Rezultaty wyszukiwania dla: thriller
Cienie Barcelony
Opis na okładce „Cieni Barcelony" nie różniłby się dla mnie od szeregu podobnych, gdyby nie to, że informuje o tym, że fabuła książki została oparta na historii wampirzycy z ulicy Ponent. Jako miłośniczka krwawych opowieści znałam również tę dotyczącą Enriquety. Czy zatem Marcowi Pastorowi udało się oddać brutalność zbrodni obłąkanej kobiety i dopisać do tego porywającą historię jej ujęcia?
Okładka książki przyciąga wzrok, obiecując niepokojącą, mroczną historię. Utrzymana w brązie i czerni przedstawia most, którego tunel spowija gęsta mgła. Właśnie w tym tunelu dostrzec można postać dziecka, którego poza sprawia, że wydaje się być zagubione. W tle, nad mostem, ukazuje się miasto, które również zdaje się tonąć w mglistej poświacie.
Barcelona, początek XX wieku. W cieszącej się złą sławą dzielnicy dochodzi do tajemniczych porwań. Znikają dzieci żebraczek i prostytutek. Mieszkańcy nazywają porywacza „potworem", lecz sprawa zostaje ignorowana przez policję. Jedynie Moises Corvo, inspektor-buntownik, próbuje znaleźć sprawcę i rozwikłać tajemnicę zaginięć dzieci. Nie ma pojęcia, że za tymi wydarzeniami stoją ludzie piastujący najważniejsze stanowiska w mieście. Corvo wraz ze swoim partnerem, Juanem Malsanem, naraża się na wielkie niebezpieczeństwo.
Fabuła powieści została oparta na autentycznych wydarzeniach rozgrywających się w Barcelonie na początku XX wieku. Ich bohaterką była tak zwana wampirzyca z ulicy Ponent. Marc Pastor nie zmienił nawet jej imienia czy nazwiska, tyczy się to samo historii z jej pierwszym mężem czy dziewczynki, którą porwała jaką ostatnią, za którą została skazana na karę więzienia.
Sam przebieg śledztwa pozostawia nieco do życzenia. Kolejne spotkania inspektorów z podejrzanymi początkowo fascynują, lecz w pewnym momencie czuć ich przesyt – każde wydaje się być niezwykle podobne. Mimo to, całą historię śledzi się z zapartym tchem, tym bardziej, że dochodzenie inspektorów znacząco utrudnia komisarz policji i jego „przyjaciele". Enriqueta służyła nie tylko samej sobie, lecz także ludziom bardzo wysoko postawionym, którym była potrzebna jej działalność, jej umiejętności i bezwzględność.
To zepsucie mieszczaństwa, wyższych sfer społeczeństwa świetnie dopełniło klimat mrocznej, dusznej, wręcz zatęchłej Barcelony początku XX wieku. Mimo, że pisarz nie opisuje szczególnie dzielnic czy przybytków, które odwiedzają bohaterowie, czuć w tym mieście mgłę, która je zasnuwa. Nie można dostrzec w nim nawet odrobiny piękna czy prawości.
Najlepszym składnikiem tej historii jest niewątpliwie postać Corvo. Poznajemy jego historię, przyczyny, dla których stał się tym, kim jest, skąd bierze się jego samozaparcie, czemu rozwiązanie tego śledztwa stało się dla niego tak istotne. Cała jego osobowość wydaje się klarowna, ale nie sztampowa. Niestety, w opozycji do niego postawić należy wampirzycę. Enriqueta wydaje się jak wycięta z szablonu podręcznika „jak stworzyć złego bohatera". Po prawdzie nie otrzymujemy nawet żadnych poszlak, skąd mogło się wziąć jej szaleństwo. Ani kiedy ono się zaczęło. Rozumiem, że autor stara się być wierny historii, którą wziął na warsztat, lecz w tym zakresie mógł bardziej dopisać swoją część historii, jak zrobił to w przypadku inspektora.
Marc Pastor nie stroni od brutalnych opisów tortur, których Enriqueta dopuszcza się na dzieciach. Jedna jest tak makabryczna, że narrator przed nią ostrzega. Z pewnością u niejednego czytelnika wywoła ona... szereg nieprzyjemnych emocji, o których zapragnie on jak najszybciej zapomnieć. Niemniej, te sceny stręczycielstwa, a również te, które ocierają się o pedofilie, dopełniają obraz zbrodni morderczyni, ukazując, jak w mroku tonęła niegdyś Barcelona.
Narratorem powieści jest śmierć, która relacjonuje wydarzenia dziejące się w Barcelonie. Wciela się także w ludzkie ciała, aby zgłębić historię Enriquety – rozmawia z jej ojcem, ludźmi, którzy ją w przeszłości otaczali lub nadal otaczają. A wszystko to dla czytelnika, aby zaspokoić jego wiedzę i zaprezentować jak najdokładniej historię, z różnych perspektyw. Taki sposób narracji krył w sobie ogromny potencjał. Niestety, nie został on w pełni wykorzystany. Zabrakło mi w tym narratorze czegoś charakterystycznego, być może cynizmu, bo opowieści o tym, kogo zabrał na tamten świat, a kogo nie, wcale mi nie wystarczyły.
