kwiecień 04, 2025

Rezultaty wyszukiwania dla: opowiadania fantasy

czwartek, 17 luty 2022 11:34

Rigor

 

Ludzie już nie wierzą w istnienie bytów nadnaturalnych; logika kieruje ich życiem, a nauka ma pomóc wytłumaczyć zjawiska, z jakimi przychodzi się nam spotkać. A co, jeżeli czegoś nie da się racjonalnie wytłumaczyć? Jeżeli ta rzecz, to istnienie, wymyka się wszelkiemu pojmowaniu...?
Nie wierzcie temu, co widzicie- wzrok może Was oszukać. Wiedza może Was oszukać. Istnieją rzeczy, które wymykają się ludzkiemu pojmowaniu, więc... po prostu słuchajcie.


Nie wiedziałam, w jak dużym stopniu mogę wierzyć w zapewnienia, iż wyobraźnia pana Śmigla gładko przesuwa się po różnych gatunkach. Zbiór opowiadań "Rigor" bowiem nie jest ukierunkowany na wyłącznie jedną kategorię- znajdziemy tutaj historie z pogranicza grozy, fantastyki, jak również thrillera. I owszem, książka ta udowodniła, iż nasz polski autor posiada wyobraźnię wielokierunkową, nie skupiał się wyłącznie na jednym gatunku, racząc czytelnika zróżnicowanymi opowiadaniami. Wcześniej nie miałam do czynienia z twórczością pana Łukasza, a słyszałam o niej całkiem dobre opinie. Teraz wreszcie nadeszła możliwość, by wyciągnąć na jej temat swoje własne zdanie.


Zbiory opowiadań zazwyczaj przerażają; i nie, nie ze względu na tematykę- raczej na fakt, iż książka wypełniona owymi krótkimi formami literackimi jest nierzadko trudniejsza do zrecenzowania. Mamy kłopot, by wysnuć wniosek na temat danego opowiadania, gdyż np. było za krótkie, nie zdążyło w nas wzbudzić potrzebnych emocji, nie dostarczyło tego, czego w nim szukaliśmy. Inne z kolei mogą być zbyt rozwlekłe, a my cierpliwie czekamy na finisz. Rzekłabym, że w przypadku "Rigor" takiej sytuacji nie napotkałam- wszystko było wyważone, każda historia (moim zdaniem) miała odpowiednią długość, więc bez problemu mogłam poznać bohatera, jego refleksje, plany. I to prawda, autor żongluje gatunkami z wprawą magika: raz byłam w Japonii, by za kilka stron przenieść się w zakątki innego kraju, innego czasu, innej czasoprzestrzeni. Spotykałam na swojej drodze tajemnicze byty, kosmiczne istoty, jak również zwykłych ludzi, noszących znamię zła. Misz- masz idealny, więc teoretycznie na nudę nie powinnam narzekać. A jednak... jednak coś na tej drodze poszło nie tak, bowiem zupełnie nie mogłam się wciągnąć. Niby cały czas się coś działo, a jednak wydarzenia nie przyciągały mojej uwagi na tyle, bym zupełnie zapomniała o otaczającej mnie rzeczywistości. Niektóre dialogi były drętwe, a postacie... cóż, takie, o których nie można jednoznacznie nic powiedzieć. Jak tło.


Żeby nie skreślać całkowicie "Rigor" z Waszej ewentualnej listy "must read" dodam, że były -i oczywiście!- opowiadania bardzo dobre, choć jak dla mnie znacznie mniej. Do takich przypisuję m.in. to o Świętym Mikołaju (poniekąd...), gdzie mogliśmy się spotkać z mrokiem, brutalnością i dawnymi obrazami istot, które obecnie znamy pod zupełnie innym wizerunkiem. Podobnie rzecz się miała z czytelniczą podróżą do Japonii, gdzie postrach siały groteskowe byty- to było coś nowego. A wracając do kwestii bardziej realnych, na plus również zapisało się w mojej pamięci opowiadanie o pewnym detektywie, który napotkał na swojej drodze tak mroczne siły, że nikomu nie życzyłabym powtórki z jego doświadczeń. Przyznam szczerze, że opowiadania z gatunku science fiction zupełnie mnie nie przyciągnęły, ale to raczej kwestia tego, iż owa kategoria w ogóle nie podbiła mojego serca, w żadnym wydaniu. I na ten moment pozostaje to niezmienne.


