lipiec 23, 2026

Rezultaty wyszukiwania dla: Ron Lim

piątek, 14 lipiec 2017 12:17

Goblinpiada

Zastanawialiście się kiedyś, jak wolny czas spędzają Gobliny? Choć może wydawać się to dziwne, pomiędzy kolejnymi grabieżami i pojedynkami z herosami, Gobliny spędzają czas na sportowo. Tak - te złośliwe i nie do końca rozgarnięte stworzenia organizują Goblinpiadę – niebezpieczne i krwawe igrzyska. Najważniejszą na nich dyscypliną jest wyścig-ucieczka z przeszkodami przed toczącym się magicznym kamieniem, który miażdży wszystko i wszystkich na swojej drodze. Nagroda za ukończenie tego biegu jest tylko jedna – ocalenie życia. Czy jesteście na tyle odważni, aby wystartować w tych dynamicznych zawodach? Czas rozpocząć kolejną Goblinpiadę.

Jeśli zamierzacie zmierzyć się z innymi Goblinami w tym szaleńczym wyścigu, zapraszam do zapoznania się z grą planszową „Goblinpiada”, która na polskim rynku ukazała się nakładem wydawnictwa FoxGames. Umożliwia ona rozgrywkę dla 2 do 6 graczy, w czasie maksymalnym 20 minut. Jej autorem jest Rosjanin Mikhail Bzylevitch.

Strona wizualna

Gra zapakowana jest w porządne, tekturowe pudełko. Znajdziemy w nim 24 kafelki toru wyścigowego (w tym po jednym kafelku startu i mety), 6 pionków goblinów, żeton głazu, znacznik szybkości głazu oraz 12 kości. Kafelki i żetony zostały wykonane z grubej tektury, która gwarantuje trwałość. Oprawa graficzna wszystkich elementów utrzymana jest w bardzo fajnym humorystycznym i zwariowanym stylu. Jest ładna, bardzo kolorowa i cieszy oko. Dołączona instrukcja przejrzyście i na przykładach wyjaśnia wszystkie zasady.

Cel i przebieg rozgrywki

Celem gry jest pokonanie toru wyścigowego i dotarcie do mety przed konkurencją lub przetrwanie na nim jako jedyny uczestnik.

Każdy z graczy wybiera jeden żeton Goblina oraz otrzymuje dwie kości. Rozgrywkę rozpoczynamy od przygotowania toru wyścigowego. Wykładamy kafelek startowy i na prawo od niego układamy siedem losowo dobranych kafelków toru. Robimy to w taki sposób, aby powstała trasa o zmiennym ukształtowaniu terenu, czyli utworzą się odcinki biegnące z górki, pod górkę czy po prostym. Na końcu ustawiamy kafelek mety. Na pierwszym polu startowego kafelka umieszczamy żeton głazu, na mecie żeton prędkości głazu umieszczamy na cyfrze 1. Pionki Goblinów ustawiamy na lewej połowie kafelka pierwszego za startowym.

Zasady gry są bardzo proste i można je wytłumaczyć w kilka minut. Każda tura składa się z czterech szybkich faz. W pierwszej fazie wszyscy rzucają jednocześnie swoimi kośćmi. W drugiej każdy jak najszybciej łapie jedną ręką dwie kostki, które będą mu najlepiej odpowiadały do wykonania ruchu. W trzeciej będziemy gonić do przodu. Zatrzymajmy się na chwilę, aby wyjaśnić zasady przemieszczania się. Każdy kafelek toru składa się z dwóch części: lewej i prawej. Goblin przemieszcza się kolejno po tych polach, czyli do mety ma ich do pokonania łącznie czternaście. Na każdym kafelku widoczne są również symbole kości: na dole i w górnym lewym rogu. Te na dole określają jaki jeden z symboli potrzebujemy na swoich kościach, aby wykonać ruch na sąsiednie pole. Symbole na górze przedstawiają wartości, które potrzebujemy, aby uruchomić specjalną akcję dostępną na kafelku, na którym się znajdujemy.  W czwartej fazie rusza głaz. Jego prędkość jest zmienna i zależy od tego, na jakiś polu zakończył swój ruch w poprzedniej turze. Głaz standardowo przesuwa się o jedno pole w taki sam sposób jak Gobliny. Jeśli zakończy swój ruch na kafelku z pochyłym terenem, zwiększamy jego prędkość o 1 (zaznaczamy to na znaczniku prędkości kafelka mety), na kafelku z terenem pod górkę – zmniejszamy jego prędkość o 1 itd.