„Cienie Barcelony" to mroczna, brutalna historia, którą wzbogaca obecność praworządnego inspektora. Wydaje mi się, że Marc Pastor mógł mniej skupić się na opisywaniu poszczególnych spotkań głównych bohaterów z kolejnymi epizodycznymi postaciami, a bardziej na zgłębieniu psychologii postaci. Ostatecznie to ociekający przemocą i strachem kryminał oparty na prawdziwych wydarzeniach, niewykorzystujący jednak w pełni swojego potencjału.
Lodowa cytadela
Postapokaliptyczne wizje świata wracają do łask, a autorzy prześcigają się w koncepcjach na coraz bardziej skomplikowane i nieprzewidywalne światy. Fabryczna Zona, która zgromadziła w swoich zasobach już niejedną powieść z tego gatunku, zdecydowanie nie spoczywa na laurach. Tak, jak i wspierany przez wydawnictwo autor, Paweł Kornew, który w ramach cyklu „Przygranicze" wydał właśnie piątą odsłonę swojej serii (gdyby liczyć tomami, byłaby to ósma odsłona, jednak Kornew w ramach wykreowanej rzeczywistości pochyla się nad różnymi bohaterami, czyniąc ich wiodącymi postaciami jednej lub więcej historii; „Lodowa cytadela" to opowieść o kolejnym bohaterze).
Najnowsze dziecko Fabrycznej Zony sprawia, że potencjalny czytelnik drży na całym ciele od chwili, gdy zauważy książkę na księgarskiej półce. Różne odcienie niebieskiego i błękitu, krajobraz skąpany w śniegu i bohater odziany tak, że brakuje miejsca na wątpliwości, co morderczego chłodu. Przyznam, że lekturę zaczęłam wraz z pierwszymi chłodami i idącą w parze awarią grzejników, więc bez kubka gorącej herbaty nawet nie próbowałam się w fabułę zagłębiać.
I dobrze, bo wnętrze lodowatego tomu także nie podnosi temperatury otoczeniem. Nie ma się zresztą, co dziwić, bo opisywane przez Kornewa Przygranicze, to zespół miast wyrwany przed laty z naszej rzeczywistości i umieszczony w czasoprzestrzeni nieustępliwego mrozu. Nie to jednak czyni go niezwykłym. Wichry niosą bowiem dla mieszkańców coś więcej, niż tylko chłód – magiczne zdolności. Jewgienij Apostoł, pośrednik w bardziej lub mniej legalnych transakcjach, należy do tych właśnie, unikalnych jednostek, jednak swój dar jasnowidzenia stara się możliwie tłamsić z powodu skutków obocznych. Dopiero, gdy rozpoczyna się bitwa o to, kto skróci go o głowę mężczyzna decyduje się wykorzystać posiadane umiejętności. Tymczasem uciekając i próbując ocalić skórę trafia na możliwość najlepszego interesu życia...
Ponad pięćset stron lektury, chociaż diabelsko lodowate z perspektywy miejsca akcji, aż kipi od intryg, walk, rozlanej krwi, mrocznych przeciwników, magicznych zagrożeń i poczucia humoru. Mimo, że zawiązanie akcji nie nastraja optymistycznie – groźba śmierci głównego bohatera nigdy nie jest wesoła – to trudno byłoby o mniej poważne potraktowanie tematu potencjalnego zgonu niż zrobił to Kornew, bez wchodzenia w groteskę czy formę karykatury. Jest dynamicznie, ale to nie dynamizm kina akcji z pobrzękiwaniem thrillera w tle, a raczej wysokobudżetowa komedia z dobrymi efektami specjalnymi.
Sama fabuła, chociaż logiczna, wydaje się również nieco nieuporządkowana. Bohaterowie gnają przed siebie większość decyzji podejmując w biegu, a nie kierując się drogą logicznego i starannego przemyślenia sprawy. Ma to swoje plusy i minusy, jednak w ostatecznym rozrachunku gwarantuje po prostu doskonałą rozrywkę, od pierwszej do ostatniej strony. Z Kornewem nie sposób się nudzić, ale jednocześnie nie sposób wykrzesać z całości czegoś głębszego niż emocje towarzyszące solidnemu blockbusterowi.
Z pewnością utrudniają to bohaterowie, którym bliżej do reprezentantów zbioru cech charakteru, niż faktycznych postaci z krwi i kości. Jewgienij Apostoł to taki trochę nieporadny życiowo krętacz, który radzi sobie głównie dzięki ogromnemu szczęściu. Jego towarzysze, wrogowie i przełożeni momentami nieco się między sobą zacierają, uniemożliwiając wyrycie ich w pamięci. Chętnie poznałabym za to bliżej historię Aleksa i Napalma, którzy wydawali się rokować na coś więcej, niż role drugoplanowe.
