Rezultaty wyszukiwania dla: Monolith

poniedziałek, 28 styczeń 2019 13:08

Zegar czarnoksiężnika

Wybiła godzina magii

Kiedy przewraca ci się cały świat do góry nogami i tracisz najbliższych, trudno jest uwierzyć w magię. Jednak trudno jej zaprzeczyć, gdy nagle masz z nią bezpośredni kontakt. Co zrobić z nowo odkrytą wiedzą i grożącym niebezpieczeństwem?

Lewis (Owen Vaccaro) stracił właśnie rodziców i trafia pod opiekę wujka Jonathana (Jack Black), którego nigdy wcześniej nie widział. Mieszka na uboczu w domostwie, które... żyje. A na pewno można spotkać w nim mówiące meble (fotel, który zachowuje się, jak niesforny piesek jest moim faworytem) oraz fantastyczne stworzenia. Częstym i chyba jedynym gościem domu jest Pani Zimmerman (Cate Blanchett). Chłopiec szybko orientuje się, że nie trafił do zwyczajnego domu, a jego nowy opiekun nie jest zwykłym człowiekiem. Luis chętnie uczy się magii, która może zachwycać, jak i przerażać, zwłaszcza jeśli użyje się jej w nieodpowiedni sposób, tak jak Isaac Izard, który stworzył magiczny zegar ukryty teraz w domu i odmierzający czas do wydarzenia, które na zawsze zmieni świat.

Przyznam szczerze, że po Zegar czarnoksiężnika sięgnęłam z czystej ciekawości - spodobał mi się opis oraz zwiastun. Nie wiedziałam, że to adaptacja książki, a zawsze staram się pierw wtedy przeczytać powieść ani nie kojarząc od razu, że reżyser Eli Roth jest tym od Hosteli czy też Życzenia śmierci. Może to i dobrze? Obejrzałam film dzięki temu bez żadnych obaw, oczekując tylko dobrej rozrywki. Czy to otrzymałam?

Eli Roth wraz z Ericem Kripke (scenariusz) wykonali przy tym filmie naprawdę dobrą robotę - Zegar czarnoksiężnika zachwyca wykonaniem. Klimat filmu, występujący humor, świetna gra aktorska, efekty specjalne oraz magiczna otoczka idealnie ze sobą współgrają i dają prawie 2 godziny zajmującego seansu. To zdecydowanie film skierowany głównie do młodszego odbiorcy (10+), ale nie polecałabym go tym najmłodszym, ponieważ są w nim momenty mogące przestraszyć swoją makabrycznością i śmiało mogę napisać, że niejeden dorosły będzie się dobrze na nim bawił. W filmie dużo się dzieje i nie można narzekać na brak akcji oraz niesamowitych momentów ukrytych między z pozoru mało spektakularnymi wydarzeniami.

Trzeba jednak przyznać, że dużą zasługą tego, iż film należy do dobrych, to zasługa świetnej gry aktorskiej i tutaj tego nie zabrakło. Duet Cate Blanchett i Jack Black jest naprawdę rewelacyjny. Nie tylko wczuli się w swoje role, pokazując swój talent aktorski, ale też, jak fajnie można ze sobą współpracować. Ich relacja w filmie była jednym z najmocniejszych elementów całości. Było widać łączącą ich zażyłość, a słowne docinki bawiły do łez. Nie można też nic zarzucić młodemu Owenowi Vaccaro, który dopiero od czterech lat staje przed kamerą. Dla mnie, jako Lewis, był bardzo przekonujący. Gra chłopca, który stracił rodziców i ciężko jest mu znaleźć przyjaciół. Trochę zagubiony i samotny, starający się dopasować do innych, ale też próbujący pozostać sobą. Naprawdę dobrze mu to wyszło.