Toczący się głaz uśmierca każdego gracza, który znajdzie się na jego drodze.  Gobliny, które przetrwały krwawą masakrę głazem na torze rozpoczynają kolejną turę. Grę można wygrać na dwa sposoby: jeśli jako pierwszy dobiegnie się do mety lub jeśli jako jedyny nie zostanie się przygniecionym przez głaz.

Wrażenia

„Goblinpiada” to gra bardzo dynamiczna. Już dwie pierwsze fazy wymagają od nas sporej zręczności i spostrzegawczości, aby szybko wyłapać kości, które umożliwią nam ruch lub wykonanie akcji. Element losowości, który jest podstawą początku tur, nie wpływa źle na odbiór gry, wręcz buduje on klimat. Jeśli chodzi o akcje, są one bardzo fajnym urozmaiceniem rozgrywki i wprowadzają negatywną interakcję. Dzięki nim możemy np. cofnąć o jedno pole przeciwników czy spowolnić toczący się głaz.

Plusem tytułu jest również jego regrywalność. Wpływ na to ma duża ilość dostępnych kafelków (22 sztuki), podczas gdy w grze korzystamy tylko z 7 losowych. Jakby tego było mało, bardzo fajnym pomysłem jest umożliwienie graczom rozegrania dodatkowych wariantów gry. Mamy tzw. „Pojedynek Mistrzów” dla dwóch graczy, w którym rzucamy aż trzema kośćmi. Dostępny jest również wariant, w którym kafelki trasy są pozasłaniane i nie wiemy co na nas czeka, do momentu, aż ktoś na nie wejdzie. Na koniec warto również sprawdzić specjalne konfiguracje torów o różnym poziomie trudności, jakie przedstawiono w instrukcji.

Podsumowanie

„Goblinpiada” to lekki, szybki i przede wszystkim przyjemny tytuł, który doskonale sprawdzi się podczas imprez czy rodzinnych, niedzielnych spotkań przy planszówkach. Warto tylko zaznaczyć, iż zapewne z powodu dość brutalnej (jakby nie patrzeć) tematyki, gra przeznaczona jest dla dzieci w wieku powyżej 8 lat. Z zasadami bez problemu poradzą sobie osoby, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z planszówkami. Solidne i atrakcyjne graficznie wydanie cieszy nie tylko oko, ale również buduje klimat rozgrywki i wywołuje uśmiech na twarzy.  Jeśli więc lubicie oryginalne, dynamiczne i humorystyczne tytuły, to ta gra jest dla Was. Ja z czystym sumieniem polecam.

Dział: Gry bez prądu
czwartek, 13 lipiec 2017 15:28

Konkurs - "Skrzywiona litera"

Tom Franklin, zdobywca nagrody imienia Edgara Allana Poe, powraca z kolejną przejmującą powieścią, której akcja rozgrywa się w stanie Mississippi.

Silas Jones jest jedynym stróżem prawa w małym, cichym miasteczku Amos. Ostatni skandal, który poruszył miejscową społecznością, miał miejsce dwadzieścia lat temu – kiedy nastoletnia dziewczyna zniknęła po randce z Larrym Ott, dawnym przyjacielem Silasa. Nigdy nie orzeczono winy Larry’ego, ale mieszkańcy sami go osądzili i wykluczyli ze społeczności.

Niespodziewanie spokój miasteczka zostaje zburzony. Larry zostaje zaatakowany, ginie kolejna nastolatka, a miejscowy handlarz narkotyków zostaje zamordowany. Nad pełną napięcia historią o morderstwie wisi też pewna tajemnica łączącą dwóch mężczyzn – jednego czarnego, drugiego białego.

