kwiecień 04, 2025

Rezultaty wyszukiwania dla: Kate Ling

wtorek, 07 maj 2019 07:41

CYTADELA 24-26 maja

Największy Festiwal Fantastyki na Mazowszu!

Festiwal Cytadela odbędzie się po raz trzeci na terenie zabytkowej Twierdzy Modlin. Wszystkie atrakcje będą się odbywały na dziedzińcu Garnizonu Modlin oraz w części najdłuższego budynku Europy.

Festiwal łączy ze sobą atrakcje konwentu fantastyki (spotkania autorskie, prelekcje, panele dyskusyjne, warsztaty) z otwartą formułą festiwalu: koncerty, wioski tematyczne osadzone w różnych uniwersach, koncerty, pokazy i konkurs cosplay.

W tym roku po raz pierwszy w ramach Cytadeli odbędzie się pierwszy festiwal postapokaliptyczny RUST FEST w centralnej Polsce współorganizowany ze Staling Design Studio.

Bogaty program festiwalu podzielony jest na bloki tematyczne: literacki, filmowy, popkulturowy, popularno – naukowy, komiksowy, warsztatowy i integracyjny. Będzie również blok Mangi i Anime. Nie zabraknie u nas znakomitych sesji RPG i LARPów. Miłośnicy planszówek, karcianek i systemów bitewnych odnajdą się w Games Roomie. Będzie także blok gier elektronicznych. Artyści zaprezentują swoje prace związane z fantastyką. Projektanci mody alternatywnej pokażą swoje kreacje. Wystawcy zjadą się z całego kraju. A już dziś zacznijcie się szykować na konkurs AlterEgo Cytadela – cosplay i projekt własny, z katergorią „nagroda publiczności”, w której wszyscy uczestnicy mogą oddać swój głos.

Dział: Konwenty
czwartek, 21 czerwiec 2018 09:24

2018 Locus Awards Weekend

Ten weekend należy do Locus Awards, które zostaną przyznane podczas ceremonii, którą poprowadzi Connie Willis.

Uroczystości odbędą się 22-24 czerwca Seattle. To będzie też 50 rocznica Locus Magazine. W tym roku statuetke zaprojektował  Francesca Myman z artystą Shaun Tan, którego polscy czytelnicy doskonale znają z takich tytułów jak "Przybysz", czy "Regulamin na lato". Podczas imprezy przewidziane są panele z autorami, konkurs na koszulkę hawajską, autografy, bakiet i wiele innych atrakcji.

Dział: Literatura
środa, 25 kwiecień 2018 17:15

Azul

Na Festiwalu gramy mieliśmy okazję zagrać w grę Wydawnictwa Lacerta, dlatego polecamy.

Azulejos - oryginalnie były to biało-niebieskie płytki ceramiczne, sprowadzone do Europy przez Maurów. Sławę i popularność w Portugalii zdobyły po wizycie króla Manuela I w południowej Hiszpanii. Król zafascynował się oszałamiającym pięknem mauretańskich dekoracji pałacu w Alhambrze i pod ich wrażeniem zlecił natychmiast przyozdobienie swojego pałacu w Portugalii podobnymi płytkami.

Dział: Bez prądu
piątek, 18 listopad 2016 18:40

Killing Floor 2

Wyobraź sobie zły dzień, jeden z tych gorszych. Rano łapie cię kanar, bo zapomniałeś, że bilet miesięczny miałeś do wczoraj; ledwie wysiadasz z tramwaju a okazuje się, że zgubiłeś ulubione rękawiczki; na uczelni kolokwium, którego termin kompletnie wyleciał ci z głowy, a w bibliotece wraz z miłym uśmiechem za zwrócenie książki otrzymujesz rachunek na kilkadziesiąt złotych za przetrzymanie jakiegoś tytułu, do którego nawet nie zajrzałeś. W drodze powrotnej samochód wjeżdżając w kałużę ochlapuje cię od stóp do głów, z kolei… W końcu docierasz do domu. Siadasz przed konsolą, licząc na ukojenie nerwów. Po co sięgniesz? Po rozkręcającego się dopiero po dwudziestu godzinach „Fallouta 4”? Po „Far Cry 4”, w którym świat jest tak ogromny, że na odpowiednio intensywną jatkę możesz trafić dopiero w przyszłym tygodniu? A może po „Batllefielda 4”, gdzie jeden wyćwiczony snajper może sprawić, że znienawidzisz tę grę na resztę życia? Przecież chodzi tylko o to, żeby odreagować; żeby bezmyślnie, bez strategii ustrzelić paru typków, co nie? Na takie właśnie dni, na takie właśnie chwile stworzono „Killing Floor 2”, kooperacyjny FPS utrzymany w klimacie horrorów klasy B, który właśnie dzisiaj (18.11.2016) zadebiutował na platformie PS4.

Oczywiście studio Tripwire Interactive wymyśliło fabularną klamrę dla podobnej rozwałki. Kto poszuka, ten znajdzie krótką historię wprowadzającą do świata „Kiling Floor 2”. Próżnym wysiłkiem jednak okaże się wypatrywania w niej choćby krzty oryginalności – mamy tajemnicze eksperymenty, ogromną firmę i ten jeden projekt, który wymyka się spod kontroli. W efekcie związanych z nim destrukcyjnych sił cały świat zostaje zainfekowany i tylko grupka śmiałków ma tyle odwagi, by stanąć w szranki z tak zwanymi ZEDami, które najprościej mówiąc stanowią połączenie zombie i demonicznych mutantów. Jest krwawo, obrzydliwie i bardzo brutalnie.

Zasady gry są proste jak konstrukcja cepa, a tryby rozgrywki, które oferuje ograniczone do absolutnego minimum. Tak naprawdę poza samouczkiem wybierać możemy wyłącznie z trybu offline (my kontra 4, 7 lub 10 fal zombie oraz boss) lub online (my i piątka przypadkowych graczy kontra 4, 7 lub 10 fal zombie oraz boss). Co je różni poza wsparciem ze strony innych graczy? Możliwość włączenia opcji „przetrwanie vs”, w którym zamiast w żądnego krwi bohatera wcielić się można w krwiożerczego mutanta. W obu przypadkach cel pozostaje jednak identyczny – zabijać i nie dać się zabić. A to, z każdą kolejną falą i poziomem (do wyboru mamy ich cztery: zwykły, wysoki, samobójczy i piekło na ziemi), jest coraz trudniejsze.

A tego dokonywać można w „Killing Floor 2” na naprawdę sporą ilość sposobów i z udziałem niemałej liczby postaci. Gracze wybierają spośród dziesięciu bohaterów (m.in. komandos, berserker, rewolwerowiec, destruktor, sanitariusz czy mistrz przetrwania), z których każdy posiada nie tylko unikalne, dedykowane dlań bronie, ale także – rozwijane wraz z kolejnymi awansami – dodatkowe zdolności, jak odporność na wybuchy czy lepsza celność. Naszych obrońców świata można także personalizować na poziomie wizualnym, zmieniając ich płeć, fizjonomię oraz strój, co nie ma jednak żadnego przełożenia na samą rozgrywkę. Ogromne znaczenie – głównie dla widowiskowości akcji – ma za to wybór sprzętu do rozwałki, a trzeba przyznać, że tutaj twórcy naprawdę się przyłożyli. Zwłaszcza, gdy zestawi się szeroki wachlarz broni z zaimplementowanym wsparciem dla technologii Nvidia FleX, która to wyraźnie wpływa na dynamikę płynów. Innymi słowy – w zależności do tego, czy postanowimy kogoś wysadzić granatem odłamkowym, posiekać kataną czy załatwić z karabinu maszynowego, posoka chlapać będzie na nas i cały świat zupełnie inaczej. Serialowy Dexter miałby tutaj z pewnością sporo zabawy, bowiem poza wspomnianymi zabawkami wskazać można jeszcze przynajmniej kilkadziesiąt typów oręża – od skalpeli przez Winchestera czy dwa Magnumy aż do radzieckiego granatnika RPG-7. Nie można też zapomnieć o wprowadzonym do tytułu przez twórców systemie M.E.A.T. (Massive Evisceration and Trauma), zakładającym podział ciał Zedów na 19 stref, co gwarantuje różne efekty wizualne w zależności od naszej celności.

To jednak nie koniec atrakcji z zakresu krwawej jatki. Aby uśmiercanie kolejnych wrogów przynosiło jeszcze więcej frajdy zadbano o klimat produkcji. Gracze mają do wyboru dwanaście plansz, z których każda nie tylko znacząco się do siebie różni, ale stanowi również popkulturowe przetworzenie obecnych w horrorowym mainstreamie schematów. Mamy więc opuszczoną farmę, zniszczone laboratorium, zdewastowane miasto (konkretnie: Paryż) czy opanowaną przed piekielne pomioty katedrę. Każda z tych lokacji spokojnie mogłaby stać się miejscem wydarzeń dla jednej z blockbusterowych odsłon kina grozy. Filmowe skojarzenia budzi także obecność w „Killing Floor 2” efektu slow motion, który pojawia się przy każdym bardziej widowiskowym zdarzeniu, pełniąc nie tylko funkcję atraktora, ale również bonusu, w czasie trwania którego gracz ma szansę wycelować i zmiażdżyć większą ilość przeciwników z, także wzmożoną, skutecznością.

Wizualna i dźwiękowa atmosfera „Killing Floor 2”, tak samo jak ta związana z dynamiką oraz rozwiązaniami technicznym rozgrywki, przynosi skojarzenia związane z klasycznymi przedstawicielami gatunku FPS, jak „Quake 2” czy „Doom 3”. Z jednej strony dzieje się tak ze względu na uproszczone mimo wszystko wizualizacje postaci oraz rockową i metalową muzykę, która włącza się wraz z rozpoczęciem walki z kolejną falą przeciwników; z drugiej zaś z powodu zastosowania starych, niemodnych już rozwiązań związanych z leczeniem i wyposażaniem postaci, jak zbieranie rozrzuconych po mapach paczek amunicji czy doposażania się po starciu tylko w specjalnie zaprojektowanym do tego punkcie i to w określonym z góry czasie. Znalazło się także miejsce dla ożywienia znaczenia latarki, której już dawno nie stosowałam z równą intensywnością, co w tym tytule. Przedmioty mają też dodatkowe znaczenie dla rozgrywki w „Killing Floor 2” – kilka możliwych do zdobycia trofeów opiera się bowiem na odszukaniu na planszach bonusowych przedmiotów.

A co jeżeli chodzi o wrażenia z samej rozgrywki? Nie sposób nie dać się uwieść dynamice akcji, na którą składają się wspomniane wyżej czynniki: od bardzo ruchliwych Zedów, przez ostrą warstwę muzyczną aż do hektolitrów krwi, która – co ciekawe – nie znika magicznie po każdej fali stworów, więc podczas ostatniego pojedynku z bossem nawet najspokojniejsza wizualnie lokacja wygląda jak miejsce masowego mordu (co w sumie przecież nie mija się z prawdą). Różnorodność postaci i ich umiejętności oraz możliwość zadecydowania o długości rozgrywki (ilości fal) i poziomie jej intensywności (zmiana w tym zakresie ma ogromne znaczenia dla całej rozgrywki) czyni „Killing Floor 2” tym, czego poszukiwałam od dawna – tytułem, w który można popykać z doskoku; który okazałby się ratunkiem dla zszarganych nerwów po wyjątkowo trudnym dniu, a jednocześnie nie wymuszał konieczności zaangażowania. Brak w tej produkcji nawet mikrokampanii sprawia, że gracz nie musi o niej obsesyjnie myśleć i czuć się winny z powodu zaniedbywania rozwoju akcji, a zamiast tego może po prostu cieszyć się efekciarskimi potyczkami wtedy, kiedy ma na to ochotę (i czas).

Oczywiście, pomimo laurkowego charakteru tej recenzji, „Killing Floor 2” posiada kilka wybijających z rytmu rozgrywki wad. Przede wszystkim wybiórczość tego, co postaci mogą przeskoczyć – udaje się to w przypadku balustrady schodów, ale gdy chodzi o łóżko czy samochód, już nie. Jest to o tyle problematyczne, że w przypadku potyczki z większą grupą Zedów można utknąć, dając się przyprzeć do pozornie tylko nieproblematycznej przeszkody. Co gorsza, bywa, że elementy przestrzeni, na które można wejść na jednej planszy, na innej są już niedostępne. Poza tym, z drobnostek, nieco irytuje niedbałość w kwestiach wizualnych menu, gdzie niemieszczące się w ramkach wyrazy częściowo znikając, stają się nieczytelne. Szkoda, że twórcy nie pokusili się – zwłaszcza przy podobnym zróżnicowaniu bohaterów – na zwiększenie ilości typów przeciwników. Pozwala to oczywiście na wypracowane pewnej strategii, ale pozostawia też pewien niedosyt. Na szczęście nie jest on tak bolesny, jak emocje związane z liczbą bossów. Tutaj stawiam autorom „Killing Floor 2” ogromnego minusa, bowiem losowość polegająca na wyborze wyłącznie z dwóch arcywrogów to zbyt dla mnie minimalistyczne podejście.

„Killing Floor 2” może pochwalić się wieloma zaletami z różnorodnymi planszami, bohaterami i dobrym zbalansowaniem na czele. Wyraźne czerpanie z dotychczasowego dorobku kooperacyjnych FPS-ów oraz gier o tematyce zombie i mutantów sprawia, że gracz ma wrażenie obcowania z doskonałym tytułem retro i to na tyle interesującym, że warto zarwać dla niego nockę czy zrezygnować z popołudniowego serialu. Z pewnością jednak produkcja to rozczaruje wszystkich tych, którzy liczą na coś więcej niż krwawe widowisko – wielbicieli mnogości trybów, ogromnego zróżnicowana wrogów i bossów, czy nawet fanów misternie skonstruowanej fabuły. W „Killing Floor 2” bowiem nie chodzi o nic więcej niż widowiskową jatkę z ewidentną etykietką 18+. I może właśnie dlatego – z powodu jej surowości, bezczelnego prostactwa i widocznych szwów – tak bardzo przypadła mi do gustu. Jeżeli wiedziecie stresujące żywoty i nie stać was na terapeutę, spróbujcie koniecznie.

Dział: Gry z prądem
czwartek, 04 sierpień 2016 19:57

Samotność odległych gwiazd

Powieść Kate Ling przemówiła do mnie za pośrednictwem zdjęcia okładkowego i słowa klucza - samotność. Sam pomysł umieszczenia akcji w przestrzeni kosmicznej nie jest nowy. Mierzyły się z nim między innymi Beth Revis w trylogii W otchłani czy Amy Kathleen Ryan w Gwiezdnych wędrowcach. Niemniej jednak pomyślałam, że miło byłoby znowu przeczytać coś utrzymanego w tym klimacie.


Ventura jest ogromnym statkiem badawczym, a jego zadaniem jest nawiązanie tzw. pierwszego kontaktu. Podróżuje już od ponad 80 lat, a przed nim jeszcze długie, długie lata podróży. Naczelną zasadą rządzącą życiem ludzi na statku jest to, aby ludzkość, która nim podróżuje, dotarła do celu w takim stanie umysłu i z takim dorobkiem kulturalnym, jaki panuje na macierzystej planecie Ziemi. Dlatego pasażerom statku nie wolno tworzyć swojej muzyki, własnych wynalazków, bo jest to traktowane jak naruszenie praw związanych z ochroną dóbr kulturowych. Życie na Venturze jest dość monotonne. Każdy ma swoje obowiązki we własnej sekcji, w odpowiednim czasie zostanie mu przydzielony partner lub partnerka, potrzebny właściwie tylko do rozrodu i wychowania dzieci. Zresztą z tym rozrodem to też nie jest tak tradycyjnie, gdyż zarodki są kobietom wszczepiane. Być może niewielu tak na to patrzy, ale życie na Venturze przypomina wegetację.


Przyglądamy się temu oczami 16-letniej Seren, zdradzającej objawy klinicznej depresji. Nastolatki nie cieszy ani perspektywa podjęcia pracy w wybranym dla niej dziale, ani możliwość zawarcia Unii (małżeństwa), a już posiadania dzieci wcale. Najmocniej doskwiera jej fakt, że wszystko jest takie jednolite, zaplanowane z góry, nie ma opcji, by człowiek sam wybrał partnera lub kierował się uczuciami. A zresztą przecież i tak nikt z obecnego pokolenia, następnego i jeszcze kilku kolejnych nie dotrze do planety, z której wysłano sygnał. Więc życie pasażerów Ventury jest tylko misją, której nikt nie doceni, ani nie zobaczy. Kiedy patrzy się na otoczenie Seren i jej rówieśników, dostrzega się objawy tego wypalenia, widać, że mieszkańcy nie są zbyt szczęśliwi, tylko że jakoś starają się robić to, co do nich należy. Natomiast Seren nie chce się przystosować. Sytuacja staje się jeszcze trudniejsza, gdy zostają ogłoszone przydziały partnerów, a Seren w tym czasie nawiązuje znajomość z Domingo Suarezem, otoczonym nimbem kłopotliwego. Obudzone uczucia sprawiają, że dziewczyna staje się jeszcze bardziej emocjonalna i głucha na rozsądne argumenty rodziny.


Czy losy członków załogi wejdą na nowy tor, skoro Ventura zbliża się do orbity planety nazwanej Huxley-13? Czy może to jest właśnie cel ich podróży? Czy planeta nadaje się do zamieszkania, czy też może to kolejny martwy olbrzym?


Pierwsza część trylogii skupia się na zaprezentowaniu życia na statku. Jak już wcześniej wspomniałam, jest ono jednolite, monotonne i sztuczne. Uczucie budzące się między Seren i Domingo jest czymś w rodzaju zalążku buntu, niezgody na istniejący stan rzeczy. Jednocześnie jestem w stanie zrozumieć działania pozostałych, by to zdusić. Taka inność jest zaraźliwa, a stąd już bardzo blisko do buntu i szybkiego upadku morale. Sam klimat tej beznadziei udziela się czytelnikowi, co jest dużym sukcesem ze strony autorki.


Finał powieści za to sugeruje nam, tak przypuszczam, pewną Robinsonadę w tomie drugim, więc może być ciekawie.


