Rezultaty wyszukiwania dla: SPI
Koniec świata Templariuszy
„Tam, gdzie w grę wchodzą złoto i władza, nie ma miejsca na kompromis”.
Średniowiecze nie należy do ulubionych klimatów czytelniczych, znacznie bardziej cenię starożytność. Jednak, kiedy tytuł przywołał templariuszy, skusiłam się na przygodę z ich udziałem. I nie żałuję, otrzymałam nawet więcej, niż się spodziewałam. Powieść doceniłam z wielu względów. Oczywiście, najważniejszy to moc przykuwania uwagi, entuzjastyczne wciąganie w scenariusz zdarzeń, sprawianie, że nie chciałam odrywać się od stron książki. Przekonało bogactwo postaci oraz to, że autor przydzielił im ciekawe życiorysy, obdzielił atrakcyjnymi osobowościami, uwzględnił nieco tajemniczą przeszłość. Może przydałoby się większe pogłębienie motywów i postaw, ale to, co zostało zaprezentowane, zadowoliło mnie.
Dobrze bawiłam się podążaniem tropem historycznych miejsc, postaci i zdarzeń. Cieszyło mniej lub bardziej fikcyjne dopisywanie szczegółów. Spodobał się styl narracji, plastyczny i sugestywny, z przekonującymi dialogami, łatwymi do przeniesienia przez wyobraźnię opisami, zwróceniem uwagi na detale i emocje. Książka liczyła niemal czterysta trzydzieści stron, a w żadnym momencie nie wywołała wrażenia znużenia czy choćby delikatnego zmęczenia. Bogusław Chrabota doskonale poradził sobie z odpowiednim rozłożeniem intrygi na przestrzeni opowieści. Wciągał wstęp pełen elementów podszytych niebezpieczeństwem i szalonym wyzwaniem, przykuwał uwagę środek wypełniony wyjątkowymi przygodami i apelami, satysfakcjonował finałowy etap scenariusza zdarzeń, zaskakujący odsłoną prawdy o sobie i wierze. Pierwsze spotkanie z twórczością pisarza zaliczyłam do bardzo udanych, zaangażowałam się w poznawanie końca świata templariuszy w spiskowym i bezwzględnym wydaniu.
Świat zamarł trzynastego października tysiąc trzysta siódmego roku. Samo niebo zdawało się ostrzegać ludzkość przed czymś ekstremalnie haniebnym i podłym. Stolicą, z której wypełzło największe zło zazdrości, gęsta od mroku żądza bogactwa i oparta na okrucieństwie zemsta, okazał się Paryż. O ile mieszkańcy miasta, stłamszeni trwogą o własne życie, naznaczeni wrogą i złośliwą propagandą, ograniczeni prostotą rozumowania, mogliby znaleźć, do pewnego stopnia, usprawiedliwienie w oczach odbiorcy, to największy despota ówczesnych czasów, Filip IV Piękny, i jego poplecznicy, już nie. Cudownie wyczuwałam atmosferę grozy ataku na Świątynię, pozbawienie wpływów, zszarganie wizerunku, odebranie życia i majątku templariuszy.
Zakonowi Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona zadano skryty cios w serce, zalewając potężną siłą oszczerstw i okrucieństwa, na zawsze eliminujący z gry religijnej i politycznej. Po bezwzględnej rozprawie z tysiącami wyłapywanych ukrywających się członków, rycerze odziani w biały strój z krzyżami w kolorze krwi Zbawiciela już nigdy się nie podnieśli. Zafascynowałam się losami fikcyjnego Henryka Vaudémonta, przeszłością, służbą i wypełnianiem misji powierzonej przez wielkiego mistrza Jakuba de Molay, strażnika Grobu Pańskiego. Towarzyszyłam kluczowej postaci w wielu podróżach i przygodach, nadziei i zwątpieniu, przyjaźni i zdradzie, życzliwości i oszustwie. Czy naprawdę okazał się człowiekiem na właściwym miejscu, silnym duchem i mieczem? Czy dotarł do najistotniejszej relikwii Francji? Czy poznał największą tajemnicę królestwa? Zakończenie nieco rozczarowało, nie spodziewałam się, że tak mocno przywrze do romantycznej nuty, która zasadniczo wydała mi się przekoloryzowana.
