Rezultaty wyszukiwania dla: Zysk i S ka
Martwe kwiaty
„Była strasznym wampirem energetycznym, wysysającym energię z innych ludzi.”
Prawda jest taka, że cokolwiek człowiek by nie wymyślił, życie i tak otrzymuje palmę pierwszeństwa w tworzeniu scenariuszy ludzkich losów. Mam wrażenie, że twórcy kryminałów, nawet jeśli uważają swój pomysł na fabułę za oryginalny, często okazuje się on wyjątkowo zbieżny z okolicznościami zbrodni, która gdzieś na świecie została popełniona. Natura człowieka cechuje się wieloma mrocznymi zakamarkami, w których długie cienie rzucają negatywne emocje, w pewnym momencie dochodzą do głosu i odrzucają podpowiedzi rozsądku. No i jeszcze zwykły sadyzm, narastająca toksyczność rozprzestrzeniająca się w aurze codzienności, łamiąca życie, a nawet je odbierające. Bardzo ciekawią mnie, ze względów psychologicznych, nie tylko biografie morderców i opisy przestępczych czynów, ale również powieści bazujące na prawdziwych zbrodniach.
Dlatego z entuzjazmem przywitałam książkę Marty Reich, fabularyzującą zbrodnię dokonaną nie gdzieś tam w świecie, ale na polskim podwórku. Zimą tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku nie tylko warszawska opinia publiczna wstrzymała oddech dowiadując się, kto stał za morderstwem, rozczłonkowaniem i porzuceniem zwłok ofiary, czterdziestoletniej pracownicy telewizji, cała Polska interesowała się tym. Im głębiej sięgało śledztwo, im więcej napływało dowodów, tym sprawa ukazywała się w coraz bardziej osobliwym i trudniejszym do uwierzenia obrazie. Jeszcze dziś, kiedy przegląda się informacje na jej temat, wzbudza mieszane odczucia i wyzwala sprzeczne emocje, podobnie jak wysokość kary zasądzonej przez sąd za okrutną zbrodnię. Ale właśnie, okrucieństwo i nienawiść także mogą ukazać dwa oblicza. Podobał mi się sposób prowadzenia kryminalnego wątku przez autorkę. Pierwsze dwie z czterech części powieści mocno przykuły uwagę, zaangażowałam się w ich treść. Czułam znakomite przygotowanie pisarki od strony merytorycznej i umiejętność podtrzymywania klimatu niecierpliwego poznawania. Lata osiemdziesiąte nieco prosto odmalowane, ale prawdziwie.
Natomiast trzecia część, obejmująca rodzinne relacje, przybliżająca obyczajową otoczkę tła i pierwszego planu makabrycznej zbrodni, niestety zawiodła. Miałam wrażenie, że autorka za mocno weszła w sprawy spoza faktów, za dużo dała wolności wyobraźni i w przejaskrawionym stylu ukazała interakcje domowników. Siła uderzenia w czytelnika dwulicowością i hipokryzją postaci nic by nie straciła, a wręcz zyskała, na mniejszym natężeniu jadu słów i milczenia. Za to szalenie podobało mi się, że Marta Reich podjęła aspekt ukazania, że nie tylko mężczyźni, jak przyjęło się powszechnie uważać, stoją za skrajną toksycznością w relacji, że również kobiety potrafią głęboko, trwale i latami skrzywdzić wydawałoby się najbliższą im osobę, że można kogoś bardziej zranić słowem niż czynem. „Martwe kwiaty”, swoją drogą, sam tytuł bardzo dobry i symboliczny, ukazały, że funkcje społeczne narzucone kobietom nie powinny być sztywnym wzorcem. Dzisiaj wiele się mówi o tym, że małżeństwa mają prawo nie mieć dzieci, nie pragnąć potomstwa, co więcej, to kobiety mają prawo wyboru, czy zostaną matkami. Kolejna refleksyjna myśl, która narodziła się po spotkaniu z książką, że nawet socjalistyczna rzeczywistość, mówiąca teoretycznie o równości, w praktyce pozwalająca jednostkom przekroczyć granicę dostępu do elitarnego zawodu, zachodnich pieniędzy i dóbr, potrafiła rodzić patologiczne zachowania.
Fantasmagorie
"Fantazja domaga się doskonałości swoich wyobrażeń, jak rozum w swoim zakresie żąda zgodności pojęć.”
