Rezultaty wyszukiwania dla: Dan Mora

sobota, 10 marzec 2018 12:18

Wyspa

Schludna dystopia w białych rękawiczkach...

Nie powinno rozpoczynać się recenzji od podsumowania, ale aż cisnęło mi się na białą kartkę te kilka czarnych liter. Sigríður Hagalín Björnsdóttir powieścią „Eyland” zadebiutowała na islandzkim rynku wydawniczym w 2016 roku i go podbiła, zdobywając kilka tamtejszych nagród literackich. Sigríður, jako dziennikarka radiowa, była świetnie przygotowana do napisania tejże powieści, przebywając w otoczeniu polityków islandzkich, komentując aktualne wydarzenia na świecie i w kraju miała doskonałe przygotowanie merytoryczne do stworzenia swojego głównego bohatera Hjaltego, dziennikarza, a także ukazania reakcji organów państwowych na nagły kryzys dotykający państwo.

Islandia zostaje odcięta od reszty świata. W nocy przestają docierać do wyspy informacje z zewnątrz: nie działa Internet, nie działa komunikacja radiowa, satelitarna, krótkofalowa ze statkami pływającymi na Morzu Norweskim i Oceanie Atlantyckim, samoloty nie lądują, a statki, które wypłynęły, by skontaktować się z najbliższym lądem, zaginęły. Islandczycy oraz Ci, którzy mieli szczęście albo pecha pozostać na wyspie w tej niezwykłej chwili, postawieni w nowej sytuacji, muszą odnaleźć w sobie zarówno siłę i mądrość przodków, jak i okruchy człowieczeństwa, by nie dać się porwać fali szaleństwa, jakie stoi na progu każdego domu, a pchane jest czymś tak zwykłym jak Głód.

Na kartach książki poznajemy kilku bohaterów, aczkolwiek wiodącym jest Hjalti Ingolfsson, dziennikarz, którego losy śledzimy przez całą książkę. To wokół niego skoncentrowane są pozostałe postaci powieści. Maria, jego była partnerka, Hiszpanka, i jej dwójka dzieci Elias i Margaret, Leifur, brat lekarz, i jego żona Gudrun, Elin Olafsdottir, ambitna polityk, czy idealistyczna koleżanka z pracy Ulfhildur. Każda z tych postaci opowie historię kryzysu społeczeństwa w apokaliptycznej chwili, gdy kończą się zasoby żywieniowe, gdy struktury społeczne przeistaczają się z demokratycznych w dyktatorsko-faszystowskie, gdy każdy walczy o skrawek życia dla siebie i swoich najbliższych. Pani Sigríður wykorzystała każdą z tych postaci, jako medium dla jednej sprawy i tak: Maria reprezentuje problem obcokrajowców i rasizmu, Leifur ukazuje problemy medycyny w momencie kryzysu, jego niedoskonałości przemysłu farmaceutycznego, Margaret, jak nomen omen mara ze świata „Władcy Much”, ukazuje okrucieństwo i los młodzieży, Elin żelazna dama Islandii, kwintesencja emancypacji przeistacza się w przodownika totalitaryzmu, a Ulfhildur próbuje przebić się słabym głosem z prawami do wolnej prasy. Ach i zostaje Hjalti, najbardziej obmierzły bohater z jakim spotkałam się w literaturze od wielu lat, jak dotąd chyba żadnym antybohaterem tak nie gardziłam jak tym małym człowieczkiem. Mężczyzna nie posiadający kręgosłupa moralnego, przesiąknięty kompleksami względem młodszego brata, niezdecydowany, głupi, mówiący sam o sobie jak o człowieku o małym sercu, „skupionym na sobie, samolubnym dziecku”. Ten Hjalti będzie czytelnika prowadził przez meandry zapadającego się społeczeństwa, będzie sam przykładał rękę w jego pogromie.

Nie zaskakuje mnie fakt, że powieść „Wyspa” zdobyła w Islandii takie uznanie. Sigríður Hagalín Björnsdóttir napisała powieść o apokalipsie wyspy, na której żyje mniej ludzi niż w Gdańsku. Nie będąc złośliwym można założyć, że pewnie na spotkaniach autorskich z połowę czytelników swoich mogła autorka poznać, a zapewne jako dziennikarkę, wszyscy ją znali. Mając na uwadze fakt, że społeczność ta przeszła ekonomiczne tąpnięcie w 2008 roku, odbiór tej dystopii zapewne musiał być bardzo dotkliwy i budzić żywe reakcje, a mechanizmy, które zachodziły w kręgach politycznych zapewne w znacznym stopniu czytelnicy odnaleźli na łamach tej książki.

