Rezultaty wyszukiwania dla: Monolith

poniedziałek, 27 kwiecień 2009 14:18

Wyspa Nim

„Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew…” a dokładniej – pośród palm. Dla większości z nas miejsce o którym marzymy, gdzie chcemy oddać się chwilom wytchnienia i zapomnienia, odpocząć od codziennego zabiegania i otaczającego nas zgiełku. Dla Nim, małej dziewczynki, to miejsce jest domem praktycznie od urodzenia. Na egzotycznej, bezludnej wyspie pośrodku błękitnego Pacyfiku mieszka wraz z ojcem, naukowcem piszącym artykuły dla National Geographic.

Dzika dżungla, jak i lazurowe wybrzeża są jej wielkim placem zabaw, gdzie za przyjaciół ma jaszczurkę agamę brodatą oraz lwa morskiego. Kiedy jej ojciec – Jack - wypływa na morze w celach badawczych, Nim zostaje sama zdana tylko na siebie. Prawdziwą sielankę przerywa sztorm, przez który zanika kontakt z naukowcem. Kiedy ten nie wraca do domu w wyznaczonym terminie, dziewczynka zaczyna szukać pomocy. Przypadkowo nawiązuje kontakt mailowy z autorką jej ulubionej serii książek przygodowych, których bohaterem jest istny Indiana Jones - Alex Rover. Podając się za asystentkę ojca namawia pisarkę do przybycia na wyspę. Cierpiąca na fobię przestrzeni, pełna urojeń i lęków, kobieta wyrusza w podróż swego życia, mając tylko współrzędne geograficzne wyspy.

W „Wyspie Nim” przygoda przeplata się z baśniowymi motywami, wykreowanymi przez wyobraźnię młodej bohaterki, jak i również halucynacjami pisarki, która wszędzie widzi i prowadzi dialogi z postacią ze swojej książki. Przedstawiona rzeczywistość jednak zbytnio odbiega od realności. Po pierwsze w oczy rzuca się kwestia rodzicielskiej opiekuńczości. Z założenia film skierowany jest do młodszej publiczności, a lekkim nietaktem jest to, że ojciec zostawia córkę na kilka dni samą na wyspie, zamiast liczyć się z tym, że dzikość natury nigdy nie jest przewidywalna. Podobnie sytuacja ma się z nauczaniem Nim, dla której głównym źródłem wiedzy są przygodowe książki oraz felietony w magazynach geograficznych. I jak tu teraz wytłumaczyć najmłodszym ten konflikt dydaktyczny? Kolejna sprawą jest niezwykła inteligencja zwierzęcych przyjaciół Nim. Ptak, morski ssak czy nawet gad zachowują mądrzej od niejednego tresowanego bohatera objazdowego cyrku, nie wspominając o naszych domowych pupilach. Dla dziecka oglądanie wybryków zwierzaków może być jednak dobrą rozrywką. Tak więc „supercórka” z jednej strony niesamowicie odważna, pomysłowa i samodzielna, z drugiej zaś głupiutka (żeby w wieku 11 lat myśleć, że się koresponduje ze swoim ulubionym bohaterem książkowym?) potrafi zainteresować widza swoją osobowością.

Kolejną ważną postacią dla fabuły filmu jest Alexandra Rover. Można w niej odnaleźć parę podobieństw do małej Nim. Po pierwsze łączy ich wyobraźnia, przez którą pisarka traci kontakt z rzeczywistością. Na każdym kroku swojej podróży rozmawia ze swoim wyimaginowanym przyjacielem, a nawet, z czego wyszła dość komiczna scena, dochodzi pomiędzy nimi do przepychanki. Po drugie obydwie bohaterką wykazały się odwagą. Kobieta, która przez kilka ostatnich miesięcy nie wychodzi z domu, panicznie boi się miejskich przestrzeni i otaczającego ją świata, pokonuje swoje fobie i wyrusza z pomocą dziewczynce w nieznane.

Przejdźmy teraz do pozytywnych elementów filmu. Na pewno dużym plusem są urzekające zdjęcia. Piękne krajobrazy, dużo słońca naprawdę sprawiają, że bardzo łatwo wczuć się w rajski klimat i ponieść się przygodzie. Podobnie jest z muzyką, która pasuje do charakteru filmu, odpowiednio komponując się z humorystycznymi scenami czy stopniując dramaturgię.

Ze swojej strony nie mam większych uwag odnośnie gry aktorskiej. Gerard Butler po rolach w „300” czy „P.S. Kocham Cię” tym razem jako Jack i Alex Rover udowadnia, że potrafi również być aktorem kina familijnego. Abigail Breslin, wcześniej nominowana do Oscara za „Małą Miss”, nawet z wyglądu pasuje do roli takiej głupiutkiej bohaterki. Ja osobiście cały czas mam ją przed oczami jako Olivie, dziewczynkę z dużymi okularami, z „Małej Miss”. Największy problem miałem z przekonaniem się co do gry aktorskiej Jodie Foster jako Alexandry Rover. Do tej pory znana z dramatycznych postaci tym razem wprowadzała humorystyczny element do filmu. Może jedynie po doświadczeniach przy „Azylu” czy „Planie lotu” nie miała problemów z odegraniem agorafobii.

