Rezultaty wyszukiwania dla: Mroczna bohaterka
Mistrz grozy powraca w wielkim stylu
Czytelnicy kochają powieści Stephena Kinga, ale i jego opowiadania - zawsze mocne i zapadające w pamięć - są prawdziwą mroczną ucztą dla zmysłów. "Jest krew…" to cztery nowe, znakomite opowieści, które z pewnością staną się równie sławne jak "Skazani na Shawshank".
Nie wywołuj wilka z lasu
Kilka miesięcy temu na polską scenę fantastyki młodzieżowej wkroczyła Karina Bonowicz z obiecującym pierwszym tomem serii Gdzie diabeł mówi dobranoc. Powieść, okraszona mrocznymi tajemnicami i bogato czerpiąca z mitologii słowiańskiej, rozbudziła wyobraźnię i ciekawość, zwłaszcza że zakończenie pozostawiło więcej niedomówień niż rozwiązań. Teraz możemy się przekonać, jak autorka dalej poprowadziła losy obdarzonych nadnaturalnymi mocami nastolatków z Czarcisławia.
Nie wywołuj wilka z lasu stanowi bezpośrednią kontynuację wydarzeń przedstawionych w poprzednim tomie, dlatego po jej lekturę należy sięgnąć dopiero, gdy przeczytacie już Księżyc jest pierwszym umarłym. Z tego samego powodu warto czytać je w krótkim odstępie czasu, zanim poszczególne informacje i wątki wywietrzeją nam z głowy.
Gwoli przypomnienia i wprowadzenia. Główną bohaterką powieści jest siedemnastoletnia Alicja, która po śmierci rodziców przeprowadza się z Warszawy do niewielkiej miejscowości, wspomnianego już Czarcisławia. Na miejscu poznaje legendę o pakcie z diabłem, jaką mieli zawarli założyciele miasteczka, obdarzeni nadnaturalnymi mocami. Jak się okazuje, opowieść ta ma w sobie coś więcej niż tylko ziarno prawdy, a sama Alicja wywodzi się w bezpośredniej linii od jednej z założycielek i odkrywa w sobie rosnące w siłę magiczne zdolności. Dziewczyna dowiaduje się też, że już musi wziąć udział w niepokojącym rytuale.
[Poniższy akapit zawiera spoilery do pierwszego tomu, jeśli jeszcze go nie czytaliście, biegnijcie od razu do kolejnego akapitu.]
Zbliża się termin rytuału, dlatego Alicja i Nikodem, związani przysięgą, nie ustają w próbach odnalezienia naczynia, bez którego nie będzie można go przeprowadzić. Ich poszukiwania przerywają kolejne morderstwa, do których dochodzi w Czarcisławiu, a w które zdaje się być wplątany chłopak. Jednocześnie wychodzą na jaw tajemnice z przeszłości, nie wszyscy też okazują się być tymi, za których uważali ich zarówno czytelnicy, jak i bohaterowie.
Mam z tą książką pewien problem. Z jednej strony, podoba mi się stworzony przez autorkę świat i otaczająca opisywane wydarzenia mroczna mgiełka tajemnic i czarów. Akcja pędzi do przodu, nie można narzekać na jej przestoje. Kolejne elementy układanki wskakują na miejsce i dowiadujemy się coraz więcej na temat samych bohaterów, jak i ich historii, ale w tym samym czasie zmienia się perspektywa i to co braliśmy za obraz całości okazuje się jedynie niewielkim jej fragmentem. Autorka zręcznie lawiruje między prawdą a niedopowiedzeniem, podkręca fabułę dorzucając kolejne smaczki. Dzieje się, oj dzieje.
Z drugiej strony, główna bohaterka staje się jeszcze bardziej męcząca niż w pierwszym tomie. Nie powiem, jest jak najbardziej wiarygodną nastolatką, która po ciężkich przejściach, z burzą hormonów i kolejnymi rewelacjami spadającymi jej na głowę, stara się wyjść na prostą. Potrafi być jednak przy tym tak głupiutka, tak mało domyślna, że czasem pozostaje pokręcić głową i odłożyć na pewien czas książkę na półkę. Nie na długo, bo fabuła wciąga, ale od Alicji trzeba czasem zwyczajnie odpocząć. A może po prostu nie nadaję z nią na tych samych falach, bo jestem dwa razy starsza – do rówieśników zachowanie bohaterki prawdopodobnie lepiej przemówi.
Druga kwestia, która uwiera, może wydawać się kosmetyczna, ale drażniła mnie bardziej niż zachowanie Alicji. Już od pierwszych stron można odnieść wrażenie, że bohaterowie nie potrafią ze sobą normalnie rozmawiać - oni non stop na siebie “ryczą”, “syczą przez zaciśnięte zęby” i generalnie buzuje w nich złość i agresja. Nawet w sytuacjach zupełnie do tego nie adekwatnych, jak choćby w scenie, gdy nastolatka siada sobie na szafce “ryczy”, by z niej zeszła, jakby nie mogła po prostu “zwrócić uwagi”, czy po ludzku “powiedzieć”. Nadmiar ryku trąbił mi w uszach jeszcze długo po skończeniu lektury.
