Rezultaty wyszukiwania dla: Garstka z Ustki
Trup na plaży i inne sekrety rodzinne
Przyjemnie jest od czasu do czasu zmienić klimat, prawda? Nie dziwi więc, że osoby mieszkające nad morzem chętnie jadą w góry, a mieszkańców gór wabią morskie widoki (mieszkając u wrót Bramy na Bieszczady, ciągnie mnie niesamowicie w kierunku morza i szczerze się do tego przyznaję). Dlatego też z niezwykłym entuzjazmem zareagowałam na wiadomość, że Aneta Jadowska pisze nadmorski kryminał i nie mogłam się doczekać, kiedy wpadnie mi w ręce. Warto było uzbroić się w cierpliwość, bo Trup na plaży okazał się książką urzekającą i to pod każdym względem.
Powroty bywają trudne, ale przecież nikt nie mówił, że życie jest proste i usłane różami. Wie coś o tym Magdalena Garstka, która na prośbę babci, decyduje się wrócić do swoich korzeni i po dziesięciu latach nieobecności pojawia się w Ustce. Od razu budzą się w niej dawno zapomniane odczucia, a początkowy sceptycyzm zamienia się powoli w dziecięcą radość z odzyskania swojego miejsca na zmieni. Jej spokój burzy przypadkowe natrafienie na topielca, który okazuje się zaginionym klientem babcinego pensjonatu. Dlaczego zginął? Nie lubiąca niedopowiedzeń Garstka rozpoczyna prywatne dochodzenie, w trakcie którego odkryje nie tylko przeszłość denata, ale również rodzinne tajemnice. Pytanie tylko, czy Magda jest na to wszystko gotowa?
Trup na plaży i inne sekrety rodzinne nie jest typowym kryminałem (i chwała mu za to), co mnie osobiście bardzo odpowiadało. Owszem, pojawiają się zwłoki, jest śledztwo i policjanci w stylu Kojaka (co prawda nie łysi, a wąsaci), ale czytelnik dostaje oprócz tego do rozwiązania rodzinną zagadkę, jest świadkiem odbudowywania więzi rodzinnych i dzielnego stawiania czoła przeszłości. Poza tym naprawdę miło jest przenieść się do wakacyjnej Ustki w środku zimy i choć przez chwilę dać się porwać letniemu przyciąganiu.
Jeśli chodzi o samych bohaterów książki – nie sposób się z nimi nie zaprzyjaźnić. Magda ze swoją intuicją, oddaniem sprawie, upartością i iście dziewczęcym wdziękiem jest idealną osobą do tego, by kraść z nią przysłowiowe konie. Ale przecież nie tylko ona stanowi o wartości historii. Również Monika ze swoją przebojowością, babcia Maria – skrytością i pewnego rodzaju melancholią czy misiowaty wujek Marek będący uosobieniem stróża prawa o gołębim serduchu sprawiają, że chciałoby się wejść do tej szalonej rodzinki i zostać z nimi na dłużej.
Należy również podkreślić, że Trup na plaży to powieść bardzo emocjonalna. Odbiorca uświadczy tutaj nie tylko humoru sytuacyjnego, ale również wielu wzruszeń czy refleksji. Kto powiedział, że w kryminale krew musi lać się strumieniami, a trup ścielić się często i gęsto? Przecież to nie są Morderstwa w Midsomer (chociaż wujkowi Markowi bliżej do Toma Barnaby'ego niż Maca Taylora czy Horatio Caine'a).
Miałam niesamowitą frajdę dając się porwać śledztwu prowadzonemu przez małą Garstkę i już nie mogę doczekać się kolejnych części jej przygód. Książkę szczerze polecam i to nie tylko wielbicielom bezpardonowych kryminałów czy fanom Anety Jadowskiej. Autorka potrafi zaskoczyć, więc może warto dać jej szansę?