Mity i legendy starożytnego Egiptu
„Egipt był najbardziej samowystarczalny spośród wszystkich krajów starożytnego świata; żył własnym życiem, praktykował własną religię i produkował własne opowieści, niemal całkowicie pozbawione zewnętrznych wpływów, które mogłyby się wywodzić z innych cywilizacji”.
Zadziwiające, jak bardzo ludzkie wierzenia i legendy prezentują się w podobnej odsłonie bez względu na cywilizacje. Opowieści o bogach, władcach i zwyczajnych ludziach napędzane są ludzką wyobraźnią i historycznymi wydarzeniami. Mieszkańcy Egiptu stworzyli opowieści, pozwalające wyjaśnić ówczesną im rzeczywistość, przekazujące przygody, przepowiednie i zaklęcia. Tam, gdzie brakowało wiedzy i pewności, wkradała się magia, jako czynnik zespalający fakty i mity. Legendy przechowywane ustnie, za pomocą hieroglifów, zwojów spisywanych przez skrybów, kapłańskich opowieści, barwnie wypełniały zbiorową pamięć. Egipska cywilizacja sprzed czterech tysięcy lat fascynuje i zachęca do badań, za sprawą odkryć dawnych budowli i artefaktów, które w mniejszym lub większym stopniu zdołały przetrwać do naszych czasów. Szukamy nici powiązań w mentalności ludzkiej, wspólnych przeżyciach i myślach, bo to sprawia, że lepiej poznajemy samych siebie.
Wyrwane od zagubienia i zniszczenia świadectwa opowieści, często złożone z fragmentów pozyskanych z różnych źródeł, ekscytują i wciągają. Nie tylko przebiegiem i przesłaniami, ale również otoczką tajemniczości, w której obracał się starożytny Egipt. Trzy tysiące lat cywilizacji. A my wciąż mało o niej wiemy, pasjonujemy się nowymi odkryciami i interpretacjami. „Mity i legendy starożytnego Egiptu” przeprowadzają czytelnika przez pustynne warunki kraju, wytyczają naturalną nilową ścieżkę, obrazują ścisłą zależność ludzi od rzeki, wyjaśniają obsesję umierania i życia po śmierci. To zaledwie kontekst, wprowadzenie w klimat i cywilizacyjne osiągnięcia. Głównym nurtem książki są opowieści reprezentujące literaturę powstałą na przestrzeni ponad dwóch tysięcy lat, sięgającą nawet pięciu tysięcy lat wstecz, na bazie ustnych przekazów.
Z zainteresowaniem odświeżam wiedzę z mitologii egipskiej, znaczących bogach i faraonach z boskim naznaczeniem, zwyczajnych ludzi, oraz wzajemnych relacjach. Druga część zawiera opowieści magiczne, w ramach których najbardziej imponuje pragnienie człowieka odkrycia kluczy pozwalających zaczarować niebo i ziemię, poznać język wszelakich stworzeń, a także wizyta w Duat, Krainie Umarłych. Trzecia część to opowieści o przygodach, jak o rozbitku, o tym, jak chciwy robotnik przegrał wszystko z wieśniakiem, buncie palestyńskiej Joppy, greckiej księżniczce Helenie Trojańskiej. I inne. Świat starożytnego Egiptu dawno przeminął, utraciliśmy jego obrazy, czujemy zaledwie echo dawnej potęgi, a jednak coś pozostało w zaprezentowanych opowieściach. Czyta się je z misją zrozumienia świadectw boskich intencji, mocy i duszy, w które mocno wierzyli mieszkańcy Egiptu.
Nie jest to obszerna publikacja, chociaż zawiera także kartę czasu, słowniczek, wyjaśnienia, kto jest kim, mapkę i ilustracje. Propozycja na jeden wieczór czytelniczy, przeniesienie się na chwilę w mistyczny egipski świat zawarty w mitach i legendach.
Czarownica z Gór Olbrzymich
Mieszka sobie spokojnie pośród leśnych ostępów, nie czyniąc nikomu krzywdy, wręcz przeciwnie, pomagając mieszkańcom pobliskiej wioski samej nie wchodząc z nimi w bliższe interakcje. Czarownica, znachorka. Ulfa.
