kwiecień 04, 2025

Rezultaty wyszukiwania dla: J.D. Robb

wtorek, 27 listopad 2018 09:09

Korytarzem w mrok

Film “Korytarzem w mrok” nęcił głównie Umą Thurman w roli dyrektorki szkoły dla trudnych dziewcząt. Szkoła owa znajdowała się w pięknym, acz strasznym zamczysku w Blackwood i by do niej trafić należało wyróżniać się czymś szczególnym. Takim talentem do podpaleń choćby. Tyle, że metody Madam Duret dalekie były od standardów znanych chociażby z takich filmów jak “Młodzi gniewni”...

Producentami filmu są osoby odpowiedzialne za sagę “Zmierzch”. I widać to praktycznie od pierwszych minut opowieści. Mamy zatem młodą dziewczynę - Kit, której ojciec zginął tragicznie wiele lat wcześniej, medium (i to nie jedno), zbuntowane nastolatki, demoniczną kadrę pedagogiczną zafiksowaną na wyższe cele oraz nauczyciela - marzyciela, który ostatecznie sprzeciwia się procederowi, w którym bierze udział, ale wcale dobrze na tym nie wychodzi.
Sama fabuła wciąga. Nie powiem - film ogląda się dobrze, chociaż należy mieć poprawkę na to, że nie jest to produkcja dla wyrafinowanych znawców horrorów, raczej dla nastolatek, które podczas pidżama party postanowiły się trochę przestraszyć (a w kilku scenach rzeczywiście można podskoczyć) i powzdychać do przystojnego Noah Silvera. Opowieść jako całość jednak ma sens, a co więcej - Uma Thurman, wcielająca się w rolę Madame Duret, momentami naprawdę potrafi przekonać do swoich okrutnych racji.

Nie sposób również przyczepić się do gry aktorskiej. Praktycznie każda postać ma w sobie to coś, co w sumie składa się na dobry film. Już nawet nie będę wspominać o Umie, czy, grającej Kir Annasophie Robb, bo one jako główne bohaterki nie zawiodły absolutnie. Mnie zachwyciły postaci drugoplanowe. Rebecca Front w roli pani Olonsky - brawurowo zagrała postać dozorczyni, której brutalność okazuje się wynikać z najbardziej czystej tęsknoty za utraconym. Podobnie Victoria Moroles wcielająca się w rolę Victorii - fantastycznie zagrana postać złej dziewczyny o mimo wszystko dobrym sercu. I to jej zdanie, że “zło samo się nie skończy”. Idealne podsumowanie i filmu, i życia.

Film polecam. Szczególnie tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z horrorami i na początek chcą coś ciekawego, nie ociekającego krwią, za to przerażającego klimatem, muzyką, czasem pojedynczymi scenami. Dla bardziej zaawansowanych fanów gatunku może to być z kolei okazja do obejrzenia czegoś “lekkiego”.

Dział: Filmy
środa, 17 październik 2018 17:20

Echa i śmierć

Czy to możliwe, że diabeł grasuje po ziemi gwałcąc i rabując? Czy wraz z nim podobnym procederem zajmuje się Drakula i upiór? Racjonalnie na to patrząc jest to mało prawdopodobne, ale dla ofiar tych potworów jest to rzeczywistość. A przynajmniej są przekonane, że mają z takimi demonami do czynienia. Wszystko wskazuje na to, że ktoś sobie z nich bezlitośnie drwi, potęgując jeszcze strach ofiar odpowiednią charakteryzacją i bodźcami wprowadzającymi dezorientacje i pobudzającymi wyobraźnię do pracy. Kim może być ta bestia?

Na to pytanie musi znaleźć odpowiedź porucznik Eve Dallas z nowojorskiej policji, która doskonale wie, co czują ofiary gwałtu i pobicia. Co prawda od traumatycznych wydarzeń minęły już lata, a ona przepracowała te bolesne wspomnienia, ale dzięki temu potrafi lepiej wczuć się w sytuację ofiar. Szczególnie, że jedna z nich dosłownie na nią wpada, a właściwie wpada na maskę samochodu, którym wraca do domu wraz z Roarkiem - mężem miliarderem. Okazuje się, że napotkana na drodze naga, pobita i okaleczona nożem dziewczyna została też wielokrotnie brutalnie zgwałcona i to, jak utrzymuje, przez diabła. Daphne Strazza trafia do szpitala, niestety dla jej męża, Anthony’ego Strazzy, jest już za późno na ratunek.