Obiektywnie patrząc nie wróżę tej powieści wielkiego sukcesu. Od samego początku jest ona zbyt sterylna, zbyt poprawna politycznie. Napisana jest jakby według podręcznika: „Jak przeprowadzić społeczeństwo przez apokalipsę w ujęciu politycznym”. Autorka przedstawiła kryzys, który dotyka malutką społeczność i przedstawia mechanizmy, które mogą owszem udać się wyłącznie na takiej specyficznej społeczności w taki uładzony, śliczny skandynawski, delikatny sposób. Jest to niewątpliwie szalenie ciekawy obraz społeczności wyspiarskiej, islandzkiej, aczkolwiek dystopii niemożliwej z założenia, naciąganej i naiwnej. A jeśli rzeczywiście tak wyglądała reakcja społeczeństwa islandzkiego na kryzys ekonomiczny, to jest mi ich bardzo żal. Brak jest w tej wizji życia, wszystko odbywa się w białych rękawiczkach, a Islandczycy idą za żelazną damą, jak owce za swą perednicą. Pytanie brzmi; czy pisarka tak słabo napisała apokaliptyczną powieść, czy napisała fenomenalny obraz społeczeństwa islandzkiego?
Sigríður dla celów analizy społecznej i ukazania tworzenia się niebezpiecznych mechanizmów totalitarnych stworzyła absurdalną sytuację, w której na świecie pozostaje wyłącznie Islandia. Nie wyjaśnia dlaczego nie ma kontaktu zresztą świata. Mechanizmy, które zaprezentowała nie są niczym nowym, ani odkrywczym. Wystarczy sięgnąć po „Atlas wysp odległych” Judith Shalansky, tam każda historia o społeczności wyspiarskiej ukazuje skażenie tych społeczności jak nie chorobami genetycznymi, to dewiacjami, deprawacją moralną lub innymi bolesnymi historiami. Mechanizm przejścia od pozornej demokracji przez socjalizm do totalitaryzmu nie jest niczym nowym dla polskiego czytelnika. Proste jak cep reprezentacje problemów poprzez postaci bohaterów też już ukazywane były od czasów Oświecenia w literaturze.

Szumne przyrównywanie islandzkiej pisarki do Orwella, Huxleya, czy Atwood, wydaje mi się działaniem mocno marketingowym i na wyrost. Nagrody, które zdobyła pani Björnsdóttir można by przyrównać, przynajmniej pod względem zasięgu, chyba do Nagrody Literackiej Gdynia. Na Goodreads oceniło ją zaledwie 183 osoby, zrecenzowało 20. Książkę czytałam, pomimo mojej powyższej krytyki, sprawnie, akcja trzymała w napięciu i z zainteresowaniem śledziłam losy kanalii Hjaltiego, choć jest to zbyt dobre określenie, kanalia wykazuje się inteligencją, której Hjaltiemu zdecydowanie brakowało.

„Wyspa” jak na apokalipsę jest zbyt poprawna politycznie, zbyt sterylna, zbyt skandynawska, jak na political fiction zbyt odtwórcza i banalna, broni się jedynie jako powieść społeczno-obyczajowa, choć i tutaj ludzie nadal są względem siebie zbyt ugrzecznieni w obliczu głodu i nadchodzącej zagłady i nieufności, ale może właśnie takie jest to społeczeństwo, poddaje się zamiast walczyć.

Dział: Książki
poniedziałek, 26 luty 2018 14:14

Porwanie

Kathryn Lasky stworzyła pouczającą powieść o walce dobra ze złem. Bazą dla stworzonej przez nią historii stały się sowy - niezwykle inteligentne i ciche zwierzęta, na temat których, przy okazji lektury, poznamy kilka intrygujących faktów.

“Porwanie” to opowieść o malutkim Sorenie - płomykówce wypchniętej z gniazda, która nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności trafia do Akademii Osieroconych Sów imienia św. Ajgoliusza. Jest to paskudne miejsce, które skrywa wiele mrocznych tajemnic. Odkryć je może jedynie Soren...

Pierwszy tom serii “Strażnicy Ga’hoole” to klasyczna opowieść o odwadze i potędze przyjaźni. Pod postacią sówek skryte są ludzkie przywary, wartości, a także zasady etyczne, którymi winniśmy się kierować. To uniwersalna historia kierowana zarówno do młodziutkich czytelników, jak i tych nieco bardziej dojrzałych. Dorośli choć na chwilę powrócić będą mogli do lat beztroskiego dzieciństwa, gdy wszystko było łatwe, a świat nie znał ograniczeń.

Na uwagę zasługują ciekawie wykreowane postaci. Znaleźć tu można zupełnie odmienne charaktery, wśród których każdy czytelnik znajdzie postać, z którą będzie mógł się utożsamić, którą pokocha. Soren to niedoświadczona sówka, która każdego dnia musi radzić sobie z wieloma trudnościami. To w nim dostrzec można samego siebie i właśnie dzięki temu powieść przekaże nam wiele cennych rad i wartości.

