Rezultaty wyszukiwania dla: Dziewczyna z gór
Dziewczyna z gór
Często możemy przeczytać albo usłyszeć, o ludziach zaginionych. Rodzina, znajomi poszukują, włączają się do tego odpowiednie służby. I nie jeden raz bywa, że te osoby już nigdy się nie odnajdują.
Sprawy wiszą nie rozwiązane, bliscy żyją w oczekiwaniu, na jakąkolwiek wieść na temat człowieka, który był i nagle zapadł się pod ziemię.
Co się z nimi dzieje? Z ludźmi, którzy nagle przestali się odzywać, po których ślad zaginął? Ktoś ich zabił? Wywiózł w nieznane? Mnóstwo pytań, a wszystkiemu towarzyszy uczucie strachu i niepokoju.
Pani Małgorzata Warda napisała książkę, w której ukazuje obie strony. Tych poszukujących i samej zaginionej - Nadii. Dziewczynki, której rodzice rano nie znaleźli w jej pokoju.
Tej nocy, Nadię coś obudziło, nie wiedziała dokładnie co, ale była pewna, że w jej pokoju ktoś jest. I to nie jest żadne z rodziców. Później sprawy potoczyły się szybko, za szybko. Mężczyzna, który jakiś czas wcześniej ją zaczepił, zakazał się odzywać, bo inaczej może stać się krzywda rodzicom.
Szli w stronę obwodnicy, dziewczynka nie miała pojęcia, czego chce porywacz, czy ją zabije? Bała się bardzo, chciała uciec, zawołać kogoś o pomoc, ale się bała. W końcu nastąpiło nieuchronne, samochód ruszył i odjechali.
Podróż trwała bardzo długo, jechali całą noc, aż wreszcie dotarli do miejsca, gdzie stał tylko jeden dom, w środku lasu. Dookoła, nie było widać żywej duszy.
W tym małym, opuszczonym domku, musiała sprostać strachowi, samotności i pytaniom, które piętrzyły się z minuty na minutę. Była sama, daleko od rodziców. Nie wiedziała, czy ich jeszcze zobaczy. Kiedy zaczną szukać? I jak zareagują, gdy zauważą zniknięcie córki.
Nieobecność Nadii została zauważona nazajutrz. I szybko poinformowano policję o zaginięciu. Gdzie mogła pójść, jak to się stało, że niczego nie zauważyli, ani nie usłyszeli? Poszła dobrowolnie, a może ktoś jej zagroził? Brak jakichkolwiek śladów. A czas płynął, dni mijały, śledztwo nabierało rozmachu - bezskutecznie. Nadii nigdzie nie było.
Tymczasem dziewczynka, musiała stawić czoła nowej rzeczywistości. W lesie, gdzie tuż obok, żyły wilki. Nie mogła uciec w poszukiwaniu pomocy.
Książki Pani Wardy, mają to do siebie, że poruszają trudne i często skomplikowane warstwy psychiki człowieka. Gdy sięgałam po Dziewczynę z gór, wiedziałam, że na pewno będzie interesująco, sam fakt, że dotyczyła porwania dziecka, które zostało zmuszone do zamieszkania na odludziu, budziło wiele emocji. No, ale kiedy już rozpoczęłam czytanie, zrozumiałam, że sprawa będzie bardziej złożona, niż przypuszczałam.
Przede wszystkim porywacz - Jakub. Bardzo długo, nie wiemy, co nim motywuje. Dlaczego porwał Nadię, co zamierza. Ona sama, często zadaje mu pytanie, co z nią będzie? Jednak nie otrzymuje odpowiedzi. Praktycznie niewiele dowiaduje się od tego człowieka, który w większości milczy. A jeśli się odzywa, to tylko wtedy, by udzielić wskazówek, albo coś zaproponować.
Co najważniejsze, narratorem jest sama Nadia, opowiada nam o swoim życiu, ale ukazuje również to, co działo się w jej domu, w czasie gdy została porwana. Okres poszukiwań i emocji, które towarzyszył rodzicom. Tajemnice, jakie ujrzały na światło dzienne, za sprawą tego wydarzenia.
Jednak najważniejszym, jak dla mnie, były opisy jej przeżyć. Gdy jako dziecko, musi zmierzyć się z lękiem, pogodzeniem z nagle i brutalnie zmienioną rzeczywistością. Gdy w człowieku, który wyrządził jej największą krzywdę, zaczęła szukać tego, co utraciła. Poczucia bezpieczeństwa i wspólnoty. I chociaż wydaje się to niemożliwe, Nadia była dzieckiem. Nie mogła pozostać sama sobie, nie radziła z własnymi przeżyciami. A Jakub, jakkolwiek by to brzmiało, nie zrobił jej krzywdy - oprócz porwania.
