Rezultaty wyszukiwania dla: Echo
Plemiona. Wojna bogów
Większość nastolatków doskonale orientuje się, kim są Zeus i Afrodyta. Dzięki produkcjom Marvella świetnie znają Lokiego i Thora. A co z słowiańską? Imiona takie jak Perun, Weles czy Światowid mogą brzmieć dla nich obco, wręcz niezrozumiale. Teraz jest szansa, by to zmienić i zainteresować młodzież (i nie tylko), tym co nasze. A wszystko to za sprawą Łukasza Radeckiego i jego serii Plemiona, którą otwiera powieść Wojna bogów.
Gdy trójka rodzeństwa – bliźnięta Zbyszek i Weronika oraz ich adoptowany brat Kacper – wyjeżdża na klasową wycieczkę do Biskupina, nie zdają sobie sprawy, że nie będzie im dane wrócić z niej do domu. Na skutek splotu wydarzeń przenoszą się o półtora tysiąca lat do pogańskiej, słowiańskiej Polski. Czy prawdziwej, czy też jej alternatywnej wersji, do końca nie wiadomo. Pewne jest jedno, muszą zrezygnować ze smartfonów, elektryczności i innych udogodnień, jakie znają. Mało tego, trafiają w sam środek wojny bogów, którzy są w tym świecie jak najbardziej realni. Podobnie jak istoty znane im dotąd z legend i... magia.
Nastolatki trafiają do różnych plemion, które przygotowują się do zbliżające się wielkiego turnieju. Każde plemię ma wystawić reprezentanta, który będzie walczył, choć nikt do końca nie wie, z kim i z czym przyjdzie mu się zmierzyć.
Prawdopodobnie nie tylko mnie zaskoczył Łukasz Radecki, znany głównie z krwawych horrorów, występując w roli autora powieści młodzieżowej. I chociaż z przyjemnością wspominam lekturę jego niektórych poprzednich książek, to w tej wersji spodobał mi się jeszcze bardziej. Stworzył wciągającą, pełną przygód historię i pełnokrwistych, realistycznych bohaterów.
Postaci rodzeństwa wybijają się na pierwszy plan, przyćmiewając bohaterów drugoplanowych, chociaż na uwagę na pewno zasługuje chociażby Mścigniew, wraz z towarzyszącym mu Przemkiem. Zbyszek, Weronika i Kacper są zupełnie różni, może nieco stereotypowi, ale jestem przekonana, że niemal każdy nastoletni czytelnik bez problemu będzie mógł się z nimi utożsamić. Dobre oko autora do zachowań młodzieży widać chociażby podczas wspomnianej wycieczki. Podejrzewam, że duży wpływ ma tu codzienny kontakt, jaki zapewnia Łukaszowi Radeckiemu praca w szkole.
Odnośnie samego rodzeństwa - Zbyszek to typ osiłka, w towarzystwie hałaśliwy, lubi zwracać na siebie uwagę i prędzej by umarł niż publicznie przyznał do słabości. W głębi jest znacznie bardziej wrażliwy niż można by przypuszczać, co widać zwłaszcza po twardej szkole, jaką przyjdzie mu przejść. Weronika to z kolei outsiderka, potrafi obronić się ciętą ripostą, jest niezależna, ale czasem szybciej mówi niż myśli. Z kolei Kacper, fan Tolkiena i gier RPG, jest inteligentny, ale wycofany. Tak przynajmniej jest na początku, bowiem każde z nich przechodzi poważną przemianę. Pod wpływem nowej rzeczywistości i zdarzeń muszą zweryfikować wiele własnych poglądów i zachowań.
Ogromnym atutem powieści jest sięgnięcie po mitologię słowiańską. Wprawdzie autor podszedł do tematu z dość swobodną interpretacją, niemniej jasno i klarownie przekazuje podstawy ówczesnych słowiańskich wierzeń. Robi to w sposób na tyle lekki i interesujący, że z pewnością przynajmniej część czytelników zainspiruje to do dalszego szukania informacji na ten temat.
