styczeń 29, 2022

środa, 04 listopad 2015 18:06

Fragment: "Rozkaz zagłady" - James Dashner

By 
Oceń ten artykuł
(1 głos)

Już 17 listopada swoją polską premierę będzie miał prequel trylogii Więzień labiryntu autorstwa Jamesa Dashnera – "Rozkaz zagłady".

Teresa patrzyła na swojego najlepszego przyjaciela i zastanawiała się, jakie to będzie uczucie – zapomnieć o nim.
Wydawało się to niemożliwe, choć przecież widziała, jak wszczepiano Zatarcie tuzinom chłopców przed Thomasem. Płowe włosy, bystre spojrzenie i wiecznie zamyślona mina – jak mógłby stać się dla niej kimś obcym? Jak mogliby znaleźć się w jednym pomieszczeniu i nie żartować z jakiegoś zapachu albo nie nabijać się z nieogarniętego typka siedzącego obok? Jak mogłaby kiedykolwiek stanąć przed nim i nie nawiązać czym prędzej telepatycznego kontaktu?
Niemożliwe.
A jednak miało to nastąpić za zaledwie dobę.
W jej przypadku. W przypadku Thomasa – za kilka minut. Leżał na stole operacyjnym, oczy miał zamknięte, jego pierś unosiła się i opadała w cichych, miarowych oddechach. Już ubrany w standardowy uniform Strefera złożony z szortów i koszulki, wyglądał niczym migawka z przeszłości – zwykły chłopiec ucinający sobie zwykłą drzemkę po długim dniu spędzonym w zwykłej szkole, zanim rozbłyski słoneczne oraz zaraza zniszczyły zwykłość świata. Zanim śmierć i zniszczenie sprawiły, że konieczne stało się wykradanie dzieci – wraz z ich wspomnieniami – i wysyłanie ich do tak strasznego miejsca jak Labirynt. Zanim ludzkie mózgi zaczęto nazywać strefą zagłady, którą trzeba było obserwować i badać. Wszystko w imię nauki i medycyny.
Lekarz i pielęgniarka już przygotowali Thomasa do zabiegu, a teraz opuszczali maskę na jego twarz. Towarzyszyły temu kliknięcia, syki i pikanie; Teresa patrzyła, jak metalowe druty i plastikowe rurki suną po skórze Thomasa i wpełzają do jego uszu, widziała, jak ułożone wzdłuż ciała ręce chłopaka drgają konwulsyjnie. Prawdopodobnie odczuwał we śnie ból pomimo leków, ale nie było szans, aby to zapamiętał. Maszyna rozpoczęła pracę, usuwając obrazy z pamięci Thomasa. Wymazując jego mamę, ojca i dotychczasowe życie. Wymazując ją.
Jakaś cząstka Teresy wiedziała, że powinno to w niej wzbudzić gniew. Powinna zacząć krzyczeć, wrzeszczeć – i odmówić współpracowania z nimi choćby przez sekundę dłużej. Jednakże większa część jej wnętrza była równie niewzruszona, jak skaliste klify na zewnątrz. Tak, większa część trwała w pewności tak głębokiej, że Teresa wiedziała, że będzie ją czuła nawet jutro, kiedy zostanie poddana tej samej procedurze. Ona i Thomas udowadniali swoje przekonanie o słuszności całego przedsięwzięcia, pozwalając, żeby zrobiono im to samo, co pozostałym. A jeżeli zginą, trudno. DRESZCZ wynajdzie lek, całe rzesze zostaną ocalone, i życie na Ziemi pewnego dnia wróci do normy. Teresa wiedziała to w głębi serca, tak samo jak wiedziała, że ludzie się starzeją, a liście opadają jesienią z drzew.