Nie wywołuj wilka z lasu to dobra kontynuacja całkiem przyzwoitego cyklu fantastycznego dla młodzieży. Znajdziecie w niej mroczne tajemnice, barwną, dynamiczną akcję oraz kiełkującą historię miłosną, której daleko jednak do romantycznych porywów i czułego patrzenia sobie w oczka. Jednym słowem, nastoletnim fanom fantastyki szczerze polecam.
Stażystka
Kiedy miałam rozpocząć czytanie Stażystki, okazało się, że nagle wszędzie zaczęła się pojawiać. Ostatnio jestem poza wszelki stronami poświęconymi książkom, jedynym źródłem informacji stał się Instagram. Z ciekawości zajrzałam na inne strony i tak, ta książka jest na tak zwanej fali. Czy zasłużenie? O moim zdaniu dowiecie się już za chwilkę. Dopiszę tylko jeszcze, że cieszy się mój słaby dostęp do nowinek, inaczej miałabym dosyć tego tytułu, zanim wyrobiłabym własne zdanie. A tak, usiadłam i po prostu przeczytałam.
Jedna ze znanych i prężnie prosperujących firm w Oławie poszukuje stażystki. Na takie ogłoszenie trafia Klaudia, nasza główna bohaterka. Właśnie skończyła studia, niebawem będzie musiała opuścić akademik i rozpocząć życie, samodzielnie. Bo rodziny nie ma. Koleżanka z roku proponuje wspólny interes, ale do tego potrzeba nakładu finansowego, a tego nasza dziewczyna nie ma. To też, oferta, która pojawia się niczym manna z nieba, wydaje się czymś nierealnym.
Ewa zna na pamięć etap rozmów pracy, które przeprowadzi jej mąż Marek. Zdaje sobie sprawę, że przyglądanie się temu, niczego nie wniesie nowego do jej życia. Bo dla męża owszem. Zyska nową stażystkę. Na pewno będzie nią blondynka i na pewno będzie musiała ująć szefa inteligencją i czymś jeszcze. Co zdecyduje czy umowa o staż na okres sześciu miesięcy zostanie podpisana. Od tej osoby, zależy czy równowaga w małżeństwie Skalskich zostanie zachowana i wszystko nareszcie się ułoży.
Między czasie w Oławie dochodzi do odnalezienia ciała młodej dziewczyny. Jak się później okazuje, pracowała w firmie Skalskich, z dnia na dzień przestała przychodzić do pracy, nikt nie wiedział, co się stało i dlaczego. Poprzedniczka dziewczyny zginęła w wypadku samochodowych, obie zajmowało to samo stanowisko, obie były blondynkami. Czy te dwie sprawy mają powiązanie? A nowa pracownica powinna odczuwać strach?
Fabuła książki toczy się specyficznym rytmem. Nie ma nagłych zwrotów, które pędzą, a czytelnik nie nadąża w zastanowieniu, kiedy jego maleńka hipoteza nagle zostaje obalona. Tutaj autorka po prostu prowadzi sobie grę, niespiesznie, ukazując skrawek po skrawku fragmenty układanki. Jako że przyglądamy się wydarzeniom z perspektywy obu pań, Klaudii i Ewy, może mieć jako taki wgląd na to, co dzieje się zewnątrz i w małżeństwie Skalskich, a to wywiera przeróżne wrażenia. Moim pierwszym było, że są oboje porąbani. Naprawę, inaczej nie jestem w stanie ich określić. Nie mogę za wiele napisać, ponieważ w tym wypadku, o słowo za dużo i po zabawie, a tego potencjalnemu czytelnikowi odebrać nie mam prawa.
Z kolei Klaudia, och ta Klaudia. Gdyby nie świadomość czym zajmowała się podczas studiów, mogłabym ją uznać za typowo młodą i niedoświadczoną dziewczynkę. Tylko w jej przypadku jest to wręcz niemożliwe. To co, robiła, było przemyślane i świadome. Nikt jej nie zmuszał i nie namawiał. Dlatego nie potrafiłam zobaczyć w niej ewentualną ofiarę. Być może jestem okrutna, cóż poradzić.
W każdym razie nasza bohaterka, rozpoczyna pracę, a wraz z nią, dziwną relację ze swoim pracodawcą.
I właśnie w tej relacji, mogę powiedzieć, że autorka, troszkę nie przemyślała. Bo jeśli chciała stworzyć sylwetkę nieświadomej, niewinnej i głupiej ofiary, to trzeba było przemyśleć jej przeszłość i wykreować nieco inaczej. Inaczej, jej zachowanie było widziane jako bezmyślne i chwilami kretyńskie. Nie mogę tego ująć innymi słowami.