Powieść powinna się spodobać miłośnikom kosmicznych klimatów, jednak uprzedzam jest trochę przygnębiająco. Jednocześnie ukazanie życia w zamkniętej, szczelnej kapsule jako sielanki, byłoby niewiarygodne. Być może z uczuciami Seren będą mogły się identyfikować jej rówieśnicy - kiedy dorośli nie rozumieją, a młody człowiek nie widzi dla siebie celu i jeszcze sam dokładnie nie wie, czego chce. To właśnie takim czytelnikom poleciłabym powieść Kate Ling. Być może w stanach ducha Seren, ktoś zobaczy siebie i poczuje się dzięki temu nieco lepiej?

Dział: Książki
czwartek, 21 kwiecień 2016 01:17

Fragment: "Inwazja na Tearling"

Rozdział 1

Hall

Było niemal pewne, że druga inwazja Mort będzie wyglądała jak rzeźnia. Po jednej stronie stała pierwszorzędna armia mortmesneńska uzbrojona w najlepszą broń, jaką widział Nowy Świat, dowodzona przez człowieka, który nie zawaha się przed niczym. Po drugiej stro- nie stała armia tearlińska: czterokrotnie mniejsza, uzbrojona w tanie żelazo, które nie wytrzymałoby uderzenia solidnej stali. Szanse Tear- lingu nie były niewielkie. Były katastrofalnie małe. Nikt nie widział możliwości ucieczki przed tragedią.

Dział: Książki
piątek, 20 listopad 2015 09:00

Przegląd gadżetów #1 - The Walking Dead

W dziale Gadżetomania prezentujemy tematycznie wybrane, najlepsze wg nas, zabawki, figurki, koszulki, materiały kolekcjonerskie i inne gadżety dla fanów szeroko pojętej fantastyki. W dzisiejszej odsłonie prezentujemy gadżety tematycznie związane z serialem The Walking Dead.

Dział: Gadżetomania
środa, 19 sierpień 2015 17:59

Ruina i rewolta

Stało się. Przez lekkomyślność młodego carewicza Wasyla, Ravka upadła i Darkling przejął w niej władzę.
Alina wraz z resztką sojuszników zdołała uciec. Znalazła schronienie w Białym Soborze pod opieką kapłana Apparata. Schorowana i pozbawiona mocy dziewczyna czuje się bardziej jak więzień, nie jak gość honorowy, a już z pewnością nie czuje się Świętą, za jaką mają ją wszyscy w Białym Soborze. Czy to zatem już koniec? Czy ciemność Fałdy ogarnie cały świat, a Przyzywaczka Słońca już zawsze będzie nią tylko z nazwy? A może jest jeszcze nadzieja?

Po nieco, jak dla mnie, statycznym tomie drugim, przyszedł czas na tom finałowy. Zabrałam się za niego od razu, gdyż byłam ciekawa, jak potoczą się losy bohaterów, którzy w finale poprzedniego tomu utknęli w martwym punkcie. Powieść naprawdę mnie wciągnęła i późnym popołudniem już znałam odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Czy jestem zadowolona zaproponowanymi przez autorkę rozwiązaniami? O tym poniżej.

W początkowych rozdziałach Alina jest cieniem dawnej siebie. Chora i słaba, z posiwiałymi włosami, jest idealnym obiektem do manipulacji dla sprytnego kapłana Apparata. Jednak dzięki nieocenionemu Malowi i wiernym Griszom, bohaterce udaje się nie tylko wyzwolić z niechcianego więzienia, ale też znaleźć w sobie siły do dalszej walki. Bohaterowie są przekonani, że jedynym sposobem, by pokonać rosnącego w siłę Darklinga, jest odnalezienie legendarnego ognistego ptaka, który według dzienników Morozowa, stanowi trzeci wzmacniacz mocy.
To dlatego akcja Ruiny i rewolty skupiać się będzie na podróży i poszukiwaniach legendy, ale nie tylko. Trzeba przyznać autorce, że finałowej części trylogii naprawdę starała się podomykać wszystkie wątki i wyprowadzić na prostą drogę losy postaci.
Irytujące, ale też ciekawe było umieszczenie Aliny między trzema mężczyznami, z których każdy mógłby jej zaoferować co innego. Mal, przyjaciel z dzieciństwa jest obecnie nie tylko jej obrońcą. Jako jeden z nielicznych zawsze mówi Alinie szczerą, nielukrowaną komplementami prawdę i choć zrobi dla niej wszystko, ciężko mu ze świadomością, że dziewczyna którą kocha, jest predysponowana do większych rzeczy i zaszczytów, niż on może jej zapewnić.
Błyskotliwy i bezczelny carewicz Mikołaj, może uczynić z Aliny najpotężniejszą królową, jaką widziała Ravka. Wspólnie mogliby nie tylko dźwignąć kraj z upadku, ale też doprowadzić go do niezwykłej potęgi.
No i jest jeszcze Darkling. Pozornie ten zły, pozbawiony skrupułów, ambitny i żądny władzy nad ciemnością i światłem. Przyciąga do siebie Alinę z powodów, których dziewczyna nie zna, albo woli nie znać. Gdy się temu przyjrzeć bliżej, Alina i Darkling są jak dwie strony medalu, jak yin i yang, być może dlatego, wciąż ze sobą walczą, jednocześnie się przyciągając.
Którego z nich wybierze Alina? Przyznam, że dla  mnie nie od razu to było jasne i obstawiałam kogoś innego.

Oprócz umiejętnie dawkowanych miłosnych rozterek, w tomie trzecim poznajemy początki potęgi Griszów, w tym samego Darklinga i jego przodków. Rozmawiając z naocznym świadkiem tamtych wydarzeń, Alina ma wreszcie sposobność, dowiedzieć się, jak czytane przez nią legendy mają się do rzeczywistości.
Nie wiem, czy to dlatego, że zdążyłam się przywiązać do bohaterów, czy po prostu lubię takie motywy, bardzo przypadł mi do gustu wątek stopniowo solidaryzujących się z Aliną Griszów: Gieni, Tolii, Tamar, a nawet pyskatej Zoji.
Jeśli idzie o samo zakończenie historii, to także przypadło mi do gustu. Lubię, kiedy autor wpaja w czytelnika przekonanie, że skończyć się może tylko w jeden sposób, a tu zupełnie niespodziewanie, pojawia się dodatkowa opcja. Może wyszło trochę bardziej melodramatycznie, ale i tak mi się podobało. Najprostsze rozwiązania często bywają najlepsze.

Trylogia Grisza z pewnością zasługuje na uwagę czytelników lubujących się historiach fantasy, opartych na ludowych legendach i obiegowych motywach, nawiązujących do odwiecznej walki światła i ciemności. Jeśli książkę czyta się z wypiekami na twarzy i nie może się jej odłożyć, a codzienne obowiązki idą w kąt, to zdecydowanie musi coś w tym być.
Może jestem beznadziejną romantyczką, ale nie znajduję w tej historii niczego, do czego można by się przyczepić. Stanowczo wpisuję ją na prywatną listę moich ulubionych serii, a Was zachęcam do zapoznania się z nią. Naprawdę warto.

Dział: Książki
czwartek, 23 kwiecień 2015 14:36

Artur Patalas - Księga Hoba

B                       B                     B

Sferyczny podmuch wygładził jego długie platynowe wąsy. Międzywymiarowy potężny byt zmaterializował się w centrum wszechrzeczy. Zbłąkana myśl całkowicie przyćmiła wszystkie inne, bijąc na alarm. Zmarszczki i cienie wyostrzyły sie, a on już znał przyczynę. Korytarze czasu zostały nagięte. Przyszłość w Hercerlionie została zachwiana, a pierwsze żniwo zmian miało napiętnować jednego z jego najwierniejszych wyznawców. Staruch zbliżył się do ołtarza i wydobył niebiesko-zieloną bryłę, po czym rozpuścił ją w zwierciadle. Zła myśl w jego głowie dopiero pączkowała. Nadal był jeszcze czas.

Odnalazł wyznawcę pośród tego, czym go obdarował i sprawił by jemu służyło. Sam nie mógł ostrzec Hoba, byłoby to wbrew zawartemu z ludźmi paktu.

>Wy, istoty żyjące, decydujecie i ponosicie konsekwencje swoich wyborów. Sami to wybraliście. Ja wiedziałbym najlepiej, co jest dla was dobre, bo wiem wszystko. Chciałem dać wam życie bez cierpienia, lecz nie odpowiadało to wam. Chcieliście mieć pełną kontrolę. Zawsze byliście dumni, pełni pychy i łakomi władzy. Dzięki mnie nigdy nie musielibyście dokonywać dramatycznych i trudnych decyzji lub ulęgać wątpliwościom. Lecz wybraliście inną ścieżkę. Ścieżkę cudownej niedoskonałości, ulotnych bajecznych chwil oraz życia kruchego i krótkiego jak wasz jesienny liść. Według was wszystko lepiej smakuje, gdy może się w każdej chwili skończyć. Kiedy nie możecie się w pełni nacieszyć szczęściem. Z drugiej strony, tyle razy przeklinacie mnie za brak działania i bezduszność, ale to przez was nie mogę nic uczynić. Przez pakt, który nas wiąże, a którego już żaden z was nie pamięta.
Oto jest cena. Cena niezależności, wolnej woli i własnej duszy.

> A zatem Hobie! Opuść własne morgi, pozostaw swe sługi. Niechaj zaraza spadnie
na twe ciało. Wyrusz skoro świt. Poradź się wiedzącego i wylecz swą skórę. Rany zabliźnią się a życie twe będzie ocalone.

H                       H                     H

Farmer zwany Hobem zarządzał najzacniejszym połaciem ziemi na zachodnim wybrzeżu. Dumny był bardzo ze swych włości, gdyż uprawy zawsze były obfite a bydło parzyło się i rosło na potęgę. Ów farmer, gorliwy wyznawca wszechojca od niepamiętnych czasów słał modlitwy i składał ofiary stając się jego najwierniejszym sługą.

Jak każdego ranka jasnowłosa Aliet pędziła z czystą, złożoną odzieżą do komnat swego pana. Znajdująca się w łaźni balia byłą już do połowy pełna. Najwyższy czas zbudzić majordomusa. Cicho przeszła przez świetlicę, przyglądając się wspaniałym obrazom. Omal nie upuściła pachnących ubrań, gdy para psów Axon i Hess przebiegły tuż obok niej. Potężne wyżły były ulubieńcami Tesy, żony właściciela. Byli to najlepsi i najwierniejsi strażnicy rodziny, niezrównani na polowaniach.

- Gathe! Przywiąż psy przed domem. Pani nie lubi jak biegają po komnatach.- oznajmiła dziewczyna.

Młody chłopak wychylił się zza winkla. Poprawił potargane włosy i puścił oczko do służącej. Ali westchnęła ceremonialnie i ruszyła po schodach na górę. Gathe od dawna podkochiwał się w niej. Wiedziała o tym i odpowiadało jej to. Biedny chłopiec bez szemrania wykonywał za nią wszystkie niewygodne i siłowe zadania. W podzięce otrzymywał przesłodki uśmiech okraszony trzepotaniem rzęs. Jednak Gathe był stanowczo za młody by być brany pod uwagę, jako potencjalny konkubent.

Gathe chwycił oba wyżły i podciągnął je pod kuchenne drzwi. Oparł się plecami i spróbował otworzyć tylne wyjście, lecz rdzawe zawiasy ani drgnęły. Przypomniał sobie, że już wczoraj miał naprawić uszkodzony skobel. Biedne kucharki już od tygodnia skarżyły się, że nie mogą wydostać się na podwórze. Gathe przysiągł sobie, że jutro z samego rana naprawi niewygodną usterkę.

Aliet stanęła tuż przed komnatą Hoba. Przycisnęła ubrania do piersi i powoli uwolniła lewą rękę. Z wyczuciem zapukała.

- Wejść. – zaspany głos chrypnął ze środka.

Dopiero, gdy uzyskała pozwolenie chwyciła za klamkę i weszła do komnaty. Starannie odłożyła wyprasowane odzienie.

- Panie, kąpiel już czeka.

- Doskonale! Możesz odejść.- Powiedział Hob, wynurzył się spod pierzyny i zaczesał łysinę.  Obok niego nadal drzemała Tesa. Domina szczyciła się nieprzeciętnym biustem oraz szlachetnymi rysami, które odziedziczyło jej potomstwo. Gdy tylko jej mąż opuścił łoże, zajęła całą powierzchnię miękkiego posłania i obie poduszki.

Ali już miała opuścić dormitorium, gdy kantem okaz zauważyła coś niepokojącego.

- Z całym szacunkiem mój panie. Na twym ciele pojawiły się dziwne znamiona.
Nasz znachor powinien to zobaczyć.

- Wiara jest moim jedynym wybawieniem. To boska ręka mnie uleczy, nie ludzka.

- Ależ panie...

- Cisza! Już zdecydowałem. A ty niewierna owieczko. Jak wszechojciec ma uleczyć ciebie i twoją duszę skoro nie wierzysz w jego moc?

Potężny grzmot potrzasnął nielicznymi chmurami nad włościami Hoba.

G                       G                     G

Dwa masywne topory rytmicznie furkotały zagłuszając kukułcze zaloty. Wymachujący nimi długobrody kafar zatrzymał się nagle i zwrócił w stronę leżącego pod drzewem bladego mężczyzny.

- Jak tam szefie? Boli cię jeszcze?

- Gdyby nie bolało już dawno byśmy ruszyli! – Wrzasnął w kółko golony
brunet i zamoczył kilka szmat w niewielkim cebrzyku. Schłodzone w wodzie kompresy ułożył na żołądku.

- Mówiłem ci Gomez zebyś nie jadł tego swinstwa. Ale oczywiscie nikt mnie nie słucha. To teraz mass. – Zaseplenił przystojny, długowłosy blondyn o błękitnych oczach. Piękno jego twarzy kończyło się jednak wewnątrz ust. Czubek jego języka było całkowicie drętwy, przez co wadom wymowy nie było końca. Dla Karamby litera „r" mogłaby nie istnieć.

- Zamknij jadaczkę i daj mi spokój!

Nastała cisza. Ptasie radio zdominowało leśną przestrzeń. Posiadało najbardziej zażartych słowiczych komentatorów, którym nie straszny był byle kot, doskonałych sikorzych solistów zachwycających barwą i brzmieniem. No i ambitną leśną filharmonię, ćwiczącą dzień w dzień po kilkanaście godzin. Audycja wystartowała. Soliści od razu wypełnili lukę ciszy. Gdy tym brakło tchu komentator przekazał głos dalej i dalej. Las zatracił się w upojnym śpiewie o tak delikatnej barwie, że aż sójka zniosła jajko. Nie trwało to jednak długo.

- Do kroćseeeeet!- Zawył dowódca, zwijając się w kłębek z bólu. Spłoszone ptactwo odfrunęło, prawdopodobnie w poszukiwaniu słuchaczy, którzy docenią ich kunszt.

- Nieźle potargało mu bebechy, co? – Zachichotał olbrzym, zasłaniając usta ogromną dłonią.

- Słyszałem to! – Gomez chwycił pokaźny kamień i zamachnął się. Niestety koszmarne zatrucie odebrało mu większość sił i skalny pocisk nie przefrunął nawet dwóch metrów. Ponownie zanurzył kompres w wodzie i rozejrzał się po okolicy.  - A gdzie znowu posiało Berta i moją siostrę?

- Chyba poszli na grzyby? Albo na jagody? Kto ich tam wie? – Longbard z Karambą spojrzeli po sobie z uśmiechem.

- Urwę mu łeb, jeśli choćby dotknie mojej siostry!

*

Ciemny żołnierski but od niechcenia trącił rosłego prawdziwka. Brązowy kapelusz oderwał się od trzonu i upadł obok ukazując gąbczasty spód. Bert bardziej zajęty był obserwowaniem pięknej czarnowłosej dziewczyny, niż zbieraniem grzybów. Wpatrywał się w nią nieustannie, na każdym kroku. Wszystko robiła idealnie. Poruszała się elegancko, ale zdecydowanie. Jej ciało było napięte i umiarkowanie muskularne. Gotowe do nagłego, niespodziewanego ataku. Atrakcyjnie niebezpiecznego.

Brunetka pochyliła się by zerwać kolejnego borowika. Widok tak jędrnie wypiętych pośladków omal nie pozbawił Berta przytomności.

- Rowenta?

- Czego znowu chcesz?!

- Tak sobie od dawna myślę, ze bylibyśmy dobrą parą.

- Tylko w twoich snach! A w moich koszmarach!

- Wracałbym do naszej chaty, obładowany zwierzyną i zdobyczami z kupieckiej karawany. Głośno witany i podziwiany przez gromadkę naszych dzieci.

- Nie!

Bert rozmarzył się a na jego twarz spłynął buraczany rumieniec.

- Podałabyś mi pyszny obiad. Wymasowała obolałe mięsnie, a wieczorami w sypialni...

Czarna w dwóch sprężystych susach doskoczyła do niskiego, pulchnego mężczyzny. Jego pojedyncza, krzaczasta brew idealnie dzieliła twarz na dwie równe połówki.

Chwyciła go mocno za gardło i przyparła do starej brzozy.

- Powiedziałam nie! Odpuść sobie! Twój widok wywołuje u mnie obrzydzenie!
Im szybciej dotrze to do twojej pustej głowy tym lepiej. – odepchnęła go i szybkim krokiem zniknęła za zieloną leszczyną.

Mężczyzna zamilkł. Wiedziała, że jest to tylko chwilowy sukces i za nie dłużej niż dwie minuty Bert ponownie spróbuje szczęścia. Dla niej, był jedynie godnym pogardy obleśnym, adoratorem, tępo łudzącym się że jego miłość zostanie odwzajemniona. Potrafił godzinami narzucać się i z uporem maniaka obsypywać mdłymi komplementami.

Dotknęła mnie. Pomyślał mężczyzna a na jego twarzy wymalował się szeroki, maślany uśmieszek.

- Wesz Rowenta. Wybrałbym cię nawet jakbyś była brzydsza.

W powietrzu świsnął krótki badyl. Sękaty kij z wielką mocą trafił prosto w głowę Berta.

- Uważasz, że jestem brzydka?! Jak śmiesz tak mówić! Nie odzywaj się do mnie draniu!