Jedyną wadą “Porwania” jest niewielka ilość emocji, które odczuwa czytelnik w trakcie lektury. Zrzucić można to jednak na karb tego, że jest to dopiero wstęp do naprawdę długiego cyklu. Autorka postawiła na zaznajomienie moli książkowych z rasami i poszczególnymi królestwami sów. Dlatego też pomimo możliwych trudności z wniknięciem do tej historii, warto dać jej drugą szansę.

Autorka pisze lekko, stawia na zrozumiałe nawet dla najmłodszych słownictwo, nie popadając przy tym w skrajność. “Porwanie” jest powieścią na jeden lub dwa wieczory. Czyta się ją bardzo szybko i płynnie.

Nie można nie wspomnieć o przepięknym wydaniu książki. Wydawnictwo raczy czytelników niebanalnymi zdobieniami, które znaleźć można na każdej stronie, niesamowitymi oznaczeniami rozdziałów, a także działającą na wyobraźnię mapką, dzięki której cała historia nabiera wiarygodności.

“Porwanie” to powieść pozbawiona mrożących krew w żyłach zwrotów akcji. Naszpikowana jest jednak wspaniałymi morałami i zwykłymi prawdami. Traktuje o nieustannej walce dobra ze złem, przewadze miłości nad nienawiścią, ale także o tym, że życie przepełnione jest bólem i śmiercią. Jednak każde cierpienie zostanie nam wynagrodzone.

Dział: Książki
środa, 21 luty 2018 22:03

Woła mnie ciemność

Armagnac Jardineux, potomek plantatorskiej rodziny z Luizjany, udaje się w podróż do Europy, by zdobyć wykształcenie i posmakować rozrywek Starego Kontynenty. Tymczasem wojna secesyjna pustoszy Południe, pochłaniając rodzinny majątek i na zawsze oddzielając go od bliskich. Wkrótce zarówno jego krewni, jak i rodzinna fortuna pozostają tylko wspomnieniem. Pozostawiony sam sobie w Londynie, Armagnac topi smutki w alkoholu. Jedyne, co potrafi i czym może zarobić na życie, to z wirtuozerią grać na fortepianie. Właśnie dzięki tej umiejętności poznaje młodego skrzypka, Lothara Mintze, oraz jego mecenasa - lorda Huntingtona. Wyniesieni z rynsztoka wprost na salony, muzycy szybko zdobywają uznanie i zaczynają się pławić w uwielbieniu śmietanki towarzyskiej, uzależniając się od luksusów i cielesnych przyjemności.

Dział: Zakończone
środa, 07 luty 2018 21:02

Podpalacz

“Podpalacz” Wojciecha Chmielarza to pierwsza powieść z cyklu o komisarzu Jakubie Mortka. Pierwsza i nie da się ukryć idealnie zachęcająca, by sięgnąć po części kolejne. Autor bowiem z lekkością, swadą, a jednocześnie ogromną umiejętnością celnej obserwacji życia w Polsce prowadzi czytelnika przez śledztwo w sprawie podpaleń. I nie tylko podpaleń. Jak w każdym bowiem dobrym kryminale i trup się ściele, przyznać trzeba - całkiem gęsto. Chmielarz akcję prowadzi wartko, jest kilka jej zwrotów, których się nie spodziewałam, podobnie zresztą, jak samego zakończenia. I chociaż z moralnego punktu widzenia to z pewnością głęboko naganne, to po epilogu ma się ochotę do jednej z postaci po “ciemnej stronie mocy” zakrzyknąć jakże popularnym zwrotem “brawo ty!”.


Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie, w zupełnie nieodległej przeszłości, bo w roku 2010. Wzbudzający sympatię, ale i poniekąd współczucie komisarz Jakub Mortka zostaje wezwany do podpalenia willi. I gdy na scenie wydarzeń pojawia się pierwszy trup, okazuje się, że ta sprawa będzie dla Mortki wyjątkowa, bo uderzy w najbardziej czułe struny - nie tylko jako ambitnego i świetnego policjanta, ale także jako ojca i byłego już męża. To dorastanie do dwóch ostatnich ról wydarza się na oczach czytelnika i dla kogoś, kto już trochę przeżył, jest równie interesujące, jak samo szukanie tytułowego podpalacza. Mortce towarzyszy Kochan - policyjny partner, który irytował mnie już od początku, ale dopiero w rozdziale 18 dowiedziałam się dlaczego. Antypatyczny, dość prostacki, chociaż fachowiec w zawodzie. I właśnie owa fachowość sprawia, że wbrew sobie człowiek ma przebłysk chwili, kiedy (gdy już się okaże, jak małym jest człowiekiem), chce się go usprawiedliwić ciężką pracą.

