kwiecień 04, 2025

Rezultaty wyszukiwania dla: Mroczna bohaterka

sobota, 20 czerwiec 2015 12:13

Housebound

Nie lubię filmów z gatunku miksu horroru z komedią. Seria „Straszny film"? Chciałabym, żeby spłonęła (przesadzam ledwie odrobinkę). I nie wynika to ani z miłości do horroru, ani z uwielbienia komedii, ani z pokręconej wizji konieczności zachowania czystości gatunków filmów. Po prostu, nie lubię i już. Odczuwam na takich seansach dreszcze zniesmaczenia i ogólną potrzebę ukrycia się. Okazuje się jednak, że można zrobić komedię-horror, którym nawet ja będę się zachwycała. To cudo nazywa się „Housebound".

Kylie Bucknell (Morgana O'Reilly) jest typową buntowniczką z niemałą kartoteką wyskoków. Najnowsze wykroczenie przynosi jej sądową decyzję o domowym areszcie. Dziewczyna zmuszona jest zamieszkać z matką (Rima Te Wiata). Sęk w tym, że starym dom rodzicielki skrywa w sobie wiele sekretów. Życia w nim nie ułatwia także fakt, że jego właścicielka... wierzy w duchy. Co więcej, gdy tylko Kylie wprowadza się do starego pokoju, tajemnicze siły zaczynają się uaktywniać. W końcu, z pomocą miejscowego policjanta (Glen-Paul Waru), dziewczyna decyduje się rozwikłać sprawę. Tego, co odkryje naprawdę nikt nie mógł się spodziewać...

Pierwsze minuty filmu balansują gdzieś na krawędzi komedii i typowego wstępu do mrocznej opowieści. Z jednej strony widz otrzymuje pełen pakiet tajemniczych odgłosów, szurania, trzeszczenia i wykrzywionych przerażeniem twarzy, a z drugiej strony inne bodźce zapewnia mu główna bohaterka obrazu, Kylie, która swoim specyficznym podejściem do świata chwieje horrorową otoczką w posadach. Nie zmienia to jednak faktu, że w „Housebound" są momenty, w których chłodne dreszcze wspinają się po karku. To perfekcyjny mariaż w teorii sprzecznych gatunków, absolutnie odmienny od produkcji takich, jak „Straszny film", gwarantujący strach oraz jego kompensację przy pomocy śmiechu.

Warstwa fabularna początkowo przywodzi na myśl setki innych obrazów. Oto kolejny stary dom, kolejne mroczne historie z jego przeszłości, pogromca duchów (chociaż zgoła odmienny od nawiedzonych jasnowidzek) i sama zjawa. Z tym, że zjawa zupełnie niepodobna do tych, do których przyzwyczaili nas twórcy horrorów. Chcecie wiedzieć, o co chodzi? Musicie obejrzeć film, ja tego sekretu nie zdradzę. Zwłaszcza, że to główny element, który zadecydował o takiej wysokiej ocenie produkcji.

Zdecydowanie do wysokiej jakości obrazu przyczynia się doskonale dobrana obsada aktorska. I mam tutaj na myśli wyłącznie Morgany O'Reilly, ale równie jej filmową matkę, Rimę Te Wiata. Obie są niezwykle charakterystyczne i charyzmatyczne. Plastyczna twarz starszej z członkiń obsady potrafi wywołać salwę śmiechu niezależnie od sytuacji i wypowiedzi. A gadatliwość jej postaci, która przywołuje w pamięci obraz matki panien Bennet w „Dumie i uprzedzeniu", wydaje się w dziwaczny sposób naturalna, a nie – przesadzona, chociaż w codziennym świecie spotkałam może jeden taki słowny karabin.

W warstwie technicznej nic nie zgrzyta. Kadry są ciemne, chwilami przekrzywione i zaburzające percepcję. Muzyka na przemian bawi i krew mrozi w żyłach. Kilka zabiegów dźwiękowych, przeplatających sferę diegetyczną i niediegetyczną, wypadło naprawdę nieźle, podnosząc ogólną ocenę odbioru filmu o jedno oczko.