Nie oczekiwałam od tego filmu niczego wielkiego i chyba dzięki temu tak bardzo przypadł mi do gustu. Uwielbiam tego typu klimaty oraz poczucie humoru dlatego też Zegar czarnoksiężnika tak mnie zachwycił. Żyjący dom, uczłowieczenie mebli, magia i czary oraz docinki słowne - to wszystko sprawiło, że nie żałuje ani sekundy poświęconej na oglądanie. Od samego początku całkowicie skupiłam się na tym, co się dzieje na ekranie i z żalem przyjęłam zakończenie, bo chętnie spędziłabym z tą trójką więcej czasu.

Z całego serca polecam Zegar czarnoksiężnika na rodzinny seans z nieco starszymi pociechami, które nie boją się czasami poczuć dreszczyku strachu. Dobra zabawa gwarantowana!

Dział: Filmy
sobota, 26 styczeń 2019 17:12

Ostateczna rozgrywka

Znany szerszej publiczności Pierce Brosnan, który ma na swoim koncie sporo dobrych filmów oraz wcielenie Jamesa Bonda, tym razem staje do walki z terrorystami, którzy brutalnie przerywają olbrzymie, sportowe widowisko. Sensacyjny film, pełen (nie do końca realistycznej) akcji bardzo przypomina pomysłem legendarną Szklaną Pułapkę, aczkolwiek dobór aktorstwa i poziom fabuły bardzo znacząco obniża poprzeczkę.

Piłkarski stadion wypełniony po brzegi. Na trybunach 35 tysięcy ludzi zrywa gardła, by wesprzeć swoich idoli. Nagle sportowe emocje przemieniają się w dramat za sprawą grupy uzbrojonych przestępców, którzy przejmują kontrolę nad stadionem i grożąc śmiercią kibiców, wysuwają żądanie sowitego okupu. Czy byłemu żołnierzowi Michaelowi Knox uda się powstrzymać terrorystów i uratować życie zakładników, wśród których jest córka jego poległego na polu bitwy przyjaciela?

Filmy akcji rządzą się zazwyczaj swoimi prawami. Jest to kino nie wymagające większego skupienia, mające na celu zapewnienie widzowi dwóch godzin dobrej zabawy przy strzelaninach, pościgach i efektach specjalnych. Jednak dość łatwo można wydzielić nawet w takim kinie dzieła bardziej i mniej ambitne. Takie, gdzie prowadzona jest dość ambitna gra między charakterami, gdzie owa akcja jest pokazana na realnym poziomie, oraz takie, gdzie głównemu bohaterowi udaje się wszystko, jest praktycznie nieśmiertelny, w tle wybucha... wszystko, co może i trup ściele się gęsto. Pytanie brzmi, gdzie uplasować Ostateczną Rozgrywkę? Film z początku naprawdę daje radę, akcja jako tako zaciekawia widza, i wydawać się by mogło, że wszystko zmierza w odpowiednim kierunku. Jednak po jakichś 50 minutach seansu widz finalnie dostaje to, co charakteryzuje marne kino akcji: absurd goni absurd. Nasz Pierce Brosnan jako wojskowy wydaje się żołnierzem nie do zdarcia, z głową pełniejszą pomysłów niż MacGyver. Do tego mamy wplecione w fabułę przerysowane motywy patriotyczne...

Jeśli ktoś oczekuje szalonej filmowej przygody po ciężkim dniu pracy, to myślę, że Ostateczna Rozrywka będzie odpowiednią pozycją. Dla osób, które są wielbicielami klasyki; Bonda czy Szklanej Pułapki, będzie to niestety rozczarowanie.

Dział: Filmy
czwartek, 17 styczeń 2019 20:05

Szpieg, który mnie rzucił

„Szpieg, który mnie rzucił” to wyreżyserowana przez Susanne Fogel komedia sensacyjna.

