lipiec 07, 2022

Rezultaty wyszukiwania dla: Polska

sobota, 15 grudzień 2018 23:08

Stan Lee. Człowiek-Marvel

Gdy Bob Batchelor zaczynał pisać biografię Stana Lee, na pewno nie spodziewał się, że ten wielki człowiek odejdzie tuż po premierze. Z pewnością też wydawnictwo SQN nie miało pojęcia, że polska premiera wypadnie w okolicach tego smutnego dnia. Fakt, Lee miał już swoje lata, jednak trzymał się świetnie! Jego zaangażowanie w pracę było wciąż widoczne, a czy w ogóle wyobrażacie sobie jakikolwiek film Marvela bez jego cameo? Ciężko... Aczkolwiek chyba musimy się na to przygotować. Może nie jestem wielkim znawcą komiksów, bowiem moja droga z nimi rozpoczęła się stosunkowo niedawno, ale jednak Stana Lee podziwiam i przepadam za filmami Marvela. A po przeczytaniu jego biografii podziwiam go jeszcze bardziej!

Właściwie nie było dla mnie zaskoczeniem to, jak pracowitym i pełnym pasji człowiekiem przez całe swoje życie był Lee. Już od młodzieńczych lat wykazywał ogromne zaangażowanie w to, co robił. Jako nastolatek dorabiał sobie w wydawnictwie i była to dla niego ogromna radość, traktował tę pracę poważnie i wiedział, w jakim kierunku chce dążyć. To jest właśnie w ludziach piękne – pasja i zaangażowanie, zwłaszcza kiedy można to zauważyć u młodych ludzi. Stan Lee bardzo wcześnie rozpoczął swoją karierę i stopniowo wzbijał się na wyżyny. Wszystko osiągnął dzięki ciężkiej pracy, dzięki podejmowaniu ryzyka, dzięki niesamowitej wyobraźni. Wspaniałe jest również to, że na swojej drodze spotkał tak przychylnych mu ludzi, choć nie myślcie sobie, że miał życie idealne – każdemu czasami los rzuca kłody pod nogi, nawet twórcy superbohaterów!

Choć oczywiście nie mogło w tej książce zabraknąć kilku faktów z życia prywatnego Stana Lee, to mimo wszystko w dużej mierze jest to opowieść o jego karierze, a tym samym o rozwoju Marvela – od narodzin to stanu, w którym obecnie się znajduje. To początki powstawania takich bohaterów jak Spider-Man, Fantastyczna Czwórka (oni to dopiero mieli ciężką przeprawę), Thor, Hulk, Iron Man, X-Meni czy oczywiście Avengers. Chyba nikomu nie trzeba przedstawiać tych kultowych już postaci. Stan Lee stał się niemal legendą, a jego bohaterowie i pomysły są znane na całym świecie. I wierzcie mi, Lee chyba sam nie przypuszczał, że to rozrośnie się na taką skalę! A kto wie... Może doskonale o tym wiedział?

Ta książka znakomicie pokazuje, jak świat komiksów rozwijał się przez wiele, wiele lat. Stan Lee urodził się w roku 1922 i już w wieku nastoletnim został redaktorem w wydawnictwie. Przez kilka lat służył w United States Army Signal Corps, ale w latach 50. powrócił do dawnej pracy. Od tego momentu możemy zobaczyć, jak komiksy brnęły do przodu, jak zyskiwały popularność, a co więcej – jak istotne przesłania dla młodzieży twórcy starali się w nich przemycić. Pomijam kwestię bycia dobrym i walki ze złem, ale nie brakowało też tematów takich jak chociażby narkotyki czy porzucanie edukacji. Okazuje się, że komiksy miały wpływ nie tylko na kulturę popularną XX i XXI wieku, one naprawdę potrafiły nieść ze sobą ogromne przesłanie, które trafiało do czytelników.