Mężczyzna złapał się za czoło i jęknął pod nosem. Rozmasował rosnącego jak na drożdżach guza. Ból i pieczenie było bardzo nieprzyjemne, ale od razu jej wybaczył.

- Najbardziej ranimy tych, których kochamy! – wykrzyknął i pobiegł za nią.

*

- Gdzie się szlajacie, do kroćset?! Ja tu flaki wypluwam a wy urządzacie sobie miłosne spacerki!

- Daj spokój Gomez. Ja z nim?

- Już mi tutaj oczu nie mdlij, wystarczy mi to cholerne zatrucie!

- To wszystko wina Karamby szefie! Gdyby nie zbałamucił córki lorda Harima jedlibyśmy teraz pieczyste i popijali czerwone wino.

Przystojniak pochylił głowę i skrzyżował ręce.

- No wiem, ale miała taki zgjabny tyłeczek.

Kompania spojrzał na niego z niesmakiem.

- Niech cię diabli! Karamba, ona miała może z 7 lat!

- No, co?- Wzruszył ramionami.

- Każdy porządny obywatel powinien spuścić ci łomot! Ewentualnie powinieneś trafić do kicia i tam zgłębiać sztukę więziennej miłości.

- No właśnie!

- Dobra zostawcie go!- machnął ręką Gomez.- Najważniejsze, że trzyma ręce z dala od mojej siostry!- Spojrzał koso na jednobrwistego. – Nie muszę chyba przypominać, że kto odważy się tknąć Rowentę, ten na zawsze pożegna się z własnym nabiałem? – pogroził długim nożem poniżej pasa.

Bert głośno przełknął ślinę, a reszta męskiej brygady zasyczała równo.

- Musimy szukać gościny gdzie indziej. Zostały nam trzy dni drogi do naszej gildii. Zbierać manatki! Wyruszamy! A na ciebie gwałcicielu nakładam szczególny nadzór.

H                       H                     H

Rodzina Hoba jak każdego ranka zasiadła przy suto zastawionym stole, by odprawić modlitwę dziękczynną i posilić się po nocnej głodówce. Część jego starszych synów i córek ucztowała ubiegłej nocy w latyfundium pół staja stąd. W posiadłości pozostał młodszy syn Arion oraz kilkuletnie córki Mayil i Erira. Rodzina zasiadła na bogato rzeźbionych krzesłach. Ledwo zdążyli złożyć dłonie do modlitwy, gdy, w komnacie pojawił się posłaniec.
Sługa skłonił się pokornie. Dłuższą chwilę nerwowo memłał czapkę w dłoniach. Przywołany przez majordomusa klęknął przy siedzisku.

- Panie. Na pola uprawne napadli bandyci! Zboże podpalili a warzywa stratowali.
Twe sługi rozgonili!

Hob skrzywił się gniewnie i łupnął pięścią w stół. Spojrzał na swą żonę Tesę, która zszokowana wiadomością zasłoniła dłonią usta.

- Masz tu trzy złote monety. Idź i ratuj, co się da. Zbierz ludzi do gaszenia pól, potem odszukaj po lasach zbiegłych. - Odprawił posłańca i ponownie przystąpił do modlitwy. Wysypka na jego ciele, z minuty na minutę ogarniała coraz większą część ciała. Gdy dotarła do najdalszych części kończyn, triumfalnie odezwała się swędzącą falą. Dłonie zaczęły puchnąć. Przestały gładko i chętnie składać się do modlitwy.

- O potężny wszechojcze i miłosierna wszechmatko. Dziękujemy wam za bogactwo, dobrobyt i...

Modlitwę przerwało pojawienie się kolejnego sługi. Ten nie bacząc na gest przyzwolenia podbiegł i padł na kolana przed posiadaczem ziemskim.

- Panie! Demoniczny ogień! Twe stajnie, obory i kurniki płoną! Zwierzęta ryczą a ogień wodzie nie ustępuje!

Przerażony feudał powstał. Z wielkim zdziwieniem spojrzał gdzieś w górę. Zastygł na chwilę. Chciał za wszelką cenę poznać myśli wszechojca. Zrozumieć, czemu zesłał na niego te wszystkie nieszczęścia. Tesa chwyciła go za dłoń i przywołała z powrotem. Hob ocknął się i wręczył przybyszowi dwie monety.

- Zabierz każdego, kogo napotkasz po drodze. Pędźcie na górną polanę i ratujcie, co zdołacie.

Blady ze złości zasiadł ponownie. Drżące kłykcie ponownie zacisnęły się. Mimo iż głos mu dygotał, on prawił dalej.

- ...Dziękujemy wam za bogactwo, dobrobyt, szczęście i zdrowie, którym nas obdarowano. Oddajemy się...

- Majordomusie.- Przerwał trzeci z jego sług- Przybywam spod twego latyfundium. Twe dzieci...- Hob przerwał mu unosząc rękę w górę.

Wszyscy zamarli na chwilę. Domina zasłoniła dłońmi twarz. Nie chciała wiedzieć, jakie wieści mógł przynieść posłaniec.

- Mayil, Erira. Będziecie śniadać później. Teraz idźcie, zajmijcie się zabawą.

Uradowane przyzwoleniem ojca, chichoczące dziewczynki pobiegły do alkierza, w którym czekał na nie miniaturowy łuk oraz strzały zabezpieczone pacyną.

Dopiero, gdy w komnacie pozostali dorośli. Posiadacz przyzwalająco skinął głową z nad spleconych do modlitwy dłoni.

- Majordomusie. Latyfundium.- Poddany głośno przełknął ślinę.- Latyfundium runęło o świcie. Twoje dzieci panie... nie mogliśmy nic zrobić.

- Oddajemy się wam i podporządkowani waszej woli! Składamy tę oto modlitwę na dowód wiary i oddania! - wykrzyczał Hob, a nowo powstające bąble na ciele zapiekły niemiłosiernie. Szybko chwycił posłańca za kaftan. W drugiej ręce błysnął nóż.

- Łaskawy panie! – Stęknął przerażony podwładny, a jego dzwoniące zęby słychać było po drugiej stronie stołu.

Ostrze wypadło z drżącej dłoni, a ręka poluźniła chwyt. Posłaniec upadł na plecy. Przez chwilę drobił na czworaka, lecz szybko podniósł się i pobiegł w stronę kuchni. Nikt nie lubi tych, co przynoszą złe wiadomości. Tym razem ocalił skórę, ale Hob w każdej chwili mógł zmienić zdanie. Włodarz pobladł, wraz z żoną i synem utonęli w łzawym żalu i boleści. Ojciec chwycił ich za karki i przyciągnął do siebie. Razem połączyli się we własnym nieszczęściu.

W drzwiach stanęła Aliet, młoda i piękna służka. Wstydliwie zacisnęła dłoń na nadgarstku. Odezwała się pomimo napiętej atmosfery.

- Panie masz gości.

B                       B                     B

> Mój wyznawco. Wystawiony ponad innych. Opuść swe domostwo! Jest jeszcze czas. Jeszcze możesz uratować własne życie. Jeśli zaraza nie sprawiła, że opuściłeś zagrożone miejsce, niechaj sprawi to nieszczęście. Ogień zdławi bydło i zwierzęta juczne. Jeśli nadal
nie usłuchasz rozgromię twoje sługi. A gdy nie będę miał już wyboru, odbiorę ci potomstwo. Usłuchaj mnie Hobie, sam stworzyciel pragnie byś dalej mu służył.

G                       G                     G

Złociste żyto muskane delikatnym wiatrem przyjemnie szeleściło. Robactwo przekrzykiwało się w monotonnych pieśniach godowych. Wiadomym było, że tylko najwspanialszy pieśniarz przywoła sobie samicę i podtrzyma skomplikowaną ciągłość ekosystemu.

Wąską dróżką, po środku pola raźno maszerowała kompania Gomeza. Na czele tuż obok dowódcy szedł, charakteryzujący się soczystą mową Karamba.
Za nimi długobrody gigant i otyły lowelas. Kolumnę zamykała zabójcza piękność, siostra Gomeza.

- Bert?- Odezwał się Longobrad.- Czemu nie zgolisz tej pojedynczej brwi?

- Co wszechojciec złączył, niechaj człowiek nie rozdziela.

- No, ale wtedy, może miałbyś większe szanse u Czarnej?

- Nie tknęłabym go nawet, gdyby był ostatnim facetem na tej płaskiej ziemi! – ryknęła za ich plecami Rowenta.

- Dobrze gadasz siostra! A ty Bert, chyba naprawdę chce stracić swoje klejnoty rodowe?

Szybko uniesiona ręka Karamby przerwała kłótnię.

- Gomez. Psed nami dwój.

- Co powiedziałeś?

- Znacy posadłosc. Kujwa! Ktos bogaty tu mieska.

- Dobra, dobra! Zrozumiałem. – Odpowiedział Gomez i odwrócił się do reszty.- Słuchać mnie! Idziemy do tego dworu uzupełnić zapasy. Nie ma, co liczyć na gościnę, ale warto spróbować. Bez mojego sygnału niech was klinga nie świerzbi. Jasne? – z całej zgrai tylko Longbard pokiwał głową. – Broń w pogotowiu, ale tak żeby nie było jej widać. No i za mną. A ty gwałcicielu masz nie odstępować mnie ani na krok!

Blondas spochmurniał, ale to Gomez wydawał tutaj rozkazy. Przez, jego zdaniem, niewielką wpadkę z córką władyki, stracił zaufanie grupy. Przysiągł sobie, że gdy tylko nadarzy się okazja odkupi swoje winy.

Lekkie skurzane pancerze powoli nasiąkały potem. Niejednorodne uzbrojenie kompani postukiwało w rytmie marszu. Pozostał im tylko najcenniejszy i konieczny ekwipunek. Wszystko inne sprzedali lub wymienili na jedzenie. Tym razem musieli liczyć na łaskę możnowładcy. Szli wolno. Starali się być jak najbardziej widoczni, aby nie przestraszyć właściciela i dać mu czas na przygotowanie. Daleko za południową i północną stroną posiadłości unosiły się kłęby dymu. Czarne tumany brudziły idealne bezchmurny błękit.

- Właściciel może być nie w humorze. Pożar trawi jego ziemie. – Powiedział Gomez. W jego brzuchu coś nagle zabulgotało. Kurczowo złapał się za trzewia i padł na kolana.

- Szefie nic ci nie jest? – Łypnął olbrzym.

- A jak sądzisz baranie?!

- Bo szefie. Moja babka na takie bule to mieliła w zębach różne zioła, potem wypluwała i nakładała na bolące miejsce. Jak szef chce to nazbieram i przeżuję trochę ziół.

- Błagam, niech ten tłumok już nic nie mówi!- Zastękał dowódca. Ból stawał się nie do zniesienia, podnosił temperaturę ciał i odbierał siły witalne. Towarzyszyło temu groźne poburkiwanie. Gomez oddychał ciężko. Po chwili przełamał ból i podniósł się na równe nogi. Kompania wolno ruszyła w dalszą drogę.

Powitało ich głośne szczekanie ogromnych psów przypiętych łańcuchem do misternie wykonanej budy. Brama wejściowa stała lekko uchylona. Posiadłość sprawiała wrażenie zadbanej, lecz opuszczonej. Marmurowe kolumny podtrzymywały okazały portyk przyozdobiony skomplikowanymi płaskorzeźbami. Doskonale przystrzyżone jałowce, ustawione wzdłuż brukowanego dziedzińca, strzegły szmaragdowego trawnika. Jednak poza gęsto usiana florą, nie było tam nikogo poza parą hałasujących wyżłów. Gomez zrobił się blady jak wapienna skała. Dygotał z zimna i słaniał się na nogach. Rowenta wsparła go na ramieniu i razem podeszli do kamiennej studni, znajdującej się w centrum placu.

- Oj braciszku! Masz wysoką gorączkę. Potrzebujesz odpoczynku.

- Nie teraz, siostra.- Odwrócił się do reszty towarzyszy. – Błagam uciszcie te psy.

- Na rozkaz, szefie! Ukręcę im głowy.

Olbrzym podszedł pod masywną budę obudowaną kolorowymi kaflami. Właściciele psów musieli być niesłuchanie majętni. Niejeden człowiek z chęcią zamieszkałby w takiej budzie. Long porzucił tę myśl, tym razem skupiony był na wykonaniu zadania. Gdy dostał jasny cel, nic nie mogło go powstrzymać. Chwilę zastanawiał się nad sposobem wykonaniem misji. Spojrzał na dwa szarpiące się demony. Wyszczerzone kły i zjeżona sierść dawały jasno do zrozumienia, że nie życzą sobie obcych na ich terenie. Ogromne paszcze złowrogo klapnęły, gdy tylko zbliżył się o cal.  Rozłożył szeroko niedźwiedzie łapska.

- Stój! Ja to zjobię. – krzyknął Karamba.

- Nie! To moja misja!

- To nie jest zadanie dla wojownika twojego pokjoju. Jesteś stwozony do więksych, powazniejsych zadań.

- Nie! To moja misja! Gomez mi ją zlecił.

- Chciał zeby ktokolwiek się tym zajął. A teraz, przez ciebie zycie Gomeza jest zagrozone!

- Ale...

- Najlepsy z nasych wojowników, zamiast bjonić jannego dowódcy, zajmuje dujnymi psami. Nie widzis ze to pułapka?

Long wzdrygnął się, zacisnął pięści i nerwowo rozejrzał się po całej posiadłości.  Szybko podbiegł do Gomeza osłaniając go szeroką klatą, na wypadek ostrzału z lewej strony dworzyszcza. Bert zrobił podobnie pod drugiej stronie studni. Nie wiadomo czy spowodowały to wymogi bezpieczeństwa, czy raczej stojąca obok Rowenta. Jednobrwisty przerzucił na bok ciemną pelerynę i wysunął krótki, refleksyjny łuk z sajdaka. Wolno, nie zwracając niczyjej uwagi nałożył strzałę na cięciwę. Wypiął klatkę piersiową, która za nic w świecie nie chciała zrównać
się z wystającym brzuszyskiem. Spojrzał na Czarną podtrzymującą swego brata i zrobił poważną minę.

- Wiesz skarbie, że nie opuściłbym cię w chorobie czy w biedzie?

- Jeszcze raz tak do mnie powiesz, to ci tak trzepnę w kichawę, że się nogami nakryjesz!

Karamba ukląkł tuż przed ujadającą parą psów. Wolno wyciągnął otwarte dłonie tuż przed ogromne, spienione śliną pyski. Łańcuchy szczękały i napinały się. Wydawało się, że za chwilę ogniwa rozejdą się i ogromne wyżły rozerwą ich kompana na strzępy. Wszyscy byli pewni, że po raz ostatni widzą swego kompana, że pedofil zaraz zostanie pokarany przez wszech ojca za swe niemoralne występki. Tymczasem jeden z psów przestał szczekać i zaczął obwąchiwać dłoń blondyna. Spod długich blond włosów świeciły niebieskie, wyłupiaste oczy. Stopniowo wwiercały się spojrzeniem i zniewalały groźne zwierze. W końcu drugi wyżeł przestał szczekać. Warkot dobiegający z ogromnych gardeł zagłuszył nawet burczenie kiszek Gomeza. Psy spuściły głowy i ułożyły je na łapach. Karamba nie przerywał kontaktu wzrokowego. Niebezpiecznie przesunął ręce za masywne karki i zaczął drapać, nadal zjeżoną sierść. Bestie pozwoliły na małą pieszczotę. Następnie przesunął dłonie tuż pod ogromne pyski. Ciepłe języki ośliniły wewnętrzną powierzchnię dłoni. Teraz były już na jego łasce. Powoli chwycił je za skórzane obroże. Podniósł psy do góry tak, by uniemożliwić im jakikolwiek atak. Przyciągnął i bez większych przeszkód wprowadził je do budy. Na koniec zamknął drzwiczki i zagiął haczyk, by bestie nie wydostały się bez jego zgody.

- Nie wierzę własnym oczom! Jak to zrobiłeś?! – z podziwem krzyknęła Czarna.

Bertowi nie spodobało się, że jego ukochana obdarzyła Karambe tak wielkim uznaniem. Był zazdrosny, lecz sam czuł lekki podziw. Nigdy nie odważyłby się na takie zuchwalstwo.

- Odzyskuję wiarę w ludzi. – podniósł się Gomez i poklepał kompana po plecach.

Zrobił kilka kroków w stronę hebanowych drzwi wejściowych, znajdujących się w centralnym punkcie budynku. Cały trząsł się z zimna, kości bolały jakby od wewnątrz dziurawiło je stado korników. Gorączka mąciła umysł, a samo uniesienie ręki wyczerpało wszystkie jego siły. Przełamując cierpienie stanął najdumniej jak potrafił i rzekł donośnie.

- Majętny panie tych ziem. Jesteśmy biednymi wędrowcami. Przyszliśmy prosić cię o schronienie i zapasy na dalszą drogę. Nie mamy złych zamiarów.

Nagle jeden z toporów Longa odczepił się skórzanego pasa i głośno upadł na ziemię tuż pod stopami draba. Brodacz szybko kucnął i podniósł zgubę. Czarna na widok wielkiego ciamajdy, klepnęła się w czoło i pokręciła głową.

H                       H                     H

Jeszcze wczoraj Hob posiadał wszystko. Jego gospodarstwo nie miało sobie równych. Jego rodzina była liczna i szczęśliwa. On sam cieszył się zdrowiem i bogactwem.

- Wszechojcze! Czemu odbierasz mi to, co dałeś wiele lat temu? Czyż nie przykładnie tobie służyłem? – Majordomus wstał i zakołysał się. Jego źrenice rozszerzyły się a w uszach zadzwonił monotonny dźwięk. – To jest próba.- szepnął pod nosem. - Wszechojciec chce poddać mnie próbie! Jeśli przetrzymamy, wszystko zostanie nam zwrócone! Słyszysz mnie Tesa? – zapłakana kobieta pokręciła głową.

W jadalni pojawiło się kilkunastu służących uzbrojonych w żelazne siekiery, widły i inne gospodarcze oporządzenie. Wśród nich stanął młody Gathe. Zdecydowanie niegotowy do swej pierwszej bitwy. Za wszelką cenę starał się powstrzymać drgawki i kołatanie serca.  Hob spojrzał na przybyłych mężczyzn a następnie na żytowłosą Ali.

