kwiecień 04, 2025

Rezultaty wyszukiwania dla: hard sf

czwartek, 16 wrzesień 2021 16:57

Zabawa w chowanego

Guillaume Musso jest autorem, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wiele słyszałam o jego twórczości, zazwyczaj były to słowa zachwytu i podziwu kunsztu pisarskiego. Mnie dosyć długo nie ciągnęło do książek autora, ale nie było konkretnej przyczyny. Ot, to nie był ten czas. W końcu, gdy rzucił mi się w oczy opis książki "Zabawa w chowanego", pomyślałam, że ukazana historia może być intrygująca. Zdecydowałam się na pierwsze spotkanie z twórczością Musso, nie mając wielkich oczekiwań, które jak wiadomo, często mogą okazać się rozczarowaniem. Już teraz mogę napisać, że postąpiłam słusznie. Najpierw jednak należy się kilka słów do fabuły i tego, co w niej zastałam.

Pisarka Flora Conway jest jedną najbardziej tajemniczych osobowości publicznych. Wydaje świetnie tytuły, plasujące się na najwyższych notach rankingów czytelniczych, ale nikt nie miał okazji poznać jej osobiście. Oczywiście oprócz agentki. Kobiety, która udziela wywiadów w imieniu swojej pracodawczyni, odbiera nagrody i reprezentuje wszędzie tam, gdzie jest oczekiwana Flora.
Jest to postawa o tyle zadziwiająca, że w dobie dostępu do internetu i social mediów, trudno jest nie zdradzić, chociaż najmniejszej obecności w świecie wirtualnym, skoro w realnym kontakty zostały kompletnie uniemożliwione.
Pisarka pozostaje nieugięta, nikt nie może dowiedzieć się, kim jest prywatnie, w co się ubiera, co je i jak spędza wolny czas, coś zupełnie niespodziewanego w XXI wieku.

Tymczasem Flora zmaga się z tragedią. Jej córka zaginęła. W dziwnych i niespodziewanych okolicznościach. Nikt nie potrafi wyjaśnić, co się stało. Dlaczego dziewczynka opuściła mieszkanie, skoro było to niemożliwe. I czy za zaginięciem córki Conway, odpowiedzialne są osoby trzecie? A może odpowiedzi należy szukać zupełnie gdzie indzie?

W tym samym czasie, setki kilometrów od tragedii Flory, można powiedzieć jej kolega po fachu, toczy walkę z samym sobą i byłą żoną. Mężczyznę dopadł kryzys. W dodatku dowiedział się, że jego i tak już pogmatwane życie osobiste skomplikuje się jeszcze bardziej. Romain jest człowiekiem słabego charakteru, zamiast walczyć o swoje racje, odpuszcza i popada w stan pogodzenia z losem.

Trochę dziwnym, rzekłabym dziwacznym sposobem, Romain o Conway nawiążą ze sobą strasznie skomplikowaną relację, która namiesza w życiu obojga jeszcze bardziej, a już najbardziej w głowach czytelników.

Pamiętam, jak była pozytywnie nastawiona do tej książki, z jaką ciekawością siadałam do czytania. I pierwsze, początkowe wrażenie, które na mnie wywarła. Podczas czytania pierwszych rozdziałów, byłam szalenie ciekawa i z fascynacją śledziłam każdą stronę. Zagadkowe zaginięcie dziewczynki, analizowanie zdarzeń. Tego, w jaki sposób Flora zaczyna odkrywać pewne układanki z tamtego feralnego dnia. I wreszcie wstrząsające odkrycie, o którym poinformuje kobietę znajomy policjant.