Znany ze swojego profesjonalizmu chirurg został znaleziony martwy w swojej eleganckiej i naszpikowanej alarmami willi. Wszystkie trzy sejfy znajdujące się w rezydencji zostały opróżnione, choć wszystko wskazuje na to, że to nie motyw rabunkowy był najważniejszy. Co więcej, takich przypadków – gwałtów z włamaniem, dokonanych (jak twierdziły ofiary) przez potwory, było w trakcie roku więcej. W pierwszym przypadku ofiary utrzymują, że zostały napadnięte przez Drakulę, zaś w drugim, przez upiora. Tyle tylko, że wcześniej nikt nie zginął...

Śledztwo prowadzi wspomniana już porucznik Dallas oraz jej partnerka Peabody, zaś duet ten wielbiciele pióra Nory Roberts, występującej jako J.D.Robb z pewnością już doskonale znają. To już kolejny tom serii „Oblicza śmierci”, pt. „Echa i śmierć”, w którym poznajemy nieco futurystyczną wizję życia oraz pracy policji. Opublikowana nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka powieść kryminalna, to wciągająca i mrożąca krew w żyłach lektura, która uświadamia nam, jak kruche jest nasze życie i jak złudne jest nasze poczucie bezpieczeństwa.

Uczestniczymy w śledztwie prowadzonym przez Dallas, odkrywając nie tylko prawdę o szanowanym chirurgu, ale zastanawiając się nad motywem zbrodni, podczas gdy kolejne tropy prowadzą w ślepy zaułek. Podejrzani są wszyscy, począwszy od pracowników firmy cateringowej, poprzez firmę wypożyczającą meble, po znajomych Strazzów. Z mozolnych przesłuchań wyłania się obraz tajemniczego człowieka szczelnie owiniętego peleryną, rzekomo wynajętego do zabawiania gości. Czy to on jest owym diabłem? Co łączy małżeństwa, które zostały napadnięte i co tak naprawdę się stało, że tym razem napastnik postanowił zabić? To tylko kilka pytań rodzących się w trakcie lektury, a zarazem wciągających nas bez reszty w rozwiązanie zagadki morderstwa. Plastyczne opisy potęgują jeszcze grozę sytuacji, choć wciąż uważam, że książka zyskałaby, gdyby została osadzona w czasach obecnych, a nie w rzeczywistości z droidami i innymi robotami w tle.

Dział: Książki
piątek, 03 sierpień 2018 20:45

Początek

Nory Roberts, amerykańskiej pisarki, autorki ponad 225 romansów, wielokrotnej zdobywczyni RITA Award i wielu innych nagród, nie trzeba przedstawiać. A recenzje książek z cyklu Oblicza śmierci, pisane pod pseudonimem J. D. Robb , futurystycznych romansów kryminalnych, pojawiały się kilkakrotnie na łamach Secretum.pl. Nora Roberts jest poniekąd gwarantem, lekkiej, ale nie infantylnej, przyjemnej i wciągającej lektury. Dlatego, gdy pojawił się Początek, tom pierwszy nowego cyklu Kroniki tej jedynej, z przykuwającą wzrok okładką, sięgnęłam po nią bez wahania, licząc na przyjemną odmianę w bądź co bądź, dość ciężkim kanonie moich lektur. A powieść swoim opisem zaintrygowała mnie, tym bardziej, że pisarka podjęła się nowej, jak dla siebie tematyki - postapokaliptycznej.

Akcja powieści rozpoczyna się w Dumfries w Szkocji, gdzie rodzina MacLeodów spotyka się, by uczcić koniec roku. Przypadkowe polowanie, rodzinne spotkanie wieńczące rok, zamienia się w ogólnoświatową pandemię. Tajemniczy wirus przyniesiony przez jednego z członków rodziny MacLeodów, przyczynia się do śmierci większości ludzkości. Ci, co nie ulegli chorobie muszą przetrwać w nowej rzeczywistości, w której grasują Najeźdźcy i Wojownicy Czystości, a pomiędzy zwykłymi śmiertelnikami zaczynają pojawiać się magiczne istoty, osoby obdarzone mocami, a także czarownicy. Świat musi, jak feniks z popiołów ponownie się odrodzić, a od ludzi zależy, w jakiej postaci.