„Housebound" najlepiej oglądać w gronie znajomych. To idealny film na rozpoczęcie horrorowej nocy z ogromem niezdrowych przekąsek i butelką wina. Szeroki rejestr emocji i ich wspólne przeżywanie – gwarantowane. Jeżeli jednak spodziewacie się po opisywanym filmie krzyków przerażenia – możecie srogo się zawieść. Bo chociaż plakat sugeruje mroczną historię, ta ma w sobie sporą dawkę kompensacyjnej rozrywki. Dajcie się pozytywnie zaskoczyć.

Dział: Filmy

Pomyśl przez chwilę, drogi Czytelniku, czego się boisz? Co wzbudza w Tobie pierwotny lęk? Strach tak ogromny, że aż paraliżujący...?
Czy znajdziesz w sobie odwagę, aby spotkać się z morderczym klaunem, opętanymi przedmiotami, zjawami oraz innymi istotami, które nie powinny istnieć?

Prawdą jest, że wielu z nas lubi się bać- oglądamy horrory, czytamy przerażające historie. Na rynku wydawniczym istnieje wiele książek grozy, nie wszystkie jednak powinny się ukazać. Pokłosie do tej grupy na szczęście nie należy.

Siedem opowiadań, pięcioro autorów- Kacper Kotulak (To nie TO!, Death Metal), olsztynianin, z wykształcenia inżynier geodeta. Pierwsze literackie kroki stawiał na portalu Fantastyka.pl, zaś jego "papierowym" debiutem było opowiadanie Full Plastic Jacket. Znany również z publikacji w Małych problemach wielkich bohaterów oraz na portalu ExFabula. Jarosław Turowski (Cierniowy Dwór), spod którego pióra powstają głównie horrory, redaktor magazynu Via- Appia. Wielki fan sagi Stephena Kinga o Rolandzie Rewolwerowcu i Mrocznej Wieży. Juliusz Wojciechowicz (Świniak), współautor zbioru Człowiekiem jestem, Toystories, Księgi wampirów. Publikuje także m.in. na portalu Horror masakra, Via Appia, Niedobre Literki, Szortal, ExFabula. Marek Zychla (Fhabhtanna, Chyba), obecnie mieszkający w Irlandii, gdzie zajmuje się księgowością w domu kultury. Co prawda coraz rzadziej tworzy, ale miłość do literatury nigdy w nim nie osłabnie. Oczywiście w tak doborowej grupie nie mogłoby zabraknąć kobiety- Paulina J. Król (Status quo) zadebiutowała w cyfrowej antologii Zombiefilia, publikowała również w Horror masakrze oraz Krypcie. Autorka, recenzentka, nałogowa czytelniczka. Dodatkowym atutem książki staje się Wstęp, napisany przez coraz popularniejszego pisarza grozy, Stefana Dardę ( m.in. Czarny Wygon, Opowiem Ci mroczną historię). Chyba po raz pierwszy w mojej czytelniczej karierze nie ominęłam wstępu, rzucając nań tylko okiem. Byłam ciekawa, jak do sięgnięcia po antologię zachęca ów pisarz.

Często spotykam się z tym, że gdy ktoś przeczyta informację "to zbiór opowiadań", "antologia"- od razu ucieka gdzie pieprz rośnie. Po części rozumiem te czytelnicze lęki, choć osobiście takowe zbiory preferuję. I mimo, że do fanów Stephena Kinga nie należę, to zachęcona opisami sięgnęłam po antologię poświęconą królowi grozy. Moja nieznajomość całej twórczości Mistrza nie przeszkodziła mi w wyłapaniu wątków zaczerpniętych z jego książek. Pewien klaun z opowiadania "To nie TO!" od razu rzucił się w oczy, nasunął pewne skojarzenie, ba- sam tytuł niejako Czytelnika naprowadza. Nie znaczy to oczywiście, że wszysko było "żywcem" odgapione, nie- raczej określiłabym to jako wybranie innej drogi do poprowadzenia danej historii. Możemy więc nie tylko poznać wersję Stephena Kinga, ale także wszelkie wariacje polskich autorów.