Na koniec kilka słów o polskiej edycji oraz wydaniu DVD. Z powodu przedziału wiekowego dla jakiego film jest przeznaczony, mieliśmy okazję obejrzeć go z polskim dubbingiem. W porównaniu do filmów animowanych, nasz rodzimy dubbing filmowy stoi raczej na niskim poziomie. Rzadko udaje się dopasować barwy głosów do postaci. Również tym razem nie było niespodzianek. Nawet sam Robert Więckiewicz jako Jack/Alex Rover nie uratował polskiej ekipy. Kolejna uwaga dotyczy wydania DVD. Jak na taki obraz z pięknymi widokami, format obrazu 4:3 to zdecydowanie za mało. W dzisiejszych czasach i przy nowych produkcjach, przy panoramicznych telewizorach, 16:9 jest już raczej standardem.

Podsumowując duet reżyserski: Jennifer Flackett - Mark Levin, zaserwował nam przyjemnie opowiedzianą historię baśniowo-przygodową. Warto wczuć się w egzotyczny klimat wyspy i zasiąść w kinie lub przed domowym ekranem wraz z dziećmi, przymknąć oko na niedociągnięcia i na koniec sprostować młodym widzom morał filmu rozwiewając dydaktyczne problemy.

Dział: Filmy
wtorek, 26 kwiecień 2016 18:30

Sinister II

Przyznam szczerze, że boję się horrorów. Przeraża mnie nie tyle lejąca się na ekranie krew, ile stopień deprawacji złem bohaterów i usilne starania twórców, by to zdeprawowanie pokazać. A jaki jest najlepszy na to przepis? Odpowiedź jest prosta. Zestawienie tego co początkowo niewinne z tym co zepsute i złe do szpiku kości.  Chyba to boli mnie w takich historiach najbardziej i dlatego finał seansu zawsze pozostawia mnie z uczuciem smutku i dziwnego niedosytu.
Nie znaczy to jednak, że nie lubię się czasem pobać, potrzebuję tej adrenaliny, jak każdy widz. Tym razem uznałam, że Sinister II dobrze się do tego nadaje.

Trochę gamoniowaty, ale sympatyczny zastępca szeryfa na własną rękę kontynuuje śledztwo związane ze śmiercią przyjaciela i podróżuje śladem niewytłumaczonych, krwawych zbrodni, do których dochodzi w różnych częściach kraju. Nie do końca świadomy, z czym tak naprawdę ma do czynienia, natrafia na kolejny zarażony złem dom. Ku swemu przerażeniu orientuje się, że już ktoś w nim mieszka.
Courtney z synami Dylanem i Zacharym ukrywa się w domu przyjaciółki przed agresywnym mężem. Budynek sprawia dość ponure wrażenie, ale kobieta pociesza się, że to tylko przejściowa sytuacja. Skupiona na adaptacji w nowym miejscu, nie dostrzega, że z jej synami dzieje się coś bardzo niedobrego. Demon Bhugul znowu poszukuje młodych rekrutów do swojej szatańskiej trzódki.

Sequele dobrych filmów zawsze mają trudno, głównie dlatego, że ciężko sprostać wymaganiom obdarzonych uwielbieniem części pierwszych. Zawsze ktoś doszuka się niedociągnięć lub braków. Według mnie, dobrym pomysłem było uczynienie z zastępcy szeryfa głównego bohatera. Fakt, jest gamoniowaty i niewiele może zrobić, ale wydaje się to całkiem logiczne, zważywszy na fakt, że w starciu z nadnaturalnym żywiołem nie pomoże tak naprawdę nic. Człowiek jest zwyczajnie bezradny i jedyne co może zrobić, to podskakiwać na dźwięk nagle włączających się urządzeń, a w biały dzień sięgnąć po kanister z benzyną. I taki właśnie jest nasz bohater.

Tym, co przeraża w tym filmie najmocniej, są tak naprawdę dwaj bracia (będący braćmi także w realnym życiu). Spokojny, targany sennymi koszmarami Dylan oraz nieco nadpobudliwy i wyraźnie zazdrosny o brata Zach. Jeden z nich stanie się wybrańcem demonicznej grupy dzieci i zostanie przez nich zwerbowany w dość nieoczekiwany sposób. W pewnym momencie idzie się już co prawda tego domyślić, ale i tak jest to dość przyjemny moment, kiedy można sobie powiedzieć: "Tak, tego się spodziewałam".

Przedstawiony w ciemnych i burych barwach klimat tej historii stopniowo prowadzi widza do krwawego finału, a mąż -  tyran domowy dopełnia całości.
Sinister II nie straszy i nie przeraża tak mocno, jak jego wielki poprzednik. Jednak, gdy popatrzeć na niego jako na oddzielną historię, można śmiało powiedzieć, że spełnia on się całkiem dobrze jako niedzielny straszak, gdy chce się zapomnieć o codziennych problemach i kłopotach.
Jeśli zatem ktoś szuka dla siebie takiej właśnie historii,  krwawej z żądnym dusz dzieci demonem w roli głównej to Sinister II dobrze się w tej roli spełni.

Dział: Filmy
niedziela, 17 kwiecień 2016 19:06

Objawienie

Nowojorski policjant Scott Galban bada sprawę związaną z zabójstwem jego wieloletniego partnera. Szybko okazuje się, że nieżyjący policjant miał niemało za uszami i dalsze grzebanie w jego życiorysie może przynieść więcej szkody niż pożytku.  Galban nie potrafi jednak odpuścić i szuka, choć pole manewru ma ograniczone, głównie ze względu na to, że ewentualni świadkowie to Meksykanie, a ci, kierowani szeroko pojętą lojalnością, nie chcą z nim rozmawiać. To jeden wątek.

