Rezultaty wyszukiwania dla: romans
Alita: Battle Angel. Miasto Złomu
Nie jestem wielką fanką anime i mojego życia zwyczajnie nie wystarczyło, żeby obejrzeć serię „Battle Angel Alita”, ale nawet pobieżne zainteresowanie popkulturą sprawiło, że co nieco o niej słyszałam. Znam zarys fabuły – tylko czy to dość, by wynieść pozytywne wrażenia z lektury „Miasta Złomu”, oficjalnego książkowego prequelu filmu będącego adaptacją anime?
Autorką powieści jest Pat Cadigan, wielokrotnie nagradzana pisarka science fiction, dla której nie jest to pierwsza współpraca z przemysłem filmowym (wcześniej pisała adaptacje książkowe kilku filmów w gatunku). Pisarka jest ceniona wśród fanów dającej do myślenia fantastyki, co obiecuje nie tylko rozrywkę, ale też głębszą refleksję nad kondycją świata.
Jak przystało na prequel, „Miasto Złomu” opowiada o wcześniejszych losach bohaterów „Battle Angel Alita”: doktora Dysona Ido, nastoletniego przestępcy Hugona oraz oligarchy Vectora, nieoficjalnego władcy Miasta Złomu. Ich losy splatają się, jak to zwykle bywa, wskutek serii „nieprzypadkowych przypadków”. Hugo poznaje Ido w szpitalu i dowiaduje się o tym, iż doktor pracuje nad wyjątkowym chipem mogącym odmienić losy całego miasta. Ta informacja wpada w ręce Vectora, współpracującego i romansującego z byłą żoną lekarza – przy czym w romansie tym więcej jest wzajemnych interesów niż jakiegokolwiek uczucia. A Vectorowi na chipie zależy – nowa technologia dałaby niesamowite fory drużynie sportowej, której patronuje oligarcha. Każda z postaci ma swoje interesy w zdobyciu chipa, jednak jak każde przełomowe odkrycie, tak i ta technologia nie jest wolna od potencjalnie zgubnych dla całej społeczności wad.
Tak wygląda powieść na poziomie akcji. Jednak dość prosta fabularnie konstrukcja otoczona jest rozbudowanym światem, dalekim od bycia dekoracją dla kosmicznych efektów specjalnych i spektakularnych walk. Miasto Złomu to symbolicznie umieszczony na dole wszechświata śmietnik Novy – na wpół legendarnej krainy szczęścia, w której panują surowe zasady i eugeniczna niemal eliminacja wszystkich osób zdradzających jakiekolwiek odstępstwa od wzorca. Opozycją wobec tej dystopicznej krainy o zunifikowanej populacji jest właśnie tytułowe Miasto Złomu, do którego trafiają wszystkie egzemplarze wadliwe, a znakiem czasów jest dobrowolna postępująca cyborgizacja społeczeństwa. W powieści przedstawione jest nie tylko społeczeństwo przyszłości, ale też przyczyny i konsekwencje zmian spowodowanych rozwojem technologicznym. Przy czym budowanie świata nie wysuwa się na pierwszy plan: pozostaje w tle względem akcji. Lecz uważny czytelnik z radością zawiesi oko na detalach i zastanowi się wraz z narratorem nad konsekwencjami wyborów bohaterów i funkcjonowania tego czy innego elementu rzeczywistości przedstawionej przez Cadigan.
Pochwały pod adresem „Miasta Złomu” nie oznaczają, że to tekst perfekcyjny. Dla mnie jako laika był dość zrozumiały, nie czułam konfuzji związanej z brakiem podstawowych informacji, nieraz jednak miałam wrażenie, że wskutek nieznajomości „Battle Angel Ality” umyka mi jakiś podtekst. Nie wiem, dlaczego Ido jest wymieniany przede wszystkim z nazwiska, a jego żona znowuż z imienia, co dokładnie stało się z ich córką, jak funkcjonuje motorball, dyscyplina, wokół której kręci się spora część fabuły. Nie są to braki, które popsuły przyjemność lektury, ale z pewnością uczyniły ją niepełną. Dlatego sądzę, że tekst ten bardziej jest skierowany do osób, które znają mangę lub anime (film bowiem wchodzi do kin dopiero w przyszłym roku), o ile nie okaże się, że filmowa wersja przygód Ality zmienia w sposób znaczący japoński pierwowzór (na razie wiem, że z jakiegoś powodu oryginalny Daisuke Ido stał się Dysonem). Wątpię za to, by brak kontekstu był powodem, dla którego uznaję prolog za oderwany i dopisany na siłę, ni to w roli wprowadzenia do świata, ni to jako sposób budowania napięcia. Wielkie słowa o zmazaniu historii i Piekle, które dzieje się tu i teraz, brzmią zbyt patetycznie i niewiarygodnie, by były interesującym wstępem do ciekawej bądź co bądź opowieści. Nieco zgrzyta także tłumaczenie, momentami zdając się nieprzemyślanym lub niedopracowanym, przy czym to kwestia raczej ogólnej ciężkości stylu niż konkretnych sformułowań.