Reasumując, "Rigor" zawiera w sobie kilka mocnych pozycji, otoczonych przez nieco słabsze, mniej intrygujące. Moim zdaniem książka zasługuje na mocną tróję, co nie zmienia faktu, że z chęcią sięgnę po pozostałe książki autora - z czystej ciekawości. A nuż poprzednik spodoba mi się bardziej? Wierzę również, że z lektury na lekturę pisarz jeszcze bardziej rozwinie swoje pióro, zabierając nas w jeszcze ciekawsze literackie podróże. Mimo wad zachęcam do sięgnięcia po nowość od pana Śmigla, może akurat to Wy odnajdziecie w niej więcej dla siebie.

Dział: Książki

"Spirit Animals. Opowieści upadłych bestii” nie jest pełnoprawną częścią serii „Spirit animals”. To specjalna edycja, w której kilkoro znanych autorów, w tym Brandon Mull, zamieścili swoje opowiadania z uniwersum tego świata fantasy. To dlatego nie można nastawiać się na kontynuację zdarzeń z ósmego tomu serii, a zupełnie nowe historie o dzieciach, które miały moc przywoływania zwierzoducha.

Tym razem złoczyńca o imieniu Zerif, najeżdża krainę Erdas i rozprzestrzenia pasożyta na duchowe zwierzęta i ich towarzyszy, co powoduje, że postacie wchodzą w stan przypominający zombie. Dodatkowo po zainfekowaniu są lojalne wobec łotra i jego niecnych planów. Zderzają się miecze, blokują tarcze, duszę trawią pasożyty. Świetna książka będąca przerwą, pomiędzy kolejnymi częściami serii.

Z racji tego, iż opowiadania są różnych autorów, są one dosyć nierówne fabularnie. Najlepiej wypada przy tym Brandon Mull i jego „Zdrada” o Gerathonie, wielkiej kobrze. Bohater został wezwany przez Raishę, lojalną sługę Zerifa. Będziemy tu mieli do czynienia z ucieczką z więzienia, zdradą i zabiciem jednego z Zielonych Płaszczy. Niestety to opowiadanie nie kończy się pozytywnie.

Wszyscy bohaterowie przywołujący zwierzoducha mają około 12 lat i  mają oni tendencję do podejmowania ryzyka i wykorzystywania innowacyjnych pomysłów, aby wyjść z trudnych sytuacji. Mają stopień odporności, który normalnie nie występuje u tak małych dzieci, co daje bohaterom prawdziwy dziecięcy urok. Czytelnicy w wieku powyżej ośmiu lat mogą się z nimi identyfikować i chętnie towarzyszą im w ich przygodach. Przy odrobinie wyobraźni, mogą sobie wyobrazić siebie w podobnych miejscach, walczących ze złymi adwersarzami przy pomocy własnego duchowego zwierzęcia. Sama idea powstałego partnerstwa jest intrygująca, ponieważ bada relację człowieka i zwierzęcia. Najbliższą paralelą w prawdziwym życiu byłaby prawdopodobnie więź, jaka istnieje z niektórymi właścicielami i ich psami.

Dział: Książki
sobota, 10 kwiecień 2021 23:18

W jednej chwili

 

Przejmująca opowieść o tym, jak kruche jest życie, ale też o tym, jak silne potrafią być nasze więzi i wola przetrwania.

„W jednej chwili” to historia zainspirowana wydarzeniami z wczesnego dzieciństwa Autorki, kiedy z rodziną zawędrowała w góry, gdzie dopadła ich śnieżyca, na którą byli zupełnie nieprzygotowani. Dzięki trzeźwości umysłu ojca i wuja rodzina wyszła z walki z siłami natury jedynie z lekkimi odmrożeniami. Niebezpiecznej sytuacji jednak można było po prostu uniknąć. Wystarczyło obdarzyć naturę wystarczająco dużym szacunkiem. Czy jednak również rodzina Finn, głównej bohaterki powieści „W jednej chwili”, mogła uniknąć wypadku? 

