Rezultaty wyszukiwania dla: Lekkie
Bestia w jaskini i inne opowiadania
H.P. Lovecraft – autor, o którym słyszał chyba każdy. Niezależnie od tego, czy uwielbia powieści grozy, czy też nie, nazwisko to stało się w pewnym sensie ikoną. Oczywiście każdemu na myśl momentalnie przychodzi Cthulhu, najbardziej znane bóstwo wykreowane przez autora, ale przecież nie samymi mackami człowiek żyje, prawda? Choć oczywiście Wielki Przedwieczny stanowi istotny element twórczości Lovecrafta, tak w jego opowiadaniach i innych dziełach można doświadczyć wielu innych aspektów.
Bestia w jaskini i inne opowiadania to potężny, naprawdę ogromny i przepięknie wydany zbiór historii, które narodziły się w głowie autora. I wierzcie mi, gdy czasami biorę się za jego dzieła, to zaczynam się zastanawiać, co jest z tym człowiekiem nie tak? Jeżeli to wszystko rozgrywa się w jego głowie, a on potem w tak dosadny sposób potrafi to przekazać czytelnikom, to osobiście odczuwam pewien lęk. Bo wiecie, uwielbiam grozę, lubię strach, kocham gotyk i mroczne klimaty, ale jak sobie pomyślę, że w mojej głowie miałyby one zagościć na stałe, to czuję się nieco nieswojo. Podobnie jak w trakcie lektury Lovecrafta.
Zawsze mam spore trudności w pisaniu opinii na temat zbioru opowiadań, a właściwie to muszę przyznać, że bardzo rzadko po takowe sięgam. Lovecraft jest jednym z tych wyjątków, których dzieła biorę w ciemno. Poza tym nie wyobrażałam sobie sytuacji, w której zabrakłoby tej cudownie wydanej książki na mojej półce. Prezentuje się naprawdę wspaniale, wręcz majestatycznie. Styl Lovecrafta jest dosyć charakterystyczny i wydaje mi się, że jedni to uwielbiają, a inni czują się zniechęceni. Nie wiem, czy zniechęcenie to może minąć z czasem, bo trzeba przyznać, że takie klimaty po prostu trzeba lubić. Trzeba umieć się w tym odnaleźć, zrozumieć specyfikę i może nawet nieco dać się ponieść wszystkiemu, co oferuje autor.
Nie jestem w stanie napisać, że książkę tę czyta się szybko, lekko i przyjemnie, bo to nie ten typ literatury. Osobiście uważam, że twórczość Lovecrafta to nie ten typ, który czyta myśląc o niebieskich migdałach. Biorąc pod uwagę, że zabrałam się za opowiadania, to stopniowo je sobie dawkowałam – czytałam po 2 czy 3 dziennie, choć któregoś dnia przepadłam na dłużej. Muszę przyznać, że spodobało mi się to chwilowe oderwanie od rzeczywistości i chłonęłam opowiadanie za opowiadaniem. A gdy w jednym z nich pojawił się motyw Starożytnego Egiptu, to już w ogóle nie chciałam odkładać tej książki. Mimo wszystko wolę ocenić ten zbiór jako całość, bo nie przepadam za opisywaniem każdego opowiadania z osobna. Bo czy miałoby to w ogóle sens? W moim odczuciu nie, zwłaszcza, że wyobraźnia i pomysłowość tego autora nie znają granic.
Groza, starożytne rytuały, lęk, strach, inne wymiary i dziwaczne stwory – tego wszystkiego możecie doświadczyć w twórczości H.P. Lovecrafta i gwarantuję Wam, że nigdzie indziej nie spotkacie się z czymś takim. Nigdzie nie znajdziecie takich opisów, takiego klimatu, tej atmosfery i lekkiej psychozy, bowiem Lovecraft włożył w to całe swoje serce. Jego umysł jest z jednej strony przerażający, a z drugiej fascynujący i znajduje to świetne odzwierciedlenie w jego opowieściach.
Pusta noc
Tematyka słowiańska, demony, umarlaki i polskie urban fantasy to ostatnio temat bardzo oblegany na rynku rodzimej fantastyki. Właśnie w tym kierunku podążyła także Pulina Hendel w drugim w swojej młodej karierze cyklu. Jak prezentuje się jej Żniwiarz?
Mówią, że demony, zabobony i czary odeszły już do przeszłości. Czy na pewno?
Na pierwszy rzut oka Magda jest zwykłą dwudziestolatką. Czas wypełnia jej praca w małej księgarni oraz obowiązki domowe. To jednak tylko pozory, gdyż w wolnych chwilach, zamiast spotykać się z rówieśnikami, Magda tropi upiory rodem ze słowiańskich wierzeń. Z krainy umarłych ucieka najpotężniejsza istota, z jaką żniwiarze kiedykolwiek musieli się zmierzyć. Tymczasem między Magdą a Mateuszem, tajemniczym chłopakiem, który niedawno wprowadził się do miasteczka, zawiązuje się nić sympatii. Dziewczyna pokazuje Mateuszowi świat słowiańskich wierzeń, nie mając pojęcia, że już wkrótce ona i jej przyjaciele znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
To, co przyciągnęło mnie do sięgnięcia po książkę to przede wszystkim opis i świat, który autorka stworzyła na kartach swojej powieści. Nie ukrywam, że demony, powracające z martwych istoty, duchy, to rzeczy, które lubię w fantastyce. W dodatku książkę poleca sama Maja Lidia Kossakowska, która wydała na świat jakże dobrego Siewce Wiatru (i jego kontynuację). Trzecim aspektem jest okładka, która przyciąga zdecydowanie wzrok z księgarskiej półki, budzi ciekawość wnętrza. Czy cała oprawa jest warta treści? Muszę przyznać, że po lekturze pierwszego tomu mam lekki niedosyt...