Paweł Kornew posiada rzadki dar lekkiego pióra, w którym partie komiczne naprawdę okazują się zabawne, wzbudzając całą gamę uśmiechów – od słabego, błąkającego się zaledwie na wargach, do głośnych wybuchów radości. Niestety bywają i słabsze momenty, gdy bohaterowie przerzucają się docinkami, które pamiętam jeszcze z przełomu podstawówki i gimnazjum. I nie, nie była to forma gry bohaterów, nie posiadali świadomości nieco żałosnego brzmienia wkładanych w ich usta zdań. Szkoda, bo linia dialogowa zajmuje w powieści sporo miejsca, a mimo to nagromadzenie rozmów kosztem akcji nie przeszkadzało mi tak, jak zwykło to bywać w innych przypadkach. Gdyby nie tych kilka zgrzytów byłoby jednak idealnie.
„Lodowa cytadela" to lekka i niewymagająca lektura z ciekawym konceptem świata przedstawionego i wyraźnymi, choć nieco zbyt stereotypowymi oraz pustymi dramaturgicznie i emocjonalnie bohaterami. Powieść czyta się szybko i z przyjemnością. Po wszystkim zostaje apetyt na odszukanie pozostałych dzieł autora i ponowne wkroczenie w świat Przygranicza. Jeżeli dręczy Was ostatnio zły humor, wpadliście w dołek lub macie jesienną chandrę, oto lekarstwo. Byle w komplecie z kubkiem parującej herbaty (lub, jak sugeruje okładka, rękawicami).
Lepszy świat
„Niebezpieczny dar" spodobał mi się tak bardzo, że do tej pory książka krąży pomiędzy moimi znajomymi oraz członkami rodziny. Większość z kolejnych czytelników podziela moje zdanie mówiąc: „to było naprawdę dobre". Muszę przyznać, że o istnieniu kontynuacji historii o Nicku Cooperze i Obdarzonych dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu pierwszego tomu. „Lepszy świat" ponownie opowiada o dystopijnym świecie, tym razem zagrożonym wojną domową wywołaną przez fanatyków.
Okładka została utrzymana w tym samym tonie, co grafika poprzedniej części. Utrzymana w ciemnych barwach nie napawa optymizmem. Stojący, prawdopodobnie na parkingu, bohater rzuca za sobą ogromny cień. Przed nim, w oddali widać wieżowce, a bliżej, tuż przed nim rozpościera się wyraźna smuga światła, stworzona prawdopodobnie przez pędzący pociąg. A być może przez obdarzonego?
Kilka miesięcy po śmierci Petersa, po wydarzeniach, które rozegrały się w „Niebezpiecznym darze", Nick Cooper zostaje doradcą prezydenta Stanów Zjedoczonych. Zarówno wśród obdarzonych, jak i wśród normalnych zdarzają się ekstermiści. Siatka terrorystyczna o nazwie Dzieci Darwina dowodzona przez ludzi ze specjalnymi umiejętności paraliżuje trzy miasta. Odcinają mieszkańców od dostaw żywności, potem prądu. Póki sklepowe świecą pustkami, a obdarzeni palą ludzi żywcem. W tych ciężkich czasach, gdy Stany Zjednoczone stoją u progu prawdziwej wojny domowej, Cooper musi pamiętać o tym, że niekiedy potrzeba radykalnych kroków, aby zapobiec katastrofie. Czy uda się zatrzymać nieuchronny bieg wydarzeń? Czy Nick po raz kolejny stanie na wysokości zadania?
Sakey zyskuje w moich oczach dzięki temu, że przypomina wydarzenia z poprzedniego tomu w początkowych rozdziałach. Okazało się to bardzo pomocne, ponieważ nie jestem mistrzem zapamiętywania fabuł i gdyby nie to musiałabym zrobić sobie przymusową powtórkę.
Amerykański pisarz tworzy świat, w którym nic nie jest czarno-białe. Działania jedynych fanatyków, drugich fanatyków, rządu mają dwie strony medalu i trudno opisać się pod którąkolwiek opcją (znów trochę jak nasza rzeczywistość, prawda?). Każda opcja może zagrażać którejś ze stron. Przerażeni ludzie chcą, aby rząd nakazał oznakowywanie obdarzonych przez wszczepienie im chipów. Ciężko przełknąć wizję Akademii, do której zabierane są stosunkowo małe dzieci, odcięte od dotychczas znanego świata, od rodziny. Summa summarum to brutalny świat, w którym prawda jest tylko pewną nierealną koncepcją.
Tym razem nie śledzimy akcji tylko z perspektywy Coopera. Do głosu dochodzą także inni bohaterowie – niektórzy z nich pojawiają się wyłącznie na moment, inni wplatają swój punkt widzenia co jakiś czas przez całą powieść. Zdecydowanie poszerza to perspektywę, sprawiając, że przedstawiony świat nabiera jeszcze więcej odcieni szarości.
Głównym motorem napędowym powieści okazuje się wciąż rosnące napięcie pomiędzy obdarzonymi oraz normalnymi. Właściwie obserwujemy je od początku do końca prezentowanych wydarzeń. Autor, podobnie jak w pierwszym tomie serii, serwuje sporo zwrotów akcji, które naprawdę trudno przewidzieć. Bardzo dobrze się sprawdza w realizacji thrillera, przy czym wątki polityczne wypadają dość słabo – cieszy, że pisarz nie zdecydował się na napisanie politycznego thrillera.
