wrzesień 18, 2026

Rezultaty wyszukiwania dla: Forma

sobota, 15 sierpień 2026 18:54

Szum

 

"W domach, w których wszystko wydaje się idealne, najczęściej pękają fundamenty.”

Jak na thriller kryminalny, to książka niezbyt przekonała. Intryga wolno toczyła się, mało elementów trzymających w napięciu i zaskakujących akcentów. Detektyw i dziennikarka pracowali na pół gwizdka. Starali się rozwikłać zagadkę zniknięcia młodej dziewczyny, lecz więcej było entuzjazmu wobec wzajemnej relacji niż profesjonalnej pracy. Nie kupiłam styczności policji i mediów, za dużo zdradzanych informacji, za mało własnego udziału. Gdyby nie sprzyjające okoliczności docierania do prawdy, duet zapętliłby się niejasnościach, przypuszczeniach i interpretacjach. Podobało mi się uwzględnienie w intrydze przeszłości bliższej i dalszej, ratowały pomysł na odmalowanie mrocznej odsłony natury człowieka. Nie przepadam za promowaniem niebinarności w powieściach, ale nie traktuję jako zarzut. Tematyka wkracza szeroko do wszelkiej rozrywki, ponieważ przyciąga uwagę społeczeństwa, w tym czytelników, a zatem i autorów podążających za oczekiwaniami odbiorców. Inna sprawa, że dorastanie młodzieży wiąże się z wieloma wyzwaniami, a często droga na skróty wydaje się jej najlepszym rozwiązaniem. Normy podsuwane młodym ludziom wypaczają ich spojrzenie na samych siebie, na to, co sobą reprezentują. Często nie rozumieją na czym polega osiąganie biologicznej dojrzałości, a wszechobecne wątpliwe materiały w internecie szkodzą.

Dobrze, że autorka poruszyła tematykę akceptacji własnego ciała, zwłaszcza wśród dziewczyn, presji na modelowe sylwetki, lansowane przez wszystkie kanały komunikacyjne, w konsekwencji brak poczucia własnej wartości, stygmatyzm bycia poza normą, usilne pragnienie aprobaty, mnożące się lęki i depresje. Odniosłam wrażenie, że to bardziej powieść obyczajowa, kierowana do młodych osób, niż thriller czy kryminał, lub połączenie obu gatunków. Przyznaję, że trochę wynudziłam się przy tej przygodzie czytelniczej, nie wciągnęła mnie tak, jak na to liczyłam. Przeszkadzały mi sztucznie umieszczane opisy pracy specjalistów, nie przylegały zgrabnie do reszty tekstu, a przez to, pomimo atrakcyjności, wydawały się nienaturalne. Pojawiło się kilka nieścisłości, to nie one uwierały, a słabe psychologiczne umocowania zachowań kluczowej postaci po dokonaniu pewnego odkrycia, niezabezpieczenie niemożliwości styczności jednej z postaci ze złem i niezapewnienie oprawy specjalistów z psychologii. Zaprezentowany sposób odtwarzania mapy zbrodni nie do końca mi leżał, wyczekiwałam mocniejszych emocji, jednak nie uważam, aby książka była oceniona niżej niż przeciętna. Miała szansę spodobać się mniej wymagającym czytelnikom, a być może i młodszym reprezentantom grupy docelowej, głównie ze względu na ukazanie konsekwencji patrzenia na siebie przez pryzmat wyglądu, tworzenia skrzywionego obrazu nie tylko sylwetki, ale i duszy, a to już wejście na ścieżkę poczucia bycia gorszym, skazanym na pozbawienie miłości i szczęścia, zmuszonym do odgrywania kogoś innego niż się jest, czyli bycie w nieustannym wewnętrznym konflikcie. Zerknijcie również na wrażenia po spotkaniu z pierwszym tomem „Szelest”.

Dział: Książki
sobota, 15 sierpień 2026 18:46

Szelest

 

"Wszystko to, co mroczne, złe i brzydkie, czai się w nas, uśpione, i wychyla w najmniej oczekiwanym momencie, jakby coś je przywoływało.”

Kiedy spotykałam główną bohaterkę książki, która charakteryzowała się zaprezentowanymi cechami osobowości i stylem zachowania, zastanawiałam się, dlaczego niektóre kobiety pozwalają innym odnosić się tak siebie, a nawet gorzej, same siebie tak traktują, bez szacunku i krzywdząco, bez autorefleksji i zastanowienia. Może to odbicie w lustrze zejścia ze ścieżki obowiązującej dawniej sfery moralnej, poluzowania wzorców zachowań i rozcieńczenia relacji społecznych. Nie mam nic przeciwko stylowi życia jednostek dopóki nie odbija się negatywnie na innych. Wysunęłam przypuszczenie, że Małgorzata Sobczak celowo sportretowała w krzywym zwierciadle kobietę, aby zwrócić uwagę na degradację poważania i nadmiernie egoistycznego czerpania z życia. Po kilkunastu rozdziałach straciłam poważanie wobec Alicji Grabskiej. Dojrzała osoba zachowywała się jak rozpieszczone dziecko, z wygórowanym egoizmem i nieliczeniem się z uczuciami innych. Im głębiej wchodziłam w powieść, tym bardziej nasilała się awersja do dziennikarki. Reprezentantka pięknych kobiet, za którą oglądali się wszyscy mężczyźni, gdziekolwiek pojawiła się, tam wzbudzała zachwyt męskich oczu. Miałam wrażenie, że świadomość tego, wzmocniona słabą podstawą uznawania emocji innych, rozpieściły Alicję. Tym niemniej, przyznałam, że autorka konsekwentnie trzymała się wytyczonej roli dla postaci, stąd przypuszczenie, że było to zamierzenie realizowane.

Doceniłam pomysł na fabułę, kilka elementów doskonale współgrało z kluczowymi wytycznymi wątków i wsparte było logiką przyczyn i skutków. Kusząco zapowiadał się scenariusz zdarzeń z wyjściem od aktywności aplikacji podsuwającej użytkownikowi miejsca warte zobaczenia ze względu na intrygujący charakter. Niestety, sposób prowadzenia akcji, wprowadzał wiele chaosu i lekkich niekonsekwencji, czasem wykraczał poza realizm. Na ostatnie mogłam przymknąć oko ze względu na szczególny rys gatunku literackiego, w którym niemal wszystko może się zdarzyć, ale poprzednie zastrzeżenia psuły odbiór thrillera kryminalnego. Nie uznałam dwulicowego spojrzenia na brutalność, ani fizyczną w ujęciu przemocy domowej, ani psychiczną z perspektywy wykorzystywania innych. Z entuzjazmem przyjęłam śledzenie teraźniejszości i zerkanie w przeszłość. To, co działo się niemal dwadzieścia lat wstecz nawet bardziej mnie wciągnęło niż bieżące śledztwo. Szkoda, że autorka po macoszemu potraktowała kryminalny nurt, niezbyt szeroki i wartki, a przy tym mało przekonujący. Raz poszedł mocno na skróty, po długim okresie braku informacji, nagle wulkaniczny wybuch mowy pewnej staruszki, która nawet w stresie nie omieszkała wiele zdradzić i to w jednej wypowiedzi.

Jeśli chodzi o styl narracji, to odebrałam go jako lekki i przyjazny. Dialogi nieco spłaszczone, ale jestem starej daty i niekoniecznie znajduję nić porozumienia ze współczesnym uproszczonym stylem rozmów. Przeszkadzała mi różnorodność poziomu w opisach, niektóre fragmenty fantastycznie rozpisane, z uśrednionym uszczegółowieniem, inne z nadmiarem zbędnych detali lub niedosytem tła, jeszcze inne niemające związku z intrygą. Ogromny plus za sopocki koloryt, mocny atut, bardzo mi odpowiadał, nawet jeśli z lokowaniem produktu i miejsca. Aż nabrałam ochoty zapuścić się w ulice, ścieżki i plażę Sopotu. Jednak z pewnością nie chciałabym się natknąć na zwłoki z podciętym gardłem, na misterną inscenizację zbrodni, budzące grozę dowody. A od tego zaczęła się fabuła, pierwszych śladów mogących prowadzić ku prawdzie, szczątków kruchych jak porcelana, iskry rozniecającej płomień w mroku, tworzenia historii z przywołaniem zafałszowanych wspomnień, iluzji życia i pragnień. Wytyczne intrygującej gry z czytelnikiem, domysły i interpretacje z założenia bardzo dobre, lecz mniej efektowne w przełożeniu na emocjonalny odbiór. Finałowa odsłona mogła przypaść do gustu, wielu odbiorców mogło do końca nie wpaść na właściwe rozwiązanie, przynajmniej ja długo wahałam się, kto stał za diabelskim planem, utkanym w mroku, w spółce z brutalnością, perfidią i nienawiścią.