Emocje, towarzyszące podczas czytania są ogromne, to my musimy w pewnym momencie, wraz z dziewczynką, zacząć szukać motywu, w działaniach Jakuba. Dlaczego tak postąpił? Nie chciał okupu, nie chciał jej skrzywdzić.
Z każdą kolejną stroną, ocena tego człowieka, nabiera innego wymiaru. Zostają odkrywane, bardzo istotne części układanki. A zakończenie tej historii, nie będzie zapowiadało się tak, jakbyśmy oczekiwali tego na początku.
Jestem pod ogromnym wrażeniem Dziewczyny z gór, wciągnęła mnie od pierwszej strony. Pochłonęłam tę historię w jedno popołudnie. I niesamowicie wczułam się w wydarzenia, jakie zostały opisane. Z jednej strony, byłam ciekawa motywu porywacza, z drugiej, tego, jak wyglądały poszukiwania, czy znajdą swój pozytywny finał. By wreszcie, zadać najważniejsze pytanie - jakie zakończenie będzie najlepsze?
Przyznam się, że ten tytuł, plasuje się bardzo wysoko w czołówce. Powinien zyskać na rozgłosie. Bardzo ważna, świetnie napisana książka. Ukazuje wiele perspektyw. A to było, niesamowite.
Alyssa i czary
Nie jestem ogromną fanką „Alicji w Krainie Czarów” i nie znam tej książki na pamięć jak niektórzy moi znajomi. Uwielbiam jednak zabawę z literacką tradycją i właśnie dlatego z ogromnymi nadziejami sięgnęłam po „Alyssę i czary” autorstwa A. G. Howard. Zielono-czerwona okładka, trochę niepokojąca i bez tandetnego mroku, tylko zwiększa oczekiwania wobec tekstu, który, jak głosi zapowiedź, ma opowiadać o losach współczesnej Alicji.
Alyssa Gardner jest zwykłą nastolatką. A właściwie byłaby, gdyby nie fakt, że od dzieciństwa słyszy głosy owadów i roślin. Z wiekiem urojenia przybierają na sile i Alyssa obawia się, że skończy jak jej matka, zamknięta w zakładzie psychiatrycznym i ze stale zwiększanymi dawkami leków uspokajających. Jej strach wydaje się rozumieć tylko najlepszy przyjaciel, Jeb, lecz i on ostatnio zachowuje się dziwnie i bardziej niż Alyssa obchodzi go jej szkolna rywalka. Dziewczyna czuje się osamotniona, a na dodatek podczas jednej z wizyt u matki dokonuje odkrycia: nie dość, że naprawdę jest potomkinią pierwowzoru Alicji z Krainy Czarów, to jeszcze może odmienić losy rodziny, naprawiając błędy prapraprababki. Na szali jest jej własne zdrowie psychiczne oraz życie ukochanej, wyniszczonej chorobą matki, więc Alyssa bez wahania rusza do innego świata, by zmienić bieg historii. Towarzyszy jej Jeb, ale czy dwoje nastolatków jest w stanie zrobić to, czego nie dokonała jedna z najbardziej znanych bohaterek literackich?