Film opowiada o Audrey Stockton (Mila Kunis), urodziwej, ale jakże zwyczajnej i nijakiej, dziewczynie. Po tym jak rzuca ją drogą smsową facet (Justin Theroux), świętuje swoje urodziny z najlepszą przyjaciółką Morgan Freeman (Kate McKinnon). Następnego dnia po imprezie urodzinowej, Audrey dowiaduje się, że jej były chłopak, Drew jest agentem CIA, z którym biuro straciło kontakt. Dziewczyny zostają uwikłane w szpiegowską intrygę, której celem jest dostarczenie tajemniczej przesyłki we właściwe ręce. W tym celu najlepsze przyjaciółki wyprawią się za Ocean do Wiednia, Pragi, Paryża, Amsterdamu, a trup będzie słał się gęsto. Pytanie brzmi, czy Audrey rozpozna właściwe ręce, w które cenna przesyłka ma trafić?

„Szpieg, który mnie rzucił” jest wystrzałową komedią, podczas której ubawiłam się setnie i śmiałam do rozpuku.

Obsada została skompletowana fantastycznie. Kate McKinnon wypadła rewelacyjnie, jako wierna, choć mocno stuknięta, przyjaciółka i chociaż miejscami była tak bardzo szurnięta, że aż irytująca, to trzeba przyznać, że jej postać wypadła nad wyraz dynamicznie i oryginalnie. Niestety tak dobrą rolą Mila Kunis nie może się pochwalić. Audrey, którą gra, jest dość zwyczajna, defensywna, zakompleksiona, a czasami wręcz nijaka. Kunis zapewne miała stworzyć taką postać, ale pozostaje spory niedosyt. Poza głównymi rolami są Justin Theroux i Sam Heughan, którzy grali po prostu przechodzących przez ścianę agentów, mordujących w efektowny sposób wszystkich dookoła, a którzy w tych rolach spisali się na medal. Należy również wspomnieć o trzecioplanowych aktorkach, których widok niezmiernie mnie ucieszył, a mowa o Gillian Andreson i Jane Curtin. Susanne Fogel obsadzając Gillian w roli szefowej agentów MI6 mrugnęła w ten sposób do widzów, a ci, co pamiętają serial „Trzecia planeta od słońca”, będą mieli przyjemność obejrzeć Jane w roli niefrasobliwie, pogodnie nastawionej mamy Morgan.

Sama fabuła nie jest nadzwyczaj nowatorska; osoby postronne zostają przypadkowo wplątane w szpiegowską aferę, w której o dziwo radzą sobie przez przypadek fenomenalnie. Akcja jest oczywiście dynamiczna, jak na komedię sensacyjną przystało, ale głównie zdominowana przez humor sytuacyjny. Andrey i Morgan przypadkowo i wielokrotnie wychodzą z opresji dzięki nadzwyczajnemu szczęściu, ich siła natomiast tkwi przede wszystkim w damskiej przyjaźni. I właśnie ten element reżyserka chyba chciała najbardziej wyeksponować. Jest on co prawda mocno przerysowany, a dziewczyny nie grzeszą inteligencją, powiedzmy szczerze, są miejscami wręcz irytująco głupie, to właśnie ta więź i niezachwiane zaufanie do siebie pozwala im przeżyć. Miałabym wiele zgryźliwych uwag co do wręcz kompromitująco ekshibicjonistycznej szczerości pań, ale zakładam, że ona również miała być przejaskrawiona. Brawa i wyrazy współczucia jednocześnie dla aktorek, że potrafiły zagrać tak spektakularną indolencję. Wielkie brawa również dla reżyserki, która do przyjaźni damskiej umiała podejść z takim poczuciem humoru i dystansem, nie doprowadzając jej do karykaturalizacji. Nie jest to jednak jedyny temat, do którego podeszła reżyserka z takim samokrytycyzmem. To jak odmalowała Amerykanów, w sposób prześmiewczy i ironiczny, zasługuje na szacunek. Scena, w której płatna zabójczyni (Ivanna Sakho) ma zlikwidować dwie szurnięte i dziwaczne Amerykanki i nie może tego zrobić, bo wszystkie jej się takie wydają, jest po prostu zachwycająca.