Równolegle śledzimy losy młodej kobiety, Isabel, która na pozór niczym się nie wyróżnia. To skromna przedszkolanka, żona żołnierza stacjonującego w Iraku, prywatnie kobieta bardzo pobożna. Jedyne co mogłoby ją wyróżniać to właśnie ta pobożność, która być może bierze się z faktu, że Isabel widuje postaci nie z tej ziemi. Kim są? Tego nie wie dokładnie nawet ona sama. Co wspólnego mają ze sobą te dwa wątki? Niestety, przez bardzo długi czas nie dowiemy się tego.

Film zaczyna się dość niewinnie. Isabel razem ze szwagrem i przyszłą bratową bawi się w dyskotece. Zmęczona, postanawia wrócić do domu metrem. Szwagier odprowadza ją do przystanku, a Isabel, po dłuższej chwili i spotkaniu z mężczyzną widocznym tylko dla jej oczu, wraca do domu. Co prawda wcześniej łamie obcas w bucie, ale przecież to się czasem zdarza, prawda?

Fabuła rozwija się bardzo powoli, a poszczególne elementy stopniowo składają się na większą całość. Wbrew temu, co sugeruje opis na okładce filmu, do spotkania dwójki głównych bohaterów dochodzi bardzo późno, co nawet jest ciekawsze, bo pozostawia miejsce na spekulacje.  Historia się kończy, ale życie toczy się dalej i tego, co może się jeszcze wydarzyć, widz sam musi się domyślić.
Szary i smutny wygląd dzielnicy, w której mieszka i pracuje Isabel, dopełnia całości, a wątek małej, prawdopodobnie maltretowanej w domu dziewczynki, uczennicy głównej bohaterki, pozwala zbudować klimat beznadziei i przygnębienia.

Bardzo szybko okazuje się, że ciężar całej historii spoczął tutaj na Isabel, bo detektywa Galbana niestety mamy jak na lekarstwo. To Isabel i jej przeżycia, a jak się potem okaże traumatyczne wspomnienia z wczesnej młodości, są kanwą całej historii. Zaś działania policjanta to tylko tło dla przeżyć bohaterki. Dlatego, jeśli ktoś nastawi się na thriller z Keanu Reevesem w roli głównej trochę się zawiedzie, bo jest to raczej drugo- niż pierwszoplanowa rola. Łudzący jest także opis sugerujący sferę pozazmysłową, która się co prawda pojawia, ale nie jest to wątek główny. Dowiedziałam się, że po zakupie praw do produkcji, firma Lionsgate Premiere, nie biorąc pod uwagę protestów scenarzysty, przemianowała film na thriller policyjny, choć pierwotnie miał się on skupiać na przemocy wobec kobiet i dzieci. I chyba to najmocniej zaszkodziło tej historii. Jeśli bowiem będziemy oglądać film z nastawieniem na kino policyjne i Keanu Reevesa, to faktycznie będziemy zawiedzeni. Jeśli jednak skupimy się na wątku związanym z przemocą domową wobec dzieci oraz kobiet, to cała historia nabiera zupełnie innego wydźwięku i nie jest taka zła. Smutna i przygnębiająca tak, ale nie zła.
Skupiając się na przeżyciach Isabel, próbującej pomóc małej Elisie, stopniowo towarzyszymy jej w odkrywaniu strasznej prawdy, w świetle której początkowe wydarzenia nabierają zupełnie nowego sensu. To dlatego jestem zadowolona z seansu i mogę polecić film widzom, szukającym dla siebie życiowej historii, która daje do myślenia i nie daje o sobie tak szybko zapomnieć.

Dział: Filmy
wtorek, 29 marzec 2016 14:27

Łowca czarownic

„Łowca czarownic" to projekt ciekawy. Sam pomysł zainspirowany został klasyką RPG - grą Dungeons & Dragons, zaś główny bohater postacią stworzoną na potrzeby tejże gry. Niestety ostatecznie w filmie niewiele z tego zostało i stał się po prostu brawurową opowieścią fantasy - jedną z takich do których idealnie pasuje Vin Diesel jako odtwórca pierwszoplanowej roli.

Na świecie mieszkają ludzie obdarzeni umiejętnością używania magii, nie jest ona jednak ani dobra ani zła, to tylko narzędzie, którego można użyć w dowolny sposób. Pięćset lat wcześniej czarownice zesłały na ludzi zarazę. Zrozpaczeni ojcowie rodzin postanowili dokonać zemsty i powstrzymać sabat, zabijając królową czarownic. Udało się tego dokonać Kaulderowi, którego jednak spotkała za to surowa kara - stał się nieśmiertelny. Przez kolejne pięćset lat błąka się po świecie, jako stróż porządku magicznego świata, by ostatecznie ponownie zetknąć się z królową. Czy i tym razem uda mu się ją pokonać?

Trudno w wypadku tego typu filmu mówić o grze aktorskiej. Praktycznie w niemalże całym filmie zastąpiła ją akcja i efekty specjalne. Bez przerwy coś się dzieje. Myślę, że Van Diesel, gwiazda cyklu „Szybcy i wściekli", bardzo dobrze sprawdza się właśnie w tego typu rolach. Poza tym film sprawia sobą całkiem przyjemne wrażenie. Z pewnością nie jest to hit wielkich ekranów, ale nie jest to również pełen śmieszności szajs. Fabuła została stworzona w ciekawy sposób, akcja wartko płynie do przodu, pojawia się klika hollywoodzkich scen.

