Rezultaty wyszukiwania dla: krymina
Zabójczy Święty Mikołaj
„Niemal każdy z uczestników przyjęcia miał zapewne coś do zyskania po śmierci sir Osmonda...”.
Przyjemna przygoda czytelnicza, podszyta lekkim dreszczykiem kryminalnym, świątecznie klimatyczna, z barwnymi postaciami. Intryga skrojona i uszyta w sam raz na grudniowe i styczniowe dni, dla miłośników detektywistycznych zagadek prowadzonych z wielką szczegółowością akcji i postawami bohaterów, naznaczonych obecnością choinki, prezentów, Świętego Mikołaja, wigilijnego stołu. I oczywiście, familijnego spotkania, podczas którego dochodzi do konfrontacji charakterów, przeciągania krzywd, testamentowych przypuszczeń. Mavis Doriel Hay skrupulatnie układa klocki scenariusza zdarzeń. Krok po kroku dowiadujemy się coraz więcej o występujących osobach, motywach zachowań, przeszłych incydentach w życiu. Znakomicie sprawdza się metoda oddania narracji nie tylko komisarzowi prowadzącemu śledztwo w sprawie zabójstwa seniora rodu, ale również poszczególnym członkom rodziny. Dzięki temu pojawia się szerszy obraz tego, co naprawdę dzieje się w relacjach między bliskimi, ale i kształt ścieżek błądzenia w labiryncie poszlak i fałszywych tropów. A może szczerzej byłoby napisać, w relacjach między pozornie bliskimi sobie członkami rodu Melbury.
Flaxmere, rodzinna posiadłość Melburych, przeżywa najazd krewnych i przyjaciół w ramach świątecznych dni. Służba przygląda się temu, co wprowadza coraz większy chaos w rodzinne spotkanie. Sprawy toczą się tradycyjnym rytmem, dopóki w gabinecie nie zostaje odnalezione ciało postrzelonego Osmonda, ekscentrycznego staruszka, w osobliwy sposób podchodzącego do życia i finansowo zależnych od niego Melburych. Wstrząsająca tragedia uruchamia lawinę domysłów i interpretacji. Z jednej strony wielkie zaskoczenie podstępnym zamachem, z drugiej zakończenie mające rozwiązać kilku trudnych spraw. Autorce długo udaje się zwodzić czytelnika w poznaniu tożsamości mordercy, jednak z czasem coraz bardziej się ona klaruje podczas snucia przypuszczeń i interpretowania postaw bohaterów.
Powieść nie trzyma mocno w napięciu, chociaż nie można jej odmówić ciekawego splecenia ludzkich przywar i osobowości, zgrabnego łączenia wątków, wywołania zaangażowania w demaskowanie zabójcy. Atutem jest przede wszystkim świąteczna aura, zimowa sceneria, psychologia postaci i rodzinnych relacji. Historia morderstwa w Flaxmere spodoba się miłośnikom klasyki kryminału, zwłaszcza tym, którzy stawiają bardziej na wejście w umysły postaci niż na dynamiczne prowadzenie akcji.
Czarny świt
Praca listonosza nie należy do specjalnie wymagających, przynajmniej dla niego. Co prawda czasem trzeba dźwigać ciężkie pakunki, ale do takiej maleńkiej wsi, jakim jest Uboże, nieczęsto docierają tego rodzaju przesyłki. A plusów jest oczywiście więcej – można na przykład dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. W końcu trzeba obejść niemalże całą wieś! Tego dnia jednak wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż mógłby się spodziewać. To właśnie on odnalazł ciało młodej dziewczyny, które ktoś pozostawił pod domem należącym do komisarza Rafała Hanzy oraz jego siostry, Wiktorii. Dwójka rodzeństwa musi tymczasowo zakopać wojenny topór, by wraz z miejscowym komendantem, Witoldem Balickim, odnaleźć odpowiedzi na nurtujące ich pytania i schwytać zabójcę.
Jaki jest motyw mordercy? Dlaczego to właśnie pod ich domem pozostawił ciało ofiary? I co ma z tym wszystkim wspólnego hymn sybiraków, który martwa dziewczyna trzymała w dłoni?
Przeszłość zawsze się o Ciebie upomni.