Nie wszystko zagrało jednak tak dobrze. Samo zakończenie pozostawia uczucie niedosytu, ponieważ wydarzenia, do których wszyscy bohaterowie mozolnie dążyli przez całą powieść, rozgrywają się w błyskawicznym tempie na kilku zaledwie stronach. Gdyby rozpisać je bardziej szczegółowo, gwarantuję, że książka wiele by zyskała. Mam także wrażenie, że osoba odpowiedzialna za napisanie blurba wcale nie czytała powieści. Z opisu możemy się dowiedzieć, że Zbyszek, Wera i Kacper stają do walki w turnieju, podczas gdy nic takiego nie ma miejsca...
Niemniej całość wynagradza te potknięcia, a Wojna bogów stanowi bardzo obiecujące rozpoczęcie cyklu. Powieść to naprawdę dobra mieszanka motywów słowiańskich, niesamowitych stworzeń oraz przygód, przy których nie będzie się nudził ani młody, ani nieco starszy czytelnik. To opowieść o odwadze, tolerancji i poznawaniu samego siebie. A przede wszystkim o odkrywaniu tego, co jest w życiu naprawdę ważne.
Fistaszki zebrane: 1985 - 1986
„Fistaszki zebrane: 1985-1986” to już 18 tom zbiorczy wydany przez Naszą Księgarnię, pierwszy został wydany dziesięć lat temu za lata 1950-1952 i wszyscy Ci, którzy teraz rozpoczynają swoją fascynującą przygodę z tym „mikrokosmosem małej, ludzkiej komedii”, jak nazwał dzieło wiekopomne Schulza Umberto Eco, nie mają żadnych szans zdobycia początkowych tomów. Co rusz słane są apele do Naszej Księgarni o dodruk pierwszych pięciu tomów, ale na razie się na to nie zanosi. A „Fistaszki” to fenomen pod każdym względem. „Peanuts” w oryginalnej nazwie, pierwotnie przez autora nazwany „Li'l Folks”, czterokadrowy komiks wydawany był od 2 października 1950 do 13 lutego 2000 roku. W Polsce może nie zyskał sobie rzeszy fanów, jak przygody Asteriksa, czy Kajko i Kokosza, ale gwarantuję, że jak się raz zanurzy w świat Charliego Browna, to nie można się z nim rozstać.
Na okładkę tomu osiemnastego wybrany został Spike, brat Snoopy'ego, który pojawia się w Fistaszkach od 1975 roku. Wstępem tom opatrzył Michał Gąsiorowski, w którym to opowiada historię swojego pierwszego kontaktu z komiksem. A jakby nie patrząc większość z nas miała mniej bądź bardziej przelotny kontakt z Charlie Brownem i Snoopym, jeszcze zanim powstał obecny pełnometrażowy film animowany. Sama pamiętam, jak dostawałam na „pirackich” kasetach The Charlie Brown and Snoopy Show od znajomych za każdym razem, gdy chorowałam. Wtedy nie miałam nawet pojęcia, że taki komiks istniał.
Michał Gąsiorowski wspomina również we wstępie o sportach w Fistaszkach, a temat, jakby nie patrzeć w kontekście obecnych zmagań mundialowych, bardzo aktualny. Z tą różnicą, że piłki nożnej w komiksie nie odnajdziemy. Wiadomo w Fistaszkach przez wszystkie tomy przewija się na pierwszym miejscu królewski baseball, w bardzo marnym wykonaniu Charliego Browna i jego drużyny, z resztą biednemu Charliemu nic nie wychodzi, to jest jego cecha charakterystyczna. Jakbym natomiast miała wkazać najbardziej usportowionego, choć może nie najzdolniejszego, bohatera, to byłby nim Snoopy. Pies swego nieudolnego pana uprawia golf, piesze wycieczki, bilard, hokej, futball amerykański i oczywiście baseball, a to tylko w tym tomie.
W roku 1986 pojawiają się dwie postaci: Maynard i Tapioca Pudding. Obydwoje epizodycznie wkraczają na arenę roku 86. i nie pojawiają się więcej w komiksie. Maynard, jako korepetytor Peppermint Patty, a Tapioca, jako nowa, męczliwa koleżanka z klasy Charlsa i Linusa.