Ogółem jednak „Miasto Złomu” to kawał ciekawej cyberpunkowej lektury i sprawił, że pójdę do kina na „Battle Angel Alitę” choćby po to, by poznać dalsze losy doktora Ido i spółki. Wam też polecam – i książkę, i wizytę w kinie w 2019 roku.
Czarny mag. Pierwszy rok
Cykle fantasy, zwłaszcza w wydaniu young adult, to coś, czego obecnie na polskim rynku wydawniczym jest pełno. Wydawnictwa wręcz prześcigają się w wyszukiwaniu coraz to nowych serii, które sprzedały się za granicą, i oferowaniu ich rodzimemu czytelnikowi. „Czarny mag” to kolejny taki cykl, lecz w przeciwieństwie do większości obiecuje, iż na pierwszy plan nie wysunie ani wojny i wielkiej polityki, ani też płomiennego romansu, lecz mozolną naukę w akademii magii, która dwoje głównych bohaterów ma uczynić wielkimi.
Podoba mi się ta koncepcja. Świat znużył się już wybrańcami, a protagoniści powieści Rachel E. Carter, Ryiah i Alex, stanowczo nie należą do tych jedynych i wybranych. Są po prostu jednymi z wielu adeptów magii, którzy dzięki własnej wytrwałości i determinacji trafiają do ekskluzywnej akademii w Jerarze. Wiedzą, że nauka będzie ciężka, a dalsze życie może wcale nie wynagrodzić krwi, potu i łez, ale nie wyobrażają sobie robienia czegokolwiek innego. To punkt wyjścia dla pierwszego tomu „Czarnego maga” i zapewne dla całego cyklu.
Fabularnie jednak „Pierwszy rok” nie poraża. W opowieść zostajemy wrzuceni bez przygotowania, bez objaśnienia zasad działania świata, do którego właśnie trafiliśmy. Ryiah, narratorka, oraz jej brat bliźniak Alex, wędrują do akademii w Jerarze, kiedy zostają napadnięci. Fakt ten z początku ginie pod natłokiem wrażeń, zaledwie rodzeństwo dotrze do wymarzonej szkoły, lecz on jeszcze wróci, wróci i ugryzie bohaterów w czułe miejsce (nie zdradzam tu wielkiej tajemnicy – jeżeli na początku historii na ścianie wisi strzelba, prędzej czy później musi wystrzelić). Dalsza część tekstu skupia się jednak przede wszystkim na codziennym szkolnym życiu bohaterów, ich przyjaciół i wrogów. Zwłaszcza tych ostatnich, do których szeregów natychmiast trafia przystojny i obdarzony paskudnym charakterem książę Darren oraz jego przyszła narzeczona, Priscilla. Oboje uważają się za lepszych z powodu urodzenia, mają też doświadczenie z magią, którego tak rozpaczliwie brakuje Ryiah. Dziewczyna będzie musiała udowodnić nauczycielom i kolegom, że zasługuje na miejsce wśród najlepszych. Tylko czy zdoła to pokazać także superwizorowi szkoły, legendarnemu Czarnemu Magowi?
Zamysł powieści jest naprawdę dobry, świeży. Zamiast superdopakowanej od początku bohaterki dostajemy dziewczynę, która może dużo – ale najpierw musi się wiele nauczyć i oddać swojemu talentowi masę wysiłku. Idea poświęcenia całego pierwszego tomu na szkolenie Ryiah i pokazanie jej mozolnej drogi do rangi adepta akademii to pomysł ryzykowny (szkolne życie nie jest tak pasjonujące jak wojna i zakazane romanse na dobry początek), ale przy dobrym wykonaniu mógłby się obronić.
Niestety, wykonanie zawiodło. Monotonnej opowieści o kolejnych treningach i starciach z Darrenem oraz Priscillą nie równoważy wprowadzenie w świat cyklu. Tego wprowadzenia nie ma w ogóle. Nie dostajemy nic poza kilkoma rzuconymi w losowych miejscach nazwami i faktach, które byłyby dobre jako smaczki, nie zamiast panoramy rzeczywistości stworzonej przez autorkę. Chwilami mam wrażenie, że świata tu brakuje, że autorka go z jakiegoś powodu nie przemyślała i dała nam jedynie tworzoną na bieżąco namiastkę, by jakoś uzasadnić działania bohaterów. To pierwszy poważny zarzut.
Nawet brak opisu świata i jego funkcjonowania mógłby ujść płazem przy porywających bohaterach. Niestety, i tego zabrakło. Wszystkie stworzone przez Carter postacie realizują ten czy inny szablon. Priscilla jest typową Złą Rywalką znaną każdemu, kto czytał lub oglądał jakiekolwiek amerykańskie młodzieżówki. Darren to Łotr Ale Uroczy, Ella – Przyjaciółka-Gąbka-Na-Łzy, Alex – Nieco Fajtłapowaty Brat, sir Piers – Ten Wredny Nauczyciel Którego Nauki Okażą Się Bezcenne W Przyszłości... A już Ryiah to chodzące ucieleśnienie imperatywu narracyjnego. Jej charakter bowiem zależy od sytuacji fabularnej. Kiedy trzeba, realizuje założenie i jest niezależną prowincjuszką uparcie dążącą do wyznaczonego celu, ale czasem nieoczekiwanie i bezzasadnie zamienia się w damę w opałach, którą musi uratować... oczywiście, że prawdziwa miłość. Jedną sceną autorka niszczy cały niesamowity potencjał swojej głównej bohaterki.