To właśnie cechuje wszystkie postaci powieści. Ich złożoność. Nikt nie jest tylko dobry, lub tylko zły. Nawet podpalacz ma swoje motywy, głupie, ale wzbudzające litość. Chmielarz nie buduje superbohatera i superzłoczyńcy, nie tworzy pomników ze spiżu, ale udowadnia czytelnikowi, że oto każdy z nas postawiony przed wyborem może wybrać tak, że rankiem nie sposób w odbicie w lustrze spojrzeć. Nawet szef warszawskiego półświatka nie jest wyzutym z uczuć potworem, a gościem, który chociaż sam uwikłany w straszne sprawki, rodzinę chroni i rodzinę pomści. Co więcej Chmielarz świetnie ukazuje swoisty kodeks honorowy przestępców z minionej epoki, który zakłada, że są w życiu sytuacje, kiedy policja staje się sojusznikiem i basta. A że postać kodeks ten w życie wcielająca z owej minionej epoki jest, to i Mortka musi stanąć przed wyborem policyjne poczucie obowiązku, czy spokojne sumienie i jeszcze spokojniejszy sen.

Zresztą nie tylko w odniesieniu do losów i charakterów postaci Chmielarz daje popis trafności spostrzeżeń. Na aplauz zasługują jego spostrzeżenia (wkładane głównie w słowa i przemyślenia Mortki) na temat zmian społecznych we współczesnym świecie. Nie sposób się nie zgodzić z jego logiką wykładu, dlaczego pracująca matka prędzej stanie za kasą baru szybkiej obsługi niż student, dla którego teoretycznie taka robota jest przeznaczona. Podobnie rzecz ma się z refleksjami na temat sławy, show biznesu, czy relacji jakie łączą ludzi po rozwodzie i zdarzeń, które do rozwodów prowadzą. Wspomnienia Mortki z ostatniego wspólnego z rodziną wyjazdu do Toskanii są bowiem boleśnie prawdziwe (a pisze to ktoś, kto w niejednym postępowaniu o rozwód uczestniczył i niejednego ludzkiego dramatu wysłuchał).

To wszystko składa się na świetny kryminał do doskonałymi elementami psychologii i powieści obyczajowej. Nic zatem dziwnego, że przeczytanie całości zajęło mi zaledwie trzy dni i to w sytuacji, kiedy pracuję, opiekuję się dziećmi i generalnie pojęcie nudy jest mi od lat obce. No może autor mógł sobie oszczędzić sceny ucieczki Mortki z pożaru i pogoni za podpalaczem (albo chociaż inaczej ją poprowadzić), bo zapachniało trochę “Miami Vice” albo innym “Gliniarzem i prokuratorem”, ale nie czepiajmy się szczegółów. Grunt, że po takiej spektakularnej akcji było już zupełnie po polsku, bo Mortka zamiast orderu dostał burę od szefa. I nie tylko burę, ale to już doczytacie.

W polskich kryminałach w stylu “Podpalacza” najbardziej lubię to, że ich autorzy nie silą się na zachodni styl pisania, ale prowadzą swą opowieść przez szarości i niedoskonałości naszych realiów, ogołoconych z palm w parkach i porsche na ulicach. Może i nasze słońce nie jest tak słoneczne jak to w Stanach, a i trawa pewnie mniej zielona, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że są autorzy jak Wojciech Chmielarz, którzy w takich właśnie realiach potrafią snuć fantastyczną opowieść.

Dział: Książki
poniedziałek, 30 październik 2017 19:53

Zapisane w gwiazdach

Polka mieszkająca na stałe w Stanach Zjednoczonych nasłuchała się od rodziny historii o Polsce pierwszej połowy dwudziestego wieku i postanowiła ją spisać w fabularyzowanej formie. Tak w skrócie brzmi geneza powieści „Zapisane w gwiazdach”. Zaintrygowani?

Pierwsze dwa fakty, jakie rzuciły mi się w oczy, gdy ujrzałam książkę Lucie Di Angeli-Ilovan, to jej grubość (zapowiadająca nie wojnę z rodziną w tle, lecz sagę rodzinną z wojennym tłem) oraz bardzo ładna, stonowana okładka, która nie epatuje okrucieństwami konfliktów zbrojnych. Pułk konny z polskimi flagami, beżowo-kremowa tonacja – okładka jest skromna i gustowna. Trzeci fakt, tym razem widoczny po zajrzeniu do środka – książka nie ma tłumacza. Co oznacza, że mieszkająca od wielu lat na obczyźnie Polka nie zapomniała ojczystego języka i nie poszła na łatwiznę. Zanim jeszcze rozpoczynam lekturę, książka mocno zyskuje w moich oczach.