Ta książka jest o katastrofie, ale prawdziwa historia rozgrywa się tak naprawdę po niej, po zbrodni, kiedy ludziom zaczynają doskwierać konsekwencje decyzji, które podjęli. 

Ojciec nastoletniej Finn zabiera rodzinę do górskiej chaty na zupełnym odludziu. Po drodze jednak mają wypadek, w którym Finn traci życie, a niektórzy członkowie jej rodziny zostają poważnie ranni. Teraz muszą zrobić wszystko, żeby przeżyć, a ujemna temperatura i śnieżyca zdecydowanie w tym nie pomagają. Finn, jako duch i obiektywny obserwator, przygląda się poczynaniom swoich najbliższych, kibicując im ze wszystkich sił i mając nadzieję, że nie dołączą do niej zbyt szybko. 

Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się tak dobrej książki. Suzanne Redfearn napisała świetną, trzymającą w napięciu historię z wieloma, zaskakującymi czytelnika elementami. Mimo że już wcześniej spotkałam się z narracją prowadzoną przez ducha, pomysł ten wciąż mi się podoba, a pisarka w swojej powieści „W jednej chwili” doskonale go zrealizowała. Gdy dodamy do tego lekkie pióro, dar opowiadania i odrobinę sarkazmu, który od czasu do czasu przejawia Finn, otrzymamy naprawdę wyśmienitą lekturę. 

Rodzinę Finn poznajemy stopniowo, krok po kroku. O każdym jej członku dowiadujemy się wielu ciekawostek i drobnych smaczków. Książka napisana została w narracji pierwszoosobowej, więc poznajemy również uczucia, jakimi bohaterka darzyła najbliższe jej osoby. Autorka wyraźnie też postanowiła wrzucić do powieści odzwierciedlenie własnego wuja, który podczas zamieci, jaka spotkała ją samą, zajmował się jedynie własnymi dziećmi, nie poświęcając uwagi jej oraz jej bratu, co spowodowało, że również w dorosłym życiu żyje z traumatycznymi wspomnieniami. Jednak myślę, że to właśnie tamtym wydarzeniom zawdzięczamy tak świetną książkę. 

Jestem zaskoczona, jak ogromną przyjemność sprawiła mi lektura powieści „W jednej chwili”. To świetnie napisana, trzymająca w napięciu książka. Mam nadzieję, że wydawnictwo Rebis pokusi się o wydanie kolejnych tytułów spod pióra Suzanne Redfearn. Z miłą chęcią bym je poznała. 

Dział: Książki
poniedziałek, 08 marzec 2021 14:33

Zapowiedź: Mistrzowie Komiksu. Czarna Orchidea

Susan Linden została brutalnie zamordowana. Aby pomścić swoją śmierć, odradza się jako Czarna Orchidea – hybryda człowieka i rośliny. Korzystając ze swojej ludzkiej pamięci oraz mocy pochodzącej z roślin stara się rozwikłać sieć oszustw i tajemnic, które doprowadziły do jej zabójstwa i odnaleźć mordercę.

Dział: Komiksy
wtorek, 23 czerwiec 2020 11:53

Kurczaczek i Salamandra

- Chcesz być moją przyjaciółką? Nie jestem za dobrą w tym całym przyjaźnieniu się i nigdy nie miałam przyjaciółki, ale mamą mówi, że to ważne. [...]
- Chcę. Też nie wiem jak. Ale Dora mówi, że gdy dwie osoby bardzo czegoś chcą, to już połowa sukcesu. *

Nastoletnie lata są trudne już same w sobie, a gdy dojdzie do tego magia, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Trzeba zmagać się nie tylko z tym, co każdy przeciętny nastolatek, ale dodatkowo z panowaniem nad tym, by ujarzmić ogień, opanować komunikację z duchami czy też przemianę w rysia…

Kurczaczek i Salamandra to taka mała niespodzianka dla fanów Thornverse.