Pusta noc jest pierwszym tomem trylogii Żniwiarz. Tomem, który jest napisany zadziwiająco poprawnie. Miałem lekkie wątpliwości, głównie przez nieznane mi wcześniej nazwisko autorki. Paulina Hendel całkiem fajnie radzi sobie z rozbudowywaniem fabuły, wątkami pobocznymi, czy nakreślaniem postaci. Jednakże jeśli chodzi o fabułę i akcję, jest nieco gorzej. Przede wszystkim brakowało mi owej mitologi słowiańskiej, która to domniemaną wizytówką powieści. Niektóre elementy powieści, głownie w sferze fantastycznej, są zbyt oczywiste dla autorki, przez co cierpi czytelnik. Brakuje mi bardziej szczegółowych opisów egzorcyzmów, broni którą bohaterowie używają do walki ze złem, tajemniczej mieszanki ziół która odpycha obce siły. Sama postać Żniwiarza jest nakreślona, w moim odczuciu, dość powierzchownie. Te małe uszczerbki powodują, że fabuła wydaje się mało dopracowana.
Pusta noc jest powieścią napisaną poprawnie. Wydaje mi się jednak, że pomysł i chęć stworzenia oryginalnej powieści nieco przerosły umiejętności autorki. Mimo wszystko jednak skuszę się na tom numer dwa, bo mimo wszystko, Paulina Hendel ma w sobie potencjał, który - mam szczerą nadzieję - pozwoli jej na wyszlifowanie niedociągnięć.
13 minut
“13 minut” to opowieść o młodziutkiej Natashy, która nie wiadomo dlaczego spędziła dokładnie 13 minut w stanie śmierci klinicznej. Przechodzący blisko rwącej rzeki mężczyzna nie wahał się ani chwili i wyciągnął z wody ciało dziewczyny, która jakimś cudem przeżyła. Teraz tylko należy się dowiedzieć, jak w ogóle tam trafiła i dlaczego Natasha w środku nocy przebywała poza domem.
Sarah Pinborough zasłynęła w naszym kraju thrillerem “Co kryją jej oczy”. Po tak głośnym sukcesie spodziewać się można było wstrząsającej opowieści, dzięki której czytelnik przez kilka wieczorów poczuje dreszczyk emocji. Niestety w tym przypadku tak się nie stało.
Największą wadą “13 minut” jest wiek głównych bohaterek. Mamy tu bowiem do czynienia z grupką nastolatek, które uczęszczają do miejscowego liceum. Niestety przejawiają skrajnie stereotypowe zachowania. Natasha jest domatorką, idolką i dziewczyną podziwianą w całej szkole. Towarzyszą jej dwie śliczne przyjaciółki, z którymi tworzy ekipę “Barbie”. Do tego jeszcze Becca, niepewna siebie dziewczyna, odrzucona swego czasu przez poszkodowaną. To właśnie z jej perspektywy poznajemy całą historię, choć opowieść wzbogacona jest we fragmenty z notatek inspektor, która zajmuje się sprawą, artykuły ukazujące się w gazetach, wiadomości tekstowe wymieniane między bohaterkami, a także zapiski z sesji terapetycznej. Dodatki te niezwykle uprzyjemniają lekturę i sprawiają, że czytelnik może odrobinę poznać punkt widzenia innych postaci, a także wydarzenia, w których Becca nie bierze udziału. Wielka szkoda, iż Sarah Pinborough nie uczyniła swoich bohaterów dojrzalszymi, ponieważ wszystkie dziewczyny, łącznie nawet z ofiarą, zwyczajnie irytują. Niestety nie można się tu utożsamić z którymkolwiek z bohaterów, co jest szczególnie ważne przy thrillerach.
Równie istotna jest nieprzewidywalność, której tu zabrakło. Autorka próbuje zaskoczyć czytelnika, lecz zawsze wybiera jeden z dwóch, maksymalnie trzech możliwych i bardzo oczywistych scenariuszy, wobec czego nie ma mowy tu o większych niespodziankach. Zdumienie może wywoływać jedynie wyjaśnienie pobudek bohaterów.
Mimo wszystko trzeba przyznać, iż powieść czyta się naprawdę przyjemnie. Autorka ma lekkie pióro i nie boi się trudnych tematów, takich jak psychopatia (choć do ujęcia tego zaburzenia można mieć wiele zarzutów), nakładanie przez ludzi różnego rodzaju masek, czy nękania rówieśników w szkołach. To bardzo wiarygodna historia, która z pewnością ma wiele wspólnego z rzeczywistością i sytuacjami, które mają miejsce w niektórych gimnazjach czy liceach. “13 minut” to opowieść o tym, że przyjaciół trzeba mieć blisko, a wrogów jeszcze bliżej, choć często właściwie nie wiadomo, kto jest kim.