Wszystko w tej książce było ciekawe, do momentu, gdy poznajemy Romaina, a później zagłębiamy się w jego życie. Szczerze mówiąc, moment odkrycia, co i w jaki sposób połączyło obu pisarzy, był dla mnie totalnym rozczarowaniem. Mimo to czytałam książkę, z czystej ciekawości, co Musso jeszcze zaserwuje swoim czytelnikom. Nie mam pojęcia, jak pisał kiedyś, oceniam więc twórczość, na podstawie tego konkretnego tytułu. A dla mnie, od połowy było masło maślane, polewane rozpuszczonym masłem. Nie wiem albo jestem za głupia, albo ta fabuła odpłynęła gdzieś poza horyzonty mojej wyobraźni. Bardzo lubię, gdy zostają zacierane granice między tym, co zrozumiałe, a metafizyczne. W końcu za to pokochałam Richarda Evansa, ale o ile ten drugi potrafi przechodzić płynnie i spójnie z trudno zrozumiałych wydarzeń. Tak u Musso, był najzwyklejszy chaos. Być może, właśnie tym się odznacza jego fenomen, jeśli tak, ja będę musiała spasować.

Dokończyłam "Zabawę w chowanego" i miałam dosyć. W głowie czułam mętlik i znużenie. Frajda zastąpiła irytację i nie napiszę co jeszcze. Jestem rozczarowana, raczej nie zdecyduje się na ponowne spotkanie z tym pisarzem.

Dział: Książki
piątek, 03 wrzesień 2021 13:38

Deadpool #01: Najemnika śmierć nie tyka

Powiew świeżości dopadł naszego ulubionego bohatera z nawijką, który wkroczył w nową serię wydawniczą Marvel Fresh. Po bardzo długiej przygodzie z Deadpoolem, z czytelnikami pożegnał się legendarny już scenarzysta Gerry Duggan. Zastąpił go Skottie Young, któremu kiedyś przydarzyło się rysować najemnika w albumie „Martwi prezydenci”. Jeśli jesteście ciekawi, co wyszło z konfrontacji nowego autora z DP, zapraszam ro lektury recenzji albumu „Najemnika śmierć nie tyka”.

W skład albumu, który oryginalnie ukazał się jako „Deadpool by Skottie Young vol. 1: Mercin’ hard for the Money”, wchodzi sześć zeszytów.

Dla przypomnienia Deadpool do tej pory nie tylko dowodził swoją drużyną bohaterów do wynajęcia, ale również dzięki Kapitanowi Ameryce dołączył do Drużyny Jedności Avengers, którą ponadto wspierał finansowo. Niestety ostatnie wydarzenia w uniwersum (event Tajne Imperium) źle wpłynęły na jego życie. Bycie superbohaterem go zmęczyło i na własne życzenie wykasował sobie pamięć i wrócić do tego, w czym czuł się najlepiej, czyli do najemnikowania.

Aktualnie „zresetowanemu” Wilsonowi doskwiera brak zleceń, a co za tym idzie, brak gotówki. Kiedy nieoczekiwanie na horyzoncie pojawia się możliwość podjęcia współpracy z drużyną Avengers i uratowanie Ziemi przed … rzygającym Celestianinem, bez wahania przyjmuje zadanie. W końcu nie tak często nadarza się okazja uczestniczenia w takim wydarzeniu, jak ratowanie ludzkości przed kosmicznymi wymiocinami. Na szczęście w parze z odzyskaną sławą jako najlepszy najemnik na świecie, przyszły kolejne zlecenia. Deadpool m.in. odwiedzi Dziwnoświat – miejsce, gdzie nie tylko czas płynie inaczej, w poszukiwaniu chciwego księgowego czy stawi czoła hordzie staruszków zombie w galerii handlowej.

Restart całego uniwersum w cyklu wydawniczym Marvel Fresh prawie w każdej serii miał udane otwarcie. Nie inaczej jest i teraz. Skottie Young pokazał, że ma całkiem inny i bardzo świeży pomysł na Wade’a Wilsona. Nowy scenarzysta postawił nie tylko na więcej humoru sytuacyjnego, ale również na więcej odniesień do popkultury. Część, w której Deadpool na potrzeby marketingu wymyśla różne wersje swojej genezy i biografie to jeden z lepszych momentów tego albumu. Odnajdziemy tutaj wyśmiewanie początków takich superbohaterów jak Batman, Superman czy Spider-Man. W ogóle Wilson Younga jako Najemnik z nawijką, więcej gada, a jego język jest bardziej cięty i wulgarny – o wiele więcej przeklina niż w poprzednich wydaniach.