W tym tomie odnoszę wrażenie, że Charlie Brown, pomimo że nadal ma pecha i drzewo nadal pożera jego latawce, a w baseballu nadal wykazuje totalne beztalencie, to o dziwo na tle swojej młodszej, wyjątkowo głupiutkiej siostry Sally, wykazuje się wyjatkową mądrością i zyskuje w ogólnym rozrachunku. Lucy straciła natomiast na swojej zrzędliwości, coraz częściej zastanawia się nad tym czy być złośliwa, straciła, jakby na swojej ostości. Schroeder pojawia się sporadycznie, za to para Merci-Peppermint Patty wprowadziła piękny element szkolnego krytycyzmu. I oczywiście Snoopy i Woodstock, Snoopy uprawia sporty, pisze swoją powieść, zabiera Woodstocka i jego rodzeństwo na piesze wyciczki, ale przede wszystkim zakochuje się i bierze udział, jako As lotnictwa w pierwszej wojnie światowej. Nie byłby oczywiście sobą gdyby nie czatował na kocyk Linusa, domagał się kolacji od Charliego i sypiał, zamiast ujadać na jakąś zwierzynę.
Fistaszki to fenomen, ponieważ każdy w nich odnajdzie skrwek swojego życia. Czytanie komiksu Charlesa M. Schulza, to za każdym razem powrót do domu. Przynosi radość, ale również ukojenie, spokój i poczucie, że ma się zawsze przyjaciół pod ręką, wystarczy otworzyć komiks i zawsze spotka się tych samych, niezmiennych bohaterów: pechowego, gnębionego Charliego, zgryźliwą, pewną siebie Lucy, filozoficznego Linusa, fantazyjnego Snoopy'ego, głupiutką Sally, ambitną Mercy, leniwą Peppermint Patty, pociesznego Woodstocka i wielu, wielu innych.
Triskel - fragment
Krystyna Chodorowska „Triskel”
Najdłuższe słowo prawdopodobnie znaczyło „grozi śmiercią”.
Od kilku godzin co jakiś czas wracał myślami do napisu na tabliczce umieszczonej od strony ulicy. Przyglądał się jej elementom, obracał je niczym puzzle. Nie znał tego języka, ale miał już niemal pewność, że rozpracował komunikat właściwie, tylko ten jeden fragment – „grozi śmiercią” – trochę go zmylił. Mieli na to jedno słowo.
W opuszczonym budynku dach zwykle zawalał się pierwszy i w tym przypadku też tak było. Na podłodze zalegały resztki pękniętych krokwi, strzępy izolacji i odłamki dachówek, ale ściany wciąż trzymały się mocno, z wyjątkiem jednej, tuż przy narożniku, pękniętej podczas pożaru, teraz odsłaniającej szeregi gołych, nadpalonych cegieł, jakby to były zęby. Okiennice zawodziły ze skrzypieniem, a w ramie okiennej nie został już ani kawałek szyby, która chroniłaby wnętrze od deszczu. Wszystko wokół pachniało stęchlizną, pleśnią, wilgotną ziemią i kocimi sikami. Gdyby zadarł głowę, pomiędzy krokwiami zobaczyłby skrawki zachmurzonego nieba.
Przeklęci Święci - fragment 1
Bicho Raro to oniryczne miasteczko w stanie Kolorado, do którego zmierzają pątnicy w oczekiwaniu cudu. Nie każdy jednak wie, że z cudem wiążą się konsekwencje, którym trzeba stawić czoła. I nie każdy jest na to gotowy.
Trzy osoby z rodziny Soria, w której od wieków rodzą się święci, muszą zmierzyć się z rodzinną legendą i odpowiedzialnością. Pozornie niedostępna i zimna Beatriz uważa, że nie dotyczą jej uczucia i porywy serca, Joaquin jako tajemniczy Diablo, Diablo oddaje się pasji prowadzenia nielegalnej rozgłośni radiowej, a Daniel – mianowany przez rodzinę świętym z Bicho Raro – zdaje się czynić cuda dla wszystkich poza sobą.
Jak cuda odmieniają los pątników, tak los rodziny Soria odmieni się wraz z przybyciem do miasteczka Pete'a Wyatta i historią pewnej miłości.
Żona między nami
Kiedyś Vanessa miała wszystko, o czym marzą miliony kobiet na świecie- przystojnego, kochającego męża, duży dom oraz masę przyjaciół. Dziś pomieszkuje u swojej ciotki, zwlekając się z przymusem z łóżka, aby dotrzeć do pracy. Codziennie rozpamiętuje swoje małżeństwo, a gdy dociera do niej informacja o rychłym ślubie Richarda z nową wybranką męskiego serca, Emmą, załamuje się. A jednak wbrew wszystkiemu, z dnia na dzień rośnie w niej wola walki... albo chęć zemsty. Niewierny małżonek jeszcze zapłaci za to, co jej uczynił. Już jej w tym głowa!