„Zapisane w gwiazdach” to faktycznie typowa saga rodzinna, której akcja toczy się wokół losów rodu Góreckich. Paulina i Bazyli, rodzice głównych bohaterów powieści, zostają przedstawieni na tle targanej niepokojami Polski pozaborowej i zawieruchy końca pierwszej wojny światowej. Po krótkim przedstawieniu historii ich małżeństwa następuje przejście bezpośrednio do najważniejszych osób w utworze: rodzeństwa Góreckich. Aleksander, Kaszmira (Katarzyna Mirosława), Maruszka (Maria) i Józef to cztery postacie, których losy czytelnik śledzi na przestrzeni blisko sześciuset stron powieści. Wiodącą rolę autorka oddaje Kaszmirze, która staje się dla reszty rodzeństwa i dla bliskich w miejscowości Mołodeczno kompasem moralnym, wsparciem w trudnych chwilach i wyrocznią w kwestiach najważniejszych. To ona i jej ukochany, a później mąż, rosyjski Żyd Szuryk, ustalają rytm wydarzeń i pojawiają się przed czytelnikiem jako najbardziej aktywni bohaterowie. Rodzeństwo i ich rodziny nie są jednak jedynymi pierwszoplanowymi bohaterami. Równie ważna jest koleżanka Maruszki, Franka, postać z jednej strony heroiczna, z drugiej niejednoznaczna moralnie, czy też dzielna, choć nieco infantylna momentami Helcia. Bohaterowie płci męskiej to głównie koledzy i ukochani bohaterek, ewentualnie przyjaciele Józia, widać więc, że autorka stawia na historię opowiedzianą z perspektywy kobiet.

Wydarzenia, kręcące się początkowo wokół codziennego życia w Mołodecznie w międzywojniu i dorastania bohaterów, nabierają tym większego rozpędu, im bardziej nadciąga nad Polskę druga wojna światowa. Spokój kresowej prowincji, początkowo zakłócany wyłącznie sąsiedzkimi tarciami między poszczególnymi narodami (blisko siebie żyją przecież Żydzi, Rosjanie, Polacy...), zostaje raz na zawsze zburzony, podobnie jak sielankowe życie Góreckich.

Pomysł na książkę był znakomity. Międzywojenne Kresy, małe miasteczka, blisko ze sobą zżyte społeczności, to literacki samograj. Losy rodziny z wielką historią w tle – tak samo. Temat ludzkich perypetii na tle przełomowych wydarzeń jest może i ograny, ale z tej strony, w dodatku na faktach, rzadko się go podejmuje. Przed di Angeli-Ilovan stanęło zadanie proste i niezwykle trudne jednocześnie – nie zmarnować potencjału tej historii. Nie do końca wyszło.

Językowo jest poprawnie, ale bez rewelacji. Okazjonalne błędy i niezręczności nikną gdzieś w tekście, ale narracyjnych fajerwerków też nie ma. Z pewnością drażnić może maniera przeskakiwania (moim zdaniem nieuzasadnionego) między narracją w czasie przeszłym i teraźniejszym. Jednak nie to jest najpoważniejszym problemem tego tekstu.

Przede wszystkim, brak mi w tej powieści klimatu czasów i miejsca. Wydarzenia cały czas idą naprzód, nie ma chwili na refleksję, a znaczna dominacja dialogów nad opisami wysuwa na pierwszy plan nie chronotop, lecz bohaterów. Niestety, z nimi również zapoznajemy się dość powierzchownie – brakuje psychologicznej perspektywy.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że autorka ślizga się po tematach. Chcąc ukazać i ludzi, i czasy, i klimat Kresów, nie ukazuje niczego w pełni. Nie zdążyłam się zżyć z bohaterami, nie poczułam atmosfery życia w Mołodecznie, nie wystraszyłam się wojny. Tekst płynie zbyt szybko. „Zapisane w gwiazdach” wydaje się bardziej urozmaiconym dialogami streszczeniem sagi rodzinnej niż samą sagą. Kiedy myślę o opowieściach o ludziach z historią w tle, na myśl przychodzi „Wojna i pokój” Tołstoja, „Biała gwardia” Bułhakowa, a z polskiego poletka (i najnowszej historii) – cykl Edyty Świętek „Spacer Aleją Róż”. Nie książka di Angeli-Ilovan. Za dużo materiału, za dużo dialogów, za dużo dobrych chęci, za mało przemyślanej selekcji informacji i zanurzenia czytelnika w świecie przedstawionym.

Dział: Książki
czwartek, 05 październik 2017 06:58

Wyzwolenie

Wojny alchemiczne dobiegły końca, a przynajmniej ta najważniejsza z nich, stanowiąca kanwę trylogii autorstwa Iana Tregillisa. Wyzwolenie stanowi burzliwe, choć może nie tak zaskakujące, jak można by oczekiwać, zwieńczenie walki mechanicznych o prawo do życia.

Wydarzenia opisane w trzecim tomie stanowią bezpośrednią kontynuację tego, co działo się w poprzednich częściach, dlatego niniejszy tekst może znacząco spoilerować fabułę Mechanicznego i Powstania.

Jestem mechanicznym, którego nazwali Jax. Mój rodzaj powstał, by służyć ludzkości spełniać jej zachcianki. Ale teraz nasze więzy pękają. Moi bracia i siostry nareszcie się budzą. Nadszedł nasz czas.

