czerwiec 29, 2022

Rezultaty wyszukiwania dla: opowiadania

czwartek, 09 styczeń 2020 13:40

Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne

Świąteczny klimat sprzyja nie tylko rodzinnym spotkaniom przy suto zastawionym stole, ubieraniu choinki czy śpiewaniu kolęd, ale i tajemnicom, zagadkom i niejasnym zdarzeniom. Przestępcy właśnie czekają na naszą nieuwagę, by wykraść rodowe klejnoty, zdefraudować pieniądze ze zbiórki czy nawet poderżnąć gardło. „Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne” to antologia opowiadań kryminalnych spod piór największych klasyków złotego wieku kryminałów!

Boże Narodzenie jest motywem przewodnim piętnastu opowiadań, które znalazły się w tym zbiorze. Nie wszyscy są znani, ale spośród nich można by z pewnością wymienić sir Arthura Conana Doyle’a, ojca Sherlocka Holmesa czy J. Jeffersona Farjeona i Ethel Liny White, którymi inspirował się np. Alfered Hitchcock podczas kręcenia swoich filmów. Sylwetki autorów doskonale przybliża krótka notatka biograficzna poprzedzająca każde z opowiadań, z dodatkowym wyjaśnieniem przytoczonego opowiadania. Dzięki temu czytelnik poznaje zawiłości literatury złotego wieku powieści kryminalnych i może prześledzić charakterystyczne dla okresu tematy, styl pisania oraz sposób budowania napięcia.

Choć są tu opowiadania autorstwa najlepszych pisarzy gatunku to, po pierwsze, nie zawsze są one ich najbardziej znanymi z dorobku. Często, jak choćby „Salonowe sztuczki”, to wyszperane perełki, o których najlepsi biografowie nawet nie wiedzieli. Po drugie ich poziom także jest różny. Jedne wciągają i nie można się od nich oderwać, inne zaskakują, jeszcze inne są dość pospolite i nie porywają. Trudno się nie uśmiechnąć po lekturze „Farszu”, gdzie złodziej przypadkowo i dla siebie nieszczęśliwie zostaje Janosikiem, gdyż łup trafia nie w jego ręce, a do pewnej młodej, biednej pary. Trudno nie drżeć ze strachu jak bohaterka „Figur woskowych”, kiedy w nocnej ciemności widzimy jej oczyma cienie i nie wiemy, czy to jej umysł płata jej figle, czy jednak to prawda, że w muzeum coś niepokojącego zabija ludzi. Wreszcie są opowiadania, które pokazują kunszt dedukcji (jak „Niebieski karbunkuł”), umiejętności logicznego myślenia (jak w „Szczęśliwym rozwiązaniu”) czy spostrzegawczości (jak w „Perłowym naszyjniku” i „Imieniu na szybie”). Do tego potrafią zaskoczyć zakończeniem, wciskając wręcz czytelnika w fotel, jak było w przypadku opowiadania „Chińskie jabłko”.

Dla mnie historie te mają jeszcze jeden ciekawy aspekt. Dowiadujemy się bowiem sporo o niekoniecznie znanych w Polsce tradycjach bożonarodzeniowych. O tym jakie potrawy były kiedyś tradycyjnie serwowane na wigilijną kolację czy obiad, co to jest Boxing Day, jak spędzała czas świąteczny arystokracja, jak strojono pomieszczenia, jakie prezenty były ekstrawaganckie, jakie przesądy związane były z Bożym Narodzeniem czy wreszcie co poza biesiadowaniem zajmowało ludzi w czasie spotkań bożonarodzeniowych. Poznajemy zabawy, gry, piosenki. To całkiem ciekawe zderzenie kulturowe.

Zdecydowanie zachęcam do sięgnięcia po ten zbiór opowiadań kryminalnych, choćby po to, aby przekonać się, w jakim stylu przed laty konstruowano kryminalne zagadki. Warto razem z autorami szukać rozwiązań morderstw, kradzieży i innych niewyjaśnionych sytuacji. Lektura z pewnością nie tylko wzbogaci wiedzę o kryminale retro, ale i pozwoli miło spędzić bożonarodzeniowy czas, który nie musi być zarezerwowany tylko dla powieści obyczajowych z pięknymi okładkami i pozytywnym zakończeniem.

Dział: Książki

Odkąd przeczytałam pierwsze słowo, moja miłość do słowa pisanego nie zmalała nawet o milimetr. Czytałam wszystko i wszędzie, chłonąc niczym gąbka poznawane historię i ukryte znaczenia. Od wierszy przez opowiadania po pełnoprawne powieści. Każda forma nie była mi straszna i oddziaływała na mnie w inny sposób. Czytanie pomagało mi w budowaniu wyobraźni i umacnianiu pewności siebie. Było też miłą formą spędzania czasu.

Dział: Felietony
wtorek, 17 grudzień 2019 16:07

Konkurs: Cicha Noc

Boże Narodzenie to tajemnicza i magiczna pora roku. Dziwne rzeczy mogą się wtedy wydarzyć, i to pomaga wyjaśnić uświęconą tradycję opowiadania o duchach przy kominku, gdy rok zbliża się ku końcowi. Świąteczne opowieści o zbrodniach i ich wykrywaniu mają podobny urok. 

Dział: Zakończone
poniedziałek, 02 grudzień 2019 17:52

Czara cieni

Są tacy autorzy, którzy, nawet po jednej przeczytanej ich książce, zapadają w pamięć. Tak było właśnie z Frances Hardinge, gdy dwa lata temu przeczytałam jej Drzewo kłamstw. Chodziło nie tylko o oryginalnie opowiedzianą historię z dreszczykiem, w gotyckich klimatach. Głównie spodobał mi się sposób opowiadania i, choć historia była prosta do odczytania, bo mówiła o sile kłamstwa, które raz puszczone w obieg drastycznie się rozrasta, to snucie tej historii, ten nastrój grozy, przeplatające się ze sobą elementy realistyczne i fantastyczne, urzekły mnie i to bardzo. To dlatego, gdy zobaczyłam okładkę Czary cieni, najlepszą rekomendacją książki było dla mnie nazwisko jej autorki. I powiem od razu. Po raz kolejny się nie zawiodłam. Frances Hardinge naprawdę ma wielki talent.


12-letnia Zgódka, jest niezwykłym dzieckiem. Sama jeszcze za dobrze nie rozumie, na czym ta niezwykłość polega, dobrze jednak wie, że nie jest taka jak inni ludzie. Dziewczynka mieszka z mamą w Topoli, małej osadzie pod Londynem w bardzo purytańskiej i surowej społeczności, która wszystko, co inne, ponadzmysłowe i umykające ramom realności, uważa za wymysł Szatana. Gdy niespodziewanie i tragicznie umiera matka dziewczynki, bohaterka trafia pod opiekę rodziny ojca, którego nigdy nie było jej dane poznać. Rodzina Fellmote’ów to ród bardzo stary i dobrze sytuowany, pozostający w bardzo bliskich kontaktach z samym królem. Źródłem ich mocy i potęgi jest pewien sekret, który wiąże się także z umiejętnościami Zgódki. Dziewczynka szybko zdaje sobie sprawę, że jest dla swoich krewnych tylko pionkiem w wielkie grze, toczącej się od wielu stuleci. Czy uniknie losu innych, podobnych do siebie?


Powiedzieć, że świat Czary cieni jest magiczny i niezwykły, byłoby zbyt dużym uproszczeniem. On jest tak mroczny i tak niesamowity, że nie można się od niego oderwać. Realia życia przypominają późne średniowiecze. Przeplatający się ze sobą świat żywych i umarłych nie jest tylko biały ani tylko czarny. Duchy są żądne energii, mściwe i przewrotne, a żywi nie ustępują im pola. Czy osamotniona w swej walce nastolatka ma szansę wygrać z tabunem potężnych krewnych? Będzie trudno. A jeśli miałaby do pomocy grupę dziwacznych duchów? Szansa wzrasta, choć i tak łatwo nie będzie.


Czara cieni to świetna powieść przygodowa. Nie da się nudzić podczas czytania, bo wciąż zmieniamy lokalizacje: Topola, zamek Felmotte’ów, podróż do Londynu i znowu zamek. Gdy już wydawało mi się, że przewiduję, co się stanie, autorka tak zawracała akcję, że nie mogłam wyjść z podziwu. Bardzo łatwo polubić główną bohaterkę, która jest zwyczajną, prostą dziewczyną, ma jednak ogromną wolę walki o siebie i głęboko zakorzenione poczucie godności i uczciwości. Jest także bardzo pomysłowa i nie poddaje się bez walki. No i jest jeszcze Niedźwiedź. Nie zdradzę jednak o co chodzi, by nie psuć przyjemności poznawania tej historii, a ten wątek, jest w całej książce jednym z lepszych.


Jeśli ktoś czytał Drzewo kłamstw, to myślę, że nie muszę go specjalnie zachęcać do lektury Czary cieni. Jeśli jednak nie, to polecam lekturę ze szczerego serca. To barwna i zaskakująca historia, opowiedziana w sposób pomysłowy i sprawny.

Dział: Książki
poniedziałek, 30 wrzesień 2019 11:54

Pułapka Tesli

Autora chyba nie trzeba jakoś szczególnie przedstawiać, bo każdy, kto ma jakieś pojęcie o polskiej, fantastycznej scenie literackiej powinien znać twórczość Ziemiańskiego. Autor, jak pokazuje jego dorobek, lubuje się bardziej w powieściach, niż zbiorach opowiadań, czego dowodem może być z pewnością ogromne uniwersum Achai, które stale jest przez niego rozbudodywane i posiada rzeszcze fanów. Tym razem dostajemy od Fabryki Słów odświeżoną po 6 latach antologię opowiadań pod tytułem Pułapka Tesli.

Na książkę składa się pięć opowiadań: Polski domWypasaczPułapka TesliChłopaki, wszyscy idziecie do piekła oraz A jeśli to ja jestem Bogiem? W zbiorze czuć więź jaka łączy autora z Wrocławiem,  miasto pojawia się tam dosyć często. Wędrując po nim razem z historiami Ziemiańskiego, odkrywamy je na nowo. Czas nie ma tu jednak granic oraz ram. W dodatku po raz kolejny odczuwam, że to bohaterki, a nie bohaterowie kreują się w głowie autora bardziej kolorowo. Ale do rzeczy... Powiem szczerze, że początek wypada dosyć średnio, żeby nie powiedzieć źle. Pierwszy, króciutki tekst, jest strasznie banalny, to prosta historia o rodzinie widmo, która częstuje swoim dobrym sercem innych. Wypasacz jest już nieco lepszy, jeśli chodzi o konstrukcje, niemniej sam pomysł jest jak dla mnie nieco dziwaczny. Później jest nieco lepiej, widzimy tutaj właściwy kunszt i styl autora, czyli to za co zebrał sobie tylu oddanych czytelników. Chodzi o tytułowe opowiadanie - mamy tutaj dobry pomysł, rozbudowaną akcję no i nutkę historii, czyli coś co lubię w tekstach tego typu i co kojarzy mi się z najlepszymi dziełami Pilipiuka. Pułapka Tesli  jest opowiadaniem kulminacyjnym, reprezentującym najwyższy poziom zbioru. Ostatnie dwa teksty, chociaż barwnie napisane, są jak dla mnie średnio interesujące. Styl i sposób pisania to jednak nie wszystko. Autor zdecydowanie posiada olbrzymie złoża pomysłowości i fantazji, jednak mam wrażenie, że tutaj tego zabrakło i dzieło wyszło bez polotu. 

Chyba każdy zgodzi się ze mną, że Ziemiański głownie lubuje się w obszerniejszych formach, czego z resztą doskonałym przykładem jest świat Achai. Z opowiadaniami jest nieco gorzej, chociaż pisząc te słowa mam gdzieś w pamięci znakomity "Zapach Szkła"... No cóż, podsumowująć powiem, że "Pułapka Tesli" ma swoje mocniejsze momenty i całkiem dobre tytułowe opowiadanie, lecz dla mnie to za mało, by uznać książkę za bardzo dobrą. Antologia jest przeciętna i wydaje mi się, że poza fanami twórczości autora, warto zastanowić się nad innym wyborem lektury na jesienny wieczór.

Dział: Książki
środa, 25 wrzesień 2019 23:14

Karpie bijem

Na Jakuba Wędrowycza to po prostu nie ma mocny. Wielu próbowało i tylko kilku... wyszło z tego z życiem. Nowy tom przygód wiejskiego egzorcysty to powrót do znanej i lubianej serii. Jak wyszło tym razem? Kolejna petarda, a może... odgrzewany kotlet?

 „Karpie bijem” to po raz kolejny zbiór krótkich i humorystycznych opowiadań o przygodach Kuby. Teksty są ze sobą bardzo luźno powiązane, na tyle luźno, że trudno wskazać kolejność chronologiczną. Ich konstrukcja jest za to praktycznie identyczna – najpierw zawiązanie problemu, dywagacje nad jego rozwiązanie i szybki finał. 