Choć bardzo się staram nie być typem „okładkowca” (czyli osoby wybierającej książki ze względu na interesujący front), to często nie dotrzymuję swojego przyrzeczenia. W przypadku „Czarnego świtu” okładka wręcz obiecywała, że historia będzie mroczna i nie wypuści mnie ze swych rąk aż do ostatniej strony. Opis od wydawcy również dołożył swoje trzy grosze i tak oto w moje ręce trafiła książka autorstwa Urszuli Kusz – Neumann.
To, w jak dużym stopniu rodzeństwo Hanzów jest skonfliktowane, można wyczuć właściwie od ich pierwszej rozmowy telefonicznej. W sumie nic dziwnego, skoro od dzieciństwa ich codzienność wypełniały kłamstwa, niedopowiedzenia oraz tajemnice. Nie jest to raczej dobra podstawa do budowania wzajemnego zaufania. Pewnie i dlatego ich wspólne śledztwo dotyczące zabójcy młodej dziewczyny trwało tak długo. Swoją drogą, jeżeli już jesteśmy przy naszym duecie, to niestety muszę przyznać, że żadne z nich nie należało do moich ulubieńców. Wiktoria z tą swoją nieufnością wydawała się momentami wręcz przerysowana, a Rafał... nijaki. Nawet otoczka z tajemnic nie nadawała im specjalnego znaczenia. To raczej bohaterowie z rodzaju tych, którzy albo mocno irytują, albo w ogóle nie zapadają w pamięć.
Historii zawartych w tej pozycji jest tyle, że spokojnie wystarczyłoby na co najmniej trzy inne książki. Główny wątek jest oczywiście związany z morderstwem młodej dziewczyny, wnuczki jednej z mieszkanek wioski. Kolejne zaś – choć teoretycznie poboczne – dotyczą rodziny Hanzów. I nie mówię tu tylko o latach, gdy ich przodkowie zostali wywiezieni na Sybir, lecz również o tych bardziej współczesnych. Jak już wspomniałam wcześniej, wydaje się, że cała rodzina ma jakiś sekret do ukrycia. Z jednej strony tajemnice zawsze przyciągają uwagę, z drugiej jednak gdy jest ich za dużo, to zaczynają nużyć. Szczególnie że w tym przypadku każdą z nich określiłabym jako mocną.
Powiem tak – początek był bardzo obiecujący, zapowiadało się, że przepłynę przez tę historię tak, że pozostaną po niej jedynie miłe wspomnienia. A jednak nie do końca. Jak już wspomniałam, ilość nagromadzonych w debiucie autorki tajemnic jest na tyle duża, że nie czułam przyjemności z odkrywania ich. Po którejś z kolei nie czułam już nawet zaskoczenia, bo jak już wspomniałam, to nie były jakieś tam drobne sekreciki, które można zbyć wzruszeniem ramion. To były SEKRETY. Śmiertelne tajemnice. Rozumiem też, że autorka chciała wstrząsnąć czytelnikiem i poniekąd go przyciągnąć, by bez zastanowienia sięgnął po jej kolejne literackie dzieci, ale tym razem troszkę tego za dużo. Nie zawsze ilość idzie w parze z jakością.
Z pozytywnych stron lektury, Urszula Kusz – Neumann miała ciekawy pomysł na fabułę: mowa tutaj nie tylko o morderstwie, lecz również wywózkach na Sybir. Co prawda był to wątek poboczny, zawarty w kilku podrozdziałach, aczkolwiek bardzo obrazowo przedstawiony. Zupełnie tak, jakby autorka sama w tym uczestniczyła. Podobał mi się również wątek przodków rodzeństwa Hanzów, a konkretnie jednej młodej, dość specyficznej dziewczyny. Związek między nią a Wiktorią stanowiłby ciekawy fundament pod kolejną, nową historię – gdyby nie został wykorzystany już w „Czarnym świcie”.
Jako że to debiut, to liczę, że kolejne książki Urszuli Kusz - Neumann powalą mnie na kolana. „Czarny świt” to dobra książka, lecz moim zdaniem jej potencjał nie został do końca wykorzystany. Czekam więc z niecierpliwością na nowości spod jej pióra.