Trzy postacie dramatu: Richard, Emma oraz Vanessa. Mąż, przyszła żona i zazdrosna eks- małżonka. Historia z założenia banalna, ale... poczekajcie. Ktoś tutaj kłamie. I jest w tym całkiem dobry. Nie ufajcie słodkim uśmiechom oraz prawie szczerym oczom. To kłamstwo. I tylko jedna osoba może podjąć próbę ocalenia...
Od jakiegoś czasu rynkiem literackim zaczęły rządzić thrillery psychologiczne, w których głównie historia toczy się wokół mającej problemy (najczęściej alkoholowe) bohaterki, rozpamiętującej przeszłość. Destrukcyjna postawa sprawia, iż nikt im nie wierzy, są wręcz uważane za niegroźne wariatki. W tym rytmie stworzono również Żonę między nami. Jednak co najważniejsze, ów fakt niczym tej książce nie ujmuje. Jest po prostu świetna!
Autorzy powolutku wprowadzają nas w życie wspomnianych bohaterów; najpierw jest zdradzona żona, która nie ma ochoty ani motywacji do podjęcia próby posklejania swojego życia na nowo. Cóż, nic w tym dziwnego- w końcu została porzucona przez męża, zamieniona na "lepszy model". Nie wspominając, jaki szok musiała przeżyć po otrzymaniu informacji o ponownym małżeństwie. I to po tak krótkim czasie od rozwodu! Musiała na to zareagować...
Teraz pewnie myślicie, że ta historia nie różni się niczym specjalnym od swoich poprzedniczek, prawda? Że będzie tu mowa o zazdrosnej byłej żonie, która za życiowy cel obrała sobie utrudnianie życia Emmie, jej następczyni? Ha, po przeczytaniu opisu ja też tak myślałam. I tym bardziej wciągnęłam się w lekturę. Sarah Pekkanen oraz Greer Hendricks podarowali czytelnikom retrospekcję z małżeństwa Vanessy (zwanej przez byłego męża Nellie) oraz Richarda. Mamy wgląd we wszystkie dziwne sytuacje, jakie ciążyły nad owym związkiem. Początkowo sądziłam, że jeden rozdział dotyczy Vanessy po rozwodzie, a drugi opisuje nową kobietę Richarda. Dopiero po kilkudziesięciu przeczytanych stronach zauważyłam mój błąd. Perspektywa Emmy pojawia się dopiero w końcowych rozdziałach, króluje przeszłość oraz teraźniejszość byłej żony.
Autorzy sprawnie nami manipulują, począwszy od opisu książki, na treści skończywszy. Zakładałam, że dostanę kawał historii o byłej żonie, która z zazdrości zwyczajnie oszalała. A tu okazało się, że Vanessa jest w pełni sprawna umysłowo i co więcej- nie w niej tkwił problem. Muszę jeszcze zaznaczyć, że pewne wydarzenia z jej przeszłości miały ogromny wpływ na pojawienie się niektórych osób w jej życiu. Żona między nami należy do grupki książek pozoru; niby podczas czytania jesteśmy pewni swoich wniosków, a potem następuje wielkie bum! i musimy skierować się na inny tok myślenia. Twórcy igrają z nami od samego początku, powoli ujawniając kolejne tajemnice. Żałuję tylko, że nie odkryli przed nami jednej karty- przeszłości Richarda oraz rzeczywistej relacji między nim a jego siostrą, Maureen.
Lubicie być wodzeni za nos? Podróżować przez kolejne strony, nie wiedząc, gdzie tak naprawdę zaprowadzi Was historia? A może wolicie odkrywać brudne sekrety książkowych bohaterów? Jeżeli na minimum dwa pytania odpowiedzieliście "tak", zdecydowanie musicie sięgnąć po Żonę między nami.
Post Scriptum
O Bogowie jak mi brakowało Mileny Wójtowicz, którą uwielbiałam w “Podatku” i “Załatwiaczce”. Oprócz oczywiście samej autorki, brakowało mi także czegoś lekkiego łatwego i przyjemnego do tej herbaty i ciastków, co je pochłaniam na morgi w trakcie czytania, bo choć i rozprawki o muchach (“Spiżowy Gniew”), czy zabili go i uciekł (“Kiedy Bóg zasypia”), to mniej lub bardziej porządny kawał lektury, jednak humoru w nich nie znajdziemy za grosz - chyba, że ktoś jest psychopatą i to praktykującym.