„Szpieg, który mnie rzucił” jest komedią sensacyjną, która wciąga akcją i potrafi ubawić widza, pod warunkiem, że umie on przymknąć oko na gargantuicznych rozmiarów głupotę głównych bohaterek. Taka konwencja, która pozwala się śmiać i bawić, jeśli nie bierze się wszystkiego zbyt poważnie.

Dział: Filmy
wtorek, 27 listopad 2018 10:25

Dziedzictwo. Hereditary

“Dziedzictwo” to jeden z tych horrorów, na który czekałam. I naprawdę było warto.

To opowieść o rodzinie, o której już na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że jest mocno dysfunkcyjna. Cztery osoby żyjące pod jednym dachem, ale tak naprawdę zupełnie osobno. I każde mierzące się ze swoimi problemami, wzajemnymi pretensjami, których źródła można dopatrywać się w chorobie psychicznej seniorki rodu. I właśnie sceną pogrzebu seniorki rodu historia się zaczyna. Dalej jest już tylko gorzej - pogłębiający się obłęd, śmierć kolejnych członków rodziny, z których każde następne umiera w bardziej brutalny sposób, by ostatecznie na arenie zdarzeń pozostała tylko ta postać, która może ocalić dziedzictwo. Demoniczne dziedzictwo.

Film jest ciężki. Mroczny. Przerażający nie tyle krwią, chociaż i tej jest nie mało, co atmosferą. Muzyka, kreacje aktorskie, przeskakiwanie ze sceny na scenę... to z jednej strony męczy, z drugiej zmusza do dokładnego śledzenia akcji. Toni Collette w roli matki - kobiety borykającej się z traumą po ciężkim życiu u boku chorej psychicznie matki, idealnie kreuje postać osoby zmęczonej życie, problemami, która jednak próbuje swoją rodzinę chronić i to za wszelką cenę. Gabriel Byrne z kolei tworzy postać ojca rodziny, człowieka na wskroś racjonalnego. Jego próby ogarnięcia zdarzeń w jakiś ciąg logiczny są jednak z góry skazane na niepowodzenie. To również opowieść o obsesji, zbiorowej psychozie, która siłą rzeczy musi doprowadzić do tragedii.

“Dzidzictwo” zostało okrzyknięte przez USA Today “arcydziełem współczesnego horroru” i ja się w całości z tą opinią zgadzam. To taki film, który pozostaje w człowieku znacznie dłużej niż tylko do napisów końcowych, zmusza do refleksji nad tym jak choroba psychiczna, niedomówienia, przemilczenia potrafią zniszczyć rodzinę. Jak ciężko jest żyć z balastem przewin poprzednich pokoleń. I jak łatwo jest oszaleć, jeśli tylko za szybko spadnie na nas zbyt dużo.

Dział: Filmy
wtorek, 27 listopad 2018 09:09

Korytarzem w mrok

Film “Korytarzem w mrok” nęcił głównie Umą Thurman w roli dyrektorki szkoły dla trudnych dziewcząt. Szkoła owa znajdowała się w pięknym, acz strasznym zamczysku w Blackwood i by do niej trafić należało wyróżniać się czymś szczególnym. Takim talentem do podpaleń choćby. Tyle, że metody Madam Duret dalekie były od standardów znanych chociażby z takich filmów jak “Młodzi gniewni”...