Baron
Choć nie mówią w dosłownym tego słowa znaczeniu, to zazwyczaj mogą przekazać istotne informacje. Jednak nie tym razem - wyłowione z wody zwłoki młodej kobiety są tak okaleczone, że śledczy mają ogromny problem ze zidentyfikowaniem denatki. Sprawca usunął wszystko, co mogłoby ułatwić ów proces – nawet twarz. A to dopiero początek krwawej drogi.
Przed Ewą Jędrycz i Hubertem Zaniewskim nie lada wyzwanie; szczególnie że trop prowadzi niepokojąco blisko puławskich biznesmenów, można by rzec – nienaruszalnych. Czy to możliwe, że to oni stoją za ostatnimi wydarzeniami?
Kilka lat temu miałam okazję zapoznać się z twórczością naszego polskiego autora, o czym przypomniał mi jeden z książkowych serwisów. Co prawda nie pamiętam szczegółów owego „spotkania”, ale wystawiona przeze mnie ocena świadczyła, że było ono średnie. Ciekawa więc byłam, jak będzie w przypadku „Barona”. Szczególnie że z opisu wydawcy wynikało, iż jest to książka pełna krwi oraz brutalności. Cóż - może to i dziwne, ale te słowa ostatecznie mnie przekonały do sięgnięcia po nowość od Krzysztofa Jóżwika. Jeżeli jesteście ciekawi, jak zakończyło się to spotkanie, to zapraszam dalej.
Karol i Sebastian – mężczyźni, bracia, właściciele dochodowej firmy, która przeszła w ich ręce po śmierci ich ojca. Mimo że są rodziną, nie widać w nich ani kropli podobieństwa; spokojny Sebastian to zupełne przeciwieństwo brutalnego i wybuchowego Karola. Nic więc dziwnego, że to właśnie Karol rozprawia się ze zdrajcami... lub konkurencją. Firma bowiem to tylko jedno źródło ich dochodów, a policjanci słusznie obrali ich za swój cel. I choć do tej pory drugi biznes kręcił się bez najmniejszych problemów, to na ich drodze wkrótce staje grupa z Rzeszowa z pewną propozycją. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż śledczy mają do nich kilka pytań odnośnie do znalezionych w wodzie zwłok dziewczyny. Pętla zaciska się coraz mocniej.
Książka Krzysztofa Jóźwika ma na okładce znaczek „18+” i prawidłowo. Co prawda nie wiedząc czemu, kojarzy mi się on zawsze jedynie z treściami pornograficznymi, ale pomińmy. Tutaj ich nie ma. Tu jest tylko krew, flaki oraz rozgrzany do czerwoności palnik. I ktoś, kto od wielu lat skrycie marzył o spełnieniu wszystkich swoich głęboko ukrytych pragnień, przez społeczeństwo uznawanych za chore. Muszę przyznać, że autor rzeczywiście się nie hamował, czego efektem jest porażający brutalnością „Baron”, książka nie dla osób o słabych nerwach. I to – jak dla mnie - jak najbardziej na plus. Co do reszty historii... cóż.
Gdybym potrafiła czytać ze zrozumieniem, to zapewne po „Barona” bym nie sięgnęła. Dlaczego? Otóż spodziewałam się wątku seryjnego mordercy, którego pierwszą ofiarą była wspomniana na początku młoda kobieta, a dostałam porachunki gangsterów. W tym przypadku biorę jednak całą winę na siebie. Zdarza się. Oprócz walki między puławską a rzeszowską grupą czytelnik dostaje tutaj również miłosny dramat, toczący się między trójką bohaterów: śledczym Krzysztofem, byłą panią prokurator Klaudią i prokuratorem Ziębą. Nie znam historii, gdyż nie czytałam dwóch pierwszych tomów „Serii puławskiej”, ale raczej nie spędza mi ów fakt snu z powiek. Wątek wprowadzony i prowadzony nieco na siłę, jakby w książce działo się za mało – z drugiej strony jednak osoby, które znają poprzednie części, dostały wreszcie swoje zakończenie. Jedynym tematem, który mnie zainteresował, były właśnie wymyślne tortury Barona. Czuję się nieco rozczarowana tym, że nie grał on pierwszych skrzypiec w tej pozycji.
Podsumowując, z jednej strony dużo się tu dzieje, nie można narzekać na niewielką ilość wątków, jednak mnie osobiście ta książka zmęczyła. Może to kwestia niedobranej do siebie tematyki, a może zwyczajnie z twórczością Krzysztofa Jóźwika mi nie po drodze. Mimo że do mnie ta pozycja niespecjalnie przemówiła, to sądzę, że może Wy znajdziecie w niej coś, co mi umknęło.
Czarna wiedźma
Magia, uprzedzenia i walka o własną tożsamość. Fantastyka z przesłaniem. Jak dla mnie brzmi wspaniale i z przyjemnością zabrałam się za lekturę powieści „Czarna Wiedźma”. Czy książka mnie nie zawiodła?
Zarys fabuły
Elloren Gardner, wnuczka legendarnej Carnissy Gardner, Czarnej Wiedźmy z przepowiedni, powinna budzić podziw i lęk. Powinna – ale nie budzi. Bo choć wygląda dokładnie jak jej babka, nie odziedziczyła po niej najmniejszej magicznej iskry. W świecie, w którym potęga oznacza wszystko, Elloren jest nikim. Gdy dostaje szansę spełnienia swojego marzenia o zostaniu aptekarką i zaczyna naukę na Uniwersytecie Verpax, odkrywa, że szkoła nie jest bezpiecznym miejscem dla kogoś z jej nazwiskiem. Wśród studentów są przedstawiciele różnych ras i nacji – w tym ikaryci, władający ogniem czy inni przedstawiciele „wrogich” ludów, od dziecka przedstawianych jej jako zagrożenie. Wśród narastających konfliktów, politycznych intryg i własnych wątpliwości Elloren będzie musiała odkryć, kim naprawdę jest i czy znajdzie w sobie siłę, by zawalczyć o sprawiedliwość.
Moja opinia i przemyślenia
„Czarna Wiedźma” to powieść, która zaczyna się niczym klasyczna fantastyka młodzieżowa. Jednakże szybko ujawnia swoją głębię. To historia pełna magii, ale opowiada również o uprzedzeniach, indoktrynacji i dojrzewaniu do własnych decyzji. Początkowo Elloren irytuje swoją naiwnością, ale właśnie ta ewolucja – od osoby przekonanej o jedynej słusznej racji do kogoś, kto zaczyna dostrzegać szarości w czarno-białym świecie – czyni książkę tak ciekawą i wartościową. Bo często takiej głębi we współczesnej fantastyce brakuje.
Autorka nie boi się trudnych tematów. Tworzy świat, który boleśnie przypomina naszą rzeczywistość. Podziały, dyskryminacja, ukryte mechanizmy władzy, które wykorzystują strach do kontrolowania społeczeństwa. Mimo to książka nie przytłacza. Dzięki wartkiej akcji, emocjonującym zwrotom i intrygującemu tłu politycznemu trudno się od niej oderwać. Podoba mi się również, jak różnorodni są bohaterowie. Od zimnego, tajemniczego Lukasa Greya, przez ekscentrycznych buntowników, aż po niezwykle charyzmatycznych przedstawicieli innych ras. Każdy wnosi coś unikalnego do opowieści. Zostali wykreowani naprawdę barwnie. Jestem bardzo ciekawa jak historia rozwinie się w kolejnych tomach.
Podsumowanie
„Czarna Wiedźma” fantastyka młodzieżowa, ale taka z głębszym przesłaniem. To historia o tym, jak trudno wyrwać się ze schematów. O tym, jak bolesne bywa odkrywanie prawdy i jak wiele trzeba odwagi, by sprzeciwić się temu, co wpajano nam od dziecka. Jeśli lubicie beletrystykę, która oprócz tego, że zapewnia rozrywkę, to zmusza też do refleksji, koniecznie sięgnijcie po tę powieść. Ja już czekam na kontynuację! I to bardzo niecierpliwie.
Zapowiedź: Agatha Christie. Spotkanie w Bagdadzie
Kolejna niezwykła powieść Królowej kryminału umiejscowiona w egzotycznej scenerii Bliskiego Wschodu.
W obronie kłamstwa
„Dzisiejszego ranka Morgan został znaleziony martwy w swojej pracowni malarskiej… w Hanncom nigdy nie doszło do tak brutalnego przestępstwa… ofiarą padł człowiek powszechnie znany, lubiany i szanowany.”