Trzy opowiadania, w których spotykamy Dorę Wilk, Witkacego oraz Nikitę. Tylko tym razem nie oni grają pierwsze skrzypce, a ich… mali podopieczni. Salomea próbuje odnaleźć się w nowej sytuacji. Trudno jej uwierzyć, że ktoś może ją pokochać i wybrać, nawet gdy sprawia tyle kłopotów i nie panuje nad swoją mocą. Wiktoria musi uważać na to, co robi, bo złamanie warunkowych zakazów będzie straszne w skutkach. Tylko jak nie wpaść w kłopoty, kiedy one same ją znajdują? Jest jeszcze Michaś i jego pierwsza przemiana w rysia. To nic, że plączą mu się łapki i kusi go ganianie za swoim ogonem. Musi zrobić psikusa Nikicie, a czy będzie coś lepszego niż zakopanie tajemniczych paczek pozostawionych przez kogoś pod jej domem i przygotowanie mamy, by sama je odnalazła?

Kiedy tylko książka Kurczaczek i Salamandra pojawiła się w zapowiedziach, od razu wiedziałam, że nie będę mogła przejść obok niej obojętnie. Uwielbiam uniwersum stworzone przez Anetę Jadowską i zawsze chętnie do niego wracam. Jak ten zbiór opowiadań wypadł w moich oczach?

Tak już z opowiadaniami bywa…

Opowiadania mają to do siebie, że ich poziom jest zróżnicowany. I chociaż Anecie Jadowskiej zbiór Kurczaczek i Salamandra wyszedł bardzo fajnie, to jednak nie da się nie zauważyć, że ze wszystkich trzech najbardziej dopracowane i rozbudowane jest Igranie z ogniem. To opowiadanie zajmuje większą część książki, zawiera w sobie wiele wątków i emocji. Autorka pomimo krótkiej formy świetnie sobie poradziła z poprowadzeniem, rozbudowaniem i zakończeniem fabuły. Można odczuć, że to nie koniec drogi tych postaci, ale ten rozdział się skończył.

Z kolei przy opowiadaniu Duma i ciągłość poczułam lekki zawód. I nie dlatego, że jest złe, bo tego powiedzieć nie mogę. Historia Wiktoria ma duży potencjał, czytało mi się ją dobrze i z zaciekawieniem. Brakuje jej jednak takiego dopracowania jak w przypadku opisu przygód Salci. Wiktoria opisuje, że przeżyła dramatyczne chwile, które odebrały jej możliwość bycia dzieckiem jeszcze przez chwilę. Jednak ja tego napięcia, strachu i żalu nie poczułam. Zginęło to gdzieś pomiędzy śledztwem, rozwiązaniem sprawy i innymi wątkami. Szkoda, bo to było naprawdę dobrze pomyślane.

Przygody małego drapieżnika to nawet nie opowiadanie, a bardziej anegdotka. Zabawna, urocza i wywołująca ciepło na sercu historyjka o Michasiu. Chłopiec cieszy się ze swojej pierwszej przemiany i chce się tym podzielić z kimś, kogo bardzo lubi. Tutaj nie mam nic do zarzucenia treści, jest krótko, ale idealnie.

Słówko o bohaterach.

Charakterystyka postaci wyszła za to autorce rewelacyjnie. Od razu wiadomo, kto jest kim. Ci, co znają je już z poprzednich spotkań wiedzą co, jak i dlaczego, ale nawet dla kogoś, kto pierwszy raz sięga po książki Anety, bez problemu poradzi sobie z rozpoznaniem i powiązaniem poszczególnych postaci ze sobą. Bohaterowie są sobą, ze swoimi wadami i zaletami, wybuchowymi charakterami, lękami, nadziejami, wpadaniem w kłopoty i niespodziewanymi przyjaźniami.

Podsumowując

W moim odczuciu Kurczaczek i Salamandra jest czymś obowiązkowym dla fanów Thornverse. Chociaż każde z opowiadań jest inne i przy środkowym miałam parę uwag, to tak naprawdę świetnie się bawiłam w trakcie czytania. Historia Salci bardzo mnie poruszyła i nawet wywołała łzy. Dało się też przy niej pośmiać, jak i przy pozostałych dwóch opowiadaniach. Aneta Jadowska ponownie w swoim lekkim stylu zagwarantowała mi pobyt w swoim świecie, dobrą zabawę, ale również skłoniła do refleksji na poruszone tematy. Szkoda tylko, że tak szybko dotarłam do ostatniej strony, bo żal mi było rozstawać się z tą całą zgrają.

Dział: Książki
piątek, 29 maj 2020 19:04

Kotolotki

Dla wszystkich kotów, które kochałam. U.K.L.G.