Postapokalipsa, gdyby nie fakt, że traktuje o zagładzie, jest tematem romantycznym. Uwodzi, bowiem czytelnika swym czarem tworzenia świata na nowo, ma coś w sobie z robinsionady, a że współczesny świat odarty jest już z tajemnic, bo nawet jeśli nie stać nas na podróż w odległe krainy, to wystarczy włączyć Internet, Instagram, Google Earth i wszystko jest, powiedzmy, że na wyciągnięcie ręki. Nic nie pozostało do odkrycia, a zatem też nie ma miejsc, gdzie można by coś tworzyć na nowo. Dlatego też postapokalipsy są tak uwodzicielskie dla czytelników, a jak widać na przykładzie pani Roberts, również dla pisarzy.

A jak poradziła sobie pani od romansów i kryminałów ze zgładzeniem znakomitej większości ludzkości? No cóż, nie należy spodziewać się cudów. Jest to taka apokalipsa w wersji soft. Owszem pisarka opisuje od czasu do czasu okrucieństwa i bestialską naturę człowieka, ale wszystko wydaje się być złagodzone, powierzchowne i nie sięga głębiej. Bohaterowie są świadkami tragedii, brutalnych napaści, niesprawiedliwości, które dotykają ich również osobiście, a jednak relacje z ich przeżyć odbiera się, jak przesuwające się kadry z filmu, bez większej refleksji, ot, takie scenki rodzajowe akcentujące wynaturzenie ludzi. Poza tym zdecydowanie bardziej Nora Roberts skupia się na indywidualnych postaciach i ich perypetiach, niż nad samym światem i tym, co się z nim dzieje w trakcie pandemii. Fabuła Początku rozgrywa się dokładnie tak, jak spore gro książek tego gatunku; tajemnicza epidemia dziesiątkuje ludzkość, która popada w chaos i dzieli się na obozy DOBRA i ZŁA. Czytelnicy, którzy mają za sobą lekturę Bastionu Stephena Kinga mogliby rzec wręcz, że jest to skrócona, uproszczona i ubaśniowiona wersja, a nawet, że jest kalką powieści Kinga. Tworzenie się obozów DOBRA i ZŁA, dziwne moce, zakładanie nowego osiedla dla tych, co przetrwali, to wszystko już zostało napisane w Bastionie. Czym więc różni się Początek pod względem fabularnym od Bastionu? Po pierwsze proweniencją wirusa i magicznych mocy. U Kinga wirus “uciekł” z wojskowego laboratorium, a siły DOBRA i ZŁA mają raczej swe biblijne źródło, u Nory Roberts zarówno wirus, jak i siły nadnaturalne odwołują się do Tuatha Dé Danann.

Początek niestety rozczarowuje. Po pierwsze został najprawdopodobniej źle przetłumaczony, a z pewnością nie włożono odpowiedniej ilości czasu na prace redakcyjne. Czytałam książki Nory Roberts i nie pamiętam tak topornych dialogów, jakie niestety pojawiają się w tej pozycji. Pierwszą połowę książki czyta się z wielkim bólem, śledząc sztuczne rozmowy pomiędzy bohaterami. Możliwe, że autorka nie czuje się jeszcze zbyt pewnie w tym gatunku, ale jednak raczej skłaniam się ku teorii słabego tłumaczenia. Po drugie fabuła, która przewidywalna jest do bólu, a wielu będzie kojarzyła się po prostu z Bastionem.

Czy zatem warto sięgnąć po tę powieść? Jeżeli czytelnicy przymkną oko na niedoróbki redakcyjne i należą do tej grupy osób, która nie miała styczności z postapokalipsą lub twórczością Kinga, to jak najbardziej. Pomimo siermiężności dialogów można przywiązać się do bohaterów, a czar, jaki rzuca na czytelnika podróż ludzi, zdanych na własne siły, pomysłowość i zaradność w trudnych warunkach, zawsze uwodzi mocno. Jest również nadzieja, że mityczna tajemnica o dziecku, tej Jedynej, w następnych tomach pchnie fabułę na nowe tory i Nora Roberts wybije się na niepodległość literacką. Może z większym pietyzmem też Wydawnictwo przyłoży się w następnych tomach do tłumaczenia i redakcji, dzięki czemu większe grono czytelników będzie usatysfakcjonowane.