Marcus Sakey ponownie pomiędzy rozdziałami umieszcza inne formy tekstu prezentujące, jak wygląda tamten świat. Znajdziemy tam między innymi reklamy o tym, gdzie zadzwonić, żeby trafić na „błękitną linię" dla obdarzonych; zapisy rozmów z konferencji prasowych czy programów telewizyjnych; fragmenty przemówień wystosowywanych w stronę młodych ludzi; ulotki dotyczące akcji społecznych uczących tolerancji. To wszystko jest idealnym uzupełnieniem ciągu wydarzeń, wniknięciem w świat przedstawiony jeszcze głębiej.
Pomimo tego, że obie części serii są bardzo dobre, trzeba wydaje mi się, że Sakey wyciągnął z tematu wszystko, co się dało. Nie interesowałam się, o czym opowiada trzeci tom o Obdarzonych, jednak żywię w stosunku do niego niemałe obawy. Niemniej, „Lepszy świat" podtrzymał poziom pierwszej części (z niewielkimi jedynie uszczerbkami). Polecam fanom dystopii, szeroko pojętej fantastyki, tym bardziej, że można tę powieść przeczytać bez znajomości „Niebezpiecznego daru".
Ściśle tajne
Przeczytanie najnowszej powieści Griffina stało się niejako moim osobistym eksperymentem czytelniczym. Czy jako wielbicielka powieści sensacyjnych, lecz nie wojskowości zdołam zrozumieć oraz udźwignąć cały militaryzm sączący się z lektury? Czy co i rusz będę musiała sięgać po słownik, aby zrozumieć slang, którym posługują się żołnierze? Akurat to, czego najbardziej się bałam, nie stanowiło problemu w moim pierwszym spotkaniu z amerykańskim pisarzem i jego synem.Problemem okazała się zbyt wolna akcja oraz fabularne rozmycie narastające wraz z kolejnymi rozdziałami „Ściśle tajnego", pomimo tego, że całość całkiem nieźle się czyta.
Pozwolę sobie stwierdzić, że okładka jest typowo „griffinowska".Grafitowa tekstura stanowi jej tło, na którym wybija się Wielka Pieczęć Stanów Zjednoczonych prawdopodobnie w formie emblematu przypinanego do munduru. Patrzy na nią niemiecki oficer w wojskowym okryciu głowy oraz opaską znaczącą jego przynależność do III Rzeszy. Stoi tyłem do czytelnika, przez co trudno określić jego wiek, choć prawdopodobnie postać ta reprezentuje jednego z głównych bohaterów powieści –generała Gehlena.
Jesień 1945 roku, początek zimnej wojny między USA i ZSRR. Młody kapitan Jim Corney zostaje wysłany na tajną misję w Niemczech. Dociera do Amerykańskiej Strefy Okupacyjnej, aby namierzyć rosyjskich agentów, którzy zinfiltrowali amerykańskie służby i ich Operację Ost. Tuż po II wojnie zmieniają się fronty, wrogowie zostają na nowo przedefiniowani.Cronley na miejscu nawiązuje współpracę z byłym niemieckim generałem Gehlenem. Czy świeżo upieczony kapitan będzie mógł zaufać nowemu towarzyszowi? Czy uda mu się wykonać powierzoną mu misję?
W.E.B. Griffin opublikował do tej pory ponad 50 powieści sensacyjnych oraz wojennych – posługiwał się przy tym wieloma różnymi pseudonimami. Był żołnierzem amerykańskich oddziałów w Niemczech, oficerem informacyjnym w Korei, korespondentem wojennym. Jego syn, William E. Butterworth IV, od lat z nim współpracuje oraz tworzy kolejne cykle powieściowe. „Ściśle tajne" otwiera nową serię będącą owocem rodzinnej kooperacji.
Powieść charakteryzuje naprawdę niezły początek, mimo, że sam pomysł nie prezentuje się nadto oryginalnie. Niestety, z każdym kolejnym rozdziałem fabuła coraz bardziej zaczęła się dla mnie rozmywać. Zarówno elementy sensacyjne, jak i obyczajowe niekiedy mnie nudziły. Wydaje mi się, że sam koncept nie starcza na książkę o takiej objętości (ponad 450 stron), a raczej na dość skromną lekturę. Łączy się to również z obecnością wielu scen, które nic nie wnoszą do rozwoju fabuły, nie przyspieszają akcji. W większości polegają one na prowadzeniu średnio interesujących rozmów, spotkań, w których czasem trudno połapać się, kto jaką rolę odgrywa w prowadzonej operacji.
Opis na okładce książki obiecuje wiele. Zabrakło mi szybkiej akcji, bardziej emocjonalnej strony obyczajowej powieści. W dodatku kobiety u Griffina i jego syna zostały przedstawione dość stereotypowo. Są dość agresywne, a jednocześnie pragną przede wszystkim podkreślać swoją seksualność oraz ona właśnie stanowi pryzmat, przez który zostają zauważane. Znaczącą przewagę liczebną w powieści mają mężczyźni, co dość oczywiste, skoro mamy do czynienia z powieścią sensacyjno-wojskową.