Po prostu dotarło do mnie, jak kruche jest życie. To taki banał, ale mimo, iż wiedziałem o tym cały czas, to nigdy nie wiedziałem tego z całą świadomością. Żyłem bezwiednie, przyjmując to za pewnik. Tak jak oddychanie. Zaczynamy o tym myśleć dopiero wtedy, kiedy brakuje nam tchu.

- Kochanie, ale nieustanna myśl o śmierci powoduje, że nigdy nie żyjemy prawdziwie.

Byłoby nie lada wyczynem, gdyby na 358 stron nie pojawiło się ani jedno słabsze opowiadanie. Niestety, także i w tym przypadku tak było. Nie porwała mnie historia dziwnego roweru, zwanego Świniakiem, nie poruszył specjalnie klaun, nie do końca przekonała mnie historia pana Zychla- Fhabhtanna (choć muszę przyznać, że była dość zabawna- a miałam się bać!). Patrząc surowym okiem, te trzy uznaję za nieco słabszą stronę książki. Moim ulubieńcem został bez żadnych wątpliwości Status quo, historia raczej nieprawdopodobna... a gdybym miała przeżyć to, co bohaterowie- przerażająca. Nie ukrywam, że czasem przelewająca się krew to dla mnie za mało, a wolę, gdy ktoś próbuje sięgnąć głębiej, oddziaływać na moją psychikę. Tak uczyniła pani Król swym opowiadaniem, po skończeniu jeszcze długo nad nim rozmyślałam. Podobnie rzecz się ma z utworem Chyba, gdzie podczas czytania właściwie nie wiem, co się dzieje (zresztą mam wrażenie, że bohaterka raczej też nie). Lektura owego opowiadania nasunęła mi skojarzenie z filmem Inni, ale nie zdradzę szczegółów.

Zazwyczaj wymagam od horroru tego, aby do ostatniej strony trzymał mnie w niemalejącym napięciu, żeby coś się działo. Jestem w stanie zadowolić się pokracznymi istotami nie z tej ziemi, potępionymi duszami czy okrutnymi mordami, jeśli kryje się w tym jakiś sens, zaś akcja wartko się toczy (chyba nie jestem wybredna, co?). Do tej pory uważałam, że tylko takie rzeczy są w stanie mnie choć odrobinkę "ruszyć" nawet, jeśli film/ książka tym samym mnie obrzydzała. Wyjaśniając- Pokłosie to zbiór opowiadań, w którym właściwie tylko jedno ocieka posoką. Nie ma zbyt wielu wymarzonych przeze mnie duchów (choć nie mówię, że wcale tam nie występują!). Ale... każdy kolejny utwór był ciekawszy od poprzedniego i mimo, że nie "straszył" w pierwotny sposób, to dają Czytelnikowi coś więcej- skłaniają do zastanowienia. Życie jest kruche, ulotne, a my nie zwracamy na to uwagi żyjąc, jakby Kostucha miała nas nigdy nie złapać. Dopiero ta antologia, a konkretniej Status quo uświadamia nam, że kiedyś umrze każdy, kogo dziś kochamy. I czyż sama ta myśl nie jest prawdziwie przerażająca?

Uważam, że Pokłosie to pozycja godna uwagi, polecam!

Dział: Książki
czwartek, 01 styczeń 2015 18:50

Styczeń w JPF'ie

W styczniu ze strony wydawnictwa JPF nie czekają nas żadne mangowe nowości, pojawi się jednak kilka kontynuacji bardzo znanych i popularnych serii, takich jak Naruto czy Bleach.

Dział: Manga
wtorek, 28 październik 2014 23:30

Premiera: "Jesienna Róża"

Druga część „Mrocznej Bohaterki" Abigail Gibbs już wkrótce! Premiera „Jesiennej Róży" już 19 listopada!