Liczę, że Rachel E. Carter naprawi niedociągnięcia w kolejnych tomach, w końcu to tylko wstęp do sagi. Ja dam jej jeszcze jedną szansę. Ale czy świeży pomysł to dość, by otrzymać kredyt zaufania i od czytelników?
Bratobójca
Poprzedni tom „Wojny lotosowej”, „Tancerze burzy”, ogromnie mnie się podobał. Może nie jest to literatura wysokich lotów, ale dość przyjemna książka. „Bratobójcę” natomiast czytałam parę miesięcy. I bynajmniej powodem tego stanu rzeczy nie jest liczba stron.
Fakt zabicia Shoguna nie skończył cierpień mieszkańców i nie taki był cel. Aby naprawić to, co człowiek zniszczył, potrzebna jest wojna domowa. Jej ogień ma oczyścić i dać szansę na nowe, lepsze cesarstwo. Buntownicy liczą, że Tancerka Burzy poprowadzi ich do zwycięstwa.
Inaczej niż w pierwszej części tutaj na pierwszy plan wysuwa się nowa postać – Nikt. Dziewczyna jest na samym dnie w hierarchii w społeczeństwie. Jej zadaniem jest opróżnianie pałacowych nocników oraz codzienna walka o przetrwanie. Jej życie nauczyło ją, jak być niewidzialną, a jej praca pozwalała na swobodne poruszanie się po pałacu, dlatego też była idealna jako buntowniczka. A ona miała w końcu poczucie, że jej życie coś znaczy.
Gdzie się podziali Yukiko i Buruu? Niby większość czasu byli obecni, ale jednak ich przygody kompletnie nic nie wnosiły do historii. Zbiegiem okoliczności Tancerka Burzy i Tygrys Gromu znaleźli się dość daleko Shimy (nie jestem pewna, czy pada nazwa miejsca, w którym w teorii główna bohaterka się znalazła) i dość daleko od siebie. Oboje w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Tylko wiecie, co z tego? Seria miała być niby o wojnie domowej, a tutaj przez większość czasu nie jesteśmy nawet w cesarstwie. Gdyby to była osobna historia, a ta książka była powieścią, a nie częścią trylogii, to może i by mi się podobało. Jednakże w tej części niewiele zdarzeń popychało główny wątek do przodu. Miałam wrażenie, że „Bratobójca” jest wypełniony po brzegi zapychaczami czasu, aby tylko było więcej znaków.
Choć całkowicie rozumiem zmianę ciężaru i wprowadzenie nowej głównej bohaterki. Nawet lubię ten zabieg. Gdyby tylko to nie była kopia Yukiko. Ma dokładnie taką samą „moc” i okazuje się, że jest jeszcze bardziej niezwykła i nie tylko czytanie w umysłach zwierząt ją wyróżnia spośród szarego tłumu. Do tego wychowywała się w domu alkoholika. Naprawdę autor nie umiał wymyślić nowej postaci?
Poprzednio zachwycałam się rozbudowanym światem przedstawionym, szerokim wachlarzem postaci oraz idealnym opisem Cesarstwa Shimy. Tutaj tego nie ma. Ja rozumiem, że ten świat już znamy i dokładne opisy potrzebne aż tak nie są, jednakże jak na mój gust autor poskąpił ich nam za bardzo.
Jednak największą wadą dla mnie było właśnie przeniesienie wydarzeń poza Shimę. Jestem ogromnie ciekawa, czy te wydarzenia spoza cesarstwa będą miały jakikolwiek wpływ na fabułę i wojnę, której wyczekuję. Bo poza jakimiś dworskimi utarczkami słownymi i małą walką z Kage nie było za dużo. Bo jeśli okaże się, że tom drugi nie jest konieczny dla podążania za fabułą i można od razu przejść do tomu trzeciego, to będę zdenerwowana.
Tutaj dostajemy jeszcze kolejny trójkąt miłosny (jak ja ich nie znoszę), który wniósł do historii... niepotrzebny romans (bo znów – nie widzę żadnego sensu pojawienia się tej postaci), tajemnicę Buruu, która cały czas się przewija w tle, ale tak naprawdę nie dowiadujemy się, o co w tym chodzi do końca, oraz kolejny nic niewnoszący romans.
Zrozumiałabym, gdyby to była powieść kierowana do nastolatek, ale chyba trzeba zrewidować grupę wiekową. Bo z jednej strony mamy infantylną fabułę, z „nastolatkowym” romansem w tle, z drugiej strony sceny tortur są... dość obrazowe. Chociażby pojawiają się dwie sceny wyrywania oka. No wiecie, jak dla mnie jest to zbyt brutalne w romantycznej powieści o obalaniu tyranii przez młodą dziewczynę z magicznymi zdolnościami.