Skrzywiona litera jest doskonałym kryminałem, naznaczonym pełnym grozy klimatem amerykańskiego południa i wyróżniającym się genialną narracją oraz niezapomnianym postaciami.

Dział: Zakończone
piątek, 07 lipiec 2017 09:48

Angus Watson w ten weekend we Wrocławiu

W dniach 7-9 lipca odbywają się wrocławskie Dni Fantastyki w leśnickim Zamku, w którym obecnie mieści się siedziba Centrum Kultury „ZAMEK”. Dni Fantastyki uświetni swoja obecnością autor cyklu Czas żelaza, Angus Watson.

Angusa Watsona będzie można spotkać w następujące dni:

Piatek:
- 18:00, [I] Aula – 101 - panel z Lazare Gvimradze, Angus Watson, Agnieszka Hałas, Graham Masterton - Fantasy without limits

W dniach 7-9 lipca odbywają się wrocławskie Dni Fantastyki w leśnickim Zamku, w którym obecnie mieści się siedziba Centrum Kultury „ZAMEK”. Dni Fantastyki uświetni swoja obecnością autor Trylogii Magów Prochowych Brian McClellan.

W Polsce książki Briana wydawane są przez Fabrykę Słów, która specjalnie na Dni Fantastyki we Wrocławiu przygotowała dodruki, a na 30 sierpnia zapowiadziała zbiór opowiadań  pt. "Sługa Korony".

wtorek, 04 lipiec 2017 12:16

Hardkorowi bibliotekarze z Timbuktu

Współczesna historia książki o miejscu na mapie świata, o którym nadal niewiele wiadomo, a gdyby nie wysiłek jednego człowieka, moglibyśmy wiedzieć jeszcze mniej.

Joshua Hammer to amerykański dziennikarz aktualnie piszący dla „The New York Review of Books”, „The New Yorker”, czy „Smithsonian”, ale był również przez wiele lat niezależnym korespondentem, a także szefem „Newsweeka” w Europie, Nairobi, Południowej Ameryce, Los Angeles, Berlinie i Jerozolimie. Wydał cztery książki, z czego czwartą w 2016 r. byli właśnie „Hardcorowi bibliotekarze z Timbuktu” (The Bad-Ass Librarians of Timbuktu). Bardzo się cieszę, że Wydawnictwo Agora wydało tę książkę. Po pierwsze mam jeszcze z czasów studiów bibliotekarskich sentyment do literatury z zakresu historii książki, a tym bardziej do tak rzadko spotykanej współczesnej historii książki. Po drugie jest to przystępnie napisana literatura faktu z zakresu działań wojskowych, która potrafi przybliżyć tematykę z zakresu działań antyterrorystycznych laikowi.
W Afryce Zachodniej istnieje sobie śródlądowe państwo Mali, o którym mało kto wie, i o którym rzadko się słyszy. Niektórzy fascynaci podróży i historii słyszeli zapewne o tajemniczym Timbuktu wpisanym na listę dziedzictwa UNESCO, które bardzo długo było niedostępne dla podróżników, o legendarnych budowlach z gliny wyrastających nagle na środku pustynnego krajobrazu. Starsze pokolenie pamięta zapewne odzyskanie niepodległości przez Mali od Francji 22 września 1960 r., a ci, co śledzą uważnie wiadomości ze świata, wiedzą, że wybuchła tam w latach 2012-2014 wojna domowa. Jednak niewiele osób wie, a zaryzykowałabym nawet, że prawie nikt, o niesamowitej spuściźnie kulturalnej, jaka zachowała się w Timbuktu, a mianowicie o 377 tysiącach woluminach manuskryptów. Jeśli myślimy o pięknych iluminowanych księgach, z krajów afrykańskich, to w pierwszej kolejności myślimy o egipskich papirusach i bibliotece aleksandryjskiej, ale piaski pustyni zachodniej Afryki i koczowniczy tryb życia tuareskich plemion, nie kojarzy się raczej ze skrybami i iluminatorstwem.
Joshua Hammer i bohater jego książki, a mianowicie Abdel Kader Haidara udowadniają, że w Mali, po wioskach, domach rozproszone zostało wielkie bogactwo kulturalne arabskiego świata. Książka „Hardcorowi bibliotekarze z Timbuktu” opowiada o mozolnej pracy Haidry celem pozyskania bezcennych rękopisów z rąk prywatnych, by je ocalić przed zgubnym suchym powietrzem pustyni, o pozyskaniu funduszy, by ocalić piękne rękopisy od zapomnienia i utworzyć Bibliotekę Pamięci Mammy Haidry. Jest to jednak również opowieść o tym jak o mały włos doszłoby do, jak to nazywa Waldemar Jan Dziak, „błędu historycznego zaniechania” i dziewięć miesięcy zniewolenia Timbuktu i dwa lata malijskiej wojny domowej, mogłoby się przekształcić w kolejny kalifat, gdyby nie interwencja wojsk francusko-amerykańskich. Jest to w końcu opowieść o tym, że poza wielkim dramatem ludzkim, czasem w tle rozgrywa się również wielki dramat i walka o przetrwanie od zapomnienia dóbr kulturalnych, które w przyszłości mogą stanowić o tym, kim naród tak naprawdę jest.
Abdela Kadera Haidarę można by oceniać różnie, że bardziej kochał księgi niż ludzi, że czuł się bardziej odpowiedzialny za rękopisy, które mu powierzono, niż za rodzinę, ale z drugiej strony, gdyby nie tacy ludzie jak on, lub jak nasz ksiądz Antoni Liedtke, który ratował Biblię Gutenberga, nie pozostałoby dziedzictwo, z którym można by po wielu zawieruchach wojennych się identyfikować.
„Hardcorowi bibliotekarze z Timbuktu” to ciekawa pozycja, nie tylko dla tych, którzy lubią politykę wojskową lub historię książki, ale dla tych, którzy docenią książkę, z której można dowiedzieć się wielu rzeczy, o których nie miało się pojęcia, od osoby, która doskonale zna się na tym, o czym pisze.