Myślę, że nikt, kto nie zna twórczości Ursuli K. Le Guin nie może określać się mianem miłośnika fantastyki. Cykl „Ziemiomorze” wywarł na mnie ogromne wrażenie i jest jedną z podstaw, na której urosła moja miłość do gatunku. Po raz pierwszy jednak mam okazję sięgnąć po literaturę dziecięcą spod pióra Królowej Fantastyki. W dzisiejszym wpisie podzielę się z Wami wrażeniami, jakie wywarły na mnie „Kotolotki”.

Zarys fabuły

Pewnej mądrej, ale mieszkającej w nieciekawej dzielnicy kocicy, urodziła się czwórka małych kociąt. Maluchy jednak okazały się niezwykłe. Urosły im skrzydła, z których szybko nauczyły się korzystać. Wówczas matka nakazała im odlecieć w poszukiwaniu lepszego życia. Thelma, Harriet, James i Roger uciekli z miasta, ale czy w lesie i na wsi czekało na nich cokolwiek lepszego niż resztki z przewróconego śmietnika?

Moja opinia i przemyślenia

Książeczka została pięknie wydana. Ma twardą oprawę, a wewnątrz zdobią ją śliczne ilustracje S.D. Shindlera. Na świetnej jakości papierze, dużą czcionką, wydrukowane zostały cztery opowiadania z serii: „Kotolotki”, „Powrót Kotolotków”, „Wspaniały Alexander i Kotolotki” oraz „Jane rozkłada skrzydła”. Po lekturze publikacja będzie się świetnie prezentowała na półce obok innych dzieł spod pióra Ursuli K. Le Guin.

Stworzenie Kotolotków (czyli kotków ze skrzydłami) to niezwykle prosty, ale intrygujący w swej prostocie pomysł. Rodzeństwo przyszło na świat u zwykłej, kociej mamy. Ich tata również nie wykazywał żadnych specjalnych zdolności. Maluchy spotkały na swej pełnej przygód drodze zarówno wiele dobrych, jak i złych lub zwyczajnie wrednych czy żądnych zysku postaci. Opowiadania są bardzo ciekawe i dobrze przemyślane. Sądzę, że bez trudu zaintrygują każdego, młodego czytelnika. Przyznam, że sama również książkę czytałam z niekłamaną przyjemnością. 

Ursula K. Le Guin nie byłaby sobą, gdyby stworzyła książkę płytką i pozbawioną wartości. Tak więc nawet dzieło skierowane do najmłodszych czytelników, zawiera w sobie kilka życiowych prawd i mądrości. Myślę jednak, że najważniejsze było przedstawienie pojęcia wolności, która to w piękny sposób została zaprezentowana w ostatnim opowiadaniu o przygodach małej Jane. 

Podsumowanie

Ursula K. Le Guin była świetną pisarką, która potrafiła odnaleźć się nie tylko w fantastyce, a właściwie w każdym gatunku literackim. „Kotolotki” to cudnie wydana książeczka dla dzieci, zawierająca cztery ciekawe opowiadania i wiele barwnych ilustracji. Lekturę z całego serca polecam wszystkim młodym czytelnikom. Sądzę, że będą oczarowani małymi Kotolotkami i pozwolą się porwać wspólnym przygodom. 

Dział: Książki
sobota, 16 maj 2020 12:45

Hitman. Tom 1

Dostajemy tu świat inny niż mamy w życiu realnym, pełen przerażających podobnych do ludzi kreatur, supermocy i złoczyńców. To właśnie Gotham City. Tym razem komiks w nim osadzony zdaje się być produktem tak wypaczonym i dziwnym, że jego stworzenie wydaje się równie dziwaczne jak impet, dzięki któremu Hitman stał się obecnym sobą.

Początkowo nasz bohater nie daje się lubić. Tommy Monaghan to płatny zabójca, który akurat czeka na swój cel. Dziwnym zbiegiem okoliczności niczym Spiderman zostaje ukąszony i tak samo jak on właśnie dzięki temu zdobywa swoje moce: rentgen w oczach i telepatię. To nie Hitman znany z gry komputerowej o tym samym tytule, lecz jego pierwowzór: mężczyzna z charakterystycznym płaszczu, ciężkich butach, szerokich barach, spluwą w każdej dłoni, papierosem w zębach i ciemnych okularach na oczach. Ma zwariowanych kumpli, niecodzienne poczucie humoru i kodeks moralny, który zabrania mordowania dobroczyńców, co powoduje kolejne dziwne rezygnacje z już zaklepanych zleceń. Oczywiście takie zachowanie przysparza mu nie przyjaciół, a wrogów. Teraz sam staje się celem.