Ciężko stwierdzić, co w książce jest totalnym wymysłem autorów, co choć zahacza o fakty historyczne, co bazuje jedynie na wojskowych mitach. „Ściśle tajne" można nazwać fikcją historyczną. Niemniej, dużo daje wprowadzenie przez nich tła historycznego oraz wyjaśnienie czytelnikowi w prologu niektórych autentycznych wydarzeń. Amerykański duet świetnie nakreśla stosunki między USA i ZSRR, zaznacza, co spowodowało pewne odwrócenie się sił oraz prezentuje zimną wojnę u jej początków.
Powieść obfituje w dialogi, mimo, że nie przytłaczają one opisów. Znalazło się również miejsce dla monologów wewnętrznych głównego bohatera, które idealnie wpasowują się w charakter książki. Autorzy posługują się doskonale wojskowym żargonem. Trzymają się także szczegółów, detali dotyczących militariów, poświęcają im sporo uwagi, dzięki czemu czytelnik zostaje bardzo dobrze przeprowadzony przez informacje, o których wcześniej nie miał pojęcia. Ucieszy to nie tylko nowicjuszy, lecz także fanów powieści o charakterze wojskowym.
Myślę, że mogłam wybrać lepszą książkę na rozpoczęcie swojej znajomości z jednym z najbardziej znanych autorów literatury sensacyjnej. To dobra, skrupulatnie napisana lektura, która jednak zawiera w sobie pewne mankamenty sprawiające, że nowy czytelnik raczej nie zapała uwielbieniem do obu amerykańskich pisarzy po jej przeczytaniu. Lecz na tyle niezła, że zachęca do zapoznania się z innymi utworami duetu, a nawet samego Griffina. „Ściśle tajne" z pewnością najbardziej podobać się będzie wiernym czytelnikom „profesora amerykańskiej literatury sensacyjnej".
Anatomia zła
Nie znoszę recenzować kiepskich polskich filmów. Tym bardziej, jeśli zapowiadały się naprawdę poprawnie, jeśli kryły w sobie jakiś potencjał. Wtedy mój wewnętrzny patriota się burzy, domagając się mniej surowej oceny. W przypadku „Anatomii zła" odczekałam kilka dni, aby gniew na Jacka Bromskiego się ulotnił. Rozczarowanie nie minęło, a wręcz się spotęgowało, bo po raz kolejny polscy twórcy udowodnili, że zrobienie dobrego filmu gatunkowego nadal jest w naszym kraju wyzwaniem, któremu większość z nich nie umie sprostać.
Współczesna Polska. Płatny zabójca o pseudonimie Lulek (Krzysztof Stroiński) został niedawno warunkowo zwolniony z więzienia. Wkrótce potem kontaktuje się z nim prokurator, który kierował wobec niego nie tak dawno oskarżenia i składa mu propozycję. W zamian za zabicie dyrektora Centralnego Biura Śledczego Lulek dostanie 100 tysięcy złotych i będzie mógł opuścić kraj na zawsze. Niestety, okazuje się, że wzrok snajpera nie jest już taki jak kiedyś. Lulek potrzebuje pomocy – nie ujawniając szczegółów sprawy, zwraca się do sierżanta Staszka (Marcin Kowalczyk), który został kozłem ofiarnym nieudanej misji w Afganistanie. Czy żołnierz uwierzy w kłamstwa Lulka? Czy uda im się wykonać zadanie?
„Anatomię zła" początkowo nawet nieźle się ogląda. Lecz w ostatnich 20-stu, może 15-stu minutach ma miejsce tak wiele nielogicznych wydarzeń, że ciężko je przełknąć, zaakceptować i zapomnieć o nich, pozostawiając w pamięci wyłącznie pierwsze kilka sekwencji filmu. Ostatecznie to marny thriller i z przykrością muszę stwierdzić, że ciężko dopatrzeć się w nim wyraźnych atutów. Jacek Bromski ewidentnie miał dobrą koncepcję, niezły plot (przynajmniej jeśli chodzi o wprowadzenie) i gdyby wszystkie elementy zaprezentować przynajmniej na akceptowalnym poziomie, wyszłoby z tego prawdopodobnie całkiem ciekawe kino gatunkowe. Tym bardziej, że produkcja rzeczywiście niesie w sobie znamiona thrillera.
Najlepiej więc odbierać obraz jako historię o płatnym mordercy na emeryturze osadzoną w naszych polskich realiach. Mamy więc polskie skandale, polską policję, polski absurd, polski brak logiki, a i polską mądrość. Lulek wypowiada parę kwestii, które nieźle definiują naszą mentalność, przy których nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. To cecha charakterystyczna Bromskiego, który, gdyby się postarał, pozostałby irytującym, lecz wyjątkowym, narodowym kpiarzem.
Główny bohater to mieszanka cech samotnego emeryta, płatnego zabójcy i byłego więźnia. Lulek wczuwa się w rolę mentora oraz ojca Staszka, ucząc go zasad savoir-vivre, a także... jego przyszłego zawodu. To również postać, po której nie wiadomo, czego się spodziewać. W jednej chwili morduje z zimną krwią, w drugiej radośnie kupuje warzywa i zachwala uroki pomidorów. Nieco się te zachowania ze sobą gryzą, choć rozumiem, że w jego osobowości znajdują się dwie strony – zawodowa i prywatna. Jednak zabrakło mi czegoś, aby zachowanie Lulka uwiarygodnić.
