Rezultaty wyszukiwania dla: sci fi
Zapowiedź: Przymierze Wróbli. Shield of Sparrows. Tom 1
Wolverine Epic Collection. Krew i pazury
Początek lat 90. w Marvelu miał swój ciężar. Więcej mroku, więcej pazurów, więcej krwi na planszach. Właśnie w ten klimat ma w sobie „Wolverine Epic Collection. Krew i pazury” – solidny kawałek komiksowej klasyki, w którym Logan nie bierze jeńców. Ani dosłownie, ani fabularnie. Ten tom to zbiór zeszytów z lat 1990–1991, a więc momentu, gdy postać Rosomaka była już ikoną, ale wciąż miała w sobie dzikość, którą niestety później zaczęto w bohaterze stopniowo wygładzać.
Album otwiera run Larry’ego Hamy i Marca Silvestriego – duetu, który doskonale rozumiał, kim jest Logan. Zaczynamy w Madripoorze. Brudne interesy, śmiertelnie groźny narkotyk, podziemny półświatek. Klimat jest gęsty, duszny, bardzo „wolverine’owy”. Potem robi się jeszcze ciekawiej. Jukon i spotkanie z mitycznym Łowcą w Ciemności, Starcie z Lady Deathstrike, Wir czasu i powrót do hiszpańskiej wojny domowej u boku Pucka z Alpha Flight. Na dokładkę pojawiają się Reavers i ich mechaniczne twory – Alberta, sobowtór Logana, oraz Elsie Dee, a nad wszystkim wisi cień Sabretootha, który jak zwykle wnosi do historii pierwotną, niemal zwierzęcą energię. W tle przewijają się też Jubilee, Forge, Cable czy Nick Fury. Podróże między kontynentami, skoki w czasie, brutalne konfrontacje – i próba zajrzenia pod warstwę adamantium — tego wszystkiego możemy spodziewać się z tym jednym albumie.
Moim zdaniem największą zaletą albumu jest konsekwencja w budowaniu charakteru Logana. To wciąż zabójca z przeszłością, ale już nie tylko „dziki kurdupel z X-Men”. W tych historiach widać jego zmęczenie, wściekłość, brak zgody na własne demony. Relacja z Sabretoothem ma w sobie napięcie niemal rodzinne – sugestie więzów krwi tylko podkręcają atmosferę. Starcia między nimi nie są pustą rzezią, czuć ich historię oraz ciężar upływu lat.
Rysunki w albumie to czysta klasyka lat 90. Silvestri nie unika przemocy, ale nie wpada w przesadę. Kadry są dynamiczne, muskularne, momentami teatralne – dokładnie takie, jakie powinny być w opowieści o bohaterze z pazurami wysuwanymi z kości. Pojawiają się też inne nazwiska, jak Buscema czy Davis, a ich style pokazują, jak różnie można interpretować tę samą postać, zachowując jej rdzeń. Czy to tom przełomowy jak „Broń X”? Nie odnoszę takiego wrażenia. To raczej kwintesencja Logana w jego naturalnym środowisku. Madripoor, dzicz, tajne misje, stare urazy, brud pod paznokciami i krew na ostrzach.
„Krew i pazury” to gruby, solidny album pełen historii. Nie ma w nim udziwnień i eksperymentów na siłę. Pojawia się czysta esencja Rosomaka z początku lat 90. Dla fanów Logana to pozycja obowiązkowa. Dla młodszych czytelników to dobra okazja, by zobaczyć, dlaczego ta postać przez dekady nie schodzi z piedestału. Brutalnie, dynamicznie, momentami sentymentalnie. Logan w formie, która zostaje w pamięci na długo.
Błogosławieństwo niebios 3
Trzeci tom „Błogosławieństwa niebios” ma w sobie coś podstępnego. Z wierzchu nadal kusi piękną opowieścią, humorem i tym charakterystycznym urokiem Xie Liana, ale pod spodem zaczyna się robić naprawdę gęsto. I nagle okazuje się, że to już nie jest lektura „na poprawę nastroju”, tylko historia, która potrafi zmusić do zatrzymania się w połowie rozdziału i zwyczajnie… pomyślenia.
O czym jest książka
W retrospekcjach wracamy do Xianle i do momentu, który wygląda niewinnie — parada, krzyk, chłopiec spadający z muru. Xie Lian ratuje go odruchowo — bo tak działa, bo ma serce większe niż jego zdrowy rozsądek. Tyle że ten jeden gest uruchamia lawinę nieszczęść — susza, głód, bunty, wojna, a potem zaraza. „Choroba szkaradnych obliczy” jest brutalna i nieubłagana.