Dział: Książki
poniedziałek, 29 styczeń 2018 10:30

Uczeń i śmierć

Ukryte motywy
„Starzy, młodzi i w średnim wieku. Nowicjusze i szpanerzy, śmigający jak błyskawica i sunący statecznie. I nikt, absolutnie nikt z nich nie wiedział, że znaleźli się na celowniku i sekundy dzielą ich od śmierci. Sekundy, nim zadecyduje, komu pozwoli żyć, a kogo zabije” – tak naprawdę słowa te mogłyby odnosić się do każdego z nas. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć planów, jakie osoba o chorym, zwyrodniałym umyśle ma wobec nas, możemy stać się zarówno potencjalnymi ofiarami planowanego ataku, jak i impulsywnego zrywu szaleńca.

Trzy ofiary - nastoletnia łyżwiarka, lekarz ginekolog i nauczyciel historii, zabici kolejnymi strzałami w ciągu niespełna dwunastu sekund, na popularnym lodowisku w Central Parku. Wydają się przypadkowymi ofiarami, osobami, które spośród dziesiątek innych zwróciły nagle czymś uwagę zabójcy lub też po prostu znalazły się na linii strzału. Czy jednak na pewno? Biorąc pod uwagę użytą broń laserową oraz precyzję, z jaką oddano strzały, wszystko wskazuje, że morderca jest doskonale wyszkolony – być może jest policjantem, żołnierzem lub kolekcjonerem broni. Miejsce oddania strzału, mieszczące się poza Central Parkiem jest nieznane, wiadomy jest jedynie kierunek, z którego padł strzał. A biorąc pod uwagę zasięg broni oraz gęstość zabudowy wokół parku, w grę wchodzi kilkadziesiąt budynków...

Z nieskończoną liczbą niewiadomych musi poradzić sobie porucznik Eve Dallas, która znów wkracza do akcji. Przy niezwykle cennej pomocy swojego męża Roarke'a, biznesmena-miliardera, coraz bardziej zbliża się do rozwiązania zagadki. A czas nagli, bowiem wszystko wskazuje na to, że zabójca szykuje się do kolejnego ataku, a co więcej, ma swojego ucznia. O tym, jak rozwinie się ta historia, możemy przeczytać w kolejnym już tomie autorstwa Nory Roberts, piszącej jako J.D.Robb. Powieść kryminalna „Uczeń i śmierć”, opublikowana nakładem Wydawnictwa Prószyński i Spółka, to dowód na to, że piękna pani porucznik wciąż jest w dobrej formie, podobnie zresztą jak autorka, która z każdą pozycją coraz bardziej angażuje czytelnika, nie tylko w rozwiązywane przez Dallas sprawy, ale i w jej życie intymne. Tym samym jest to powieść dla wszystkich tych, którzy już mieli przyjemność poznać „glinę od zabójstw”, ale również dla tych, dla których ten tom będzie pierwszą okazją do spotkania z panią porucznik. To również doskonała lektura dla wszystkich lubiących skomplikowane zagadki kryminalne i działanie pod presją czasu.

Ten czas jest kluczowym czynnikiem, bowiem niespełna dwadzieścia cztery godziny po masakrze na lodowisku, padają kolejne strzały. Tym razem tragedia rozgrywa się na Times Square, a w jej wyniku cztery osoby zostają zabite, zaś jedna w ciężkim stanie znajduje się w szpitalu. Użyta broń i schemat działania ponownie wskazuje na mordercę, który jest odpowiedzialny za śmierć na lodowisku. Podobnie jak poprzednio i tym razem ofiary wydają się być przypadkowe...

Nora Roberts nic jednak nie pozostawia przypadkowi i doskonale wie, jak prowadzić akcję, by nie tylko utrzymywać czytelnika w stałym napięciu, ale jeszcze podsycać jego ciekawość. I tym razem jest tak w przypadku „Ucznia i śmierci”, powieści która ukazuje pełne spektrum umiejętności autorki. Mimo schematycznej fabuły, Roberts potrafi zadziwić, przykuwa uwagę doskonale wykreowanymi bohaterami, skomplikowanymi motywami zbrodni i sprawia, że po każdą kolejną powieść autorki sięgamy bez wahania.