Aktorsko dobrze wypada wyłącznie Krzysztof Stroiński, który zresztą trzyma cały film w ryzach. Jednak nawet jego starania nie zatuszują marnego Marcina Kowalczyka i pojawiającej się epizodycznie w roli prostytutki Michaliny Olszańskiej (co ciekawe trzy czwarte kobiet w filmie to prostytutki lub kochanki, nie jestem feministką, ale jedna ze scen w barze co najmniej mnie zażenowała i obrzydziła).
Filmowi towarzyszy także okropna, tragiczno-dramatyczna muzyka, która została bardzo źle dobrana. Wydaje mi się, że komuś zamarzyło się Hollywood, jednak droga wiedzie w zupełnie inną stronę niż ta w kierunku upiornych dźwięków rodem z popularnego polskiego tasiemca.
Jacek Bromski nakręcił kilka niezłych filmów i przeglądając jego dorobek można dojść do wniosku, że najlepiej sprawdza się w komediach. W dodatku w takich, które przepełnione są „polską mądrością". „Anatomia zła" to nijaka próba wpisania się w kino gatunkowe. Produkcja spala się od początku, fundując na koniec, na dobicie, widzom katastrofalne rozwiązanie fabuły. A przecież wiele można było z tego uratować. Tym razem znowu polskiemu kinu się nie udało.
Serce ze szkła
Kiedy ojciec proponuje Juli, by przerwę świąteczną spędzili na odciętej od lądu wyspie Martha's Vineyard, dziewczyna nie jest zachwycona, tym bardziej, że jej rola polegałaby na dotrzymywaniu towarzystwa synowi pana domu, prywatnie szefa jej taty. Chłopak niedawno przeżył śmierć narzeczonej i przyda mu się jakaś przyjazna dusza u boku. Nie chcąc sprawić przykrości ojcu, Juli zgadza się i w ten sposób wkracza do świata, gdzie przeszłość nadal jest bardzo żywa, a miejscowa legenda żyje w świadomości mieszkańców wyspy.
Do napisania Serca ze szkła, będącego pierwszą częścią trylogii, zainspirowała autorkę słynna powieść Daphne de Maurier Rebeka. Ta licząca dziś blisko 80 lat powieść, utrzymana w mrocznym gotyckim stylu, nadal zachwyca twórców filmowych i teatralnych.
W bardzo podobnym klimacie jest utrzymana powieść Kathrin Lange. Piękna wyspa, o skalistym wybrzeżu, na którym dawno temu rozbił się statek. Samotny w swej żałobie David, który po tragicznej śmierci narzeczonej zamknął się w sobie i nie pozwala sobie pomóc, a nawet podsyca wrogość otoczenia wobec własnej osoby. Indiańska pokojówka, która wciąż mówi o starych przesądach. I nieświadoma zagrożenia dziewczyna z zewnątrz, z miejsca dająca się zauroczyć głównemu bohaterowi.
Przede wszystkim od razu przypadł mi do gustu klimat tej historii. Piękne stare domostwo z mnóstwem tajemnic, wyspa odcięta od świata w czasie śnieżycy, samotny w swym bólu David i pragnąca poznać sekrety tego miejsca Juli. Nad wszystkim zaś unosi się, trochę jakby kpiąco, duch zmarłej Charlie, która była po prostu naj, jednak przy bliższym poznaniu jej życia, okazuje się, że może jednak nie do końca i nie we wszystkim. Te wszystkie sekrety i niedomówienia są elektryzujące.
Sceptyczna i trzeźwo patrząca na świat Juli, zostanie poddana ciężkiej próbie, gdy okaże się, że w starciu z otoczeniem, zaczyna tracić zmysły. Słyszy szepty, ma coraz większy mętlik w głowie i luki w pamięci. Czy to żądny zemsty duch zmarłej dziewczyny? Czy może stara klątwa Madelaine? A może jeszcze coś innego?
Rozwiązanie tej zagadki okaże się dość trudne i właściwie do samego końca trudno stwierdzić, ile w tym działań nadnaturalnych, a ile ludzkich.
O ile klimat powieści jest wręcz wzorcowy, jak dla tego gatunku, o tyle sam wątek romansowy wzbudził pewne moje wątpliwości. Jakoś nie byłam do końca przekonana o sile uczucia Juli do Davida. Chodzi mi o to, że początkowo bohaterka jest zirytowana grubiaństwem chłopaka i złości ją to, a niedługo potem przyznaje, że się w nim zakochała. Poczułam się trochę, jakby mi coś umknęło, bo o rozwoju uczuć bohaterki mamy tu naprawdę mało.
Mimo tego drobnego mankamentu, książkę czytało mi się świetnie i w sumie cieszę się, że to jeszcze nie koniec. Nie wyjaśniono wszystkich tajemnic bohaterów, nie zażegnano niebezpieczeństwa na amen. Chętnie wraz z bohaterami wrócę na Martha's Vineyard i odkryję kolejne sekrety mieszkańców.