Raczej trudno tu mówić o zawodzie, chyba, że nastawiało się na kino niewiadomo jak wysokiej klasy. Wydaje mi się, że film w Polsce zbiera dość kiepskie opinie przede wszystkim dlatego, że widzowie zupełnie nie na to się nastawiali. Zapowiedzi obiecywały imponujące wręcz widowisko z intrygującymi bohaterami oraz rozbudowaną opowieścią podczas gdy „Łowca czarownic" to tak naprawdę sympatyczna bajka dla nieco starszych dzieci oraz dorosłych wielbicieli fantastycznych scenariuszy.

Podsumowując - „Łowca czarownic" to prosta historia, która zawiera sporo akcji i efektów specjalnych. Film ma przyzwoitą oprawę wizualną oraz dźwiękową, został też całkiem dobrze nakręcony. Raczej nie wnosi zbyt wiele w życie kina i z pewnością nie zostanie też nigdy superprodukcją, dostarcza jednak całkiem przyjemnej rozrywki i chyba właśnie z myślą o tym został w ogóle nakręcony. Obejrzenia go w żadnym razie nie uważam za stratę czasu. Nie sugerujcie się opiniami Internautów - warto dać mu szansę. Zasługuje na to.

Dział: Filmy
poniedziałek, 03 sierpień 2015 22:43

Klątwa Jessabelle

„Jestem Jessabelle!"

Horrory są gatunkiem, który notorycznie mnie rozczarowuje a i tak co chwilę sięgam po filmy mające podobno mnie przestraszyć i zaskoczyć. Czy Klątwa Jessabelle twórcy szóstej i siódmej Piły (które szczerze mówiąc były kiepskie) - Kevina Greutert'a – spełniła pokładane w niej nadzieje?

Jessie (Sarah Snook) ma zamiar rozpocząć nowy etap w życiu, spodziewa się dziecka i właśnie zabiera ostatnie rzeczy z domu by zamieszkać ze swoim chłopakiem. W drodze do ich wspólnego gniazdka dochodzi niestety do nieszczęśliwego wypadku w skutek którego mężczyzna umiera, a Jessie traci dziecko i dostaje urazu kości piszczelowych. Jej jedyną rodziną jest ojciec mieszkający w Luizjanie, gdzie musi się przenieść na czas powrotu do zdrowia. Już pierwszej nocy nawiedzają ją koszmary i wizje czarnej młodej kobiety. Ponadto Jessie odkrywa nagrania na taśmach gdzie jej mama ostrzega ją przed tajemniczą obecnością zagrażającą jej życiu...

Greutert w tym filmie postanowił chyba wrzucić do jednego worka wszystko to co jest dobrze znane w tym gatunku: voodoo, nawiedzony dom, klątwa, nawiązanie do znanego poniekąd klasyku Dziecka Rosemary, mroczny klimat. Całość początkowo zapowiada się naprawdę obiecująco, ale im dłużej trwał film tym bardziej przekonywałam się, że oto patrzę na kolejną przeciętną produkcję. Okazuje się, że to co miało mnie przekonać było fiaskiem, bo o ile pierwsze minuty wywoływały ciarki a rozpoczęte wątki wzbudzały zainteresowanie o tyle w dalszej części stawało się nudne, przewidywalne, a co najgorsze reżyser popełnił masę przewinień kończąc bez sensu wątki mogące nadać filmowi więcej dynamiczności i tego czegoś, co by stawiało go w lepszym świetle. Brak w nim spójności, czasem nawet i logiczności, ale przyznać muszę, że nie jest jednak tak tragicznie. Ostatecznie Klątwę Jessabelle da się obejrzeć bez ziewania i zerkania ile minut pozostało do końca.

Co się tyczy obsady, to chyba największe zastrzeżenia mam do odtwórczyni głównej roli - Sarah Snook, która swoją grą – jeśli chodzi o okazywanie strachu – zupełnie mnie nie przekonała. Było to sztuczne i nie do przełknięcia, tym bardziej, że już robienie maślanych oczu do byłej miłości wychodziło jej zaskakująco dobrze. W tego typu produkcjach często drażni mnie też fakt, że nie wiadomo ile by przeszła bohaterka zawsze jest wypoczęta, zadbana i ze Świerzym makijażem. No nie wygląda to zbyt realnie. Z kolei Mark Weber (Preston) i David Andrews (Leon, ojciec Jessie) swoje role odegrali naprawdę dobrze i nie mam się do czego przyczepić.

Klątwa Jessabelle ma swoje plusy i minusy. Nie można odmówić scenarzyście tego iż sceny grozy - koszmary, pojawianie się zjawy (zbliżająca się na wózku inwalidzkim postać z zasłoniętą włosami twarzą, odchylająca zasłonę dłonią ze zniszczonymi paznokciami – były zaskakująco dobre. Mroczne obrazy, nastrojowa, dobrana ścieżka dźwiękowa faktycznie tworzą klimat rodem z horroru. Plusem okazał się również krajobraz Luizjany idealnie wpasowujący się w klimat produkcji. Ale dla mnie to niestety za mało by ocenić film bardziej pozytywnie. Masa rozpoczętych wątków, za dużo różnych elementów, które tylko chyba służyły jako zapychacze, zakończonych bez sensu i zbyt szybko, brak spójności, przewidywalne zakończenie i niestety kiepska gra odtwórczyni głównej roli zdecydowanie są na minus i przeważają w całości.