- Goście? – Zrobił długą pauzę. Widać było, że zmaga się z własnymi myślami. Jak według wszechojca powinienem postąpić? – Udzielam im gościny.

Arion, ostatni syn majordomusa przetarł słoną od łez twarz i wstał. Minął stojącą w przejściu blondynkę. Przywarł długim nosem do okiennicy i lekko uchylił zasłonę.

- Ojcze! Ci ludzie wyglądają jak bandyci! Nie roztropnie jest ich przyjmować.

Ojciec spojrzał na jedynego ocalałego syna.

- Jeśli są spragnieni, otrzymają wodę. Jeśli są głodni, dostaną strawę. Jeśli są biedni, obdaruję ich złotem. Pan dał mi wszystko, choć nie miałem niczego. Mnie nie brakuje, niechaj i innym nie zabraknie.

- Ojcze! Nie widzę Axona i Hesa. Najwyższy z nich przed chwilą wypuścił topór. Pewnie to oni zabili na polach nasze sługi, przed dworem psy a w środku zabiją nas!

- Dostaną, czego zechcą a potem ruszą w dalszą drogę. Wszechojciec ochroni nas przed ich złymi zamiarami.

- Wszechojciec opuścił cię ty głupcze! – Gorzko wycedziła żona Hoba. Jej oczy płonęły po stracie potomstwa.

- Nie będę słuchał tych bluźnierstw! Otworzyć wrota i wpuścić podróżnych. – powstał i wskazał Gathego.

Arion kipiał ze złości. Nie wierzył w dobre intencje przybyłej bandy. Zdjął ze ściany wspaniały paradny miecz i nie bacząc na zakazy ojca zatoczył kilka młynków.

- Nie pozwolę skrzywdzić mojej rodziny! Możesz do końca swych dni nadstawiać dugi policzek, jeśli taka twoja wola.

Gathe minął Aliet. Delikatnie otarł się o jej biodro. Niepozorny dotyk wywołał euforię. Rozgrzana dziewczyna obejrzała się za chłopakiem. W jej życiu od zawsze brakowało ciepła, pieszczot, czy choćby miłego dotyku. Młody mężczyzna posłusznie przesunął zasuwy przy głównym wejściu. Równo z finalnym stuknięciem ostatniego zamka spojrzał na Ali.

G                       G                     G

Wewnątrz posiadłości coś się poruszyło. W oknach mignęły cienie. Coś wisiało w powietrzu. Przeszywająca cisza drażniła nerwy i wyczulała wszystkie zmysły. Przeciągająca się gotowość do walki męczyła. Dłonie robiły się mokre a gardła suche. Po środku tego wszystkiego Gomez kontynuował przemówienie. Cierpliwie powtarzał każde słowo. Pomimo tego wrota ciągle stały zamknięte.

- Jesteśmy tylko podróżnikami. Uzupełnimy zapasy i ruszymy dalej.

Karamba rozejrzał się nerwowo po całym placu.

- Cemu nas nie wpuscają? Jus dawno powinni otwozyc dzwi.

Coś nagle stuknęło głucho o dachówkę. Serca stanęły w gardłach. Cała banda lekko przysiadł na nogach. Oczy szaleńczo, szukały najmniejszego ruchu. Niebieskooki spostrzegł stojącą postać w oknie, z mocno napiętym łukiem. Dziwny grot wycelowany był prosto
w Gomeza.

- Kryc się! Stselają z okien! – Krzyknął Kajamba i wystartował w stronę dowódcy. Szanse były nikłe, lecz wyścig trwał. Rozpaczliwie wspomagał bieg obszernymi wymachami ramion. Dłonie otwierały się i zaciskały jakby próbował chwycić powietrze. Wydawało mu się, że jego nogi są z ołowiu, a biec przyszło mu po ruchomych piaskach. Gomez stał jak zaklęty. Był blady i coraz bardziej tracił kontakt z rzeczywistością.

Blondyn w szaleńczym pędzie wpadł na dowódcę, okręcił się z nim. Własnymi plecami osłonił przed wycelowanym pociskiem. Padli razem na ziemię tuż pod niewielkim zadaszeniem, przy wejściu do willi.

- Gomez! Stselają z okien! Co jobimy? –  Sparaliżowany bólem dowódca zaczął dopiero odzyskiwać świadomość. Rozejrzał się wokół jakby kompletnie stracił orientację.

Rowenta i Longbard rozbiegli się po posesji, nerwowo szukając schronienia. Ukryty za studnią Bert wysunął łuk spod peleryny. Strzała już od dłuższej chwili siedziała na łuczysku. Napiął cięciwę lekko wychylił się z nad podmurówki. Namierzył cel i wypuścił strzałę, która zniknęła w mroku pomieszczenia. Nie wiedział czy trafił, lecz nie mógł dłużej ukrywać się w tym miejscu. Podbiegł zygzakiem w miejsce gdzie już zebrała się cała grupa.

Gomez podniósł się z wielkim trudem. Ogołocił klingę i oparł się o drewnianą kolumnę zadaszenia.

- Nie mamy wyjścia, do kroćset!- stęknął z wysiłku. – Nie możemy się teraz wycofać. Wystrzelają nas jak kaczki! Musimy oczyścić dom. Albo oni albo my!

Brodaty poważnie kiwnął głową. Stanął przed masywnymi drzwiami. Okrężnymi ruchami barków rozgrzał łopatki. Całą siłą i masą wpadł w ogromne wrota.

H                       H                     H

Drewniany konik napędzany chudziutką rączką Mail, ochoczo brykał po drewnianej poręczy.  Oczami wyobraźni Mail, ten wspaniały, kary wierzchowiec gnał teraz przez zielone wzgórza i doliny. Jego piaskowa grzywa powiewała w galopie, smagając mokrym od potu włosiem, po obu stronach szyi. Ogon płonął żółcią w nieoczekiwanych podmuchach wiatru. Nagle coś niepokojąco skrzypnęło. Wspaniały rumak wrócił do swego drewnianego wcielenia.

Ciekawe co to było? Pomyślała Mail, rozglądając się na wszystkie strony. Objęła dłonią konika w pasie i powoli, z największą delikatnością postawiła stopę na pierwszym stopniu. Wolno przeniosła ciężar ciała i wyciągnęła drugą nogę. Musiała być bardzo ostrożna, drewniane deski w każdej chwili mogły zdemaskować jej pozycje.

Schody zmieniły się nagle w trzy drapiące niebo szczyty. Otoczenie zarosło ciemnym borem. W niewyjaśnionych okolicznościach została sama. Jedyne, co mogła robić to kontynuować wspinaczkę. Nerwowo wypatrywała dzikich zwierząt, które w ciemnościach czaiły się na nią. Do obrony miała jedynie jej zawsze wierny czekan. Doskonale sprawdzający się zarówno w boju, jak i w kuchennych rewolucjach.

Męcząca podróż ciągnęła się godzinami. Wycieńczone mięśnie nóg odmawiały posłuszeństwa. Duża pochyłość terenu spowodowała, że dalszą część drogi musiała przejść na czworaka. Rośliny i krzewy zajęły się wieczorną rosą. Przemoczona dziewczynka była coraz bardziej zrezygnowana, lecz nie mogła się poddać. Nie teraz! Chen w oddali zauważyła ciemną grubą lianę, zwisającą przy stromym podejściu. Podpełzła do niej i sprawdziła udźwig. Krytycznie spojrzała jak na samym szczycie splątane gałęzie rozchodziły się w setki cienkich pnączy. Nie było wyboru. Droga prowadziła właśnie tędy. Wspinaczka nabierała tępa. Za wszelką cenę trzeba było zdążyć przed zmierzchem. Mama zawsze powtarzała, że wtedy w lesie robi się bardzo niebezpiecznie. Ciężka wspinaczka zaczęła przepalać mięśnie rąk. Napięte do granic możliwości ścięgna odmawiały posłuszeństwa.

Wtem na pobliskiej półce skalnej pojawiła się samotna leśna bandytka. Na pewno zamierzała ograbić podróżującą Mail ze wszystkich kosztowności. Czasu było nie wiele. Przeciwniczka wystawiła lewą nogę i uniosła wspaniały jesionowy łuk. Mail miała tylko jedną szansę. Musiała mocno rozbujać się na lianie, odbić się od wystającego skalnego zęba i przeskoczyć nad urwiskiem. W locie wyjąć swą wspaniałą broń i spaść prosto na niespodziewającą się, takiego obrotu sytuacji, łuczniczkę. Jeśli zajdzie potrzeba odbić strzałę w locie, a następnie obezwładnić drapieżną amazonkę. Tylko wtedy ma szansę przeżyć w tej dziczy. - Bułka z masłem - pomyślała.

Dziewczynka mocno rozhuśtała się na gałązkowym warkoczu.

Buntowniczka powoli wyciągnęła strzałę z kołczanu.

Wysokie buty podróżniczki sprężyście wybiły się z ostrego, granitowego kolca.

Ostry grot szybko ułożył się w dołku między kłykciem a rękojeścią łuku. Bandytka napięła cięciwę po samo ucho.

Mail leciała. W dłoni błysnął czekan, jedyny kompan. Na dobre i na złe. Już prawie końcem stopy dotykała półki skalnej. Przeciwniczka była tuż na wyciągnięcie ręki. Widziała zdenerwowanie i kropelki potu na jej twarzy.

Łuczniczka puściła cięciwę, a promień strzały zarysował delikatną kobiecą skórę.

- Ala! Zabawa stop! – Krzyknęła Erira i spojrzała na zadrapanie. Zakończona Pacyną strzała upadał tuż pod jej stopami.

Mail zatrzymała się na chwilę i rozejrzała dokoła. Ciemna puszcza zniknęła.
Znów była we własnym domu. Jej wspaniały czekan, który jeszcze nigdy jej nie zawiódł, okazał się ukochanym drewnianym konikiem. Dziewczynka stanęła dumnie na ostatnim stopniu schodów i chwyciła się pod boki.

- Wygrałam!

- Nie prawda! Była zabawa stop!

- I co z tego? Nawet gdyby nie było to i tak bym wygrała! Strzała ci upadała.

- Nie prawda gdyby... - Dziecięcą sprzeczkę przerwały niepokojące dźwięki
z podwórza.

- Hej! Mail. Ktoś przyszedł. Zobaczymy, kto to?

Erira nie musiała dwa razy powtarzać. Dziewczynki bez chwili zastanowienia wparowały do pokoju i wskoczyły w butach na łóżko. W normalnych okolicznościach mama sprawiłaby im tęgie lanie za zabrudzenie czystej pościeli, jednak obecne okoliczności miały charakter łagodzący. Wychyliły małe główki lekko ponad framugę okna i cicho obserwowały tajemniczych przybyszy.

- Zobacz, jaką tamten duży ma długą brodę.

- Nooo! A tam! Popatrz. Jest z nimi dziewczyna! Na pewno to ta sławna wojownicza księżniczka, co rzuca takim ostrym kółkiem!

- Może mianuje nas swoimi strażniczkami i wyruszymy z nią w świat? Fajnie by tak było!- Podekscytowała się Mail.

- Nie ma szans. Musiałybyśmy ją zaskoczyć i sprawdzić się w boju.

Dziewczęta posmutniały. Bardzo zapragnęły zostać wygnanymi księżniczkami, które walczą ze złem i pokonują przeciwności losu. Jednak bez odpowiedniej renomy nie miały szans na spełnienie marzeń. Musiały szybko zrobić na wojowniczce dobre wrażenie.

- Wiem! Jak trafimy jednego z jej świty to na pewno się nami zainteresuje.

- Dobry pomysł! To ja pierwsza.

- Nie! Ja pierwsza!

Sprzeczka mogłaby trwać do końca dnia, lecz starsza o niecałe dwie minuty Mail zdecydowała się na kompromis.

- No dobra, ale obiecaj, że albo idziemy razem albo wcale. Dobrze?

- Zgoda. – Postanowiła Erira. Dziewczynki polizały własne dłonie i uścisnęły najmocniej jak potrafiły. Przysięga śliny. Jedna z najsilniejszych przysiąg na całym świecie.

- Wszędzie razem! Choćby nie wiem, co!- Wyszeptały jednocześnie.

Mail postawiła drewnianego konika na wąskiej framudze okna. Pyszczkiem w stronę dworu, by mógł podziwiać ich strzelecki kunszt. Erira stanęła na łóżku najpewniej jak potrafiła. Postawa w łucznictwie była niezwykle ważna. Wychyliła się przez okno. Wycelowała prosto w okrytego peleryną, dziwnie bladego mężczyzny. Stał przed wszystkimi i krzyczał coś niezrozumiale. Była gotowa. Jeszcze tylko wstrzymać oddech i powstrzymać bicie serca. Jeden celny strzał i wyruszy z siostrą we wspaniałą podróż. Oby tylko strzała nie spadła. Poprawiła chwyt, przez co niechcący szturchnęła dolnym gryfem łuku dębowego ogiera. Drewniany konik zawirował chwilę w powietrzu, i głośno stuknął o czerwone zadaszenie.

G                       H                     G

Potężna szarża wyrwała drzwi z zawiasów. Chmura pyłu i drzazg wparowała do pomieszczenia. Stojący tuż przy wejściu Gathe został zdmuchnięty z przed drzwi. Nieprzytomnie toczył się jeszcze chwilę, aż w końcu bezwładnie opadł. W przejściu stanął długobrody kolos, a zza jego pleców wyskoczyło dwóch kolejnych. Bert od razu napiął łuk i wypuścił strzałę prosto w tłum służących. Karamba z wyciągniętym mieczem zaszedł wielkoluda z boku, dając miejsce przekraczającej próg brunetce wycieńczonym mężczyzną.

Hob razem z żoną zrobili kilka kroków do tyłu. Aliet podbiegła do nieprzytomnego młodzieńca. Chwyciła go za kamizelkę i pociągnęła najdalej jak mogła. Wroga banda zbliżyła się, jakby Gathe był ich własnością a wścibska blondynka próbowała im go wykraść. Mimo młodego wieku był dla niej niesamowicie ciężki. Ali dyszała i jęczała z wysiłku.

- Na nich! – Wrzasnął Arion i ruszyło ataku. Za nim pobiegła cała gromada wiernych sług.

Longbard sparował przed głową ostrą siekierę i frontalnym kopnięciem odepchnął napastnika. Drugą ręką przepuścił draba uzbrojonego w okuty szpadel. Wytrącony z równowagi kopacz wpadł prosto na nagą klingę Gomeza. Dowódca przekręcił ostrze, przyśpieszając tym sposobem czas zgonu.

- Poradzę sobie. – wystękał do siostry. – Idź! Pomóż im, potrzebują cię.

Rowenta kiwnęła głową i ustawiła brata pod ścianą. W dzikim szale wbiegła w tłum, przełamując szyki wrogów. Niczym pantera napadała na kolejnych przeciwników. W końcu znalazła się na tyłach. Przeturlała się tuż przed rzeźbioną ławą i podcięła ścięgna kolanowe kilku niczego niespodziewającym się chłystkom. Dla doświadczonej grupy Gomeza byli teraz praktycznie nieszkodliwi.

Karamba, kantem oka, zauważył nadbiegającą odsiecz z sąsiedniego pomieszczenia. Chwycił oburącz rozłożysty, wolnostojący świecznik i energicznie wymachując zablokował wejście nadbiegającej hałastrze. Po chwili dołączył do niego Bert. Ramiona kompozytowego łuku zatrzeszczały złowrogo. Żelazne pociski ochoczo penetrowały wnętrza służby Hoba. Po kilku seriach resztka niedobitków rzuciła się do ucieczki. Karamba pobiegł za nimi.
Bał się, że przegrupowani mogą uderzyć znienacka z innej części domu.

Long z dziką rozkoszą haratał i szarpał ciała przeciwników. Topory chętnie gruchotały żebra i zagłębiały się we wnętrza przeciwników. Nawet idealnie skoordynowany atak kilku na raz, nie przyniósł żadnych efektów. Na pierwszy szereg wybił się ostatni z synów Hoba. Gniew dodawał mu sił, a odwaga zaślepiła rozsądek. Arion wyskoczył z głębokim wypadem. Jego ostrze już miało przebić podbrzusze olbrzyma, jednak Longbard w ostatniej chwili uskoczył i machnął na odlew. Zaciśnięta na mieczu dłoń poszybowała nad głowami.
Ostrze wbiło się w piękne ryty dębowego sosrębu. Cięgle zaciśnięta na rękojeści prawica wypuściła krwawe soki. Arion padł na kolana. Szok po straconej dłoni zakneblował mu usta. Olbrzym obszernym młyńcem rozpędził broń i wbił topór w plecy młodzieńca po same gardło. Łopatka pękła jak porcelanowy talerz, żebra trzasnęły jak suche gałązki wierzby, płuco porwało się na strzępy. Long przygniótł stopą konającego i z chrzęstem pociągnął
za stylisko.

- Wszechojciec nie wybaczy wam tego!- Wykrzyknął Hob.- Dostąpicie jego gniewu, a będzie on trwał w nieskończoność!

Majordomus spojrzał na przerażoną żonę klęczącą pod stołem. Czasu było mało a musiał ratować to, co było dla niego najcenniejsze. Pomógł jej wstać i podprowadził do stojącej nieopodal Aliet. Gathe ocknął się, lecz liczne złamania nie pozwoliły mu szybko podnieść się z ziemi.

- Zabierzcie moją żonę w bezpieczne miejsce. Tylko na tym mi zależy!

Młodzieniec poznał nieznający sprzeciwu ton głosu władyki. Nie tracąc czasu, pociągnął za sobą oszołomione kobiety. Tesa przebudzała się nagle, szarpnęła Gathego, po czym odwróciła się w stronę męża i wyciągnęła do niego dłoń. Chłopak z całej siły przyciągnął matronę do siebie. Zauważyła to Rowenta. Cwałem rzuciła się na uciekinierów. W dłoni błysnęła ulubiona sztaba. Pióro miecza ledwo smagnęło po plecach dominę.