Roksana Grzybowska - Wybaczenie
W tamtej chwili pragnęłam tylko śmierci. Siedziałam w kącie swojego pokoju. Wszystko miałam już idealnie zaplanowane. Wcześniej zamknęłam drzwi i zasłoniłam wszystkie okna. Całe pomieszczenie skąpane było w ciemności. Czerwone ściany przybrały kolor czerni, a meble rzucały ledwo widoczne, ale przerażające cienie. Od rana nie wychodziłam z domu i nie odbierałam telefonów. Na sobie miałam satynową sukienkę ze srebrnymi zdobieniami u dołu. Kupiona na specjalną okazję.
Dochodziła 22:00. Godzina, w której śmierć zabrała mi sens mojego życia. Przy sobie miałam jedynie żyletkę i telefon, który po chwili wyłączyłam i pchnęłam mocno przed siebie. Wiele razy czytałam, że samobójcy w najbardziej krytycznym momencie pod impulsem dzwonią po pogotowie. Wiedziałam, czego chcę i nie miałam nic do stracenia.
W tle snuła się delikatna jak jedwab melodia Sonaty księżycowej Beethovena. Jej ciche dźwięki koiły moje skołatane myśli.
Prawą dłonią wymacałam żyletkę. Przytknęłam ją sobie do nadgarstka lewej ręki. Poczułam zimno metalu. Przez moją głowę przebiegły wszystkie wspomnienia, te złe i te dobre. Zobaczyłam swoich rodziców i wszystkie osoby kiedyś bliskie mojemu sercu. Popłynęły łzy.
Delikatnie nacisnęłam na ostrze, które wbiło się w skórę z niezwykłą szybkością. Zaczęłam powoli przesuwać żyletką w prawą stronę, tworząc ranę, pełną krwi. Gdy stwierdziłam, że rana jest już wystarczająco duża, odłożyłam ją na podłogę.
Z anielskim spokojem przyglądałam się wypływającej krwi. Przyzwyczajałam się do jej widoku, Poczułam, że to koniec. Koniec mojego cierpienia.
Melodie ... usłyszałam, jak ktoś przywoływał mnie do rzeczywistości.
Gwałtownie zerwałam się z łóżka. Rozejrzałam się po pokoju. Było jeszcze ciemno. Budzik wskazywał drugą w nocy. Zaświeciłam lampkę stojącą na szafce obok. Jej światło pomogło mi otrząsnąć się ze snu. Snu, który odwiedza mnie od przeszło dwóch lat. Obejrzałam swoją lewą rękę. Na nadgarstku widniała cienka, jasnoróżowa blizna.
Przetarłam ręką spocone czoło i znowu się położyłam. Spróbowałam zasnąć. Nie było to jednak takie proste. Przewróciłam się na drugi bok. Za oknem drzewa poruszały się w rytm niesłyszalnej melodii i szeptały tajemnicze opowieści. Księżycowe światło wdzierało się do pokoju przez cienkie zasłony.
Uśmiechnęłam się sama do siebie. W mojej głowie pojawiły się wspomnienia chwil spędzonych z moja przyjaciółką Jessie. Kiedyś byłam normalną nastolatką z normalnymi problemami. Śmiech i spotkania z przyjaciółmi towarzyszyły mi każdego dnia. Byłam naprawdę bardzo szczęśliwa. Miałam wszystko, czego tylko mogłam zapragnąć: kochających rodziców, grupkę wspaniałych przyjaciół. Byłam dobrą uczennicą i miałam wiele talentów.
Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Pewnej nocy, dwa lata temu wracałam z rodzicami z kina. Pogoda była piękna, w powietrzu czuć było zimę. Szosę pokrywała cienka warstewka lodu. Tata zawsze bardo pewnie czuł się za kierownicą, więc często się do mnie odwracał. W pewnym momencie na jezdnię wyskoczył duży jeleń. Jedyne co pamiętam to krzyki mamy, poczułam uderzenie, które prawie wyrwało mnie z fotela, a potem była już tylko cisza i nicość.
Następnego dnia obudziłam się w szpitalu. Nade mną pochylała się moja przyjaciółka. Płakała. Zrozumiałam, że tylko ja przeżyłam.