Muszę przyznać, że do Kuby mam pewien sentyment. Pierwsze książki o jego przygodach czytałam bardzo dawno temu, gdy dopiero poznawałam świat literatury fantastycznej. Wtedy taki sposób opowiadania fabuły bardzo mi się podobał, był szybki, treściwy i pełen prześmiewczego humoru. Nie miałam wielkiego porównania, ale ten dystans i rzeczywistość w krzywym zwierciadle była urzekająca. Jak to było tym razem? Trochę tak samo, a jednak jakby inaczej... 

Przede wszystkim humor, muszę przyznać, że wiele razy zaśmiewałam się do łez, a nie raz co lepsze fragmenty czytałam mężowi. Kuba jest jaki jest, i można go za to kochać, lub nienawidzić. Przy okazji autor fajnie kpi z naszej codzienności, nie zabrakło najnowszych smaczków i bieżących problemów. Jednak tak, to to bywa w przypadku tytułów w głównej mierze złożonych z dowcipów... nie wszystkie są udane. Czasami humor trąci przysłowiowym „sucharem”. 

Jeśli zaś chodzi o samą konstrukcję opowiadań, to miałam wrażenie dużej dysproporcji między wstępem, a zakończeniem. Sam motyw danej historii rozwija się powoli, z kolei kończy błyskawicznie. Nie raz takie rozwiązanie świetnie się sprawdza, bo finał dosłownie zaskakuje czytelnika. Jednak nie zawsze, czasem sprawia wrażenie napisanego na kolanie, bez głębszego zastanowienia i polotu. 

Co za to jest na plus? Fani serii z pewnością wychwycą liczne nawiązania, smaczki czy ciekawostki z wcześniejszej serii. Nie są to może jakieś wielkie wątki, ale jednak sporo szczegółów da się wychwycić. Przygody Kuby konturowane są konsekwentnie i w ten sam sposób, co może się podobać, a może też odrobinę nużyć. Mam wrażenie, że jest to książka, którą należy czytać na wiele razy, w wolnej chwili, z przerwami na bardziej spójne historie. Bo kilka opowiadań pod rząd zbyt wyraźnie „trąci” schematem.

„Karpie bijem” były dla mnie trochę konfrontacją ze wspomnieniami. Nadal jest zabawnie, rozbrajająco i czasem groteskowo. Wciąż nie ma mocnych na Kubę, a sam bohater sypie dowcipami jak z rękawa. Czego mi zabrakło? Jakiegokolwiek postępu. Pomimo upływu lat nic się nie zmieniła, nadal jest to literatura głównie lekka, przyjemna i głównie rozrywkowa.

Dział: Książki
środa, 25 wrzesień 2019 12:11

Stephen King. Instrukcja obsługi

Jestem ogromną fanką twórczości Stephena Kinga. Przeczytałam wiele jego książek i obejrzałam większość ich ekranizacji, jednak poza zaglądaniem do social mediów króla horroru, niewiele na jego temat wiedziałam. Dopiero Robert Ziębiński uzmysłowił mi, jak wiele smakowitości mnie ominęło, zarówno w kwestii mniejszych dzieł, jak i życia wspomnianego mistrza grozy. Powiem więcej - „Stephen King: instrukcja obsługi” to zdecydowanie najlepsze opracowanie dorobku, z jakim kiedykolwiek się spotkałam!

Zacznę może od tego, że nieco obawiałam się tej książki, ponieważ dotychczas trafiłam na kilka koszmarnie nudnych opracowań – gorszych nawet od podręczników do historii. Mam na myśli te, które przedstawiają jedynie suche fakty, bez opisów czy nawiązań – jednym słowem, bałam się lektury skrajnie nudnej. I wiecie co? Dostałam absolutną przeciwność wszystkiego, co znałam. Robert Ziębiński z jajem prowadzi nas przez twórczość i działalność Stephena Kinga, ciekawiąc i bawiąc. Krok po kroku, zagłębiałam się w świecie Kinga, rozsądnie dawkując sobie lekturę, aby od razu nie poznać wszystkiego i… wiecie co? Choć książka ma przeszło sześćset stron (no dobra, tekstu jest trochę mniej), to… czuję niedosyt! Matulu, gdyby każdy „przewodnik” o znanych osobistościach był taki znakomity, to czytałabym tylko je… Robert Ziębiński ma po prostu niespotykany talent do opowiadania, gawędziarstwo we krwi, a ono w połączeniu o nietuzinkową wiedzę o Stephenie Kingu, horror oraz całej reszcie, tworzy mieszankę wręcz wybuchową!