Producentami filmu są osoby odpowiedzialne za sagę “Zmierzch”. I widać to praktycznie od pierwszych minut opowieści. Mamy zatem młodą dziewczynę - Kit, której ojciec zginął tragicznie wiele lat wcześniej, medium (i to nie jedno), zbuntowane nastolatki, demoniczną kadrę pedagogiczną zafiksowaną na wyższe cele oraz nauczyciela - marzyciela, który ostatecznie sprzeciwia się procederowi, w którym bierze udział, ale wcale dobrze na tym nie wychodzi.
Sama fabuła wciąga. Nie powiem - film ogląda się dobrze, chociaż należy mieć poprawkę na to, że nie jest to produkcja dla wyrafinowanych znawców horrorów, raczej dla nastolatek, które podczas pidżama party postanowiły się trochę przestraszyć (a w kilku scenach rzeczywiście można podskoczyć) i powzdychać do przystojnego Noah Silvera. Opowieść jako całość jednak ma sens, a co więcej - Uma Thurman, wcielająca się w rolę Madame Duret, momentami naprawdę potrafi przekonać do swoich okrutnych racji.

Nie sposób również przyczepić się do gry aktorskiej. Praktycznie każda postać ma w sobie to coś, co w sumie składa się na dobry film. Już nawet nie będę wspominać o Umie, czy, grającej Kir Annasophie Robb, bo one jako główne bohaterki nie zawiodły absolutnie. Mnie zachwyciły postaci drugoplanowe. Rebecca Front w roli pani Olonsky - brawurowo zagrała postać dozorczyni, której brutalność okazuje się wynikać z najbardziej czystej tęsknoty za utraconym. Podobnie Victoria Moroles wcielająca się w rolę Victorii - fantastycznie zagrana postać złej dziewczyny o mimo wszystko dobrym sercu. I to jej zdanie, że “zło samo się nie skończy”. Idealne podsumowanie i filmu, i życia.

Film polecam. Szczególnie tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z horrorami i na początek chcą coś ciekawego, nie ociekającego krwią, za to przerażającego klimatem, muzyką, czasem pojedynczymi scenami. Dla bardziej zaawansowanych fanów gatunku może to być z kolei okazja do obejrzenia czegoś “lekkiego”.

Dział: Filmy
piątek, 16 listopad 2018 18:11

Czuwaj

Polskie kino z roku na rok się rozwija. Rodzime filmy przyciągają coraz więcej ludzi przed wielkie ekrany, co niezmiernie mnie cieszy. Widzowie coraz bardziej świadomi są tego, co przekazuje się w polskiej twórczości i wydaje mi się, że świadomie częściej wybierają dobre, prawdziwe filmy z przekazem, niż amerykańskie kino akcji. I dobrze, bo sam jestem zwolennikiem polskiej twórczości! Przechodząc jednak do rzeczy, przyszło mi dzisiaj zrecenzować dzieło Roberta Glińskiego. Reżyser ma na swoim koncie kilkanaście filmów, aczkolwiek zasłynął przede wszystkim świetnie przyjętym Cześć Tereska. Jak prezentuje się zatem jego najnowsze dzieło Czuwaj?

Dwie grupy młodzieży z odmiennych światów, reprezentujące dwa różne systemy wartości zostają postawione naprzeciw siebie na skutek ryzykownej decyzji dorosłych. To co miało być lekcją odpowiedzialności i tolerancji przeradza się w twardą walkę o przywództwo. Z jednej strony wiara w szlachetne ideały, a z drugiej brutalne prawo silniejszego. Relacje między młodymi ludźmi stają się napięte; odizolowani od zewnętrznego świata, ujawniają swoje prawdziwe, szokujące oblicza.