Złotowidząca. Ucieczka
Wyobraź sobie, że masz szósty zmysł. Że całym swoim ciałem czujesz, kiedy wokół Ciebie, tuż pod powierzchnią ziemi znajduje się jeden z najcenniejszych kruszców — złoto. Dar czy przekleństwo? Na to pytanie codziennie odpowiada sobie bohaterka najnowszej serii Rae Carson pt. Złotowidząca.
Lee Westfall ma silną, kochającą rodzinę. Ma dom i wiernego rumaka. Ma także najlepszego przyjaciela, którzy być może będzie być kimś ważniejszym. Lee ma także tajemnicę. Wyczuwa złoto w otaczającym ją świecie. Nawet żyły znajdujące się głęboko w ziemi, małe bryłki w strumieniu oraz złoty pył pod jej paznokciami. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, jak potężnym i niebezpiecznym darem została obdarzona. Wie, że w każdej chwili ktoś może go odkryć... Jej świat zmienia się o 180 stopni kiedy okazuje się, że ktoś bestialsko zabił jej rodziców. Wszystko wskazuje na to, że za tym nikczemnym czynem stoi członek jej dalszej rodziny. Dziewczyna postanawia uciec z rodzinnego miasta, by zapomnieć o bólu, wspomnieniach, zaczynając na wszystko od nowa i odnaleźć dawnego przyjaciela. Jako cel podróży upatruje Kalifornię - rozkwitającą dopiero co za sprawą "złotych" inwestycji. Lee zmienia swój wygląd i ukrywając się pod fałszywą tożsamością wyrusza w niebezpieczną drogę.
Na początku trzeba powiedzieć, że Rae Carson nie bez powodu znajduje się na listach światowych bestsellerów. Generalnie w trakcie swojej dość długiej przygody z fantastyką niejednokrotnie miałem do czynienia z powieściami stricte młodzieżowymi. Autorka Złotowidzącej rzuca absolutnie nowe światło na ten, często dość niedoceniany, nurt literatury. Przede wszystkim dlatego, że łączy podstawowe cechy powieści dla młodzieży: rozterki nastolatków, ich miłosne przygody, problemy bardzo przyziemne, wynikające z okresu buntu i dojrzewania, z bardzo ciekawą epoką historyczną, w której młodzież nie miała zbyt łatwego życia, nie ze względu na ich problemy wkraczania w dorosłość, ale na sytuacje ekonomiczną i trudy codziennego życia.
Powieść Rae Carson jest oryginalna i z pewnością wyróżnia się na tle gatunku. Jak już wspominałem powyżej, jej głównym atutem jest tło wydarzeń, w którym to autorka prócz głównej fabuły bardzo fajnie nakreśla problemy epoki, takie jak ciągle jeszcze aktualne niewolnictwo, obraz kobiety i rodzący się feminizm, czy chociażby rasizm. Autorka ciekawie kontrastuje ludzką dobroć z podstępem i wszechobecną gorączką wzbogacania się za wszelką cenę. Wszystkie te wątki są gdzieś pobocznym tematem, krążącym wokół głównej fabuły bohaterów, jednak są bardzo sprawnie wpisane w ich codzienność, przez co powieść staje się barwna i intrygująca, mimo dość wolno prowadzonej akcji, bo trzeba powiedzieć, że Ucieczka jest w znacznej większości powieścią drogi.
Książka napisana jest w niezwykle ciekawy i bogaty językowo sposób. Rae Carson doskonale oprowadza czytelnika po świecie naszej bohaterki, a pierwszoosobowa narracja zdecydowanie nadaje całości większej kolorystyki i daje wyraźniejszy wydźwięk uczuciom, jakie dręczą Lee. Uniwersum dzikiego zachodu naprawdę wykreowane jest w sposób niezwykle ciekawy, często istnie westernowy. Świadczy to o sporej pracy i reserachu odnośnie historycznej rzeczywistości Kalifornii. Język powieści jest łatwy w odbiorze, dość przyjemny i pozwalający na szybkie przebrnięcie przez całość. Złotowidząca to ciekawa pozycja, nie tylko dla młodzieży. Mimo, że widnieje pod szyldem fantastyki, nie znajdziemy jej tam zbyt wiele, prócz dość oczywistej umiejętności głównej bohaterki. Jest to dość smutnawa opowieść o trudach codziennego życia, o ludzkiej chciwości i bezkompromisowości, ale także o nadziei, przyjaźni i dobroci. Naprawdę polecam każdemu, kto szuka lekkiej i przyjemnej lektury na zimowe wieczory. Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na trzeci tom! Polecam.
Daleka droga do małej, gniewnej planety
Becky Chambers w „Podziękowaniach” napisała: „Miałam dwumiesięczną przerwę między płatnymi występami i zaczęło się wydawać, że skończenie książki i utrzymanie dachu nad głową wzajemnie się wykluczają. Miałam dwie możliwości: odłożyć książkę na bok i wykorzystać ten czas na szukanie pracy albo znaleźć sposób na utrzymanie książki (i siebie). Wybrałam możliwość B i zwróciłam się do Kickstartera.” Dzięki Bogu za plany B, za kreatywnych ludzi, którzy stworzyli Kickstartera, autorce, że się nie poddała i pięćdziesięciu trzem fundatorom, którzy ją wsparli. Gdyby „Daleko droga do małej, gniewnej planety” nie wypłynęła na szeroki przestwór oceanu na skrzydłach społecznego wsparcia, to wielkie rzesze fanów piekielnie zawadiackiej space opery utraciłoby kawałek rewelacyjnej, pełnej lekkiego humoru powieści.