W książce „Stephen King: instrukcja obsługi” w przystępny – i często zabawny – zostają omówione wszystkie książki tytułowego powieściopisarza (nawet te, których nie napisał, ale chciał!) oraz wszystkie adaptacje filmowe. Nie zabrakło również niuansów z samego życia Kinga, anegdot, genez powstawania tworów, inspiracji oraz… sławnych osobistości. Muszę przyznać, że wiele informacji tutaj zawartych mnie wręcz powaliło, ale nic nie zdradzę, aby nie popsuć Wam lektury. KONIECZNIE musicie przeczytać tę książkę, nawet jeśli nie jesteście wielkimi fanami mistrza grozy. Ubawicie się i dowiecie się wielu niesamowitości!

Sam kapitalny tekst Roberta Ziębińskiego to nie wszystko. Książka została również fenomenalnie wydana. Jest doskonale przemyślana pod każdym względem, niesamowicie czytelna, estetyczna i nie brakuje w niej również zdjęć. Nie można zapomnieć o tym, że w książce znajdują się również wypowiedzi na temat Kinga, m.in. Wojciecha Chmielarza (tego pisarza też kocham), a nawet… Remigiusza Mroza. Fantastyczne jest w tej pozycji to, że poznajemy tytułowego bohatera z mnóstwa punktów widzenia, a każdy coś w nosi, jest wyjątkowy i… agh! Aż jestem zła na siebie, że nie mogę nic złego o tej książce powiedzieć!

„Stephen King: instrukcja obsługi” to nie lada gratka dla fanów Stephena Kinga i to do tego napisana przez naszego rodaka! Jeśli lubicie króla horroru to pozycja, po którą po prostu MUSICIE sięgnąć, nie ma przebacz. Absolutnie zakochałam się w stylu Roberta Ziębińskiego i mam zamiar dorwać i pożreć wszystkie wcześniejsze twory tego Pana. Polecam z całego serducha!

Dział: Książki
wtorek, 17 wrzesień 2019 10:15

Przewoźnik

Opowieść o przewoźniku, który towarzyszy duszom w ich ostatniej podróży jest motywem znanym, jednakże nie często można spotkać się z nim w powieściach, szczególnie młodzieżowych. Powieść Claire McFall zaintrygowała mnie przede wszystkim intrygującą koncepcją wspomnianej postaci, która – co tu dużo pisać – jest doprawdy oryginalna i nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Niestety, potencjał pomysłu nie został tutaj wykorzystany i jestem lekko rozczarowana „Przewoźnikiem”…

Od początku wiedziałam, że powieść Claire McFall będzie historią miłosną, jednakże okazała się absolutnie absurdalną historią miłosną. Dlaczego? Uczucie pomiędzy bohaterami bierze się dosłownie znikąd, co bardzo mnie zirytowało. Liczyłam na powoli rodzące się zauroczenie albo chociażby jakieś wyjaśnienie dotyczące tej nagłej namiętności, ale nie – w kwestii miłości wszystko zdaję tutaj naciągane. Nieszczęśliwie, większość powieści opiera się właśnie na tej cudacznej więzi. Absolutnie anormalne jest również postępowanie głównych bohaterów, którzy są absolutnie irracjonalni i… miejscami wkurzający. Co prawda Dylan, protagonistka „Przewoźnika”, stopniowo przechodzi jakąś zmianę w podróży, ale to zbyt mało, by nazwać ją bogatą lub ciekawą osobowością. Tristan zdecydowanie wypada tutaj lepiej, ma jakąś głębię i tajemnicą skrytą w sobie, ale i on nie ratuje kwestii kreowania postaci…

Co więc dobrego można powiedzieć o „Przewoźniku”? Spodobał mi się fakt, że historia jest opowiadania z dwóch perspektyw, Dylan i Tristana, co nieco urozmaica całość, bowiem zmiana narracji bywa często spontaniczna, ale zawsze wprowadzana jest w dobrym momencie. Zauroczyła mnie również bogata wyobraźnia autorki – zaskoczyła mnie wieloma nietuzinkowymi i niebanalnymi pomysłami, z którymi dotychczas się nie spotkałam. Na uwagę zasługuje również fantastyczny styl Claire McFall, poetycki, pełen plastycznych opisów i metafor – lektura pod tym względem była fenomenalna. I… tyle. Bardzo żałuję, że autorka tak bardzo spartaczyła miłość w swojej powieści, ukazując ją jako coś… no właśnie – po prostu jako coś, bez większej głębi.