Serce ze szkła to dobra lektura na jesienną pluchę. Przyjemna mieszanka tajemnicy, grozy i romansu rozgrzeje i pozwoli się rozmarzyć. Polecam!
Upadek
Muszę przyznać, że po „Upadek" sięgnęłam nieco w ciemno. Choć wiedziałam, że to już osiemnasta powieść z Harrym Boshem, autorstwa Michaela Connelly'ego, nie zdecydowałam się na przeczytanie chociażby opinii, czy zrozumiem ją bez znajomości poprzednich części serii. Na szczęście, amerykański pisarz, zadbał zarówno o swoich nowych, jak i wiernych czytelników, sprawiając, że jest ona w pełni zrozumiała dla obu ich grup. „Upadek" tak bardzo mi się spodobał, że z pewnością zacznę chronologicznie, stopniowo, poznawać historię Harry'ego Bosha i przeprowadzonych przez niego śledztw.
Harry Bosch otrzymuje kolejne odroczenie od emerytury – na szczęście spędzi jeszcze na służbie ponad trzydzieści miesięcy. Doświadczony detektyw pracuje obecnie w Jednostce do spraw Przestępstw Niewyjaśnionych, czyli zajmuje się śledztwami, które w przeszłości utknęły w martwym punkcie. Tym razem otrzymuje sprawę zabójstwa oraz gwałtu sprzed ponad dwudziestu lat. Wyniki przeprowadzonego badania DNA (również przez członków tej samej jednostki) krwi znajdującej się na szyi ofiary wskazują na sprawcę, który niejednokrotnie dopuszczał się przestępstw na tle seksualnym. Jednak coś się poważnie nie zgadza – morderca w momencie popełniania zbrodni musiałby mieć osiem lat. Zaraz po rozpoczęciu śledztwa Harry dostaje poważny telefon od góry – syn radnego Irvinga, z którym detektyw od lat ma na pieńku – wypada z balkonu hotelowego apartamentu. Na wyraźne życzenie radnego to Bosh zostaje wyznaczony do poprowadzenia śledztwa i ustalenia, czy chłopak popełnił samobójstwo, czy był to zwykły wypadek, a może morderstwo. Harry rozwiązując dwie sprawy martwić się musi także o swoje prywatne życie, czyli o dorastającą piętnastoletnią córkę, którą samotnie wychowuje.
Kilka tygodni temu miałam okazję czytać jedną z kolejnych części serii o Komisarzu Brunettim napisanej przez Donnę Leon. Zarówno jej cykl, jak i Connelly'ego łączy podobna ilość tomów. Jednak porównując twórczość obojga Amerykanów różnica pomiędzy ich umiejętnością prowadzenia fabuły jest ogromna. Twórca postaci Harry'ego Bosha świetnie ukazuje przebieg śledztwa, które trwa kilka krótkich, lecz intensywnych dni. Dopieszcza każdy szczegół, każdą istotną informację, aby potem doprowadzić czytelnika do wielkiego finału.
Oba wątki śledzi się z niekłamaną ciekawością, a od samej książki trudno się oderwać. Mnie jednak wydała się bardziej interesująca sprawa sprzed lat. Być może dlatego że w przypadku śmierci syna radnego Bosch odkrywał polityczne machlojki i malwersacje, które odsłaniały jedynie plugawą naturę relacji oraz urzędników. Za to druga sprawa miała podłoże również psychologiczne, a sam detektyw zaczynał się zastanawiać nad swoimi poglądami.
Harry Bosch nie jest typowo sympatycznym, ciepłym bohaterem. Lepiej określają go wyrażenia takie, jak zdystansowany, chłody, opanowany. Jednak ewidentnie jest najlepszy w tym, co robi, przez co mimo wszystko darzymy go ogromnym szacunkiem. Jego wizerunek ocieplają nieco kontakty z córką oraz ogólne migawki z jego życia prywatnego.
Connelly tak opowiada historię oraz wprowadza nas w świat kryminalnego Los Angeles i prywatnego życia Bosha, że znajomość poprzednich tomów serii staje się zupełnie zbędna. W koniecznych momentach autor ujawnia fakty dotyczące przeszłości detektywa, które są niezbędne do zrozumienia kolejnych wydarzeń. Nie zdradza przy tym zbyt wiele, ot, właśnie tyle, ile potrzeba, zachęcając tym bardziej czytelnika do sięgnięcia po inne książki z przygodami detektywa.
Mam jedynie lekkie zastrzeżenie jeśli chodzi o polskie tłumaczenie oraz korektę. W książce pojawia się zbyt wiele powtórzeń, które nawet mi, osobie, która nigdy nie zwraca uwagę na podobne występki redaktorskie, rzucały się w oczy. Zdarzały się całe akapity, w których dominowały różne formy „bycia", a jeśli chodzi o synonimy rzeczowników także ktoś odpowiedzialny za korektę nie sięgnął po słownik.