Hitman jednak też jest (albo bywa) człowiekiem. Chce kochać, chce wychodzić na piwko i wspominać wojnę w Wietnamie, pożartować sobie. Jednak nie może już być tym samym Tommym. Przymus noszenia okularów sprawia, że nie może nawet spojrzeć swojej dziewczynie w oczy, a żarty z Batmanem raczej nie są na miejscu. Cóż więc zostaje naszemu rewolwerowi? Tylko narzekanie w samotności i wystrzelania całego magazynku w swe cele. Cóż, Hitman bardziej przypomina antybohatera.

Projekty postaci są często przesadzone w celu uzyskania efektu, a styl wymaga nieco przyzwyczajenia się, ale działa to na opowiadaną historię, a użycie cienia w celu zwiększenia napięcia i atmosfery jest dobrym rozwiązaniem.

Ennis wymyślił nowe i pomysłowe sposoby opowiadania dobrej historii, jednak ma liczne wady w prowadzeniu narracji choćby. Towarzyszy im dziwny brak przejść, bardziej nieobecnych niż istniejących, sama narracja jest wstrząsającym doświadczeniem niczym jakiś eksperyment. Nie zrozumcie mnie źle - „Hitman” jest naprawdę dającym rozrywkę komiksem i jest to niezwykle zabawne. Ale ogólnie jest też wyjątkowo miernym produktem. Ze względu na swoją wartość czysto historyczną, w najlepszym wypadku utorował drogę przyszłym przełomowym pracom Ennisa, na przykład „Kaznodziei”. Jako taki „Hitman” jest jedynie punktem orientacyjnym, który może tylko skierować cię w dobrym kierunku. Mimo to uważam komiks za zabawną lekturę dla fanów Ennisa i superbohaterów.

Dział: Komiksy
poniedziałek, 02 grudzień 2019 17:52

Czara cieni

Są tacy autorzy, którzy, nawet po jednej przeczytanej ich książce, zapadają w pamięć. Tak było właśnie z Frances Hardinge, gdy dwa lata temu przeczytałam jej Drzewo kłamstw. Chodziło nie tylko o oryginalnie opowiedzianą historię z dreszczykiem, w gotyckich klimatach. Głównie spodobał mi się sposób opowiadania i, choć historia była prosta do odczytania, bo mówiła o sile kłamstwa, które raz puszczone w obieg drastycznie się rozrasta, to snucie tej historii, ten nastrój grozy, przeplatające się ze sobą elementy realistyczne i fantastyczne, urzekły mnie i to bardzo. To dlatego, gdy zobaczyłam okładkę Czary cieni, najlepszą rekomendacją książki było dla mnie nazwisko jej autorki. I powiem od razu. Po raz kolejny się nie zawiodłam. Frances Hardinge naprawdę ma wielki talent.


12-letnia Zgódka, jest niezwykłym dzieckiem. Sama jeszcze za dobrze nie rozumie, na czym ta niezwykłość polega, dobrze jednak wie, że nie jest taka jak inni ludzie. Dziewczynka mieszka z mamą w Topoli, małej osadzie pod Londynem w bardzo purytańskiej i surowej społeczności, która wszystko, co inne, ponadzmysłowe i umykające ramom realności, uważa za wymysł Szatana. Gdy niespodziewanie i tragicznie umiera matka dziewczynki, bohaterka trafia pod opiekę rodziny ojca, którego nigdy nie było jej dane poznać. Rodzina Fellmote’ów to ród bardzo stary i dobrze sytuowany, pozostający w bardzo bliskich kontaktach z samym królem. Źródłem ich mocy i potęgi jest pewien sekret, który wiąże się także z umiejętnościami Zgódki. Dziewczynka szybko zdaje sobie sprawę, że jest dla swoich krewnych tylko pionkiem w wielkie grze, toczącej się od wielu stuleci. Czy uniknie losu innych, podobnych do siebie?