Ogłaszam zatem WIELKI i jakże wyczekiwany powrót Mileny Wójtowicz z jej niesamowicie lekkim piórem i przezabawnie opisaną historią w “Post Scriptum”.
Piotr Strzelecki - psycholog i Sabina Piechota - specjalistka bhp - spotkali się przypadkiem na konkursie jedzenia chałwy i tak samo przypadkowo założyli wspólnie firmę, i z jeszcze większym zaskoczeniem i przypadkiem, odnieśli sukces - taki najzupełniej prawdziwy i przypadkowy. Zwłaszcza, że nasza urocza dwójka, to istoty nienormatywne, czyli takie, do których wzywa się rodziców, by sprawdzili przed snem, czy przypadkiem nie chowają się pod łóżkiem lub w ciemnej szafie. Profil działalności ich firmy jest właśnie skierowany do takiej też grupy docelowej. Do ich obowiązków należy nie tylko przeprowadzenie sesji terapeutycznej z upartym duchem, co to siedzieć w zaświatach nie chce, bo woli zatruwać życie rodzinie i znajomym; ale zadbają także o bezpieczeństwo oraz normy pracy dla Kultystów łącznie ze sposobami oczyszczania sztyletów ofiarnych. Wachlarz usług firmy naszej dwójki jest naprawdę szeroki i o dziwo nie narzekają na brak klientów, a interes się kręci jak leniwy zombie w betoniarce. Spokój i idylla zostaje zakłócona, kiedy w zaprzyjaźnionej fabryce dochodzi do dziwnego wypadku, który okazuje się raczej nieudolną próbą morderstwa i jak się szybko okazuje nie jest to odosobniony przypadek. Sabinka i Piotrek skoro i tak są już w to wplątani po czubki ząbków i pazurków, chcą czy nie chcą, zaczynają się bawić w domorosłych detektywów. A my bawimy się z nimi i to po pachy.
Nie pamiętam, i piszę to całkowicie szczerze, kiedy ostatni raz tak się śmiałam i cieszyłam przy książce, a niektóre fragmenty czytałam nawet kilkakrotnie by rozkoszować się każdym słowem. Ba... ja to nawet przeczytałam dwukrotnie raz za razem po sobie. To chyba już powinno Wam chociaż zasugerować, jak bardzo “Post Scriptum” przypadło mi do gustu - bo jest w nim wszystko to, co uwielbiam - polsko-słowiańskie urban fantasy z wielką garścią popkultury zagniecione w zgrabne ciasto... tylko jakieś takie mikre i to jest bardzo przykre. Książka była po prostu za krótka i domagam się, ba, żądam koniecznie ciągu dalszego i to szybko i to już już. Post Scriptum jedynie podrażniło mi lekko żołądek, kontynuując te gastrologiczne metafory, i pozostawiło głód dwa razy większy, niż był przed pierwszym kęsem. Poza tym, jeśli na pierwszych kilku stronach dostaję informację, że mój najukochańszy Pratchett, to geniusz marketingu, to jestem od razu sprzedana, kupiona i zapakowana z ozdobną bardzo twarzową kokardą na czubku.
Poza głównymi bohaterami znajdziemy w książce grono naprawdę świetnych postaci pobocznych i to nie potraktowanych przez autorkę po macoszemu, bo są równie dobrze opisane, jak Binka i Piotrek. Bardzo szybko przywiązujemy się do całej “ekipy”, choć przyznam się szczerze, że i tak krwiożerczą Binkę kocham najbardziej. Dobrym zabiegiem autorki było nie ujawnianie od razu gatunku nienormatywności naszych głównych bohaterów i naprawdę ciekawość już człowieka wręcz dosłownie zjadała, kiedy próbowałam się domyślić kim tak naprawdę oni są, a autorka umiejętnie podsuwała mi kolejne tropy. Tak jak Piotra rozszyfrowałam dość szybko, tak akurat z Sabinką miałam ciut więcej problemów, bo i nie ukrywajmy - więcej opcji było do wyboru.