Człowiek od zawsze fascynuje się granicą między światem żywych a światem umarłych. Niewiedza, co nas czeka po śmierci, podkręca wyobraźnię. Możemy jedynie przypuszczać i mieć nadzieję na coś dobrego. A kiedy fantazja wspomaga próbę oswojenia się z tym, co nieuniknione, odczuwamy potrzebę wykreowania własnego świata w twórczej odsłonie. Powstają utwory dla rozrywki pisania i czytania. Dzięki nim przeżywamy coś wyjątkowego, unikalnego, łączącego obecność i nieobecność, coś pomiędzy nimi, oraz w zastępstwie czegoś innego, w pozorowanym obrazie szczęścia i smutku. Klasyka literatury grozy nie tylko wypełniała czas jej ówczesnym, dostarczała rozrywki na długie wieczory, skłaniała do snucia wizji, przypuszczeń i interpretacji. Podkręcała nastrój niepewności, wprawiała w strach wynikający z próby zajrzenia w coś nieuchwytnego, niewidocznego i nie do objęcia rozumem na pierwszy rzut oka, podczas gdy przy kolejnych imaginacją uchylającego rąbka tajemnicy i racjonalizującego zjawiska.
„Fantasmagorie” znakomicie odzwierciedlają lęki i obawy przed śmiercią, zaklinaniem rzeczywistości, rzucaniem klątw i wywoływaniem duchów. Dziewięć opowiadań, napisanych przez niemieckich autorów, na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku, czyta się z przyjemnością dla dreszczyku emocji i zajrzenia w mentalność dawnej epoki, stylu życia i oczekiwań wobec wyjaśnień w kwestii przemijania. Zamki z sekretnymi historiami, stare rody z przyrzeczeniem milczących tajemnic, przerażające obrazy jako mosty między trwałością i ulotnością, świadectwa przeżyć i prawdy. Sekrety obarczone klauzulą ciszy i dochowania wierności przodkom. Opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie i mrożące krew w żyłach. Umowy skracające konwenanse w imię ukrycia tego, co nie powinno być ujawnione.
Sprytne manipulowanie wyobraźnią i emocjami czytelników. Lekkie wywoływanie zdumienia odzianego w duchową szatę. Pojawianie się zjaw przekazujących wiadomości zza światów, nadnaturalnych istot odwołujących się do przeszłości. Żywi i umarli połączeni przepowiednią, genami i splotami okoliczności. Antologię poznaje się z sympatią, uczestniczy w spotkaniach z duchami przy herbatce, wnika w niesamowite historie grozy, gawędzi o tym, co nieuniknione i zdumiewające. Dłuższe lub krótsze opowieści, mniej lub bardziej dopracowane stylistycznie, swobodnie podsuwają obrazy paranormalnej rzeczywistości lub uciekają od szybkich wyjaśnień. Doświadczanie pokrewieństwa ze światem duchów, przypadkową stycznością, połowicznością świadomości istnienia. Raz mrok niegościnny i niebezpieczny, kiedy indziej familiarny i własny. Spełniające się przepowiednie śmierci lub oswojone wizje nieszczęścia. Hipnotyczne iluzje i oderwane fragmenty legendy. Świadkowie wpadający w delirium i milczące miłości. Plotki z ziarnem prawdy i ukryte skarby. Wszystko, co spragniona wyobraźnia sobie życzy.
Współczesny odbiorca tych obrazów nie odczuwa już pożądanego dyskomfortu poznawania, a jednak cieszy się dreszczykiem wciągania się w opowieści, zna mroczniejsze historie ze znacznie nowszych kryminałów i thrillerów, lecz potrafi do pewnego stopnia utożsamić się z bohaterami. Przeżył bardziej złożone fabuły, ale cieszy go intryga zaglądająca w okno przeszłości. Książka akurat na długie zimowe wieczory, kiedy cienie tańczą w blasku zapalonych świec, a wiatr i śnieg za oknem tworzą podatne dla wyobraźni malowidła. Któż z nas nie chciałby na chwilę, lub dziewięć, zajrzeć w niedostępny świat umarłych, przekonać się, że mają swoją formę istnienia i za sprawą energii potrafią coś zakomunikować? Dzięki literaturze grozy, narracji nasyconej dawną sztuką narracji, możemy w ramach zabawy poruszyć zmysły, dostrzec przerażające postaci, poczuć pocałunek śmierci, poddać się sile okropnych fantazji, wniknąć w tajemnicze zwiastuny i odczuć siłę pradawnych ostrzeżeń. Sposób na oswajanie nieuniknionej śmierci.