Bob Batchelor wykonał kawał dobrej roboty tworząc tę biografię. Zrobił bezbłędny i bardzo dogłębny research, znakomicie wszystko ułożył, w wyniku czego my otrzymaliśmy chronologiczny rozwój kariery Lee i Marvela. Jest tutaj ogrom informacji i zebranych faktów, ale mimo wszystko czyta się to znakomicie – życie Stana Lee naprawdę intryguje, fascynuje i wciąga! Być może co nieco Was tutaj zaskoczy, co nieco zbulwersuje, ale to naprawdę znakomita biografia. Nie sięgam po nie zbyt często, ale w przypadku tego człowieka nie mogłam sobie odpuścić.

Stan Lee. Człowiek-Marvel to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów komiksów, dla tych, którzy przepadają za filmami o superbohaterach, dla wszystkich tych, którzy chcą się przekonać, że ciężką pracą i zaangażowaniem można osiągnąć coś niesamowitego. Stan Lee to człowiek, który zasłużył na miłość wszystkich swoich fanów, na ogromny szacunek i podziw. Powołał do życia tak niesamowitych bohaterów i stworzył tak niepowtarzalne historie, że z pewnością nie zostaną one zapomniane – z resztą już można widzieć, jak wysoką rangę zyskał Marvel. I to w pełni zasłużenie.

Dział: Książki
piątek, 16 listopad 2018 18:11

Czuwaj

Polskie kino z roku na rok się rozwija. Rodzime filmy przyciągają coraz więcej ludzi przed wielkie ekrany, co niezmiernie mnie cieszy. Widzowie coraz bardziej świadomi są tego, co przekazuje się w polskiej twórczości i wydaje mi się, że świadomie częściej wybierają dobre, prawdziwe filmy z przekazem, niż amerykańskie kino akcji. I dobrze, bo sam jestem zwolennikiem polskiej twórczości! Przechodząc jednak do rzeczy, przyszło mi dzisiaj zrecenzować dzieło Roberta Glińskiego. Reżyser ma na swoim koncie kilkanaście filmów, aczkolwiek zasłynął przede wszystkim świetnie przyjętym Cześć Tereska. Jak prezentuje się zatem jego najnowsze dzieło Czuwaj?

Dwie grupy młodzieży z odmiennych światów, reprezentujące dwa różne systemy wartości zostają postawione naprzeciw siebie na skutek ryzykownej decyzji dorosłych. To co miało być lekcją odpowiedzialności i tolerancji przeradza się w twardą walkę o przywództwo. Z jednej strony wiara w szlachetne ideały, a z drugiej brutalne prawo silniejszego. Relacje między młodymi ludźmi stają się napięte; odizolowani od zewnętrznego świata, ujawniają swoje prawdziwe, szokujące oblicza.

W założeniu reżysera było stworzyć mocny thriller, który porusza ważny temat dorastania. Fakt, ze cała akcja rozgrywa się w zaciszu leśnego krajobrazu, na harcerskim obozie z jednej strony miała budować klimat i poczucie izolacji, zamkniętego miejsca akcji. Z drugiej jednak takie rozwiązanie - z pewnością niskobudżetowe - zmusza do opowiedzenia historii niezwykle realnej, budzącej prawdziwe emocje, strach i brutalność. Tutaj niestety ten zabieg nie wyszedł. Pomysł na całą akcję mógłby być dość fajny, gdyby nie był już na etapie scenariusza przerysowany. Dowodem są zachowania młodych bohaterów i ich dialogi. Nie trafne jest także zestawienie aktorów. Z jednej strony mamy Zamachowskiego - doświadczonego już aktora, który jednak nie do końca pasuje mi w roli policjanta. Lichota zaś wydawać by się mogło to kandydat idealny. W moim odczuciu świetnie hasał po bieszczadzkich lasach w serialu Wataha i naprawdę tylko on dla mnie ratuje film. Jeśli chodzi o młodzież to jest średnio. Widać wyraźny brak doświadczenia, sztywność odgrywanych ról i nie do końca przekonujące zachowania.