Poza wspomnianą już przeze mnie długością książki nie mam powodu, by czepiać się czegokolwiek, bo jestem absolutnie zachwycona i polecam ją każdym odnóżem, jakie posiadam. Oczywiście nie oznacza to, że jestem całkowicie bezkrytyczna w stosunku do tej książki po prostu sposób, w jaki jest ona napisana, absolutnie rekompensuje mi wszelkie ewentualne niedociągnięcia fabularne.
Na koniec jeszcze ostrzeżenie ode mnie - radzę także zaopatrzyć się w jakieś słodkości do lektury, bo ilości cukru jakie pochłania Binka (pierniczków, ww. chałwy, delicji, batoników i raz nawet śledzia) potrafią nie tylko spowodować zwalający z nóg “zew czegoś słodkiego”, ale i postawić w stan śmiertelnego zagrożenia każdą dietę.
Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Seria „Millenium” już od dawna chodziła za mną. Wszyscy o niej mówili, wszędzie było jej pełno. Zdarzyło się kilka razy, że nawet w autobusie słyszałam dyskusję na jej temat! W końcu – choć raczej z thrillerami i kryminałami jestem na bakier (poza twórczością Agathy Christie) - postanowiłam zapoznać się bliżej z cyklem Stiega Larssona. Zaczęłam od komiksów „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, by niedługo później, zaintrygowana nimi do głębi, sięgnąć po wydanie książkowe i... pluć sobie w brodę, że nie czytałam wcześniej powieści tego autora!
„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to przeszło 600-stronnicowa cegiełka, którą – mimo pokaźnego rozmiaru – połknęłam dosłownie w dwa wieczory. Fabuła powieści przemyślana jest w każdym najdrobniejszym detalu, choć nie będę ukrywać, że końcówka nieco mi się dłużyła. Autor potrafi zszokować i przerazić czytelnika, prowadząc go przez mroczne meandry ludzkiej psychiki, niegodziwości. Wciąż nie mogę wyrzucić z głowy brutalnego gwałtu opisanego na kartach tej powieści. Był on tak realnie zobrazowany, że – choć od lektury „Mężczyzn...” minęło już trochę czasu – na samo wspomnienie tego wydarzenia, ciarki przechodzą mi po plecach! Styl pisarski Larssona również miał na to wpływ – jest nietuzinkowy i jak najbardziej zrozumiały dla czytelnika, a nie brakuje tutaj odrobiny wiedzy z zakresu psychopatologii.
Rzeczywiste, naturalne opisy i świetne pióro Larssona, nie są jedynymi zaletami pierwszego tomu „Millenium”. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” mają ich znacznie więcej. Największym atutem tej książki jest postać Lisabeth Salander. Ta bohaterka od razu zauroczyła mnie swoim niebanalnym stylem bycia i – prawdę mówiąc - całą swoją osobą. Rzadko kiedy nawiązuję taką więź z postacią literacką, jaką połączyłam się akurat z nią. Bardzo przeżywałam (i wciąż przeżywam!) każde wydarzenie, w którym brała udział. Pozostali bohaterowie również zostali ciekawie wykreowani, ale Lisabeth... Lisabeth po prostu wszystkich przyćmiła!
Spodobała mi się również tajemniczość Larssona, jego drobne niedopowiedzenia, ciągłe budowanie napięcia i zrównoważone prowadzenie głównego wątku. Autor stale mnie zaskakiwał i zdecydowana większość rozwiązań, których się spodziewałam... była zupełnie inna. Zresztą, wartka akcja i mnóstwo zagadek sprawiły, że szybko przestałam próbować przewidywać jego posunięcia, a zaczęłam zwyczajnie czerpać przyjemność z czytania. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” okazali się dla mnie prawdziwą ucztą literacką!
Nie bez powodu Stieg Larsson odniósł ogromny sukces. Od jego twórczości nie można się oderwać, jest trochę jak narkotyk. Mroczne i nieprzewidywalne śledztwo, liczne tajemnice, znakomicie wymalowani bohaterowie, realistyczne opisy – to wciąż nie wszystko, co ten autor ma do zaoferowania w „Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet”. Polecam tę książkę każdemu, a szczególnie osobom, które nie przepadają za thrillerami i kryminałami. Jestem pewna, że ta powieść zachęci Was do zapoznania się z tymi gatunkami bliżej, tak jak i mnie do nich przekonała.