Michael Connelly pisze prostym, lecz fachowym językiem. Uwidacznia się to w takich typowo dochodzeniowych scenach, jak przesłuchania czy sekcja zwłok. Na korzyść działa także podział na krótkie rozdziały, dzięki którym komenda „jeszcze jeden rozdział" rozbrzmiewa bez protestu zamykających się oczu.
„Upadek" udowadnia, że nawet po napisaniu kilkunastu powieści z jednym bohaterem, można nadal przykuć uwagę nowego czytelnika swoim poziomem oraz umiejętnością budowania intrygi. Po powieści Connelly'ego z pewnością jeszcze sięgnę, a z serią o Boschu postaram się zapoznać jak najprędzej. Nie martwicie się – nieważne od której powieści z Harrym zaczniecie i tak bezbrzeżnie wciągnie Was w brutalny świat Los Angeles.
Pierwszy trailer "Piątej fali"
"Piąta fala" to thriller science fiction o losach młodej dziewczyny Cassie Sullivan (w tej roli znana z "Kick-Ass" Chloë Grace Moretz), której przyszło żyć na Ziemi opanowanej przez kosmitów. Po czterech falach ataków obcych na naszą planetę, cywilizacja legła w gruzach. Cassie wraz z przyjaciółmi musi znaleźć sposób na przetrwanie zbliżającej się tytułowej piątek fali.
"Na skraju nocy"
Książka Pawła Jaszczuka to mroczny thriller rozgrywający się w starym domu na peryferiach miasta, którego mieszkańcy od lat skrywają tajemnicę pewnego morderstwa. Premiera już 21 września!
Joanna, młoda dziewczyna po dramatycznych przejściach, trafia tam, uciekając od własnej przeszłości; jej przerażający sekret jest jednak niczym przy tajemnicy, którą odkrywa w tym nowym dla siebie miejscu.
Vice: Korporacja zbrodni
Bruce Willis to uwielbiany przez wielu amerykański aktor i producent filmowy. Jego filmografia jest niezwykle długa i ciekawa. Mimo że gwiazdor skończył już 60 lat jego kariera nie wydaje się blaknąć, a wręcz przeciwnie - bezustannie gra w coraz to nowych filmach. Tym razem w „VICE" wcielił się w rolę szefa korporacji przyszłości, która uwalnia w ludziach ich najgorsze cechy.
Ludzie miewają niekiedy chore, sadystyczne marzenia. Powstało jednak miejsce - wydzielona strefa - gdzie mogą je bezkarnie spełnić. Specjalnie dla oczekujących mocnych wrażeń klientów stworzono androidy, które wyglądają idealnie jak ludzie. Goszczące w mieście osoby mogą je bezkarnie torturować i mordować. Po wszystkim maszynom usuwa się pamięć i powracają by przeżywać ten sam dzień w kółko i w kółko od nowa. Strefa nie podoba się jednak pewnemu detektywowi (Thomas Jane). Uważa, że osoby, które dopuszczają się zbrodni w mieście korporacji, gdy jej zasmakują, przenoszą ją do realnego świata, gdzie robią dokładnie to samo - tyle, że na prawdziwych ludziach. Nic jednak nie może zrobić - korporacja działa zupełnie legalnie. Furtkę przed nim otwiera dopiero jeden z androidów (Ambyr Childers), który przez zaniedbanie obsługi i błąd systemu odzyskuje całą skasowaną wcześniej pamięć.
Film był ciekawy i dobrze się go oglądało, ale zdecydowanie nie jest to produkcja, która na długo zapada w pamięć. Akcja toczy się wartko, ale bez specjalnego polotu. Spodziewałam się również lepszej, ciekawszej fabuły - może nawet nieco bardziej rozbudowanej. Zaprezentowany świat jest mroczny i brutalny. Nie zabrakło również pewnych elementów humorystycznych, zazwyczaj tak bardzo cenionych w filmach akcji. Wyraźnie jednak widać, że nie jest to wysokobudżetowa produkcja, a taka typowa ekranizacja od razu wędrująca na DVD.
Gra aktorska - nie tylko sławnego Bruca Willisa - nie pozostawia wiele do życzenia. Aktorzy idealnie wcielają się w role, w doskonały sposób odgrywając swoje postacie, ich zamierzenia i uczucia. Reżyseria także wydaje mi się dość udana - przynajmniej ze skromnego jak na tego typu film budżetu Brian A Miller stara się wydobyć co tylko się da. W filmie pojawia się wiele elementów zapożyczonych z innych, kultowych produkcji - są one jednak najczęściej niepełne i wykorzystane dość marnie. Niestety więc ten zabieg zdecydowanie się nie udał.
Czy przy tylu minusach „VICE, korporacja zbrodni" to film który mimo wszystko warto obejrzeć? Myślę, że tak. Gdyby grali go w kinach, to szczerze przyznam, że nikogo nie zachęcałabym do pójścia. Jednak jak na film do domowego zacisza i zapełnienia nudnego, deszczowego wieczoru sądzę, że jest w sam raz. Z pewnością każdy, kto zdecyduje się go obejrzeć zauważy, że „VICE" to nie tylko same wady, ale też niekiedy naprawdę dobre pomysły. Osobom, które po tego typu produkcji nie oczekują cudów, jak najbardziej polecam.
