Rezultaty wyszukiwania dla: Pięć Królestw
Four Ruined Realms. Cztery stracone królestwa
Czy znasz takie książki, które od pierwszych stron przypominają, że zaufanie bywa najdroższą walutą, a zemsta potrafi połączyć silniej niż wspólny cel? Cztery stracone królestwa to drugi tom serii Pięć pękniętych ostrzy autorstwa Mai Corland i powrót do świata, w którym nikt nie jest krystaliczny, a każda decyzja ma swoją cenę. Wracamy do drużyny, która już raz się rozpadła. Teraz musi działać razem. Bo nie ma wyjścia.
O czym jest książka
Król Joon rozegrał wszystkich po mistrzowsku. Zamiast śmierci – nowa misja. Trzydzieści dni, jeden boski artefakt i królestwo Khitan, do którego nikt nie ma wstępu. Pierścień należy do królowej Quilimar, siostry Joona. Dotarcie do niej graniczy z cudem, a próby kończą się śmiercią.
Bohaterowie – Mikail, Aeri, Royo, Euyn, Sora i Tiyung – niosą ze sobą bagaż zdrad z pierwszego tomu. Wciąż mają sekrety, ciche dni i niewypowiedziane pretensje. Jednak wspólny cel powoli ich zbliża. Khitan okazuje się królestwem rządzonym według feministycznych zasad, co jest ciekawym i dobrze wplecionym akcentem światotwórczym. Nic nie jest tu jednoznaczne. Nawet władza.
Moja opinia i przemyślenia
Największą zaletą książki pozostają bohaterowie. Moralnie szarzy. Poranieni. Uparci. Każdy z nich ma coś do stracenia, dlatego współpraca staje się koniecznością, nie wyborem. Relacje są napięte – wybaczenie to jedno, zrozumienie drugie. Euyn i Mikail oddaleni. Aeri wikła się we własne kłamstwa. Sora tęskni, boli, zostaje w pamięci na długo.
Szczególnie intrygujący jest Mikail – arcyszpieg o wielu twarzach, który wszystko wie, wszystko planuje, ale coraz trudniej odgadnąć, kim naprawdę jest. Royo nadal kryje potencjał, który aż prosi się o rozwinięcie w kolejnym tomie. Narracja wieloosobowa działa tu zaskakująco dobrze – krótkie, dynamiczne rozdziały utrzymują tempo i napięcie, bez chaosu.
To fantastyka drogi, pełna trudnych wyborów, poświęceń i narastającej chęci zemsty. Brutalna momentami, z wyraźnymi trigger warnings – zdecydowanie nie dla każdego, mimo oznaczenia 14+.
Warto też wspomnieć o wydaniu – książka ukazała się nakładem Wydawnictwo Jaguar i naprawdę cieszy oko: twarda oprawa, barwione brzegi, format, który wyróżnia się na półce.
Podsumowanie
Cztery stracone królestwa to mocna kontynuacja, która nie zwalnia tempa i pogłębia emocjonalne rysy bohaterów. Świetnie poprowadzona intryga, dobrze zarysowany świat i zakończenie, które zostawia z niedosytem.
Jeśli pierwszy tom jest już za Tobą, nie ma odwrotu. A jeśli nie – lepiej nadrobić. Bo ta historia jeszcze się nie skończyła.
Koniec świata Templariuszy
„Tam, gdzie w grę wchodzą złoto i władza, nie ma miejsca na kompromis”.
Średniowiecze nie należy do ulubionych klimatów czytelniczych, znacznie bardziej cenię starożytność. Jednak, kiedy tytuł przywołał templariuszy, skusiłam się na przygodę z ich udziałem. I nie żałuję, otrzymałam nawet więcej, niż się spodziewałam. Powieść doceniłam z wielu względów. Oczywiście, najważniejszy to moc przykuwania uwagi, entuzjastyczne wciąganie w scenariusz zdarzeń, sprawianie, że nie chciałam odrywać się od stron książki. Przekonało bogactwo postaci oraz to, że autor przydzielił im ciekawe życiorysy, obdzielił atrakcyjnymi osobowościami, uwzględnił nieco tajemniczą przeszłość. Może przydałoby się większe pogłębienie motywów i postaw, ale to, co zostało zaprezentowane, zadowoliło mnie.
Dobrze bawiłam się podążaniem tropem historycznych miejsc, postaci i zdarzeń. Cieszyło mniej lub bardziej fikcyjne dopisywanie szczegółów. Spodobał się styl narracji, plastyczny i sugestywny, z przekonującymi dialogami, łatwymi do przeniesienia przez wyobraźnię opisami, zwróceniem uwagi na detale i emocje. Książka liczyła niemal czterysta trzydzieści stron, a w żadnym momencie nie wywołała wrażenia znużenia czy choćby delikatnego zmęczenia. Bogusław Chrabota doskonale poradził sobie z odpowiednim rozłożeniem intrygi na przestrzeni opowieści. Wciągał wstęp pełen elementów podszytych niebezpieczeństwem i szalonym wyzwaniem, przykuwał uwagę środek wypełniony wyjątkowymi przygodami i apelami, satysfakcjonował finałowy etap scenariusza zdarzeń, zaskakujący odsłoną prawdy o sobie i wierze. Pierwsze spotkanie z twórczością pisarza zaliczyłam do bardzo udanych, zaangażowałam się w poznawanie końca świata templariuszy w spiskowym i bezwzględnym wydaniu.
Świat zamarł trzynastego października tysiąc trzysta siódmego roku. Samo niebo zdawało się ostrzegać ludzkość przed czymś ekstremalnie haniebnym i podłym. Stolicą, z której wypełzło największe zło zazdrości, gęsta od mroku żądza bogactwa i oparta na okrucieństwie zemsta, okazał się Paryż. O ile mieszkańcy miasta, stłamszeni trwogą o własne życie, naznaczeni wrogą i złośliwą propagandą, ograniczeni prostotą rozumowania, mogliby znaleźć, do pewnego stopnia, usprawiedliwienie w oczach odbiorcy, to największy despota ówczesnych czasów, Filip IV Piękny, i jego poplecznicy, już nie. Cudownie wyczuwałam atmosferę grozy ataku na Świątynię, pozbawienie wpływów, zszarganie wizerunku, odebranie życia i majątku templariuszy.
Zakonowi Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona zadano skryty cios w serce, zalewając potężną siłą oszczerstw i okrucieństwa, na zawsze eliminujący z gry religijnej i politycznej. Po bezwzględnej rozprawie z tysiącami wyłapywanych ukrywających się członków, rycerze odziani w biały strój z krzyżami w kolorze krwi Zbawiciela już nigdy się nie podnieśli. Zafascynowałam się losami fikcyjnego Henryka Vaudémonta, przeszłością, służbą i wypełnianiem misji powierzonej przez wielkiego mistrza Jakuba de Molay, strażnika Grobu Pańskiego. Towarzyszyłam kluczowej postaci w wielu podróżach i przygodach, nadziei i zwątpieniu, przyjaźni i zdradzie, życzliwości i oszustwie. Czy naprawdę okazał się człowiekiem na właściwym miejscu, silnym duchem i mieczem? Czy dotarł do najistotniejszej relikwii Francji? Czy poznał największą tajemnicę królestwa? Zakończenie nieco rozczarowało, nie spodziewałam się, że tak mocno przywrze do romantycznej nuty, która zasadniczo wydała mi się przekoloryzowana.
Błogosławieństwo Niebios 2
Na szczęście wydawnictwo Czarna Owca nie kazało czekać czytelnikom zbyt długo. Drugi tom „Błogosławieństwa niebios” to powrót do świata duchów, demonów i bogów, który fascynuje, wciąga i potrafi wywołać gęsią skórkę. Mo Xiang Tong Xiu nie zwalnia tempa – fabuła staje się jeszcze bardziej dynamiczna, a bohaterowie dostają przestrzeń, by pokazać się z nowych, nieoczywistych stron.
O czym jest książka
Historia zaczyna się od odkrycia, że czarujący San Lang to tak naprawdę Hua Cheng – jeden z Czterech Wielkich Gróz i legendarny demon, budzący lęk wśród bogów i ludzi. Wraz z Xie Lianem trafiamy do Miasta Duchów, miejsca mrocznego, ale i pełnego barw, w którym rozrywka przeplata się z grozą, a na każdym kroku czai się intryga. To właśnie tutaj Xie Lian staje twarzą w twarz z własną przeszłością i starymi winami, których cień ciągnie się za nim od wieków. Pomiędzy opowieściami o upadłym królestwie, duchach szukających ukojenia i bezwzględnych rozgrywkach w Domu Gry rodzi się coś jeszcze – delikatne, ale coraz wyraźniejsze zaufanie pomiędzy bohaterami.