Podsumowująć powiem, że film - jak na zachęcający opis - jest dość słaby. Historia odpowiednia na któryś z dłuższych jesienno zimowych wieczorów, aczkolwiek pozbawiona głębszych wartości. Oczywiście można odnaleźć gdzieś morał i główny wydźwięk dzieła, ale jak już wspomniałem, poprzez znaczne przerysowanie losów młodych bohaterów traci on na swojej wartości. Ocena 3/10.

Dział: Filmy
piątek, 16 listopad 2018 08:20

Targi Gra i Zabawa - Festiwal Gramy

JEST CO ROBIĆ!

Kultowe gry, kreatywne zabawy, widowiskowi cosplayerzy, emocjonujące mistrzostwa, turnieje i konkursy. W sobotę 24 listopada w AMBEREXPO ruszają 7. Targi GRA I ZABAWA i 17. Trójmiejskie Spotkania z Grami Planszowymi FESTIWAL GRAMY. Swoją ofertę zaprezentują najbardziej liczący
się na polskim rynku producenci i dystrybutorzy gier i zabawek.

JEST W CO I O CO GRAĆ!

Sercem imprezy tradycyjnie będzie GRALNIA, gdzie można grać i testować ponad 2 tysiące gier: planszówek familijnych, imprezowych, strategicznych, science fiction, przygodowych, logicznych i karcianych. Do grania zapraszamy wszystkich - rodziny, przyjaciół, znajomych i nieznajomych. Chętni mogą wziąć udział w licznych turniejach - obowiązują wcześniejsze zapisy w WYPOŻYCZALNI. Na laureatów czekają super nagrody!

Dział: Wydarzenia
poniedziałek, 05 listopad 2018 06:22

Nowy dom na Wyrębach 2

Druga część Nowego domu na Wyrębach po raz kolejny przenosi czytelnika do mrocznych, kryjących liczne tajemnice Wyrębów. Dwa pierwsze spotkania z niewytłumaczalnymi zjawiskami, przed którymi po zmroku chroni jedynie poświęcona świeca, były bardzo udane. Jak więc wypadło trzecie i ostatnie?

Książka stanowi bezpośrednią kontynuację poprzedniej części. Dotąd sceptyczny Hubert Kosmala przekonuje się, że w Wyrębach działają moce, których natury nie jest w stanie racjonalnie wyjaśnić. Co gorsze, nawet po powrocie do własnego domu, wiele kilometrów od przeklętego domu, który odziedziczył, nadal dręczą go koszmarne sny. I to takie, które wydają się wyjątkowo realne, a przez to naprawdę niebezpieczne.

Obok relacji Kosmali nadal możemy też śledzić historię Ewy Firlej, a to za sprawą prowadzonego przez nią dziennika. Dziewczyna jest przerażona ostatnim spotkaniem z Mikołajem, z którym planowała ułożyć sobie dalsze życie, a którego ciemnego oblicza do tej pory nie poznała. A to również za sprawą domu, który połączył losy wszystkich bohaterów.

Charakterystyczną cechą twórczości Dardy staje się dosyć leniwie prowadzona narracja, co w zależności od podejścia czytelnika może być zarówno zaletą, jak i wadą powieści. Przez pierwszą połowę książki właściwie niewiele się dzieje – głównego bohatera dręczą sny i wątpliwości, Ewa radzi sobie z traumą, a w Wyrębach i okolicy nadal gromadzi się zło, jednak niejako obok najważniejszych postaci, a nie w bezpośrednim związku z nimi. Dopiero potem wydarzenia nabierają tempa, które utrzymuje się aż do ostatniej strony. I to już jest naprawdę dobre.

Przy okazji recenzji pierwszej części Nowego domu... pochwaliłam autora za to, że na bazie pomysłu z pierwszego tomu, w kolejnym stworzył właściwie nowy horror. Teraz sukcesywnie rozwija świeży pomysł, tworząc historię, która wciąga, lecz jednocześnie niewiele ma wspólnego z jego debiutancką książką. Nie bez pewnego żalu muszę przyznać, że chociaż Nowy dom... jest naprawdę niezłą powieścią grozy, to jednak nie ma w niej tego specyficznego klimatu pierwszego Domu na Wyrębach. Są za to elementy, które z pewnością przypadną do gustu miłośnikom słowiańskich klimatów.