„Alyssa i czary” miała być powieścią inteligentnie łączącą zabawę klasyką z typowymi cechami literatury young adult. Tylko że moim zdaniem nie do końca to autorce wyszło. Owszem, współczesna Kraina Czarów jest odpowiednio mroczna, absurdalna i rządzona pokrętną logiką, a będący przewodnikiem po niej Morpheus, wypada znakomicie niejednoznacznie. To, co z początku irytujące bezsensowne, okazuje się rozsądnie wyjaśnione, a i język opisu Krainy Czarów łączy tajemniczość, mrok i slang młodzieżowy. Jednak o ile ta część eksperymentu się udała, o tyle mam ogromne zastrzeżenia do samej postaci Alyssy i jej codziennego życia. Główna bohaterka jest zwyczajnie nudna i pozbawiona charakteru – niemalże nie kreuje wydarzeń, tylko daje się nieść ich biegowi, nie ma interesujących przemyśleń, a gdybym miała ją opisać, mogłabym wspomnieć chyba tylko o niebieskich dredach. Notabene, obraz bohaterki, jaki kreuje Howard, nijak nie pasuje do portretu na okładce, a szkoda. W każdym razie Alyssie trudno kibicować, bo mimo że autorka stara się ukazać ją jako postać nieprzeciętną, to owa nieprzeciętność sprowadza się do deklaracji, które nie znajdują pokrycia w działaniach i myślach bohaterki. Życie Alyssy w realnym świecie opiera się natomiast na wykorzystaniu kilku klisz: dziewczyny-kumpelki, półsieroty zaniedbanej przez zajętego ojca, szkolnych rywalek, z których jedna jest protagonistką, a ta druga jest zła ponieważ jest zła... Najgorszą kliszą zaś jest przedstawienie szpitala psychiatrycznego, który ewidentnie wycięto z dziewiętnastego wieku i wklejono w dwudziesty pierwszy. Lekarze-sadyści, końskie dawki leków uspokajających, jako odpowiedź na wszystko, elektrowstrząsy. Licentia poetica istnieje i ma się dobrze, ale powielanie tej szkodliwej kliszy, zwłaszcza w powieści młodzieżowej – która z definicji ma kształtować młode umysły – może mieć opłakane skutki dla czytelników, którzy potrzebują pomocy psychiatrycznej, a po lekturze będą się jej bali. Autorka wyraźnie nie pomyślała o konsekwencjach i wybrała utarty schemat, dzięki któremu mogła popchnąć naprzód wydarzenia. To chyba największy zgrzyt w warstwie fabularnej.
Problematyczne jest też tłumaczenie. Z jednej strony chylę czoła przed poradzeniem sobie z językiem „Alicji w Krainie Czarów”, nawiązaniem do tradycji polskich przekładów tego dzieła i jednoczesnym własnym udziałem w postaci udanych tłumaczeń pojęć i nazw wprowadzonych przez samą Howard. Z drugiej strony – tłumaczący „Alyssę i czary” Janusz Maćczak potknął się na o wiele prostszych do przetłumaczenia fragmentach. Cała „realistyczna” część książki cierpi na zbytnią pretensjonalność języka, poza tym pojawiają się dziwne kalki z angielskiego, na przykład gdy w chwili złości główna bohaterka krzyczy... „Gówno!”.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że i autorka, i tłumacz, i zespół redakcyjny, tak bardzo starali się dopracować część książki ściśle związaną z dziełem Lewisa Carrolla, że na resztę tekstu nie wystarczyło już czasu i mocy przerobowych. A szkoda. Mogło być bardzo dobrze, jest tak sobie. Zagorzali fani „Alicji w Krainie Czarów” mogą czuć się usatysfakcjonowani, reszta czyta na własną odpowiedzialność. „Alyssa i czary” nie jest książką fatalną, ale pozostaje po niej niedosyt i rozczarowanie.
Larista
Czy można w życiu marzyć o wielkiej miłości, która pojawia się znikąd? Jak w takiej sytuacji radzić sobie z tak wielkimi pokładami zła i braku empatii? Czasem życie ma więcej odcieni, niż nam się wydaje, miłość może stać się najważniejsza, a empatia nie zawsze się pojawia, co nie stanowi o tym, że jej brak jest czymś złym.
Bóg stworzył dziesięć przykazań, żeby ułatwić ludziom życie, a nie ich gnębić. Cała reszta praw to wymysł ludzi. Bóg przykazał "Nie cudzołóż". Nie wspominał nic o współżyciu przed ślubem lub kochaniu się tylko z jedną osobą w życiu. To ludzie dopowiedzieli sobie te prawdy. Nie cudzołóż, czyli nie zdradzaj swojej żony, partnerki, męża, przyjaciela, człowieka, z którym jesteś. Nie krzywdź go, sypiając z innymi. Bądź wierny, skoro zdecydowaliście się być razem.
Larysa to osiemnastolatka, która niedługo stanie przed wyborem drogi życiowej. Wciąż waha się, czy nie iść w ślady ojca i swojej dorosłości nie związać z liczbami. Takiemu rozwiązaniu przeciwstawia się cała jej romantyczna dusza, która pragnie spełniać się w murach Akademii Sztuk Pięknych. Te rozważania zaburza jednak pojawienie się na jej drodze Gabriela, którego dziewczyna początkowo nie wspomina miło. Z każdym kolejnym spotkaniem Lara utwierdza się w swoich odczuciach co do chłopaka. Nie ma świadomości, że jego pojawienie się w jej życiu wiele zmieni, a ona sama stanie się świadkiem odwiecznej walki dobra ze złem. Kto wygra i po czyjej stronie stoi jej wybranek? Kim jest tajemniczy Daniel? Jaką tajemnicę skrywa skrzętnie Gabriel, twierdząc, że zabiłaby uczucia Larysy względem jego osoby?