Bardzo fajnym posunięciem ze strony Younga było sięgnięcie po znaną szczególnie ostatnio z dwóch filmowych adaptacji bohaterkę - Teenage Negasonic Warhead. Młoda dziewczyna, która tak naprawdę nazywa się Ellie Phimister, jest asystentką Deadpoola w jego biurze. Jej postać jest fajna, szczególnie że jak już oderwie wzrok od komórki, to rzuci idealną ripostę do Wilsona.

Również świeżo album wygląda od strony graficznej. Pierwsze trzy zeszyty, czyli historię z Avengersami rysował Nic Klein - niemiecki rysownik, który debiutuje jako grafik Deadpoola. Pozostałe trzy zeszyty to już dzieło Scotta Hepburna, który na swoim koncie miał już przygody Najemnika z nawijką. Obaj panowie mają bardzo fajny styl. Sceny walk są brutalne i dynamiczne. Kadry są szczegółowe, a przede wszystkim fajnie prezentują się te 1- czy 2-stronnicowe. Warto również zawiesić oko na alternatywnych okładach. Są znakomite i zapewne nie jeden z Was chciałby na ścianie takie plakaty.

Podsumowując, album „Najemnika śmierć nie tyka” nie zawiedzie fanów Deadpoola. Nowy twórca, mówiąc kolokwialnie, daje radę. Widać, że stara się on nie kopiować stylu Duggana, a jego świeże pomysły na tą postać sprawdzają się. Otrzymujemy to wszystko, co najbardziej lubimy w historiach z Wilsonem. Najemnik nadal jest świadomy bycia bohaterem komiksowym. Jest sporo akcji i fajnych dialogów. Jest brutalnie i zabawnie jednocześnie. Polecam, mając jednocześnie, że Young nie utraci werwy i zaskoczy nas jeszcze fajnymi historiami.

 

Dział: Komiksy
środa, 25 sierpień 2021 12:56

Zapowiedź: Fundacja

Isaac Asimov (1920–1992) to bodaj najwybitniejszy, najpłodniejszy i najpoczytniejszy autor science fiction wszech czasów, siedmiokrotny zdobywca prestiżowej nagrody Hugo. Zasłynął głównie epokowym cyklem „Fundacja”, sagą o Imperium Galaktycznym, które –  choć wydaje się wieczne – chyli się ku upadkowi.

Dział: Książki
środa, 11 sierpień 2021 14:25

Hellblazer

„Hellblazer” to opowieść o Johnie Constantine. Kim jest John Constantine? To człowiek, który ma pecha, choć przy okazji ma dar. To właśnie on jest jego pechem. Wszak widzi on istoty z innego wymiaru: duchy, potwory, demony. Nie dziwota, że robi za maga, egzorcystę, choć z siłami Nieba nie ma zbyt wiele wspólnego. Ot, czasami się nimi wysłuży. John to też człowiek czynu, głębokiej myśli i złośliwego humoru. Mogę też powiedzieć, że ma w sobie urok, więc nie dziwota, że kobiety (no, może nie wszystkie) za nim przepadają. Idealne zestawienie cech dla detektywa.
 
Właściwie Johna poznajemy w „Sadze o potworze z bagien” Alana Moore’a, stąd dwa zeszyty tychże przygód w tym zestawieniu (kolejno „Swamp thing” nr 76 scenariusza Ricka Veitcha i 77 Jamie Delano). Jednak jest na tyle charakterystyczną postacią, że doczekał się pokaźnej serii.
 
Jest jedna rzecz, na którą muszą cierpieć zbiory takie jak ten. Jest nią problem związany z ciągłością świata przedstawionego. Można to zauważyć właśnie w crossoverze z Potworem z Bagien, gdzie Rick Veitch dopiero po skończeniu zeszytu zauważył, że Constantine ma już własną serię (!). Na szczęście udało się na tyle zgrać mu z Jamie Delano, że nie ma w tej historii zgrzytów. Jednak czasami może dojść do nieporozumień, jak choćby jak z paczki papierosów wyrósł potwór. Na szczęście w komiksie poza tłumaczącym takie rzeczy wstępem, spotkamy się także z przypisami, gdzie czytelnik powinien szukać ewentualnego rozwinięcia tematu.
 