Zapowiedź: Assassin’s Creed: Black Flag
„Urzekł mnie swym dziełem ów zakapturzony mężczyzna, zahipnotyzował mnie ten posłaniec śmierci, który zdawał się nie zauważać otaczającej go jatki, w skupieniu czekając na właściwy moment, by jak najskuteczniej uderzyć”.
Rycerz siedmiu królestw (wydanie ilustrowane)
Czasem marzy się o książce, która nie tylko opowiada historię, ale też otula i zachwyca od pierwszej sekundy. Właśnie taką książką jest „Rycerz Siedmiu Królestw” w wydaniu ilustrowanym George’a R.R. Martina. Wyszło naprawdę pięknie!
To zbiór trzech nowel o przygodach Duncana Wysokiego i jego giermka Jaja – dziejących się niemal sto lat przed wydarzeniami „Gry o tron”. Nie ma tu wielkiej wojny, mrocznych intryg i ciężaru politycznego. Jest za to rycerskość w najczystszej, najbardziej ludzkiej formie: turnieje, drogi pełne kurzu, małe tajemnice, honor i przede wszystkim wyjątkowa, ciepła relacja między wielkim, prostodusznym rycerzem a bystrym, rezolutnym chłopcem.
Dunk i Egg to jeden z najpiękniejszych duetów w całym uniwersum Martina. Ich przyjaźń jest szczera, zabawna, czasem trochę niezgrabna i przez to jeszcze bardziej prawdziwa. Czytając, ma się wrażenie, że naprawdę się o nich troszczy.
A to wszystko w absolutnie przepięknym wydaniu.
Okładka autorstwa Macieja Łaszkiewicza zachwyca już na pierwszy rzut oka – klimatyczna, malarska, z duszą. Ale największym skarbem tego wydania są ilustracje Gary’ego Gianniego w środku. Kilkadziesiąt rysunków (kolorowych i czarno-białych), które dosłownie ożywiają historię. Błyszczące zbroje, dumne konie, zamki w oddali, emocje malujące się na twarzach… Przeglądanie tej książki to czysta przyjemność. Zatrzymujesz się co chwilę, bo ilustracja jest tak piękna, że nie chcesz jej od razu zostawić za sobą.
Całość dopracowana jest do perfekcji: solidna twarda oprawa, piękny papier, przemyślana typografia. To wydanie, które nie tylko się czyta – ono się czuje i ogląda.
Jeśli kochasz świat Martina, ale chcesz odpocząć od mroku głównego cyklu, albo po prostu szukasz czegoś pięknego, klimatycznego i kojącego – to wydanie ilustrowane „Rycerza Siedmiu Królestw” jest idealnym wyborem.
Książka, przy której uśmiechasz się do siebie, westchniesz z błogością i na koniec masz ochotę jeszcze raz przewertować tylko dla ilustracji.
Gorąco polecam z całego serca. Idealna na spokojne wieczory, koc i filiżankę czegoś dobrego.
Ugoszczone duchy. Antologia opowiadań grozy
Klasyczne opowieści o duchach mają w sobie coś wyjątkowego. Nie probują przestraszyć czytelnika na siłkę. Zamiast tego budują atmosferę niepokoju. Z łatwością igrają z wyobraźnią i zostawiają nas z pytaniami, na które nie zawsze da się znaleźć odpowiedź. „Ugoszczone duchy” to zbiór właśnie takich historii. Czy warto je poznać? Oczywiście! Są nastrojowe, tajemnicze i pełnych literackiego uroku, który mimo upływu lat wciąż potrafi zachwycić.
O czym jest książka
W zbiorze znalazły się opowiadania autorów takich jak G.K. Chesterton, D.H. Lawrence, Sabine Baring-Gould, Roger Pater i wielu innych twórców klasycznej grozy. Łączy je obecność zjawisk nadprzyrodzonych, duchów oraz tajemnic, które nie dają bohaterom spokoju nawet po latach.