Podsumowując, nie była to dobra przygoda. Mam wrażenie, że godziny (tygodnie właściwie) z nią były całkowicie daremne i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dla całej historii te wydarzenia nie są aż tak kluczowe dla fabuły, aby poświęcać mi cały tak obszerny tom. Oczywiście, że sięgnę po kolejny tom, ale teraz bardziej, aby się przekonać, czy moje cierpienia były daremne.
Choć zdaję sobie sprawę, że wielu wielbicieli serii się podoba ta część, co potwierdzają liczne pozytywne opinie, także radzę samemu się przekonać.
Okrutny książę
„Okrutny książę” to książka, która podbiła serca książkoholików na całym świecie. Książka Holly Black zdominowała na jakiś czas zagraniczny bookstagram, a polscy czytelnicy nie mogli doczekać się, aż jakieś wydawnictwo zdecyduje się ją u nas wydać. Gdy wydawnictwo Jaguar wyjawiło swoje plany wydawnicze, a wśród nich znalazł się bestseller Black, radości nie było końca. Jednak czy ta książka na pewno zasługuje na te wszystkie zachwyty?
Dawno dawno temu, w nie tak odległej galaktyce, gdy romanse paranormalne zaczynały podbijać serca polskich czytelniczek, na rynku wydawniczym pojawiła się książka „Żelazny Dwór”. W połowie śmiertelna dziewczyna trafiła do świata elfów, a tam na jej drodze stanął przystojny, aczkolwiek okrutny książę elfów. I trzeba przyznać, że w przypadku Holly Black jest niemal identycznie, aczkolwiek główna bohaterka nie ma w sobie ani krzty elfiej magii. Jest zwykłym człowiekiem, któremu przyszło żyć wśród elfów. Właściwie mogłoby się wydawać, że to spełnienie marzeń każdego śmiertelnika, jednak Jude z pewnością widzi to zupełnie inaczej.
Potężny wojownik służący królowi elfów, Madok, postanowił sprowadzić do swojego świata swoją córkę, którą spłodził ze śmiertelną kobietą. Pech chciał, że ta śmiertelna kobieta w trakcie jego nieobecności zdążyła urodzić jeszcze dwójkę dzieci, jednak nie miała zamiaru oddać mu żadnej z trzech córek. Madok zrobił to zatem po swojemu i tak oto odzyskał prawowitą córkę oraz jej dwie przyszywane siostry, choć nigdy nie pozwolił im odczuć, że są gorsze od Vivi. Jude i Taryn stały się częścią jego rodziny, aczkolwiek nigdy nie zapomniały o tym, jak się tam znalazły. I tutaj pojawił mi się już pierwszy zgrzyt w całej historii... Skoro elfy miały być okrutne, to po co w ogóle Madok przejmował się dwójką śmiertelnych bliźniąt? Mógł je spokojnie porzucić i zostawić na pastwę losu, w końcu elfy mają się za lepszych od ludzi.
Wydaje mi się, że w fabule tej książki nie znajdziemy nic oryginalnego. Mroczne elfy? Były. Dworskie intrygi? Były. Przenikające się światy? Były? Potencjalnie silna bohaterka i arogancki książę-dupek? Było. To wszystko było, a Holly Black po prostu stworzyła kolejną tego typu historię, która w moim odczuciu nie wyróżnia się niczym specjalnym. Właściwie momentami wzbudzała we mnie swego rodzaju irytację, bowiem porachunki bohaterów przypominały potyczki gimnazjalistów i typowe prześladowanie, którego w szkole doświadczają „ci gorsi”. Jude jest na każdym kroku poniżana, momentami w bardzo brutalny sposób, a elfy z niej kpią. Stanowi dla nich rozrywkę, aczkolwiek pozostaje harda i silna. Typowe. Zawsze przecież muszą pojawić się jacyś złośnicy, ale przecież główna bohaterka nie będzie się nad sobą użalać! Ma być silna! Przyznaję, że Jude ma kilka dobrych momentów, ale mimo wszystko nie chwyciła mnie za serce.
Sama fabuła robi się szybko dość przewidywalna. Spisek goni spisek, ktoś chce dokonać zamachu stanu, każdy knuje po swojemu, każdy znęca się nad każdym – brat nad bratem, elfy nad śmiertelnikami, śmiertelnicy nad elfami, elfy nad elfami. Coś w tym świecie zdecydowanie nie gra. Nie do końca też przekonywało mnie przenikanie się dwóch światów, bowiem wychodziło ono strasznie sztywno. W jednej chwili byłam w nowoczesnym centrum handlowym, a w drugim na królewskim dworze, choć i tak miałam pewne trudności z dokładnym wyobrażeniem sobie świata, w którym rozgrywa się akcja. Bohaterowie są kreowani na jedno kopyto, nie mamy okazji lepiej przyjrzeć się ich portretom psychologicznym. Jeżeli ktoś w zamyśle autorki miał być zły to po prostu jest zły, bez większej głębi. I nie mam tutaj na myśli nawet samego Cardana (swoją drogą nie rozumiem też tych wszystkich zachwytów nad nim), ale praktycznie każdego bohatera.
Przyznaję, że Holly Black ma lekkie pióro i książka jest napisana z gracją i płynnością, dzięki czemu bardzo przyjemnie się to czyta, aczkolwiek sama fabuła nie porywa. Owszem, jest logiczna i przemyślana, dobrze poukładana, ale nie ma w sobie nic nowego. Swego czasu czytałam tę powieść po angielsku i już wtedy mnie nie urzekła zbyt mocno, ale postanowiłam dać jej szansę jeszcze raz i przeczytać ją w polskim tłumaczeniu. Niestety, efekt pozostaje ten sam. „Okrutny książę” to książka dosyć schematyczna i powtarzalna, dlatego nie do końca jestem w stanie zrozumieć te wszystkie ody pochwalne kierowane w jej stronę. Jest poprawna, ale zdecydowanie mam w swojej pamięci inne książki o podobnej tematyce, które były znacznie lepsze, o czym świadczy chociażby to, że siedzą w mojej głowie już kilka dobrych lat.
Bogini niewiary. Ateiści, którzy klęczą i się modlą
Tarryn Fisher to pisarka wszechstronna. Każda jej powieść jest inna od poprzedniej. I to nie tylko w zakresie gatunku, zmienia się wiele kwestii takich jak sposób narracji, kreacja bohaterów, czy sposób przedstawienia akcji. „Bogini niewiary” zaintrygowała mnie, zarówno okładką, jak i tytułem.
Twórczość T. Fisher poznałam przy okazji książki "Margo". Była to powieść specyficzna i wywołała we mnie całe mnóstwo sprzecznych emocji. Dlatego zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po „Bogini niewiary”. Jednak już kilka pierwszy stron przekonało mnie, że jest to książka zupełnie inna.
Yara trwa w przekonaniu, że jest potrzebna mężczyznom tylko po to, by pobudzić ich kreatywność. Staje się ich muzą, natchnieniem, które przychodzi równie szybko, co odchodzi. Dlatego, gdy tylko się z kimś wiąże, od razu zaznacza, że to tylko na chwilę, na moment. I David też o tym wie i pozornie się zgadza. Muzyk, któremu brak inspiracji, nagle czuje wenę. Yara uważa, że w jego twórczości brak doświadczeń życiowych, a konkretnie... złamanego serca. I zamierza mu z tym pomóc. David ma jednak inne plany. Do czego doprowadzi ich ten burzliwy związek?
Już od samego początku da się wyczuć „artystyczny” klimat powieści. Jest on akcentowany zarówno w doborze postaci, jak i samej narracji. Bohaterzy dużo mówią o natchnieniu, a inspiracji odgrywa ważną rolę w ich życiu. Właśnie dlatego ma się wrażenie, że powoli wkracza się w zupełnie inny świat, bardziej wrażliwy na piękno i emocje.
Tego drugiego jest w książce naprawdę dużo. Dynamiczna akcja i liczne zwroty wydarzeń budzą w czytelniku nie tylko rosnące zainteresowanie, ale też całe mnóstwo uczuć. Yara to postać nieszablonowa, a życie, które wybrała, nie należy do typowych. Jest wolna, odważna i szalona. I nie, nie twierdzę, że jej zachowanie to przykład dla innych, ale z pewnością skłania do myślenia. Często podejmuje złe decyzje, co paradoksalnie inspiruje czytelnika do rewidowania własnych wyborów.
Yara to również postać pełna sprzeczności i niejednoznaczna. Nie da się jej zwyczajnie lubić, jej charakter jest skomplikowany, a życie burzliwe. Przyciąga uwagę, ale czasem budzi sympatię, a czasem do siebie zraża. To sprawa, że powieść jest wciągająca i dynamiczna. Znajduje to swój wyraz również w konstrukcji. Historia ujęta została w trzy części, z czego pierwsza najpierw sygnalizuje intensywną akcję, a potem odwraca uwagę czytelnika. Nie dajcie się jednak zwieść. Zarówno wydarzeń, jak i emocji będzie sporo, a dodatkowo ujawni się też drugie dno kilku sytuacji.
„Bogini niewiary” to powieść obyczajowa z motywami gorącego romansu, czyli... zupełnie coś innego, niż do tej pory pisała T. Fisher. Rozczarują się osoby, które pokochały autorkę za mroczny klimat i będą tego samego oczekiwać po jej najnowszej powieści. Tym razem jest to książka niepodobna do żadnej wcześniej i mi bardzo przypadło to do gustu. „Bogini niewiary” to porządna obyczajówka z intrygującą bohaterką!
Niegodziwość
Rozstrzygające starcie aniołów ze Złem w tomie zamykającym świetnie przyjętą serię „Przeczucia” Amy A. Bartol. „Niegodziwość” dostarczy całej gamy silnych emocji i wciągnie w skomplikowany świat uczuć bohaterów.