Nie znajdziecie w tej książce wielkiej magii, piorunów trzaskających we wrogie armie czy zaklęć powalających najtęższych wojowników. Znajdziecie w niej spokój w każdym słowie, jedność z naturą, zarówno tą dziką, jak i ludzką. Ulfa bowiem żyje w zgodzie z lasem, ludźmi, ale przede wszystkim ze sobą. Nie buntuje się, nie złorzeczy, choć los nie jest dla niej zawsze łaskawy. Po prostu jest, wykonuje swoją pracą i poddaje się temu, co niesie życie. Jednak myli się ten, kto sądzi, że czarownica jest złamana, nie, jest pokorna, ale silna, świadoma swej mocy, ale i swych ograniczeń, zjednoczona z duchami Gór. To od nich czerpie moc, choć czasem się z nimi spiera. To z natury bierze i daje dalej - bogatsze o jej wiedzę.
„Czarownica z Gór Olbrzymich" to opowieść o samotności, która, podjęta z wyboru i podobno oswojona, ustępuje pola miłości. I to delikatne uczucie zmienia wszystko jak kropla drążąca skałę. Małymi krokami zmienia czarownicę z tej, co sama mieszka w lesie i sama sobie radzi w tą, co ma kogoś, kto się nią opiekuje. I kim opiekować może się ona. I choć książka opowiada o zaledwie roku życia czarownicy, to zmiany są ogromne. Autorka przepięknie pokazuje, jak miłość otwiera człowieka, zmienia nie tylko jego, ale cały świat wokół. Choć czasem ten świat nie rozumie ani czarownic, ani ich miłości.
Książka zostawia was z wieloma pytaniami i nie chodzi mi wcale o to, czy fabuła mogła potoczyć się inaczej. We mnie zostało przede wszystkim to, czym jest magia. Czy to zbiór umiejętności, dar dany od kogoś, czy może zwykłą uważność, empatia, wsłuchanie się w siebie i świat wokół, by móc widzieć i czuć więcej? A może coś zupełnie innego. Jaką moc ma miłość i do czego można się posunąć, by ratować istotę, którą się kocha. I w końcu, czy warto podjąć ryzyko, wiedząc, że cały świat do tej pory znany się zmieni? Bo ta książka jest też o wychodzeniu ze swojej strefy komfortu, o zrobieniu kroku w nieznane, choćby i najpiękniejsze, bo zrodzone z uczucia.
Nie znajdziecie w tej książce wielkiego romansu, zwalającego z nóg. Znajdziecie w niej przepiękne opisy przyrody, na których tle rodzi się piękna miłość. Rozumna, dojrzała, namiętna i czuła. Znajdziecie w niej ukojenie po ciężkim dniu, wiadomość, że wszystko da się poukładać, wystarczy zaufać sobie. Nie pędzić, nie gnać na oślep, tylko wsłuchać się w siebie, podążyć za tym głosem i w końcu zrobić to, co w sercu gra, a nie to, co należy. Bo tylko żyjąc w spokoju ze sobą, można odnaleźć szczęście.
I tego Wam życzę, z życzeniami spokojnej, dobrej lektury.
Amazing Spider-Man. Świat bez miłości. Tom 1
Nowe otwarcie dla starego bohatera. Kiedy Marvel świętuje sześćdziesiątkę Spider-Mana, człowiek chciałby, żeby jubileuszowy tom przyniósł coś wyjątkowego. Albo przynajmniej świeżego. Tymczasem „Świat bez miłości” to raczej restart z gatunku „zacznijmy od początku, ale nie tłumaczmy niczego”. Zeb Wells i John Romita Jr. rozpoczynają nową serię od mocnego, choć niekoniecznie sensownego uderzenia — i choć nie brakuje tu dynamicznej akcji oraz gangsterskiego klimatu, nad całością unosi się pytanie: po co to wszystko?