Równolegle coraz mocniej wybrzmiewa konflikt z Niebianami i samą ideą „boskiego porządku”. Xie Lian próbuje pomagać tak, jak rozumie pomoc, bez selekcji na lepszych i gorszych i za każdym razem obrywa nie tylko on, ale i cały kraj, jakby wszechświat faktycznie trzymał się żelaznej zasady równości, o tym, że nie da się komuś czegoś dać, nie zabierając czegoś komuś innemu.
Do tego dochodzą nowe postacie i tajemnicza figura w bieli z propozycją zemsty. Kuszącą, prostą, emocjonalnie zrozumiałą. Oko za oko. Krew za krew. I nagle pytanie nie brzmi już „czy Xie Lian jest dobry”, tylko „czy dobro zawsze działa tak, jak sobie wyobrażamy”.
Moja opinia i przemyślenia
Ten tom zaskakuje tonem. Najmocniej uderzyła mnie bezkompromisowość, w której autorka nie oszczędza ani bohaterów, ani czytelnika. Sceny potrafią być brutalne, groteskowe, czasem zwyczajnie trudne. Właśnie przez to dramat Xie Liana jest tak wiarygodny — jego idealizm nie jest już ładną cechą charakteru, tylko paliwem, które potrafi spalić człowieka od środka.
Bardzo lubię to, jak mocno wybrzmiewa temat konsekwencji. Xie Lian trafia do Nieba „za dobroć”, ale w Niebie ta dobroć przestaje być mile widziana, bo robi się niewygodna dla systemu. Pomaga każdemu, więc jego świątynia przyciąga ludzi z bardzo różnymi prośbami, a przy okazji zabiera zasługi innym Niebianom. Brzmi jak polityka, tylko w niebiańskim wydaniu. Zagrywka jest świetna, bo pod warstwą fantasy dostajemy pytania zupełnie przyziemne, choćby o to jaka ma być władza, jaki ma być autorytet, czy „porządek” zawsze znaczy „sprawiedliwie”.
W drugiej części, gdy wracamy do współczesności, klimat łagodnieje. Humor i codzienne drobiazgi działają jak oddech po ciężkich fragmentach retrospekcji. Pojawiają się znajome twarze, wątki zaczynają się splatać, a relacje przynoszą ciepło, które nie jest cukierkowe — raczej takie potrzebne, żeby w ogóle dało się unieść ciężar tego, co było wcześniej.
Nie mogę też pominąć Hua Chenga. Jego obecność jest konsekwentna i wyrazista, a oddanie wypada bardzo naturalnie. Widać je w drobnych gestach i staraniach. Relacja między bohaterami dostaje tu nowe odcienie i robi się jeszcze bardziej magnetyczna.
Podsumowanie
Tom trzeci jest najmroczniejszy z dotychczasowych, ale też najbardziej emocjonalny. Wciąga w tragedię, potem daje chwilę ulgi, a na koniec zostawia z pytaniami, od których trudno uciec. Najważniejsze z nich brzmi: czy dobro zawsze jest dobrem, jeśli jego skutki rozlewają się dalej, niż sięga intencja. Ten tom zostaje w pamięci na długo — właśnie dlatego, że nie daje prostych odpowiedzi, a Xie Lian, mimo całego bólu, nadal pozostaje kimś, komu chce się kibicować.
Niszczycielka. Dziedzictwo obrońców. Tom 1
Reagan Tallerico pochodzi z potężnego rodu Obrońców – wojowników, którzy każdego dnia walczą o bezpieczeństwo Ziemi oraz innych wymiarów. Dziewczyna od dziecka marzy, by wstąpić w ich szeregi, tyle że jako osoba nieposiadająca magii nie ma na to szans. Rea zostaje więc Strażniczką w Fortecy, gdzie zajmuje się katalogowaniem artefaktów, przepisywaniem starych ksiąg i strzeżeniem portalu.
Flash. Póki czas się nie zatrzyma. Tom 2
Drugi tom runu Simona Spurriera to moment, w którym przestaje się zastanawiać, „o co tu właściwie chodzi?”, a zaczyna dostrzegać większy plan. Po pierwszym albumie miałam wrażenie chaosu. Dużo pomysłów, metafizyka na pełnym gazie, postacie wytrącone z równowagi. Tutaj wszystko zaczyna układać się w bardziej czytelny wzór. Nadal jest dziwnie. Nadal jest ambitnie. Jednak tym razem ta dziwność ma sens.