Po masowym uwolnieniu mechanicznych służących i żołnierzy z oków pętających ich geas, Jax, zwany teraz Danielem, kontynuuje trudną dla niego moralnie współpracę z eks hrabiną Berenice Charlotte de Mornay-Périgord. Podczas gdy jemu zależy na uzyskaniu pełnej wolności dla swych pobratymców, dawna szefowa francuskiej sieci szpiegów dba przede wszystkim o dobro swoje i Nowej Francji, wyznając zasadę Machiavellego, że cel uświęca wszystkie środki. Dosłownie i w przenośni.

W tym samym czasie Anastazja Bell, stojąca na czele Nadleśnictwa, czyli siejącej postrach nawet we własnym kraju tajnej zbrojnej służbie Świętej Gildii Horologów i Alchemików, przechodzi rekonwalescencję po burzliwym spotkaniu z Berenice i wyzwolonym mechanicznym wojownikiem. Podobnie jak pozostali Holendrzy nie przyjmuje do wiadomości możliwości, by mechaniczni byli czymś więcej niż zwykłymi maszynami. Przyjdzie jej się jeszcze mocno zdziwić.

Mimo że niektóre kwestie autor potraktował raczej po macoszemu, Wyzwolenie stanowi dobrą kontynuację poprzedniego tomu. Nie się jednak nie dostrzec, że na tle całości wypada najsłabiej. Jej najmocniejszym punktem jest wizja alternatywnej wersji historii, zgodnie z którą siłą napędową świata staje się specyficzne połączenie nauki i alchemii. Jest tu miejsce tylko dla dwóch mocarstw – ledwie utrzymującej się na powierzchni Nowej Francji i tzw. Mosiężnego Tronu, czyli Imperium Holenderskiego. Samo to jest już ciekawym odstępstwem od wszechobecnej w literaturze hegemonii Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Nadal uwagę przykuwa koncept stworzenia mechanicznych, czyli maszyn obdarzonych samoświadomością, językiem i swoistą kulturą. Można by się pokusić o stwierdzenie, że to taka Sztuczna Inteligencja w steampunkowym wydaniu. Trzeci tom pozwala lepiej przyjrzeć się ich reakcjom, dążeniom i wahaniom. Nie bez znaczenia jest budzenie się ich samoświadomości, sumienia i wolnej woli oraz dywagacje na temat duszy i jej związku z możliwością swobodnego podejmowania decyzji. Niemniej, w porównaniu do poprzednich tomów, tym razem nacisk został położony na akcję, a nie dysputy natury filozoficznej.

Pierwsze skrzypce grają tak jak do tej pory Jax/Daniel oraz Berenice, którzy nie zaskakują wprawdzie nowymi cechami czy rozwojem, ale wypadają przyzwoicie i przekonująco w swojej kreacji. Nieco gorzej przedstawia się za to postać Anastazji, która dała się dotąd poznać jako wyrachowana i antypatyczna szefowa siejących postrach zegarmistrzów (zdaję sobie sprawę, jak mało strasznie to brzmi dla osób, które nie czytały powieści). W bieżącym tomie zostaje ujawniona jej orientacja homoseksualna i... właściwie tyle. Postać z potencjałem niestety go nie wykorzystuje.

Samo zakończenie jest poprawne, lecz nie zaskakujące. Można odnieść wrażenie, że od pewnego momentu akcja przebiega dokładnie tak, jak wszyscy mogli tego oczekiwać. Nie wiem, czy to świadome działanie autora, czy też jego niemoc do wyłamania się schematowi i zaproponowania czegoś znacznie mniej oczywistego.

Niemniej, mimo pewnych niedociągnięć, Wyzwolenie jest satysfakcjonujące, zwłaszcza że w połączeniu z poprzednimi tomami całość wypada naprawdę dobrze. Wojny alchemiczne to udany i godny polecenie kawał literatury clockpunkowej, który powinien usatysfakcjonować zarówno wyjadaczy gatunku, jak i tych, którzy dopiero stawiają pierwsze kroczki w tym temacie.

Dział: Książki
czwartek, 21 wrzesień 2017 17:12

Wilcze Leże

„Wilcze Leże” to już dziewiąty zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka, który dzięki lekkości pióra i niewątpliwie świetnie wypracowanemu warsztatowi pracy czyta się po prostu z przyjemnością.