Pierwsze strony to scena niczym z apokaliptycznego filmu: Peter Parker klęczy w środku krateru, cały świat wokół niego legł w gruzach, a on sam krzyczy z bezsilności. Co się stało? Tego nie wiemy. I długo się nie dowiemy. Wells przeskakuje o pół roku naprzód i przedstawia nam Spider-Mana, który z jakiegoś powodu zraził do siebie absolutnie wszystkich. Avengers? Obrażeni. Fantastyczna Czwórka? Odwraca wzrok. Ciocia May? Ma dość kłamstw. Mary Jane? Ma własne życie i nie chce słuchać jego przeprosin. W tle rodzi się natomiast wojna gangów, w której pierwsze skrzypce gra Tombstone – złoczyńca z zasadami, ale i z ambicjami, by utrzymać władzę. Kiedy dochodzi do zamachu na jego życie, w grę wchodzi również Spider-Man, wplątując się w spiralę przemocy i mafijnych porachunków.
To, co Wells próbuje zbudować, ma potencjał. Pomysł, by Peter był samotny, zepchnięty na margines i osaczony przez własne błędy, to klasyczny motyw w historii Spider-Mana. Problem w tym, że autor nie daje czytelnikowi żadnych konkretów – ani dlaczego bohater został znienawidzony, ani jak doszło do katastrofy otwierającej tom. Zamiast tajemnicy dostajemy irytujący brak spójności.
Z drugiej strony, gangsterski wątek Tombstone’a działa zaskakująco dobrze. Brutalny, ale przemyślany, z dialogami, które rzeczywiście brzmią jak rozmowy ludzi z półświatka. To tu czuć najwięcej napięcia i emocji.
John Romita Jr. – rysownik, który od dekad dzieli fanów – w tym tomie prezentuje się solidnie, choć jego kreska jest bardziej surowa niż w dawnych latach. Z jednej strony pasuje do przybrudzonego klimatu historii, z drugiej nie każdemu przypadnie do gustu.
„Świat bez miłości” to start, który miał być głośny, a wyszedł… po prostu poprawnie. Wells nie serwuje rewolucji, raczej przetasowuje stare karty i dodaje odrobinę gangsterskiego tonu. Zagadkę zostawia na później, licząc, że czytelnicy wytrwają.
Czy warto? Dla fanów może i tak, choćby po to, by zobaczyć, dokąd zmierza ten nowy rozdział. Dla reszty to jednak tylko kolejny komiks o Spider-Manie. I to takim, który zbyt długo szuka swojej tożsamości.
Spiderman Deadpool Póki śmierć nas… Tom 2
Gdyby ktoś zapytał, jak wygląda najbardziej nieprawdopodobny bromans w uniwersum Marvela, odpowiedź jest prosta – Deadpool i Spider-Man. Dwóch bohaterów, dwa skrajne temperamenty i jedna wspólna misja: siać chaos, ratować świat (niekoniecznie w tej kolejności) i przy okazji sypać żartami, ile wlezie. Drugi tom serii Spider-Man/Deadpool – Póki śmierć nas… kontynuuje ich przygody, tym razem z jeszcze większym rozmachem, choć niekoniecznie z lepszym skutkiem.
W tej części duet Wade’a Wilsona i Petera Parkera wpada w kolejne kłopoty – a raczej sam je sobie funduje. Deadpool jak zwykle igra z prawem i moralnością, handlując sprzętem S.H.I.E.L.D. na czarnym rynku, podczas gdy Spider-Man próbuje posprzątać ten bałagan, zachowując przy tym resztki zdrowego rozsądku. Na ich drodze pojawia się nowy gracz, Slapstick – dosłownie żywa kreskówka – a także starzy znajomi, tacy jak Kameleon, Kraven czy Arcade. W tle natomiast rozgrywa się miniaturowy dramat zderzenia linii czasowych, który sprawia, że przyszli, postarzeni wersje obu bohaterów trafiają do głównego uniwersum Marvela.
Całość to mieszanka misji, bijatyk, parodii i absurdalnych przygód, w których nawet rekiny uzależnione od Netfliksa mają swoje pięć minut. Słowem – Marvelowska jazda bez trzymanki.
Ten tom to czysta rozrywka – i tylko rozrywka. Nie ma tu ani fabularnej spójności, ani głębszej refleksji, ale jest za to morze żartów, popkulturowych odniesień i scen, które można by określić jako komiksowy odpowiednik filmu akcji klasy B. Czasem zabawne, czasem męczące. Humor bywa celny, choć częściej przewidywalny, a „dośmieszanie” dialogów polskimi wstawkami wypada, niestety, niezręcznie.