Powiedzieć, że świat Czary cieni jest magiczny i niezwykły, byłoby zbyt dużym uproszczeniem. On jest tak mroczny i tak niesamowity, że nie można się od niego oderwać. Realia życia przypominają późne średniowiecze. Przeplatający się ze sobą świat żywych i umarłych nie jest tylko biały ani tylko czarny. Duchy są żądne energii, mściwe i przewrotne, a żywi nie ustępują im pola. Czy osamotniona w swej walce nastolatka ma szansę wygrać z tabunem potężnych krewnych? Będzie trudno. A jeśli miałaby do pomocy grupę dziwacznych duchów? Szansa wzrasta, choć i tak łatwo nie będzie.


Czara cieni to świetna powieść przygodowa. Nie da się nudzić podczas czytania, bo wciąż zmieniamy lokalizacje: Topola, zamek Felmotte’ów, podróż do Londynu i znowu zamek. Gdy już wydawało mi się, że przewiduję, co się stanie, autorka tak zawracała akcję, że nie mogłam wyjść z podziwu. Bardzo łatwo polubić główną bohaterkę, która jest zwyczajną, prostą dziewczyną, ma jednak ogromną wolę walki o siebie i głęboko zakorzenione poczucie godności i uczciwości. Jest także bardzo pomysłowa i nie poddaje się bez walki. No i jest jeszcze Niedźwiedź. Nie zdradzę jednak o co chodzi, by nie psuć przyjemności poznawania tej historii, a ten wątek, jest w całej książce jednym z lepszych.


Jeśli ktoś czytał Drzewo kłamstw, to myślę, że nie muszę go specjalnie zachęcać do lektury Czary cieni. Jeśli jednak nie, to polecam lekturę ze szczerego serca. To barwna i zaskakująca historia, opowiedziana w sposób pomysłowy i sprawny.

Dział: Książki
piątek, 17 maj 2019 21:29

Przystań wiatrów

“Przystań wiatrów” to rozwinięcie bardzo popularnego niegdyś opowiadania pt. “Planeta burz”. W oryginale powieść wydana została w 1981 roku, zaś w Polsce 15 lat później. Duet Martin i Tuttle stworzył wspaniałą - wręcz epicką - opowieść o niepozornym heroizmie, a także o tym, jak jedna zwykła jednostka może zmienić cały świat.

Pomimo że książka nie wyszła spod pióra tylko jednego pisarza, całość jest niezwykle spójna i brak w niej przestojów czy niezborności. George R.R. Martin i Lisa Tuttle wykreowali na kartach swej książki obrazy tak niesamowite i wiarygodne, że żaden czytelnik nie pozostanie obojętny wobec przedstawionego świata.

Pomysł na fabułę jest oczywiście ciekawy, choć czytając tę książkę dziś, po prawie 40 latach od jej wydania, można mieć wrażenie, że nieszczególnie oryginalny. Człowiek od zawsze żył marzeniem o lataniu - o rozwinięciu skrzydeł i wolności, którą daje wiatr we włosach i niczym niezmącony spokój przestworzy. Bohaterom “Przystani wiatrów” się to udało, jednak nie był to koniec ich problemów.

Na uwagę zasługuje fakt, iż Martin i Tuttle nie poszli na łatwiznę i oprócz wykreowania fantastycznych krain, krajobrazów i techniki, stworzyli własną mitologię i kulturę. To coś zupełnie nowego, świeżego i niezwykle ciekawego. Za jedyną wadę “Przystani wiatrów” można byłoby uznać za mało wyraziste postaci, ponieważ o ile główna bohaterka jest postacią nietuzinkową i łatwo zapadającą w pamięć, tak o pozostałych mieszkańcach tytułowej Przystani Wiatrów nie można tego powiedzieć. Oczywiście żaden z nich nie jest pozbawiony polotu, nie cechuje go też nijakość, jednak po kilku miesiącach czy latach to jedynie Maris pozostanie w głowie czytelnika.