A o czym jest ta piekielnie zawadiacka space opera? Jak tytuł dobitnie i jednoznacznie sugeruje... o dalekiej drodze do małej, gniewnej planety. Ale może zacznę od początku. Akcja powieści rozpoczyna się, gdy na statek zajmujący się budową korytarzy międzyprzestrzennych, przybywa nowy członek załogi, Rosmary Harper, która ma się zająć bardzo odpowiedzialną pracą, a mianowicie uporządkowaniem dokumentacji oraz wsparciem administracyjnym jednostki. Kapitan, Ashby, właściciel statku, w niedługim czasie uzyskuje lukratywne zadanie zbudowania tunelu łączącego Przestrzeń Centralną Wspólnoty Galaktycznej z Hedrą Ka, stołeczną planetą terytorium toremich Ka. Zadanie lukratywne, ponieważ tunel ma przypieczętować nowo nawiązaną współpracę z Toremi. Jak to jednak bywa z lukratywnymi zleceniami, mają one czasem haczyki, czasem nawet haki, a ten tutaj tkwi w tym, że Hedra Ka, jest właśnie tą małą, gniewną planetą. A podczas długiej drogi do celu załogę „Wędrowca”, spotka naprawdę wiele przygód.
Lektura powieści Becky Chambers jest po prostu czystą przyjemnością, z wielkim entuzjazmem towarzyszy się załodze „Wędrowca” w jej podróży, bo w tej książce nie cel, lecz podróż jest najważniejsza. I mogłabym takim pięknym zdaniem po prostu zakończyć swoją recenzję. Ale jak tu miałabym nie wspomnieć o krwi i duszy całej tej książki, czyli o załodze „Wędrowca”, która swoją różnorodnością i lekkością bytów po prostu uskrzydla czytelnika i wynosi na wyżyny lepszego humoru; o świrniętej Kizzy, mechtechu, która zawiesza zasłony w meduzy w kajutach i ma wystrzałowych tatków, Jenksie, drugim mechtechu, który nie grzeszy wzrostem, za to miłości ma w sobie tyle, że aż przelał ją na SI, Andrissce Sissix, napisałabym, że jaszczurkowatej członkini zespołu, gdyby nie było to gatunkistowskie, więc powiem, że najbardziej fizycznie otwartej na uczucia osobie na pokładzie, a fachowo zajmującej się pilotażem, oczywiście jest jeszcze doktor Kucharz, należący do wymierającego gatunku, algelolog Corbin, bardzo ciekawy typ, choć jeszcze bardziej zrzędliwy, a i jeszcze jest sianacki duet Ohan, nawigator, rozkosznie kudłaty,niestety nie do głaskania. Czym byłby jednak statek bez kapitana Ashby'ego, zakochany beznadziejnie w przedstawicielce najpiękniejszego gatunku galaktyki, Aeulonce Pei, i SI Lovey. Zespół marzeń na klekoczącym statku przebijającym się w kierunku najbardziej agresywnej cywilizacji, jaką znała galaktyka. Ale jazda.
Generalnie z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach, z TĄ chcielibyście zamieszkać!
Jezioro pełne łez
W “Jeziorze pełnym łez” Wojciech Wójcik przenosi czytelnika na Warmię i Mazury, snując swą opowieść w Gęgławkach i Mogielnie, miejscowościach wprawdzie nie istniejących, za to pełnych barwnych postaci i urokliwych krajobrazów. I chociaż to zdanie spokojnie mogłoby wieńczyć niniejszą recenzję, to mam nadzieję, będzie idealnym początkiem, by zachęcić czytelników do sięgnięcia po tą książkę.
“Jezioro pełne łez” to dobrze napisany kryminał, dobrze osadzony w realiach współczesnej Polski. Jest w nim wszystko, co w kryminale być powinno: morderstwa, spiski, tajemnice, które rozwiązane, nie pozostawiają życia bohaterów takim, jakie było wcześniej. Marcin - były nauczyciel i były więzień - ma się o tym przekonać, chociaż w całą historię zostaje uwikłany wbrew sobie i ku swojemu przerażeniu. To po prostu zwykły facet, który miał już pecha w życiu, za którego to pecha zapłacił ogromną cenę. Ma swoje lęki, do których się przyznaje i które są jak najbardziej logiczne w świetle jego historii.
Autor nie sili się na “amerykanizowanie” opowieści. Bohaterowie, to osoby, jakie codziennie mijamy na ulicach. Zwykli szarzy ludzie - samotne matki, singielki z ambicjami, rodziny z tajemnicami, które prowadzą do alkoholizmu i depresji. Odniesienia do codzienności z jej problemami - biedą, używkami, przemocą w rodzinie - sprawiają, że powieść ma w sobie realizm sprawiający, że powieść wciąga czytelnika i “sama się czyta”. Narracja - prowadzona w pierwszej osobie - dozuje napięcie, autor umiejętnie wplata wątki z przeszłości głównego bohatera, dzięki czemu cała historia układa się w jasną i klarowną całość, nie zdradzając jednocześnie zbyt wcześnie kto i dlaczego zabił. Czasem tylko refleksje głównego bohatera zdają się zbytnio dłużyć, ale zdaję sobie sprawę, że dla części czytelników również one będą miały swoją wartość.