Thomas ze świstem wciągnął powietrze, potem wydał krótki jęk i poruszył się. Przez jedną przerażającą sekundę Teresa myślała, że chłopak się ocknie, doprowadzony do histerii przez koszmarny ból – końcówki maszyny tkwiły w jego mózgu i lepiej było nie zgadywać, co dokładnie tam robią. Znieruchomiał jednak, jego oddech ponownie stał się cichy i miarowy. Kliknięcia i syki nie ustawały, a wspomnienia jej najlepszego przyjaciela gasły niczym echa.
Wcześniej oficjalnie się pożegnali, a słowa Do zobaczenia jutro nadal rozbrzmiewały w jej głowie. Z jakiegoś powodu naprawdę poczuła się wstrząśnięta, kiedy Thomas je wypowiedział – czyniły to, co miał zrobić, jeszcze bardziej surrealistycznym i smutnym. Owszem, zobaczą się jutro, ale ona będzie w śpiączce, on zaś nie będzie miał zielonego pojęcia, kim ona jest – nie licząc niepokojącego poczucia, że chyba skądś ją zna. Jutro. Po wszystkim, przez co przeszli – tyle strachu, treningów i planowania – zbliżał się kulminacyjny moment. To, co zrobiono Alby'emu, Newtowi, Minho i całej reszcie, zostanie zrobione również ich dwojgu. Nie było już odwrotu.
Ale spokój wypełniał ją jak narkotyk. Czuła się pogodzona z losem i ta świadomość uśmierzała strach przed takimi rzeczami, jak Bóldożercy i Poparzeńcy. DRESZCZ nie miał wyboru. Ona i Thomas też nie mieli wyboru. Jak mogłaby się wzdragać przed poświęceniem kilku istnień, żeby ocalić tyle innych? Jak ktokolwiek mógłby? Nie miała czasu na litość, smutek ani marzenia. Co się stało, już się nie odstanie; zrobiono to, co zrobiono; a co będzie... to będzie.
Nie było odwrotu. Ona i Thomas pomogli skonstruować Labirynt; równocześnie Teresa poświęciła mnóstwo wysiłku, żeby zbudować mur odcinający ją od emocji.
Jej myśli przycichły; zdawało się, że szybują zamrożone w bezruchu, gdy czekała, aż procedura, której poddawano Thomasa, dobiegnie końca. Kiedy to nastąpiło, lekarz wcisnął kilka przycisków na swoim ekranie i piknięcia, syki oraz kliknięcia zaczęły rozbrzmiewać szybciej. Ciało Thomasa lekko zadrgało, gdy rurki i druty wypełzły z jego głowy, by wsunąć się z powrotem w głąb maski. Wszystkie dźwięki ucichły i znieruchomiał, maska również, przechodząc do stanu czuwania. Pielęgniarka pochyliła się i zdjęła urządzenie z jego twarzy. Skóra chłopaka była zaczerwieniona, z odciśniętymi liniami w miejscach, gdzie spoczywało. Nadal miał zamknięte oczy.
Przez krótką chwilę Teresie zdawało się, że mur, za którym uwięziła swój smutek, pęknie. Gdyby Thomas teraz się zbudził, nie pamiętałby, kim ona jest. Poczuła strach – niemalże panikę – na myśl o tym, że już wkrótce spotkają się w Strefie i nie rozpoznają się nawzajem. Była to miażdżąca świadomość, która przypomniała Teresie aż nadto wyraziście, czemu miał służyć jej mur. Niczym murarz wciskający cegłę w twardniejącą zaprawę, dziewczyna wzmocniła go jeszcze bardziej. Żadnych szczelin.
Nie było odwrotu.
Dwóch ochroniarzy weszło, żeby zabrać Thomasa. Podnieśli go tak bezceremonialnie, jakby był wypchany słomą. Jeden trzymał nieprzytomnego chłopaka za ręce, drugi za stopy. Umieścili go na szpitalnym wózku. Nawet nie spojrzawszy w stronę Teresy, skierowali się ku drzwiom sali operacyjnej. Nie było tajemnicą, dokąd go zabierają. Lekarz i pielęgniarka sprzątali stół po zabiegu – wykonali już swoje zadanie. Teresa skinęła im głową, chociaż nie patrzyli w jej stronę, po czym wyszła w ślad za ochroniarzami na korytarz.