O tej niesamowitej walce o każdy manuskrypt można również przeczytać w języku angielskim w National Geographic

Polecam też posłuchać muzyki zespołu Tinariwen, którego toż muzyka jest podczas lektury książki wspominana, a który to zespół występował podczas słynnego Pustynnego Festiwalu razem z U2 w 2012, a także w Polsce podczas Heineken Open'er Festival w 2010.

Dział: Książki
niedziela, 02 lipiec 2017 18:32

Wszyscy patrzyli, nikt nie widział

„Wyobraź sobie, że siadamy do dużej gry. Ty jesteś fascynat, więc ten dom przegrywasz. Ty jesteś przegrany – ja jestem wygrany. Ty nie masz domu – a ja? (...) Ja także go nie mam. Bo wygrałem tylko złotówki. I każda gra ma taką właśnie przemienność: różne wartości potrafi zamienić na złotówki. Ale odwrotnie... nie da się, niestety” – ten cytat z „Wielkiego Szu” w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego przychodzi na myśl, kiedy sięgamy po debiut literacki Tomasza Marchewki.

Powieść „Miasto Szulerów. Wszyscy patrzyli, nikt nie widział”, opublikowana nakładem Wydawnictwa SQN, jest właśnie inspirowana filmem, czego Marchewka nie kryje. Nawiązania są tu na tyle wyraźne, że wszyscy miłośnicy zarówno kina, jak i łotrzykowskich historii, znajdą tu coś dla siebie. Nie wspominając już nawet o wielbicielach pokera i innych gier karcianych, którzy wielokrotnie chcieli poznać sztuczki wytrawnych graczy, a także odkryć sposoby, zabezpieczenia się przed nimi.