Prawie sześćset stron powieści miewa swoje słabsze momenty, zdarza się fragment przyprawiający o zgrzyt zębów, tym bardziej, że Wojciech Wójcik ma lekkie pióro i większość treści napisana jest fantastycznym, przyjemnym w odbiorze stylem. Te gorsze fragmenty rzucają się w oczy, ale byłabym niesprawiedliwa pisząc, że rzutują na całą książkę. Zganiam to raczej na karb długości i może nie do końca rzetelnej korekty, ale to już nie wina autora. Ogólnie zaś całość oceniam na uczciwą czwórkę. I polecam na długie zimowe wieczory.
Deadpool Classic #02
Wade Wilson, pyskaty najemnik szerszej publiczności znany jako Deadpool powrócił w kolejnej odsłonie klasycznych opowiadań komiksowych z nim w roli głównej. Dla przypomnienia pierwszy tom „Deadpool Classic” zawierał dwie pełne miniserie oraz dwa osobne zeszyty: 98 numer serii „New Mutants” z 1991, w którym to po raz pierwszy epizodycznie zagościł nasz najemnik z nawijką oraz pierwszy numer regularnej serii „Deadpool” stworzonej przez Joe Kelly’ego, która swoją premierę miała w 1996 roku. W drugim tomie „Classic” znajdziemy kontynuację rozpoczętej w poprzednim serii czyli siedem kolejnym zeszytów, jeden zeszyt oznaczony numerem „-1”, który nawiązuje do przeszłości Wilsona oraz opowiadanie „Daredevil/Deadpool Annual 1997”.
W pierwszej krótkiej historii otwierającej ten album Weasel, przyjaciel Deadpoola zostaje porwany przez Taskmastera. Nasz bohater rusza mu na pomoc. Oczywiście nie zabrakło tutaj efektowych pojedynków na miecze z trudnym wrogiem, którego naturalną zdolnością jest fotograficzna pamięć ruchowa. Taskmaster błyskawicznie kopiuje ruchy najemnika oraz skutecznie odpiera wszelkie ataki. Ostatecznie Wilson, stosując nieprzewidywalną, wręcz absurdalną i chaotyczną sztukę walki pokonuje przeciwnika. Niestety, choć z tej walki Deadpol wyszedł zwycięsko, Taskmaster pozbawił go środkowego palca u dłoni. Oczywiście nikt by nie robił z tego wielkiej tragedii, gdyż nasz pyskaty bohater w końcu posiada skopiowany od Wolverine czynnik regenerujący, jednak jak się okazuje, zdolność do samoleczenia zaczyna powoli zanikać.
Nieoczekiwanie z pomocą Wilsonowi przychodzi dawny wróg związany z programem Weapon X oraz odpowiedzialny za dotychczasowy stan i wygląd najemnika – doktor Killbrew. Naukowiec pragnie zrehabilitować się za swoje czyny. Według niego Deadpoola przez nieuniknionym powrotem śmiertelnej choroby może uratować tylko skażona promieniowaniem krew ... Hulka. Oczywiście któż jak nie Wade ma tyle odwagi i determinacji, aby zmierzyć się z prawdopodobnie najpotężniejszą istotą, jaka chodziła po Ziemi. Podczas tej karkołomnej wyprawy do siedziby zielonego członka Avengers, naszemu bohaterowi towarzyszy Theresa Rourke-Cassidy – członkini grupy X-Force, znana jako Siryn. Oczywiście otrzymujemy widowiskowy pojedynek, w którym krew się leje na lewo, prawo i na szczęście Deadpoola nie tylko jest ona koloru czerwonego.
Przerywnikiem w tej burzliwej i awanturniczej historii Deadpoola jest one-shot dotyczący jego przeszłości. Zeszyt „-1” skupia się na burzliwym związku Vanessy i Wade’a zanim ten jeszcze doświadczył mutacji. Szczerze mówiąc, Wilson pojawia się tutaj dosłownie na kilku kadrach, zaś główną bohaterką opowieści, oprócz jego dawnej miłości jest niejaka Culloden. Stara się ona poprzez Vanessę wpłynąć na przyszło los najemnika.
W drugiej połowie albumu Deadpool zostaje wynajęty przez Mary Walker, zamkniętą w szpitalu psychiatrycznym kobietę, by zabił nią samą. Cierpi ona na schizofrenię, a jedną z wielu jej osobowości jest Thypnoid Mary. W konfrontacji naszego bohatera z tajemniczą zleceniodawczynią nie brakuje siłowych i słownych potyczek. Jedna z nich budzi w odmętach pamięci kobiety stare wspomnienia. Efektem tego jest wspólna wycieczka bohaterów do Nowego Jorku w celu zabicia niewidomego człowieka w czerwieni – Daredevila. Co z wynikło z tej przygody? Na pewno nie zabrakło wymyślnych walk i szyderczych żartów.