Premiera książki 24 października.
Evie wraz z najbliższymi przyjaciółmi znajduje chwilowe schronienie w posiadłości Reeda w Crestwood. Mury domu nie zdołają jednak odgrodzić dziewczyny od złowrogiego Brennusa, który nawiedza ją w snach, by przejąć kontrolę nad jej energią. Podczas jednej z nocnych wizyt intruz ostrzega Evie, że zbliża się ostateczna wojna z Upadłymi. Na ich czele ma stanąć pół-anioł, pół-człowiek równie potężny jak Evie. Od wyniku tej bitwy zależy, czy Zło zatriumfuje nad światem...
Konkurs: Raven. Tom 1. Biały kruk
Pierwszy tom bestsellerowej serii fantasy dla młodzieży!
Życie Piper i jej młodszego brata zmienia się w ciągu jednej nocy. Po tragicznej śmierci ich matki lądują na idyllicznej wyspie pod opieką nieprzyzwoicie bogatej babci, której nigdy wcześniej nie spotkali. Dziewczyna zaczyna się buntować, bo jedyne co można robić w Raven Hollow to zanudzić się na śmierć.
„Biały Kruk to pierwszy tom serii Raven, w której wątki paranormalne łączą się z romansem i tajemnicami! To idealna propozycja dla fanów książek fantasy, którzy zakochali się historiach takich jak Saga Zmierzch, Akademia Wampirów czy Dary Anioła!”
Larista
Czy można w życiu marzyć o wielkiej miłości, która pojawia się znikąd? Jak w takiej sytuacji radzić sobie z tak wielkimi pokładami zła i braku empatii? Czasem życie ma więcej odcieni, niż nam się wydaje, miłość może stać się najważniejsza, a empatia nie zawsze się pojawia, co nie stanowi o tym, że jej brak jest czymś złym.
Bóg stworzył dziesięć przykazań, żeby ułatwić ludziom życie, a nie ich gnębić. Cała reszta praw to wymysł ludzi. Bóg przykazał "Nie cudzołóż". Nie wspominał nic o współżyciu przed ślubem lub kochaniu się tylko z jedną osobą w życiu. To ludzie dopowiedzieli sobie te prawdy. Nie cudzołóż, czyli nie zdradzaj swojej żony, partnerki, męża, przyjaciela, człowieka, z którym jesteś. Nie krzywdź go, sypiając z innymi. Bądź wierny, skoro zdecydowaliście się być razem.
Larysa to osiemnastolatka, która niedługo stanie przed wyborem drogi życiowej. Wciąż waha się, czy nie iść w ślady ojca i swojej dorosłości nie związać z liczbami. Takiemu rozwiązaniu przeciwstawia się cała jej romantyczna dusza, która pragnie spełniać się w murach Akademii Sztuk Pięknych. Te rozważania zaburza jednak pojawienie się na jej drodze Gabriela, którego dziewczyna początkowo nie wspomina miło. Z każdym kolejnym spotkaniem Lara utwierdza się w swoich odczuciach co do chłopaka. Nie ma świadomości, że jego pojawienie się w jej życiu wiele zmieni, a ona sama stanie się świadkiem odwiecznej walki dobra ze złem. Kto wygra i po czyjej stronie stoi jej wybranek? Kim jest tajemniczy Daniel? Jaką tajemnicę skrywa skrzętnie Gabriel, twierdząc, że zabiłaby uczucia Larysy względem jego osoby?
Znam i uwielbiam twórczość Melissy Darwood. Jej styl i umiejętność poprowadzenia historii w naturalny sposób zapada w pamięć, a czytelnik chce wciąż więcej. Laristę posiadam w pierwszym wydaniu i już wtedy skradła moje serce. Czy wznowienie również znalazło w nim miejsce?
- Powstrzymaj mnie. - Jego oczy wprost płonęły z pożądania.
- Nie - szepnęłam i dotknęłam palcami jego rozpalonych ust.
Wtedy Gabriel dał krok w przód i przyparł mnie do ściany swoim atletycznym ciałem. Poczułam na plecach zimny mur, a na piersi gorący tors. Silne ręce wsparły się przy mojej twarzy, a rozszerzone źrenice zajrzały mi głęboko w oczy.
To świetne, że ta powieść na nowo mogła wkroczyć w czytelniczy świat, w którym nie ma ram wiekowych. Ta książka idealnie trafia bowiem w gust wielu grup wiekowych. Sama autorka ma niesamowitą lekkość w przekazywaniu rzeczy ważnych, pozostawianiu czytelnika w stanie zamyślenia. Melissa Darwood ma dar, który zdarza się rzadko, ma świadomość własnych pomysłów i umiejętność opisywania emocji. Potrafi opleść czytelnika niczym leśna mgła o poranku i sprawić, że nie spoczniecie, aż nie poznacie całego biegu tej historii.
To ty zdecydujesz, kiedy będziesz gotowa. Tylko na litość boską. nie każ mi czekać kolejnych trzystu lat, bo pewnego dnia zedrę z ciebie ubranie i posiądę cię bez pytania.