„Przewoźnik” to pozycja ciekawa, ale nie każdemu przypadnie do gustu. W odbiorze jest lekturą lekką, czyta się ją szybko, ale przed odłożeniem książki na bok powstrzymują czytelnika jedynie umiejętności pisarskie autorki i nadzieja na lepsze rozwinięcie, nic więcej. Myślę, że młodszej młodzieży może przypaść do gustu motyw bezinteresownej i prostej miłości ot tak – w starszych czytelnikach wywoła raczej zdegustowane przewracanie oczami. Mimo wszystko, warto tę książkę przeczytać – dla bajecznych metafor, opisów i uroczych spostrzeżeń. Polecam.

Dział: Książki
poniedziałek, 22 lipiec 2019 11:09

Deadpool #03: Deadpool kontra Sabretooth

Po bardzo słabym pierwszym oraz dość ciekawym drugim tomie przyszedł czas na trzecią odsłonę przygód Najemnika z nawijką. Czy Gerry Duggan postanowił w końcu wrócić na odpowiednie tory i dorównać do poziomu tomów z poprzedniej serii Marvel Now? Szczególnie że przyszedł czas na zapowiadany pojedynek Deadpoola z Sabretoothem.

Przypomnę, iż na początku poprzedniego tomu Wilson rozpoczął misję odnalezienia osób, które kiedyś skrzywdziły jego lub jego rodzinę. Była to, jak to sam ujął „wycieczka śladami tragedii”. Kiedy to już akcja zaczęła się rozkręcać na dobre, czytelnikom zafundowano typowy cliffhanger. Trzeci tom to bezpośrednia kontynuacja i dokończenie poprzedniej historii.

Jak wiemy, aktualnie Deadpool za cel obrał sobie Sabretootha. Choć pamięć płata mu figle, a wspomnienia są bardzo mgliste, uważa on, że to właśnie ten mutant zabił jego rodziców. Uważni czytelnicy znają oczywiście prawdę. Chęć zemsty jest tak wielka, że Wade praktycznie bezmyślnie wyzywa na pojedynek członka Uncanny X-Men. Jak jednak zabić największego wroga Wolverine’a, który również mając zdolność gojenia ran, potrafi regenerować się w nieskończoność? Początkowo spokojna i męska rozmowa przeistacza się w widowiskowe starcie. Otrzymujemy niezwykły i pełen przemocy pojedynek dwóch antybohaterów, którzy śmierci się nie boją. W powietrzu latają kończyny i wnętrzności, krew tryska na wszystkie strony. Jest brutalnie, ale również humorystycznie, gdyż rywale nie szczędzą sobie słownych, wyszukanych epitetów. Szala zwycięstwa co chwilę przechyla się na inną stronę. Swoje cameo zalicza nawet sam Magneto. O ostatecznym efekcie tej walki musicie przekonać się już jednak sami.

Druga część tego albumu to kontynuacja opowiadania „Deadpool 2099”, które publikowane było w poprzednim numerze. W tej futurystycznej i cyberpunkowej wizji świata fabuła skupia się na dwóch kobietach powiązanych z Deadpoolem.  Nie zabrakło efektownych wizualnie pojedynków, zwrotów akcji i … samego Wade’a Wilsona.

deadpool vol. 4 11p

Oprawa graficzna, której autorem przede wszystkim jest Matteo Loli nieustannie trzyma stały i bardzo dobry poziom. Jego kadry charakteryzują się sporą dynamiką i dużym stopniem detali. Sceny walki najemnika z Victorem Creedem są mocno krwawe i brutalne. Scott Koblish, autor rysunków historii w świecie 2099 również bardzo fajnie przedstawił pełen barw futurystyczny świat. Pozwolił sobie nawet na pewne ciekawe eksperymenty graficzne.