Czarna zajęczała boleśnie. Posiadacz ziemski w ostatniej chwili chwycił wojowniczkę za piękne, długie włosy. Przyciągnął ją do siebie i uderzył pięścią w twarz. Rowenta okiełznała ból, podniosła się i wykręciła rękę choremu starcu. Po raz ostatni spojrzał na zasłaną trupami komnatę, splamione czerwienią ściany i bandę demonów winnych tego szaleństwa. Szybkie płaskie cięcie czarnowłosej oddzieliło głowę Hoba od reszty ciała. Światło zachodzącego słońca, po raz ostatni, oślepiło go zanim poturlał się miedzy martwe ciała sług.

Trójka zbiegów pędziła przez długi korytarz. Rana na plecach Tesy obficie krwawiła. Z trudem przebierała nogami. Ich oczom ukazały się upragnione kuchenne drzwi. Gathe wyprzedził kobiety i spróbował z nabiegu otworzyć drzwi. Wrota ani drgnęły.

No tak! Przecież są zaryglowane! To kara wszechojca za moje lenistwo i opieszałość! Pomyślał młodzian. Nagle dostrzegł inne wyjście. Uderzeniem ręki rozchylił okiennice. Oślepił ich ognisty zachód słońca tonący za żytnimi wzgórzami.

- Dalej! To jedyna droga!

Ali dobiegła pierwsza. Gathe jednym ruchem przerzucił ją na druga stronę. Odetchnęła z ulgą, gdy jej trzewiki miękko zatopiły się w zielonej trawie. Domina już nadbiegała. Gathe wyciągnął ku niej dłoń, lecz żona Hoba nagle zwolniła. Popatrzyła tępo przed siebie i sięgnęła ręką pod pachę. Po chwili bezwładnie padła na posadzkę, a z jej ramienia wystawały białe lotki. Daleko, na końcu korytarza stał niski brunet w pelerynie i spokojnie sięgał po kolejną strzałę.

Ranna domina leżała bez ruchu. Dopiero, gdy głosy bandytów ucichły, resztkami sił podpełzła pod kuchenny stół. Nakryła się brudnym prześcieradłem i starała się za wszelka cenę zatamować cieknącą z pod pachy krew. Nakrycie chętnie chłeptało ciepłą, świeżą krew.

B                       B                     B

> Szkoda mi ciebie biedny Hobie. Próbowałem ci pomóc, ale ty nie chciałeś słuchać. Byłeś moim najwierniejszym sługą. Składałeś piękne ofiary, wznosiłeś bogobojne modlitwy
i doceniałeś moje dzieło. Będę musiał znaleźć kogoś innego na twoje miejsce.

Starzec przesunął dłonią po tafli. Nagle znalazł się wiele kilometrów dalej. Na skraju lasu dostrzegł dwóch braci. Obaj mogliby być następcami Hiobowego dziedzictwa.
Bracia czując boską obecność pokłonili się i złożyli ręce do modlitwy.

> Mam prośbę Kainie, popilnuj Abla a ja zaraz wrócę.

H                     H                     H

Gathe łupnął niezgrabnie na ziemię. Zawiasy w impregnowanych okiennice pisnęły. Młodzieniec powstał i razem z Ali zerwali się do szaleńczego biegu. Czuli na sobie oddech śmierci. W każdej chwili ich plecy mogły zostać najeżone ostrymi strzałami bandytów. Co chwile wydawało im się, że ktoś mierzy do nich zza kuchennej framugi. Przeczuwali, że lada chwila, zimny kawałek żelaza zatopi się w ich plecy, a rozpędzony drewniany promień popchnie go dalej i dalej.

Bezmyślnie biegli przed siebie. Niczym para owiec na widok głodnego stada wilków. Chcieli po prostu być najdalej od przeklętej posiadłości. Od domu, który niegdyś dawał im wszystko, czego potrzebowali, a teraz chciał odebrać to, co im pozostało.

Stratowali piękne i rzadkie rośliny hodowane przez dominę. Przewrócili kosze pełne dojrzałych owoców. W końcu przeturlali się pod płotem na skraju podwórza i wpadli w wysokie żyto. Nie zwolnili ani na chwilę. Ciężkie kłosy biły ich po twarzy, a gęsty labirynt zdawał się nie mieć końca. Powoli, nieuchronnie tracili orientację. Już po chwili zabłądzili w złotej gęstwinie. Mimo iż spędzili na farmie całe życie, to w obliczu zagrożenia nie potrafili odnaleźć drogi.

- Stój Aliet! – Gathe chwycił i powstrzymał dziewczynę od dalszego ślepego biegu.

- Uciekać! Dogonią! Zabiją!

- Uspokój się! – Młodzieniec przyciągnął do siebie panikującą blondynkę. Chwycił ją w ramiona i pogładził po spoconych plecach. Ali zaczęła dygotać.
Łzy popłynęły bystrym strumieniem, który rozlał się na zakurzonym męskim ramieniu. Krople na policzkach powoli zmywały paniczny strach i żal. Drgawki ustępowały a umysł zaczynał z powrotem normalnie pracować.

- Czemu nie uciekamy? Jesteśmy jeszcze bardzo blisko od willi. – Powiedziała spokojnie i stanowczo.

Kobiety są nadzwyczajne. Pomyślał Gathe. Jeszcze przed chwilą nie byłą w stanie złożyć porządnego zdania, a kilka głupich łez postawiło ją z powrotem na nogi.

- Zgubiliśmy się. Ruszając dalej, równie dobrze możemy wyjść na wprost posiadłości. Tutaj nikt nas nie znajdzie. Musimy tylko być cicho i poczekać do rana. O świcie ruszymy dalej.

Dziewczyna pokiwała głową. Przysunęła się jeszcze bliżej młodzieńca i wtuliła się w jego kościstą pierś. Czuła jak jego serce dudni niczym katedralny dzwon. Wiedziała, że nie przez strach przed bandytami czy długi, męczący bieg. Gathe darzył ją szczególnym uczuciem. Tym pierwszym i jedynym prawdziwym. A teraz byli wreszcie sami, jedyni ocaleli. Czy to sam wszechojciec połączył ich w tę godzinę grozy?

To strach przed śmiercią i bliskość dwóch ciał, zaćmiły umysły młodej pary. Nie potrafili odnaleźć drogi pomimo wyraźnego, krwistego zachodu słońca. Nie zdziwił ich fakt, że wewnątrz pola jest podejrzanie ciepło, a ciężkie kłosy huczą zamiast szorować o siebie wąsatymi końcami ziaren.

Dostrzegli zagrożenie, gdy było już za późno. Ognista fala zatoczyła wokół nich piekielny pierścień. Nagle przypomnieli sobie pierwszego z porannych posłańców. Mówił wtedy o złych napastnikach, którzy tego ranka podpalili wielohektarowe pola Hoba.

Dym wyciskał łzy i dławił gorzko. Aliet szybko straciła przytomność. Gathe nie miał serca budzić jej. Chciałby jej koniec był bezbolesny. Pożar pochłonął ich ciała. Skóra pokryła się bąblami i szybko zwęgliła. Krew gotowała się, a żyły sklejały ze sobą. Liźnięcia płomieni przestały już parzyć, były zimne. Przestali odczuwać cokolwiek. Ich dusze wyparowały.

G                     G                     G

Cięciwa przeraźliwie zafurkotała. Przez chwile słychać było świst pocisku, a na końcu obrzydliwe chlapnięcie, gdy cel został trafiony. Kobieta bezwładnie padła na posadzkę.
W polu widzenia został tylko przerażony podlotek. Bert wyciągnął kolejną strzałę. Ramiona łuku zatrzeszczały ostrzegawczo. Przyciągnął brzechwę w okolicę prawej skroni. Namierzył osobnika. Przerażony młodzian prędko wspiął się na drewniany parapet. Jedna z jego nóg pechowo poślizgnęła się na gładkiej framudze okna. Piszczel bolesne zarył po ostrym kancie. W tej sytuacji błąd mógł kosztować bardzo wiele. Gathe nerwowo chwycił się okiennicy
i wybijając się z drugiej nogi wyskoczył przez okno. Niezadowolony z takiego obrotu sprawy Bert opuścił broń.

- Gomez! Ścigamy ich?

Osłabiony dowódca wsparł się na ramieniu Longbarda. Spróbował wykonać kilka kroków, jednak ból wnętrzności nie pozwolił mu na najmniejszy ruch.

- Szkoda czasu. Tamci są nieszkodliwi. – Odezwał się jękliwie. Przez chwilę wodził wzrokiem po zachlapanych posoką malowidłach zdobiących komnatę. W końcu zacisnął powieki i z zamkniętymi oczami wystękał. – Kompania! Za godzinę opuszczamy dwór. Brać tylko najpotrzebniejsze i najcenniejsze rzeczy. Siostra! Ubezpieczaj nas od strony drogi. – Czarna zmarszczyła brwi, lecz nie chciała złościć swego brata, zwłaszcza w obecnym ciężkim stanie. Miała nadzieję wyłowić z szuflad kilka świecidełek. Plan nie spalił do końca
na panewce, zawsze mogła liczyć na prezent od zniewolonego uczuciem Berta.

Gomez odrzucił miecz i oprał oburącz na rzeźbionym stole. Nagle jego tętno przyspieszyło, wątroba zagotowała się, a żołądek jakby uwolnił się z potężnego uścisku. Jelita wyprężyły się niczym tańcząca kobra. Wszystkie siły zaczęły powoli wracać. Choroba po raz ostatni naparła na dowódcę. Zimny pot spłynął po jego twarzy. Zaczęło brakować mu powietrza. Jego czoło płonęło. Potykając się, co chwilę, wybiegł kulawo na podwórze.

*

Drużyna rozdzieliła się. Jednobrwisty wraz z ludzką górą zaczęli przeszukiwać kolejne komnaty w poszukiwaniu kosztowności, prowiantu oraz ekwipunku przydatnego w dalszej drodze. Long spojrzał badawczo na hebanową figurkę ślicznej, półnagiej kobiety. Jej dłonie ułożone były w specyficzny skomplikowany sposób. Artysta niepodważalnie natrudził się przy tworzeniu takiego arcydzieła.

- Bert, daj już spokój tej biednej Rowencie. Powiedziała ci już tyle razy, że cie nie chce.

- Ha! Mówisz tak, bo zamiast mózgu masz mielonego kotleta! Myślisz zbyt prosto.

- Sam masz kotleta!- Rozgniewany wielkolud złapał się pod boki. Drewniana piękność wyślizgnęła się nagle z olbrzymiej dłoni i upadła na podłogę. Misternie wykonane dłonie ułamały się tuż poniżej barków. Na hebanowej podstawie widniał napisz „Wenus z M". Longbrad nie przejął się stratą i ponownie zanurzył w masywnym kufrze. Bert ciągnął dalej.

- Kiedy kobieta mówi „nie", to tak naprawdę myśli „tak".

- Ale jak to? To znaczy, że jak mówi: nie jestem głodna. To znaczy, że jest?

- Oczywiście, że tak! Zjadła kawałek udka, widzisz, że ma ochotę na drugie, ale nie! Zawsze powie, że nie jest głodna! Bo lepiej głodzić się niż zyskać kilka centymetrów w obwodzie.

- Teraz to jeszcze bardziej nie rozumiem tych bab! Jak można nie chcieć mieć więcej w obwodzie? – olbrzym cmoknął prawy biceps.- Ale wiesz, ja nadal myślę, że ona tak naprawdę cię nie chce.

- Jesteś prosty i nie znasz się na kobietach. Idę jej poszukać, niech Karamba ci pomoże.

- Szef nie będzie zadowolony. – westchnął brodacz. – Karamba! Chodź tutaj!- Odpowiedziała mu jedynie głucha cisza.- Karamba! Gdzie się znowu podział ten łajdak?

***

Gomez nie mógł już dłużej ustać. Po raz kolejny opadł z sił. Na kolanach dostał się na miękki trawnik. Próbował brnąć dalej, na skróty, w stronę studni. Wraz z gorączką pojawiły się zwidy. Gdy próbował zbliżyć się do studni, ona uciekała na grubych kamiennych racicach. Trawnik okazał się ogromnym biegnącym jeżem. Dowódca musiał mocno trzymać się kolców ogromnego zwierza, by nie spaść z jego grzbietu. Wyczerpany Gomez ułożył głowę na chłodnej ziemi. Wszystko zaczęło powoli wracać do normy. Jakby matka ziemia wyciągała z nie go przeklęte zatrucie. Wszelkie dolegliwości opuszczały najemnika i wędrowały w głąb ziemi. Upajał się powracającym zdrowiem.

Nagle kilka metrów po drugiej stronie krzaków usłyszał znajome głosy. Spróbował podnieść się lecz był jeszcze zbyt słaby. Potrzebował jeszcze paru chwil.

- Daj mi wreszcie spokój! Dostanę przez ciebie mapetów Bert!

- Jesteśmy sami. Nie wzbraniaj się przed tym uczuciem!

- Masz rację! Nie mogę dłużej trzymać tego w sobie!

Czarna zatrzymała się nagle. Wzięła głęboki zamach i posłała potężnego prostego, z pełnego skrętu bioder. Warga jednobrwistego roztrzaskała się o palisadę zębów. Uderzenie odgięło mu głowę do góry. Kolana zrobiły się wiotkie. Bert padł na plecy podnosząc tuman pyłu. Wskazującym palcem wymacał krwawą ranę.

Tak jest siostra! Moja krew!- uśmiechnął się Gomez, ciągle schowany za krzewem. Liczył, że bolesna nauczka na długo odstraszy paskudnego lowelasa.

- Nie uciekniesz od swojego przeznaczenia Rowento! – Krzyknął, a bąbelki krwi zbierały się przy rozerwanej wardze. – Zobaczysz! Wszechojciec obdarzy nas mnóstwem dzieci!

Dziewczyna biegła nie mogła już dłużej słuchać cukierkowych bajek Berta. A przepowiednia monobrwistego potomstwa jeżyła jej wszystkie włosy na plecach. Bert podniósł się obolały ze skwaszoną miną. Rozpiął długi wojskowy pas i chwycił go w połowie.

- Jeśli sama nie chcesz dać swojej miłości. Sam ją sobie wezmę.

Brunetka przyspieszyła. Szybko wskoczyła na podest tuż przed wejściem do posiadłości. W biegu otworzyła drzwi. Nagle rozbiła się o wielką włochatą klatę Longa. Nie była pewna czy odstające włosy pochodzą z brody, czy to już sweter klatki piersiowej. Mięśniak złapał się pod boki zastawiając drogę ucieczki. Rowenta odwróciła się i rozejrzała w poszukiwaniu innego wyjścia. Niestety Bert stał tuż za nią.

- Trzymaj ją Long! Zaraz pokaże jej potęgę mojej miłości!

Rowenta spojrzała prosto w oczy wielkoluda, wiedziała, że ma tylko jedną szansę. Chwyciła oburącz za szyję Longbarda. Sprężyście wybiła się obunóż i podciągnęła na jego głowie. Zaskoczony olbrzym nie zdążył zareagować. Pomimo pędu, pocałunek Rowenty miękko wyładował na ustach Longa. Oplotła go w pasie jędrnymi łydkami i z jeszcze większą pasją przystąpiła do miłosnej gry. Bert nie wierzył własnym oczom. Rozdziawił szczękę, jakby chciał dać ujście gorzkiemu uczuciu wypływającemu prosto z serca. Dłonie rozluźniły się a metalowa sprzączka paska brzdęknęła o ziemię. Czarna zsunęła się po ludzkiej górze i stanęła u jego boku. Władczo położyła dłoń na muskularnej męskiej klacie. Gdy tylko olbrzymia ręka objęła ją z boku, szyderczym uśmiechem spojrzała na Berta.

- A więc to tak. – Kiwnął zrośniętą brwią, lecz dalej stał sparaliżowany.

Long zadziornie wysunął kwadratowy podbródek, jego serce waliło jak kowalski młot. Rowenta triumfowała.

- Zapewniam ci pełną kastrację w prezencie przedślubnym i obiecuję, że będzie bolało!– Zza rozłożystego iglaka wychylił się bordowy jak zachód słońca Gomez.
– Co tu się do kroćset wyprawia?! Zostawiłem was tylko na chwilę, a wy już próbowaliście zhańbić moją siostrę!

- Ale szefie, ja nie chciałem...

- Walcz o mnie ty durniu!- Ryknęła Czarna powstrzymując śmiech i zadowolenie
z figla, którego sprawiła całej kompanii.

- Nie chciałem, ale zrobiłem, tak?! Ja nie rzucam słów na wiatr! – Ośmiocalowy nóż wysunął się z jaszczura. Adoratorzy przekrzykując się w przeprosinach i celibackich zapewnieniach, rozbiegli się po posesji.

Rowenta spokojnie przycupnęła na ganku. Założyła nogę na nogę i skrzyżowała ręce
na piersiach. Z dziką rozkoszą wpatrywała się w awanturę, którą sama spowodowała.

- Dobrze jest widzieć brata z powrotem w zdrowiu.

H                     H                     H

Małe, ostre ząbki boleśnie wgryzały się w zaciśniętą dziecięcą piąstkę. Strugi łez, spływające z piekących od płaczu rogówek, przelewały się obok skrzydełek nosa. Bijąca z serca gorycz, ściskała gardło i gorzko osiadała na końcu języka. Siedziała w rogu, jedną ręką mocno objęła kolana. Słońce musiało już zajść, bo wystające z oczka Eriry brzechwy przestały rzucać cień na podłogę. Od kilku godzin obserwowała siniejącą twarzyczkę siostrzyczki. To dziwne, ale jej brzuszek zrobił się nagle taki duży, przecież nic dzisiaj nie zjadła. Może żyje?

- Erii.- Szepnęła.

- Erii. Boje się. Przyjdź do mnie.- Na twarzy Mayli zarysował się mokry grymas.- Głupia zabawa! Już się nie bawimy.- ponownie przygryzła piąstkę, aby nie wybuchnąć rykiem.

Nie wolno krzyczeć.

Nie wolno płakać.

Nie wolno odezwać się, choć na chwilę.

Dopiero, gdy źli pójdą.

Dopiero, gdy przyjdzie mama i tata.

Dopiero, gdy wypędzą złych.

Może, Erii tylko zasnęła na kilka godzin?

Może jednak żyje.

Podczołgała się i delikatnie szarpnęła za kubraczek. Głowa dziewczynki przechyliła się na bok. Promień strzały cicho uderzył o deski podłogi. Na otwartym oku usiadła mucha. Przerażona Mayl uciekał z powrotem do kąta.