Po całym zdarzeniu wysłano mnie do psychologa. Nigdy nie wierzyłam, że te psychoanalityczne bzdury mogłyby komuś pomóc, ale obiecałam Jessie, że spróbuję. Od samego początku miałam do tego negatywne nastawienie. Pani Jones była długonogą brunetką o szarych, wręcz stalowych oczach. Zawsze ubierała się w żakiet i wełniane spódnice. Bił od niej chłód. Nienawidziłam, gdy się we mnie wpatrywała tym paraliżującym wzrokiem. Czułam się tak, jakby mogła przejrzeć mnie na wylot. Mówiła mi, że bardzo mi współczuje utraty rodziców i że czas goi rany, więc muszę tylko trochę poczekać. Mówiła coś jeszcze. Nie słuchałam. Siedziałam nieruchomo, wpatrując się w drzewo za oknem. Obserwowałam jak jego liście zmieniają kolor, spadają, a na ich miejscu pojawiają się pąki, a potem nowe, zielone listki.
Codziennie w nocy nie mogłam spać. Wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje. Pomimo, zaświeconej lampki przy łóżku, nikogo nie widziałam. Dni mijały strasznie wolno. Kładłam się bardzo późno, a wstawałam bardzo wcześnie. Większość czasu przesiadywałam w ciemnym kącie swojego pokoju, wpatrując się w jeden punkt. Prawie nic nie jadłam. Z pokoju wychodziłam tylko do toalety i na posiłki. Wiele razy widziałam zmartwione spojrzenia Jessie. Chciałam móc jej się wypłakać, powiedzieć co czuję, ale nie potrafiłam. Nie chciałam aby się o mnie jeszcze bardziej martwiła, miała już wystarczająco dużo kłopotów ze mną. Kilka razy próbowałam ją przekonać, że wszystko jest dobrze, a moje zachowanie wywołane jest złym samopoczuciem. Nie wierzyła. Z resztą, za każdym razem brzmiało to tak, jakbym próbowała przekonać do tego bardziej siebie samą niż ją.
Moje rozmyślania przerwał pewien głos w mojej głowie:
Dzień dobry.
Boże, znowu on. pomyślałam.
- Wynoś się z mojej głowy ! - warknęłam, choć nie chciałam go urazić. Tylko on wiedział, co tak naprawdę czułam, jaka byłam. Że na co dzień nosiłam maskę obojętności, pod którą skrywałam całe swoje cierpienie i wyrzuty sumienia.
Spokojnie.
- Czego znowu chcesz ?
Tylko pomóc. - odpowiedział po chwili ciszy.
- Nie potrzebuję twojej pomocy! - Po mimo tego, ile mu zawdzięczałam, nie chciałam, aby mi pomagał. Nawet nie wiedziałam, dlaczego siedzi w mojej głowie.
Zamknęłam oczy, próbując usnąć. Gdy w końcu mi się udało, wcale nie poczułam się lepiej. Sen wcale nie zwalczył bólu, z powodu pustki, przyniósł tylko odrętwienie pomieszane z obojętnością. Sprawił, że ból stał się tyko mniej odczuwalny i bardziej znośny. Jak środek przeciwbólowy.
Już po chwili przed oczami stanął mi dziwny obraz.
Znajdowałam się w ciemnościach. Nie widziałam nic. Byłam zdezorientowana i przerażona. Po chwili pojawiło się oślepiające, białe światło, z którego wyłoniło się coś na kształt człowieka. Gdy staną przede mną okazało się, że był to młody mężczyzną. Jego oczy przywodziły na myśl bezchmurne niebo w lecie lub czyste wody oceanu. Włosy czarne jak bezgwiezdna noc lśniły jak satyna. Światło podkreślało dobrze zarysowane kości policzkowe i kwadratową szczękę. Wziął mnie za rękę. Jego dotyk był delikatny, jak muśnięcie skrzydeł motyla. Swoje idealnie pełne wargi wykrzywił dla mnie w lekkim uśmiechu. Patrzył tak, jakby chciał przejrzeć moją duszę. I wiedziałam, że mu się to udało. Był . . . . Nie, tego nie da się opisać.