A jest co poznawać. Chociaż w tym gatunku nie jest łatwo o coś świeżego, innego to powieściopisarka z małego polskiego miasteczka potrafi i z szablonowości zrobić użytek. Takim o to sposobem dostajemy opowieść o dziewczynie, która pragnęła miłości, a los chciał, by wraz z nią odkryła to, co niewidoczne dla każdego. Wątek uczucia nie przytłacza słodyczą ani nadmierną ckliwością. Jest świetnym elementem dobrze zgranej całości, która rozpoczyna coś o wiele większego.
Dobrze wykreowani bohaterowie, których od pierwszych chwil obdarzamy sympatią i zaczynamy żyć ich historią, autorka łączy z niesamowitymi elementami fantastycznymi. Całość współgra idealnie. Nie ma przesycenia pojedynczymi wątkami, a całość wypada świeżo i przyciąga czytelnika na długo. Poznajemy ich historię z dwóch perspektyw, co daje nam poczucie głębszego poznawania poszczególnych postaci, jak i samej opowieści. Dzięki pojawieniu się perspektywy Gabriela całość wydaje się dopełniona, bardziej spójna i cóż nie oszukujmy się łatwiej się w nim zakochać.
Dwa serca, jedno bicie, niech mnie odnajdzie miłość na całe życie.
Melissa Darwood potrafi stworzyć powieść o walce dobra ze złem, romans z fantastyką w tle i wszystko, co jeszcze może wykreować jej wyobraźnia. To zawsze będzie jakieś, będzie miało wartość i zostawiało w czytelnikach ślad. Dzięki Lariście możemy zamknąć się w świecie, pełnym tajemnic, nieśmiertelności i miłości ponad wszystko. Dać się porwać świetnemu stylowi i prawdzie zionącej z każdej strony powieści Melissy. Tę książkę pochłania się bardzo szybko, pomysł na fabułę długo po przeczytaniu wciąż krąży w żyłach, a sympatia do głównych bohaterów nie przemija.
Jeśli do tej pory wahaliście się, czy to książka dla was, to wiedzcie jedno, tu nie liczy się wiek. To historia dla każdego, choć ci z odrobiną romantyzmu i fantastycznej cząstki w swych duszach odnajdą się tu szybciej. Ja z całą swoją mocą polecam i czekam na kolejne tomy oraz spotkania z Guardianami i Tentatorami.
Zamęt Nocy
W tym roku polscy fani Patricii Briggs mieli swoje święto na Pyrkonie, bowiem pisarka zaszczyciła swoją obecnością konwent. Wszyscy Ci, którzy mieli sposobność udać się do Poznania, mieli okazję nie tylko otrzymać autograf od pisarki, wziąć udział w panelu z jej udziałem, ale przy odrobinie szczęścia i własnej śmiałości, porozmawiać z Patty. Z tej też okazji Wydawnictwo Fabryka Słów przygotowała premierę kolejnego tomu przygód Mercedes Thomson - “Zamęt Nocy”.
Jeśli dotarliście do ósmego tomu przygód Mercy i watahy Adama, to tak naprawdę, nie trzeba Wam, kolejnej powieści zachwalać. Każdy wie, że jest to cykl, który wciągnął i jak każdy, ma swoje wzloty i lekkie zniżki formy, bo upadku nie ma mowy. A jaki jest “Zamęt Nocy”?
Tom ósmy tym razem skupia się mocno na całej watasze i na relacjach rodzinnych. Do posiadłości Adama wraca bowiem była żona Adama. Christy, wpakowawszy się w niebezpieczny związek, potrzebuje pomocy, a przecież szlachetny Adam, nie pozostawi w opałach kobiety w potrzebie, tym bardziej, że jest ona matką jego córki. W watasze Adama zaczyna się źle dziać, Christy umie bowiem skłonić każdego do swojego toku myślenia, robiąc ze swojej osoby, niewinną ofiarę. A Mercy? Mercedes wykazuje się wyjątkowym opanowaniem i dojrzałością. Jednak czy prześladowca byłej żony Adama jest po prostu niezrównoważonym psychicznie zaborczym mężczyzną? Czy wataha stanie w obronie silnej kojocicy, czy jednak będzie wspierała pierwszą wybrankę serca alfy, kruchą i kobiecą Christy?
Na swojej stronie Patty do tej powieści podchodzi z sentymentem. Jest to dwudziesta przez nią napisana książka, a kiedyś w ogóle się zastanawiała, czy jest w stanie napisać choćby jedną.
W tej historii zostaje wpleciony mit o Guayocie, bóstwie kanaryjskim. Patricia tłumaczy, że do mitologii celtyckiej, czy rdzennie amerykańskiej, wprowadziła nową “krew”, na skutek wielu próśb, aby wyjść poza panteon bóstw z kręgu europejskiego i azjatyckiego. Czy jest to dobry zabieg? Jak najbardziej, będąc na Teneryfie i na Teide, nie słyszałam o micie związanym z Guayotą, Achamanem, czy Magec, więc moja wiedza się poszerzyła. Jednak, czy to wynika z ubogości źródeł, czy z braku dostatecznych badań, mit ten został wprowadzony dość kanciasto, bez wyczucia, jak przedmiot, element świata przedstawionego. Ot, takie egzotyczne urozmaicenie, wstawka etnograficzna jak notka z Wikipedii. Oddać trzeba jednak sprawiedliwość, że to poczucie obcości i sztuczności, wynika zapewne z braku łączności kulturowej. Pewnie rodowici hawajczycy ze swoją Pele, nie będą mieli problemu z asymilacją kanaryjskiego bóstwa. Natomiast samej fabule nie można niczego zarzucić; jest wartka i wystarczająco rozbudowana, aby wciągnąć czytelnika od samego początku, a postać irytującej Christy, dodaje tylko pikanterii. Brawa dla pani Briggs, że nie pozwoliła Mercy wkroczyć na wojenną ścieżkę z byłą żoną Adama, i pozwoliła jej być tą szlachetniejszą, mądrzejszą i dojrzalszą, dzięki czemu książka nie przeistoczyła się w tanie romansidło z pogranicza telenoweli w stylu wilkołaczej mody na sukces.
Podsumowując. “Zamęt Nocy” zdecydowanie należy do tych tytułów, które sprawiły mi przyjemność i ujęły mnie, a nie rozczarowały. Cieszę się, że autorka nadal potrafi zainteresować swoich czytelników kolejnymi przygodami Mercy.
Władca cieni
Wielu fanów świata Nocnych Łowców marzyło i niecierpliwie czekało aż ich ulubiona pisarka wyda kolejną książkę. „Władca Cieni” to drugi tom serii „Mroczne Intrygi”, w której Cassandra Clare opowiada zupełnie nowe historie z uniwersum, w którym swoje przygody mieli Clary i Jace.
„Pani Noc” rozpoczyna się pięć lat po wydarzeniach przedstawionych w „Mieście Niebiańskiego Ognia”, po których Nocni Łowcy znaleźli się na skraju zagłady. Ich świat wyraźnie nigdy nie zazna spokoju i zawsze będzie się w nim coś działo. W pierwszej części ,,Mrocznych Intryg'' podstawą fabuły było odnalezienie tajemniczego nekromanty. We „Władcy Cieni” jednak sytuacja znacznie bardziej się komplikuje, pojawia się wiele nowych wątków, tajemnic i intryg. Na tym fantastycznym tle rozgrywały się będą sceny związane z przyjaźnią, miłością i różnego rodzaju tragediami. Pisarka pokazała, jak wielkim uczuciem darzy swoich bohaterów i to ich postawiła tutaj na pierwszym planie.
Po raz kolejny wkraczamy do pełnego magii świata, z którego nie sposób uciec. „Władca Cieni” to zdecydowanie udana kontynuacja serii, która rozpoczęła się tomem „Pani Noc”. Jednak poza tym, że Cassandra Clare ponownie pozwoliła nam przeżyć niezwykłe przygody i zwiedzić krainę swojej wyobraźni, to zrobiła czytelnikom kolejny prezent. W powieści, mimo że nie są oni głównymi bohaterami, spotykamy się z Clary i Jace’m, a to nie wszystko. Na czytelników czeka jeszcze więcej fantastycznych niespodzianek.
Na podstawie serii „Dary Anioła” spod pióra Cassandry Clare powstał najpierw pełnometrażowy film fabularny, a potem kilkusezonowy serial. Jej książki są niezwykle popularne i poczytne, a ona, jako pisarka, wciąż się rozwija. Przyznam szczerze, że „Miasto Kości” (pierwszy tom cyklu „Dary Anioła”) było dość naiwną, lekko infantylną powieścią. W serii „Diabelskie Maszyny” widać już lekką poprawę, ale dopiero „Mroczne Intrygi” niosą ze sobą prawdziwą rewolucję. Bardzo przyjemnie jest obserwować, jak dobra pisarka staje się jeszcze lepsza.
Żeby nie było zbyt różowo, w mojej opinii na temat książki nie ma samych „ochów” i „achów”. Cassandra Clare pokazała, jak barwnie potrafi przedstawić świat, jego niezwykłości, potwory, walki Nocnych Łowców. Wciąż jednak najbardziej lubi sceny romantyczne i czasami wręcz na siłę prezentuje je czytelnikom. I tym razem romans (a może nawet nie jeden) wypchnął się w fabule na pierwszy plan.
Lubię świat Nocnych Łowców, bardzo podoba mi się styl, w jakim pisze Cassandra Clare, doceniam również jej wyobraźnię. Z pewnością sięgnę po każdą, kolejną książkę spod jej pióra i już nie mogę doczekać się trzeciego tomu „Mrocznych Intryg”. Mam nadzieję, że wydawnictwu Mag uda się oddać w ręce czytelników „Królową powietrza i ciemności” (tytuł roboczy) już w przyszłym roku. Oby tak się stało!