Autorem scenariuszy wszystkich zaprezentowanych w drugim tomie „Deadpool Classic” zeszytów jest Joe Kelly. Jego Wade Wilson znacznie różni się od swoich wcześniejszych jak i obecnych wersji. Cierpki język bohatera nie jest aż taki cięty i zgryźliwy. Dialogi czasami są wręcz oschłe, a i niejednokrotnie nie wiadomo, o co dokładnie w nich chodzi. Z drugiej strony Deadpool Kelly’ego jest jakby bardziej ludzki. Mogliśmy się o tym przekonać już w pierwszym numerze serii, który był zaprezentowany w poprzednim tomie Classic. Wtedy to najemnik zdolny był do szczególnego poświęcenia, aby uratować ludzkość. W tych przygodach mamy więcej dowodów na to, że pod tą czerwono-czarną maską skrywa się bohater, który choć brutalny, potrafi współczuć i kochać. W obecności kobiet mięknie mu serce i włącza romantyzm. W skrócie – jest wrażliwą osobą. Kelly w swoich historiach skupił się nie tylko na osobie Wilsona. Bardzo umiejętnie prowadzone są postacie drugiego planu, szczególnie Weasel jako trochę nieogarnięty przyjaciel, niewidoma Al, która zawsze znajdzie odpowiednią ripostę na odzywki Deadpoola czy w końcu Siryn. Członkini X-Force zdaje się być jedyną osobą, która rozumie Wade’a i szczerze mu współczuje.
Graficznie album jest bardzo zróżnicowany. Wpływ na to ma duża ilość grafików pracujących przy zaprezentowanych dziewięciu zeszytach. Prawie wszystkich łączy jednak charakterystyczna, oryginalna i uproszczona kreska. Każdy kadr to przede wszystkim grube kontury postaci i wyraziste kolory. Komiksy te powstawały w latach 90., dlatego bardzo mocno widać wpływ ówczesnej popkultury na sposób prezentowania bohaterów. Deadpool czy T-Ray wyglądają jak kulturyści po sterydach z nieproporcjonalnymi mięśniami. Kobiety zaś w bardzo obcisłych strojach eksponują swoje wielkie... walory. Na tym tle trochę wyróżnia się Aaron Lopresti, autor oprawy graficznej flashbackowego numeru. Jego kreska jest bardziej estetyczna i szczegółowa.
Podsumowując, fanów Deadpoola na pewno nie trzeba namawiać do zapoznania się z drugim numerem „Classic”. Jest to kolejny dobry komiks, który ukazał się na polskim rynku. Jest lepiej niż w pierwszym numerze: więcej akcji, więcej znanych postaci z uniwersum i przede wszystkim więcej widowiskowych pojedynków. Pozostali czytelnicy, którzy szukają czegoś lekkiego i komediowego lub znają tylko postać najemnika z nawijką z ekranów kin, na pewno nie będą zawiedzeni.
Calamity
Brandon Sanderson zadomowił się w Polsce na dobre. Mimo iż bum na jego dzieła minął, to w dalszym ciągu cieszy się sporą popularnością. Pojawiła się okazja, aby zakończyć jedną z jego serii. Czy jest to powód do radości? Oczywiście, ponieważ dzięki temu można zacząć kolejną!
“Calamity” jest ostatnim tomem trylogii o Mścicielach, zatem niesie ze sobą odpowiedzi na pytania, które nurtowały czytelników już od początku. Grupa pod przywództwem Davida trafia do Ildithi, gdzie planuje znaleźć i uratować Profesora.
Biorąc do ręki którąkolwiek część z serii “Mścicieli” na pewno należy zatrzymać wzrok na okładce. Jędrzej Chełmiński udowodnił, że jego talent plastyczny jest na wysokim poziomie, a okładka może zachęcić do zakupu nie tylko nazwiskiem autora. Mimo świetnej oprawy graficznej wydanie zawiera także minusy. Są to literówki w tekście. Osoba odpowiedzialna za to zasługuje na burę, bo czasem na jednej stronie znajduje się kilka byków. Sprawia to, że sprawne i lekkie czytanie momentami zgrzyta.
Pierwszą rzecz, jaką można zauważyć w dziełach Sandersona, to otoczenie, w jakim rozgrywa się fabuła. Każdy tom ma inne tło, równie zaskakujące i fascynujące. “Calamity” nie odbiega od swych poprzedniczek i serwuje krajobraz, którego wyobrażenie sobie zmusi czytelnika do umysłowego wysiłku. Pisarz posiada ogromną wyobraźnię, dlatego nie ma co liczyć na przyziemne pomysły i rozwiązania.
Mimo iż seria skierowana jest głównie do młodzieży, to śmiało może czytać ją starszy czytelnik. Nie jest ona prosta czy “cukierkowa” - wręcz przeciwnie - można znaleźć w niej sporo przekazu i ciekawych cytatów. Mimo ukazywania poważnych kwestii, takich jak śmierć czy miłość, to dzieło utrzymane jest w lekkim klimacie, a więc nie męczy ckliwymi scenami na kilka stron. Brandon Sanderson wplótł sporo poczucia humoru, objawiającego się, m.in. w zamiłowaniu głównego bohatera, Davida do porównań. Już od pierwszego tomu boryka się on ze znalezieniem dobrej metafory, jednak strasznie mu to nie wychodzi, co może budzić uśmiech na twarzy czytelnika.