Dział: Książki
piątek, 08 wrzesień 2017 09:22

"Dzikie królestwo" Gin Phillips

25 września Wydawnictwo Zysk i S-ka wyda międzynarodowy bestseller, najlepszy thriller lata wg "Guardiana", thriller miesiąca wg "Observera", czyli "Dzikie królestwo" Gin Phillips.

Co jesteś w stanie zrobić, by ochronić najbliższych? Elektryzujący i porywający thriller o nierozerwalnej więzi łączącej rodzica z dzieckiem.

Ogród zoologiczny jest prawie pusty, gdy Joan i jej czteroletni syn cieszą się ostatnimi chwilami zabawy. Są szczęśliwi, bo był to niemal doskonały dzień. Jednak to, co Joan zauważa, spiesząc z synem do wyjścia na kilka minut przed zamknięciem, sprawia, że pędem wraca w głąb ogrodu, niosąc dziecko na rękach.

Dział: Książki
środa, 26 lipiec 2017 14:21

„Dzikie królestwo” - Gin Phillips

Pod koniec września nakładem Zysk i S-ka Wydawnictwa ukaże się powieść „Dzikie królestwo” autorstwa Gin Phillips.

Książka debiutowała właśnie w Kanadzie i z miejsca została bestsellerem, zarówno na listach magazynów, jak i Amazonu. W tym miesiącu planowana jest premiera w USA. Warto też dodać, że trwają prace nad ekranizacją powieści, a w roli głównej wystąpi znana z "Wilk z Wall Street", "Tarzan: Legenda" oraz genialnej roli szalonej Harley Quinn z "Suicide Squad" Margot Robbie.

Dział: Książki
poniedziałek, 13 marzec 2017 17:45

Bractwo śmierci

Wciąż widzę jej oczy i malujące się w nic przerażenie (…). I tamtą chwilę, kiedy przerażenie jest zbyt wielkie, więc człowiek musi odejść. Schować się w środku siebie, pójść sobie dokądś. Wiem, jak to jest, kiedy przydarza się coś ponad nasze siły. Kiedy ból, strach i świadomość, że niemożna tego powstrzymać, są nie do zniesienia. A oni jeszcze… Napawali się jej przerażeniem. Pragnęli je oglądać, chcieli tego, więc wciąż to robili, szukali nowych ofiar, żeby mogli znów poczuć się młodzi. Bo na tym to polega prawda? Kiedy spotykamy się po latach i wspominamy, jak królowaliśmy na boisku albo szpanowaliśmy w campusie.


Bractwo śmierci to J. D. Robb w najlepszym wydaniu. Sięgając po kolejną książę o przygodach porucznik Evy Dallas spodziewałam się czegoś naprawdę dobrego. Czegoś spektakularnego. Czegoś co wstrząśnie mną równie mocno jak Pożądanie i śmierć. Oczywiście nie zawiodłam się.


W tej części, charyzmatyczna pani policjant na prośbę męża swojej przyjaciółki – Dennisa Miry – zajmuje się poszukiwaniem jego kuzyna. Eva przeczuwa jednak, że sprawa szybko zmieni się ze sprawy o zagniecie w sprawę o morderstwo. Nie myli się, wszystko komplikuje się jednak kiedy pojawia się kolejny trup mężczyzny zamordowanego dokładnie tak samo jak Edward Mira. Z początku całość wygląda na sprawkę brutalnego seryjnego mordercy, który swoich zbrodni dokonuje na tle seksualnym. Jednak w gruncie rzeczy nie jest to, aż takie proste, a Dallas po raz kolejny będzie musiała zmierzyć się z demonami przeszłość. Oczywiście będą jej pomagać w tym jej partnerka w pracy Peabody oraz mąż, niezwykle przystojny biznesman - Roarke.


J. D. Robb w Bractwie śmierci po raz kolejny daje nam wstrząsającą historię, gdzie ofiara, sędzi i kat są tą samą osobą, a zamordowani nie do końca mają czyste sumienie. Autor(ka) pokazuje jakimi potworami potrafią być ludzie oraz jak daleko potrafi iść ich ignorancja względem tego co uczynili. Zagadka przeszłości, tajne bractwo starych przyjaciół ze studiów, oraz na wskroś krzywdzący motyw zbrodni sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem. I mimo iż porucznik Dallas praktycznie od samego początku sprawy wie, kto jest mordercą to jednak trudno znaleźć jej dowody i powiązać wszystkie elementy układanki.


