazał wędrowiec, nie ukrywając w pytaniu chęci poznania prawdy. Nie miał już sił, by udawać niewzruszonego.
– Wszyscy tak kończą, wędrowcze z odległej krainy. Dlaczego jednakże przyszedłeś do mnie?
– Jesteś płanetnikiem. Byłeś we wszystkich miejscach. Nie ma rzeczy, której byś nie wiedział.
– Masz rację – odparł Skrzepolód, gładząc się po długiej, zlodowaciałej brodzie. – Masz rację – powtórzył w zamyśleniu. – Wiem, kim jesteś. Wiem, czego szukasz, skąd pochodzisz i dlaczego potrafiłeś mnie uwolnić spod oka szamana. Wiem także, gdzie idziesz i po kogo. A ty nie potrafisz odpowiedzieć na żadne z tych pytań, prawda? Nie masz pojęcia, dlaczego potrafisz posługiwać się tak zręcznie bronią i czarami. Nie wiesz, dlaczego twoje oko widzi to, co nie jest widoczne dla oczu zwykłych śmiertelników. Nie wiesz, dlaczego jesteś inny i dlaczego jesteś tak bardzo spostrzegawczy. Nie wiesz, dlaczego potrafisz odczytać wszystko z twarzy...
– Dość tego! Nie wiem. Nie mam pojęcia. Powiedz mi więc, kim jestem? Kim jestem naprawdę?
– Nie – odparł pokrótce. Wędrowiec milczał. – Nie mogę ci odpowiedzieć na to pytanie. Na żadne kolejne także. Nie takie jest twoje przeznaczenie, wędrowcze.
– Nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie. Odpowiedz mi, kim jestem! – krzyknął niepohamowanie.
Skrzepolód skrzywił twarz, a jego oczy błysnęły groźnie. Nawet najśmielszy bohater przestraszyłby się takiego spojrzenia, ale wędrowiec stał spokojnie. Stał i nie wiedział, dlaczego nie boi się groźnego Skrzepolóda.
– Nie zaprzeczaj moim słowom! Nie powiem ci, kim jesteś. Wolą przeznaczenia jest to, abyś dowiedział się sam – odparł i wstał. Znikąd w dłoni Skrzepolóda pojawiła biała laga, wielka jak on sam. Podparł się o nią i zbliżył do wędrowca, po czym rzekł półszeptem. – Ale mogę ci powiedzieć, gdzie możesz teraz się udać. Gdzie odnajdziesz swoje przeznaczenie.
Wędrowiec zamknął oko i zakrył grzywką, by zobaczyć Skrzepolóda w rzeczywistej postaci. Skrzepolód schylił się i wyszeptał do ucha wędrowcowi słówko, po czym wyprostował się i wyszedł z mieszkania. Las zapłonął martwym blaskiem, który dobywał się z ciała płanetnika. Uniósł rękę w stronę nieba, a z niego spłynęły białe sznury, które złapał pewnie w dłoń. Teraz mógł ruszyć w dalszą podróż razem z chmurami.
– Połóż się i odpocznij. Kominek masz już rozpalony, a łóżko zasłane. Wyrusz w pełni sił – powiedział i nie odwracając się, ruszył swoją drogą. Kiedy wędrowiec się odwrócił, ujrzał ogień w kominku i poczuł buchające, przyjemne ciepło. Nim udał się do łóżka, rozmyślał chwilę nad tym, czy jeszcze kiedyś się spotkają. Czy wtedy będzie wiedział kim jest i dokąd idzie.

*

Uwolnił się z bezkresnego mroku, otwierając oko. Zza okna chaty dobywały się promienie słońca wraz z głośnym i przyjemnym świergotem ptaków. Ogień w kominku zgasł, ale wewnątrz panowało ciepło. Usiadł na łóżku wypoczęty i spojrzał na okno przy zamkniętych drzwiach. Chatę otaczały drzewa z zielonymi koronami i krzewy obrastające konary. Nie myślał o tym ile spał, po prostu wstał i wyszedł przez drzwi. Idąc, mimo zakorzenionej gdzieś w sercu znieczulicy, zastanowił się, czy osadnicy byliby zadowoleni z odejścia Skrzepolóda.

Dział: Opowiadania