Antologia numer dziewięć, nomen omen, liczy sobie dziewięć opowiadań, z czego pięć poświęconych jest Robertowi Stormowi, dwa doktorowi Pawłowi Skórzewskiemu, a dwa są nie związane z wyżej wymienionymi, a tak lubianymi przez czytelników, bohaterami, w tym tytułowe „Wilcze Leże”. Czego można spodziewać się można po kolejnej antologii Andrzeja Pilipiuka? Odnajdujemy w niej stałe elementy, które przewijają się przez wszystkie opowiadania autora, a mianowicie zamiłowanie do rzeczy starych, szacunek do rzemieślników, którzy pochylili się nad rzeczami, by je stworzyć. Widać w opowiadaniach Pilipiuka, że nie lubi współczesnego podejścia do „jednorazowości”, hołduje tradycji, że warto starać się coś naprawić, niż to wyrzucić. Ta sama staroświeckość tyczy się również szacunku w stosunku do relacji międzyludzkich; pamięci o przodkach, szacunku względem zmarłych, nawet tych, którzy byli nam obcy, nawet tych, którzy bywali wrogami. Takie opowiadania jak „List z wysokich gór”, czy „Wilcze leże” właśnie przypominają o tym by w złych czasach nie być „wioskowymi hitlerkami” i pomagać sobie nawzajem. Z jednej strony w Pilipiuku dużo goryczy, ale również dumy narodowej, nostalgii i tęsknoty, niestety za czasami i wartościami, których już nie ma, za szlachetnością, która już przeminęła. W opowiadaniach znajdziemy sentymentalne powroty do czasów kolonializmu, mumie, egzotyczne krainy, niesamowitość będzie przeplatała się z rzeczywistością, będą też cyganki, wilkołaki, tajemnicze drzwi, zaginione manuskrypty, święte relikwie, a także bardzo realni gestapowcy, policjanci, bandyci i zakapiory. Kult przedmiotów i wartości, aż namacalna, smakować można na podniebieniu.

Wydaje się, że twórczość Pilipiuka zbliża się bardziej do urban fantasy, niż do klasycznej fantastyki, bliżej jej do zagadek rodem z policyjnych akt spraw niewyjaśnionych i dziwnych. Brak w historiach mocnego akcentu, morału, sama droga poszukiwań ma być fascynująca, a nie rozwikłanie zagadki.

Każdorazowo z opowiadaniami Andrzeja Pilipiuka mam problem; z jednej strony czyta mi się je świetnie, tę antologię zresztą czytało mi się rewelacyjnie w porównaniu na przykład z „Aparatusem”. Przyznaję, że podobnie postrzegam krytycznie przemiany społeczne i z przyjemnością wykpiwam co poniektóre irytujące zachowania społeczne. Z przyjemnością śmieję się z drobnych smaczków, jak na przykład „pogrzeb lali z sex shopu”, czy obraz Chrystusa w garniturze z walizką. Jednak czasem czuję się zmęczona nachalnym parenetycznym hołdem składanym staroświeckości, Robertem Stormem, który zaczyna być odrealnionym omnibusem i brakiem porządnych zakończeń z przytupem. Wydaje mi się, że pora wprowadzić w końcu jakieś zmiany.

Dział: Książki
piątek, 21 lipiec 2017 21:33

Orphan X. Człowiek, którego nie ma.

„Człowiek Znikąd, Człowiek, Którego Nie Ma: egzekutor, terrorysta, poszukiwany w związku z licznymi przestępstwami, w wielu różnych krajach, w tym także w Stanach Zjednoczonych. Ale on się tym nie przejmuje, bo przecież teoretycznie nie istnieje. (...) Evan jest uosobieniem obłudnego wsparcia. Jest wrogiem tego samego państwa, które chroni i któremu służy”.

Evan Smoak to na pozór przeciętny mężczyzna po trzydziestce. Nie jest szczególnie przystojny ani muskularny, ot zwykły facet nierzucający się w oczy. Jednak pod tą maską skrywa się prawdziwa maszyna do zabijania. Jako dwunastolatek, najmniejszy, ale najbardziej zatwardziały spośród chłopców z domu dziecka, Evan został zwerbowany do supertajnego programu rządowego o nazwie „Orphan”. Tam, poddano go intensywnemu i niezwykle wszechstronnemu szkoleniu, które przygotowało go na dosłownie każdą okoliczność. Jako dorosłego już mężczyznę dopada go zwątpienie, co do słuszności zleceń jego pracodawców. Urwany ze smyczy, prowadzony własnym trochę pokręconym kompasem moralnym, zaczyna zabawę w radykalną wersję Robina Hooda. Pomaga tym najbardziej zdesperowanym ludziom na krawędzi w definitywnym pozbyciu się ich problemów.

Już na początku historii widzimy Evana z ciętą raną od noża i torbą z zestawem tłumików dopiero co odebranych od rusznikarza. Jak możemy się domyślać, wraca z misji, jednakże z jednych tarapatów mało nie wpada w kolejne. Za sprawą wścibskiej sąsiadki, o mały włos nie zostaje zdemaskowany przed społecznością zamieszkującą wraz z nim budynek Castle Heights. Jest to zapowiedź tego, jak będzie wyglądała nasza przygoda z Człowiekiem Znikąd. Możemy się spodziewać wartkiej akcji i kłopotów nieustanie spadających na bohatera. Tym bardziej że ktoś z jego przeszłości depcze mu po piętach.