Moja opinia i przemyślenia
Drugi tom podobał mi się jeszcze bardziej niż pierwszy. Styl jest tutaj jakby pewniejszy, dialogi mają więcej lekkości, a retrospekcje nie spowalniają akcji, tylko dodają jej głębi. Sceny w Mieście Duchów były w moim odczuciu najmocniejszym punktem – pełne napięcia, ironii, ale i symboliki. Xie Lian został ukazany jako bohater tragiczny, noszący na barkach ogromny ciężar, a jednocześnie nadal zdolny do empatii i troski o innych. Hua Cheng natomiast fascynuje swoją lojalnością i oddaniem. Jego uczucia do Xie Liana są czyste i szczere, a jednocześnie podszyte tajemnicą. Relacja tej dwójki wypada niezwykle naturalnie: subtelne gesty, niedopowiedzenia, napięcie w rozmowach. To zdecydowanie element, dla którego chce się czytać dalej.
Podsumowanie
„Błogosławieństwo niebios 2” to tom, który rozwija świat i bohaterów, a jednocześnie sprawia, że trudno oderwać się od lektury. Pełen emocji, humoru, akcji i refleksji nad odpowiedzialnością, wolnością i poświęceniem. Dla mnie to przykład, jak kontynuacja potrafi przewyższyć pierwszy tom i zostawić czytelnika z ogromną potrzebą sięgnięcia po kolejną część. Jeśli lubicie historie, które łączą epicką opowieść z intymnym portretem bohaterów, ta seria jest strzałem w dziesiątkę.
Niedokończone opowieści Śródziemia i Numenoru. Wydanie ilustrowane
Ilustracje do twórczości J.R.R. Tolkiena bywają naprawdę piękne, a czołowymi artystami, którzy je tworzą są Alan Lee, John Howe i Ted Nasmith. Właśnie ich twórczość znalazła się we wznowieniu „Niedokończonych opowieści Śródziemia i Numenoru”. Pięknie wydana książka ukazała się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.
O czym jest książka
„Niedokończone opowieści” to swoista kronika, obejmująca różne epoki. Od Pierwszej Ery, przez czasy Númenoru, aż po wydarzenia znane z Trzeciej Ery. Na co możemy liczyć? Wśród opowieści znajdziemy m.in. relację o tym, jak Ulmo ukazał się Tuorowi. Jest też opis sił Rohanu, wędrówka Nazgûli w poszukiwaniu Pierścienia, czy barwna historia Gandalfa i krasnoludów podczas pamiętnej kolacji w Bag End. Co jeszcze? To także jedyna zachowana opowieść o dziejach Númenoru przed jego upadkiem, fragmenty dotyczące Pięciu Czarodziejów czy opowieść o Amrothcie. Dlaczego wydanie jest tak wyjątkowe? Każdy tekst uzupełniają komentarze Christophera Tolkiena. Dzięki nim łatwiej zrozumieć kontekst i powiązać poszczególne fragmenty z resztą legendarium.
Moja opinia i przemyślenia
Nie jest to książka, którą „pochłania się” jednym tchem. To raczej lektura wymagająca skupienia – pełna przypisów, komentarzy i szczegółowych opisów. Ale właśnie w tym tkwi jej siła. To swojego rodzaju zaproszenie do podróży po mniej znanych zakamarkach Śródziemia. Dla fana Tolkiena książka powinna być bezcenna. Każda niedopowiedziana scena, każda notatka czy szkic otwiera nowe perspektywy. Szczególne wrażenie robi wydanie ilustrowane. Cudowne — pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że epickie — rysunki Lee, Howe’a i Nasmitha pogłębiają odbiór tekstu. Dzięki nim łatwiej poczuć monumentalność elfich królestw, grozę wojen czy magię pradawnych legend.
Cenię też ogrom pracy Christophera Tolkiena. Z jednej strony zachował ostrożność i szacunek wobec spuścizny ojca, z drugiej – stworzył przewodnik, który porządkuje i wyjaśnia często skomplikowaną materię. Bez jego komentarzy lektura byłaby dużo trudniejsza, a momentami wręcz hermetyczna.
Podsumowanie
„Niedokończone opowieści Śródziemia i Númenoru. Wydanie ilustrowane” to książka, która nie jest dla każdego – początkujący czytelnik może się w niej zgubić. Jednakże dla fanów Tolkiena to absolutny skarb. Otrzymujemy teksty, których nie dane było ukończyć mistrzowi. Podziwiamy piękne wizualne dopełnienie jego wizji. To lektura, która pozwala jeszcze głębiej zanurzyć się w świecie Śródziemia i odkrywać jego tajemnice. Czy cenisz sobie „Władcę Pierścieni” i „Silmarillion”? Jeżeli tak, to opisywana przeze mnie księga stanie się naturalnym i niezwykle satysfakcjonującym uzupełnieniem. Zdecydowanie warto po niego sięgnąć!