Reasumując mogę powiedzieć, że nie jest to ani nic nowego, ani zaskakującego. Film nie wzbudza grozy, ale i nie nuży. Żałuję, że Kevin Greutert nie rozwinął tematu voodoo i nie poszedł bardziej w tym kierunku, ciekawi mnie ten temat a i sam sobie otworzył furtkę z której mógł skorzystać i stworzyć coś o wiele lepszego. Klątwę Jessabelle mogę polecić komuś kto nie wymaga zbyt wiele od horroru.

Dział: Filmy
piątek, 12 czerwiec 2015 20:02

Paddington

Zima 2015 roku przyniosła ze sobą wiele ciekawych premier. Dwie z nich zaciekawiły mnie szczególnie, gdyż były związane z książkami i znanymi całemu światu historiami. Zalicza się do nich film o misiu Paddingtonie, do którego aż dwa wydawnictwa wypuściły łącznie kilka książeczek. Korzystając z okazji, że film pojawił się w końcu na DVD, postanowiłam dać mu szansę. Lubię czasem odprężyć się przy dobrym kinie familijnym, lecz tutaj nie jestem w pełni pewna, czy „Miś Paddington" mnie pod tym względem usatysfakcjonował.

Na odległym kontynencie, daleko od wszelkiej cywilizacji i smrodu spalin, mieszka mała rodzinka misiów. Dawniej Dziadek i Babcia Misiowie poznali pewnego londyńskiego podróżnika, który poczęstował ich marmoladą i pokazał trochę ludzkich zwyczajów i zachowań. Lata później Dziadkowie przekazują całą wiedzę swojemu małemu podopiecznemu o dźwięcznym imieniu, wymawialnym tylko w misiowym języku (fonetycznie: rrrooooaaaarrrr). Pech chce, że wyspą wstrząsa trzęsienie ziemi, w którym Dziadek Miś ginie. Babcia, widząc utracony dob{jcomments off}{jcomments on}ytek życia i ukochanego, postanawia odejść do Domu Emeryckiego dla Misiów, zaś małego Misia wysłać na wyprawę do Londynu. Ma odnaleźć podróżnika sprzed lat i poprosić o obiecaną gościnę. Pech chce, że niewiele rzeczy idzie po myśli malucha. Po godzinach spędzonych samotnie na stacji, interesuje się nim pewna szalona rodzinka. Niezdolni do mówienia w języku misiowym, nadają mu imię Paddington i zabierają na noc do domu. Okazuje się jednak, że życie w dżungli nie ma zbyt dużo wspólnego z miejskim pędem, a zamiast podróżnika na Paddingtona czeka jego córka, pragnąca zemsty za zhańbienie rodziny.

Na wstępnie przyznam, że historię Misia Paddingtona znałam dotąd w zupełnie innej wersji. Starałam się znaleźć opowieści z dzieciństwa, aby porównać je z historią z filmu, jednak domowe zbiory zawiodły. Jestem za to pewna, że gdyby twórcy zostali przy oryginalnej wersji wydarzeń, całość nabrałaby pewnego magicznego klimatu. Tymczasem nowe przygody Misia są nastawione na życie w nowoczesnym Londynie, wraz z wszelkimi pomysłami na wykorzystanie ludzkich wynalazków jak na przykład...szczoteczka do zębów. Zdradzę, że scenarzysta nie popisał się pomysłowością, bo motyw szczotki jako patyczka do uszu był nie raz wykorzystywany. Brak umiejętności posługiwania się prysznicem również. Można by wymyślić tyle nowych gagów, ale niestety tutaj pozostano przy wszystkich chwytach, które od lat znamy (i, po części, kochamy).

Poza tym wyobrażacie sobie, że widok misia na ulicach Londynu nikogo nie zdziwił? Ja bym przystanęła z zainteresowania i patrzyła, o co chodzi i skąd się misiek wziął na środku miasta. I to do tego na dworcu! Większość normalnych ludzi zadzwoniłaby po straż miejską lub do zoo z pytaniem, czy mają wszystkie zwierzaki na wybiegach. Ale nie Londyńczycy! Ich największym oburzeniem był tekst Henry'ego Browna (tatuśka) do rodzinki: „O, niebezpieczny nieznajomy! Trzymajcie spuszczony wzrok. Tam stoi jakiś misiek, pewnie coś sprzedaje."

Na tle banalnej fabuły zdecydowanie wybiła się gra aktorska. O ile Nicole Kidman była po prostu w porządku i nie zachwyciła mnie za specjalnie swoim występem – może to dlatego, że zwyczajnie uważam jej postać za niedopracowaną –, o tyle całą rodzinkę Brownów uważam za przeuroczą. Dzieciaki były naturalne i dobrze odwzorowały współczesną młodzież w wieku 10-15 lat. Mary – mama i oddana żona – wyszła Sally Hawkins fenomenalnie. Pokochałam ją od pierwszej sceny za bijący na kilometr optymizm i zwariowanie. Za to Hugh Bonneville, wcielający się w rolę Henry'ego, taty Brownów, już tak oswoił mnie z wieloma swoimi wcieleniami, że po pierwszych scenach z jego udziałem wiedziałam, co podaruje widzom tym razem. Do kompletu dołączyła fenomenalna Julie Walters oraz znany i lubiany Jim Broadbent – obydwoje znani z ekranizacji serii powieści J.K. Rowling o młodym adepcie magii – Harrym Potterze. Całości dopełnia występ Bena Whishawa, który podkładał głos pod Paddingtona i niesamowicie odwzorował emocje, który w przypadku takiego zabiegu są niezwykle ważne.