Poszczególne teksty są bardzo różnorodne. Obok klasycznych historii o nawiedzonych miejscach znajdziemy bardziej refleksyjne opowieści dotykające wiary, duchowości, poczucia winy czy rozliczenia z przeszłością. Dzięki temu antologia nie nuży i pozwala spojrzeć na motyw duchów z wielu różnych perspektyw.
Moja opinia i przemyślenia
Największą radość sprawiła mi obecność G.K. Chestertona, autora przygód Ojca Browna, którego twórczość bardzo sobie cenię. Jego opowiadania wyróżniają się subtelnością i skupieniem na filozoficznym wymiarze grozy. Szczególnie zapadły mi w pamięć „Obcy w swoim domu” oraz „Upiorny sen”. To krótkie teksty, ale kryje się w nich coś głębszego. Skłaniają do refleksji nad tym, czym jest dom, tożsamość i duchowa podróż człowieka.
Bardzo interesująco wypada również opowiadanie „W schowku” Rogera Patera, które łączy tajemnicę z trudną przeszłością bohaterów. W ogóle zauważyłam, że wiele tekstów zawartych w tym tomie w różny sposób nawiązuje do wiary i spraw duchowych. Ten motyw został poprowadzony naprawdę ciekawie i nadaje całemu zbiorowi dodatkowej głębi.
Jak to zwykle bywa w antologiach, nie wszystkie opowiadania trafiają równie mocno, ale każde wnosi coś interesującego. Dla miłośników klasycznej grozy to prawdziwa gratka i okazja do poznania mniej znanych autorów oraz tekstów. Szczególnie w takim pięknym wydaniu!
Podsumowanie
„Ugoszczone duchy” to zbiór dla osób, które cenią klimatyczną, staroświecką grozę opartą bardziej na atmosferze i tajemnicy niż na gwałtownych zwrotach akcji. To książka pełna duchów, ale także refleksji o człowieku, wierze i przeszłości. Natomiast sama seria naprawdę przepięknie prezentuje się na półce!
Zapowiedź: Królowa Róż. Krew Fae, Tom 1
Zapowiedź: Król Szmaciarzy. Sword Catcher. Tom 2
Jego życie jest iluzją. Jej kłamstwo ryzykownym posunięciem. Czy dwoje outsiderów może ocalić królestwo?
Zdrada Isengardu
„Zdrada Isengardu” to książka bardzo szczególna. Nie jest powieścią, nie jest też klasycznym dodatkiem do „Władcy Pierścieni”. To raczej wejście na zaplecze wielkiej opowieści, do miejsca, w którym wszystko dopiero powstaje. Trochę jak zajrzenie do pracowni artysty – zamiast gotowego obrazu widzimy szkice, poprawki, notatki i momenty zwątpienia. To właśnie w tym tkwi wartość tej książki.
O czym jest książka
Tom (w sumie już siódmy) pokazuje moment, w którym „Władca Pierścieni” dopiero się kształtuje. J.R.R. Tolkien zmienia jeszcze koncepcje wydarzeń, rozwija postacie, zastanawia się, jak powinny wyglądać poszczególne miejsca i jakie znaczenie będą miały dla całej historii. Możemy obserwować, jak powstaje Isengard i Orthank. Jak rozwija się wątek Sarumana i jego zdrady. Całe Śródziemie powoli rozszerza się o nowe krainy i ludy. W książce znajdują się różne wersje tych samych scen. Są w niej fragmenty map, notatki i szkice. Pojawiają się także komentarze Christophera Tolkiena, który pokazuje, jak bardzo ta opowieść zmieniała się w trakcie pisania i jak wyglądała praca jego ojca nad kultową historią.
Moja opinia i przemyślenia
Największe wrażenie robi tutaj sam proces twórczy. Można zobaczyć Tolkiena nie jako pomnikowego autora, ale jako człowieka, który skreślał, poprawiał, zmieniał zdanie, szukał lepszych rozwiązań. Nagle okazuje się, że Śródziemie nie powstało jako gotowy świat, tylko rosło powoli, czasem chaotycznie, czasem bardzo metodycznie.
Bardzo ciekawe jest też spojrzenie na Sarumana. Jego zdrada nie pojawia się nagle – widać, jak Tolkien stopniowo budował tę postać, jak zmieniał jej motywacje i charakter. Dzięki temu zdrada Sarumana staje się bardziej zrozumiała i bardziej ludzka.