Oczywiście poza dwoma zeszytami z Potworem z Bagien, w tym tomie znajdziemy przede wszystkim osobne historie blond detektywa. Będą to zeszyty 1-9, czyli seria „Grzechy pierworodne” oraz 10-13, czyli „Zło, które znamy”. To początki działalności Johna. Poznajemy więc nie tylko pierwsze przyzwanie demona, ale także pierwsze błędy. A błędów Constantine w swoim życiu ma wiele. Niestety większość kończy się dla jego przyjaciół tragicznie. Może dlatego John jest ryzykantem i nie stroni od butelki. Ogólnie dla postronnego obserwatora mógłby się wydawać pijaczyną w delirium: gada do siebie, biegnie w owczym pędzie, niby coś goniąc, robi głupie rzeczy. Wszystko dlatego, że on widzi zjawy, demony i duchy, a inni nie.
 
Podróż Johna w tym tomie była wypełniona mentalną udręką i poczuciem winy. Jego bagaż to ogromny ból i za każdym razem, gdy pozwala nam zajrzeć do jego uszkodzonej psychiki, nie jesteśmy przygotowani na ilość cierpienia, którą nosił przez cały ten czas. Nie jest nam jednak do końca żal, ponieważ większość strat została spowodowana przez niego na własne życzenie. Jest zbyt arogancki, pewny siebie, impulsywny - takiego Constantine nie kochamy, takim gardzimy, bo zagrażał ludziom, których spotkał na swojej drodze.
 
Zamieszczone tu zeszyty pokazują coś jeszcze: świat lat 70-80-tych widziany oczyma rysownika i scenarzysty. To czasy wyborów w Wielkiej Brytanii, w których przewidywano, że Margaret Thatcher i Partia Konserwatywna przegra wybory. Dla ówczesnych było szokiem, że tak się nie stało. W komiksie sporo miejsca dla polityki i dyskusji o niej. Mamy też pierwsze zachwyty nad dopiero co raczkującą siecią komputerową i Internetem. Już wtedy Delano zauważył, że można w się w niej zatracić, zgubić tożsamość, wreszcie uprzeć podłączonym do komputera. Do tego to świat Zimnej Wojny, strachu przed energią atomową, co tak dobrze widać w śnie Constantine. Ogólnie Delano uwielbia metafizyczne i senne powiązania. Są one naprawdę świetnie uchwycone pod względem graficznym.
 
Zwykle komiksy czyta się szybciej niż powieść. W przypadku „Hellblazera” to nie jest właściwie możliwe. To naprawdę złożony świat, pełen cierpienia, filozofii, widowiskowości ocierającej się o epickość, symboliki, subtelności i satyry. Świat, który doceni chyba każdy.

 

Dział: Komiksy

Multikino wróciło, wrócił także legendarny MARATON HORRORÓW! Już 30 lipca ponownie zapraszamy wszystkich miłośników porządnego straszenia na noc pełną grozy pośród ciemności sali kinowej. Na wielkim ekranie zaprezentujemy cztery filmy, które napełnią radością (i przerażeniem!) wszystkie serca wielbicieli horrorów.

Dział: Kino
czwartek, 01 lipiec 2021 14:46

Wyspy ogniste

Gdy podróż się rozpoczyna, w załodze zawsze jest mnóstwo energii, pozytywnych myśli i zapału do działania. Jest plan i nie ma czarnych myśli. One pojawiają się o wiele później, gdy już przerobicie milionową wersję planu, a cel oddala się, zamiast przybliżać. Jak wtedy utrzymać chęć do działania? Przed wesołą drużyną pozostał ostatni fragment drogi do Askiru. Tym razem czeka ich morska wyprawa, a niebezpieczeństwa czyhają niemalże na każdym kroku. Havald ma nadzieje, że ostatni etap podróży pozwoli im się zjednoczyć i zyskać sprzymierzeńców w walce z cesarzem nekromantą i jego imperium.