Mówiąc krótko, powieść stanowi udane zakończenie całej historii, a fani pisarza powinni być usatysfakcjonowani. Polska groza ma się całkiem przyzwoicie.

Dział: Książki

Dom Wydawniczy REBIS zaprasza na 22. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, które odbędą się w dniach 25–28 października w Centrum Targowo-Kongresowym EXPO Kraków przy ul. Galicyjskiej 9. Zachęcamy do odwiedzenia stoiska (D17/D33), będzie okazja, żeby kupić książki w atrakcyjnych cenach, zapoznać się z obecną ofertą wydawniczą i spotkać się z autorami ulubionych tytułów.

Dział: Wydarzenia
sobota, 20 październik 2018 19:21

Baobab (edycja polska)

Psst! Masz wolne dwadzieścia minut i uważasz, że zręczność to twoje drugie imię? A może to kolejny jesienny i niezwykle deszczowy dzień, w którym twoje pociechy sprawdzają twoją cierpliwość? Jeśli twoja odpowiedź była twierdząca, mam dla ciebie coś, co sprawi, że spędzisz miło czas, a śmiech zarówno twój, jak i twoich dzieci będzie się niósł długo po domu. Wystarczy, że wybierzesz się w podróż do miejsca, w którym rosną Baobaby.

By ruszyć, wystarczy wygodnie usiąść i zacząć rozgrywki. Pudełko posłuży wam za pień drzewa, a karty w nim skryte sprawią, że najbliższy czas będzie wypełniony nie tylko walorami edukacyjnymi i rozwojowymi, ale pełnymi zabawy i śmiechu. Kart jest 108, należy ułożyć je w stosie, którego nie należy przeglądać, a więc obrazkami do dołu. Każdy z graczy deklaruje, iloma kartami będzie grał, od jednej do trzech, po czym odwraca je obrazkami do góry i układa według sposobu przypisanego do danej karty. Każde strącenie kart wiąże się z rozrastaniem waszego stosu wstydu. Gdy w głównym stosie zabraknie kart, wygrywa ta osoba, której stosik wstydu składa się z mniejszej ilości kart.

Karty są zróżnicowane, dzięki czemu na każdego z graczy czeka, aż 9 rodzajów gałązek naszego drzewa. Gra jest przeznaczona dla minimum dwóch i maksymalnie czterech graczy. Nie ma górnej granicy wieku, dolna zaś plasuje się w okolicy 6 roku życia. Rozgrywki mogą się przedłużać, a ich nieprzewidywalność jest gwarancją dobrej zabawy.

To nie tylko mnóstwo radości i ubaw, gdy najbardziej pewnemu graczowi co rusz będą spadać karty niczym liście opadające z drzew. Gra ta jest idealnym ćwiczeniem zręczności i rozwijaniem umiejętności ręka-oko. Pudełko, które równocześnie jest pniem drzewa, wykonano z metalu, dzięki czemu jest stabilne, a karty przechowywane w środku nie są narażone na uszkodzenia. Gra odznacza się wyjątkowym wachlarzem kolorów, który cieszy oko i przykuwa uwagę bez względu na wiek

Dział: Gry bez prądu
czwartek, 18 październik 2018 12:35

Get Packing (edycja polska)

„Get Packing” to gra niestandardowa. Nie jest to planszówka, karcianka, nie jest to również gra sprawnościowa typu „Pchełki” czy „Skaczące czapeczki”. Jest to swojego rodzaju łamigłówka o zasadach najprostszych z możliwych, a jednak w samej rozgrywce trzeba się niekiedy trochę „nagimnastykować” by sprostać zadaniu.