Wyraziste postaci są mocną stroną książki. W świecie Epików - ludzi o niezwykłych zdolnościach - bohaterowie nie mogą być miałcy. Drużyna Mścicieli do zbiór indywiduum. Każdy wnosi coś innego, przez co odbiorca książki na pewno znajdzie kogoś, kogo polubi, a nawet z kim będzie się utożsamiał. Najszerszy wachlarz serwują natomiast Epicy. Brandon Sanderson doskonale stworzył atmosferę otaczającą tych ludzi, którzy są na zupełnie innym szczeblu w hierarchii ludzkości. Warunek, Zawłaszczacz czy Wycieraczka, to z pewnością nie są pseudonimy, które chciałyby mieć dzieci bawiące się w superbohaterów. Jednak doskonale wpasowują się one w dzieło. Ksywy wyrwane z kontekstu brzmią czasem wręcz infantylnie, jednak wykreowany świat doskonale mieści takie nazwy. Dowodzi to, że autor świetnie buduje klimat, gdyż podczas czytania, wokół każdego Epika czuć moc i wyższość. Jeśli ktoś zwany Wycieraczką w uzasadniony sposób budzi lęk, to pisarz naprawdę musi mieć talent do tworzenia atmosfery.
Seria “Mściciele” zawiera sporo zagadek, a odkrywanie odpowiedzi mocno wciąga w czytanie, dlatego należy ostrzec przed syndromem “jeszcze jednego rozdziału”. Naprawdę ciężko oderwać się od książki, zwłaszcza, że ostatni tom wyjaśnia zagwozdki nurtujące choćby od “Stalowego Serca”. Wszystko to okraszono fantastyką naukową, niezbyt zawiłą, jednak zmuszającą do skupienia się. Wartka akcja w niebywałym świecie Epików wzmacnia zaangażowanie w czytanie.
Brandon Sanderson nie bez powodu ma mnóstwo fanów. Pisarz doskonale zna się na kreowaniu niezwykłych historii osadzonych w niebywałych krajobrazach. Seria “Mściciele” nie odbiega od tego i gwarantuje świetną zabawę w świecie Epików, w którym ludzkość skazana jest na ich łaskę. Jednak nie każdy potrafi ugiąć się pod ich mocą. David wraz z grupą udowodni, że jest nadzieja, a zrobi to zapewniając dobrze spędzony czas nad lekturą.
Orphan X. Człowiek, którego nie ma.
„Człowiek Znikąd, Człowiek, Którego Nie Ma: egzekutor, terrorysta, poszukiwany w związku z licznymi przestępstwami, w wielu różnych krajach, w tym także w Stanach Zjednoczonych. Ale on się tym nie przejmuje, bo przecież teoretycznie nie istnieje. (...) Evan jest uosobieniem obłudnego wsparcia. Jest wrogiem tego samego państwa, które chroni i któremu służy”.
Evan Smoak to na pozór przeciętny mężczyzna po trzydziestce. Nie jest szczególnie przystojny ani muskularny, ot zwykły facet nierzucający się w oczy. Jednak pod tą maską skrywa się prawdziwa maszyna do zabijania. Jako dwunastolatek, najmniejszy, ale najbardziej zatwardziały spośród chłopców z domu dziecka, Evan został zwerbowany do supertajnego programu rządowego o nazwie „Orphan”. Tam, poddano go intensywnemu i niezwykle wszechstronnemu szkoleniu, które przygotowało go na dosłownie każdą okoliczność. Jako dorosłego już mężczyznę dopada go zwątpienie, co do słuszności zleceń jego pracodawców. Urwany ze smyczy, prowadzony własnym trochę pokręconym kompasem moralnym, zaczyna zabawę w radykalną wersję Robina Hooda. Pomaga tym najbardziej zdesperowanym ludziom na krawędzi w definitywnym pozbyciu się ich problemów.
Już na początku historii widzimy Evana z ciętą raną od noża i torbą z zestawem tłumików dopiero co odebranych od rusznikarza. Jak możemy się domyślać, wraca z misji, jednakże z jednych tarapatów mało nie wpada w kolejne. Za sprawą wścibskiej sąsiadki, o mały włos nie zostaje zdemaskowany przed społecznością zamieszkującą wraz z nim budynek Castle Heights. Jest to zapowiedź tego, jak będzie wyglądała nasza przygoda z Człowiekiem Znikąd. Możemy się spodziewać wartkiej akcji i kłopotów nieustanie spadających na bohatera. Tym bardziej że ktoś z jego przeszłości depcze mu po piętach.
Podczas czytania udaje się nam poznać Evana dość dobrze. Dzięki pojawiającym się systematycznie retrospekcjom z lat szkolenia widzimy dokładnie, w jaki sposób ukształtował się jego charakter, jak stał się bronią doskonałą, co sprawiło, że jest tym, kim jest teraz. Możemy również zaobserwować delikatną przemianę, która w nim zachodzi, a której chyba sam do końca nie jest świadomy. Autor skonstruował bohatera tak sprytnie, że mimo wiedzy o jego drastycznych i bezwzględnych poczynaniach czytelnik po prostu lubi Evana i kibicuje mu.
Historia jest niezwykle wciągająca, po prostu nie można się oderwać od książki. Kilka razy powstrzymywałam się od dalszego czytania, aby przedłużyć przygodę z Człowiekiem, Którego Nie Ma. Nieoczekiwane zwroty akcji na pewno umilają czytanie, do tego nieustanne działanie pod presją oraz ciekawy bohater pod postacią mieszanki wybuchowej Dextera Morgana, Jasona Bourna i Ethana Hunta z Mission Impossible – dla mnie rewelacja. Powiem szczerze, że zakończenie przypadło mi do gustu, ale czułam lekkie rozczarowanie, że to już koniec, ponieważ przywiązałam się do bohatera i było mi mało. Na szczęście jest to pierwszy tom cyklu. Nie mogę się doczekać kolejnej części!