Lasy Opalu
Jeśli macie ochotę zanurzyć się w klasycznej, pełnej magii opowieści fantasy, gdzie dzielni bohaterowie walczą z tyranią, a nad światem wisi cień przepowiedni – „Lasy Opalu” to wybór niemal podręcznikowy. Christophe Arleston, twórca „Lanfeusta z Troy”, zabiera nas tym razem do krainy Opalu – świata pełnego gęstych lasów, legend, magicznych kamieni i... bardzo znanych motywów.
Fabuła rozpoczyna się w niewielkiej osadzie, gdzie poznajemy Darko – syna mistrza szkłodzieja. Z pozoru zwyczajny chłopak szybko okazuje się kimś znacznie ważniejszym. Zgodnie z przepowiednią to właśnie on ma moc, by obalić skorumpowany porządek Pięciu Królestw rządzonych przez chciwych Kapłanów Światła. W jego podróży towarzyszą mu nietuzinkowi bohaterowie: bard Urfold, piękny i zwinny Sleilo oraz budzący grozę Ghörg. Razem ruszają w drogę, by sprowadzić wygnanych Tytanów i wyzwolić świat spod jarzma religijnej tyranii.
Pierwsze, co rzuca się w oczy – to dobrze znane schematy. Młody wybraniec z małej wioski? Jest. Mistyczna przepowiednia? Obecna. Dziwaczni towarzysze podróży i Wielka Misja? Jak najbardziej. I choć brzmi to jak zlepek klisz z każdej fantastycznej epopei, Arleston z wprawą balansuje na granicy hołdu i powielania. Narracja prowadzona jest sprawnie, akcja płynie gładko, nie brakuje dynamicznych scen, momentów napięcia i odrobiny humoru. Jasne – nie ma tu nic, co mogłoby zaskoczyć fanów gatunku, ale całość broni się solidnym tempem i lekkim tonem. Komiks daje po prostu czystą rozrywkę – bez zadęcia, za to z dużą dawką przygody.
Graficznie? Philippe Pellet serwuje nam rysunki, które pasują do opowieści, ale czasem brakuje im lekkości czy polotu znanego z „Lanfeusta”. Bywają ujęcia nieco chaotyczne albo zbyt statyczne, ale ogólnie – klimat jest. Lasy, magia, pancerze i urokliwe kadry – wszystko, czego potrzeba w porządnej fantasy. Trzeba jednak zaznaczyć, że jest to komiks raczej dla fanów gatunku niż poszukiwaczy nowości. Jeśli oczekujesz fabularnych twistów czy łamania schematów – lepiej poszukać gdzie indziej. Za to jeśli chcesz odpocząć przy czymś klasycznym, sprawdzonym i... po prostu fajnym – warto dać „Lasom Opalu” szansę.
„Lasy Opalu” to otwarcie serii, które nie odkrywa Ameryki na nowo, ale sprawnie wykorzystuje znane motywy fantasy. Przygoda, magia, walka dobra ze złem i wybraniec z przepowiedni – wszystko to znajdziemy w pierwszym tomie. Choć brak tu oryginalności, klimat historii i tempo opowieści potrafią wciągnąć. To propozycja dla tych, którzy tęsknią za „klasycznym” fantasy – z nutą humoru, przygodą w tle i sympatyczną bandą bohaterów. Dobre wydanie, solidna narracja, przyzwoite ilustracje. Nie hit, ale bardzo przyjemny wstęp do serii.
Five Broken Blades. Pięć pękniętych ostrzy
Brawurowa fantastyka w najlepszym wydaniu? Jeżeli taką lubicie, to koniecznie przeczytajcie dzisiejszą recenzję! „Five Broken Blades. Pięć pękniętych ostrzy” to książka, która przypomina miks „Szóstki Wron” i „Gry o tron”, ale z własnym, intrygującym twistem. Świat inspirowany kulturą azjatycką, spiski, zdrady, magia w tle i bohaterowie, których nie sposób nie pokochać (lub znienawidzić). Brzmi dobrze? To dopiero początek.
O czym jest ta książka?