W pudełku mamy cztery walizki i cztery komplety złożone z trzynastu elementów do spakowania – odzieży, zabawek, buteleczek i innych przedmiotów niezbędnych w wakacyjnych wojażach. Przedmioty te są kolorowe, zrobione z twardego, grubego plastiku. Dopasowane wymiarami do raczej niewielkich walizeczek. Oprócz tego mamy trzydzieści okrągłych kart z nazwami celu podróży oraz rysunkową listą przedmiotów, które mamy ze sobą zabrać. Karty mają trzy różne stopnie trudności, co pozwala dopasować poziom gry do wieku czy zdolności uczestników. Jest również instrukcja – duża, kolorowa, zawierająca nie tylko zasady gry ale również podpowiedzi rozwiązań.

W grze chodzi oczywiście o to by się spakować w podróż. Zdawałoby się, że nic prostszego w świecie – zwłaszcza dla kobiet, które mają zdolność do jednej walizki spakować pół szafy i trzy czwarte łazienki. A jednak bez główkowania się nie obejdzie. Na początku losujemy kartę z celem podróży – to ona wskazuje przedmioty, które mamy spakować. Przedmioty te są trójwymiarowe, jednak w poziomie wpisane są w pewne – nie zawsze regularne – kształty. Te kształty są kluczowe – ich kombinacje tworzą rozwiązania. Cała zabawa polega na tym, by wskazane na wylosowanej karcie przedmioty tak ułożyć w walizeczce – bazując na ich kształtach – by walizeczka dała się zamknąć.

Całość być może nie brzmi sensacyjnie, niemniej gra jest przyjemną, relaksującą rozrywką. Jej zrozumienie nie wymaga wielkich zdolności intelektualnych, toteż dolny wiek gracza określony na sześć lat uważam za czysto umowny – nawet bystry cztero- czy pięciolatek może się mierzyć z najłatwiejszym poziomem zadań. W ostateczności może sięgnąć po rysunki z podpowiedziami znajdujące się w instrukcji.

Mnie osobiście gra przekonała nie tylko swoimi nieomal terapeutycznymi właściwościami (cóż, tu należy przyznać, że kilkulatek, któremu nie wychodzi układanie, tych właściwości może nie dostrzegać) ale przede wszystkim wartością edukacyjną. Otóż ci najmłodsi gracze dzięki tej łamigłówce rozwijają zdolności manualne i umiejętności dotyczące choćby postrzegania przestrzennego. Na prostym pomyśle i prostej rozgrywce zbudowano – zapewne gdzieś obok właściwego celu jakim jest zabawa – wartościowy zestaw wspomagający rozwój dziecka, który z czystym sumieniem poleciłabym przedszkolom, klasom wczesnoszkolnym i wszelkim ośrodkom zajmującym się wczesnym wspomaganiem. A tak prawdę mówiąc, to łamigłówki są dobre dla każdego.

Dział: Gry bez prądu
poniedziałek, 01 październik 2018 09:11

Młoda krew

“Młoda krew” Wojciecha Wójcika to thriller z CIA, wywiadem wojskowym i polską historią w tle. Jej główny bohater - Michael - to chłopak wychowany w dwóch kulturach. Jako czterolatek opuścił z matką Polskę i dzięki matce zachował polską tożsamość i znajomość języka. Dzięki temu - jako tłumacz - rusza z doświadczonym oficerem amerykańskiego wywiadu oraz agentką CIA do Polski, szukać tajemniczego “Josepha” - zdrajcy przekazującego Rosjanom tajemnice NATO. Przy okazji budzi demony z własnej przeszłości.