Wally West wciąż zmaga się z rozchwianą Mocą Prędkości i konsekwencjami własnych międzywymiarowych podróży. Central City nie ma lekko – speedsterzy wpadają w tarapaty, Amanda Waller pociąga za sznurki, a rzeczywistość zaczyna się niepokojąco marszczyć. Do tego dochodzą Arkanioły, zgromadzenie Thawne’ów i poczucie, że coś fundamentalnego w strukturze czasu pęka.
Tytułowe „Póki czas się nie zatrzyma” staje się fabułą, a nie tylko hasłem. To motto Wally’ego. Obietnica dana Lindzie. Deklaracja miłości, która ma trwać mimo rozpadu wszechświata. Czas i uczucie – dwa główne filary tej historii.
Spurrier idzie w stronę metafizyki, ale nie zapomina o emocjach. Relacja Wally’ego z Lindą wybrzmiewa naprawdę ładnie, momentami wręcz poetycko. Ciekawie poprowadzono też wątek Barry’ego Allena – jego rola mentora i punktu odniesienia dla Wally’ego zyskuje tu nową głębię.
Największa zmiana? Drugi tom lepiej waży proporcje. W pierwszym miałam poczucie przesytu – zbyt wiele wątków, zbyt wiele dziwnych zachowań bohaterów, które trudno było od razu zaakceptować. Tutaj część z tych decyzji zostaje sensownie wyjaśniona. I nagle wcześniejszy chaos zaczyna wyglądać jak zaplanowana konstrukcja.
Podoba mi się, że Spurrier nie idzie w prostą historię o biciu złoczyńców i ratowaniu dnia. Wprowadza wątek walki wewnętrznej, podważa stabilność Mocy Prędkości, bawi się mitologią Flasha. Reverse-Flash? Obecny, ale wykorzystany inaczej, niż można by się spodziewać. Nie jako oczywisty „wielki zły”, tylko element większej, bardziej złożonej układanki.
Nie wszystko działa idealnie. Niektóre wątki z pierwszego tomu – choćby praca Wally’ego w Terrifictechu – zostają potraktowane po macoszemu. Finałowa konfrontacja z kosmicznymi przeciwnikami zostawia lekki niedosyt. Czasem wciąż bywa zbyt gęsto, zbyt konceptualnie.
Za to warstwa graficzna – bardzo mocna. Ramón Pérez i gościnni rysownicy świetnie oddają dynamikę biegu, ale też tę półpłynną, niestabilną rzeczywistość. Kadry momentami przypominają bardziej oniryczne wizje niż klasyczny komiks superbohaterski. I to pasuje. Ten świat nie ma być stabilny.
„Flash. Póki czas się nie zatrzyma. Tom 2” to ambitna, momentami wymagająca historia. Niekoniecznie najlepszy punkt startowy dla nowych czytelników, ale bardzo ciekawa propozycja dla tych, którzy czują przesyt standardowym superbohaterskim schematem.
Spurrier rozwija postać Wally’ego Westa, ryzykuje, eksperymentuje. Nie wszystko wychodzi idealnie, ale widać wyraźną wizję i konsekwencję. A to w długich runach bywa cenniejsze niż bezpieczne odtwarzanie sprawdzonych motywów. Jeśli lubisz, gdy komiks o Flashu jest bardziej o czasie, tożsamości i relacjach niż o samym biegu – ten tom może cię naprawdę wciągnąć.
Zapowiedź: Opowiadania najlepsze
Najsłynniejsze opowiadania mistrza fantastyki, w tym 6 nagrodzonych nagrodą Hugo, 5 - nagrodą Locusa i 3 - nagrodą Nebula.
Apollo. Świat mitów
Mitologia grecka od zawsze działa jak magnes. Bogowie, którzy są jednocześnie potężni i bardzo ludzcy. Emocje, ambicje, gniew. Seria „Świat Mitów” od początku miała ambitny plan. Jaki? Opowiadać antyczne historie w przystępnej, komiksowej formie, a jednocześnie nie rezygnować z refleksji i kontekstu. Tom poświęcony Apollonowi zapowiadał się szczególnie obiecująco. W końcu mówimy o jednym z najbardziej złożonych bogów Olimpu.