Znam i uwielbiam twórczość Melissy Darwood. Jej styl i umiejętność poprowadzenia historii w naturalny sposób zapada w pamięć, a czytelnik chce wciąż więcej. Laristę posiadam w pierwszym wydaniu i już wtedy skradła moje serce. Czy wznowienie również znalazło w nim miejsce?
- Powstrzymaj mnie. - Jego oczy wprost płonęły z pożądania.
- Nie - szepnęłam i dotknęłam palcami jego rozpalonych ust.
Wtedy Gabriel dał krok w przód i przyparł mnie do ściany swoim atletycznym ciałem. Poczułam na plecach zimny mur, a na piersi gorący tors. Silne ręce wsparły się przy mojej twarzy, a rozszerzone źrenice zajrzały mi głęboko w oczy.
To świetne, że ta powieść na nowo mogła wkroczyć w czytelniczy świat, w którym nie ma ram wiekowych. Ta książka idealnie trafia bowiem w gust wielu grup wiekowych. Sama autorka ma niesamowitą lekkość w przekazywaniu rzeczy ważnych, pozostawianiu czytelnika w stanie zamyślenia. Melissa Darwood ma dar, który zdarza się rzadko, ma świadomość własnych pomysłów i umiejętność opisywania emocji. Potrafi opleść czytelnika niczym leśna mgła o poranku i sprawić, że nie spoczniecie, aż nie poznacie całego biegu tej historii.
To ty zdecydujesz, kiedy będziesz gotowa. Tylko na litość boską. nie każ mi czekać kolejnych trzystu lat, bo pewnego dnia zedrę z ciebie ubranie i posiądę cię bez pytania.
A jest co poznawać. Chociaż w tym gatunku nie jest łatwo o coś świeżego, innego to powieściopisarka z małego polskiego miasteczka potrafi i z szablonowości zrobić użytek. Takim o to sposobem dostajemy opowieść o dziewczynie, która pragnęła miłości, a los chciał, by wraz z nią odkryła to, co niewidoczne dla każdego. Wątek uczucia nie przytłacza słodyczą ani nadmierną ckliwością. Jest świetnym elementem dobrze zgranej całości, która rozpoczyna coś o wiele większego.
Dobrze wykreowani bohaterowie, których od pierwszych chwil obdarzamy sympatią i zaczynamy żyć ich historią, autorka łączy z niesamowitymi elementami fantastycznymi. Całość współgra idealnie. Nie ma przesycenia pojedynczymi wątkami, a całość wypada świeżo i przyciąga czytelnika na długo. Poznajemy ich historię z dwóch perspektyw, co daje nam poczucie głębszego poznawania poszczególnych postaci, jak i samej opowieści. Dzięki pojawieniu się perspektywy Gabriela całość wydaje się dopełniona, bardziej spójna i cóż nie oszukujmy się łatwiej się w nim zakochać.
Dwa serca, jedno bicie, niech mnie odnajdzie miłość na całe życie.
Melissa Darwood potrafi stworzyć powieść o walce dobra ze złem, romans z fantastyką w tle i wszystko, co jeszcze może wykreować jej wyobraźnia. To zawsze będzie jakieś, będzie miało wartość i zostawiało w czytelnikach ślad. Dzięki Lariście możemy zamknąć się w świecie, pełnym tajemnic, nieśmiertelności i miłości ponad wszystko. Dać się porwać świetnemu stylowi i prawdzie zionącej z każdej strony powieści Melissy. Tę książkę pochłania się bardzo szybko, pomysł na fabułę długo po przeczytaniu wciąż krąży w żyłach, a sympatia do głównych bohaterów nie przemija.
Jeśli do tej pory wahaliście się, czy to książka dla was, to wiedzcie jedno, tu nie liczy się wiek. To historia dla każdego, choć ci z odrobiną romantyzmu i fantastycznej cząstki w swych duszach odnajdą się tu szybciej. Ja z całą swoją mocą polecam i czekam na kolejne tomy oraz spotkania z Guardianami i Tentatorami.