Niemniej film ma też swoje wady. Poza wspomnianą na początku utratą uroku przez uwspółcześnienie historii, kilka elementów zostało zdecydowanie przesadzonych. Akcje postaci Kidman mnie nudziły i sprawiały, że chciałam przewinąć sceny z nią. Również wspominany wyżej brak zdziwienia społeczeństwa na widok miśka był dla mnie absurdalny i mimo że rozumiem, iż „Paddington" to film familijny, mający zauroczyć głównie młodszych odbiorców, tak zrobiona w ten sposób „ucieczka" przed wprowadzeniem hycli i polowania na niewinne zwierzę do filmu wydała mi się brakiem dobrego pomysłu na ominięcie wątku. Chyba że prawdziwym i dla Londynu jest to, co słyszy się o Nowym Jorku – żadnego tamtejszego mieszkańca nic nie może zdziwić, bo widzieli już wszystko.

„Paddington" okazał się przeuroczym filmem familijnym, w sam raz do obejrzenia przez rodziców i młodsze pociechy. Mam ponad dwudziestkę na karku, a bawiłam się naprawdę dobrze, mimo tych kilku absurdów, które zdołały wkraść się między dobre sceny. Polecam seans w sam raz na leniwe letnie wieczory – relaks w gronie rodzinnym gwarantowany.

Dział: Filmy
piątek, 08 maj 2015 13:50

Klaun

Nie wiem, ile miałam lat, gdy moja chrzestna sprezentowała mi na urodziny lalkę-klauna, który po naciśnięciu brzucha śpiewał „Happy Birthday". Już wtedy jednak bałam się jego wymalowanej twarzy, zabarwionych włosów, a przede wszystkim demonicznego uśmiechu, który w mojej wyobraźni był zawsze przerażający, a nigdy zabawny. Do seansu „Klauna" Jona Wattsa przystąpiłam więc z dualnym nastawieniem. Z jednej strony miałam nadzieję, że wreszcie powstał jakiś horror, który mnie przestraszy; z drugiej – obawiałam się sennych koszmarów. Tymczasem nie dostałam ani jednego, ani drugiego.

Kent McCoy (Andy Powers) jest pośrednikiem nieruchomości. W dniu urodzin syna (Christian Distefano), zanim wraca z pracy do domu, dzwoni do niego żona (Laura Allen), informując, że zamówiony na dziecięcą zabawę klaun nie stawił się na przyjęciu. Kent chcąc ratować urodziny pierworodnego, zaczyna wertować rzeczy pozostawione w jednym z domów, którego przegląd akurat prowadzi. W ten sposób trafia na kostium klauna, dzięki któremu ratuje imprezę syna. Koszmar rozpoczyna się dopiero następnego dnia, gdy okazuje się, że kostium nie pozwala się zdjąć, a na jaw wychodzi prawdziwa historia potworów, z których dopiero później uczyniono dziecięce maskotki...

Pomysł na fabułę nie był zły. Scenarzysta wykreował mitologiczną postać „cloyne" oraz związaną z nią legendę, aby umocnić realizm prezentowanych wydarzeń o demonicznym „clownie". Byłabym nawet w całość skłonna uwierzyć (w te podania i legendy), jednak kłóci się to z posiadaną przeze mnie wiedzą odnośnie błaznów na dworach, pałacach i innych zigguratach oraz z zasobami internetowymi, gdzie śladu na ten temat nie ma. A szkoda. Poczułabym się lepiej, wiedząc, że moje obawy przed klaunami nie są absurdalne i mogą mieć podstawy w jakiejś pamięci komórkowej. W każdym razie fabuła wydaje się przemyślana i logiczna, na tyle, na ile logiczny może być horror o klaunie-demonie, pożerającym dzieci.

Sferę koncepcyjną zabija jednak sfera realizacyjna. Aktorzy radzą sobie słabiej, niż przeciętnie, przez co obraz zyskuje rys bardziej komediowy, niż horrorowy. Główny bohater przez większość czasu jedynie płacze i zawodzi, rozczulając się nad własnym losem. Początkowo zresztą nawet mu współczułam, bo przecież nie był niczemu winien. Nie zawarł lekkomyślnie paktu z diabłem, nie miał złych intencji, nie popełniał kolejnych błędów z listy „najgłupsze i najczęściej powtarzane nierozważne decyzje w horrorach", a jedynie starał się zadowolić swojego syna. Jednak później okazało się, że w przypadku skomplikowania większego, niż niestawiający się na dziecięcej imprezie klaun, Kent w ogóle sobie nie radzi.

Ten aspekt – uwydatniającej się raczej komedii, niż horroru – potwierdzają także efekty specjalne. Bo chociaż ze wszystkich wydzielin ciała obrzydza mnie i osłabia jedynie ropa, to ta prezentowana na ekranie w kulminacyjnych momentach powodowała u mnie jedynie lekkie skrzywienie warg i ciche „fuj" pod nosem. Żadnych dreszczy obrzydzenia, przymykanych oczu czy odwracania wzroku. A mogło być tak... może nie pięknie, ale w jakiś sposób satysfakcjonująco.