W założeniu reżysera było stworzyć mocny thriller, który porusza ważny temat dorastania. Fakt, ze cała akcja rozgrywa się w zaciszu leśnego krajobrazu, na harcerskim obozie z jednej strony miała budować klimat i poczucie izolacji, zamkniętego miejsca akcji. Z drugiej jednak takie rozwiązanie - z pewnością niskobudżetowe - zmusza do opowiedzenia historii niezwykle realnej, budzącej prawdziwe emocje, strach i brutalność. Tutaj niestety ten zabieg nie wyszedł. Pomysł na całą akcję mógłby być dość fajny, gdyby nie był już na etapie scenariusza przerysowany. Dowodem są zachowania młodych bohaterów i ich dialogi. Nie trafne jest także zestawienie aktorów. Z jednej strony mamy Zamachowskiego - doświadczonego już aktora, który jednak nie do końca pasuje mi w roli policjanta. Lichota zaś wydawać by się mogło to kandydat idealny. W moim odczuciu świetnie hasał po bieszczadzkich lasach w serialu Wataha i naprawdę tylko on dla mnie ratuje film. Jeśli chodzi o młodzież to jest średnio. Widać wyraźny brak doświadczenia, sztywność odgrywanych ról i nie do końca przekonujące zachowania.

Podsumowująć powiem, że film - jak na zachęcający opis - jest dość słaby. Historia odpowiednia na któryś z dłuższych jesienno zimowych wieczorów, aczkolwiek pozbawiona głębszych wartości. Oczywiście można odnaleźć gdzieś morał i główny wydźwięk dzieła, ale jak już wspomniałem, poprzez znaczne przerysowanie losów młodych bohaterów traci on na swojej wartości. Ocena 3/10.

Dział: Filmy
poniedziałek, 22 październik 2018 10:03

Nieznajomi. Ofiarowanie

Na “Nieznajomych. Ofiarowanie” skusiłam się po informacji, że to historia oparta na faktach. Wiadomo - życie pisze najlepsze scenariusze, a i same horrory oparte o zdarzenia prawdziwe są zazwyczaj lepsze od ich wymyślonych odpowiedników, zatem ochoczo zasiadałam przed telewizorem. I znowu prawdziwe okazało się stare, polskie przysłowie, że “diabeł tkwi w szczegółach”. Tu tym szczegółem okazało się być słowo “zazwyczaj”.

“Nieznajomi. Ofiarowanie” to typowa jatka, gdzie krew leje się strumieniami, w sumie bez większego ładu i składu. Historia nie tłumaczy absolutnie nic. Po prostu pewnego dnia do drzwi domku kempingowego spokojnej rodziny pukają zwyrodnialcy i zaczyna się rzeź. Nie ma słowa o tym skąd to bestialstwo, a przecież zawsze ono skądś wynika, jak z choroby psychicznej napastników chociażby. I chociaż nie spodziewam się po horrorze dywagacji na poziomie europejskiego dramatu, to jednak założenie, że każdy oglądający marzy jedynie, by mu ekran posoką spłynął jest dużym niedocenieniem możliwości intelektualnych wielbicieli horrorów. Ludzie lubią się bać, ale w przeważającej większości - bać inteligentnie.

Gra aktorska za to idealnie wpasowuje się w poziom całości. Jest równie nijaka. Inna rzecz, że (chociaż oglądam naprawdę dużo filmów) żadne z nazwisk nic mi nie mówiło. Staram się jednak myśleć, że takie były kreacje aktorskie, jak scenariusz pozwolił, więc pominę milczeniem szczegóły. Z pewnością są aktorzy, którzy nawet z tak kiepskiej historii daliby radę coś wyciągnąć, ale cóż - oceniamy co mamy.

Z niekłamanym smutkiem stwierdzam, że film nie ma jasnych punktów. To niestety jeden z tych przypadków, w których książeczka dodana do płyty jest dużo lepsza, niż sama tej płyty zawartość.

Dział: Filmy
sobota, 21 lipiec 2018 23:37

Jaskiniowiec

Lubicie piłkę nożną? Dobra, dobra, nie wrzeszczcie tak. Zrozumiałam, że szalejecie za nią. A wiecie może, co było początkiem tej zacnej gry? Nie wiecie? Wstyd, ale spokojnie, zaraz wszystko Wam opowiem.