- Chce do mamy! Czemu nie ma mamy?

- Błagam wszechojcze. Niech mamusia przyjdzie po mnie. Niech pojawi się w drzwiach i przytuli mnie. Niech mamusia przyjdzie...

Mayl cichutko i monotonicznie powtarzała zdania kiwając się w rytmie słów.

Nagle drzwi delikatnie się uchyliły.

Mamusia? Przyszła po mnie?

Chyba naprawdę po mnie przyszła?

Wejdź mamo! Niech to będziesz ty!

Zawiasy wulgarnie zajęczały, a w przejściu ukazała się spowita mrokiem postać
o długich włosach.

- Dobjy wieciuj moja djoga.


* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Dział: Opowiadania
środa, 21 styczeń 2015 05:31

Mateusz Hoffmann - Mój Hades

Zawsze byłem sam... Oczywiście miałem rodzinę, przyjaciół, ale nigdy nie było przy mnie nikogo tak po prostu. Funkcjonowałem jako epizod, ewentualnie, jedna z mniej atrakcyjnych opcji towarzyskich. Tak mijały mi lata życia – samotne siedzenie na ławce w parku, a potem wieczorem w fotelu oglądając film. Zawsze bardziej tolerowany niż akceptowany i częściej uciszany niż wysłuchany.

Nie pamiętam, co dokładnie robiłem 12 listopada 2015 roku, ale to właśnie ten dzień przedefiniował mój świat. Wiem tylko, że byłem wtedy w pracy na Franowie. Wracając do domu, wstąpiłem do wypożyczalni filmów na Ratajach, gdyż nie miałem innych planów na ten (samotny) wieczór. Zabrałem z półki z nowościami pierwsze-lepsze pudełko, które wyróżniało się tylko i wyłącznie wyglądem, podszedłem z nim do lady i podałem jakiemuś nieznanemu mi chłopakowi razem z dziesięciozłotowym banknotem – transakcja jak zwykle bezproblemowa.
Chwilę później byłem już w swoim mieszkaniu, jak zwykle cichym i przytulnym, które nabyłem zaraz po studiach, chcąc się uniezależnić od rodziców. Wziąłem prysznic (najbardziej lubię gorący; taki, po którym skóra przyjemnie się czerwieni) i postanowiłem coś zjeść, więc jeszcze w ręczniku poszedłem do kuchni po jakąś przekąskę. W szafce znalazłem wafle kakaowe (pozostałość z poprzedniego dnia) i orzeszki solone. Jeszcze tylko butelka wody mineralnej prosto z lodówki i byłem gotów zacząć wieczór – jeden z licznych jakie przeżyłem przez 26 lat. Film okazał się przeciętną komedią, o dwóch policjantach infiltrujących gang narkotykowy w amerykańskim college'u. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem, ale po przebudzeniu nic już nie było takie samo (nie jest takie do teraz).

******
Przez dłuższy czas nawet nie zdawałem sobie sprawy, że coś się zmieniło, tylko cisza wydawała mi się jakaś inna; głębsza, wręcz przytłaczająca. Zaspany człowiek jednak nie zwraca na takie rzeczy większej uwagi, tylko wolno człapiąc idzie do łazienki, obmyć obrzmiałą od snu twarz, a potem zalewa sobie płatki mlekiem i posypuje cukrem.
Na stojącym w kuchni zegarku zobaczyłem, że jest 9:11, do tego sobota, więc miałem tego dnia dużo wolnego czasu. Kliknąłem przycisk na czasomierzu, żeby załączyć swoją ulubioną stację radiową, ale odpowiedział mi tylko szum. Nic nie dało manipulowanie i próba znalezienia właściwej fali. Na całej skali moje radio grało tylko jedną piosenkę w postaci nieprzerwanego, monotonnego SZSZSZSZSZ. Dokończyłem więc w milczeniu śniadanie i postanowiłem, że pójdę na zakupy, a przy okazji oddam nudnawą hollywoodzką produkcję, która mnie wczoraj uśpiła.
Narzuciłem na siebie swój ulubiony zestaw ciuchów, zgarnąłem swoją bio-siatkę i zszedłem z trzeciego piętra do wyjścia z mojego bloku. Naparła na mnie cisza. Jeśli ktoś z was wcześnie wychodzi do pracy, albo wraca do domu około 4 nad ranem to może sobie choć trochę to wyobrazić. Słychać tylko własne kroki i wiatr, który gwiżdże i szumi w koronach drzew. Żywej duszy nie widać, a o ruchu ulicznym można zapomnieć. Przystanek tramwajowy jest zaraz pod moim blokiem, więc z braku innego środka lokomocji, wybrałem czekanie na jedną z poznańskich bimb. Z rozkładu jazdy wynikało, że powinien być (tramwaj linii nr 1) za jakieś siedem minut, więc spokojnie zapaliłem papierosa, by szybciej płynął czas. Przez dobre 30 minut nic nie przyjechało, więc podniosłem się z ławki i ruszyłem pieszo te trzy przystanki, które jeszcze niedawno miałem zamiar pokonać w tak wygodny sposób. Po drodze również nikogo nie spotkałem.
Supermarket, do którego zmierzałem, stał jednak oświetlony i jak najbardziej otwarty, więc niczego nie świadomy wszedłem do środka. Powitał mnie jeden z bardziej denerwujących dźwięków – bzyczenie jakie wydają świetlówki. Nic więcej. Cisza. Stałem oniemiały, patrząc na puste kasy i tak samo wyludnione przejścia między regałami. Przytomnie sprawdziłem godzinę otwarcia, myśląc, że może jestem za wcześnie, ale okazało się, że sklep funkcjonuje już od dwóch godzin. Nie wiedząc co mam zrobić, postanowiłem poczekać na rozwój wypadków. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnąłem listę zakupów i zacząłem, najzwyczajniej w świecie, szukać potrzebnych produktów, a wszystko to w kompletnej, choć denerwująco-bzyczącej ciszy.
Po dwudziestu minutach byłem już przy kasie, ale chociaż stałem dłuższą chwilę i na różne sposoby próbowałem zwrócić na siebie uwagę, nikt się mną nie zainteresował – jakby to było coś nowego. Zostawiłem więc zakupy na taśmie i poszedłem w stronę pomieszczeń obsługi. Drzwi były lekko uchylone, to też zapukałem krótko i wszedłem do środka. Nikogo tam nie było. Wróciłem więc do moich zakupów i ze zdziwieniem stwierdziłem, że na kartonie mleka leży kartka z napisem:
Dziś zakupy gratis.
Weź co chcesz.
Miłego dnia.

Pierwsza myśl – czy to jakiś głupi żart, a może jeden z dziwnych pomysłów na badanie, w tym wypadku chciwości, klientów. Spojrzałem jeszcze raz na kartkę. U dołu strony, drobnym, prawie niewidocznym drukiem było dopisane:

W razie pytań prosimy dzwonić pod nr 001003.

Wyciągnąłem więc z kieszeni moją wysłużoną komórkę, nie mającą ani aparatu ani radia, o dostępie do Internetu nie wspominając i wybrałem ten jakże dziwny ciąg liczbowy. Już po pierwszym sygnale, informującym o próbie nawiązania połączenia, usłyszałem cichy klik i miły kobiecy głos oznajmił mi:
- Dzień dobry, to nie jest żaden dowcip, ani niehumanitarny sposób badania zachowań konsumenta. Dziś zakupy gratis! Bierz co chcesz! Miłego Dnia!
Zaskoczony, zdążyłem tylko pomyśleć, czy czasami przed wyjściem nie czekają na mnie odpowiednie służby mundurowe, a ten sam słodki głos w słuchawce już zaczął oznajmiać:
- Niech się Pan nie martwi, ta transakcja w obecnej sytuacji jest jak najbardziej legalna, więc policja nie będzie powiadomiona. Dziś zakupy gratis! Bierz co chcesz! Miłego Dnia!
Byłem wstrząśnięty. Przerwałem połączenie, szybko spakowałem sprawunki, nie biorąc nic poza tym , co było mi potrzebne i położyłem na taśmie banknot 50 złotowy. W tym momencie zadzwonił mój telefon, a na wyświetlaczu ukazał się znajomy już mi ciąg liczb (001003). Odnalazłem na klawiaturze przycisk odbierający połączenia i wdusiłem go ostrożnie, jakby miał spowodować wybuch bomby. Kiedy tylko przyłożyłem aparat do ucha, znajomy już żeński głos powiedział krótko:
- Opłata naprawdę nie będzie konieczna. Może Pan bez obaw schować swój banknot i opuścić sklep – połączenie zostało przerwane.
Nie zastanawiając się dłużej, zabrałem swoje zakupy wyszedłem ze sklepu, cały czas niespokojnie się rozglądając. Pieniądze zostawiłem razem z tą nieznośnie bzyczącą ciszą. Nie ufając już komunikacji miejskiej, wróciłem do domu tak samo jak z niego dotarłem do upiornego, opuszczonego przez wszystkich supermarketu.
Jadąc windą wysiadłem na drugim piętrze i zapukałem do drzwi sąsiadki, która prosiła mnie, bym kupił jej jakąś dobrą czekoladę, bo niedługo jej wnuczek przyjeżdża w odwiedziny. Mogła by to zrobić sama, ale nie lubiła czekolady i nie wiedziała, która jest smaczna. Pomimo, że pukałem trzykrotnie, nie usłyszałem za drzwiami żadnego ruchu. W końcu dałem za wygraną i wszedłem piętro wyżej do swojego mieszkania. Na wycieraczce przed drzwiami leżała koperta z wypisanym moim imieniem, nakreślonym starannym pismem na przedniej jej części. Żadnego nadawcy, znaczka. Podniosłem znalezisko, wydobyłem z kurtki klucze i wszedłem do mojej oazy spokoju, teraz jednak tak samo cichej jak reszta Poznania, o czym się już trochę przekonałem. Kroki skierowałem do kuchni, siatki z zakupami wylądowały na stole, a nóż, który nie wiadomo jakim cudem znalazł się w mojej ręce, zbliżał się do koperty, by odkryć przede mną jej zawartość. W środku były dwie rzeczy: kartka papieru z wiadomością dla mnie i 50 złotowy banknot. Osłupiałem, ale kiedy przeczytałem wiadomość na tej pojedynczej stronie, niewątpliwie przeznaczoną dla moich oczu, musiałem usiąść tam, gdzie jeszcze przed chwilą stałem.

Witaj Mateuszu,
Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, w kopercie znajduje się Twój banknot, którym usiłowałeś zapłacić za dzisiejsze zakupy o godz. 10:34.
Informuję Cię również, że na łóżku w Twojej sypialni leży przesyłka do Ciebie (instrukcje co do jej zawartości są w środku).
Jak już się pewnie zorientowałeś Poznań się zmienił.
Krótko mówiąc, jesteś jedynym mieszkańcem miasta.
W razie jakichkolwiek pytań użyj swojego telefonu komórkowego.
Funkcjonuje tylko jeden aktywny nr z którym możesz się połączyć.
Miłego dnia!

P.S. To nie jest żart, jeśli nie wierzysz, wyjdź i sprawdź, chociażby oddając film do wypożyczalni.
Gotówka nie będzie Ci potrzebna.
PPM

Wiecie co to jest katatonia? W skrócie polega to na tym, że dorosły facet siedzi na zimnych kafelkach we własnej kuchni, opierając się plecami o lodówkę i patrzy nieruchomym wzrokiem w przestrzeń.
Od czasu tego zdarzenia minął już rok, więc nie pamiętam dokładnie, ile czasu spędziłem w tym stanie. Wiem, że wyrwał mnie z niego pewien dźwięk, równie denerwujący, jak bzycząca świetlówka. Mój brzuch zaczął domagać się czegoś smacznego. Zignorowałem go i wstałem, by zobaczyć, co jeszcze niesamowitego może kryć się w moim łóżku. Czy w to wierzyłem? Wtedy jeszcze nie, ale nic tak nie przekonuje, jak doświadczenie czegoś na własnej skórze.
Drzwi sypialni nie były zamknięte, toteż już z daleka widziałem, że jakieś pudełko, starannie opakowane w szary papier, leży w zagłębieniu, gdzie zwykłem układać się do snu. Kiedy podszedłem, na wierzchu zobaczyłem wypisane moje imię.
Irytacja to uczucie, którego nigdy nie lubiłem. Zazwyczaj wiązało się ono z niezrozumieniem, co jak naukowo stwierdzono, wywołuje w mózgu takie same odczucie jak zranienie się. U mnie zaraz po chwili przychodzi złość na siebie, że coś zrobiłem źle. W konsekwencji ówczesnych wydarzeń, szary papier został zdarty dość gwałtownie, a białe, tekturowe pudełko w środku niemniej energicznie otwarte. W opakowaniu był zegarek koloru rozerwanego przed momentem papieru i oczywiście kolejna notatka przeznaczona dla mnie, równie krótka jak poprzednia.

Witaj Mateuszu,
Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, w pudełku znajduje się urządzenie w formie zegarka na rękę.
Ekran jest cyfrowy i pokazuje trzy informacje: aktualną godzinę, datę oraz licznik pozostałych ci Środków do wykorzystania.
Nigdy go nie zdejmuj.
Miłego dnia!
PPM

Spojrzałem na nowy gadżet, który wyleciał z przewróconego kartonika na pościel. Wyświetlacz był okrągły i martwy, a na środku w kształcie litery „Y" przebiegały dzielące go czarne, matowe linie. Po tym, co przed chwilą przeczytałem bałem się go założyć, ale pokusa, żeby sprawdzić jak się prezentuje na moim nadgarstku, była zbyt duża. Może to trochę dziwne w takich okolicznościach, ale to jak wyglądał (i wygląda nadal) obudziło mój fetysz zegarkowy. Niewiele myśląc założyłem go. Wtedy tarcza ożyła, pokazała się data i aktualny czas, a po krótkiej chwili 26:00:00 w trzecim wolnym polu. Wygląda to jak godzina, ale nią nie jest. Co prawda, z każdą sekundą się zmienia, ale w odwrotną stronę (odlicza do tyłu, aż do zera). Pasował idealnie, jakby był profilowany na moją rękę, no i był minimalistyczny, tak jak najbardziej lubię (jednak nie miał żadnych przycisków, czy czegoś na ten kształt). Wtedy zrodziło się w mojej głowie pytanie, a zaraz po nim następne. Co więc było czynić... Wydobyłem telefon z kieszeni spodni i wybrałem jedyny aktywny numer. Minęła sekunda, potem ciche klik i nim zdążyłem coś powiedzieć usłyszałem odpowiedź.
- Guziki są zbędne temu urządzeniu, gdyż nigdy nie zajdzie konieczność manualnej zmiany treści na wyświetlaczu. Wszelkie modyfikacje odbywają się w nim zdalnie. Za pomocą Środków możesz manipulować przedmiotami oraz je naprawiać, wystarczy pomyśleć. Każde takie działanie powoduje odjęcie od puli na liczniku określonej wartości. Z chwilą wyświetlenia 00:00:00 nastąpi Doładowanie. Miłego dnia !
Doładowanie to dość mało mówiące sformułowanie na temat tego, co się wtedy dzieje, choć nie jest ono całkowicie bezsensowne. Pewnie chcecie wiedzieć, co się stanie za każdym razem, kiedy zobaczę te sześć zer. Pozwólcie, że coś wam opowiem.

******
Tego samego dnia, w którym dostałem zwrot gotówki za zakupy i darmowy czasomierz, zrobiłem jeszcze tylko to, co sugerował mi list znaleziony na wycieraczce. Spróbowałem oddać film do wypożyczalni, tylko po to, żeby znaleźć coś, co w końcu zaprzeczy dziejącym się wokół mnie, dziwnym rzeczom. Przyrzekłem sobie, że jeśli za ladą będzie stał żywy człowiek, to go serdecznie uściskam, potem przeproszę za wylewność i najzwyczajniej oddam płytę. Nie dotrzymałem przyrzeczenia. Nie dlatego, że ktoś tam był. Nie było (i nie ma nadal) nikogo, ani na ulicy ani w moim punkcie docelowym. Była tylko kolejna papierowa wiadomość napisana w niezmiennie robotycznym stylu:

Oddając wypożyczony film, proszę go zostawić na ladzie, a następnie można sobie wybrać kolejną produkcję.
Zwrotu nie ogranicza żaden termin.
Opłata nie jest wymagana.
Miłego dnia!

To wszystko wyglądało na strasznie zakręcony sen, a najgorsze, że już dawno powinienem się obudzić. Jednak jeszcze nie raz miałem zasnąć w tym znajomym i zarazem obcym świecie, a po przebudzeniu stwierdzić, że ten koszmar nadal trwa. Jednak nie o tym miałem mówić.
W chwili kiedy uruchomiłem zegarek, była godzina 13:24. Jeśli miałem wierzyć instrukcjom z pudełka to Doładowanie miało nastąpić 120 minut później następnego dnia. Byłem jednocześnie ciekawy i niepewny, czy chcę wiedzieć, co się wtedy stanie. Pamiętam, że tego samego dnia (trzymałem się wtedy jeszcze nadziei, że uda mi się znaleźć jakiś element nie pasujący do nowej układanki) poszedłem na bardzo długi spacer. Wszystko to tylko po to, żeby się przekonać, iż całe to moje nowe, totalne osamotnienie jest jak najbardziej prawdą. Doszedłem wtedy nad Wartę, klucząc wcześniej po ratajskich osiedlach, daremnie szukając kogokolwiek poza mną. Jedyne czego się dowiedziałem, podczas mojej wędrówki tamtego dnia to to, że w każdym sklepie mogę za darmo zrobić zakupy, i że w kręgielni blisko ulicy Hetmańskiej mogę również, bez żadnej opłaty, pograć w bowling, czy napić się piwa, zajadając do tego słone orzeszki.
Świat bez pieniędzy. Możesz mieć wszystko, na co masz ochotę. Piękna wizja, prawda? Tak, też tak myślałem, kiedy odkryłem jak wiele mogę zrobić. Teraz już nie jest to tak nęcące jak kiedyś, bo z wolnością związane są też pewne ograniczenia. Właśnie jednym z nich jest Doładowanie.
Wracając do domu zgłodniałem, więc zaszedłem do pizzerii, która znalazłem po drodze, z zamiarem... no właśnie czego? Zamówienia pizzy? Zrobienia jej sobie samemu? Przypomniało mi się wtedy o tym, że każde pytanie mogę wyjaśnić telefonicznie. Już miałem wybrać numer, kiedy to dostałem wiadomość tekstową:

Aby zamówić pizze proszę wybrać pozycję z menu lokalu.
Miłego dnia! PPM

Wybrać, ale jak? Usiadłem przy stoliku i zacząłem przeglądać ofertę. Skoro nie musiałem za nic płacić, mój wzrok padł od razu na najdroższe warianty tej włoskiej potrawy. Po chwili zastanowienia już wiedziałem i wtedy dostałem kolejnego SMS'a.