Nie da się ukryć, że „Klaun" to produkcja niskobudżetowa, która sprawdzała się – jeżeli w ogóle – wyłącznie na papierze. Brakuje jej niemal wszystkich aspektów dobrego horroru (niezależnie od tego, czy wolicie obrzydzenie gore, czy strach istot paranormalnych). Całość otacza aura komedii, ale nie jest ona wyraźna na tyle, by można było ostatecznie pod ten gatunek produkcję podpiąć. Ostatecznie przez większość czasu widz się nudzi. A kiedy dochodzi do puenty i akcja faktycznie się zagęszcza jest już tak zrezygnowany, że jedynie pogada czas, zmęczonym pomrukiem: „długo jeszcze?".

Dział: Filmy
środa, 18 luty 2015 15:17

Automata

Filmy o tym jak w przyszłości zostanie zniszczona Ziemia są tak popularne, że stały się osobnym gatunkiem. Gdy jednak dołączyć do znanej fabuły "Sztuczną Inteligencję", stanie się ona barwnym tłem dla zupełnie innego przekazu.

Świat uległ zagładzie. Przeżyło niewiele ponad dwadzieścia milionów ludzi. Pojawiają się strefy promieniowania, padają radioaktywne deszcze. Naukowcy, by ludzkość mogła przetrwać, skonstruowali doskonale funkcjonujące roboty. Maszyny wykonują wszystkie ciężkie prace. Zostały zaprogramowane tak, by chronić życie każdego człowieka. Roboty rządzą się dwoma, podstawowymi prawami, których w żaden sposób nie mogą obejść. Oprócz nakazu ochrony ludzkiego życia, nie wolno im się modyfikować. Co by się jednak stało, gdyby w jakiś sposób udało się im te prawda obejść?

Przyznam szczerze, że film bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i to pod wieloma względami. Tak jak nigdy nie przepadałam za młodym Antonio Banderasem, tak w starszej wersji, w roli Jacq Vaucana (agenta ubezpieczeniowego do spraw wadliwie funkcjonujących robotów) spisuje się naprawdę doskonale. Podobała mi się także logika rozumowania robotów i kompletny jej brak w działaniach, którymi kierowali się ludzie. Wizja miasta przyszłości jest dość standardowa, wydaje mi się jednak, że całkiem nieźle uzasadniona.

W filmie pojawiło się jednak również kilka nielogiczności. Na przykład, skoro roboty były tak drogie, to czemu każdy je posiadał? Nie tylko rodzina próbująca wyłudzić odszkodowanie, ale nawet zwykły, uliczny żebrak (jest scena, w której robot wyręcza go w pracy). W prezentacji funkcjonowania samego społeczeństwa zabrakło natomiast dbałości o szczegóły i jakiegoś szerszego przedstawienia. To jak wyglądał świat pozostaje dla widza nieodkrytą tajemnicą.

Trudno byłoby określić "Automatę" jako film akcji. Jest kilka strzelanin, parę efektownych wybuchów, ale to właściwie wszystko. Historia przedstawiona została raczej spokojnie, wręcz statecznie. Jeżeli kogoś interesuje robotyka, to ta produkcja podsunie cały szereg ciekawych rozważań. Zostało w niej wykorzystanych kilka interesujących, stosunkowo nowatorskich rozwiązań, które potrafią podsunąć kilka dodatkowych przemyśleń.

Mimo że znam całą masę znacznie lepszych filmów Science Fiction, to jednak z "Automatą" spędziłam kilka bardzo przyjemnych chwil. Produkcja w reżyserii Gabe'a Ibeneza trzyma poziom i chociaż spodziewałam się jakiejś kiepskiej układanki powstałej z fragmentów "Łowcy Androidów" i "Sztucznej Inteligencji", to wielokrotnie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Może i film do kanonów klasyki światowej nie trafi, ale z pewnością warto go obejrzeć.

Dział: Filmy
niedziela, 18 styczeń 2015 18:00

Herkules

Herkules jest jednym z najbardziej popularnych herosów greckiej mitologii. Jako syn Zeusa i królowej Alkmeny był półbogiem i posiadł nadzwyczajną siłę oraz umiejętności, których nigdy nie udałoby się osiągnąć zwykłym śmiertelnikom. Jego postać wielokrotnie była już wykorzystywana w przeróżnych filmach i serialach. W jaki jednak sposób Herkulesa postanowił przedstawić reżyser Brett Ratner i czy wizja ta spełnia oczekiwania widzów?

Herkulesa w życiu spotykają same nieszczęścia. Jego rodzina zostaje zamordowana, a on nie potrafi sobie poradzić ze śmiercią najbliższych. Wokół siebie zgromadził kilku najemników, wraz z którymi walczy dla tego, kto im zapłaci. Wszystko zmienia się, gdy zostają wynajęci przez króla Tracji, aby szkolić jego armię. Herkules jest przekonany, że walczy w słusznej sprawie, król Tracji jednak szybko odsłania swoje prawdziwe oblicze. Towarzysze broni mają wybór - mogą odejść z zarobionym złotem lub zostać prawdziwymi bohaterami.

Film powstał na podstawie komiksu ("Hercules: The Thracian Wars") i wydaje się dość wierną ekranizacją. Osobiście jednak wolałabym nieco inne podejście do tematu. Kreacją Herkulesa (Dwayne Johnson) jestem naprawdę zawiedziona. Ryan Condal i Evan Spiliotopoulos w swoim scenariuszu z greckiego półboga i herosa zrobili po prostu silnego człowieka. Uważam, że nie tak powinien wyglądać Herkules i spodziewałam się epickiej przygody na miarę Hollywood. Film natomiast jest nieco bardziej realistyczny - choć tu też pojawia się brak konsekwencji, bo tworząc realistyczną produkcję reżyser powinien się trzymać choćby praw fizyki, a tak zdecydowanie nie jest.