Największym problemem drugiego tomu jest brak pomysłu na to, czym ta seria ma właściwie być. Pierwszy tom miał jeszcze świeżość – dwóch bohaterów, dwa światy, zderzenie charakterów. Tutaj zostaje tylko echo tamtej chemii. Każda historia to osobny epizod, jakby scenarzyści – Robbie Thompson, Gerry Duggan i inni – nie mogli się zdecydować, w którą stronę pójść. Nawet dynamika relacji Spider-Mana i Deadpoola została spłaszczona do powtarzalnego schematu: jeden gada, drugi przewraca oczami.
Na poziomie graficznym widać jeszcze większą nierówność. Bachalo, Hepburn, Koblish – każdy rysuje po swojemu, co samo w sobie nie jest złe, ale brak wizualnej spójności sprawia, że tom wygląda jak składanka z kilku serii. Kolorystyka raz krzyczy, raz blednie, a momentami trudno stwierdzić, czy mamy do czynienia z parodią, czy po prostu chaosem.
Spider-Man/Deadpool. Póki śmierć nas… to lektura dla tych, którzy nie szukają sensu, tylko dobrej zabawy. Dla fanów Wade’a i Petera to zapewne obowiązkowa pozycja, choć niekoniecznie satysfakcjonująca. Pomysły są, potencjał też, ale w wykonaniu brakuje konsekwencji i lekkości, która czyniłaby tę serię wyjątkową.
To komiks, który bawi, o ile nie próbujemy brać go zbyt poważnie. A jeśli już ktoś chciałby zobaczyć, jak Deadpool i Spider-Man naprawdę tworzą duet marzeń – lepiej sięgnąć po pierwszy tom. Ten drugi to raczej przerywnik między lepszymi historiami niż pełnoprawna kontynuacja.
Mój dziadek - genialny detektyw
„Wszystko, co dzieje się na świecie, to opowieści. Piękne, bo zmyślone. I rzeczywistość, i kryminały, i science fiction… Teatr też”.
Znakomicie bawiłam się przy tej przygodzie czytelniczej. Miała w sobie wszystko to, czego oczekiwałam po tego typu literaturze. Jednocześnie zaskoczyła wieloma elementami, kilkoma wprawiła w zachwyt, a stylem narracji oczarowała. Masateru Konishi dotykał czułych strun ludzkiej duszy, wyzwalał wiele emocji, wskazywał na odczuwanie jako wartość nadrzędną życia. Zadziwiające, jak bardzo wrażliwie opowiadał o trudnej i wyniszczające chorobie utraty pamięci, zarówno dla osoby nią dotkniętą, jak i dla bliskiego. Pośród długiego cienia rzucanego przez Alzheimera pokazał, że nawet najmniejsza część chwili, godziny, dnia, warta jest docenienia i szczególnej uwagi. Poprzez przedefiniowania szarych komórek na szkarłatne w otoczce pasji odtwarzania opowieści kryminalnych, ukazywał, że właściwe podejście do zagadnień demencji wbrew pozorom daje wolność kreatywnego tworzenia i satysfakcji z artystycznego podejścia do mrocznych zagadek.
Starszy pan, uwikłany w dewastujący proces zaniku funkcji, cierpiący na realistyczne złudzenia, niespodziewane halucynacje, zaburzenia świadomości, jednak nie tracił zdolności poznawczych, nagromadzonej wiedzy, a jego intelekt wydawał się nietknięty. Jak to możliwe, że omamy wynikały z logicznego rozumowania, dowiecie się, kiedy zajrzycie do książki. Historia niesamowicie was wciągnie, w szczególny sposób umili wieczór, natchnie do ponownego czytania wielu książek, klasyki i nie tylko, zdominowanych przez detektywistyczną zagadkę.
„Mój dziadek – genialny detektyw” oferował nie jedną, ale kilka skomplikowanych zagadek do rozszyfrowania. Autor przypominał czytelnikowi kryminalne motywy, nawiązywał do najczęściej pojawiających się, natychmiast oddziałujących na wyobraźnię i zmuszających do znalezienia własnej odpowiedzi na zagmatwany scenariusz zdarzeń. Nie tyle logiczny test umysłu, szukanie wyjaśnień zbrodni, ile odnajdywanie fundamentalnych błędów i tworzenie alternatywnej opowieści prowadzącej ku prawdzie. Wszystko w wyjątkowo ładnym stylu i z więcej niż odrobiną dobrego humoru.