Nie umiałam polubić Klaudii, był to typ dziewczyny, której nigdy nie lubiłam i zawsze unikałam takiego towarzystwa. Z kolei Ewa, postać bardziej złożona. Tak naprawdę dopiero pod sam koniec, dowiadujemy się, co dzieje się w ich związku i dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Co nie oznacza, że możemy zrozumieć. Mnie było trudno.
Ogromnym plusem książki jest szybkie czytanie. Autorka ma lekkie pióro, dzięki czemu ma się wrażenie, że kartki same się przewracają. Ciekawość towarzyszy niemalże do końca, chociaż ja dosyć szybko domyśliłam się, kto stoi za śmiercią obu dziewczyn. Mimo to uważam, że ciekawie wyszło, bo bardzo długo podejrzewa się dosłownie każdego.
Co mnie zawiodło? Może infantylność Klaudii, naprawdę jej reakcje i zachowania były zbyt mocno spłycone. O ile na samym początku czytania można było przymknąć oko, to później po prostu drażniło.
Z kolei wyjaśnienie problemu, jaki krył się za murami domu Skalskich, nie było dla mnie wystarczające. Odniosłam wrażenie, że autorka po prostu chciała już skończyć i tak też zrobiła. Ogólnie zakończenie było słabe i zaniżyło całą moją ocenę książki. A szkoda, bo rokowała dosyć dobrze. A tak, jest średnio. Emocji Bóg wie, jakich nie było. Można przeczytać. Chociaż słaby kryminałek z tego, bo thriller żaden.
Oczywiście w żadnym razie nie odradzam. Śmiało, można przeczytać, jednak jeśli ktoś lubi o wiele bardziej mroczną i skomplikowaną fabułę. Oczekuje mrożących krew w żyłach wrażeń, powinien sobie odpuścić. Nie miałam ciarek i odczucia tych konkretnych emocji, byłam ciekawa, kto jest kim, po co i dlaczego. I właśnie dlatego czyta się tę książkę.
Zwyczajna przysługa
„Tajemnice są jak margaryna. Łatwo się rozsmarowują, ale szkodzą na serce”.
Ta jakżeż mało wyrafinowana sentencja wygłoszona przez Stephanie, można by uznać za motyw przewodni całego filmu, który ciężko zakwalifikować jako jeden gatunek filmowy. „Zwyczajna przysługa” jest bowiem kombinacją psychologicznego thrillera, zwariowanej komedii, czarnego kryminału, którego akcja toczy się na zwyczajnym przedmieściu.
Bohaterkami filmowej adaptacji książki Darcey Bell są Stephanie (Anna Kendrick) i Emily (Blake Lively), które różnią się od siebie jak woda i ogień, łączy je jedynie fakt, że obie panie są znienawidzone przez lokalne środowisko rodzicielskie, aczkolwiek każda z innego powodu. Stephanie, to wdowa, wychowująca samotnie syna, bezrobotna, która całkowicie poświęciła się macierzyństwu, ognisku domowemu, swojemu vlogowi kury domowej, która nigdy nie jest zmęczona i zawsze pełna cudownych pomysłów, za którą jej tą idealność i świętość inni rodzice by zjedli. Na drugim krańcu jest Emily, wiecznie nieobecna kobieta sukcesu, nie mająca czasu dla syna i męża, zawsze perfekcyjnie ubrana, która celebruje hedonizmowi i wolna od ograniczeń, ukazuje wszystkim marzenia, których nigdy nie ziszczą. Obie panie połączy niezwykle delikatna przyjaźń, nawiązana przypadkiem poprzez znajomość ich synów. Obie dowiedzą się o sobie drobnych tajemnic, które każdą z nich ukażą w innym świetle. Nudna Stephanie okaże się dużo bardziej skomplikowana, a wyrafinowana Emily o wiele bardziej tajemnicza. Ta ekscentryczna niedopasowana przyjaźń zostanie gwałtownie przerwana zniknięciem Emily. Co w takiej sytuacji powinna zrobić przyjaciółka? Stephanie nie mogąc pogodzić się z nagłą pustką, którą pozostawiła po sobie tak niezwykła kobieta, postanawia odnaleźć odpowiedzi na wiele pytań, których źródło kryje się w przeszłości Emily.
Film Paula Feiga pozostawia mieszane uczucia. Jest to historia z pogranicza wielu gatunków, z jednej strony jest intryga i tajemnica, z drugiej strony jest cyniczny, zwariowany humor. Intryga, która rozwija się w trakcie filmu, wciąga, a widz kibicuje Stephanie, która bawi się w amatorskiego detektywa, próbującego odnaleźć przyjaciółkę. Jednak cała konwencja nie do końca do mnie przemówiła. Wątek tajemniczej Emily, granej fantastycznie przez Blake Lively, wciągnął mnie bez reszty, tym bardziej, że jej mroczna przeszłość odkrywana była przez niepozorną „mamuśkę”, która w miarę rozwoju sytuacji okazuje się wcale nie taka głupia, jak wydaje się na początku. Całość jednak zaburzała mi właśnie obraz Stephanie, której postać owszem bardzo ważna w wydźwięku, przedstawiona została miejscami, irytująco głupkowato. Ostatnim i niestety najbardziej bolesnym mankamentem filmu, było dla mnie zakończenie. Kozacki rajd hybrydą w finałowej scenie i komentarze Stephanie, były jakby wyrwane w ogóle z innego filmu. Istna katastrofa.