- Kim jesteś ? - wydukałam z zachwytem i zadziwieniem, bo zauważyłam dziwny kształt za jego plecami. I dopiero po chwili dotarło do mnie, że to skrzydła. Śnieżnobiałe i długich piórach.
I jakby na potwierdzenie moich przypuszczeń, odpowiedział:
- Twoim Aniołem. - Przyłożył dłoń do mojego policzka. Od razu poznałam ten ciepły, przyjazny głos. Po całym ciele przeszły mnie ciarki i ciepło, co sprawiło, że nie miałam ochoty mu się przeciwstawić. - Przysłali mnie twoi rodzice. Mam ci pomóc, nie utrudniaj mi tego.
Spojrzał w lewo, a ja podążyłam za jego wzrokiem. Zobaczyłam wielki ekran, jak w kinie, na którym rozgrywała się przerażająca scena. Samochód znajdował się w rowie. Przód pojazdu był całkowicie skasowany. Niedaleko stała młoda dziewczyna, wpatrująca się w całą tą sytuację. W ostatniej chwili udało jej się wydostać z dymiącego samochodu. Całkowicie ignorowała mocno krwawiące rany na skroni i rękach. Ostatniej, bo sekundę później stary Ford stanął w płomieniach. Stałam sparaliżowana tak, jak ona, a z każdej strony otaczał mnie ogień i duszący dym. W powietrzu unosił się zapach benzyny i palonego metalu. Wszystko wyglądało tak, jak wtedy. Chciałam ich uratować, ale nie mogłam, coś mi nie pozwalało. Jakby ktoś stał z tyłu i trzymał mnie za ramiona, abym nie zrobiła nic pochopnego. Po chwili zrozumiałam, że tak naprawdę nic nie mogę, że to tylko moje własne wspomnienia. Wspomnienia, przez które nie mogłam spać, które towarzyszyły mi w każdym aspekcie mojego życia. O ile można tak nazwać próbę przetrwania z dnia na dzień. Istnieć nie znaczy żyć. A ja już nie pamiętałam, jak powinno wyglądać prawdziwe życie.
Nagle nastała ciemność i głucha cisza, która doprowadziła mnie do bólu głowy.
Spojrzałam na niego wyczekująco. Po policzku płynęły chłodne łzy.
- Wiem, że obwiniasz się za to co się wydarzyło, ale tak nie można. Musisz zrozumieć, że nie była to twoja wina. Musisz w końcu zacząć żyć dniem dzisiejszym. Dobrze wiesz, że gdybyś spróbowała im pomóc, sama byś zginęła. A ta próba samobójcza? To był najgłupszy pomysł na jaki mogłaś wpaść. Nie bez powodu przeżyłaś ten wypadek. Masz przed sobą jeszcze całe życie, wiele chwil cierpienia, ale będą także szczęśliwe momenty. Musisz to zrozumieć i wziąć się w garść.
- Mówiłeś, że przysłali cię moi rodzice. Czy oni... - głos odmówił mi posłuszeństwa.
- Cieszą się, że żyjesz i chcą, abyś zaczęła żyć normalnie. I kochają cię. Dlatego tu jestem, żebyś to zrozumiała.
Uśmiechnął się blado i odszedł.
Chciałam go zatrzymać, zapytać, jak się czują, poprosić, aby im powiedział, że też ich kocham, ale było za późno. Zniknął i zabrał całe światło ze sobą.
Obudził mnie budzik. Powoli zeszłam z łóżka, cała obolała i zmęczona, ale czułam, że coś się zmieniło, jakby z serca spadł mi ciężki głaz. otworzyłam okno i wychyliłam się przez nie. Dawno tego nie robiłam. Czułam się tak, jakby do mojego serca zawitała radość. Miałam ochotę wykrzyczeć całemu światu, jaka byłam szczęśliwa, a widok, który ujrzałam po prostu mnie oczarował. Słońce muskało delikatnie drzewa i kwiaty, a przy okazji także moją twarz. Słychać było ptasi śpiew. Ogród aż tętnił życiem. Miałam chęć opowiedzieć o tym mojemu Aniołowi, ale się nie odzywał. Po prostu zniknął.
* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie