Rezultaty wyszukiwania dla: kryminał obyczajowy
Czarne narcyzy
Już po raz ósmy mamy zagościć w Lipowie. Na każdą powieść Katarzyny Puzyńskiej czekam z wypiekami na twarzy. Gdy książka do mnie trafia, zwykle mam ochotę rzucić wszystko i czytać. Niestety tym razem praca i konferencja, skutecznie mi to uniemożliwiły, dlatego sobota, sobota miała być dla tej, jednej z moich ukochanych pisarek. Dla Jej książek warto rezygnować ze snu, z wyjść, jak Katarzyna Puzyńska coś napisze, to powiem Wam, że klękajcie narody. Jednak bałam się tego tomu, to już ósmy, mało która seria wytrzymuje do tej pory, z zachowaniem poziomu. Czy Katarzyna Puzyńska, utrzyma naszą uwagę, czy wciąż będzie nas intrygować?
Będą spojlery, osoby, które ominęły Dom czwarty proszone są o nie-czytanie
Nasz znajomy Daniel Podgórski relegowany z szeregów policji powoli dogorywa na dnie. Znalazł zatrudnienie jako stróż nocy. Od szefa posterunku do ciecia, to prawie jak od zera do bohatera? Tylko odwrotnie. Daniel też nie jest dumny z nowej ścieżki zawodowej i jest na najlepszej drodze do zapicia się. Stracił wszystko. Aż tu pewnego dnia, jakby na ironię losu, w święto policji, zaczyna się dziać, najpierw jest świadkiem tego, że koledzy policjanci dostają opr za to, że informacje o śmierci jednego z mieszkańców Lipowa, są sprzeczne i wskazują na chaos w policji. Później, już w Brodnicy do Daniela podchodzi kobieta, która twierdzi, że jest dziennikarką i wie o faktach, które mogą pomóc wrócić Podgórskiemu do służby. I właściwie zaczyna się dziać, lawina, wszystkie drogi zdają zbiegać się w tajemniczym domu, zwanym Diabelcem, gdzie ongi Szatan opętał żonę drwala. Dom od lat stoi opuszczony, tylko leśniczy pilnuje by drwal miał zawsze naostrzoną siekierę, bo wtedy drwal będzie zadowolony i będzie trzymał Złego z daleka. To kolejna książka Katarzyny Puzyńskiej, podobna w klimacie do Utopców, która namacalnie wieje grozą, a ja przez kilka dni nie będę po zmierzchu wychodziła z domu.
Bardzo szanuję Katarzynę Puzyńską, że nie dała się porwać modzie i nie pisze książki miesięcznie, trzepiąc kasę, ale wydaje coś nowego rzadziej, ale jak już ta książka się pojawia, to po prostu wyrywa z butów. Tak jest w przypadku Czarnych narcyzów chociaż tym razem Katarzyna Puzyńska bardzo splątała fabułę, gdy poznajemy motywy i przebieg zdarzeń możemy odczuć prawdziwy zawrót głowy. I ktoś może się czepiać, że są komplikacje, ale to się trzyma kupy. To nie jest ściągnięte z księżyca, ani z alternatywnej rzeczywistości, ale nie jest mi ciężko sobie wyobrazić, takiego przebiegu wydarzeń.
Mnie akcja wciągnęła od samego początku, każdy wątek, który autorka wprowadza jest potrzebny, nie mamy dziwnych retrospekcji o ludziach, którzy podają w pewnym momencie bohaterowi ogień do papierosa, nie ma absurdalnych wydarzeń, wszystko składa się w bardzo logiczną całość, która wciąga. Wciąga też wątek obyczajowy. Autorka podtrzymuje mnie w stanie niepewności, bo ciągle pewne rzeczy nie zostały wyjaśnione. Fajnie są ułożone te prywatne wątki bohaterów, jestem bardzo ciekawa co będzie dalej.
Jak dla mnie, całkowita satysfakcja, super książka, wciąga, szybko się czyta, brak zarzutów merytorycznych, zresztą, kto o tym myśli, jak tyle się dzieje?
Dobrze, że narcyzy już przekwitły, będę się bała trochę mniej.
Dziewczyna z pociągu
Zacznę od tego, że nie czytałam książki Pauli Hawkins, na której podstawie powstał scenariusz filmu. W mojej opinii nie będzie więc porównań ani żadnego podparcia literaturą. Skupiam się tylko i wyłącznie na powstałej ekranizacji.
„Dziewczyna z pociągu” nie jest typowym kryminałem, to raczej film psychologiczno-obyczajowy z elementami thrillera. Dodatkowo nakręcony został w taki sposób, że przypomina rozsypane puzzle, z których krok po kroku, element po elemencie, składamy pełen obrazek. Główna bohaterka obserwuje życie innych ludzi, zazdroszcząc im i nie wiedząc, że oni również, tak jak ona sama, nie są szczęśliwi. Każdy ma swoje smutne sprawy i mroczne tajemnice. Każdego kiedyś kopnął przewrotny los.
Film jest przejmujący i smutny. Być może smutny aż do przesady, gdyż traumatyczne wydarzenia z przeszłości ścigają się z tymi teraźniejszymi. Został za to świetnie nakręcony, jest przejmujący, a odegrana przez Emily Blunt rola sprawia niesamowite wrażenie. Jak można być tak bardzo nieszczęśliwym, zaplątanym we własne życie i zdesperowanym? Jak można upaść tak nisko? Co ciekawe mimo tej całej beznadziei i nieszczęśliwych wydarzeń potrafię odnaleźć w fabule jakiś promień słońca i nadzieję, nawet dla tych, którzy już zupełnie ją stracili.
Mimo dobrej realizacji i solidnej gry aktorskiej film był dość monotonny i nudny. Odniosłam wrażenie, że historia jest mocno naciągana. Fabuła ułożyła się całkiem logicznie, ale ani przez chwilę nie przestała sprawiać wrażenia wymuszonej. Tak jakby jej twórca (twórczyni, jeśli była wierną ekranizacją książki) na siłę starał się zszokować swoich widzów (czytelników). Początkowo byłam zachwycona. Wszystko działo się powoli, bez przerwy towarzyszyły nam przemyślenia głównej bohaterki, jej tęsknota i wiele innych, głębokich emocji. Później jednak zapanował chaos i tak jak zazwyczaj lubię rozwiązywać zagadki, tak tu tej zagadki w ogóle nie było. Wydarzenia nazwałabym raczej niefortunnymi zbiegami okoliczności.
Podsumowując - uważam, że „Dziewczyna z pociągu” to dobrze zrealizowany film z kiepską podstawą fabularną. Niestety, gdy te dwie rzeczy nie idą ze sobą w parze, to nie ma szans, by otrzymać cokolwiek ponadprzeciętnego. Także „Dziewczyna z pociągu” jest filmem mocno przeciętnym, ale nie aż tak, by nie warto go było obejrzeć. Choćby dla gry aktorskiej Emily Blunt czy Haley Bennett, która również doskonale wcieliła się w swoją wcale nie najłatwiejszą rolę.
Prawo panny Murphy
Rudowłosa i wygadana Irlandka Molly Murphy zaskarbiła sobie moją sympatię w trakcie lektury piątej części jej przygód zatytułowanej O mój ukochany! Kreacja głównej bohaterki oraz umiejętnie zarysowane tło obyczajowe przedstawiające Amerykę z początku XX wieku zaintrygowały mnie na tyle, że zdecydowałam się sięgnąć po inne powieści z tego cyklu. Chciałam dokładnie poznać początki Molly na nowym kontynencie.
Gdyby nie przypadek, Molly nie pomyślałaby nawet o podróży do Ameryki. Z domu uciekła w przekonaniu, że zabiła nagabującego ją panicza. Czy faktycznie go zabiła, tego nie wiemy. Ona jednak tak myśli. Totalny zbieg okoliczności powoduje, że wsiada na statek płynący do Nowego Świata. Pod pokładem płyną imigranci, a Molly, mając pod opieką dwójkę dzieci, razem z nimi. Trudno powiedzieć, dlaczego kłopoty tak lgną do Molly. Tuż przed zejściem na ląd, okazuje się, że zginął człowiek. Policja rozpoczyna śledztwo, a Molly, która płynęła pod fałszywym nazwiskiem, jest jedną z głównych podejrzanych. I tak w skrócie rozpoczyna się jej nowe życie w Ameryce.
Książkę czyta się bardzo szybko i myślę, że duża w tym zasługa autorki, która posiada lekkie pióro. Nie nuży, równoważy dialogi z opisami, przeplatając je z rozważaniami głównej bohaterki.
Rozdziały opisujące podróż statkiem należą do ciekawszych. Warunki, w jakich płynęli ci ludzie były, delikatnie mówiąc fatalne. Jednocześnie to niesamowite, że tak wielu ludzi, głównie pod wpływem kryzysu gospodarczego w Irlandii, decydowało się na podróż, licząc że w Ameryce rozpoczną nowe, bardziej godziwe życie. Rozdźwięk pomiędzy życiem pasażerów na górnym pokładzie, a tym, jak jest na dole, jest naprawdę ogromny.
Na przykładzie Molly widzimy, że mimo zawartych pewnych znajomości, samotnej kobiecie trudno się na nowo urządzić i ustabilizować. Molly bowiem nie chce harować na targu rybnym, ani być damą do towarzystwa. Chciałaby mieć zajęcie, które da jej utrzymanie, ale przede wszystkim satysfakcję i poczucie, że się rozwija. Dziś może się wydawać, że główna bohaterka wcale nie oczekuje od życia tak wiele, ale u początków XX wieku, to było naprawdę sporo. Dlatego gdy wymyśla sobie, że zostanie prywatnym detektywem, nikt nie traktuje jej serio. Nie dość, że to zajęcie niebezpieczne, to raczej dla mężczyzn. Co z tego może wyniknąć? Oj, same kłopoty.
Wątek kryminalny w części pierwszej jest zarysowany dość delikatnie, a jednak na tylko mocno, by już postawić Molly w sytuacji zagrożenia życia. Dziewczyna nie boi się zadawać trudnych pytań, a przez to nietrudno narobić sobie wrogów, zwłaszcza, gdy w grę zamieszani są wpływowi ludzie. Mamy tu też wątek romansowy, który mocno łączy się z aspektem komicznym powieści, ponieważ wybranek Molly to kapitan policji, któremu bohaterka wciąż wchodzi w paradę.
Nie będzie tu szalonych pościgów, ani strzelanin, to nie ten czas. Ale sama tajemniczość sprawy i bogactwo szczegółów obyczajowych mają pewien urok, typowy dla tamtych czasów. Spotkałam się z określeniem retro w stosunku do cyklu o Molly Murphy i faktycznie jest to trafne. Z przyjemnością, ale i dużą nostalgią czyta się o świecie, który już minął, o jego mentalności i zwyczajach, o początkach imigrantów w Ameryce. O wierze w wielki sukces, ale i o groźbie porażki. To właśnie ta staromodność fabuły jest jej największym atutem.
Jeśli ktoś lubi takie historie, trochę z lamusa, trącające myszką, to polecam powieść Prawo panny Murphy. Mnie ta książka oczarowała i już zabieram się za drugi tom cyklu.
Mennica
"Mennica" to trzeci, najnowszy tom serii o komisarzu Witczaku. Tym razem bohater "Zasługi nocy" i "Patrona" wraz z dawnymi współpracownikami: Agnieszką Cynowską (Cyną) i Adamem Tymańskim (zwanym Hifem) będzie musiał zmierzyć się z najtrudniejszą sprawą w swojej karierze. W znalezionym przez myśliwskiego psa płytkim grobie spoczywają cztery ciała. Z trzech zostały tylko szkielety, czwarte należy do zaginionej niedawno młodej dziewczyny. Co łączy morderstwa sprzed dziesięciu lat z sympatyczną nastolatką i tytułową Mennicą? Czemu zabójca wrócił po tak długim czasie? Te pytania będzie musiał zadać sobie Krzysztof Witczak. Śledztwa nie ułatwi fakt, że komisarz leczył się psychiatrycznie, a od jakiegoś czasu zaczyna widywać komunikującego się z nim widmowego starca. Ale kto powiedział, że w życiu ma być łatwo...
Pędząca akcja "Mennicy" nie pozwala nam ani na moment odetchnąć. To jest główny atut powieści. Bez zapychaczy, odrywających od fabuły zbędnych opisów (a książka ma ponad czterysta stron) Mateusz M. Lemberg prowadzi nas przez świat pełen przemocy. Ukazuje nieznające litości zorganizowane grupy przestępcze, pozbawionych skrupułów bandziorów i uczciwych, oddanych sprawie, choć czasem też zagubionych i skorumpowanych funkcjonariuszy policji. Nic nie jest czarne ani białe. Wszyscy mają swoje rysy i tajemnice - jak w prawdziwym życiu czasem trudno odróżnić po której stronie barykady kto stoi. Dobry czy zły? W "Mennicy" i realnym świecie te pojęcia przenikają się, często tracąc na znaczeniu. Bo nawet najuczciwszy człowiek ma swoją cenę. A jak wiadomo pieniądze potrafią zepsuć i złamać każdego. Podobnie strach o los bliskich nam osób.
Jednak powieść to nie tylko porwania i strzelaniny. Dzięki doskonale przedstawionym wątkom obyczajowym lepiej poznajemy bohaterów. Zakradamy się do prywatnego życia Cyny, Witczaka, Hifa. Wnikamy głęboko w rozterki i życiowe dylematy. Dzięki temu bardziej rozumiemy ich wybory i sposób działania. I co tu dużo mówić, powieść też wiele na tym zyskuje. Policjanci na naszych oczach ożywają. Z papierowych, stworzonych w głowie pisarza postaci, przemieniają się w żywych, oddychających i posiadających własne cele i dążenia ludzi. A my, chcąc nie chcąc, zaczynamy im kibicować, oceniać, bać się o ich los. To znaczy, że spełnili swoją rolę, wyszli poza karty powieści, nabrali czterech wymiarów, a to jest chyba celem tworzenia postaci. Lembergowi udało się to znakomicie. Co ważne, swoich bohaterów przedstawił w wyważony, mądry sposób. Wystarczająco by ukazać sedno, ale nie na tyle aby wejściem w psychologię postaci zanudzić czytelnika.
W "Mennicy" coś jeszcze zwróciło moją uwagę. Autor często wykorzystuje nawiązania popkulturowe czym, przyznam się, mnie kupił. Zarówno muzyczne, książkowe jak i filmowe. Przewija się "Obcy", "Szklana pułapka" a finał przywodził mi chwilami na myśl pamiętną scenę z "Kill Billa" i powieść "Cujo" Stephena Kinga. Kto czytał już "Mennicę" i oglądał film Tarantino, będzie wiedział o co chodzi. Oczywiście tego jest o wiele więcej, jednak nie będę psuł wam przyjemności, jaką niewątpliwie jest wyłapywanie tego typu "smaczków".
Podsumowując, "Mennica" to udany kryminał, pełen napięcia, zwrotów akcji i dobrze uknutej, przemyślanej intrygi z masą charakterystycznych, niesztampowych bohaterów. Wszystko trzyma się kupy a finał nie rozczarowuje. "Mennica" posiada wszystkie cechy jakie powinna mieć powieść tego gatunku. To doskonała pozycja, która zasługuje na uznanie, i to nie tylko w kraju, bo mam nadzieję, że po Katarzynach Puzyńskiej i Bondzie, Mateusz M. Lemberg będzie kolejnym eksportowym hitem polskiego kryminału. Tego autorowi życzę, a tym, którzy nie zapoznali się jeszcze z najnowszą powieścią Lemberga serdecznie polecam. Sięgnijcie po "Mennicę", naprawdę warto! Ja swój egzemplarz odkładam na półkę gdzie obok "Zasługi nocy" i "Patrona" czekać będzie cierpliwie na kolejną powieść Mateusza Lemberga. Podobnie ja, może nie aż tak cierpliwie.
Z jednym wyjątkiem
Z jednym wyjątkiem to już czwarty tom przygód policjantów z Lipowa. Przyznać trzeba, że Katarzyna Puzyńska ma niesamowite tempo pisarskie. Motylek ukazał się w zeszłym roku, a już zapowiadany jest piąty tom serii. Co najważniejsze, nie cierpi na tym jakość prozy Katarzyny Puzyńskiej. Każdą z czterech części polecić można bez mrugnięcia okiem wszystkim fanom kryminału. A o czym jest wydane niedawno Z jednym wyjątkiem?
W Lipowie nadchodzi wiosna. W życiu mieszkańców czas wielkich zmian. Zwłaszcza dla Daniela Podgórskiego, który zamierza wreszcie oświadczyć się Weronice Nowakowskiej. Nim zdąży to uczynić w sąsiadującej z Lipowem kolonii Żabie Doły zostaje zamordowana pewna kwiaciarka. Okoliczności śmierci są nietypowe. Przy ciele denatki stoi szachownica z rozpoczętą partią gry a na jej ciele został wytatuowany trudny do odczytania napis. Dodatkowo wszystko wydaje się powiązane z historią sprzed ponad stu sześćdziesięciu lat. Śledztwo prowadzą policjanci z Lipowa wspomagani przez nowego prokuratora i niezawodną, ale trochę dziwaczną Klementynę Kopp.
Z jednym wyjątkiem czyta się z zapartym tchem. Bohaterowie zmieniają się jak w kalejdoskopie. Poznajemy kolejnych mieszkańców Lipowa. Ich sekrety, ciemne sprawki i powiązania. Wszyscy oni tworzą doskonale funkcjonującą, pulsującą życiem społeczność. I za to autorce należą się wyrazy uznania. Obok zbudowania niesamowitej intrygi, trzymającej czytelnika w uścisku niepewności, doskonale odwzorowała niewielką zbiorowość. Z jej wszystkimi zaletami ale także przywarami i wadami. Każda z postaci jest wyjątkowa, autentyczna, posiada własne cele i dążenia, i co najważniejsze, nie żyje w próżni. Widać, że autorka jest doskonałą obserwatorką życia i dobrym psychologiem (taki zresztą jest zawód Katarzyny Puzyńskiej), ale co najważniejsze doskonale wykorzystuje swój talent na potrzeby powieści.
Z jednym wyjątkiem to podobnie jak poprzednie części cyklu kryminał z dobrze zarysowanym tłem społeczno-obyczajowym. Mamy więc morderstwo, śledztwo, pojawiające się co chwilę nowe wątki i kolejnych podejrzanych. To też lubię u Puzyńskiej. Autorka ma dar do snucia intryg. Wszyscy wydają się winni, mają coś na sumieniu. Kręcą, utrudniają sprawę, nie mówią całej prawdy a często wręcz kłamią w żywe oczy. Ale! Kto z nas jest bez winy? Klementyna wraz z Danielem Podgórskim i resztą ekipy dokopie się do wszystkiego.
Począwszy od Motylka każda powieść Kasi Puzyńskiej działa jak magnes. Można popaść w uzależnienie od czytania kryminałów. Pochłania się je z tą samą ciekawością, z tą samą przyjemnością. A z tomu na tom jest tylko lepiej! Jesteśmy już zżyci z bohaterami. To już nasi starzy znajomi. Klementyna Kopp, z nieodłączną butelką Coca-Coli, sympatyczny Daniel Podgórski czy Weronika Nowakowska. Wszyscy oni sprawiają, że chętnie sięgamy po kolejne tomy. I może nawet z czasem doczekamy się ekranizacji. Bo cykl ma duży potencjał i miło byłoby go zobaczyć na dużym, albo małym ekranie. Oczywiście w roli Daniela Podgórskiego Leszek Lichota. Na pozostałe postaci też mam swoje typy, ale nie będę podpowiadać filmowcom.
Powieść pozwoliła na kilka godzin (albo dni, bo książka ma ponad siedemset stron) zapomnieć o otaczającym świecie. Wciągnęła bez reszty i mimo swojej objętości mam wrażenie, że i tak skończyła się za szybko. Dodam tylko, że końcówka niesamowicie mnie zaintrygowała. Na szczęście w przygotowaniu jest już kolejny tom cyklu Utopce, więc chyba nie będę musiał czekać długo. Polecam fanom kryminału i po prostu dobrej literatury. Tym, którzy sięgali już po książki autorki nie muszę. Na pewno nie odpuszczą sobie kolejnego spotkania z policjantami z Lipowa.