Cofnijmy się do prehistorii, gdzie w kraterze po meteorycie żyje kilkuosobowe plemie pod przywództwem starszego Szefa Bobnera. Ponieważ mają wokół siebie bujne lasy, rzeki i zwierzynę na polowanie niczego im nie brakuje, więc żyją sobie spokojnie nieświadomi tego, co nadchodzi. Powstaje epoka brązu, a wraz z nią na ich teren wkracza Lord Nooth i przegania ich na pustkowie. Jeden z Jaskiniowców - Dug - nie chce tak tego zostawić i doprowadza do tego, że zgadza się na mecz piłki nożnej, który rozstrzygnie, czy będą mogli wrócić do siebie. Jak się okazuje, zadanie nie jest proste, bo nierozgarnięci Jaskiniowcy mają problemy ze zrozumieniem zasad i wspólnym działaniem. Jaki będzie wynik tego meczu?

Czytając opis Jaskiniowca w życiu nie domyśliłabym się, że głównym tematem animacji, będzie piłka nożna. Coś, czego bardzo, ale to bardzo nie lubię (wypraszam sobie buczenie na mnie!). Czy Jaskiniowiec przypadł mi do gustu?

Wbrew pozorom tak. Dawno nie bawiłam się tak dobrze, oglądając jakąkolwiek animację. Animatorzy cofają nas daleko w przeszłość i pokazują parodię nie tylko sportu, ale i innych rzeczy (np. domowym zwierzątkiem jest mamut, a po ziemi biega wielka mięsożerna kaczka). Nick Park znany już z Uciekających kurczaków lub z przygód Wallace’a i Gromita i tym razem serwuje absurdalne poczucie humoru i gwarantuje tym dobrą zabawę. Posługując się techniką poklatkową z postaciami z plasteliny, tworzy świetną animację o nieznanej jeszcze wersji piłki nożnej. Przy czym obok zabawy pokazuje, jak ważne jest, by się nie poddawać oraz fakt, że wspólne działanie może przynieść wiele korzyści, czym jest współpraca, zasady fair play oraz fakt, że nie liczy się status czy kolor skóry, a umiejętności. Nie tylko w sporcie, ale i w codziennym życiu.

Postacie stworzone przez twórców, niezależnie od tego, czy są dobrzy, czy źli, wzbudzają sympatię i zaciekawienie. Bawią, zapadają w pamięć i świetnie sprawdzają się w swoich rolach. Niby nie prawdziwi, a jednak mają tyle cech realnych osób, że łatwo w nich rozpoznać nasze zachowania.

Mogłabym napisać, że Jaskiniowiec to bardziej “męska” bajka, ale przecież dziewczynki też mogą kochać sport i rozumieć smaczki ukryte w animacji. Mając za ojca zapalonego kibica, nie mogłam nie wyłapać wyśmiewania się z problemów z załapaniem zasad gry, tym co kryło się pod nazwaniem królowej Ufifą i umieszczenie w bajce pewnych znanych komentatorów sypiących z rękawów dowcipami. To taki smaczek dla fanów piłki, ale i pozostali widzowie nie będą się nudzić podczas oglądania. Cały czas coś się dzieje, jest zabawnie i ciekawie.

Jaskiniowiec jest idealną propozycją na rodzinną posiadówkę. Niezależnie od wieku każdy znajdzie tu coś dla siebie, pośmieje się i zapomni o szarej rzeczywistości. Z czystym sumieniem polecam i jeszcze nieraz będę do bajki wracać.

Dział: Filmy
wtorek, 12 czerwiec 2018 12:04

Potworna rodzinka

Czy bycie szczęśliwą rodziną może być trudne? Mogłoby się wydawać, że to bardzo proste - wystarczy być ze sobą i się kochać. Jednak prawda jest taka, że nic nie jest takie łatwe, jak się wydaje. Zwłaszcza kiedy o to szczęście walczy tylko jedna osoba...