Diabelsko gęsta fabuła, tak wiele się dzieje, nici intrygi mocno splecione, czuje się ciężar krzywd i kłamstw, a jednak z wyjątkiem kilku scen zgrabnie poruszamy się po przebiegu zdarzeń. Z rozdziału na rozdział intryga nie dość, że coraz bardziej gmatwa się, to jeszcze coraz głębiej wchodzi w mrok. W pewnym momencie powstaje wahanie, a może tego wszystkiego jednak za dużo, za mocny nacisk wywierany przez autorkę na postaci, za wielkie zapętlenie supłów tajemnic? Jednak po chwili stwierdzamy, że jednak nie, że zajmująco jest przebijać się przez to wszystko. Co prawda odchodzi się sporym krokiem od prawdopodobieństwa kumulacji grzechów wystąpienia w realnym życiu, ale ponownie refleksja, czyż los i sami jego uczestnicy nie piszą najbardziej osobliwych scenariuszy i czy czasem nie dochodzi właśnie do zjednoczenia w czasie i miejscu?
Paulina Kosznik dokłada starań, aby bohaterowie prezentowali się barwnie i różnorodnie. Większość przekonuje osobowością i postawą. Jednak kluczowa postać, trzydziestoletnia korektorka, nie do końca potrafi wybronić się w swoim sercowym zagmatwaniu i logicznym zachowaniu. Owszem, możemy na to spojrzeć od strony presji, jaka była na nią wywierana przez dramatyczne okoliczności, albo tego, co działo się w jej życiu w przeszłości, jednakże uwiera niekonsekwencja w dokonywanych wyborach i nieporadność w młodości. I tu znów uchwycona w locie myśl, gdyby nie taka jej postawa, kiedyś i dziś, intryga nie przybierałaby rumieńców i napięcia. To, w co natychmiast wpadamy, to udanie opisana małomiasteczkowa mentalność, rozchodzenie się plotek lotem błyskawicy, trwałe przyklejanie etykiet przez lokalną społeczność, wręcz napiętnowanie, poprzez krytykę innych odsuwanie się od rozliczenia własnych przewinień i radzenie sobie z odciśniętym przez zbrodnię piętnem. Może nieco za jaskrawo ukazane potępienie, jednakże nie można mu odmówić nośności emocji i podgrzewania złej atmosfery.
Książka daje do myślenia. Czy faktycznie powinniśmy skrajnie uginać się w imię rodzinnych więzi i relacji? Czy poświęcając tak dużo z siebie bliskim, nie sprawiamy, że oddalamy się od samych siebie? A może staranniej wyważać, to, co inni od nas oczekują, z tym, co naprawdę jesteśmy skłonni im oferować? Powieść to także ciekawe studium brudnych sekretów, kumulacji ich negatywnego oddziaływania na psychikę, nie tylko osób niejako ich właścicieli, ale również tych, przed którymi są ukrywane. Z drugiej strony, czy prawda zawsze oczyszcza, a może staje się katalizatorem negatywnych zmian, więc lepiej niekiedy ją przemilczeć i zachować tylko w sferze własnych wyrzutów sumienia? A kłamstwo, czy tylko potrafi wszystko zniszczyć, czy wręcz odwrotnie, jest w stanie wywołać pozytywne przeobrażenia? W wielu aspektach zgadzamy się z główną bohaterką, w innych idziemy zupełnie odmienną drogą niż Alison Cole. Właśnie to podoba się nam w „Obronie kłamstwa”, niejednoznaczność wyrażana różnymi emocjami i ciekawymi rozważaniami. Podsumowując, mam kilka zastrzeżeń do powieści, ale to udany debiut, i przyznaję, że zdecydowana jestem czekać na kolejną książkę autorki.
Kill Show. Powieść w stylu true crime.
Wbrew pozorom zaginięcia nastolatek nie są czymś zaskakującym; młodzi dorośli często sami podejmują decyzję o ucieczce z domu, nierzadko w wyniku kłótni z rodzicami. Ten przypadek sprzed dziesięciu lat był jednak inny - szesnastoletnia Sara Parcell była świetną uczennicą, miała bardzo dobre kontakty z bliskimi, a jej marzeniem było pójście na studia związane z muzyką. Gdy tego dnia nie wróciła do domu, jej mama od razu wiedziała, że stało się coś złego.