Mogę tę książkę polecić wszystkim fanom dobrego kryminału. Fabuła trzyma w napięciu, a co najważniejsze, nie nudzi się po kilku stronach.

Dział: Książki
sobota, 04 luty 2017 16:47

Pożądanie i śmierć

Człowiek zawsze myśli, że to najgorsza sprawa. Że nie może być gorszej. Musi tak myśleć, w przeciwnym razie nie mógłby tu pracować. Musi tak myśleć, chociaż wie, że będą gorsze. Jednak do tej pory, to najgorsza spawa. Słuchanie, jak o tym opowiadali, jak im się podobało, jak tego potrzebowali, jak ich to podniecało… I co uważali za miłość

Chciałabym powiedzieć, że ”Pożądanie i śmierć” to książka o pięknej miłości dwojga ludzi, którzy będą sobie wierni po sam grób. I może poniekąd w pewnym stopniu tak jest. J.D. Robb (Nora Roberts) daje nam jednak tą miłość w otoczce trupów, tortur i znęcania się nad niewinnymi ludźmi. Pokazuje nam, w jakie chory sposoby, ludzie potrafią dostarczać sobie podniet i okazywać miłość. Nie jest to powieść psychologiczna, o nie. Jest to świetnie napisany kryminał, który od początku do końca trzyma w napięciu.

Na wstępie dostajemy zalążek historii naszych dwóch, popapranych seryjnych morderców. Jak się poznają i jak zaczynają. Co skłoniło ich do takiej, a nie innej drogi. Dzięki temu, przynajmniej mnie łatwiej było choć trochę zrozumieć ich postępowanie (o ile w ogóle to możliwe). Ich celem, staje się Nowy Jork – szczególnie Ella-Loo, chce spróbować wielko miejskiego życia. Wielkie miasto, więcej możliwości, więcej łatwych do uprowadzenia ofiar.

Naprzeciwko nim wychodzi porucznik Eva Dallas wraz ze swoimi towarzyszami z wydziału zabójstw. Jest uparta, błyskotliwa i nie spocznie póki nie znajdzie odpowiedzialnych za morderstwo Doriana Kupera, a także kilkanaście innych, kompletnie nie powiązanych ze sobą ofiar.

Muszę przyznać, że dawno mnie nic tak nie wciągnęło. Książkę przeczytałam, praktycznie w jedno popołudnie. Nie chciałam się oderwać, od razu musiałam wiedzieć jak potoczy się śledztwo i czy porucznik Dallas znajdzie Darryla i Ellę-Loo nim będzie za późno. Choć nie wszystko do końca mi się podobało. Nie mogłam odnaleźć się w przyszłościowej wizji świata, jaka została przedstawiona w powieści. Być może dlatego, że moja wizja jest nieco inna. Dodatkowo, śmieszyło mnie odrobinę w jaki sposób Eva zwracała się do zastępcy szeryfa Bannera – w liczbie mnogiej (widzieliście; byliście) – ale wynikać to może jednak z tłumaczenia, a nie z samego zamysłu autorki. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Mogę z całą pewnością polecić „Pożądanie i śmierć” wszystkim fanom kryminału, którzy choć na chwilę chcą oderwać się od szarej codzienności i porozwiązywać sprawy z naszymi bohaterami. Sama z chęcią sięgnę po inne pozycje z serii o porucznik o Evie Dallas, żeby od początku prześledzić jej historię.

Dział: Książki
poniedziałek, 31 październik 2016 08:51

Anomalia - Krzysztofa T. Dąbrowskiego pod patronatem

Już 5 listopada nakładem wydawnictwa Forma oraz pod patronatem Secretum ukaże się najnowsza powieść Krzysztofa T. Dąbrowskiego - "Anomalia". Autor ten znany jest m.in. z książek z gatunku grozy ("Album", "Anima Villis") czy bizzaro ("Grobbing"). Tym razem prezentuje nam mroczną opowieść o unoszącym się nad nami, ponurym widmie śmierci.