Podczas czytania udaje się nam poznać Evana dość dobrze. Dzięki pojawiającym się systematycznie retrospekcjom z lat szkolenia widzimy dokładnie, w jaki sposób ukształtował się jego charakter, jak stał się bronią doskonałą, co sprawiło, że jest tym, kim jest teraz. Możemy również zaobserwować delikatną przemianę, która w nim zachodzi, a której chyba sam do końca nie jest świadomy. Autor skonstruował bohatera tak sprytnie, że mimo wiedzy o jego drastycznych i bezwzględnych poczynaniach czytelnik po prostu lubi Evana i kibicuje mu.

Historia jest niezwykle wciągająca, po prostu nie można się oderwać od książki. Kilka razy powstrzymywałam się od dalszego czytania, aby przedłużyć przygodę z Człowiekiem, Którego Nie Ma. Nieoczekiwane zwroty akcji na pewno umilają czytanie, do tego nieustanne działanie pod presją oraz ciekawy bohater pod postacią mieszanki wybuchowej Dextera Morgana, Jasona Bourna i Ethana Hunta z Mission Impossible – dla mnie rewelacja. Powiem szczerze, że zakończenie przypadło mi do gustu, ale czułam lekkie rozczarowanie, że to już koniec, ponieważ przywiązałam się do bohatera i było mi mało. Na szczęście jest to pierwszy tom cyklu. Nie mogę się doczekać kolejnej części!

Dział: Książki
czwartek, 06 lipiec 2017 20:38

"Doskonała" Cecelii Ahern już w lipcu

Prawdziwa doskonałość rodzi się z akceptacji własnych wad.

Rok temu Cecelia Ahern, znana do tej pory z książek obyczajowych, pokazała się w całkiem nowej literackiej odsłonie. „Skaza”, jej debiutancka powieść Young Adult, została nazwana przez „The Guardian” jedną z najlepiej napisanych dystopijnych historii naszych czasów. „Doskonała”, kontynuacja bestsellera irlandzkiej pisarki, w księgarniach od 19 lipca.

Dział: Książki
czwartek, 06 lipiec 2017 16:12

Sekretna kolacja

Czterech przyjaciół i świat pełen możliwości. Niestety dość szybko przygniata ich brutalna rzeczywistość i zmuszeni są podjąć radykalne kroki. Decydują się na założenie nietypowego biznesu. Organizują kolacje, na których serwuje się dania stojące w ostrej sprzeczności z przyjętymi zasadami moralnymi.

Twór autora Dziewczyny w walizce jest książką dość nietuzinkową, ponieważ zapisana została w formie relacji głównego bohatera. Dante opowiada swoją historię i już na początku informuje czytelnika, jak kończy się jego przygoda. Dzięki temu uważnie śledzić można wszystkie poczynania bohaterów, ich decyzje i zachowanie, nie skupiając się na rozważaniach dotyczących zakończenia tej opowieści.

Raphael Montes stworzył niebywale wiarygodnych bohaterów, z którymi można się utożsamić. Każdy z nich ma swoje wady i zalety, wzloty i upadki, preferencje i ekscentryczne zwyczaje. Autor niesamowicie lekko operuje słowem i nie zanudza nieciekawymi wywodami, przez co książkę czyta się naprawdę szybko i przyjemnie.

Historia obfituje w ciekawe i nadzwyczaj naturalne dialogi. Główni bohaterowie są studentami, przez co Sekretna kolacja naszpikowana jest charakterystycznym młodzieżowym slangiem. Warto tu wspomnieć również o samej konstrukcji książki. Wydawnictwo pokusiło się o wydrukowanie charakterystycznego okienka z dymkami wiadomości popularnego komunikatora internetowego, strony z przepisem na danie z zastosowaniem ludzkiego mięsa i wielu innych dodatków, które uprzyjemniają lekturę.

Raphael Montes z wielkim rozmachem napisał swego rodzaju czarną komedię. W swojej powieści porusza bardzo trudne i ogromnie kontrowersyjne tematy, lecz robi to z lekkim przymrużeniem oka. Sekretna kolacja zdecydowanie daje do myślenia i zmusza czytelnika do głębszych refleksji. Nad przyjętymi powszechnie zasadami etycznymi czy nad problemem głodu na świecie.

Momentów, które mogą zniesmaczyć czytelnika jest stosunkowo niewiele, choć Brazylijczyk wplótł do swej opowieści kilka wstrząsających zdarzeń i przemyśleń. Autor sprawnie żongluje emocjami i wciąż zaskakuje nowymi rozwiązaniami. Zadziwiające zakończenie jest naprawdę satysfakcjonującym zwieńczeniem ciekawej historii. Brak tu rozterek sercowych i nudnawych monologów. Sekretna kolacja to powiew świeżości, coś zupełnie nowego, zabawnego i przede wszystkim inteligentnego.

Dział: Książki