Papierowy chłopiec
Zapowiedzi kolejnych szwedzkich bądź norweskich bestsellerów powoli przestają robić wrażenie. Średnio raz w miesiącu na rynku pojawia się nowe odkrycie lub głośne nazwisko, które ma nami wstrząsnąć i stanowić przełom w postrzeganiu skandynawskich kryminałów. W ten sposób można się zniechęcić do sięgania po nieznanych dotąd autorów. I tu tkwi błąd, bowiem łatwo tym samym przegapić książkę, która całkowicie spełnia pokładane w niej nadzieje. Tak jak ma to miejsce w przypadku „Papierowego chłopca" Kristiny Ohlsson.
Autorzy powieści kryminalnych z Północy przyzwyczaili czytelników do mrocznego klimatu oraz dwóch typów morderców - psychopatów, których spaczone umysły każą zabijać kolejne ofiary bądź zwykłych ludzi szukających zemsty za krzywdy sprzed lat. I choć sama z przyjemnością zatapiam się w coraz to nowszych lekturach, nie mogę nie zauważyć, że po upływie kilku miesięcy lub lat, ich fabuły niebezpiecznie się ze sobą zlewają. „Papierowy chłopiec" częściowo tylko wpisuje się w ten schemat, a autorka zgrabnie splata popularne motywy z oryginalnym pomysłem.
Kim jest tajemniczo, ale niezbyt groźnie brzmiący Papierowy Chłopiec? To postać ze starej żydowskiej legendy, którą w kilku kibucach w Jerozolimie straszono przed laty dzieci, by nie wychodziły po zmroku na dwór. Miał on porywać i mordować tych, którzy nocą opuścili dom, a jeśli wybrał już jakąś ofiarę, nic nie było w stanie go powstrzymać.
O starej legendzie dawno już zapomniano i pewnie nigdy więcej nikt by jej nie wspominał, gdyby pewnego dnia w przedszkolu należącym do żydowskiej gminy w Sztokholmie nie została zastrzelona nauczycielka, a dwaj chłopcy nie zostali kilka godzin później porwani przez nieznanego sprawcę. W każdej ze spraw pojawia się motyw Papierowego Chłopca, który – jak widać – przyjął całkowicie realną formę. Czego szuka w Szwecji i dlaczego wybrał akurat te ofiary? Kto będzie następny?
Morderstwa w Sztokholmie mają swoje korzenie w wydarzeniach, jakie przed laty rozegrały się na terenie Izraela, a echa konfliktu izraelsko-palestyńskiego nieustannie dają o sobie znać. Od razu zastrzegam jednak, że powieść Kristiny Ohlsson nie jest politycznym thrillerem, ale dotyczy spraw jak najbardziej prywatnych. Powiedziałabym, że bardzo ludzkich, bo dotykających jednej z najdelikatniejszych kwestii, jaką jest życie małego dziecka.
Atutem książki jest grupa śledczych prowadzących śledztwo, a nie – jak ma to miejsce w przypadku większości kryminałów – jeden detektyw staczający się w odmęty alkoholizmu. Autorka wykreowała ciekawy i przekonujący duet – Fredrikę Bergman i Aleksa Rechta oraz ich współpracowników. Wprawdzie na pierwszy plan zdaje się wysuwać Fredrika i jej rodzina, ale nie na tyle, by bez wahania nazwać ją główną bohaterką. Bieżąca powieść to już piąty tom z cyklu poświęconego sztokholmskim śledczym, jednak bez wahania mogą po nią sięgnąć osoby, dla których nazwisko Ohlsson jest jeszcze zagadką. Sama jestem tego najlepszym przykładem.
Podsumowując, „Papierowy Chłopiec" łączy w sobie bardzo dobrze przemyślaną i poprowadzoną intrygę kryminalną z interesującym, ale i bolesnym wątkiem polityczno-obyczajowym. Z pewnością zaspokoi oczekiwania miłośników gatunku. Gorąco polecam!