Melodia Litny
“Melodia Litny” Łukasza Jabłońskiego to pierwsza książka z cyklu “Rozdroża cienistego szlaku” - szlaku pełnego napiętnowanych tatuażem na policzku zbrodniarzy. Mordercy noszą wilczy kieł, gwałtownicy - byczy róg, stręczyciele - wężowy język... W to towarzystwo trafia były cesarz Dwóch Oceanów, dla nowych towarzyszy - Malbo. Przygarnięty do Bastionu wpada w sam środek zdarzeń, na które wpływu nie ma, a których jest głównym ogniwem. Gorzej, że nikt go o tym nie uprzedza.
Łukasz Jabłoński tworzy całkowicie nowy świat, z jego geografią, mitologią, historią, jednostkami miary, a nawet dziełami literackimi stanowiącymi motta poszczególnych podrozdziałów... W te spójne realia autor wprowadza czytelnika powoli, zgrabnie łącząc historię toczącą się w czasie dla niej rzeczywistym z retrospekcjami rzucającymi światło na to, dlaczego Malbo znalazł się w miejscu tak odległym dla jego cesarskiego przeznaczenia.
Książka jest nierówna. Fascynujące fragmenty przeplatają się z nudą. Niektóre wątki są zbyt długie, inne niekoniecznie zrozumiałe. Autor z pewnością ma pomysł, jak snuć swoją opowieść, ale momentami opowiada ją za szybko, zbyt chaotycznie.
Na wielki plus autora przemawiają sceny walki. Łukasz Jabłoński fantastycznie operuje słowem i potrafi z krótkiej sceny, kiedy X wali po mordzie Y, uczynić majstersztyk na całą stronę. Te fragmenty czyta się przeto naprawdę dobrze. No i scena samobójstwa - nie pamiętam kiedy ostatnio czytałam fragment o odbieraniu sobie życia przez bohaterkę w tak elegancki, wręcz poetycki sposób. Dla samej tej sceny ukłony dla autora.
Podoba mi się także język jakim operuje Jabłoński. Ma ten dar dany chyba tylko polskim pisarzom łączenia elegancji języka literatury z sarkazmem i cynizmem, tka typowym dla naszego narodu. Cięte riposty, złośliwe komentarze bohaterów, czy przemyślenia nacechowane dużą dozą autoironii, jak chociażby jedna z pierwszych refleksji Malbo: Więc to tak wygląda. Upadasz i myślisz, że to już koniec. Nagle ktoś daje ci w twarz, przybierasz imię własnego psa i zaczynasz wszystko od nowa - prawda, że urocze?
Czy sięgnę po kolejne tomy? Tak - z ciekawości historii, bo pod koniec jatka jest zaiste zacna, a Malbo, Santi i Litna zostawieni są w takich okolicznościach, co do których można mieć wielkie oczekiwania.
Atlantis Rising 2: Miasto demonów - fragment
Wraz z Drageus Publishing House mamy zaszczyt przedstawić dzisiejszą premierę - Atlantis Rising 2: Miasto demonów, i zaprosić Was do zapoznania się z fragmentem powieści Evana Curriego.
Ludzkość przegrała wojnę z demonami. Garstka wraz z Elan uciekła i schroniła się na wyspie, z dala od wrogich hord. Jednak nawet tam nie było ucieczki przed zagrożeniem. Po drugiej stronie świata demony zmieniły bowiem dawną stolicę Ziemi we własne siedlisko. Lemuria, ostatni bastion ludzkości, stał się symbolem triumfu sił piekielnych i potężnej magii.
I Elan wie, że istnieje tylko jeden sposób, aby zapewnić ludziom bezpieczne schronienie przed odwiecznym wrogiem. Miasto demonów musi zniknąć z powierzchni Ziemi...
Koszmary zasną ostatnie
Kiedy odchodzi od Ciebie bliska, ukochana osoba, cały Twój świat roztrzaskuje się na milion ostrych, maleńkich odłamków. Cierpisz, przechodzisz załamanie, ciężko Ci się pogodzić ze zmianami w życiu. Jednak wiesz, masz tę świadomość, iż osoba, która odeszła, jest bezpieczna. Żyje. Może z kimś innym, może już bez Ciebie, ale żyje. Prawdziwa tragedia zaczyna się w momencie, w którym nie wiesz, co się z nią stało. Jeszcze wczoraj zapewniała Cię o swoim uczuciu, dziś nie masz po niej najmniejszego śladu. Zostaje uznana za zaginioną, a wszelkie ślady, jakie udało Ci się uzyskać dotychczas, są niewiele warte. Czekasz siedem długich lat... a odpowiedzi nadal nie nadchodzą. Twoje koszmary nie mogą zasnąć.