Film miał być ponoć nie tylko kryminałem, ale również krytyką społecznych zachowań. Emily i Stephanie zostały jednoznacznie zaszufladkowane, jako idealna pani domu i jako kobieta sukcesu, ale suka. Przewijająca się rola vlogu, jako probierza popularności i małomiasteczkowego sukcesu, ukazuje płytkość i pobieżność relacji międzyludzkich. Stephanie nie ma prawdziwych przyjaciół, to subskrybenci są dla niej ważni, ci z najbliższego otoczenia ją obgadują i krytykują, nie wspominając już o jawnej hipokryzji i zakłamaniu. Również romans Stephanie z mężem Emily Seanem (Henry Golding), został wypunktowany jako przykład jawnego dobroczynnego bałamuctwa tzw. pocieszycielek. Chociaż film Paula Feiga można odczytywać na wielu poziomach, osobiście nie doszukiwałabym się w nim nadzwyczaj wielu warstw i głębi przekazu.
Podsumowując. „Zwyczajna przysługa” to dobry film na jeden raz. Zapewne ironicznie idealna postać wykreowana przez Annę Kendrick znajdzie wielu zwolenników, mnie niestety nie przekonała. Intryga wciągnęła mnie, Blake Lively zagrała drapieżny magnetyzm ze swoim klasycznym wyrafinowaniem, ale kryminał stracił na uroku przez głupkowate wstawki. I tak to „Zwyczajna przysługa” ani nie jest krwistym thrillerem, ani czarną komedią, taka ot świnka morska, ani świnka, ani morska.
Niegodziwość
Rozstrzygające starcie aniołów ze Złem w tomie zamykającym świetnie przyjętą serię „Przeczucia” Amy A. Bartol. „Niegodziwość” dostarczy całej gamy silnych emocji i wciągnie w skomplikowany świat uczuć bohaterów.
Premiera książki 24 października.
Evie wraz z najbliższymi przyjaciółmi znajduje chwilowe schronienie w posiadłości Reeda w Crestwood. Mury domu nie zdołają jednak odgrodzić dziewczyny od złowrogiego Brennusa, który nawiedza ją w snach, by przejąć kontrolę nad jej energią. Podczas jednej z nocnych wizyt intruz ostrzega Evie, że zbliża się ostateczna wojna z Upadłymi. Na ich czele ma stanąć pół-anioł, pół-człowiek równie potężny jak Evie. Od wyniku tej bitwy zależy, czy Zło zatriumfuje nad światem...
Alyssa i czary
Nie jestem ogromną fanką „Alicji w Krainie Czarów” i nie znam tej książki na pamięć jak niektórzy moi znajomi. Uwielbiam jednak zabawę z literacką tradycją i właśnie dlatego z ogromnymi nadziejami sięgnęłam po „Alyssę i czary” autorstwa A. G. Howard. Zielono-czerwona okładka, trochę niepokojąca i bez tandetnego mroku, tylko zwiększa oczekiwania wobec tekstu, który, jak głosi zapowiedź, ma opowiadać o losach współczesnej Alicji.
Alyssa Gardner jest zwykłą nastolatką. A właściwie byłaby, gdyby nie fakt, że od dzieciństwa słyszy głosy owadów i roślin. Z wiekiem urojenia przybierają na sile i Alyssa obawia się, że skończy jak jej matka, zamknięta w zakładzie psychiatrycznym i ze stale zwiększanymi dawkami leków uspokajających. Jej strach wydaje się rozumieć tylko najlepszy przyjaciel, Jeb, lecz i on ostatnio zachowuje się dziwnie i bardziej niż Alyssa obchodzi go jej szkolna rywalka. Dziewczyna czuje się osamotniona, a na dodatek podczas jednej z wizyt u matki dokonuje odkrycia: nie dość, że naprawdę jest potomkinią pierwowzoru Alicji z Krainy Czarów, to jeszcze może odmienić losy rodziny, naprawiając błędy prapraprababki. Na szali jest jej własne zdrowie psychiczne oraz życie ukochanej, wyniszczonej chorobą matki, więc Alyssa bez wahania rusza do innego świata, by zmienić bieg historii. Towarzyszy jej Jeb, ale czy dwoje nastolatków jest w stanie zrobić to, czego nie dokonała jedna z najbardziej znanych bohaterek literackich?
„Alyssa i czary” miała być powieścią inteligentnie łączącą zabawę klasyką z typowymi cechami literatury young adult. Tylko że moim zdaniem nie do końca to autorce wyszło. Owszem, współczesna Kraina Czarów jest odpowiednio mroczna, absurdalna i rządzona pokrętną logiką, a będący przewodnikiem po niej Morpheus, wypada znakomicie niejednoznacznie. To, co z początku irytujące bezsensowne, okazuje się rozsądnie wyjaśnione, a i język opisu Krainy Czarów łączy tajemniczość, mrok i slang młodzieżowy. Jednak o ile ta część eksperymentu się udała, o tyle mam ogromne zastrzeżenia do samej postaci Alyssy i jej codziennego życia. Główna bohaterka jest zwyczajnie nudna i pozbawiona charakteru – niemalże nie kreuje wydarzeń, tylko daje się nieść ich biegowi, nie ma interesujących przemyśleń, a gdybym miała ją opisać, mogłabym wspomnieć chyba tylko o niebieskich dredach. Notabene, obraz bohaterki, jaki kreuje Howard, nijak nie pasuje do portretu na okładce, a szkoda. W każdym razie Alyssie trudno kibicować, bo mimo że autorka stara się ukazać ją jako postać nieprzeciętną, to owa nieprzeciętność sprowadza się do deklaracji, które nie znajdują pokrycia w działaniach i myślach bohaterki. Życie Alyssy w realnym świecie opiera się natomiast na wykorzystaniu kilku klisz: dziewczyny-kumpelki, półsieroty zaniedbanej przez zajętego ojca, szkolnych rywalek, z których jedna jest protagonistką, a ta druga jest zła ponieważ jest zła... Najgorszą kliszą zaś jest przedstawienie szpitala psychiatrycznego, który ewidentnie wycięto z dziewiętnastego wieku i wklejono w dwudziesty pierwszy. Lekarze-sadyści, końskie dawki leków uspokajających, jako odpowiedź na wszystko, elektrowstrząsy. Licentia poetica istnieje i ma się dobrze, ale powielanie tej szkodliwej kliszy, zwłaszcza w powieści młodzieżowej – która z definicji ma kształtować młode umysły – może mieć opłakane skutki dla czytelników, którzy potrzebują pomocy psychiatrycznej, a po lekturze będą się jej bali. Autorka wyraźnie nie pomyślała o konsekwencjach i wybrała utarty schemat, dzięki któremu mogła popchnąć naprzód wydarzenia. To chyba największy zgrzyt w warstwie fabularnej.
Problematyczne jest też tłumaczenie. Z jednej strony chylę czoła przed poradzeniem sobie z językiem „Alicji w Krainie Czarów”, nawiązaniem do tradycji polskich przekładów tego dzieła i jednoczesnym własnym udziałem w postaci udanych tłumaczeń pojęć i nazw wprowadzonych przez samą Howard. Z drugiej strony – tłumaczący „Alyssę i czary” Janusz Maćczak potknął się na o wiele prostszych do przetłumaczenia fragmentach. Cała „realistyczna” część książki cierpi na zbytnią pretensjonalność języka, poza tym pojawiają się dziwne kalki z angielskiego, na przykład gdy w chwili złości główna bohaterka krzyczy... „Gówno!”.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że i autorka, i tłumacz, i zespół redakcyjny, tak bardzo starali się dopracować część książki ściśle związaną z dziełem Lewisa Carrolla, że na resztę tekstu nie wystarczyło już czasu i mocy przerobowych. A szkoda. Mogło być bardzo dobrze, jest tak sobie. Zagorzali fani „Alicji w Krainie Czarów” mogą czuć się usatysfakcjonowani, reszta czyta na własną odpowiedzialność. „Alyssa i czary” nie jest książką fatalną, ale pozostaje po niej niedosyt i rozczarowanie.
Wieczna prawda
Jak zwykle, kiedy już usłyszałam, że w serię mocno wplątana jest mitologia to już nic więcej nie sprawdzałam. Nie znałam gatunku, nie byłam przygotowana na nic, z drugiej strony nic też sobie nie obiecywałam. Czy to dobrze, czy to źle? W teorii nie miałam prawa być zawiedzioną. W praktyce... cóż, nie ma rzeczy niemożliwych. Żeby nie było - przed recenzją trzeciej części, oczywiście przeczytałam dwie poprzednie, jednak zrobiłam to z biegu, więc wstępu innego nie wymyślę. Jednocześnie podkreślam - recenzja jest bez spoilerów z poprzednich tomów.
Trzecia i już ostatnia, choć nadal nie umiem w to uwierzyć.
Perypetie Nikki, Jacka i Cole'a dalej się jawią bardzo intrygująco. Co ciekawe, cała historia nie jest do końca spójna, więc myślę, że można czytać jeden tom bez znania wiadomości z poprzednich, na spokojnie dałoby się zorientować.Tym razem główna bohaterka obrała sobie za cel zniszczenie całej Podwieczności - czyli tego miejsca, z którego pochodzi Cole i wszyscy inni Wieczni, tam też odbywało się Karmienie... Najpierw trzeba jednak dowiedzieć się, czy coś takiego jest w ogóle możliwe. Potem wymyślić plan i znaleźć popleczników. Później... Uch, czeka ich sporo pracy.