Krew Manitou
Kiedy doktor Frank Winter po raz pierwszy ujrzał Susan Fireman, był pod wrażeniem jej "mimowego" pokazu. Chwilę później dziewczyna zaczęła wymiotować krwią, a tajemniczy mężczyzna przyglądający się całemu pokazowi z uśmiechem oznajmił, iż już jest jedną z "bladych". Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że na miasto spadło przekleństwo o wiele gorsze niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić...
Liczba chorych w zastraszającym tempie rośnie; jeszcze gorszym jest fakt, iż zakażeni nie wymiotują własną krwią, lecz swoich ofiar. Epidemia wampiryzmu zbiera coraz większe plony, szpitale są przepełnione, a ulice zasłane trupami. Nikt nie wie, co ją wywołało, ani jak ją powstrzymać. Harry Erskine, przy pomocy swojego duchowego przewodnika Śpiewającej Skały, musi rozprawić się z tym, co trapi jego miasto. Razem z nim do walki staje były żołnierz Gill, na wpół przemieniony w wampira doktor Winter oraz Jenica Dragomir, córka najsławniejszego naukowca, badającego temat wampiryzmu. Czy czwórka ludzi może pokonać to, co narodziło się w Piekle... ?
Kolejne spotkanie z Grahamem Mastertonem i jego serią Manitou za mną (choć chyba gdzieś umknął mi tom trzeci) i muszę Wam powiedzieć, że tym razem ów poczytny autor grozy dał z siebie znacznie więcej, niż w poprzednich tomach.
W całą historię wprowadza nas niejako postać doktora Wintera, który to jako pierwszy zetknął się z krwistą epidemią. Jako lekarz ma wpojone zasady- za wszelką cenę ratować ludzkie życie, nie oceniać. Ma traktować na równi tak mordercę, jak i niewinnego człowieka. Susan jawi mu się właśnie jako zupełnie niewinna osoba, do czasu, aż poznaje prawdę. Wówczas jednak nie ma już czasu na zastanawianie się nad moralnością- trzeba ratować, kogo się da. Harry Erskine nie wiedział o wydarzeniach toczących się pod szpitalami; zajęty był wciskaniem bajeczek zamożnym, starszym paniom. Złe wieści przynosi mu młody mężczyzna, skarżący się na okropne sny i nieustanne uczucie niepokoju. Do Erskine'a skierowała go Amelia, bardzo silne medium, a prywatnie znajoma Harry'ego z dawnych lat. Okazuje się, że najsilniejszy szaman jaki chodził po tej ziemi, zwany Misquamacusem, znów odnalazł sposób, aby zemścić się na białym człowieku...
Kilka lat temu byliśmy zalewani literaturą wampiryczną, acz kierowaną głównie do młodzieży. Wampiry w takowych książkach były potulnymi barankami, w imię miłości gotowi pić zwierzęcą krew, etc. etc. U Mastertona są to z kolei oszalałe z żądzy krwi bestie, płonące bez życiodajnego płynu. I choć literackie wampiry nijak mnie nie przerażają (wiem, w życiu byłoby zupełnie inaczej) to z rozkoszą czytałam książkę, w której krwiopijcy żadnych wyższych uczuć nie mają. I tu tkwi największy plus tej części- Harry nie walczy już bezpośrednio z indiańskim szamanem (którego jakoś nie może się pozbyć), lecz z jego demonicznym poplecznikiem. Misquamacusa tak naprawdę jest niewiele w tym tomie, i bardzo dobrze. Czas na jakąś odskocznię.
Akcja wartko pędzi przed siebie, a zarażeni coraz liczniej pokrywają ulice miasta. Ci, którzy zdążyli się narodzić na nowo, szukają pożywienia. Bohaterowie mają początkowo problemy z rozwiązaniem zagadki- jak dochodzi do zarażenia? Ostatecznie jednak łączą siły, a to, kto za tym całym armagedonem stoi, okazuje się niezłym zaskoczeniem...
Czytacie Mastertona? Na Waszej półce nie może zabraknąć czwartego tomu serii Manitou!
Powiedz, że jesteś moja
Co robiłaś? Gdzie się podziewałaś?
Dlaczego Cię tam nie było? Dlaczego nic nie słyszałaś?
Dlaczego nie zauważyłaś, że zniknęła?
Te same pytania, w kółko, bez końca.
Przecież nie odeszłam na długo. Prawda? Byłam tuż obok.