O czym jest książka
Album prowadzi czytelnika przez wybrane epizody z życia Apolla. Od narodzin, przez zabicie Pytona i ustanowienie wyroczni delfickiej, po pojedynek z Marsjaszem. Pojawiają się też wątki związane z Asklepiosem i boską rolą Apolla jako patrona sztuki, harmonii i medycyny. To jednak raczej zbiór punktów na osi czasu niż spójna opowieść. Komiks skupia się na faktach, skrótach, symbolicznych scenach, momentami przypominając mitologiczny konspekt.
Moja opinia i przemyślenia
Tom sprawia wrażenie przygotowanego w pośpiechu. Historie są podane wybiórczo, bez wyraźnego rytmu i bez pogłębienia. Apollo zostaje pokazany jako piękny, wszechmocny, arogancki i mściwy, ale brakuje przestrzeni, by zrozumieć jego motywacje. Relacje z innymi bogami – zwłaszcza z Artemidą – są ledwie zaznaczone albo pominięte. Wątki poboczne, jak historia Asklepiosa, sprawiają momentami wrażenie sztucznego wypełnienia albumu.
Rysunki są czytelne i poprawne, dobrze prowadzą narrację wizualną, ale nie zawsze przekonują. Mimika bywa nienaturalna, a twarze potrafią wyglądać dziwnie, wręcz karykaturalnie. Największym problemem jest rozpoznawalność postaci. Niektórzy bogowie tracą swoją ikonograficzną wyrazistość, co w serii o mitologii jest dość dotkliwe.
Najciekawszym elementem albumu okazuje się… dodatek tekstowy na końcu. Opracowanie naukowe porządkuje przedstawione mity, nadaje im sens filozoficzny i kulturowy, a przy tym jest napisane przystępnie i klarownie. To właśnie ta część realnie podnosi wartość całego tomu.
Podsumowanie
„Świat Mitów. Apollo” to najsłabszy album z dotychczas wydanych w serii. Może sprawdzić się jako szybkie odświeżenie podstaw mitologii greckiej, szczególnie dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z tym tematem. U czytelników znających poprzednie tomy pozostanie wyraźny niedosyt. Komiks zostaje w pamięci tylko dzięki części eseistycznej, nie samej historii obrazkowej. Niestety, tak jak całą serię bardzo polubiłam, tak tym razem ciężko mi polecić ten tom.
Nic takiego
Choć i tak już powoli żegnał się z życiem, to ktoś i tak postanowił przyspieszyć jego śmierć. Milioner Tadeusz Bacewicz zostaje zamordowany we własnym domu, w łóżku. Pokój ofiary wygląda jakby przeszło przez niego tornado. A pod łóżkiem mężczyzny leży nóż. Jeśli brak śladów włamania, to czy sprawcą jest ktoś z bliskich zamordowanego? Szczególnie że właśnie tego wieczoru Bacewicz miał ogłosić zmiany, jakie wprowadził w testamencie. Idealny motyw? Być może.
Prokurator Grzegorz Hala dociera na miejsce zbrodni; stara się w pełni uczestniczyć w sprawie, choć jego myśli raz po raz odpływają w równie nieprzyjemne rejony. Mężczyzna bowiem od jakiegoś czasu dostaje anonimy, sugerujące, iż ich nadawca zna tajemnice prokuratora. I nie zawaha się tej wiedzy wykorzystać.
Dla podkomisarz Michaliny Murawskiej śmierć milionera jest jak wygrana w lotto. Kobieta liczy, że rozwiązanie sprawy przyspieszy jej awans. Bo skoro już musiała wrócić do Piaseczna, to niech, chociaż jej się to opłaci! Co prawda informacja o podpięciu do niej nowej partnerki (również podkomisarz) Kai Dalke nie budzi jej entuzjazmu, to postanawia nie dać się wybić z rytmu. Nawet jeżeli Dalke jest dość... specyficzna.
Czy ta trójka bohaterów jest w stanie ze sobą współpracować? A może każde z nich ukrywa coś, co może zaważyć na toczącym się śledztwie?
Można powiedzieć, że literacko „znam” Katarzynę Puzyńską nie od dziś. Ona lata temu debiutowała „Motylkiem”, czyli pierwszym tomem popularnej sagi o Lipowie, ja natomiast miałam przyjemność go recenzować. Od tamtego momentu sięgałam po twórczość naszej autorki, a wspomnianą już sagę polecam moim bliskim i znajomym do dziś. Trochę sentyment, a trochę i ciekawość sprawiły, że skusiłam się na nowość spod jej pióra, czyli „Nic takiego". Jak sądzicie, jak poszło?