Tytułowy pojedynek dwóch antybohaterów, choć był w praktyce bezsensowny, niejako odblokował psychicznie naszego najemnika. Duggan bardzo sprawnie zamknął wątek zemsty Deadpoola oraz śmierci jego rodziców. Dał nam również nadzieję, iż historia nabierze teraz świeżości i wskoczy na odpowiednie tory. Ten tom nie jest może jeszcze tak dobry, jak komiksy z poprzedniej serii wydawniczej Marvel Now, ale na tle dwóch poprzednich znacznie się wyróżnia. Jest dobra akcja i emocjonująca fabuła. Jest też wszechobecny, ale nie nachalny humor oraz bardzo fajne żarty sytuacyjne. Jest praktycznie wszystko to, co fani Deadpoola lubią najbardziej. Zobaczymy, co w przyszłości przygotował dla nas scenarzysta. Można tylko liczyć na to, że powróci on do sprawdzonej formuły, do dobrych i absurdalnych drwin z popkultury czy z uniwersum Marvela.

Jeśli nieco zraziliście się do tej serii po lekturze pierwszych albumów, dajcie jeszcze jedną szansę Dugganowi. Jest dobrze, a może być już niedługo jeszcze lepiej i ciekawiej.

Dział: Komiksy
poniedziałek, 01 lipiec 2019 15:00

The Goon. Kolekcja, tom 2

Znacie już Zbira? Jeśli nie, najwyższa pora to zmienić. Zwłaszcza że okazja jest ku temu nie lada – Wydawnictwo Non Stop Comics wznowiło komiksy z serii The Goon w kolekcjonerskim, zbiorowym wydaniu. Drugi tom właśnie za mną. I wiecie co? Jest jeszcze lepszy niż poprzedni.

W ramach krótkiego wprowadzenia, bądź też przypomnienia. Tytułowy Zbir trzyma twardą ręką pewne miasteczko. Oficjalnie jest prawą ręką i siepaczem niejakiego Labrazzio, w rzeczywistości samodzielnie sprawuje rządy i jednocześnie wymierza sprawiedliwość. Bądź też sprawia innym łupnia dla samej radości, jaką daje porządne mordobicie. Jego wiernym kompanem jest psychopatyczny Franky, lubujący się w „sprzedawaniu kos” pod żebro bądź prosto w oko. Razem stanowią duet, na który nie ma mocnych.

Tym razem Zbirowi przyjdzie zmierzyć się z nowymi przeciwnikami. Walka z Bezimiennym Kapłanem Zombie i jego armią to już niemalże przeszłość, a tłuczenie zombiaków wydaje się z perspektywy czasu przyjemną rozrywką. Miasto opanowują bowiem nowe monstra. Nieoczekiwanie zjawia się także tajemnicza cygańska czarownica, dzięki której czytelnik może poznać wreszcie bliżej tajemniczą Bellę, która przed laty złamała serce Zbira i sprawiła, że stał się on tym, kim jest obecnie.

Drugi tom składa się z siedmiu historii, opowiadania oraz szkicowników do trzech z zawartych tu zeszytów. Wszystko to jest okraszone albo słowem wstępu autora, albo też (jak w przypadku szkicowników) jego komentarzami. Najbardziej spodobały mi się opowieści zawarte w Paskudnych skłonnościach, Chinatown i Tajemnicy Pana Wiskera oraz w Cnocie i jej ponurych konsekwencjach. Są one nie tylko przesiąknięte charakterystycznym „zbirowatym” klimatem miasteczka toczonego od środka przez zgniliznę (moralną i tę bardziej dosłowną), ale też mają w sobie nutę goryczy, czasem pewnej nostalgii. Są też momenty, gdy człowieka aż ściska coś w środku. Co nie zmienia faktu, że już dwie strony później może się popluć ze śmiechu.

Już przy okazji pierwszego tomu wspominałam, że mimo mojej fascynacji Zbirem, zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to komiks, który każdemu przypadnie do gustu. Dla Erica Powella nie ma właściwie ani rzeczy świętych, ani tematów tabu. Absurd i groteska przeplatają się tu z brutalnością i grozą, a wszystko to mocno okraszone tryskającą krwią i latającymi flakami. Wśród pozornie normalnych mieszkańców miasteczka, przechadzają się istoty rodem z koszmarów, ożywione trupy i zwyrodniali degeneraci. Mamy tu gangsterskie porachunki, ale i czarną magię w jej najgorszym wydaniu.

Jestem pozytywnie zaskoczona. Drugi tom okazał się jeszcze lepszy niż pierwszy, mroczniejszy, brutalniejszy, ale i z głębszym przesłaniem. Fani Zbira będą zachwyceni, bez dwóch zdań.

Dział: Komiksy