Rozpoczęły się policyjne poszukiwania, do których po kilku dniach dołączyły media. Jednak nie w takim ujęciu, jak zazwyczaj - tym razem ktoś stwierdził, że pokazywanie wizerunku zaginionej to za mało. Tym razem stworzono serial, który miał na celu w czasie rzeczywistym relacjonować postępy w poszukiwaniach, jak również pokazać codzienność pogrążonej w niepewności rodziny. Wisienką na torcie miało być szczęśliwe zakończenie, gdy Sara trafia z powrotem w opiekuńcze ramiona rodziców. I producentka show, Casey Hawthorne, zamierzała to wszystko uwiecznić. To miał być prawdziwy show.
Byłam bardzo ciekawa tej pozycji, głównie dlatego, że wydawca określa ją jako „powieść w stylu true crime". Jestem ogromną fanką tego gatunku, a dopisek „w stylu” dodatkowo mnie zaintrygował. Wyruszyłam więc w kolejną, niezbyt długą, aczkolwiek bardzo wciągającą podróż literacką.
Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest to, że książka stworzona jest w formie wywiadu. Nie mamy co prawda pytań, lecz luźne wypowiedzi uczestniczących w wydarzeniach osób. A jest ich bardzo wiele, dlatego podczas lektury cieszyłam się, iż autor przy każdym nazwisku w nawiasie umieścił dopisek, jaką funkcję odgrywa dana postać. Początkowo jednak forma tej pozycji nieco mi przeszkadzała, trudno było mi się wbić w historię, w której nie było narratora i sądziłam, że przebrnięcie do zakończenia będzie kosztowało mnie sporo wysiłku. W trakcie jednak przywykłam i wreszcie zaczęłam zagłębiać się w meandry historii Sary Parcell.
Pierwsze rozdziały były dla mnie trudne w odbiorze nie tylko ze względu na formę wywiadu, lecz również dlatego, że praktycznie nie działo się nic szokującego czy wciągającego. „Słuchałam” opowieści ekipy telewizyjnej o ich producentce i całej sprawie zaginięcia, słów prowadzącego śledztwo detektywa oraz relacji najbliższych. Jako że wydarzenia toczyły się dziesięć lat wstecz, rodzina podchodziła już nieco chłodniej do tematu, więc emocje były dość okrojone. Niemniej jednak potrafiłam wyobrazić sobie (na tyle, w jakim stopniu osoba niemająca nikogo zaginionego w rodzinie) to, przez co musieli przechodzić w tamtym momencie. Dopiero po około połowie akcja zaczęła toczyć się szybciej, a na światło dzienne wychodziły kolejne fakty. I nagle okazało się, że zakończenie przyszło zdecydowanie za szybko.
Czy ta lektura w jakiś sposób mnie zaszokowała? Nie. Nie było tutaj rozlewu krwi, przemocy czy seryjnego mordercy. Moim zdaniem całe napięcie, jakie można było zbudować, pisząc tę historię, ze względu na formę wywiadu zwyczajnie... nie istniało. Prawdopodobnie, gdyby autor napisał tę książkę jeszcze raz, tylko jak standardowy thriller, odbiór mógłby być pozytywniejszy, czułabym jakiekolwiek emocje wylewające się z kolejnych kartek. Niemniej jednak plus za pomysł na tak rzadko spotykaną budowę.
W przypadku „Kill Show”, a konkretniej odnosząc się do przewijających się w niej postaci, muszę stwierdzić, że ludzie to czasami naprawdę mądry, a jednocześnie głupi gatunek. Tam, gdzie ktoś wybija się na tle tłumu ze względu na spostrzegawczość czy bystrość umysłu, tam również pojawia się ktoś, kto zazwyczaj wpada na „genialne” pomysły, mogące przysporzyć jedynie większych problemów. Choć z różnymi ludźmi miałam do czynienia, to ów fakt wciąż mnie zaskakuje. Nie napiszę wprost, o kogo chodzi, ale każdy, kto po książkę sięgnie, powinien bez problemu się domyślić.