Cole - jeden z głównych bohaterów jednocześnie został dotknięty amnezją. Mówiąc szczerze, jak czytając wcześniejsze tomy byłam nim zaintrygowana, tak teraz już mnie całkowicie do siebie przekonał. Mieliśmy już okazję poznać jego mroczną stronę, upierdliwość i zaangażowanie, a teraz poznajemy go bez bariery wspomnień, jako chłopaka, którym kiedyś był - jest miły, dobry, uczynny i wierzy w prawdomówność.
Cóż za zmiana!
Finał jest naprawdę zajmujący. Dzieje się w nim wiele, cały czas jest akcja i często jej zwroty są bardzo zaskakujące. Samą amnezją da się zachwycić, a co dopiero jej następstwami. Cała ta książka bardzo mnie przekonała do siebie, chociaż prawda jest taka, że nie umiem jednoznacznie określić, czy jestem bardziej zakochana w finale, czy też mocniej go nienawidzę. Wydaje mi się, że autorka chciała trochę na siłę zadowolić wszystkich popleczników tej książki - nieważne, którego bohatera wolą dla Nikki, czy jaką akcję i gdzie najbardziej jej pragną. Autorka miała plan na zadowolenie każdego i dzielnie go realizowała, byśmy my mogli być trochę zadowoleni, jednak mający zawsze jakieś "ale".
Sięgając po finał miałam wiele nadziei, choć jednocześnie starłam się pamiętać o tym, że książka to literatura młodzieżowa bez żadnego przesłania, skupiająca się całkowicie na przygodzie, odkładająca wątki poboczne na daleki plan. Co mi to akurat przeszkadzało, ponieważ nadal nie pojmuję całej idei "zniszczenia Podwieczności", a przez to raczej moje plany o poświęceniu uwagi Cole'owi oraz olaniu całej reszty, spaliły na panewce.
Podsumowując, książka, jak i cała seria nie była zła, jednak była dość wybrakowana. Nie niesie ze sobą żadnej nauki, mało czasu poświęca się wątkom pobocznym, przez co wydaje się być niedoszlifowana, więc wiele osób z całą pewnością będzie oczekiwać po niej czegoś więcej. Wydaje mi się, że trzeci tom będzie wydawał się cudownym jedynie prawdziwym fanom serii, którzy całym sercem pokochali poprzednie. Jeśli więc dany czytelnik był temu obojętny, to raczej nie zostanie zachwycony. Cieszę się, że dokończyłam serię, jednak raczej nigdy do niej nie powrócę.
Fashion Victim
Nigdy nie rozumiałam zachwytu światem mody, błyskiem fleszy oraz tymi wszystkimi dziwacznymi ubraniami, których w codziennym życiu po prostu nosić się nie da. Dlatego też miałam mieszane uczucia, rozpoczynając lekturę autorstwa Corrie Jackson, „Fashion victim”. To, co mnie zachęciło, to żółta taśma policyjna z napisem „crime scene”, w którą był owinięty mój egzemplarz. Weszłam więc do świata mody i zbrodni.
Główną bohaterką jest Sophie Kent, dziennikarka śledcza z „The London Herold”. Poznajemy ją w dość trudnym okresie jej życia, Sophie właśnie wróciła do pracy po tym, jak straciła bardzo bliską osobę. Nie pomaga fakt, iż jej zawód polega na obcowaniu ze śmiercią i ludzką tragedią, jednak kobieta stara się pokonać własne demony i wykonywać swoją pracę najrzetelniej jak potrafi. Podczas zbierania materiału wokół miejsca zbrodni młodego chłopca, dziennikarka spotyka piękną dziewczynę ze strachem wypisanym na twarzy i siniakami znaczącymi jej blade ciało. Jest to Natalia Kotow, początkowo skryta, młodziutka modelka z mroczną tajemnicą. Niestety, kiedy już prawie wyjawia Sophie swój sekret, zostaje brutalnie zamordowana. Kent, targana poczuciem, iż przyczyniła się do śmierci dziewczyny, rozpoczyna dziennikarskie śledztwo, wykorzystując każdą okazję na zdobycie informacji. Jak się wkrótce okazuje, śmierć pięknej Rosjanki jest tylko czubkiem góry lodowej.
Thriller wita nas mocnym uderzeniem, krótką wypowiedzią tajemniczej osoby, z niezbyt czystym sumieniem, o ile takie w ogóle posiada. Nie wiemy, kim jest, jedynie możemy się domyślać, iż będzie zamieszana w dość nieprzyjemne wydarzenia, które mamy dopiero poznać. Podczas dalszego czytania natkniemy się jeszcze sporadycznie na te wypowiedzi. Moim zdaniem dodają książce charakteru, intrygują czytelnika, gdyż pozwalają wejść w umysł mordercy, jednocześnie nie zdradzając zbyt wiele.