Niestety już początek rejsu naznaczony jest pechem dla wojownika. Havald podczas ataku piratów wypada za burtę, a fale niosą go na Wyspy ogniste. To tu swoją bazę mają morscy rozbójnicy. Wyspy te skrywają w swym wnętrzu coś jeszcze. To może okazać się równie niebezpieczne, jak spotkanie z piratami. Havald przez wypadek wiele straci. Czy uda mu się odnaleźć przyjaciół i drogę do Askiru?

 
Wyspy Ogniste

 
Każdy kolejny tom serii jest niczym powrót w dobrze znane miejsca i do ludzi, których już możemy śmiało nazwać przyjaciółmi. I choć znamy tu niemalże każdy kąt, to wciąż między słowami czają się tajemnice i skrywane cienie. Coś, co nadal jest w stanie nas zaskoczyć i zmienić bieg wydarzeń. Możemy dać się porwać utartym ścieżkom lub poszukiwać na nowo dróg do celu. Bez względu na sposób poznawania dalszych losów ukochanych postaci, powracanie wprost w wir wydarzeń, zawsze jest miłym wydarzeniem. Nie inaczej jest w przypadku Havalda i jego towarzyszy. Askir zdaje się majaczyć na horyzoncie, a droga mieni się prostotą i lekkością. Czy faktycznie tak jest?

Morze bywa zdradzieckie, czasem nawet bardziej niebezpieczne niż przeprawy przez lądy. Nie tylko pogoda może zmyć nam uśmiech z twarzy i ludzi z pokładu, ale i piracki atak. O tak, to z pewnością wydarzenie, które zmienia nieco bieg historii, a czytelnika zabiera wprost na wyspy ogniste. Tam fabuła nabiera rozpędu i zaskakuje rozwiązaniami, nie umniejsza to jednak dotychczasowej linii zdarzeń. Autor wie, kiedy czytelnik rozkojarzony możliwie bliskim finałem, porzuca logiczne myślenie i skupienie na rzecz emocji, a tych tu nie brakuje.

 
Wśród bohaterów

 
Zdawać by się mogło, że tak długa historia nie będzie miała już przed nami większych tajemnic. Nie zmieni nic w naszym wyrobionym zdaniu o poszczególnych postaciach, a jednak do tej pory czułam niedosyt. Tam, gdzie wszystko było dopracowane i mieniło się niczym otwarta magiczna księga, ja doszukiwałam się rys i nieścisłości. Pewnie fakt nieznajomości imienia i nazwiska wojownika Havalda miał tu swój udział. Teraz gdy on traci grunt pod stopami, my zyskujemy wejście tam, gdzie do tej pory rzucano cienie. Autor spisał się świetnie, jeśli chodzi o kreacje postaci. Nie poznajemy ich od razu, zresztą każda przeszkoda, walka czy kłótnia wpływa na poszczególnych bohaterów i pozostawia w nich ślad. I tym razem to, co znajome, ulubione nieznacznie się zmienia. Teraz jednak wszystko wskakuje na swoje miejsce.

Fabuła od zawsze współgrała ze złożonością postaci i nie inaczej jest tym razem, gdyż powieściopisarz skupił się na tych elementach na równi. Wyspy ogniste płoną od akcji, tajemnic i niebezpieczeństwa, ale i dają nam wszystko to, za co pokochaliśmy tę serię. Magia, prosty język, którym spisana jest opowieść i ogromna dawka humoru pozostają niezmienne. Nie można zapomnieć o emocjach i świetnie skrojonej intrydze, która idealnie miesza nam w głowach i każe zastanowić się nad tym, komu ufamy.