To jednak nie jest książka do czytania jak powieść. To książka do podczytywania, do zatrzymywania się na fragmentach, do analizowania. Momentami jest bardzo techniczna, pełna komentarzy i porównań wersji tekstu. Jednak jeśli ktoś kocha Tolkiena i jego świat, to jest to po prostu fascynujące.
Podsumowanie
„Zdrada Isengardu” to książka dla osób, które chcą zobaczyć, jak powstawał „Władca Pierścieni” i jak wyglądała praca Tolkiena od kuchni. To zapis procesu twórczego, a nie klasyczna historia, dlatego wymaga cierpliwości i uważnego czytania. W zamian daje jednak coś wyjątkowego – możliwość zajrzenia do samego serca Śródziemia, jeszcze zanim stało się legendą.
Zagadka świątecznej zbrodni
„Boże, chroń nas przed naszymi przyjaciółmi, tak ochoczo broniącymi naszej reputacji przed oskarżeniami, które mogłyby bez tego w ogóle nie paść”.
Pierwsze spotkanie z twórczością Susan Gilruth zaliczyłam do intrygujących w przyjemnej odsłonie. Zapewniało mocne dobre wrażenia, odwołujące się do zabawy z czytelnikiem w dokonywanie przypuszczeń i interpretacji. Atrakcyjność fabuły przekonywała z różnych ujęć. Autorka naszpikowała scenariusz zdarzeń tropami i zwątpieniami, mocno zagęszczoną kryminalną zagadką, co więcej, znalazła jeszcze przestrzeń dla delikatnych obyczajowych nut. Gładko wchodziłam w akcję, chętnie przewracałam strony, dokonując przypuszczeń, jak potoczą się losy śledztwa. Odpowiadało mi, że dochodzenie prowadzone było od strony amatorki i doświadczonego policjanta, zaś ich opierająca się na osobliwych relacjach współpraca ubarwiała liczne incydenty.
Bohaterowie, zarówno pierwszoplanowi, jak i z drugoplanowi, przekonująco odmalowani. Nie brakowało różnorodności osobowości, skrywanych sekretów i stopniowo ujawniających się ambicji. Liane, kluczowa postać powieści, wystąpiła w roli narratorki. Frapująco było towarzyszyć jej myślom, próbom logicznego ułożenia zdarzeń, zrozumienia okoliczności i wysunięcia prawidłowych wniosków podczas odkrywania tożsamości mordercy. Gilruth udanie mieszała w obsadzie książki, sprawiając, że do końca nie mogłam być pewna motywów i zamiarów grona osób. Świetnie bawiłam się w odnajdywanie wskazówek prowadzących ku prawdzie, wielokrotnie poległam w procesie interpretowania i dedukcji, z uśmiechem łapałam się na błędne opinie.
Odpowiadał mi klasyczny format i klimat „Zagadki świątecznej zbrodni”. Od początku pojawiały się złowróżbne sygnały, przesądne znaki, odciągające od zamierzeń incydenty. Fantastyczne zagranie autorki, aby od razu wprowadzić czytelnika w złowieszczą sferę czegoś, co wywoływało dreszcze. Zanim jednak doszło do śmierci i jej konsekwencji dla otoczenia zmarłego, miałam okazję przyjrzeć się bliżej uczestnikom spektaklu zbrodni. I to też był zręczny chwyt osadzenia odbiorcy opowieści w gronie rodziny i znajomych ofiary. Urzekł klimat angielskiej wioski, spowitej śniegiem, przygotowującej się do grudniowego święta, skontrastowany z nagłym przeczuciem nadciągającej katastrofy i zderzony z okrucieństwem mrocznej strony ludzkiej natury.
Ile osób, tylu podejrzanych, a każdy dzień fabuły wnosił coś nowego do odszyfrowania kryminału. Rodzinne utarczki, zazdrosne spojrzenia, wylęknione wnioski, tchnienie śmierci, wredne plotki i spekulacje zakrojone na szeroką skalę, niezrozumiałe drobne szczegóły i dziwne niezgodności. Znakomite pole popisu do uruchomienia szarych komórek i dojścia do sedna sprawy. Wszystko w powolnym rytmie opisów i dialogów, ze wsparciem wścibskich osądów, pochopnych oskarżeń, sędziowskiego oka, chińskiej porcelany, pięknych kwiatów, aktorskich zdolności i atrakcyjnych kobiet. Przygoda czytelnicza, chociaż napisana ponad siedemdziesiąt lat temu, przekonała zawartością i zachęciła do poznania innych książek autorki.