Co z tego wyniknie - warto przeczytać. Wojciech Wójcik rozwija się bowiem jako autor i “Młoda krew” jest godną następczynią “Jeziora pełnego łez”. Wprawdzie konsekwentnie narracja przeprowadzona jest w pierwszej osobie, ale tu akurat jakoś specjalnie to nie przeszkadza. Być może to efekt ogólnej sympatii jaką wzbudza sam Michael. Chłopak, dla którego Ameryka stała się domem, ale który mimo wszystko ma dużo szacunku dla Polski i jej historii najnowszej. Nawet pomimo tego, że ta historia wcale łatwa nie jest. Zimna wojna, służba bezpieczeństwa, wojsko, potem czasy przemian i brudnych interesów. Wojciech Wójcik cały ten galimatias zebrał w zgrabną, ciekawą, a przede wszystkim trzymającą w napięciu powieść. I chociaż poddał się manierze wprowadzenia do powieści super agentki, radzącej sobie nawet z kilkoma bandziorami na raz, to spokojnie można mu to wybaczyć. W czasach galopującego feminizmu i ogólnej poprawności takie wątki chyba są już obowiązkowe. Inna rzecz, że sama Agnes naprawdę uroczo prezentuje ludzkie cechy, jak zazdrość chociażby.

Momentami akcja jest dość naiwna, fakt. Taka w stylu “zabili go i uciekł”. To też dość charakterystyczne dla autora i chyba z powieści na powieść razi coraz mniej. Ot, taki urok Wójcika. Kto wie - może nawet jego znak rozpoznawczy na przyszłość.

Całą powieść czyta się lekko. To też charakterystyczne dla autora. Ma on dar “lekkiego pióra”, który sprawia, że tak naprawdę te 617 stron można pochłonąć w trzy dni. I to nie zaniedbując innych, bardziej przyziemnych obowiązków. Co więcej - im dłużej czytałam, tym bardziej łapałam się na tym, że chętnie zobaczyłabym ekranizację. Z takim Jakubem Gierszałem w roli Michaela na przykład. I jestem przekonana, że wówczas polskie kino zyskałoby naprawdę dobry thriller.

Dział: Książki
środa, 26 wrzesień 2018 13:44

Detektyw: Kryminalna Gra Planszowa

Premiera Detektywa: Kryminalnej Gry Planszowej

Dzisiaj 26 września 2018 roku ma premierę polska edyca gry Detektyw: Kryminalna Gra Planszowa.

Detektyw to kolejna - obok obsypanych nagrodami Robinsona Crusoe czy Osadników: Narodziny Imperium - głośna na całym świecie premiera studia developerskiego z Gliwic. W ostatnich miesiącach tytuł zdominował amerykańskie zestawienia najbardziej oczekiwanych gier planszowych roku (tzw. The Most Anticipated Game of the Year) publikowane przez najważniejsze serwisy i blogi branżowe.

Dział: Bez prądu
poniedziałek, 03 wrzesień 2018 20:58

Wymiary mroku

“Wymiary Mroku” Tomasza Hildebrandta zamierzałam czytać wylegując się w hamaku, pod cienistymi gałęziami Tëchòlsczé Bòrë, siorbiąc radośnie babskie piwko. Jednak jak wszyscy dobrze wiemy, to co zamierzamy, a to co dostajemy, to dwie zupełnie różne rzeczy. Cieszę się jednak z tego bardzo, bo ta książka, to nie jest lekki wakacyjny kryminałek dla zabicia letniego czasu. To kawał ciężkiej i trudnej cegły co daje obuchem przez łeb i “poprawia z baśki”.

Bory Tucholskie, to zaraz po Bieszczadach jedne z moich najukochańszych miejsc w Polsce. To dwa miejsca, w których zostawiłam kawałek swojego serca, po który wracam co pewien czas, ale nigdy go jednak nie odzyskuję. Piękne i zielone Kaszuby są na pewno “idealnym” miejscem dla kogoś, kto tak jak Nadkomisarz Andrzej Bondar boi się drzew, lasów i przyrody. Służba nie drużba jednak - trzeba walczyć z własnymi lękami, aby móc prowadzić śledztwo, albo się chociaż przez nie jakoś prześlizgnąć. Gdy nasz Bond (kawał z brodą) dociera na miejsce zbrodni, okazuje się, że ciała brak - człowiek kontra przyroda 0:1. Ulewa, a uwierzcie mi tu naprawdę potrafi lać i wiać, porwała ciało i dowodem na jego istnienie są tylko zdjęcia na komórce. Na szczęście, choć właściwym słowem byłoby oczywiście niestety - pojawia się za chwilę drugi zezwłok młodej dziewczyny i wszystko wskazuje na to, że całkiem możliwe jest, iż zbrodnie są ze sobą powiązane, bo modus operandi, jakby ten sam. Ale nic nie jest dokładnie takie, jakie się wydaje i chwała Światowidowi za to.