Wybrana pizza razem z sosem czeka na Pana na zapleczu.

Rzeczywiście tak było. Gdy tylko przeszedłem przez drzwi za ladą, zobaczyłem kartonowe pudełko, na którym ktoś napisał flamastrem SMACZNEGO, a obok w plastikowym pojemniczku stał sos czosnkowy. Tak oto zaopatrzony wróciłem do domu, by obejrzeć kolejny film z wypożyczalni.
Jak teraz próbuje sobie przypomnieć, to była chyba jedna z tych nowych produkcji dla dzieciaków o bohaterach z gier na automaty, gdzie główna postać miała problem z zaakceptowaniem, że otrzymała rolę negatywnej. Swoją drogą świetna produkcja, no i pomysł, a tą płytę mam jak się zdaje do teraz. Lubię ją oglądać, bo mniej mi przypomina o innych ludziach. Jeśli dodatkowo seans wzbogacę jakąś dobrą pizzą, to wieczór staje się całkiem znośny.
Moje krasnoludki z baśni braci Grimm sprawiły się tak dobrze, że połowę kolacji postanowiłem zostawić sobie na śniadanie, w razie gdyby okazało się, iż od jutra znowu obowiązuje wymiana towarów i usług za pieniądze. Jednak tak się nigdy nie stało i nic nie wróży by miało się to zmienić. Rano, gdy się obudziłem, odruchowo spojrzałem na zegarek na ręku i okazało się, ze jakieś 5 minut wyparowało mi z mojego czasu do godziny ZERO. Co to są Środki miałem się dowiedzieć trochę później, ale wtedy doszedłem do wniosku, że jakoś ich użyłem, najwyraźniej nieświadomie.
W kapciach poczłapałem do kuchni i zrobiłem sobie zimne kakao. Pomyślałem wtedy, że muszę sobie odgrzać pizze z wczorajszego wieczoru, ale kiedy sięgnąłem po karton okazało się, że jest ciepły od spodu. Lekko zdziwiony przypomniałem sobie o mojej sytuacji i z nadzieją wyjrzałem przez okno, licząc, że zobaczę choć jedną osobę. Płonne to były oczekiwania. Zjadłem więc to, co moje krasnoludki zrobiły dla mnie dzień wcześniej, a wszystko to w kompletnej ciszy. Kilka dni później zdobyłem odtwarzacz płyt CD z całą kolekcją ulubionych krążków, ale tamten poranek pamięta tylko dźwięk picia przeze mnie kakao i jedzenia, o dziwo, nadal świeżej pizzy
Owe sześć zer ujrzałem o 15:14. Tak właściwie to ich nie zobaczyłem, bo jechałem wtedy rowerem wokół Jeziora Maltańskiego. Postanowiłem zwiedzić inną część miasta, pod kątem obecności ludzkiej i właśnie to zawiodło mnie w to zwykle często odwiedzane przez mieszkańców Poznania miejsce. Teraz już wiem, że powinienem był spojrzeć na zegarek i zaczekać spokojnie do wyzerowania się licznika. Gdy odliczanie dobiegło końca, byłem gdzieś w okolicy toru saneczkowego, a w następnej chwili leżałem zemdlony na ziemi, bez żadnych oznak życia. To tak jakby ktoś odłączył mi zasilanie. Po prostu zgasłem. Świadomość odzyskałem po 8 godzinach, co do sekundy, jednak nie na brzegu jeziora, tylko w swoim własnym łóżku. Rękę miałem obandażowaną na przedramieniu, które lekko bolało. Za oknem było już ciemno, ale mój zegarek wskazywał znów 26:00:00 i właśnie zaczynał odliczać w dół. Wtedy zrozumiałem. Obecnie po Doładowaniu mój licznik jest o 4 godziny większy, ale o tym innym razem.
Tak oto dowiedziałem się, że jeśli nie będę znajdował się w bezpiecznym miejscu w chwili kiedy nastąpi Doładowanie, mogę się mocno poobijać, więc lepiej być wtedy w łóżku. To trochę tak jakbym był postacią w grze, która po utracie życia cofa się do ostatniego bezpiecznego punktu na mapie, by spróbować ponownie. Z drugiej strony zachowuje się jak jakaś bateria, która musi być co jakiś czas ładowana, bo kiedy się wyczerpie, odcina zasilanie.

******
Odczekałem jeszcze kilka dni, nie robiąc niczego, co nie byłoby absolutnie konieczne. Jako, że komunikacja miejska nie działała, pojechałem (rowerem) do pracy, by stwierdzić po raz kolejny, iż miejsce, gdzie zwykle oddawałem się czynnością zarobkowym, jest równie puste jak reszta Poznania. Kiedy już utwierdziłem się w przeświadczeniu, że nie zanosi się na zmianę mojego nowego sposobu życia, zacząłem rozważać możliwości, jakie to przede mną otwiera. Pewnego wieczoru leżąc w łóżku i przekonując samego siebie o braku konsekwencji za jakiekolwiek niecodzienne działanie (bo kto miałby mnie upomnieć), rozpocząłem wymyślać nowe formy spędzania czasu, listę miejsc, w których nigdy nie byłem lub gdzie nie miałem wstępu. O nic nie musiałem się już martwić. Wszystko co chciałem, było na wyciągnięcie ręki (oraz za darmo). Na początku pytałem się jeszcze, co jakiś czas, czy moja samowolka nie będzie miała swojej ceny w przyszłości, ale każdy kolejny dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, że znam przyszłość. Stanie się tylko to, o czym ja sam zdecyduje, no może poza zmianami pogody.
Jakieś 8-9 dni później postanowiłem wypróbować swoje możliwości. Pojechałem moim niezawodnym jednośladem do Centrum Handlowego M1 na „zakupy". To właśnie na tej wyprawie zdobyłem mój sprzęt grający, który niezmiennie od roku umila mi życie, odtwarzając wybrane przeze mnie utwory muzyczne. Oprócz tego sprawiłem sobie nowy telewizor (duży i drogi), kamerę, aparat, konsole wraz ze sporą ilości gier, ultrabook'a itp. Wszystko, co dorosły mężczyzna (po części nadal będąc dzieckiem) chciałby mieć, czyli elektroniczne zabawki. Zachodzicie pewnie w głowę, jak przewiozłem moje nowe graty do domu. Wystarczyło wejść na zaplecze przez „o dziwo" otwarte drzwi i z pomieszczenia służbowego zabrać kluczyki do jednego z aut dostawczych (żadnych dokumentów wozu, czy prawa jazdy). Szybko, łatwo i jakże przyjemnie, a potem, aż do Doładowania testowanie nowych gadżetów i jeszcze jakiś czas po ponownym odzyskaniu świadomości.
Samochód dostawczy posłużył mi jakieś dwa tygodnie, kiedy to zrobiłem jeszcze kilka z wcześniej zakazanych rzeczy. Skończyło się to dopiero wtedy, gdy odkryłem jak używać Środków, ale o tym kiedy indziej. Nie wiem o czym marzyliście będąc dziećmi, ale ja postanowiłem trochę urealnić moje zabawy z wieku młodości.
Tak jak małe dziewczynki bawią się lalkami, a jako zabawki dostają różne rzeczy związane z prowadzeniem domu, tak chłopcy mają samochodziki i (czy już wiecie)... broń do zabawy w wojnę. Gumowe strzałki, plastikowe kulki, kapiszony dla dziecka to doskonała sublimacja popędów, ale im jesteś starszy, chcesz czegoś więcej. Ja mogłem to mieć, wystarczyło tylko sięgnąć. Pojechałem do sklepu z bronią na Wildzie i wybrałem sobie kilka różnych typów do zabawy, do tego mnóstwo amunicji oraz kilka dyń, arbuzów, puszek z tanim piwem z jednego ze sklepów spożywczych mijanych po drodze. Następną stacją były tereny nad Wartą w pobliżu mostu Rocha i ćwiczenia celności oraz eksperymenty z różnymi pistoletami. Uciecha przednia, satysfakcja ogromna i co najważniejsze zajmuje całkiem sporo i tak wolnego czasu. Nic mi nie zagrażało, więc poza dziurawieniem martwych przedmiotów, moje praktyki miały jedynie walor przyjemności.
Kto by pomyślał, że aby życie stało się wyłącznie frajdą, musi zabraknąć ludzi. Czyli, że to my sami jesteśmy przyczyną swoich smutków i niespełnienia? Wszystko na to wskazuje. To tak jak z miłością. Jak długo będzie ona istnieć, tak długo na świecie będzie nienawiść, bo jeśli kochamy swoich bliskich to chcemy ich chronić przed wrogami i w efekcie prowadzi to nas do wojen, czy do tego, że nosimy ze sobą broń. Ja w tym sensie uwolniłem się od tych rzeczy. Stałem się niepoprawnym hedonistą, którego jedynym zmartwieniem było przyjemnie zagospodarować wolny czas.

******
Zanim zrozumiałem, że „trawa jest zawsze bardziej zielona tam gdzie nas nie ma", minęło sporo czasu. Przypuszczam, iż dla niektórych ludzi jest nie do pomyślenia sytuacja, przed która mnie postawiono i całkiem prawdopodobne, że popadli by w depresje, ale nie ja; przynajmniej nie od razu. Kiedy w końcu do mnie dotarło, że to co obecnie się dzieje jest jak najbardziej realne, ucieszyłem się. Byłem wolny. Nieskrępowany przez opresyjne społeczeństwo z jego milionem zakazów i reguł.
Pamiętacie jak wspomniałem, że samochód dostawczy nie przydał mi się na długo? Okazało się, iż mam więcej możliwości, niż mógłbym marzyć. Po jakimś miesiącu funkcjonowania w znanej mi od dzieciństwa przestrzeni miejskiej Poznania, która podczas jednego snu opustoszała (nie wspomniałem jeszcze o tym, ale razem z ludźmi zniknęły wszelkie zwierzęta), odkryłem, dlaczego czasami na moim zegarku brakuje przed doładowaniem kilku minut. Obudziłem się i wpadł mi do głowy nowy pomysł. Postanowiłem zjeść na śniadanie jajecznicę, popijając zimnym kakao z bitą śmietaną i pojechać do centrum. Środek miasta jest przecież najciekawszym miejscem każdej metropolii. To właśnie tu skupia się aktywność obywateli, są najlepsze atrakcje, najsmaczniejsze (oraz najdroższe) restauracje.
Nim wstałem wyobraziłem sobie, że mój poranny posiłek przygotowuje właśnie jakaś piękna, młoda kobieta, krzątając się, w samej tylko bieliźnie, po mojej kuchni. Wtedy poczułem zapach smażonych jajek na boczku, z cebulką i w ogóle. Pierwsza myśl... czyżbym wizualizował swoje marzenie o porannym daniu? Gdy jednak wstałem i zajrzałem do kuchni, nie było tam ponętnej niewiasty, tylko moje śniadanie, które miałem zamiar jeszcze przed momentem sobie przygotować. Zajrzałem do lodówki. Ubyły mi trzy jajka i inne składniki potrawy, a w koszu na śmieci znalazłem pusty karton po mleku. Podszedłem bliżej i zobaczyłem małą karteczkę obok talerza z krótka notatką:

Oto jajecznica z trzech jaj, z boczkiem, szczypiorkiem, cebula i papryką, doprawiona bazylią i granulowanym czosnkiem, lekko ścięta oraz słodkie kakao z bitą śmietaną, płatkami migdałów i odrobiną Amaretto. Smacznego i miłego dnia!

Ledwo zdążyłem pomyśleć, że śnię, a mój telefon w sypialni wydał dźwięk świadczący, że dostałem wiadomość tekstową. Jakżeby inaczej; po sprawdzeniu jej treści kolejny klocek układanki wskoczył na swoje miejsce. Prawdziwa natura Środków.

To nie jest sen. Dzięki zegarkowi jesteś w stanie użyć Środków by stworzyć, zniszczyć, naprawić itd. W zależności od stopnia złożenia zadania z twojego licznika zostaną odjęte różne wartości. Śniadanie kosztowało 5 minut. Im częściej ich używasz, tym jest ich więcej po Doładowaniu. Wystarczy pomyśleć. Miłego dnia! PPM

Więc to o to chodziło. Moja pizza, niewypowiedziane na głos pytania, na które w następnej chwili otrzymywałem telefoniczną lub papierową odpowiedź. Moje myśli są słuchane i wykonywane. Mam w sobie program, szpiegujący impulsy nerwowe w moim mózgu. Postanowiłem przetestować moją moc. Najpierw pomyślałem i już po chwili jedna minuta zniknęła z licznika, a ja dostałem kolejnego SMS'a.

Jedzenie nie jest zatrute, ani nie podano Ci żadnych środków odurzających. Miłego dnia!

Uśmiechnąłem się. Bez pośpiechu zjadłem moje „magiczne" śniadanie i kiedy zmywałem naczynia, pomyślałem by moje łóżko się samo pościeliło. Wytarłem ręce w tył spodni i zajrzałem do sypialni. Kąciki moich ust powędrowały lekko w górę. Kosztowało mnie to 5 minut z dostępnych Środków, ale było warto.
Ubrałem się ciepło. Zszedłem po schodach i wtedy ją zobaczyłem. Nowiutką limuzynę Mercedesa, którą mój sąsiad nabył jakieś pół roku temu. Postanowiłem zakosztować komfortu jazdy tym ekskluzywnie drogim, niemieckim cudem techniki. Wystarczyła jedna, krótka myśl. Pojedynczy obraz na obrzeżach mojej świadomości, strata 10 minut z mojej puli pozostałej do Doładowania i już jechałem w stronę centrum, nie zważając ani na ograniczenia prędkości, ani na jakiekolwiek inne znaki. To był bardzo ekskluzywny dzień. Nowy garnitur ze Starego Browaru, obiad w Sheratonie, wieczór w Termach Maltańskich.
Myślę, że tak się właśnie czuje pan swojego życia. Kiedy nie odpoczywałem to jeździłem i oddawałem się wszelkim przyjemnościom. Dzień później odwiedziłem tor wyścigowy na obrzeżach Poznania, sprawiając sobie wcześniej nowiutkie Porsche i pełen bak benzyny. Ot kolejne urealnienie marzeń małego chłopca, bawiącego się modelami samochodów, czy kierującego nimi na ekranie monitora, w jednym z wyścigów o tytuł najlepszego z najlepszych. Za kierownicą zapominam o samotności - nawet teraz – a ustanawianie rekordów na wybranych odcinkach drogi jest jednym z moich ulubionych zajęć. Raz nawet połączyłem jazdę ze strzelaniem, ale to już nie było takie przyjemne, jak czysta prędkość i moc, która wyzwolona pod maską, była opanowywana przez ciężkie ćwiczenia i szlifowanie umiejętności, podczas godzin spędzonych na torze. Czasem zastanawiam się, czy gdybym żył dalej pośród ludzi, poznałbym tak dobrze ulice tego miasta, jak podczas eskapad samochodem po opuszczonym Poznaniu.
Jednak z czasem coraz bardziej zaczynała mi doskwierać samotność. Nie miałem do kogo ust otworzyć i najwyraźniej i te myśli PPM odczytał, bo gdy pewnego dnia (to chyba był 14 luty) wróciłem z wycieczki na basen – gdy nie ma nikogo, pływa się o wiele przyjemniej – oraz sesji na strzelnicy, pod drzwiami mojego mieszkania znalazłem koszyk z małym kotkiem i liścikiem następującej treści:
Kot nie ma jeszcze imienia, ale na pewno chętnie Cię wysłucha.
Miłego dnia !
PPM

Kociak był cały czarny jak węgiel i gdy tylko uchyliłem zamknięcie, miauknął cicho patrząc na mnie swoimi, jeszcze wtedy, niebieskim oczkami. Nie wyobrażacie sobie jaki ja wtedy wygłosiłem długi monolog. Robiłem mu posłanie, gadałem, dałem jeść, gadałem, tuliłem, głaskałem i cały czas mówiłem. On niczego nie kwestionował, tylko mruczał, lizał mnie po palcach, gryzł, pokazując, że ma ochotę na zabawę, aż w końcu zasnął, przyciskając małą główkę do mojej stopy, kiedy leżałem na łóżku. Do Doładowania miałem jeszcze jakiś kwadrans, więc zużyłem 5 minut na ciepłe mleko z miodem i masłem, a potem zastanawiałem się nad imieniem dla mojego małego przyjaciela.
Kiedy byłem mały przez mój dom przewinęło się kilka kotów, ale tylko jeden z nich był cały czarny i mówiąc szczerze, był on najukochańszą istotą, jaką pamiętam z tego czasu. To ja mu wybrałem imię. Nie jakiś tam Mruczek, czy Murzynek. Mnie kolor jego sierści kojarzył się z ciemnością, ukrytą grozą, czymś niebezpiecznym. Zapadka przeskoczyła w mojej głowie i z cichym szczękiem podsunęła mi nazwę. NOSFERATEK. I już. Te same skojarzenia miałem także teraz, a dokładając do tego niedawno zdobytą grę znów usłyszałem kliknięcie z wnętrza mojej czaszki.
- Hades – powiedziałem szeptem, a kotek leżący na łóżku, w tym samym momencie się oblizał.