Jedyne czego chce Emma Sielska to, by jej rodzina była szczęśliwa. Nie jest to jednak takie proste, bo tylko ona stara się coś z tym zrobić. Córka Fay ma kompleksy i wyżywa się na młodszym bracie Maxie, a za wszystkie niepowodzenia obwinia matkę. Max z kolei jest prześladowany w szkole i brakuje mu przyjaciół, a Frank - ojciec i mąż - jest tak zapracowany, że śpi, gdy tylko może, a nawet jeśli nie śpi, to ciężko się z nim dogadać. Bohaterka podejmuje próbę wyrwania rodziny z kryzysu i postanawia, że pójdą na bal przebierańców. Poszukując kłów do swojego stroju, przez przypadek dodzwania się do samotnego przez tysiące lat Draculi, który z miejsca się w niej zakochuje i zrobi wszystko, by była jego. Czy plan Draculi wypali? Co stanie się z rodziną Emmy?

Jestem wielbicielką kina animowanego. Takie bajki to nie tylko dobra rozrywka, gdzie jest dużo śmiechu, ale również przekazywanie pewnych wartości czy po prostu możliwość spędzania czasu z całą rodziną. Czy Potworna rodzinka jest dobrym patentem na rodzinny czas?

Tutaj z żalem muszę stwierdzić, że niestety nie. W moim odczuciu ta bajka nie jest dla dzieci. Zbyt dużo tu trudnych dorosłych problemów i za mało poczucia humoru, by złagodzić wydźwięk animacji. Nie jestem przekonana, by opowieść o śmierdzącym mężu i wiecznie niezadowolonych dzieciach były atrakcyjne dla naszych pociech. Kolejnym minusem był dla mnie humor, a raczej jego znikoma obecność. Wręcz widzę, że producenci robili wszystko, by nie wyglądało to, jak Hotel Transylwania, ale jednak widz od razu zauważa podobieństwo i to nie jedyne, bo można dopatrzyć się czerpania inspiracji np. z Minionków czy X-Menów. I nic w tym złego, co prawda, ale niestety trudno tu mówić, chociażby o dorównaniu oryginałom. Szkoda, bo animacja miała potencjał i można było zrobić z tego coś naprawdę fajnego.

Co do bohaterów, to najbardziej polubiłam... nietoperze. Nie było ich za dużo, nie wywoływały jakiegoś niekontrolowanego wybuchu śmiechu, ale były najfajniejsze, takie pocieszne. Co do reszty, twórcy i reżyserowi udało się stworzyć postacie, które są różnorodne pod względem wyglądu, jak i charakteru. Nie wzbudziły one jednak we mnie żadnych głębszych emocji, raczej mogłabym powiedzieć, że wzbudzili we mnie neutralne odczucia.

Czy Potworna rodzinka była błędnym wyborem? Nie do końca. Animacja była na tyle przyjemna, że nawet pomimo wymienionych powyżej mankamentów oglądało mi się ją dobrze, nawet parę razy się zaśmiałam. Produkcja raczej dla starszych dzieci. Bardzo poważna, z dużym przesłaniem, o problemach rodzinnych, braku akceptacji siebie i samotności wśród rówieśników.

Potworna rodzinka to animacja, która może wzbudzić mieszane uczucia. Myślę, że to zależy od odbiorcy i tego, jak spojrzy na bajkę. Ja ani jej nie zdradzę, ani nie polecę - sami zdecydujcie czy chcecie poświęcić jej swój czas.

Dział: Filmy

Plany Wydawnicze 2018

Podczas 29 edycji Pionka odbyła się prezentacja nowości wydawniczych Portal Games, koncentrująca się na tytułach, które ukażą się w drugiej połowie 2018 roku. O części tytułów już informowali podczas Portalkonu... ale część to zupełne nowości! A i tak to jeszcze nie wszystkie ich zapowiedzi...

 

 

 

 

Dział: Bez prądu
Strona 4 z 7