„Powiedz, że jesteś moja” to książka idealna dla ludzi, którzy lubią dobre thrillery psychologiczne. To idealne studium przypadku osób dotkniętym stratą najbliższej osoby, ale jednocześnie nie wiedzących, co z tymi najbliższymi się stało. Pokazuje do czego może doprowadzić nagła utrata kogoś ukochanego i jakie później konsekwencje mogą nastąpić w jej wyniku.
Lato 1994, młodziutka Stella, wtedy jeszcze Johannson, traci w niewyjaśnionych okolicznościach córkę, która po dwóch latach zostaje uznana za zmarłą. Nigdy jednak do końca w to nie wierzy. Nigdy nie traci nadziei. Więc kiedy w jej gabinecie pojawia się dziewczyna, która wygląda tak jakby wyglądała Alice w jej wieku, Stella rozpoczyna walkę z przeszłością. Śledztwo, które prowadzi na własną rękę, może doprowadzić ją do utraty zmysłów albo do prawdy. Gdzie zaprowadzi czytelników Elisabeth Noreback? Tego nie zdradzę, aczkolwiek dodam, że książka trzyma w napięciu przez cały czas i tak naprawdę przez długi okres nie wiadomo, kto tutaj ma rację.
Isabelle Karlsson to młoda studentka, która nie dawno straciła ukochanego ojca, a na dodatek w dość mało subtelny sposób dowiedziała się, że on tak naprawdę nie był jej ojcem. Jest zagubiona i dość aspołeczna, a nadopiekuńcza matka (czy prawdziwa?) w niczym jej nie pomaga. Do tego dochodzi niezdrowe zainteresowanie ze strony terapeutki Stelli, która czasem przekracza granicę, jaka powinna być między lekarzem i pacjentem. To wszystko doprowadza, że Belle zaczyna gubić swoje prawdzie „ja”.
I ostatnia postać damska, zamieszana w całą tę historię Kerstin Karlsson, która wydaje się miłą kobietą, która trochę za bardzo troszczy się o swoją córkę. Nie dociera do niej, że Isabelle jest dorosła i powinna żyć własnym życiem. Chęć „opieki”, a raczej kontroli wzrasta po śmierci męża. Jednak czy Kerstin rzeczywiście tylko to ma na sumieniu? A może przed laty popełniła dużo gorszy czyn?
Trzy kobiety, trzy historie, jedna tajemnica i prawda, która może doprowadzić do tragedii. Z czystym sumieniem mogę polecić „Powiedz, że jesteś moja” fanom skandynawskiej twórczości. Książkę czyta się z zapartym tchem, czekając, co jeszcze się wydarzy i jaka jest prawda.
Wirus
Niektórzy twierdzą, że po śmierci właściciela jego duch nadal tkwi w należących do niego przedmiotach; czują jego oddech na plecach w pomieszczeniu, do którego wchodzą. Ich palce przeszywa dziwny prąd, gdy dotykają ulubionego zdjęcia zmarłego, a wiszący w korytarzu płaszcz, oprócz zapachu perfum, wciąż emanuje delikatnym ciepłem. Jakby zmarły dopiero co go zdjął i odwiesił na miejsce... W pewien sposób daje to ukojenie bliskim osoby, która odeszła; znacznie gorzej, gdy duch przesiąknie materiał, nie chcąc go za nic opuścić. I gdy chce krzywdzić.
Detektyw Jeromy Pardoe, z bliżej nieokreślonego powodu nielubiany w swojej jednostce, po raz kolejny w przeciągu miesiąca zostaje oddelegowany do kontenera na odzież używaną, przeznaczoną dla osób ubogich. Ma za zadanie wyciągnąć z niego mężczyznę, który utkwił w blaszanym pojemniku z wiadomego powodu. Dość irytującą w swej powtarzalności interwencję przerywa sierżant Dżamila Patel- Pardoe ma jej towarzyszyć do domu pakistańskiej rodziny, w którym to piękna Samira popełnia samobójstwo. Najbardziej prawdopodobną przyczyną owego kroku jest jej rychłe zamążpójście za mężczyznę, którego wybrali dla niej rodzice. Oni jednak zaprzeczają, jakoby dziewczyna była nieszczęśliwa z ich decyzji. Wkrótce plaga tajemniczych morderstw rozszerza swoje granice, a szaleństwo ogarnia coraz większą liczbę osób... Powód tkwi w pewnym londyńskim second- handzie.