Zagadka zamkniętego pokoju, znikająca ofiara, czysta dedukcja, bohater widmo, nagłe zwroty interpretacji, różne możliwe scenariusze, rozwiązanie pozostawione odbiorcy, bezpieczny kryminał o kluczowej postaci. Miłośnicy kryminału natychmiast odnajdą się w tym, przywołają z pamięci tytuły będące reprezentantami wymienionych podkategorii. Masateru Konishi stworzył coś, co przyciągnie koneserów detektywistycznych zagadek, ale także zaciekawi osoby stroniące dotąd od takiej rozrywki. Przywoływał sławne dzieła twórców kryminału, fenomenalnie wplatał ich klimat w fabułę, a przy tym niczego nie narzucał, nie oczekiwał ich znajomości, tylko delikatnie inspirował do poznania lub ponownego spotkania z nimi.
Nie zwlekajcie, sięgnijcie po powieść, dostarczy wielu kryminalnych emocji, wzbogaci oryginalną perspektywą spojrzenia na wyjątkową więź między dziadkiem i wnuczką, wprowadzi w świat japońskiej kultury, oczaruje subtelną romantyczną nutą melodyczną, a w finale zbliży do kluczowych postaci mocną sensacją. Zasadniczo, miałam wrażenie, że obserwuję sen głównej bohaterki, sposób poradzenia sobie ze stopniową utratą jaźni i szczególnej obecności bliskiej osoby, dajcie znać, czy podchwyciliście szczególny rys metafizyczności, czy mu się poddaliście, jak na niego zareagowaliście, jestem bardzo ciekawa.
Marvel Fresh. Złowieszcza wojna
Marvel Fresh. Złowieszcza wojna to finał, na który (prawie) nikt nie był gotowy. Ostatni akt runu Nicka Spencera na łamach „Amazing Spider-Mana” to historia, w której wszystko wybucha naraz — dosłownie i w przenośni. „Złowieszcza wojna” to zderzenie złoczyńców i chaosu, które miały stanowić kulminację kilkuletniej opowieści. Czy ten finał faktycznie dostarcza satysfakcji? Cóż, zależy, czego się spodziewacie po komiksie, w którym na jednej planszy potrafi znaleźć się tuzin przeciwników Spidermana.
Doktor Octopus powraca, a wraz z nim nowa Złowieszcza Szóstka. Nie wie jednak, że Sęp zebrał własną ekipę – Straszliwą Szóstkę. Dwie drużyny złoczyńców, jeden Spider-Man i mnóstwo dymu w powietrzu. To właśnie z tej mieszanki rodzi się wojna, w której nikt nie kontroluje już niczego. W tle toczy się jednak coś znacznie mroczniejszego. Kindred – postać od dawna rzucająca cień na życie Petera – w końcu odsłania karty. Carlie trafia do niewoli, Doktor Strange próbuje odkryć, co stało się z duszą Parkera, a na czerwonym dywanie, podczas premiery filmu MJ, wszystko dosłownie wymyka się spod kontroli.
Fabuła pędzi na złamanie karku. Starcia między złoczyńcami to nie lada widowisko. Eksplozje, akrobacje, pająk w środku bitewnej zawieruchy. Komiks czyta się jak blockbuster – momentami chaotycznie, momentami z przesadą, ale trudno oderwać wzrok. Spencer stawia na emocje, zamykając wątki, które ciągnęły się od lat. Nie wszystko wypada przekonująco – część rozwiązań fabularnych Kindreda to raczej ciekawostka niż satysfakcjonująco poprowadzony wątek, ale widać, że autor chciał dopiąć swoją wizję do końca, bez kompromisów.
Szata graficzna to prawdziwa uczta. Rysunki Bagleya, Vicentiniego czy Ferreiry kipią energią i detalami. Każda scena walki ma dynamikę, a mroczne fragmenty z Kindredem zachwycają klimatem. Chaos jest tu wpisany w strukturę fabuły – i chociaż czasem trudno złapać oddech, całość broni się właśnie tym nieustannym napięciem.