Autor przenosi nas do Hausenberga – miasta, które wydaje się nigdy nie spać. To tu żądza – zarówno władzy, jak i pieniędzy – wyciąga swoje macki po kolejnych straceńców, tu znajdują zaspokojenie w ramionach prostytutek, tu mogą sprawdzić swoją skuteczność i nabyte umiejętności przy karcianych stolikach. Tu też działa Wielki Teatr, w którym jedną z najjaśniejszych gwiazd jest piękna Camilla. Ale to nie ona jest główną bohaterką powieści, ale genialny szuler, Slava. Od lat pobierał on nauki u mistrza, zwanego Profesorem, zgłębiając tajniki hazardu i historii oszustwa oraz wszelkich karcianych sztuczek. Jest ambitny, piekielnie inteligentny i ... cechuje go brawura granicząca z głupotą. Może właśnie dlatego porywa się na akcję, na którą nie jest jeszcze gotowy. A może to okoliczności sprawiają, że tak naprawdę od samego początku nic nie jest takie, jakie miało być? Całe szczęście, że w odpowiednim momencie pojawiają się starzy druhowie: Petr, który sam siebie określa mianem pierwszego pośród złodziei oraz zabójca Nino Perrez.

Konstrukcja powieści sprawia, że mamy okazję poznać wszystkie aspekty działalności Slava, autor przenosi nas bowiem do miasta w różnych okresach życia bohatera, ukazując jednocześnie koloryt tego miejsca, jego mieszkańców, a także fascynujący, choć niebezpieczny półświatek. Podczas lektury zwraca uwagę niezwykły klimat, który udało się Marchewce wykreować, a także sam obraz środowiska, w którym uczciwość jest nieznanym słowem. Mimo widocznego talentu, niezwykłej plastyczności języka i interesującej koncepcji powieści, trudno mi jednak było zasiąść przy karcianym stoliku z bohaterami, trudno było i w pełni wczuć się w nakreślone sytuacje. Brak jest w książce tych emocji, które sprawiłyby, że z bijącym serce, zgłębia się kolejne strony. Mimo tego jednak po powieść sięgnąć warto, choć będzie ona z pewnością lekturą, którą w pełni doceni określona grupa zainteresowanych odbiorców. Należy również zapamiętać nazwisko autora, bo z takim potencjałem możemy być pewni, że jego powieści jeszcze wielokrotnie pojawią się na półkach księgarni.

Dział: Książki
piątek, 30 czerwiec 2017 11:55

"Wilcze leże" nowość od Fabryki Słów

Od 28 czerwca dostepna jest nowa antologia opowiadań Andrzeja Pilipiuka "Wilcze leże".

Od A jak Anubis do W jak wilkołactwo.
Zanurz się w świat opowieści, w których granica między tym co realne a tym co fikcyjne niebezpiecznie się zaciera...
W życiu Roberta Storma nadchodzi wielka zmiana. Gdy na horyzoncie pojawi się dziewczyna, która ma szanse zostać kobietą jego życia, Robert pozna smak porażki i narazi się wpływowym przeciwnikom. A jedynym wyjściem będzie ucieczka...

Dział: Książki
czwartek, 29 czerwiec 2017 08:37

Nowy dom na wyrębach

Dom na wyrębach to debiutancka i jak dotąd prawdopodobnie najlepsza książka w dorobku Stefana Dardy, jednego z czołowych polskich autorów powieści grozy. Po dziewięciu latach od premiery i kilku innych wydanych pozycjach, pisarz zaskoczył czytelników drugim tomem, wzbudzając tym samym zarówno podekscytowanie, jak i dreszcz niepokoju, czy historia ta nie okaże się jedynie odgrzewaniem starego kotleta.

Nowy dom na wyrębach to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń z poprzedniej części, dlatego powinny sięgnąć po niego jedynie osoby, które mają już za sobą jej lekturę. Tym razem jego głównym bohaterem jest Hubert Kosmala, w którego ręce trafia pamiętnik pisany przez Marka Leśniewskiego. Mężczyźnie, ateiście do bólu wręcz twardo stąpającemu po ziemi, trudno jest uwierzyć w opisywane przez przyjaciela zjawiska i wydarzenia, a tym bardziej w niebezpieczeństwo grożące jego najbliższym. Niemniej każda wyprawa do domu w Wyrębach wzbudza w nim coraz większe wątpliwości, zaczynają też prześladować go koszmarne sny. Czy groza, która zalęgła się w starym domu z bali dosięgnie Kosmalę i jego rodzinę?