Fabuła jest wielowątkowa, jednak łączy się gładko w całość. Poznajemy wielu bohaterów, a autorka podsuwa nam coraz to nowych podejrzanych. Miałam wrażenie, że wskazówki podawane czytelnikowi są czasem zbyt oczywiste, by można je traktować poważnie i raczej tych wskazywanych wręcz palcem przez pisarkę osób podejrzewać nie powinnam. Główna postać, Sophie Kent była dla mnie na początku zagadką. Przyjemnie było zbierać strzępy informacji o jej życiu osobistym, jednak po pewnym czasie stała się dla mnie wprost irytująca. Jej zachowanie kojarzyło mi się czasem z głupiutkimi panienkami z tanich horrorów, takimi, co to pchają się zawsze tam, gdzie na pewno stanie im się krzywda. Niestety Sophie w pewnym momencie przestała myśleć o własnym bezpieczeństwie i chciała zdobyć informacje na wszelką cenę, nawet własnego życia.
„Fashion Victim” jest thrillerem o dość interesującej historii, zakończeniu, którego mało kto by się spodziewał, jednak czegoś mi w nim brakowało. Na pewno obnaża prawdę o modelingu, ukazuje, z czym te piękne kobiety muszą się zmagać i jak zmuszone są walczyć o chwilę przed aparatem czy na wybiegu. Jak dla mnie niezbyt optymistyczna wizja kariery i świata mody samego w sobie. Myślę, że przypadnie do gustu zwolennikom mody, ja natomiast, pozostając z mieszanymi uczuciami, nie jestem pewna czy sięgnę po kolejny tom przygód pani Kent.
Ja. Dobra. Zła
Sięgając po powieść Ali Land, Ja. Dobra. Zła, nie spodziewałam się właściwie niczego specjalnego. Choć oczywiście zarys fabuły nastroił mnie jak najbardziej pozytywnie, to uznałam, że będzie to dobra książka do przeczytania ot tak sobie, ale nic więcej. Okazuje się jednak, że ta pozycja ma nam sporo do zaoferowania. To nie tylko zagłębienie się w umysł zdegenerowanej piętnastolatki z trudną przeszłością, to dosyć mocny thriller psychologiczny, który potrafi zmusić do refleksji i przemyśleń. A zakończenie? Niby mogłabym napisać coś w stylu: „Można się było tego spodziewać”, ale też nie było tak do końca...
Piętnastoletnia Annie trafia do rodziny zastępczej, ponieważ jej matka jest morderczynią. Dokonuje swoich brutalnych zbrodni na dzieciach i nawet jej córka jest w pewnym stopniu jej ofiarą. Ofiarą molestowania i znęcania się psychicznego, już od najmłodszych lat. I w końcu dziewczynka nie wytrzymuje – donosi na własną matkę policji. Choć ma szansę rozpocząć zupełnie nowe życie, nawet z nowym imieniem, Milly, to im bliżej procesu jej matki, tym bardziej dziewczyna zaczyna się obawiać. Nie jest w stanie zaznać spokoju. Dodatkowo wiecie, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, prawda? Czyżby zbrodnia tkwiła w genach?
Nie dajcie się zwieść pozorom. Choć główną bohaterką jest tutaj piętnastoletnia dziewczyna, to mimo wszystko książka ta jest rasowym thrillerem psychologicznym, przeznaczonym dla ludzi, którzy potrafią docenić nieszablonowe myślenie. Ali Land przekroczyła granice już w momencie, gdy stworzyła kobietę, która morduje małe dzieci. I znęca się nad własną córką. Z czym zazwyczaj mamy do czynienia w literaturze tego typu? Czy motyw mordowania dzieci jest aż tak powszechny? Nie wydaje mi się. Chyba do tej pory nigdy się z tym nie spotkałam. Molestowanie owszem. Znęcanie się psychiczne? Też. Ale tutaj idziemy o krok dalej. Właściwie nieco żałuję, że nie poznajemy też punktu widzenia matki Annie, to mogłoby być mocne! Gdyby autorka pokusiła się o napisanie drugiej książki, która byłaby przedstawieniem tej samej historii właśnie z takiej perspektywy, wierzcie mi, byłoby to genialne. Psychiczne, mocne, dosadne, ale na pewno genialne na swój chory sposób.
Milly, czy też Annie, jak kto woli, jest zagadką. Choć to ona prowadzi nas przez tę powieść, to tak naprawdę potrafi nas zaczarować swoją niewinnością, bezbronnością. Ale co naprawdę dzieje się w jej głowie? Co ta dziewczyna planuje? Czy osoba z taką przeszłością, gnębiona przez rówieśników nastolatka, zamknięta w sobie i nieco płochliwa, może mieć mroczną stronę? Potrafi krzywdzić siebie, a czy ma w sobie również coś z matki? Można by się nad tym długo zastanawiać, bo mimo wszystko czytelnikowi jest jej żal. To ten typ osoby, której się głęboko współczuje. Chce się dla niej dobrze. Pragnie się, aby mimo wszystko doczekała się happy endu, aby pojawiła się szansa na nowe życie, porzucenie smutnej i przygnębiającej przeszłości. Z jednej strony poznajemy ją naprawdę dobrze, ale i tak nie wiemy, czego można się po niej spodziewać. Ali Land ładnie miesza czytelnikowi w głowie.