Dział: Książki
niedziela, 13 wrzesień 2026 18:32

Gen zła

 

"Wstrzymała oddech i nasłuchiwała…”

W jedenasty tom serii z komisarz Olgą Balicką weszłam gładko i swobodnie, pomimo nieznajomości poprzednich odsłon. Katarzyna Wolwowicz zręcznie poprowadziła po meandrach wydarzeń z poprzednich odsłon, wybierając informacje przydatne z punktu widzenia obecnej przygody czytelniczej, bez obciążania mniej istotnymi. Dobrze poczułam się w „Genie zła”, zaangażowałam się w zagadkę kryminalną, chętnie dociekałam prawdy. Intryga okazała się złożoną wielowątkową konstrukcją, zaś śledztwo przybrało znamiona zawiłości i zagmatwania. Jednak w połowie powieści poczułam, że niczym kluczowa postać, intuicyjnie odbierałam miejsca źródła mrocznej otchłani. Gdyby nie zbyt mocno nagłośniony instynkt Olgi Balickiej, pewnie przez jakiś czas jeszcze przebywałabym w zawieszeniu między prawdą a kłamstwem, a tak nieco za szybko przybliżyłam się do tożsamości mordercy. Autorka atrakcyjnie zapętliła w krótkim czasie kilka podobnych modus operandi pozornie niezwiązanych ze sobą ofiar, zdarzeń i podejrzanych. Odpowiadało mi nasycenie akcji licznymi zgonami, zupełnie jakby diabeł nieustannie podsycał ogień nienawiści i zemsty. Doceniłam różnorodność portretów postaci, każda coś ciekawego wnosiła do sprawy. Niekiedy pisarka szła za mocno na skróty i z wyraźnym schematyzmem, co nieco drażniło, ale można było na to przymknąć oko ze względu na dynamiczność zmian scen.

Komisarz Olga Balicka nie została moją powieściową przyjaciółką, coś mi w niej nie pasowało, najprawdopodobniej mieszanka mniejszego lub większego profesjonalizmu zawodowego, uzależniona nie tyle od jej przekonań, co chwilowego nastroju. Nie rozumiałam, dlaczego natychmiast składała dziecku po traumie obietnice, dawała się kierować kaprysowi chwili, wydawała się za rozchwiana, szybko przechodząca z jednej skrajności w drugą. Taki odbiór komisarz mógł wynikać po części z nieznajomości wszystkich dramatów, które odcisnęły na niej piętno, a przekonałam się, że było ich wiele. Nie do końca udało się autorce wiarygodnie odmalować dwulicowość postaci z mroku, jak na doświadczonego przestępcę i wyszkolonego człowieka za szybko ukazała swoją przemianę, na czym straciła tajemniczość w jej odbiorze. Plus dla Katarzyny Wolwowicz za poruszenie istotnych aspektów społecznych, jak przemoc w rodzinie i patologię w domach dziecka. Nie przekonuje sam tytuł powieści, nie ma czegoś takiego jak gen zła, owszem są genetyczne predyspozycje, które wsparte środowiskowymi czynnikami mogą jedynie zwiększać skłonność do agresji, lecz co bardzo istotne, nie determinują jej.

Dział: Książki
sobota, 15 sierpień 2026 18:27

Martwe kwiaty

„Była strasznym wampirem energetycznym, wysysającym energię z innych ludzi.”

Prawda jest taka, że cokolwiek człowiek by nie wymyślił, życie i tak otrzymuje palmę pierwszeństwa w tworzeniu scenariuszy ludzkich losów. Mam wrażenie, że twórcy kryminałów, nawet jeśli uważają swój pomysł na fabułę za oryginalny, często okazuje się on wyjątkowo zbieżny z okolicznościami zbrodni, która gdzieś na świecie została popełniona. Natura człowieka cechuje się wieloma mrocznymi zakamarkami, w których długie cienie rzucają negatywne emocje, w pewnym momencie dochodzą do głosu i odrzucają podpowiedzi rozsądku. No i jeszcze zwykły sadyzm, narastająca toksyczność rozprzestrzeniająca się w aurze codzienności, łamiąca życie, a nawet je odbierające. Bardzo ciekawią mnie, ze względów psychologicznych, nie tylko biografie morderców i opisy przestępczych czynów, ale również powieści bazujące na prawdziwych zbrodniach.