 
Podsumowanie

 
Wyspy ogniste przyciągają równie mocno, jak poprzednie tomy serii. Znajdziemy tu wszystko to, co urzekło nas w tomach poprzednich, ale i nie będziemy się nudzić, gdyż autor dba o czytelnika i podrzuca mu co rusz nowe poszlaki i tajemnice, które wciąż komplikują to, co zdawało się poukładane. Schwartz stworzył niesamowitą opowieść pełną tajemnic i przeszkód, a także charakternych bohaterów, z którymi nie sposób się nie zaprzyjaźnić. Cały cykl, jak i jego piąta odsłona to masa emocji, magii i niebezpiecznych przygód, które warto poznać.

Dział: Książki

Wydawnictwo Egmont Polska, we współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego, z przyjemnością prezentuje pierwszy tom cyklu „Bazyliszki”. Ta komiksowa opowieść osadzona w realiach przedwojennej Warszawy jest zaproszeniem do barwnego świata lat 30.

Dział: Komiksy
środa, 24 luty 2021 22:48

Morderców tropimy w czwartki

Brytyjski humor lubię i rozumiem; swego czasu dość często sięgałam po angielską literaturę i rozkoszowałam się jej stylem i klimatem. Morderców tropimy w czwartki to książka, dzięki której miałam przenieść do się Anglii i poczuć wszystko to, co z tym związane. Klub kryminalny, który zajmuje się rozpracowywaniem starych spraw, a także i jednej nowej, może nie byłby czymś przedziwnym i zabawnym, gdyby nie to, że jego członkami są sami (ekscentryczni) emeryci!
 
Wioska dla seniorów to miejsce z pozoru zwyczajne, jednak działa w niej przedziwny klub, a jego członkowie uwielbiają rozwiązywać wszystkie niewyjaśnione sprawy. Gdy zostaje zabity miejscowy deweloper Ibrahim, Joyce, Elizabeth i Ron nie mogą przejść obok takiej okazji obojętnie. Czy uda im się schwytać zabójcę?
 
Nie mogłam doczekać się lektury. Chciałam się śmiać i razem z bohaterami wplątać się w sprawę tajemniczego morderstwa. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilkunastu stronach nie poczułam nic, a co więcej, nie wiedziałam, na czym aktualnie skupia się akcja. Rozdziały są krótkie, a autor z prędkością pocisków, wystrzeliwanych z karabinu maszynowego zmienia sposób narracji, miejsce, bohaterów. Wszystko biegnie do przodu tak szybko, że nie sposób zwolnić, chociaż na chwilę. Trudno wpaść w rytm, jaki narzucił czytelnikom autor. Odkładałam książkę z obawą, że gdy do niej wrócę, będę jeszcze bardziej zagubiona. Bohaterowie, sposób narracji zmieniają się jak w kalejdoskopie, a ja czasami miałam lekturowe zawroty głowy, czyli nie wiedziałam, gdzie jestem i o czym czytam. Na szczęście im stron ubywało, tym wrażenie wszechobecnego chaosu i ilości bohaterów malało. Jednak nadal członkowie ekscentrycznego klubu zlewają mi się w jedno. Nie ma tam osoby zwyczajnej; każdy z członków klubu przejawia cechy charakteru, które wyróżniają go z tłumu i byłoby to intrygujące, gdyby na scenie tego przedstawienia, pojawiała się dwójka postaci. Tutaj jest inaczej. Gdy bohater występował sam, było to satysfakcjonujące, jednak gdy zbierała się ich cała gromada, ciężko było odnaleźć się w tym morzu ekscentryczności.
 
Jeżeli pomimo to, nadal chcecie przeczytać Morderców tropimy w czwartki, autorstwa Richarda Osmana, to ta książka jest dobrą komedią kryminalną, a wszystko za sprawą wesołej gromadki. Chaos wydarzeń, przeskakiwanie od bohatera o bohatera łagodzi styl autora – lekki, zabarwiony ironią, z tym angielskim humorem, za którym tak tęskniłam. Doceniałam te chwile, gdy mogłam się nim rozkoszować, a im bardziej zagłębiałam się w lekturę, to było ich coraz więcej. Wydawało mi się, że gdy śledztwo zacznie się rozkręcać (a należy zaznaczyć, że równoznacznie sprawą zabójstwa zajmuje się także policja), poczuje się jeszcze bardziej zagubiona i zirytowana, jednak było to wrażenie mylne. Sama sprawa zabójstwa również prowadzona jest ciekawie, bo autor co rusz podsyła nam mylne tropy i poszlaki.
 