Czy polecam? Tak. Choć musiałam poczekać, aż historia się rozkręci, a także przekonać do niecodziennej dla mnie formy, to polecam. Historia zawarta w „Kill Show” co prawda nie mrozi krwi w żyłach, aczkolwiek daje do myślenia. I przede wszystkim pokazuje, że pewne decyzje powinno się podejmować po naprawdę, naprawdę długim namyśle.
Dlatego kłamaliśmy
„Will zamarł. Tym razem nie miał żadnych wątpliwości. Krzyk był na tyle wyraźny, by stwierdzić, że pochodzi z ust kobiety”.
Karin Slaughter proponuje książki, w których wyśmienicie się odnajduję. Podchodzą klimatycznie, wciągają odważną fabułą, prezentują nietuzinkowych bohaterów, a przy tym dostarczają materiału do głębszych ciekawych spostrzeżeń i interpretacji. Wszystkie poznane tytuły otrzymują ode mnie wysokie noty („Zapomniana dziewczyna”, „Ostatnia wdowa”, „Moje śliczne”, „Ofiara”, „Dobra córka”, „Układanka”, „Milcząca żona”, „Fałszywy świadek”).
Również „Dlatego kłamaliśmy” zaliczam do udanych przygód czytelniczych, wciągających fabułą, budzących niepewność co do losów postaci, wystawiających na próbę w dociekaniu prawdy. Narracja na wysokim poziomie stylistycznym, można śmiało pisać, że sama płynie. Za sprawą dbałości o szczegóły oddziałuje na wyobraźnię, pozwala wczuć się w przeżycia bohaterów i podchwycić klimat scenerii. Karin Slaughter, jak to ma w zwyczaju, dokłada wszelkich starań, aby postaci okazały się pełne i wyraziste w kreacji. Ich barwność i różnorodność zdecydowanie na plus. Intryga atrakcyjnie zapętlona, dostarczająca wahań interpretacyjnych odnośnie do zachowań, postaw i motywów. W dwunastym tomie dość szybko trafiam na właściwy detektywistyczny ślad, nie do końca udaje się autorce długo trzymać zakryte karty prawdy. Niekoniecznie też środkowa część powieści daje silnego wiatru w skrzydła poznawania, wiele się dzieje, często dynamika mocno podkręcona, lecz zdarzenia wydają się lekko przeciągane. Niemniej jednak, łatwo się zanurzyć w „Dlatego kłamaliśmy”, angażuje wyobraźnię i emocje, zachęca do snucia przypuszczeń, wiedzie intrygującym klimatem. Odizolowany od reszty świata górski pensjonat, na którego terenie dochodzi do wyjątkowo makabrycznego morderstwa. Will Trent, kluczowa postać serii, i jego poślubiona dwa dni wcześniej żona, Sara Linton, znajdują się w oku cyklonu zbrodni. Dla nich to już koniec podróży poślubnej a początek śledztwa, trudnego ze względu na mnogość sekretów właścicieli i gości pensjonatu. Jako agent specjalny w biurze śledczym i lekarka sądowa nie mogą stać obojętnie wobec tego, czego są świadkami.
Trzeba przyznać, że autorka nie oszczędza postaci, zwłaszcza jednej kobiecej, tyle nieszczęścia i cierpień jej przypisuje, i o takim ciężarze gatunkowym, że powstaje wrażenie nieprawdopodobieństwa. A mimo wszystko, postać szalenie wciąga, ciekawie podąża się tropem osobowości, temperamentu, przeżyć, ambicji i marzeń. Jej smutna przeszłość sprzed siedemnastu lat kładzie się długim cieniem na wszystkim, co ją otacza i determinuje, oraz kim się staje. Różne złe rzeczy zdają się wieść prym w fabule, odciskać się na losach bohaterów, splatać ze sobą życia. Atrakcyjnie się to wszystko rozsupłuje i dociera do najbardziej wrażliwych stron ludzkiej duszy.
Konkurs: Portret mordercy. Świąteczny kryminał
Lata trzydzieste, dwór przysypany śniegiem i morderstwo w wigilijną noc – czegóż więcej mógłby sobie życzyć miłośnik kryminałów retro?
Konkurs: Zabójczy Święty Mikołaj
Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów klasycznych kryminałów. Oczaruje każdego, kto szuka emocjonującej lektury na zimowe wieczory