W królestwie Yusanu nastały mroczne czasy. Królem jest Joon – władca i bóg. Nieśmiertelny, bezlitosny, oderwany od cierpienia swoich poddanych. Bogaci się bawią, biedni umierają z głodu. Nadzieja? Garstka nieznajomych, z których każdy ma swój powód, by pozbawić króla życia. Wśród piątki wybrańców mamy m.in. najemnika z przeszłością, zabójczynię marzącą o wolności, księcia, który zapłacił za własne błędy wygnaniem. Każdy z nich jest wyjątkowy, nieprzewidywalny, śmiertelnie skuteczny. Każdy kłamie i skrywa sekrety. Mają jeden cel – zabić króla. Jednak ostatecznie tylko jedna osoba sięgnie po koronę…
Moja opinia i przemyślenia
Początek? Trudny. Naprawdę, miałam chwilę zwątpienia, bo sześć różnych perspektyw na starcie może człowieka zmęczyć. Wystarczyło jednak trochę cierpliwości, żeby nagle powieść stała się porywająca. Kiedy bohaterowie zaczynają się spotykać, a fabuła nabiera tempa, wciąga jak wir.
Ogromnym plusem jest moim zdaniem pierwszoosobowa narracja, zmieniająca się zależnie od postaci. Styl pisania różni się subtelnie między rozdziałami, co daje bardzo autentyczne wrażenie. Każdy bohater myśli inaczej, mówi inaczej, działa inaczej – i to widać.
Uwielbiam moment, w którym drużyna się kompletuje. Chemia między postaciami jest wyraźnie wyczuwalna. Mamy tu wszystko — od wrogów, którzy zaczynają coś do siebie czuć, po byłych kochanków z bagażem emocjonalnym. Tych relacji nie da się przewidzieć – i właśnie to jest najlepsze. Plot twisty są rozsiane po całej książce, nie tylko na sam koniec. To oczywiście sprawia, że naprawdę trudno oderwać się od lektury. A zakończenie? Z jednej strony byłam zadowolona, że coś przewidziałam, z drugiej wielu elementów naprawdę się nie spodziewałam.
Czy wszystko mi się podobało? Nie do końca. Aeri – jedna z postaci – działała mi na nerwy od pierwszych stron i nawet wyjaśnienie jej zachowania nie do końca mnie przekonało. Jednak reszta ekipy zdecydowanie nadrabiała te minusy.
Podsumowanie
„Five Broken Blades” to książka, która nagradza cierpliwego czytelnika. Początek może być wyzwaniem, ale warto się przez niego przebić, ponieważ dalej robi się naprawdę intensywnie. Świetnie skonstruowani bohaterowie, napięcie, intrygi i świat, w którym łatwo się zanurzyć. Jeśli lubisz powieści w stylu „Szóstki Wron” to śmiało sięgaj. A ja? Z niecierpliwością czekam na drugi tom. Bo czuję, że ta historia dopiero się rozkręca.
Zapowiedź: Osobliwy hymn
Przetrwała spotkanie z szalonym królem… ale koszmar trwa.
Syrena Callypso Lillis nadal nosi fizyczne ślady po torturach z rąk Karnona, mimo że udało się jej powrócić do swojego mistycznego partnera Desmonda Flynna, Króla Nocy. W dodatku piętrzą się dowody, że Złodziej Dusz – który odpowiada za zniknięcia niezliczonych elfich wojowników – wciąż z ukrycia pociąga za sznurki.
Nadchodzi zupełnie nowe, epickie fantasy! Poznajcie „The Great Library of Tomorrow”
A gdyby tak ideę globalnej jedności, rozmach oraz nieznającą granic fantazję, czyli wszystko to, z czego znany jest jeden z największych festiwali muzycznych na świecie, przelać na karty książki? To właśnie się stało! A efekt? Przekonajcie się sami!
Zapowiedź: Niech żyje zło
Rae od zawsze miała słabość do złoczyńców w powieściach fantasy. Są najlepiej ubrani, mają najbardziej cięte riposty i zwykle nie cofają się przed niczym, by osiągnąć swoje cele. Rae z chęcią zrobiłaby to samo – cierpi na nieuleczalną chorobę i poświęciłaby wszystko, by odmienić swój los…
I oto niespodziewanie otrzymuje szansę na drugie życie: niezwykłym trafem przenika do świata swojej ulubionej serii, gdzie może odnaleźć kwiat, który ją uleczy.
Zapowiedź: Faebound. Więzy magii
Czy dwie elfie siostry przetrwają w zdradzieckim świecie fae, w którym miłość i fałsz tylko czekają, by je upoić?