Flash. Póki czas się nie zatrzyma. Tom 2
Drugi tom runu Simona Spurriera to moment, w którym przestaje się zastanawiać, „o co tu właściwie chodzi?”, a zaczyna dostrzegać większy plan. Po pierwszym albumie miałam wrażenie chaosu. Dużo pomysłów, metafizyka na pełnym gazie, postacie wytrącone z równowagi. Tutaj wszystko zaczyna układać się w bardziej czytelny wzór. Nadal jest dziwnie. Nadal jest ambitnie. Jednak tym razem ta dziwność ma sens.
Wally West wciąż zmaga się z rozchwianą Mocą Prędkości i konsekwencjami własnych międzywymiarowych podróży. Central City nie ma lekko – speedsterzy wpadają w tarapaty, Amanda Waller pociąga za sznurki, a rzeczywistość zaczyna się niepokojąco marszczyć. Do tego dochodzą Arkanioły, zgromadzenie Thawne’ów i poczucie, że coś fundamentalnego w strukturze czasu pęka.
Tytułowe „Póki czas się nie zatrzyma” staje się fabułą, a nie tylko hasłem. To motto Wally’ego. Obietnica dana Lindzie. Deklaracja miłości, która ma trwać mimo rozpadu wszechświata. Czas i uczucie – dwa główne filary tej historii.
Spurrier idzie w stronę metafizyki, ale nie zapomina o emocjach. Relacja Wally’ego z Lindą wybrzmiewa naprawdę ładnie, momentami wręcz poetycko. Ciekawie poprowadzono też wątek Barry’ego Allena – jego rola mentora i punktu odniesienia dla Wally’ego zyskuje tu nową głębię.
Największa zmiana? Drugi tom lepiej waży proporcje. W pierwszym miałam poczucie przesytu – zbyt wiele wątków, zbyt wiele dziwnych zachowań bohaterów, które trudno było od razu zaakceptować. Tutaj część z tych decyzji zostaje sensownie wyjaśniona. I nagle wcześniejszy chaos zaczyna wyglądać jak zaplanowana konstrukcja.
Podoba mi się, że Spurrier nie idzie w prostą historię o biciu złoczyńców i ratowaniu dnia. Wprowadza wątek walki wewnętrznej, podważa stabilność Mocy Prędkości, bawi się mitologią Flasha. Reverse-Flash? Obecny, ale wykorzystany inaczej, niż można by się spodziewać. Nie jako oczywisty „wielki zły”, tylko element większej, bardziej złożonej układanki.
Nie wszystko działa idealnie. Niektóre wątki z pierwszego tomu – choćby praca Wally’ego w Terrifictechu – zostają potraktowane po macoszemu. Finałowa konfrontacja z kosmicznymi przeciwnikami zostawia lekki niedosyt. Czasem wciąż bywa zbyt gęsto, zbyt konceptualnie.
Za to warstwa graficzna – bardzo mocna. Ramón Pérez i gościnni rysownicy świetnie oddają dynamikę biegu, ale też tę półpłynną, niestabilną rzeczywistość. Kadry momentami przypominają bardziej oniryczne wizje niż klasyczny komiks superbohaterski. I to pasuje. Ten świat nie ma być stabilny.
„Flash. Póki czas się nie zatrzyma. Tom 2” to ambitna, momentami wymagająca historia. Niekoniecznie najlepszy punkt startowy dla nowych czytelników, ale bardzo ciekawa propozycja dla tych, którzy czują przesyt standardowym superbohaterskim schematem.
Spurrier rozwija postać Wally’ego Westa, ryzykuje, eksperymentuje. Nie wszystko wychodzi idealnie, ale widać wyraźną wizję i konsekwencję. A to w długich runach bywa cenniejsze niż bezpieczne odtwarzanie sprawdzonych motywów. Jeśli lubisz, gdy komiks o Flashu jest bardziej o czasie, tożsamości i relacjach niż o samym biegu – ten tom może cię naprawdę wciągnąć.