Czasami, czytając kolejne książki pana Mastertona (a trochę ich już w swoim życiu przeczytałam) mam wrażenie, że autor potrafi stworzyć coś z niczego. Na co nie rzuci okiem, od razu wpada mu do głowy pomysł na kolejny horror. Przyznam szczerze, że wpasowania sklepu z tanią odzieżą w ową tematykę chyba nigdy bym się nie spodziewała. Ale -jak to zazwyczaj w przypadku Mastertona- wyszło mu to całkiem zgrabnie.
Świat jest przyzwyczajony do morderstw; codziennie zalewają nas informacjami o kolejnym zaginionym, o odnalezionym ciele, o kobiecie, która po latach bicia postanowiła kontratakować. Jednak londyńska dzielnica Tooting wydawała się w miarę spokojna, aż tu nagle doszło do kilku zabójstw. I to przez osoby, po których nigdy nie można by się tego spodziewać. Sierżant Dżamila Patel znała dawne legendy o duszach, które tkwią w odzieży- opowiadała jej o nich jeszcze jej babka. Włożyła to jednak między bajki. Jak się okazało, w każdej tego rodzaju przypowieści tkwi ziarenko prawdy.
Powiem tak: pomysł na umieszczenie akcji (oraz przyczyny mordów) w second- handzie był niezły; z drugiej strony może się wydawać trochę naciągany, jakby autor na siłę szukał pomysłu na fabułę. Jak dla mnie całkiem nieźle, choć sam bieg wydarzeń pozostawia trochę do życzenia. Nie obyło się bez charakterystycznych dla Grahama Mastertona krwawych masakr; w tym temacie pisarz bardzo dba, aby każdy szczegół z należytą pieczołowitością został przekazany czytelnikowi. Podczas lektury towarzyszyła mi więc pewna doza obrzydzenia, ale grozy nie odczułam ani razu. Horror, ale bardziej zbliżony do "Piły" niż do czegoś, co miało by wstrząsnąć i przerazić nas na tyle, żeby bać się wyjść spod kołdry.
Na tle innych horrorów tego autora -jak np. "Anioł Jessiki" czy "Dziecko ciemności"- "Wirus" wypada nieco blado, acz trzeba Mastertonowi oddać sprawiedliwość- znalazł temat tam, gdzie nikt by nie sięgnął. Fanów jego twórczości oczywiście zachęcam do lektury, gdyż mimo wszystko spędziłam z nią przyjemnych parę godzin.
Cinder i Ella
Uwielbiam współczesne interpretacje baśni. Zwłaszcza te o Kopciuszku oraz Pięknej i Bestii. Powstaje ich jednak tak wiele, że nie każda może być dobra. „Cinder i Ella” jednak to tytuł, który podołał zadaniu, a nawet więcej. To jedna z lepszych historii, jakie kiedykolwiek czytałam.
Ella i Cinder są przyjaciółmi, ale znają się tylko z Internetu. Połączyła ich miłość do pewnej serii fantasy, która niebawem ma zostać zekranizowana. Rozmawiają codziennie. Pewnego dnia jednak dziewczyna znika, a chłopak nie ma pojęcia, co się dzieje, zwłaszcza że przerwała nie tylko kontakt z nim, ale również prowadzenie ukochanego bloga. Musiało stać się coś strasznego. Gdy więc Ella, po roku, znów pojawia się w wirtualnym świecie, tym razem nie zamierza zmarnować swojej szansy i koniecznie chce się z nią spotkać.
Powieść spod pióra Kelly Oram, opowiada historię dwójki młodych ludzi, którzy żyją w zupełnie odmiennych światach. Ella straciła w wypadku matkę, ma okropne poparzenia, zmuszona została zamieszkać z ojcem, który wcześniej jakby zapomniał o jej istnieniu i, co gorsza, z jego nową rodziną. Cinder jest gwiazdą filmową. Nie jest mu jednak lekko, bo całym jego życiem zarządza tak zwana „ekipa”, czyli cały sztab prawników, wizażystów, trenerów, dietetyków i doradców. Chłopak wie, że ani trochę nie spodoba im się pomysł spotkania się z dziewczyną z Internetu, zwłaszcza, że pod publikę znaleźli mu nową, udawaną narzeczoną.