Niemal nie była w stanie patrzeć na Thomasa w czasie długiej wędrówki korytarzami głównej siedziby DRESZCZu, od windy do windy. Jej mur znowu osłabł. Thomas był taki blady, jego twarz pokrywały krople potu. Tak jakby nie stracił całkowicie przytomności, walczył z lekami, świadom, że czekają go straszne rzeczy. Serce ją bolało od patrzenia na niego. I przerażała ją świadomość, że ona będzie następna. Jej głupi mur. Jakie miał znaczenie? I tak odbiorą jej go razem ze wszystkimi wspomnieniami.
Dotarli na podziemny poziom pod konstrukcją Labiryntu, szli teraz przez magazyn, między rzędami półek wypełnionych zapasami dla Streferów. Tu na dole było ciemno i chłodno; Teresa poczuła, że jej przedramiona pokrywają się gęsią skórką. Wzdrygnęła się i roztarła je. Ciało Thomasa podskakiwało na wózku, gdy ten natrafiał na pęknięcia w betonowej posadzce, i obijało się o jego krawędzie. Przez cały czas zdawało się, że pozorny spokój jego uśpionej twarzy lada chwila zmieni się w wyraz przerażenia.
Dotarli do szybu windy, gdzie spoczywał wielki metalowy sześcian.
Pudło.
Znajdowali się tylko parę pięter pod właściwym poziomem Labiryntu, ale na użytek mieszkańców Strefy stwarzano wrażenie, że podróż w górę jest niesamowicie mozolna i długa. Miało to stymulować określony zestaw emocji i wzorów aktywności mózgu, od zagubienia i dezorientacji po ślepe przerażenie. Idealny początek dla tych, którzy mieli za zadanie zmapować Thomasową strefę zagłady. Teresa wiedziała, że nazajutrz sama odbędzie tę podróż, zaciskając w ręku kartkę z wiadomością. Ale przynajmniej ona będzie wtedy w śpiączce, co oszczędzi jej półgodzinnej podróży przez ciemność. A Thomas obudzi się w Pudle, zupełnie sam.
Dwaj mężczyźni podprowadzili wózek do ściany Pudła. Zabrzmiał okropny zgrzyt metalu o beton, gdy jeden z nich przyciągnął do sześcianu dużą składaną drabinę malarską. Nastąpiło kilka chwil niezręcznego mocowania się, kiedy razem wchodzili po płaskich stopniach, niosąc Thomasa. Teresa mogłaby im pomóc, ale nie uznała za stosowne tego zrobić. Z zawziętym uporem stała w miejscu i obserwowała ich, całą siłą woli chroniąc swój mur przed zawaleniem.
Po paru stęknięciach i przekleństwach mężczyźni wywindowali Thomasa nad górny brzeg sześcianu. Jego ciało znalazło się w takiej pozycji, że Teresa mogła po raz ostatni spojrzeć prosto w jego zamknięte oczy. Chociaż wiedziała, że chłopak jej nie usłyszy, sięgnęła ku niemu umysłem i telepatycznie wyszeptała:
Robimy to, co trzeba, Thomas. Do zobaczenia po drugiej stronie.
Mężczyźni pochylili się i opuścili Thomasa tak nisko, jak się dało, trzymając go za ręce, po czym pozwolili, żeby spadł do wnętrza sześcianu. Teresa usłyszała głuchy stuk, gdy jego bezwładne ciało runęło na zimną stalową podłogę Pudła. Jej najlepszy przyjaciel.
Odwróciła się i odeszła. Za plecami usłyszała przenikliwy odgłos metalu trącego o metal, a potem donośny, rozbrzmiewający echem huk, gdy Pudło się zatrzasnęło. Pieczętując los Thomasa, bez względu na to, jaki ten los miał być.