Drugą główną bohaterką, której wątek przeplata się z narracją poświęconą Hubertowi, jest Ewa Firlej, dawniej zauroczona Leśniewskim i nadal przeżywająca to, co go spotkało. Z czasem uczucie żalu i tęsknoty za Markiem przycicha, między innymi za sprawą nowego znajomego. Czy jednak na pewno jest on tym za kogo się podaje?

Z przyjemnością mogę stwierdzić, że czytelnicy dobrze wspominający stary Dom na wyrębach nie powinni być rozczarowani. Nowa odsłona jego historii nadal zapewnia dreszczyk niepokoju, miejscami przeradzający się w poczucie zagrożenia i grozy. Cieszy fakt, że autor nie wykorzystuje do zdarcia pomysłu na źródło owego horroru znanego z pierwszego tomu, a tworzy nowe na kanwie tego poprzedniego. I to w sposób logiczny (na miarę zjawisk nadnaturalnych oczywiście) i przemyślany.

Mimo że już pierwsze strony niosą atmosferę nieokreślonego do końca zagrożenia, akcja powieści toczy się raczej powoli. Wraz z Kosmalą wracamy do Wyrębów, które po wydarzeniach, jakie miały tam miejsce, straciły bezpowrotnie status sielskiej oazy spokoju. Pojawiają się nowe postaci, wcześniej pojawiające się gdzieś w tle, teraz zaś zyskujące na znaczeniu. Z kolei ci, którzy wcześniej odgrywali znaczące role, teraz pojawiają się epizodycznie. Taki zabieg to ciekawy eksperyment pozwalający spojrzeć na bohaterów z innej perspektywy.

Książkę kończą słowa, które potrafią czasem wyprowadzić z równowagi nawet najspokojniejszego czytającego. Okazuje się, że jest to zaledwie koniec części pierwszej, która dobiega końca w chwili, gdy właściwa akcja zaczyna nareszcie nabierać tempa. Przez niemal całą powieść autor podrzuca kolejne wątki i powoli rozwija je, rozbudzając ciekawość i pobudzając wyobraźnię, lecz nie doprowadza do kulminacji. W rezultacie, książkę można odebrać jako preludium przed kolejną częścią, na który – miejmy nadzieję – nie będziemy musieli zbyt długo czekać.

Darda dba o to, by czytelnik poczuł specyficzny klimat lat 90. Nie ma mowy o powszechnie dostępnych telefonach komórkowych, a jeśli główny bohater potrzebuje do kogoś zadzwonić (co zdarza się dosyć często), używa żetonów i budek telefonicznych. Popija piwo EB i słucha kaset Grzegorza Turnaua, a policjanci jeżdżą wysłużonym poldkiem. Ma to swój urok i osoby pamiętającym dobrze tamte czasy z pewnością niejeden raz uśmiechną się pod nosem z nostalgią. Czasem autor pozwala sobie też na innego rodzaju puszczanie oka do czytelnika, jak choćby zmuszając niektórych bohaterów do snucia planów pobytu na Manhattanie akurat w czasie ataku na WTC, mającego nastąpić pięć lat później.

Podsumowując, wbrew obawom, że Nowy dom na Wyrębach będzie jedynie bazował na sukcesie poprzedniego tomu, Darda stworzył przemyślaną i wciągającą, lecz nadal nieskończoną historię, po którą powinni sięgnąć wszyscy, którym spodobał się historia Marka Leśniewskiego. Powieść zachowała niepokojącą atmosferę, w którą warto ponownie się zanurzyć. Oby tylko jej kontynuacja ukazała się już wkrótce!

Dział: Książki
poniedziałek, 12 czerwiec 2017 23:09

"Skrzywiona litera" - PATRONAT

Tom Franklin, zdobywca nagrody imienia Edgara Allana Poe, powraca z kolejną przejmującą powieścią, której akcja rozgrywa się w stanie Mississippi.