Dział: Patronaty
piątek, 27 lipiec 2012 14:22

Wojna światów

Klasyczne już dzieło Herberta George'a Wellsa zostało ponownie zekranizowane, jednak jakże mu daleko do papierowego pierwowzoru. Słynne słuchowisko jakie powstało na podstawie owej książki spowodowało niesłychaną panikę pośród słuchających tego ludzi. 30 października 1938 roku amerykańska stacja radiowa CBS nadawała jedną z tzw. "mydlanych oper". Nazwa ta pochodzi stąd, iż audycje były nader często przerywane reklamami środków czystości. Tego dnia, miast reklamy mydła, powidła czy też proszku do prania, pojawił się komunikat, iż na planecie Mars zaobserwowano trzy dziwne wybuchy. Niedługo potem podano informację, iż olbrzymi, rozpalony obiekt - uznany za meteor - spadł na jedną z farm w stanie New Jersey. Z miejsca upadku nadano relację na żywo. Informacje podawane były w tak realistyczny sposób, że większość słuchaczy uwierzyła w atakujących Marsjan. Zanotowano kilka powiązanych z audycją wypadków śmiertelnych, a straty materialne wyniosły ok. 750 tys. dolarów. Orson (nomen omen) Wells stworzył niezwykle sugestywne słuchowisko radiowe, które do po dziś dzień pozostaje najsłynniejszą audycją nadaną poprzez radio. Dziś nie ma szansy na tak spektakularny sukces w dezinformacji, nawet w najbardziej oddziaływającym na przeciętnego zjadacza chleba medium jakim jest telewizja nie ma nawet dziś szansy by przebić wyczyn z 1938 roku. Spielberg w swej dotychczasowej karierze stworzył wiele bardzo dobrych filmów, które po dziś dzień należą do kanonu światowej kinematografii, lecz działo się to w początkowej fazie jego kariery. Dziś odcina kupony od wyrobionej marki i to co prezentuje bardzo rzadko przekracza granicę przeciętności. Jako chlubne wyjątki można wymienić "Listę Schindlera" i "Szeregowca Ryana", bo pozostałe przesycone są przecukrzeniem, które powoli staje się znakiem firmowym tego niegdyś wielkiego reżysera.

Tak oto dotarliśmy do tematyki filmu. W przeciwieństwie do pierwowzoru i słuchowiska zagrożenie pojawia się na naszej rodzimej Ziemi. Spod powierzchni wyłaniają się machiny bojowe trójnogi kierowane przez obcych, którzy rozpoczynają podbój naszej planety. I w tej scenerii obserwujemy przygody Ray’a Ferriera rozwiedzionego pracownika portu i jego dzieci Rachel i Robbiego. Starają się przetrwać w nowych realiach.

Przejdźmy do niekonsekwencji i buraków, jakie pojawiły się w filmie (część z nich powtórzona za Wellsem), lecz pozostałe to istne babole i kasztany niegodne filmu stworzonego przez jednego z najbardziej rozpoznawalnych reżyserów. W tym momencie osoby, które nie oglądały powinny przeskoczyć do czytania następnego akapitu, gdyż ten fragment można potraktować jako SPOILER. Już na prawie samym początku mamy do czynienia z rażącym niedbalstwem (za które należałby się jakiś wyrok wieloletniego oglądania kolejnych odcinków "Mody na sukces"). Podczas wyłonienia się trójnogów i całego ich ataku cała elektronika po prostu zdycha... prawie cała, bo działa jeszcze jedna kamera i aparat. Co z tego, że przestały działać naszpikowane elektroniką zegarki, komóry, samochody. Cóż przecież czymś musieli uwiecznić pojawienie się pierwszego trójnoga. "Im dalej w las tym więcej butelek" - jak mówi stare indiańskie przysłowie, po chwili udaje się im wpakować swe gwiazdorskie zadki do jedynego działającego samochodu i gdyby to był jakiś stary model zrobiony za czasów, gdy elektronika w autach występowała tylko w filmach z Bondem i obrazach fantastycznych to można by uznać to za szczęście, a tak to coś więcej niż istny cud. Oczywiście podróż autkiem odbywa się w prawie sielankowej atmosferze, brak pędzących na złamanie karku ratujących swe życie uciekinierów, czy różnego rodzaju tałatajstwa które podczas kryzysowych sytuacji starają się skorzystać materialnie na toczących się wokoło zmaganiach. Bez problemów dojeżdżają do domu byłej żony, a tam znów cud nad cudami, spada samolot nie robiąc nawet małego kuku naszym bohaterom, nie wspominając już o tym, że uderzając w to miejsce nie niszczy auta, którym rodzinka Ferrierów rusza w dalszą podróż. I tak dalej, i tak dalej. Sposób przemieszczenia się na naszą planetę obcych - poprzez kapsuły z najeźdźcami dotransportowane przez pioruny... "Riders on the Storm". Wspomnę jeszcze o największym paszteciorze zniszczenia obcych pojazdów - wszystko pięknie, dopóki człowiek się nie zastanowi co do tego, iż leżąc pod powierzchnią naszej kochanej Matki Ziemi nie zaraziły się już wtedy i nie zginęły. Przecież powszechnie wiadome jest, iż bakterie znajdują się w prawie całym naszym globie. KONIEC SPOILEROWANIA.