Dział: Książki
niedziela, 19 październik 2014 01:53

Nomen omen

Fantastyka jest gatunkiem literackim, przy którym pisarze mają duże pole do popisu. Każda historia ma szansę być oryginalna i zaskakująca. Twórczość nie ma granic. Możliwe jest wszystko. Wielu jednak autorów woli trzymać sie sztywnych norm i szablonów. Z pewnością jednak nie należy do nich Marta Kisiel, która nie wahała się przed wykorzystaniem swojego oryginalnego pomysłu.

Główną bohaterką powieści jest Salomea Klementyna Przygoda, która dzięki temu, że jej przyjaciółka wyjechała za granicę, otrzymała stanowisko w uniwersyteckiej księgarni. Dziewczyna ucieka od swojej nieco zwariowanej rodziny, która choć ma wiele dobrych chęci, to jednak brakuje jej jakiegokolwiek wyczucia taktu. Z deszczu jednak trafia pod przysłowiowa rynnę, gdyż dom w którym wynajmuje pokój, należy do jeszcze dziwniejszych i bardziej zwariowanych mieszkańców. Gdy jednak rodzony brat próbuje utopić Salkę w Odrze, jej świat zupełnie już staje na głowie, zalany powodzią nieszczęśliwości.

"Nomen Omen" to fantastyczna powieść, okraszona dużą dawką prostego humoru. Przewidywane są skutki uboczne lektury. Podczas czytania śmiałam się przez pół nocy, budząc przy tej okazji irytującą się na mnie z tego powodu rodzinę. Niektóre niuanse humorystyczne zrozumiałe są wyłącznie dla wtajemniczonych, pozostałe jednak sądzę, że dotrą do każdego. Uprzedzam jednak, że nie jest to dowcip delikatny i zawoalowany. Marta Kisiel fakty przedstawia wprost, nie szczędząc swoim bohaterom krytyki. Książka napisana została w lekkim stylu, ale jednocześnie dość barwnym, miejscami slangowo-potocznym językiem. Z pewnością sposób, w jaki została stworzona treść jest niepowtarzalny i już on sam cechuje prozę pisarki. Nawet gdy pominiemy dość oryginalną historię.

Przygoda jest ciekawa, wciągająca i fajnie pomyślana. Gdybym miała zwrócić uwagę jedynie na samą fabułę, powiedziałabym, że to nic nowego, bo wszystkie pomysły już gdzieś się przewijały. Jeżeli jednak wziąć pod uwagę sposób w jaki ta historia została napisana, to "Nomen Omen" staje się powieścią niepowtarzalną, zaskakującą i jedyną w swoim rodzaju. Akcja toczy się warto, choć na początku dotyczy głównie perypetii Salki. Później jednak rozwija się stopniowo, by wprowadzić w życie, jako rzecz zupełnie normalną i codzienną, treść nadprzyrodzonej przygody.

Najmocniejszą stroną książki są jej bohaterowie. Wszyscy, co do jednego, stworzeni z humorem i opisani w barwnym stylu. Jednocześnie są sympatyczni i z łatwością można się do nich przywiązać. Okazuje się również, że "prawie zwyczajne" rodzeństwo o wdzięcznym nazwisku "Przygoda" ma swoją rodzinną, mroczną tajemnicę. Ważną rolę w powieści odgrywa również papuga. Niewiele treści w "Nomen Omen" można uznać za zwyczajne. Salka natomiast jest dziewczyną z kompleksami, której wiele rzeczy się nie udaje. To postać, która w żadnym stopniu nie jest wyidealizowana. Niezwykle ciekawie wykreowana bohaterka.

"Nomen Omen" to książka nietypowa. Jest dobrze napisana, pomysłowa i wciągająca. Sam tytuł i intrygująca okładka również zachęcają do przeczytania. Jej największą wadą w moich oczach był fakt, że pisarka zbyt szybko odkryła przed czytelnikami swoje karty i zakończenie nie niosło ze sobą żadnych niespodzianek. Jestem jednak przekonana, że mimo tego książka niejednemu czytelnikowi dostarczy wesołej rozrywki i z przyjemnością przeczyta ją od początku do końca, chłonąc po drodze każde, wesołe słowo.

Dział: Książki