Bitwy przedstawione w filmie z pewnością są widowiskowe, epickie i warte uwagi. To najmocniejsza strona "Herkulesa". Fabuły pojawia się niewiele, jest ona jednak spójna i logiczna. Akcja toczy się wartko - zwłaszcza początek jest mocny. Tym razem nie została przedstawiona żadna baśń, a po prostu brutalna i krwawa historia niekoniecznie ze szczęśliwym zakończeniem. Przyzwyczajona do serialu o tym samym tytule liczyłam jednak na nieco inny obrót sprawy, ale film jest zdecydowanie dla dorosłych. To nie familijne kino akcji.

Wizerunek Herkulesa ratuje nieco jego "dzielna kompania". To kilka naprawdę świetnie wymyślonych i zagranych postaci, które nadają filmowy ikry. Również walka w ich wykonaniu jest znacznie bardziej interesująca. To także dzięki nim pojawia się przynajmniej ta odrobina dobrego humoru.

Odnoszę wrażenie, że film nie wpasował się w swoje czasy. Obecnie widzowie oczekują jednak czegoś zupełnie innego. Wygląda też na to, że reżyser nie mógł sie zdecydować w którym kierunku chce wędrować i dodawał różne elementy w niewystarczającym stopniu by spełniły czyjekolwiek oczekiwania. Sprawiają raczej wrażenie nie do końca udanych prób. Również mitologii pojawiło się niewiele, a tego w filmie bardzo brakowało. "Herkules" utknął gdzieś pomiędzy próbą naśladowania japońskiego kina batalistycznego, a amerykańskim kinem akcji. Film zdecydowanie nadaje się do obejrzenia i w przyjemny sposób zajmie jakieś leniwe popołudnie, z pewnością jednak nikomu nie przyjdzie do głowy się nim zachwycać, a szkoda, bo historia Herkulesa w dalszym ciągu posiada ogromny, nie wykorzystany potencjał.

Dział: Filmy
poniedziałek, 12 styczeń 2015 20:04

Niezgodna

„Niezgodna" to ekranizacja, która powstała na podstawie pierwszego tomu trylogii spod pióra Veronicy Roth i fabułą niewiele odbiega od antyutopijnej powieści. Film wyreżyserowany został przez Neila Burgera, a grają w nim aktorzy znani z takich filmów jak „Underworld" (Theo James) czy „Kolekcjoner" (Ashley Judd).

Chicago przyszłości. Nowe miasto wznoszone jest na ruinach starego. Rola w społeczeństwie każdego człowieka zależy od tego jak przejdzie testy, którym poddawana jest młodzież. Zależnie od ich wyniku może otrzymać jeden z pięciu przydziałów. Wszyscy jednak, którzy posiadają więcej zdolności niż tylko te konkretnie ukierunkowane są zagrożeniem dla społecznej harmonii i zostają wyeliminowani. Taka jest właśnie główna bohaterka – Beatrice (Shailene Woodley). Dziewczyna musi ukrywać sie wśród jednej z profesji, a jej życie bezustannie narażone jest na niebezpieczeństwo.

Film jest moim zdaniem świetnie zrealizowany – dobre ujęcia, ciekawe efekty specjalne, pomysłowa, przemawiająca do wyobraźni scenografia. Niestety pod względem fabularnym jest dość wierny powieści. Dlaczego niestety? Ponieważ przez to nie udało się uniknąć banałów, niedopracowanych scen i śmieszności. Na przykład rodzice Beatrice giną jakby na siłę – w naprawdę naciągany sposób przez co te sceny, zamiast być pełne żalu, stają się zabawne.

Płyta DVD z filmem zawiera również ciekawe dodatki specjalne: zapowiedzi, zwiastun, sceny usunięte, poza wyborem, frakcja ponad pokrewieństwo, stroje, ścieżka dźwiękowa z filmu. Jest to z pewnością miłe urozmaicenie dla wielbicieli książkowej serii. Zwłaszcza teraz, gdy zapowiedziana została polska premiera powieści uzupełniającej trylogię, która zatytułowana będzie „Cztery". Jako ciekawostkę mogę również dodać, że autorka książki – Veronica Roth – gościnnie wystąpiła w filmie, grając jedną z członkiń nowej frakcji Beatrice.

Choć słyszałam wiele przeróżnych opinii, myślę, że ekranizacja jest dobra i spełnia oczekiwania widzów. Gdy ktoś zna książkę i ogląda „Igrzyska Śmierci" miejscami czuje znudzenie, tak wierna to była ekranizacja. Tutaj, choć wiele elementów jest zbieżnych, to jednak produkcja poszła w kierunku spełnienia wymogów dobrego kina i tam gdzie w książce nie dzieje się nic, w filmie wykorzystane zostały możliwości, by jednak ta akcja się pojawiła.

Uważam, że „Niezgodna" to film warty obejrzenia, zwłaszcza gdy ktoś jest miłośnikiem gatunku paranormal romance. Z pewnością zarówno pisarka, która stworzyła historię, jak i reżyser, który ją przedstawiał mieli ciekawy pomysł, jak zaprezentować w swoim dziele stworzony na potrzeby fabuły świat. Niecierpliwie czekam na ekranizację kolejnych części trylogii.

Dział: Filmy
Strona 6 z 7