„Złowieszcza wojna” to komiks, który jednych zachwyci rozmachem, innych zmęczy natłokiem wątków. Nie jest to idealne zwieńczenie runu Spencera, ale z pewnością efektowne. Wypełnione akcją, mrokiem i emocjami pożegnanie z jego Spider-Manem pokazuje, że Marvel potrafi jeszcze dostarczyć czytelnikom komiksów solidny spektakl. Dla wiernych fanów Spidermana to pozycja obowiązkowa. Dla nowych czytelników będzie to jednak raczej labirynt bez mapy. Jednak jeśli szukacie czystej, komiksowej adrenaliny z pajęczą nutą, trudno o lepsze pożegnanie z tą epoką Spider-Mana.
Zapowiedź: Anathema
Tylko wygnani wiedzą, co czai się poza lasem…
Szepczą, co czai się w Dzwonie Wiedźmy – lesie, do którego grzesznicy idą, by umrzeć. Mieszkańcy miasteczka nazywają go Żarłocznym Lasem, bo to, co zostaje zabrane, nigdy nie wraca. Tylko ci, którzy postradali zmysły, odważyliby się tam zbliżyć. Albo wygnani.
Amazing spider-men. Korporacja Beyond
„Korporacja Beyond” to jeden z tych tomów, które otwierają nowy rozdział w historii Spider-Mana. Tym razem nie chodzi jednak o Petera Parkera – bo on leży nieprzytomny w szpitalu – ale o jego klona, Bena Reilly’ego. Ben, wspierany przez potężną i wpływową Korporację Beyond, wskakuje w pajęczy kostium i przejmuje rolę obrońcy Nowego Jorku. Na papierze wygląda to na idealne rozwiązanie: świetne zaplecze technologiczne, pełne wsparcie i szerokie możliwości. Jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Korporacja nie działa bezinteresownie, a wpływ na wizerunek i decyzje bohatera staje się tu jednym z ciekawszych wątków.
Sam Ben Reilly wypada całkiem nieźle. To postać, która balansuje między chęcią udowodnienia swojej wartości a ciężarem bycia „tym drugim” Spider-Manem. Nie próbuje zastąpić Petera, raczej szuka własnej drogi, a to sprawia, że łatwo go polubić. Problem w tym, że poza nim reszta postaci wypada dość płasko – brakuje relacji, które mogłyby dodać opowieści głębi. Scenarzyści skupili się głównie na akcji i dynamice, więc fabuła momentami przypomina typowy rollercoaster. Nieustanne starcia, kolejne zagrożenia i szybkie rozwiązania. Dobrze się to czyta, ale jeśli ktoś oczekuje choćby odrobiny głębi, może poczuć niedosyt. Moim zdaniem to komiks dobry dla nastoletnich czytelników, a nie dorosłych z sentymentem do uniwersum.
Graficznie album prezentuje się bardzo dobrze, mimo że pracowało nad nim kilku rysowników. Styl nie jest jednolity, ale właśnie ta różnorodność dodaje mu energii. Szczególnie warto zwrócić uwagę na design kostiumu Bena. Udane połączenie klasyki z nowoczesnością. Rysownicy świetnie poradzili sobie także z perspektywą w scenach walki. Dzięki temu akcja jest czytelna i widowiskowa. Stonowana kolorystyka pozwala zachować równowagę między dynamiką a przejrzystością. Ogólnie stronę graficzną oceniam bardzo wysoko.
„Amazing Spider-Man. Korporacja Beyond” to komiks solidny, dynamiczny i atrakcyjny wizualnie. Nie rewolucjonizuje świata Marvela, ale sprawdza się jako przyjemna rozrywka. Zwłaszcza dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak Ben Reilly radzi sobie w roli Pająka. Jeśli ktoś liczy na głębsze refleksje czy przełomowe rozwiązania fabularne, może się rozczarować. Jeśli jednak szuka dobrze narysowanej, szybkiej i pełnej akcji historii, będzie zadowolony.
Patronat: Dokonać niemożliwego
Nie miał prawa istnieć. A jednak oddychał, żył… i czekał.
Schorowany książę Mamoru spędził szesnaście lat zamknięty w klanie.