Dział: Patronaty
środa, 28 czerwiec 2017 08:59

Wojna

Andriej Lewicki jest już znany miłośnikom Fabrycznej Zony za sprawą cyklu Survivarium. Tym razem powraca do Polski z nieco innym klimatem. Antymir to nowa seria postapo, która od razu została ciepło przyjęta przez naszych czytelników. Na światło dzienne wychodzi właśnie drugi tom - Wojna. Jak poradzą sobie Garszteczka i Chemik - przypadkowy duet który znalazł się w nie właściwym miejscu w nie odpowiednim czasie?

Andriej Lewicki - Dzieciństwo spędził w Czarnobylu. Po Katastrofie zdarzało mu się wielokrotnie odwiedzać teren Zony, nocując w porzuconych wsiach i miasteczkach, ukrywając się przed patrolującą Strefę ukraińską milicją. Właśnie to doświadczenie zaowocowało w trakcie pracy nad tworzeniem scenariuszy do gry „S.T.A.L.K.E.R. – Zew Prypeci” i jego obecnej działalności w projekcie Survarium. Pisarz chętnie sięga po książki Lema i Sienkiewicza, ogląda filmy noir z lat 40. i 50. oraz słucha czarnego bluesa i starego dobrego rocka. Najlepiej czuje się w górach z laptopem i termosem kawy, pisząc kolejny rozdział książki.

[fabrykaslow.com.pl]

Wiedźmakowi udaje się dostać do Zagubionego Miasta i razem ze swoją ekipą oraz wziętą do niewoli Niką zmierzają do muzeum by zdobyć magiczny artefakt. Okazuje się jednak, że Miasto nie jest docelowym punktem planu szalonego szamana, a jedynie przystankiem w o wiele większej, niebezpiecznej grze. Czy może być coś bardziej przerażającego  niż owiane tajemnicą centrum Sektora? Okazuje się, że tak. Chemik, Garsteczka oraz najemny zabójca Czerwony Kruk muszą stawić czoła Wiedźmakowi, a to będzie nie lada wyzwanie dla naszej trójki bohaterów. Chemik kieruje się emocjami, bo uświadamia sobie, że uczucie do Niki nadal jest silne. Garsteczka staje się bardziej rozważny i kalkuluje każdy następny krok. Kruk zaś zostaje zarażony krwiokwiatem i powoli staje się żądnym krwi mutantem.

Nowa seria Lewickiego to znakomity powrót do Zony, to mocna lektura która jest zarazem przygodową fantastyką. To bardzo wciągająca pozycja która powoli, w moim osobistym rankingu, staje się jedną z lepszych cykli, które miałem okazję czytać w ostatnich latach. Podoba mi się to, że autor skupia uwagę czytelnika na całościowym obrazie Zony. Chodzi mi o to, że w swoim wykreowanym świecie niczego nie pomija. Dostajemy tutaj bardzo wyrazistych bohaterów, którzy budzą sympatię, którzy mimo przeciwności losu twardo dążą do celu, mimo, że mogliby olać sprawę. Poza tym mamy dokładne opisy świata łącznie z istotami go zamieszkałymi, anomaliami, fauną i florą. Fajnie, że autor poświęca temu miejsce, bo wtedy całość jest dla czytelnika o wiele bardziej realna i namacalna, przez co cała historia także wiele zyskuje. Do tego dochodzi Wiedźmak(oraz jego banda) którego już sam pseudonim jest niezwykle ujmujący i tajemniczy. Jest to szaleniec, który uważa się za mistycznego szamana, chociaż jak się okazuje, ma w zanadrzu kilka istnie magicznych zagrywek!

Wojna to książka przemyślana i dobrze napisana. To fabularnie niezwykle wciągająca historia która zabiera czytelników do realnego i pełnego niebezpieczeństw świata Zony, gdzie dosłownie wszystko jest możliwe. Z pewnością jest to powieść, którą nie może odpuścić sobie żaden fan tego typu literatury. Gorąco polecam i z niecierpliwością czekam na kontynuację!

Dział: Książki