Morderców tropimy w czwartki to lektura, która nie jest idealna. Źle się czułam podczas czytania i niestety, nawet te chwile przyjemności mi tego nie zrekompensują. Jednak jeżeli lubicie angielskie komedie kryminalne, to nie bójcie się i próbujcie swoich sił!

 

Dział: Książki

Bogaty program spotkań, paneli dyskusyjnych, prelekcji i wideo-wywiadów, a także galeria prac konkursowych z tegorocznych edycji konkursu dla dzieci i na krótką formę komiksową, rozgrywki turniejowe w League of Legends i możliwość otrzymania specjalnej antologii komiksowej. To wszystko czeka na uczestników wirtualnej edycji tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier, który odbędzie się on-line, w dniach 14 i 15 listopada br. na platformie www.komiksfestiwal-cyberedition.com 

Dział: Wydarzenia
wtorek, 13 październik 2020 11:48

Rick and Morty. Kupkazpupki Superstar

„Rick and Morty. Kupkazpupki Superstar” z grafiką i scenariuszem Sarah Graley to poboczna historia serii „Rick and Morty” Dana Harmona i Justina Roilanda. Czy trzeba znać serial lub komiks, by zabrać się za historię pana Kupkazpupki? Niekoniecznie, choć fani serii Rick and Morty zauważą szybko, że komiks nawiązuje do odcinka, w którym pan Kupkazpupki został postrzelony i zabity.

Okazuje się, że to jak w filmach hard boiled: zabili go i uciekł. „Kupkazpupki Superstar” to swego rodzaju sequel. Oto nasz zielony przyjaciel nie umiera, ale nadal znajduje się w tarapatach. O pomoc postanowił sprytnie poprosić Summer. To jedyna z rodziny, która do niego nie strzelała, więc jej ufa. Sama Sommer też ma problem, bo denerwuje ją, że zwariowany wynalazca, wiecznie śliniący się dziadek Rick zawsze zabiera na przygody Morty’ego, a nie ją. Bez problemu daje się więc namówić panu Kupkazpupki na podróż na jego planetę. Tam okazuje się… że jest on poszukiwanym celebrytą! Wszyscy go kochają i szukają, trwa narodowa żałoba po jego zniknięciu. Następuje seria przygód, w których czytelnik nie wie, czy bohater chce zostać znaleziony, ponieważ jest sławny, czy też został znaleziony, ponieważ jest obiektem morderczej wściekłości. Summer staje się bohaterem, ale czy to wystarczy, by jej dziadek ją zauważył?

Muszę być uczciwa i wzmiankować, że cała seria, także ten zeszyt, to nagromadzenie dość specyficznego, amerykańskiego poczucia humoru. Imiona postaci są czasem z pupy, do tego nadużywane z przesadyzmem. Humor należy do tych albo głupkowatych, albo przesyconych fizyką teoretyczną; czasem też nasączony onomatopeicznymi zwrotkami podobnymi do przyśpiewek w kole gospodyń wiejskich. Niestety, choć sama kocham całym sercem choćby „Futuramę”, „Bojack Horseman’a”, „South Park” czy nawet niektóre sceny „Włatców much”, to tym razem nic mnie nie porwało.

Jeśli szukasz dobrej zabawy i jesteś fanami serii - spodoba ci się. Jeśli nie, to prawdopodobnie nie jest dla ciebie. Grafika, humor i żarty są takie same jak w serii „Rick and Morty”. To nie jest nic niezwykłego ani genialnego pod żadnym względem. Bo to tylko i aż kolejna przygoda Ricka i  Morty'ego Sommer.


Dział: Komiksy