Podoba mi się kreacja bohaterów, a zwłaszcza Milly. To, że można w niej dostrzec drugą naturę, dwie skrajności. Ta dziewczyna ma zniszczoną psychikę, na co znajdujemy wytłumaczenie niemal w każdym jej wspomnieniu. To mieszanka przeszłości i teraźniejszości, w której główna bohaterka stara się odnaleźć. I tworzy sobie takie małe cele i dąży do nich po swojemu, choćby małymi kroczkami, ale wystarczająco skutecznie. Nowe życie przed nią, trzeba tylko zmienić kilka rzeczy... Z jednej strony można by o niej powiedzieć, że jest słaba. Zniszczona. Ale czy na pewno? Ali Land spisała się na medal, bo stworzyła naprawdę złożoną, pełnowymiarową bohaterkę z krwi i kości. I nie da się ukryć, że pozostałe postaci na tym nie ucierpiały. Są porządnie wykreowane.
Ta książka to naprawdę dobry i mocny thriller psychologiczny, który pozwala nam zajrzeć w głąb zdegenerowanego, zniszczonego młodego umysłu. Potrafi zaskoczyć. Potrafi trzymać w napięciu i zaciekawić. Cechuje ją też dobra atmosfera, idealnie dopasowana do rozgrywających się tutaj wydarzeń. Zdecydowanie polecam!
Przeczucie
„Przeczucie” to historia spod pióra Tetsuyi Hondy – jak głosi okładka – cesarza japońskiego kryminału. Książka zainteresowała mnie, ze względu na kraj, z którego pochodzi. Bardzo lubię czytać kryminały, jednak nie było mi wcześniej dane zapoznać się z twórczością wywodząca się z Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie ma chyba wątpliwości, że kultury japońska i europejska się różnią, w takim razie jak odmienna będzie literatura? Zaintrygowana, rozpoczęłam lekturę.
Główną bohaterką jest Reiko Himekawa, młoda pani komisarz, która posiada coś w rodzaju szóstego zmysłu. Podczas dochodzenia często kieruje się przeczuciem i przeważnie trafia w dziesiątkę. Jako że zdobyła stopień komisarza w tak młodym wieku, na dodatek jest atrakcyjną kobietą, wielu mężczyzn traktuje ją z góry, a każda jej najmniejsza pomyłka jest otwarcie analizowana i krytykowana. Wprawdzie jej oddział traktuje ją z należytym szacunkiem, jednak łatwo sobie wyobrazić jak wygląda jej codzienna praca w świecie Tokijskiej Policji Metropolitalnej opanowanej przez mężczyzn.
Kiedy zostają odkryte zwłoki szczelnie owinięte folią i porzucone pod żywopłot jak worek śmieci, do akcji wkracza oddział pani komisarz. Reiko kierowana przeczuciem szybko doprowadza do odkrycia kolejnych ciał. Sprawa okazuje się dużo bardziej skomplikowana, niż wydawało się na początku, dlatego do śledztwa dołączają inne oddziały, w tym zespół Kensaku Katsumaty. Doświadczony komisarz nie znosi pięknej Reiko, zresztą ze wzajemnością. Rozpoczyna się rywalizacja o prym w dochodzeniu.
Między pięcioma częściami książki odkrywamy osobną historię. Jest mroczna i wstrząsająca, budzi w czytelniku bardzo różne odczucia. To jej fragmentem rozpoczynamy lekturę i jest to mocne uderzenie. Jest to relacja kogoś, nie wiemy kogo, nie znamy wieku ani nawet płci tej osoby, dostajemy jedynie drobne wskazówki. Co jakiś czas odkrywamy kolejne karty, które właściwie zbyt wiele nie wyjaśniają, jednak powodują silne emocje, przynajmneij tak było w moim przypadku. Nie będę zdradzała zbyt wiele, by nie zepsuć wam czytania, powiem tylko, że według mnie są bardzo udanym dodatkiem do fabuły.
Dodatkową atrakcją jest to, iż możemy poznać trochę kulturę japońską. Wszechobecne głębokie ukłony, okazywanie szacunku czy zachowanie norm społecznych jest niezwykle ważne. Dowiadujemy się też, jak działa tokijska policja, jak wygląda tam hierarchia i to, że jest wysoce istotna.
„Przeczucie” czyta się przyjemnie, akcja wolno nabiera tempa, by nagle uderzyć pełną parą. Powieść chwilami jest przewidywalna, jednak potrafi też nieźle zaskoczyć. Bohaterów poznajemy różnych, jedni nas irytują, innym kibicujemy. Podejrzenia spadają na kolejne osoby, a nie każdy jest tym, za kogo się podaje. Całość tworzy dość ciekawy i wciągający kryminał. Przekonajcie się sami.