A teraz postaram się poszukać pozytywów dla przeciwwagi powyższych przypadków klinicznego zaniedbania rzemiosła filmowego. Całe efekciarstwo efektów specjalnych zostało zrobione z wielkim rozmachem, by pokazać wydane miliony dolarów. I to widać, słychać i czuć. Zostały nieźle zrobione, dobrze oddane wybuchy i sceny masakry. Dołożyć po stronie pozytywów należy też zdjęcia naszego rodaka po tamtej stronie oceanu czyli Janusza Kamińskiego. Facet w każdym filmie pokazuje, jak dobrze polska szkoła operatorska potrafi wykuć w talencie świetnego zdjęciowca światowej klasy.

Ciekawym motywem było spotkanie przez Tomeczka psychopaty granego przez Tima Robinsa, człowieka który za wszelką cenę chce przetrwać i nic go od tego nie odciągnie. Nawet przypadkowi goście jakimi stają się Tomuś i Dakota. Tom Cruise bardzo słabo wypada w roli przeciętnego Amerykanina, który jedyne co ma to rodzinę. On się nie nadaje do odgrywania takich zwykłych zjadaczy chleba trudniących się pracą fizyczną. Widać że nie leży mu to, ale jako gwiazda nie mógł się przecież przyznać i zrezygnować, wszak miał zagrać u Spielberga. Dakota Fanning jest jeszcze gorsza od Tomka, ciągle tylko wybałusza gały, drze japę i ma wyraz twarzy jakby podczas napadu rozwolnienia w lesie zabrakło liści jako ekologicznego zamiennika papieru toaletowego. Poszła na łatwiznę ładując tu zapożyczone z jakichś horrorów emocje i ich ukazywanie. Jak na film wielkoekranowy i wielkobudżetowy to cholernie mało, jedynie Tim Robins oraz postacie drugo- i trzecio- planowe dają namiastkę dobrej roboty. Także klimat, który mozolnie był budowany w początkowej części filmu siada w pewnym momencie i żadne fikołki fabularne ni potrafią go wskrzesić, jednocześnie powodując popadanie w mimowolną i niezamierzoną autoparodię. Bo ileż czasu można patrzeć na zmęczonego Cruise’a, któremu się nie chce, czy Dakotę która chce ale nie umie?

I tak oto docieramy do sedna sprawy czyli przerosty formy nad treścią. W sumie sam pomysł Herberta George’a Wellsa pomimo trącenia myszką jest ciekawy i był jednym z pierwszych opisujących kontakt z obcymi. W literaturze fantastycznej po dziś dzień tworzy się na kopy książek i filmów o tym i jest to jeden z najbardziej wyeksploatowanych tematów obok podróży w czasie (jeśli chodzi o science fiction). Jak udowadnia nam dzieło Spielberg nie wystarczy wielka kasa, kilka głośnych nazwisk i efektowna otoczka, aby wycisnąć coś godnego uwagi i tych kilkunastu złotych wydanych na bilet do kina. Widać że stare, filmowe wygi zatracają świeżość spojrzenia poprzez zbyt grube pliki zielonych i najnormalniej w świecie nie muszą, albo im się nie chce za bardzo wysilać. Wolą zrobić ogromne widowisko z przerażającą ilością błędów wszelkiej maści niż kameralną opowiastkę, gdzie nawet minimalnym nakładem sił w swym filmowym lenistwie mogliby lepiej kontrolować to co się dzieje na kinowym ekranie. Cóż i tak dochodzimy do kolejnej fantastycznej wielkiej klapy obok "Armagedonu" czy "Dnia niepodległości".

Dział: Filmy