Thor Gromowładny #03: Przeklęty
Jason Aaron w dwóch poprzednich tomach serii „Thor Gromowładny” skupił się na historii Gorra, bogobójcy z którym przyszło zmierzyć się trzem Thorom z różnych linii czasowych. Komiksy te charakteryzował mroczny, ponury klimat, gęsta atmosfera tajemniczości i przede wszystkim ciekawa fabuła. Wykraczała ona po za ramy prostych historii o superbohaterze wymachującym młotem na lewo i prawo. W trzeciej tomie Aaron znacznie zmienia ton i tym razem stawia na lżejszą rozgrywkę.
Album „Przeklęty” zawiera trzy bardzo odmienne graficznie i fabularnie opowiadania. Otwiera go ciekawa ale jednocześnie smutna historia. Thor ukazany w niej jest jako bohater, który pomaga ludziom w bardzo wielu różnych sytuacjach, rozwiązując ich problemy. Kiedy Gromowładny odwiedza swoją dawną miłość – Jane Foster, dowiaduje się, iż choruje ona na raka. Asgardczyk zdaje sobie dopiero teraz sprawę, iż choć jest bogiem istnieją dla niego rzeczy niemożliwe do wykonania, a jego zdolności są ograniczone. Nie potrafi sobie poradzić z pozoru tak prostą dla niego rzeczą, jak uleczenie ukochanej osoby. Aaron w tej krótkiej noweli ukazał nam zupełnie inne oblicze Thora, pełne współczucia i miłości, a jednocześnie bezradności. Tą ciekawą historię wzbogaca miła dla oka oprawa graficzna. Odpowiadał za nią niemiecki rysownik Nicolas Klein oraz Chorwat Ive Scorcin, który pokolorował rysunki.
W kolejnej historii Aaron podąża już zupełnie innym schematem. Otrzymujemy typową opowieść fantasy spod znaku magii i miecza (i młota) będącą analogią m.in. do „Władcy Pierścieni”. Thor zbiera drużynę, by wspólnie stawić czoła potężnemu magowi i niegdysiejszemu władcy mrocznych elfów Malekithowi (postać tą mogliśmy oglądać również w filmie „Thor: Mroczny świat”). W jej skład wchodzą m.in. krasnolud, elf, troll czy olbrzym. Sam fakt, iż członkowie pałają do siebie nienawiścią sprawia, iż zadanie te jest trudne do wykonania. Thor musi zmierzyć się nie tylko z wrogiem, ale również rozwiązać wewnętrzne konflikty w swoim zespole nazwanym szumnie Ligą Światów. Aaron czerpie garściami to co najlepsze w powieściach heroic fantasy. Bohaterowie w pogoni za szalonym i okrutnym magiem, który pragnie odzyskać władzę nad swoim ludem, przemierzają liczne i różnorodne światy. W opowieści nie zabrakło efektowych i brutalnych pojedynków, zwrotów akcji czy motywu zdrady. Choć czytając tą opowieść cały czas ma się wrażenie, że gdzieś już to było, to ostatecznie autor potrafił zafundować czytelnikom zaskakujące zakończenie. Klimat fantasy bardzo dobrze buduje również oprawa graficzna autorstwa Rona Garneya. Dynamika oraz brutalność scen akcji została świetnie oddana. Ciekawie zostały zaprezentowane również lokacje prawie wszystkich z dziewięciu światów. Jedynie do czego mogę się przyczepić to nierówność techniczna tego rysownika. Jedne kadry są bardzo szczegółowe, inne zaś aż rażą swoją niedbałością. Sytuacja zmieniła się trochę na lepsze, kiedy do Garneya dołączyła Emanuela Lupacchino w dwóch ostatnich zeszytach.
Album zamyka krótka i dość oryginalna nowelka, którą śmiało można uznać za perełkę w tym albumie. Młody Thor na swojej drodze spotyka smoka. Może nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że stworzenie to okazuje się być swoistym odpowiednikiem Asgardczyka. Obaj mają podobne charaktery, zamiłowanie do alkoholu oraz skłóceni są ze swoimi ojcami. Czy przyjaźń między nimi okaże się możliwa? Bardzo ciekawa jest oprawa graficzna, której autorem jest Das Pastoras, hiszpański rysownik, znany polskiemu czytelnikowi z albumu „Castaka” Alejandro Jodorowsky’ego.
W trzecim albumie o przygodach Thora Jason Aaron postanowił dać odpocząć czytelnikowi po wcześniejszej ponurej i klimatycznej opowieści o Bogobójcy. Opowiadania są lekkie, czasami wręcz humorystyczne i przyjemne w odbiorze. Nie należy tej zmiany traktować jako wypadek przy pracy czy potknięcie się autora, gdyż Aaron nadal udowadnia iż jest odpowiednią osobą do tworzenia przygód Gromowładnego i idealnie czuje się w tej mitologii. Boleć może jedynie brak (mam nadzieję, że tymczasowy) znanego z wcześniejszych tomów rysownika Esada Ribica. Pojawił się on tylko symbolicznie jako autor niektórych okładek do zeszytów zawartych w tym albumie. Jednak wizualnie doznania rekompensuje nam w swoich oryginalnych rysunkach Das Pastroras. Podsumowując, nadal stwierdzam, iż seria o przygodach Thora Gromowładnego jest aktualnie jedną z najlepszych, które ukazują się w ramach cyklu wydawniczego Marvel Now. Polecam.