“Wymiary Mroku” to druga z serii książka o nadkomisarzu Bondarze i choć pierwszej nie miałam okazji przeczytać to zaczynam tego naprawdę żałować i pewnie będę musiała to nadrobić w najbliższej przyszłości. Bo choć główny bohater jakoś nie wzbudził mojej nadmiernej sympatii, to ma w sobie jakiś magnetyzm. Z resztą... nie potrafię się oprzeć długowłosym, wydziaranym facetom w koszulkach Slayera - wiecznym Piotrusiom Panom,co zapomnieli, że latka lecą. Tak, w moich żyłach też płynie metal, który nie zastygł. Bondar to jeden z tych typów co zakochują się w nieodpowiednich kobietach, a te odpowiednie potrafią jedynie wykorzystać, by je zaraz odtrącić. Ale tak też kształtują się kobiece charaktery - przez mężczyzn nazywane pogardliwie per “mściwe suki”, przez inne kobiety w sumie tak samo, ale za to z jaką wielką dumą.

Co do samej treści... kaziroctwo, pedofila, nekrofilia - czasami w różnych konfiguracjach to to co kryje się za tą przepiękną okładką. Syf, patologia, ubóstwo i beznadzieja. Gdzie człowiek człowiekowi już nawet nie panią w dziekanacie, a sąsiadem w bloku o kartonowych ścianach, co zielenieje z zazdrości na widok 20-letniej Škody w kolorze zgniły szarometalik. Orgie, stręczycielstwo, jakże turpistyczne opisy mikrowiosek, zagubionych w Borach Tucholskich, które z takim obrzydzeniem może opisywać tylko ktoś, kto sam je zna i to od podszewki. Przemoc, brak normalnych związków międzyludzkich, banda wykolejeńców gdzieś na najdalszej północy, za których człowiekowi jest po prostu po ludzku wstyd. A przecież to tuż obok mnie... Czytając zastanawiałam się czy naprawdę tak wygląda życie na tych wioskach, do których drogowskazy tak często mijam, czy to jednak tylko, a właściwie AŻ wyobraźnia pisarza. Mamy wielu podejrzanych, bo każdy ma coś na sumieniu. Często nie wiadomo kto jest kim, o kim mowa, a nasz główny bohater ma chore jazdy po grzybach i blantach. Na pewno jest to książka dla ludzi o dość mocnych nerwach i żołądkach pokazująca, że w ekstremalnych sytuacjach człowiek jest zdolny do wszystkiego, by przeżyć. Trzeba przyznać, że autor niesamowicie zagmatwał tę historię, ale wybrnął z niej bez zarzutu i konsekwentnie do końca, a wmieszanie w to wszystko wątku Skorpiona wyszło wręcz mistrzowsko.

Bardzo rzadko zdarza mi się czytać tego typu pozycję - na równi fascynującą co miejscami odrażającą. Na pewno jest to kawał dobrego kryminału z polską policją w tle, ale głównie jest to przerażająca historia o koszmarach, jakie dzieją się wokół nas w małych wioskach o dziwacznych nazwach. W wioskach, o których poza mieszkańcami, a właściwie zesłańcami oraz okolicznymi sąsiadami, nie słyszał nikt dopóki nie pojawi się jakaś wzmianka w serwisach informacyjnych o bezsensownym ludzkim okrucieństwie. Tomasz Hildebrandt nie boi się trudnych tematów, często ocierających się o tabu i nie stroni od tego by je dość szczegółowo opisywać. Ja nie napiszę, że “Wymiary Mroku” są zachwycające, ja napiszę, że są na pewno wstrząsające i zapadające w pamięć. I już chociażby dlatego warto sięgnąć po tę pozycję.

Dział: Książki