Dlatego z entuzjazmem przywitałam książkę Marty Reich, fabularyzującą zbrodnię dokonaną nie gdzieś tam w świecie, ale na polskim podwórku. Zimą tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku nie tylko warszawska opinia publiczna wstrzymała oddech dowiadując się, kto stał za morderstwem, rozczłonkowaniem i porzuceniem zwłok ofiary, czterdziestoletniej pracownicy telewizji, cała Polska interesowała się tym. Im głębiej sięgało śledztwo, im więcej napływało dowodów, tym sprawa ukazywała się w coraz bardziej osobliwym i trudniejszym do uwierzenia obrazie. Jeszcze dziś, kiedy przegląda się informacje na jej temat, wzbudza mieszane odczucia i wyzwala sprzeczne emocje, podobnie jak wysokość kary zasądzonej przez sąd za okrutną zbrodnię. Ale właśnie, okrucieństwo i nienawiść także mogą ukazać dwa oblicza. Podobał mi się sposób prowadzenia kryminalnego wątku przez autorkę. Pierwsze dwie z czterech części powieści mocno przykuły uwagę, zaangażowałam się w ich treść. Czułam znakomite przygotowanie pisarki od strony merytorycznej i umiejętność podtrzymywania klimatu niecierpliwego poznawania. Lata osiemdziesiąte nieco prosto odmalowane, ale prawdziwie.

Natomiast trzecia część, obejmująca rodzinne relacje, przybliżająca obyczajową otoczkę tła i pierwszego planu makabrycznej zbrodni, niestety zawiodła. Miałam wrażenie, że autorka za mocno weszła w sprawy spoza faktów, za dużo dała wolności wyobraźni i w przejaskrawionym stylu ukazała interakcje domowników. Siła uderzenia w czytelnika dwulicowością i hipokryzją postaci nic by nie straciła, a wręcz zyskała, na mniejszym natężeniu jadu słów i milczenia. Za to szalenie podobało mi się, że Marta Reich podjęła aspekt ukazania, że nie tylko mężczyźni, jak przyjęło się powszechnie uważać, stoją za skrajną toksycznością w relacji, że również kobiety potrafią głęboko, trwale i latami skrzywdzić wydawałoby się najbliższą im osobę, że można kogoś bardziej zranić słowem niż czynem. „Martwe kwiaty”, swoją drogą, sam tytuł bardzo dobry i symboliczny, ukazały, że funkcje społeczne narzucone kobietom nie powinny być sztywnym wzorcem. Dzisiaj wiele się mówi o tym, że małżeństwa mają prawo nie mieć dzieci, nie pragnąć potomstwa, co więcej, to kobiety mają prawo wyboru, czy zostaną matkami. Kolejna refleksyjna myśl, która narodziła się po spotkaniu z książką, że nawet socjalistyczna rzeczywistość, mówiąca teoretycznie o równości, w praktyce pozwalająca jednostkom przekroczyć granicę dostępu do elitarnego zawodu, zachodnich pieniędzy i dóbr, potrafiła rodzić patologiczne zachowania.

Dział: Książki
środa, 25 marzec 2026 10:38

Zagadka świątecznej zbrodni

 

„Boże, chroń nas przed naszymi przyjaciółmi, tak ochoczo broniącymi naszej reputacji przed oskarżeniami, które mogłyby bez tego w ogóle nie paść”.

Pierwsze spotkanie z twórczością Susan Gilruth zaliczyłam do intrygujących w przyjemnej odsłonie. Zapewniało mocne dobre wrażenia, odwołujące się do zabawy z czytelnikiem w dokonywanie przypuszczeń i interpretacji. Atrakcyjność fabuły przekonywała z różnych ujęć. Autorka naszpikowała scenariusz zdarzeń tropami i zwątpieniami, mocno zagęszczoną kryminalną zagadką, co więcej, znalazła jeszcze przestrzeń dla delikatnych obyczajowych nut. Gładko wchodziłam w akcję, chętnie przewracałam strony, dokonując przypuszczeń, jak potoczą się losy śledztwa. Odpowiadało mi, że dochodzenie prowadzone było od strony amatorki i doświadczonego policjanta, zaś ich opierająca się na osobliwych relacjach współpraca ubarwiała liczne incydenty.