Marek Bener, dziennikarz śledczy i właściciel "Echa Torunia" od siedmiu lat karmi się nadzieją na odnalezienie ciężarnej żony, Agaty. Kobieta opuściła ich mieszkanie tylko na chwilę; miała zrobić zdjęcia pewnego cmentarza. Nigdy jednak nie przekroczyła progu ich wspólnego gniazdka. Od tamtej pory Bener zajął się "po godzinach" poszukiwaniem osób zaginionych, jednocześnie starając się odnaleźć ślad po żonie. Tym razem na jego biurko trafia sprawa Jana Stemperskiego. Ów spokojny mężczyzna był jednym z pracowników, którzy oskarżyli swojego wysoko postawionego szefa o mobbing. Teraz dziennikarz -nie wierząc, iż Stemperski nie targnął się na własne życie- poszukuje jego ciała. I choć sprawa wydaje się początkowo jedną z tych mniej skomplikowanych, to Marek, kopiąc głębiej, odnajduje coraz więcej sprzecznych informacji oraz dziwnych powiązań...
Z twórczością pana Roberta Małeckiego spotkałam się po raz pierwszy około rok temu. Wtedy to mialam możliwość przeczytania drugiego tomu serii, a zarazem rozpoczęcia wspólnie z Markiem Benerem podróży śladami osób zaginionych. Byłam świadkiem tragedii bohatera, która trwała już siedem lat. Towarzyszyłam mu podczas odkrywania kolejnych poszlak.
Toruń wydaje się bardzo mały; dopiero co Bener rozpisywał się o mobbingu, którego ofiarą padł Jan Stemperski, a już jakiś czas później odebrał telefon od jego zmartwionej żony. Cierpiący na depresję mężczyzna nie pojawił się w domu, nie ma z nim jakiegokolwiek kontaktu, nikt nie wie, gdzie może obecnie przebywać. Dziennikarz śledczy oczywiście podejmuje się odnalezienia Stemperskiego, nie mając jednak żadnej nadziei na szczęśliwe zakończenie tej sprawy. Jednocześnie prowadzi sprawę zaginięcia młodego mechanika, Michała Waltera. Jak się okazuje, ów mężczyzna mógł coś wiedzieć na temat zaginięcia Agaty...
Koszmary zasną ostatnie to tom, na który czekałam z utęsknieniem, a jednocześnie z pewną przedwczesną tęsknotą. Chciałam wreszcie się dowiedzieć, co tak naprawdę stało się z żoną głównego bohatera- uciekła czy została porwana? A może Marek Bener wcale nie był takim kochającym mężem, jak mogłoby się wydawać? Z drugiej strony zawsze dopada mnie swego rodzaju smutek, gdy jakaś seria dobiega końca. Przyznam, że miałam nadzieję na happy end. Ale to, czy go otrzymałam, czy nie, pozostanie moją tajemnicą.
Książkę czyta się właściwie w mgnieniu oka; to prawda, co piszą na okładce- może nie tyle ciężko po niej zasnąć, co bardzo trudno ją odłożyć i zająć się życiem. Szczególnie, że otrzymaliśmy nie tylko opis codzienności głównego bohatera, ale także "wstawki", gdzie wypowiada się Agata. Było ich niewiele, ale warto na nie czekać. Akcja toczy się szybkim rytmem, a pewne wydarzenia sprawiają, że Bener nie wie, komu może zaufać. Zbyt dużo pytań bez odpowiedzi. A może zbyt wiele nadziei?
Robert Małecki stworzył intrygującą, pełną tajemnic historię tęsknoty, jakiej nie życzę nikomu. Ponadto poruszył tak ważny temat, jakim są zaginięcia osób. To prawda, widujemy plakaty czy "ogłoszenia" w internecie, jednak nie przywiązujemy do nich uwagi na długo. A co z osobami, które wciąż czekają na powrót ukochanych osób?
Marku Benerze, teraz już znasz prawdę. Teraz Twoje koszmary mogą wreszcie zasnąć.