Już na początku muszę napisać, że bardzo ciężko odciąć się czytelniczo- emocjonalno (i wszelako) od sagi o Lipowie. Towarzyszyła mi tak długo, że w pewien sposób „wrosła” we mnie. Szczególnie gdy na tapecie pojawia się kolejna książka Puzyńskiej. Efekt tego jest taki, że do połowy „Nic takiego” nie mogłam się wczuć, bo miałam wrażenie, że czytam kolejny tom Lipowa, tyle że z innymi bohaterami. Cóż, to akurat coś, z czym muszę powalczyć sama - a być może i ci, którzy znają starszą i nowszą twórczość pani Kasi, mają podobne odczucia.
Śledztwo w sprawie morderstwa Bacewicza toczy się wartko, choć nasza trójca niejednokrotnie natrafia na przeszkody. Jedną z nich jest córka milionera, Oliwia Bacewicz, znana persona w środowisku internetowych influencerów, zajmujących się prawdziwymi zbrodniami. Co więcej, każde z nich walczy ze swoimi własnymi demonami i tylko chęć rozwikłania zagadki pcha ich do przodu, zmuszając do odłożenia prywaty na później. Szczerze powiedziawszy, śledztwo niespecjalnie mnie zainteresowało - może ze względu na to, że na 99% było wiadomo, że morderstwa dopuścił się ktoś przebywający w domu. Ponadto czułam się trochę tak, jakbym uczestniczyła w jednym z tych stworzonych przez Agathę Christie. Większe zainteresowanie budziła we mnie przeszłość Michaliny, Kai i Grzegorza.
Co do bohaterów, to właśnie tutaj autorka „zaszalała”, tworząc trio specyficzne w różnym stopniu. Prokurator Hala obsesyjnie dbał o to, by w jego otoczeniu było jak najmniej bakterii oraz zarazków, Kaja zaś z lubością wyciągała kolejne karty tarota w najmniej odpowiednich momentach. W tym zestawieniu jedynie Michalina wydaje się niczym nie wyróżniać na tle pozostałych, oprócz odwagi graniczącej niejednokrotnie z brawurą. Dość wybuchowa mieszanka, trzeba to przyznać.
„Nic takiego” to dobra lektura, aczkolwiek myślę, że fanom Lipowa może zabrać kilka chwil odcięcie się od ulubionej sagi i „przeniesienie” do nowej serii. I jeżeli myśleliście, że główne postacie odkryły wszystkie swoje karty, to jesteście w dużym błędzie. Puzyńska pozostawiła nas bez odpowiedzi w kilku kwestiach, za to z milionem pytań. Nie pozostało nam nic innego jak, tylko wyczekiwać kolejnego tomu. Polecam nie tylko fanom twórczości naszej polskiej autorki, lecz również tym, których kusi rozpoczęcie przygody z jej książkami.
Four Ruined Realms. Cztery stracone królestwa
Czy znasz takie książki, które od pierwszych stron przypominają, że zaufanie bywa najdroższą walutą, a zemsta potrafi połączyć silniej niż wspólny cel? Cztery stracone królestwa to drugi tom serii Pięć pękniętych ostrzy autorstwa Mai Corland i powrót do świata, w którym nikt nie jest krystaliczny, a każda decyzja ma swoją cenę. Wracamy do drużyny, która już raz się rozpadła. Teraz musi działać razem. Bo nie ma wyjścia.
O czym jest książka
Król Joon rozegrał wszystkich po mistrzowsku. Zamiast śmierci – nowa misja. Trzydzieści dni, jeden boski artefakt i królestwo Khitan, do którego nikt nie ma wstępu. Pierścień należy do królowej Quilimar, siostry Joona. Dotarcie do niej graniczy z cudem, a próby kończą się śmiercią.
Bohaterowie – Mikail, Aeri, Royo, Euyn, Sora i Tiyung – niosą ze sobą bagaż zdrad z pierwszego tomu. Wciąż mają sekrety, ciche dni i niewypowiedziane pretensje. Jednak wspólny cel powoli ich zbliża. Khitan okazuje się królestwem rządzonym według feministycznych zasad, co jest ciekawym i dobrze wplecionym akcentem światotwórczym. Nic nie jest tu jednoznaczne. Nawet władza.
Moja opinia i przemyślenia
Największą zaletą książki pozostają bohaterowie. Moralnie szarzy. Poranieni. Uparci. Każdy z nich ma coś do stracenia, dlatego współpraca staje się koniecznością, nie wyborem. Relacje są napięte – wybaczenie to jedno, zrozumienie drugie. Euyn i Mikail oddaleni. Aeri wikła się we własne kłamstwa. Sora tęskni, boli, zostaje w pamięci na długo.