******
W świecie pozbawionym obecności ludzkiej nie dzieje się zbyt dużo. Właściwie jeśli nie robi się zupełnie niczego, można odnieść wrażenie, że czas się zatrzymał. Zanika pośpiech, a mózg ludzki zwalnia do minimum. Każdy większy wysiłek umysłowy jest kilkakrotnie bardziej wyczerpujący niż zwykle. Z tego też powodu wymyślenie aktywności, o której chciałbym teraz napisać, zajęło mi sporo czasu.
Gdzieś w połowie marca nastąpiło nagłe ocieplenie pogody, by już dzień czy dwa później wszystko na nowo zamarzło. Pamiętam to bardzo dobrze, bo gdy z dnia na dzień wiosna zmienia się z powrotem w pełną zasp śnieżnych zimę, potrafi to utkwić w pamięci. Poza tym przez te wahania matki natury dopadło mnie przeziębienie, a bardzo rzadko choruję. To właśnie podczas tych długich dni spędzonych w łóżku, poddając się marzeniom o cieple i zdrowiu, przyszła mi do głowy nowa myśl. Mógłbym (skoro i tak całe dnie spędzam w domu) pozwiedzać mieszkania innych ludzi, teraz już przecież puste.
- Może ktoś ma kominek, w którym pali się drewnianymi szczapami, albo jacuzzi – myślałem, zużywając kolejną paczkę chusteczek.
Kiedy tylko obudziłem się następnego dnia, zapakowałem kilka rzeczy osobistych (w tym oczywiście telefon), ubrałem się ciepło i skierowałem się moim nowym autem (jakieś terenowe Suzuki) w stronę Sołacza, z tego względu, iż jak zapamiętałem (podczas jednej z wycieczek z aparatem na studiach) jest tam masa dużych ładnych domów. Nie przeliczyłem się. Razem z torbą leków z osiedlowej apteki i Hadesem zawitaliśmy w progi przytulnych domostw w pobliżu Parku Sołackiego. To był dopiero urlop. Znalazłem tam wszystko, o czym tylko mogłem marzyć (łącznie z pełną lodówką). Codziennie zmieniałem miejsce zamieszkania, a każdy wieczór był zupełnie nowym doświadczeniem, za to mój czarny przyjaciel szybko przystosował się do nowego trybu życia.
To niewiarygodne, co ludzie mają w swoich „czterech kątach". Stoły bilardowe to chyba najczęstsza forma rozrywki w tej willowej dzielnicy. Kręgielnia z dwoma torami, tam gdzie zwykle jest piwnica, bardzo proszę! Sauna, nie ma problemu! Kolekcje helikopterów zdalnie sterowanych – ciekawy sposób zwiedzania domu zwłaszcza jeśli wyposażone są w kamerę i mogą przesyłać bezprzewodowo obraz do telewizora w salonie. Jednakże kiedy przeziębienie minęło, na krótką chwilę straciłem przyjemność z ciągłych przeprowadzek. Postanowiłem wtedy, że zostanę detektywem i za każdym razem, kiedy zmienię adres pobytu, zrobię dochodzenie na temat poprzednich właścicieli, którzy wyparowali bez śladu. Na chwilę obecną w moim ultrabooku mam całkiem spora bazę danych, osób zamieszkujących poszczególne adresy. To całkiem fajna zabawa, na podstawie dokumentów, zdjęć, danych z komputerów, filmów itd. , napisać historię rodziny. Moje zbiory stały się dla mnie nie tylko kolekcją, ale także czymś nadającym sens mojemu teraźniejszemu życiu.
Wiele gigabajtów danych, obrazów i notatek. Są miejsca, do których chętnie wracam i takie, które omijam przez historie odkryte podczas szperania w szufladach biurka. Ludzie z fotografii, od tamtej pory, towarzyszą mi pośrednio w każdej wyprawie, tak samo jak mój Hades, który już sporo urósł lecz dalej zachowuje się przymilnie, jakby tylko spanie i pieszczoty sprawiały mu radość. Świat mógłby się wokół walić, a jego interesowało by tylko, czy ma pełną miskę i zapewniony masaż brzuszka. Słodki zwierzak. Czasem mam wrażenie, że gdyby mógł cos powiedzieć, było by to „Spodek zimnej śmietanki i drapanie za uszkiem poproszę. Kocham cie człowieku, więc nie każ mi czekać".
Wracam co jakiś czas do mojego starego mieszkania, ale w tym momencie mam ich kilka. Tak samo jak ulubionych historii ludzi, które udało mi się odtworzyć. W każdym odwiedzonym przeze mnie domu, na stole w kuchni leży papierowa teczka z wydrukami i materiałami, które okazały się szczególnie ważne, a pełną ich wersję wraz z notatkami i komentarzami mam w swoim komputerze. Mam w nim też folder pod nazwą „Osobliwości", jednak jego zawartości pozwolę się wam domyślić, na waszym własnym prywatnym przykładzie, bo każdy z nas ma coś nietypowego, schowanego na dnie szafy, w sejfie, czy na półce regału w wydrążonej specjalnie w tym celu książce. Najwięcej jest w nim filmów i zdjęć z wakacji. Ostatnio wpadłem nawet na pomysł, żeby oczyścić jeden z domów i urządzić jego wnętrze według swojego widzimisię, ale to plany na przyszłość, gdyż baza mieszkań nie jest jeszcze pełna.

******
To przyszło z czasem lecz teraz jest już wpisane w rutynę mojego życia. Codziennie przed pójściem spać tworzę plan zajęć na „czas po śnie" (oczywiście z uwzględnieniem Doładowania). Oprócz stałych punktów na konkretne dni tygodnia; basen w poniedziałki, środy i piątki, czy trening na Torze Poznań w weekendy, większość jest ruchoma i wybierana pod wpływem nagłej chęci. Skoro dawno nie jadłem pizzy to jutro trzeba to będzie nadrobić. Mam nawet spis atrakcji, żeby nie zapomnieć przez dłuższy czas o czymś ciekawym.
W końcu przyszło jednak lato i ciepłe powietrze wdarło się do moich płuc i głowy, wywołując nagły przypływ energii i nowych koncepcji. Gdyby tak opuścić choć na trochę Poznań; wyrwać się z tego martwego, betonowego ogrodu na łono prawdziwej natury? To pytanie towarzyszyło mi w każdy słoneczny dzień, kiedy leżąc na trawie przed budynkiem UAMu na Wieniawskiego, popijałem zimną Colę i gapiłem się w niebo. Kiedy w końcu się na to zdobyłem, okazało się, że nie jest to tak proste jak bym chciał. Co ja mówię, jest to niemożliwe.
Ładny duży dom na ulicy Pionierskiej. Na podjeździe sportowy Nissan w wersji Cabrio. Funkcjonalna brama, otwierana za jednym naciśnięciem guzika na pilocie. Miły, kobiecy głos nawigacji samochodowej, mówiący bym skręcił w lewo.
- Gdzie by tu pojechać? – myślałem jadąc do pobliskiej piekarni po coś dobrego, z odrobiną czekolady, na zaplanowany piknik.
Nie pamiętam, co wydawało mi się wtedy najtrafniejsze z całego, słodkiego asortymentu. Wiem tyle tylko, że zdecydowałem się pojechać do ośrodka akademickiego w Jeziorach, w którym to kilka lat temu bawiłem przez parę dni, razem ze znajomymi ze studiów. Letnią pora jest to naprawdę urokliwe miejsce, właściwie to było, ponieważ nie dane mi jest sprawdzić aktualności mojej wiedzy. GPS prowadził mnie wprost do celu i to jak najkrótszą drogą. Jechałem, co tu dużo kryć, ze spora prędkością, a pewność siebie nabyta na torze wyścigowym, pozwalała mi czerpać maksymalna frajdę z jazdy. Zgadnijcie co się stało. Wskazówki? Auto się nie zepsuło. Dalej nic? Nie, na drodze nie było żadnej zapory, muru, czy pola siłowego. Dobrze, dam wam jeszcze chwilę...
Jeśli to czytacie to albo wymyśliliście tuzin możliwości, co stanęło mi na przeszkodzie lub jesteście niecierpliwi i chcecie poznać wszystko w jednej chwili, jakby od tego zależało wasze życie. Dwa słowa: paraliż, omdlenie (nie, to nie była pora Doładowania).
Obudziłem się w szpitalu HCP. Żadnej kroplówki, zero tabletek na nocnym stoliku, leżących na małym deserowym talerzyku, bez bandaży, plastrów, nawet zimnego kompresu na czole. Odruchowo sprawdziłem zegarek. Minęło zaledwie jakieś 7 godzin od mojego porannego incydentu, bo data była ta sama.
- Co jest do cholery? – szepnąłem z niedowierzaniem.
Leżałem na zwykłym szpitalnym łóżku, w swoich własnych ciuchach, naturalnie w kompletnej ciszy. Nikt nie kaszlał, nikt nie szurał papciami po korytarzu. Tramwaj za oknem nie miał nigdy przejechać, wprawiając w drganie szyby w oknach, a na syrenę ambulansu próżno było czekać. Na parapecie okiennym leżał Hades, który najwyraźniej przebudzony skrzypieniem sprężyn w materacu pode mną, poruszył się. Następnie przeciągnął, ziewając jednocześnie i usiadł na tylnych łapkach utkwiwszy we mnie swój wzrok.
- Cześć stary! Wiesz jak cię kocham, ale skoro już się obudziłeś to przydałoby się coś do jedzenia i trochę czochrania mnie tu i tam – zdawało się niemo wysyłać jego spojrzenie.
Rozejrzałem się. Po prawej stronie, na krześle dla gości, stało tekturowe pudło z moim wycieczkowym prowiantem z piekarni (uchyliłem wieczko, sprawdziłem, więc wiem na pewno). Pod karton wetknięto kopertę, jak trafnie się wtedy domyśliłem, z listem do mnie i życzeniami dobrze spędzonej doby.

Niemożliwe jest opuszczenie miasta.
Każda próba skutkować będzie przymusowym zatrzymaniem i odeskortowaniem do najbliższego szpitala.
Pana samochód stoi przed szpitalem; bak zatankowano do pełna.
Zegarek przy zbliżeniu się do granicy miasta, będzie wydawał od teraz ostrzegawczy dźwięk, w miarę coraz większej bliskości, bardziej intensywny (jak jakiś czujnik parkowania, pomyślałem).
Zwierzę zostało nakarmione o godzinie 15.07.
W razie potrzeby kolejna porcja jest w dolnej szufladzie szafki, przy pańskim łóżku.
Przypominam jeszcze raz o konsekwencjach próby opuszczenia Poznania.
Miłego dnia!
PPM

Hades zeskoczył z parapetu i podszedł do mojego nocnego stolika, kładąc łapką na rączce dolnej.. tak właśnie, szuflady.
- A ty co futrzaku, też czytasz w myślach? – powiedziałem lekko zrezygnowany.
Otworzyłem ją. W środku były trzy miseczki: ze świeżą, zimną śmietanką, kocimi chrupkami, a w ostatniej jakieś surowe mięso, wyglądające jak filet z kurczaka, pokrojone w drobna kostkę. Westchnąłem. Wolność którą mi dano nie była nieograniczona. Pozornie robiłem, co tylko przyszło mi do głowy, ale w oparciu o nie moje reguły. I jak na Boga, udało im się zatrzymać rozpędzony samochód, nie uszkadzając mnie i jak słusznie podejrzewałem auta także. Mój czarny pieszczoch wskoczył mi na kolana, mrucząc i łasząc się, gotowy na intensywne i długie głaskanie, a ja... ja postanowiłem sobie wtedy dowiedzieć się, kto za tym wszystkim stoi.
Przez moją, nabytą w procesie całkowitego osamotnienia, ociężałość umysłową, musiałem poświęcić kilka dni, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie: Jak to zrobić? Jak pokazał nieubłagany czas, było ono zbyt ogólne, więc etapami udzielałem odpowiedzi na zawarte w nim małe problemy. Co chcę osiągnąć? Jaki jest najlepszy sposób? Jak zastąpić wzrok i słuch? Wtedy doznałem olśnienia; ukryta kamera. Nawet kilka dla większej pewności powodzenia misji.
Zaopatrzony w odpowiedni sprzęt pojechałem na granicę Poznania z Luboniem. Mój odliczający czas „czujnik parkowania" wydawał co jakiś czas denerwująco-piszczący dźwięk, który odznaczał się jak szrama na naturalnej ciszy otoczenia. Ustawiłem dwa statywy z kamerami, jedną mikrokamerę miałem w daszku czapki, kolejną w okularach, a trzecią w długopisie, zaczepionym o brzeg kieszeni w spodniach. W ręce trzymałem ostatnią. Wszystkie włączone, zapisywały obraz na dysku mojego komputera, który zostawiłem w samochodzie, oraz na pamięci wewnętrznej. Kręciłem reportaż o tym, kto mnie tak urządził. Miałem wielką nadzieję, że dowiem się czegoś nowego, co pozwoli mi lepiej zrozumieć, dlaczego to jedynie ja żyję w całym tym „mieście doznań". Kroki stawiałem bardzo wolno, obawiając się chwili, kiedy zostanę sparaliżowany. Niepotrzebnie, bo w jednej chwili słyszałem piszczący zegarek, a w następnej zostałem odcięty od zmysłów (jakby ktoś wyciągnął z gniazdka zasilającą mnie wtyczkę).
Gdy tylko się ocknąłem, nie zważając na nic pognałem przed szpital do mojego auta. Ultrabook leżał na przednim siedzeniu pasażera, tak jak go zostawiłem, co rozbudziło we mnie nadzieje. Szybko wsiadłem i obudziłem urządzenie, poprzez dotknięcie ekranu. Swoją drogą te nowe baterie, które według reklam okiełznały energię atomową (co następne, potęga pioruna?) są na prawdę wytrzymałe. Jedna sztuka i zero ładowania przez 5 lat. Od razu zauważyłem na pulpicie małą migającą chmurkę z napisem „nagranie powiodło się". Nie mogąc się doczekać, w trybie ekspresowym otworzyłem folder docelowy moich nagrań. Był tam tylko jeden plik w dodatku audio. Dobrze wiedziałem, co to znaczy, ale otwarłem go, by usłyszeć słodki kobiecy głos.
- Wszelka próba nagrania aktywności naszego personelu jest z góry skazana na niepowodzenie, więc proszę o zaprzestanie tego typu aktywności. Pliki zostały nieodwracalnie skasowane, sprzęt nie uległ jednak zniszczeniu. Nic się przed nami nie ukryje. (tutaj szum) Miłego dnia!
Tyle z mojego genialnego planu. Pojechałem jeszcze tego samego dnia, żeby sprawdzić, czy na pewno nic się nie uchowało przed despotycznym PPM, ale traciłem czas. Byli bardzo dokładni, a ja mogłem tylko biernie się przyglądać jak zmieniają i kontrolują moje życie. Kiedy zaczynałem dociekać, po prostu mnie uciszali, zabierali mi narzędzia z rąk i kazali dalej bawić się w przyjemność. Nie lubili kiedy za dużo myślę; pewnie w ogóle nie darzyli sympatią mojej świadomości, aż dziw bierze, że nie dostaje narkotyków w igle, o grubości 1/10 ludzkiego włosa, posłanej przez snajpera z wierzy Targów Poznańskich, tylko po to, żebym niczego nie zobaczył. Miałem tylko korzystać z życia. Kiedyś mi to pasowało, dziś już nie tak bardzo, wręcz wcale. Chciałem to skończyć, więc spróbowałem czegoś, co powoduje, że niektórzy ludzie mówią potem o tobie TCHÓRZ. Próbowałem się zabić.
Samobójstwo to nie taka łatwa sprawa. Jak mówił pewien komik, dziwne, że ludzie mają na to w ogóle czas ( ja go miałem aż za dużo). Wymyślić jak się zabić, znaleźć odpowiednie miejsce, napisać notatkę pożegnalną... cała ta celebracja własnej śmierci jest bardzo angażująca, dla wiecznie zabieganych członków społeczeństwa, z masą spraw na głowie. Wiedziałem, że nikt mnie nie znajdzie, a jednak pragnąłem się jakoś wyrazić, ba napisałem nawet długi i przepełniony emocjami list, który jednak zaginął. Stworzyłem go w – jak mi się wtedy zdawało – polocie twórczym. Zapamiętałem tylko, że adresatem byli wszyscy ludzie, a podpisałem się jako „Zwłoki w tym pokoju".
Postanowiłem się zastrzelić. Nie udało się. Potem żyletką podciąć żyły. Znów nic. Lina przerzucona przez belkę na strychu, w jednym z mniej lubianych przeze mnie domów. Zero efektu. Zdobyłem się nawet na próbę przedawkowania tych nowych pastylek pobudzających mózg, które przy odpowiedniej dawce pozwalały nawet używać telekinezy przez krótki czas (zwykle jednak były wykorzystywane przez studentów w trakcie nauki). Kolejna porażka. Za każdym razem mnie odłączano, ale dowiedziałem się dzięki temu jednej ważnej rzeczy. Znają moje wszystkie myśli. Grzebią mi w głowie. Dlatego wiedzą o wszystkim. Jednak jak nie myśleć. Samo to, że to pisze, informuje ICH , iż nad tym pracuje, więc koło się zamyka (już widzę jak wprowadzają nową procedurę pilnowania mnie, nie tylko szperając mi pod czaszką, ale i przez ciągłą obserwację), a ja jestem zmuszony do tej egzystencji.

******
Czasem wyobrażam sobie, że z chwilą mojej śmierci wszystko wróci do normalności. Ulice na nowo zapełnią się ludźmi, sklepy klientami, swój status odzyska pieniądz. Będzie jak dawniej poza jednym szczegółem; mnie już nie będzie. Ciekawe, czy ktoś zauważy moje zniknięcie. Co pomyślą ludzie, kiedy znajdą w swoich kuchniach teczki, leżące na stole, streszczające ich życie? Może wręcz przeciwnie... PPM wymaże moją aktywność, łącznie z tymi zapiskami i puści ten świat w ruch, nie wtrącając się w jego sprawy (przez jakiś czas).
Mam na imię Mateusz. Mam obecnie 27 lat i od ponad roku żyję w opuszczonym Poznaniu, za jedynego towarzysza mając Hadesa (chyba znów jest głodny). Jest tak w chwili kiedy to pisze i nic – żadne znaki na niebie, czy ziemi – nie wróży, żeby miało to ulec zmianie. Zaczynam się przyzwyczajać.
Dam mu jeść i podrapię po brzuszku i za uchem. Niech wie, ze jego miłość do mnie jest odwzajemniona.
- Hades – wołam go cicho – kocham cie stary.

KONIEC


* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Dział: Opowiadania