“Przystań wiatrów” to powieść pozbawiona niesamowitych zwrotów akcji czy porażających momentów, jednak jej nieodparty urok tkwi w subtelnych intrygach czy politycznych porachunkach. Jest to historia kompletnie inna od sławetnej “Pieśni lodu i ognia” George’a R.R. Martina, lecz jego wielcy miłośnicy z pewnością będą ukontentowani lekturą. W duecie z Lisą Tuttle pokazuje on swoje zupełnie inne oblicze, przy czym amerykańska pisarka ani na chwilę nie ustąpiła pola wielokrotnemu zdobywcy nagród Hugo czy Nebula.

Na uwagę zasługuje również przepiękne wydanie książki - subtelny projekt podkreśla ulotne piękno przedstawionej historii, zaś mapy umieszczone na ostatnich stronach pomagają czytelnikowi w lepszym rozeznaniu się w wykreowanym przez Tuttle i Martina świecie.

Dział: Książki
czwartek, 02 maj 2019 10:44

Harda Horda

Odkąd sięgam pamięcią, mój stosunek do antologii jest swoiście ambiwalentny. Z jednej strony bardzo cenię takie wydania, bowiem prezentują nietuzinkową różnorodność oraz dzięki nim mam szansę zasmakować twórczości wcześniej nieznanych mi autorów. Niestety, krótkie formy bywają różnej jakości, a zestawienie wielu pisarzy w jednej książce to nie zawsze dobry pomysł. „Harda Horda” jest doskonałym tego przykładem.

Do sięgnięcia po tę antologię zachęciły mnie przede wszystkim nazwiska widoczne na okładce. Ewa Białołęcka, Marta Kisiel, Agnieszka Hałas – to zaledwie trzy niesamowite kobiety z dwunastu, które przyłożyły pióro (lub raczej klawisze) do stworzenia tego zbioru. Skusiło mnie również fantastyczne wydanie książki. Zarówno okładka projektu Joanny Wójtowicz, jak i rysunki znanych artystek wewnątrz (m.in. wielbionej przeze mnie Magdaleny Babińskiej) robią wrażenie i tworzą spójną, klimatyczną całość z treścią. Prawdę mówiąc – w tym wydaniu zabrakło mi tylko spisu treści. Niemniej – jak wspominałam wcześniej – i tę pozycję dotknęła klątwa, która obarcza niemal każdą antologię. Kilka tekstów przyćmiła całą resztę, a autorki, na których opowiadania najbardziej liczyłam – no cóż – bardzo zawiodły…

We wszystkich opowiadaniach zaklęte są motywy z szeroko pojętej fantastyki. Spotkamy tutaj zombie, duchy oraz wiele innych bardziej lub mniej groźnych istot. Niektóre autorki w swoich tekstach nawiązują do swoich wcześniejszych dzieł („Bezduch” Martyny Raduchowskiej to nie lada gratka fanów „Szamanki od umarlaków”). To fajny sposób na zachęcenie potencjalnych czytaczy do swoich tworów – szczególnie, że pisarki unikały niuansów nie do zrozumienia dla osób nieobeznanych z danym uniwersum. Niestety, poza wspomnianą fantastyką, utwory autorek niewiele łączy.

Każde opowiadanie w „Hardej Hordzie” jest inne i choć to bez wątpienia w jakimś stopniu urozmaicenie, tak spodziewałam się jakiegoś punktu wspólnego, nie tylko w gatunku, bowiem zapowiedzianego „przekraczania granic” z opisu tutaj nie uraczyłam. Autorki nawzajem psuły sobie klimat, ponieważ ciężko po humoresce wskoczyć od razu w atmosferę grozy. Nie pomagał tutaj również fakt, że wielu historiom brakuje zakończenia, jakieś puenty, mocniejszej kropki. Na szczęście kilka opowiadań było naprawdę mocnych, zapadających w pamięć, urzekających. Do atutów tej antologii doliczyć jeszcze mogę często wielowymiarowych bohaterów (zarówno wśród postaci kobiecych, jak i męskich) oraz kreatywność i bajeczne umiejętności pisarskie autorek.

„Harda Horda” to cudownie wydana antologia polskich pisarek fantastyki, o bogatej tematyce. Jak w każdym zbiorze i tutaj spotkać można zarówno opowiadania kiepskie, jak i twory nie z tej ziemi. Kilka historii weń zawartych mnie rozczarowało, jednak jestem przekonana, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Polecam.

Dział: Książki