Szczególnie intrygujący jest Mikail – arcyszpieg o wielu twarzach, który wszystko wie, wszystko planuje, ale coraz trudniej odgadnąć, kim naprawdę jest. Royo nadal kryje potencjał, który aż prosi się o rozwinięcie w kolejnym tomie. Narracja wieloosobowa działa tu zaskakująco dobrze – krótkie, dynamiczne rozdziały utrzymują tempo i napięcie, bez chaosu.
To fantastyka drogi, pełna trudnych wyborów, poświęceń i narastającej chęci zemsty. Brutalna momentami, z wyraźnymi trigger warnings – zdecydowanie nie dla każdego, mimo oznaczenia 14+.
Warto też wspomnieć o wydaniu – książka ukazała się nakładem Wydawnictwo Jaguar i naprawdę cieszy oko: twarda oprawa, barwione brzegi, format, który wyróżnia się na półce.
Podsumowanie
Cztery stracone królestwa to mocna kontynuacja, która nie zwalnia tempa i pogłębia emocjonalne rysy bohaterów. Świetnie poprowadzona intryga, dobrze zarysowany świat i zakończenie, które zostawia z niedosytem.
Jeśli pierwszy tom jest już za Tobą, nie ma odwrotu. A jeśli nie – lepiej nadrobić. Bo ta historia jeszcze się nie skończyła.
Śpiew stali
Właściwie debiutancką powieść Łukasza Konopczaka można by było podzielić na dwie odrębne części: tę fantastyczną, dotyczącą japońskiego panteonu bogów, oraz tę historyczną, przesiąkniętą klimatem średniowiecznej Japonii oraz fikcyjnego rodu Yamamoto.
Warto przed czytaniem zapoznać się z mitologią japońską, bo choć bogowie są bardzo dobrze opisani, to jednak o wiele przyjemniej czyta się o kimś, kogo „życiorys” nieco już znamy. Niemniej chylę czoła przed autorem, który świetnie poradził sobie z wyjaśnieniem czytelnikowi kto, z kim, gdzie, kiedy i jak. Sam autor zwraca w posłowiu uwagę, że nawet musiał nieco uprościć i zeuropeizować niektóre elementy fabuły. Dla mnie nieco znającej z innych lektur japońskie klimaty bywało to nawet za bardzo uproszczone, ale rozumiem zamysł. Dzięki temu książka jest bardziej przystępna i plus za to dla autora. Ba, możemy polubić kłócące się rodzeństwo bóstw i ich nieco nieudolnych wychowawczo rodziców. Z drugiej strony osoby lubiące dobrze osadzoną w kulturze innego kraju książkę odbiją się tu od ściany.
W przypadku przyziemnych części fabuły mocno widać wpływ japońskich klasyków kina jak np. Akira Kurosawa czy nawet anime „Naruto”, które także garściami czerpie z folkloru japońskiego. Obrazy są bardzo plastyczne, walki widowiskowe i z powodzeniem fabuła mogłaby być kanwą całkiem ciekawego filmu. Może nie na miarę „Ostatniego Samuraja” czy „Shoguna”, ale jednak czegoś w tym guście. Na niedomiar knowań książka bowiem nie cierpi i możemy obserwować, jak eliminowani są wrogowie cesarstwa, jak zgniły jest pałac, jak budo może być motywem przewodnim każdego przewrotu zbrojnego, a zemsta motorem działań.
Nieco problemów może czytelnikowi sama struktura tekstu. Bardzo często musiałam kilkakrotnie czytać zdania, by je poprawnie zrozumieć. Aż sprawdzałam, czy książka przeszła korektę. Bo o ile nie doświadczyłam jakichś błędów kłujących w oczy, to już szyk w zdaniach bywał mylący.
Historia jest w sumie prosta. Oto matka pragnie zemsty na młodziutkim cesarzu za morderstwo swej rodziny, które to jest podyktowane tylko urażoną duma władcy. Gotowa jest pójść do piekła i dobić targu z diabłem (tu: Izanami), by mieć siły na taki gest. W tle majaczy jeszcze najazd Mongołów na Japonię oraz nastanie shogunatu/bakufu. I tyle właściwie wystarczy, by wciągnąć na długie godziny czytelnika. Zachwycić? Nie, ale na pewno nie odrzucić.