„Cinder i Ella” to nie tylko piękna baśń, ze standardowym szczęśliwym zakończeniem, ale książka, w której poruszono wiele trudnych i niezwykle ważnych problemów. Na przykład jak wielkie znaczenie może mieć wygląd i to, jak postrzegają cię inni. Kiedy przez poparzenia Ella zaczęła się wyróżniać, zupełnie straciła pewność siebie, zwłaszcza że najbliżsi ani trochę jej nie wspierali (a może raczej nie potrafili wesprzeć, gdyż chęci mieli dobre). „Zła macocha” jest tutaj bardzo nietypowa, bo naprawdę wcale nie jest taka zła, a tylko ona i jej córki należą do tego gatunku ludzi, dla których wygląd i opinia publiczna są niezwykle ważne. Chciałaby zrobić wszystko, by Ella tak bardzo się nie wyróżniała (od okładów, maści i maseczek, po operacje plastyczne).
Bohaterowie stworzeni przez Kelly Oram są wyraziści i realistyczni. Ella bywa nieracjonalna, po wypadku ma wiele problemów psychicznych, ale nie da się jej nie polubić. Cinder to spełnienie banalnych marzeń wielu dziewczyn - playboy, który szuka tej jedynej, dla której porzuci wszystkie inne. Jego postać stworzona została jednak z głębią i humorem. Jego również polubiłam.
„Cinder i Ella” to śliczna baśń, na miarę Disneya (tych starszych produkcji, które jeszcze nie były takie sztampowe). Książka, która podniesie na duchu i dowartościuje. Bez trudu stanie się najlepszym przyjacielem, który pocieszy cudną opowieścią. Jestem ciekawa co takiego znajdzie się w już zapowiedzianym, następnym tomie.
Triskel - fragment
Krystyna Chodorowska „Triskel”
Najdłuższe słowo prawdopodobnie znaczyło „grozi śmiercią”.
Od kilku godzin co jakiś czas wracał myślami do napisu na tabliczce umieszczonej od strony ulicy. Przyglądał się jej elementom, obracał je niczym puzzle. Nie znał tego języka, ale miał już niemal pewność, że rozpracował komunikat właściwie, tylko ten jeden fragment – „grozi śmiercią” – trochę go zmylił. Mieli na to jedno słowo.
W opuszczonym budynku dach zwykle zawalał się pierwszy i w tym przypadku też tak było. Na podłodze zalegały resztki pękniętych krokwi, strzępy izolacji i odłamki dachówek, ale ściany wciąż trzymały się mocno, z wyjątkiem jednej, tuż przy narożniku, pękniętej podczas pożaru, teraz odsłaniającej szeregi gołych, nadpalonych cegieł, jakby to były zęby. Okiennice zawodziły ze skrzypieniem, a w ramie okiennej nie został już ani kawałek szyby, która chroniłaby wnętrze od deszczu. Wszystko wokół pachniało stęchlizną, pleśnią, wilgotną ziemią i kocimi sikami. Gdyby zadarł głowę, pomiędzy krokwiami zobaczyłby skrawki zachmurzonego nieba.
Elementals. Proroctwo cieni
Pierwszy tom serii Elementals, żywiołowej odpowiedzi na Harry’ego Pottera i Percy’ego Jacksona!
Nicole Cassidy zmuszona do zmiany miasta i szkoły nieoczekiwanie dowiaduje się, że jest wiedźmą. Jej nowi koledzy są mocno zdziwieni tym, że nie wiedziała o swoim pokrewieństwie z greckimi bogami, którym zawdzięcza niezwykłe umiejętności. Dziewczyna ma dużo do nadrobienia, bo lekcje w klasie ukrytej za biblioteką, nie zapowiadają się na łatwe. Reszta uczniów doskonale zna swoją historię i od dawna uczy się panowania nad swoimi mocami.
Przeklęci Święci - fragment 1
Bicho Raro to oniryczne miasteczko w stanie Kolorado, do którego zmierzają pątnicy w oczekiwaniu cudu. Nie każdy jednak wie, że z cudem wiążą się konsekwencje, którym trzeba stawić czoła. I nie każdy jest na to gotowy.
Trzy osoby z rodziny Soria, w której od wieków rodzą się święci, muszą zmierzyć się z rodzinną legendą i odpowiedzialnością. Pozornie niedostępna i zimna Beatriz uważa, że nie dotyczą jej uczucia i porywy serca, Joaquin jako tajemniczy Diablo, Diablo oddaje się pasji prowadzenia nielegalnej rozgłośni radiowej, a Daniel – mianowany przez rodzinę świętym z Bicho Raro – zdaje się czynić cuda dla wszystkich poza sobą.
Jak cuda odmieniają los pątników, tak los rodziny Soria odmieni się wraz z przybyciem do miasteczka Pete'a Wyatta i historią pewnej miłości.