Bohaterowie, zarówno pierwszoplanowi, jak i z drugoplanowi, przekonująco odmalowani. Nie brakowało różnorodności osobowości, skrywanych sekretów i stopniowo ujawniających się ambicji. Liane, kluczowa postać powieści, wystąpiła w roli narratorki. Frapująco było towarzyszyć jej myślom, próbom logicznego ułożenia zdarzeń, zrozumienia okoliczności i wysunięcia prawidłowych wniosków podczas odkrywania tożsamości mordercy. Gilruth udanie mieszała w obsadzie książki, sprawiając, że do końca nie mogłam być pewna motywów i zamiarów grona osób. Świetnie bawiłam się w odnajdywanie wskazówek prowadzących ku prawdzie, wielokrotnie poległam w procesie interpretowania i dedukcji, z uśmiechem łapałam się na błędne opinie.

Odpowiadał mi klasyczny format i klimat „Zagadki świątecznej zbrodni”. Od początku pojawiały się złowróżbne sygnały, przesądne znaki, odciągające od zamierzeń incydenty. Fantastyczne zagranie autorki, aby od razu wprowadzić czytelnika w złowieszczą sferę czegoś, co wywoływało dreszcze. Zanim jednak doszło do śmierci i jej konsekwencji dla otoczenia zmarłego, miałam okazję przyjrzeć się bliżej uczestnikom spektaklu zbrodni. I to też był zręczny chwyt osadzenia odbiorcy opowieści w gronie rodziny i znajomych ofiary. Urzekł klimat angielskiej wioski, spowitej śniegiem, przygotowującej się do grudniowego święta, skontrastowany z nagłym przeczuciem nadciągającej katastrofy i zderzony z okrucieństwem mrocznej strony ludzkiej natury.

Ile osób, tylu podejrzanych, a każdy dzień fabuły wnosił coś nowego do odszyfrowania kryminału. Rodzinne utarczki, zazdrosne spojrzenia, wylęknione wnioski, tchnienie śmierci, wredne plotki i spekulacje zakrojone na szeroką skalę, niezrozumiałe drobne szczegóły i dziwne niezgodności. Znakomite pole popisu do uruchomienia szarych komórek i dojścia do sedna sprawy. Wszystko w powolnym rytmie opisów i dialogów, ze wsparciem wścibskich osądów, pochopnych oskarżeń, sędziowskiego oka, chińskiej porcelany, pięknych kwiatów, aktorskich zdolności i atrakcyjnych kobiet. Przygoda czytelnicza, chociaż napisana ponad siedemdziesiąt lat temu, przekonała zawartością i zachęciła do poznania innych książek autorki.

Dział: Książki
sobota, 24 styczeń 2026 11:59

Nic takiego

 

Choć i tak już powoli żegnał się z życiem, to ktoś i tak postanowił przyspieszyć jego śmierć. Milioner Tadeusz Bacewicz zostaje zamordowany we własnym domu, w łóżku. Pokój ofiary wygląda jakby przeszło przez niego tornado. A pod łóżkiem mężczyzny leży nóż. Jeśli brak śladów włamania, to czy sprawcą jest ktoś z bliskich zamordowanego? Szczególnie że właśnie tego wieczoru Bacewicz miał ogłosić zmiany, jakie wprowadził w testamencie. Idealny motyw? Być może.
Prokurator Grzegorz Hala dociera na miejsce zbrodni; stara się w pełni uczestniczyć w sprawie, choć jego myśli raz po raz odpływają w równie nieprzyjemne rejony. Mężczyzna bowiem od jakiegoś czasu dostaje anonimy, sugerujące, iż ich nadawca zna tajemnice prokuratora. I nie zawaha się tej wiedzy wykorzystać.
Dla podkomisarz Michaliny Murawskiej śmierć milionera jest jak wygrana w lotto. Kobieta liczy, że rozwiązanie sprawy przyspieszy jej awans. Bo skoro już musiała wrócić do Piaseczna, to niech, chociaż jej się to opłaci! Co prawda informacja o podpięciu do niej nowej partnerki (również podkomisarz) Kai Dalke nie budzi jej entuzjazmu, to postanawia nie dać się wybić z rytmu. Nawet jeżeli Dalke jest dość... specyficzna.

Czy ta trójka bohaterów jest w stanie ze sobą współpracować? A może każde z nich ukrywa coś, co może zaważyć na toczącym się śledztwie?

Można powiedzieć, że literacko „znam” Katarzynę Puzyńską nie od dziś. Ona lata temu debiutowała „Motylkiem”, czyli pierwszym tomem popularnej sagi o Lipowie, ja natomiast miałam przyjemność go recenzować. Od tamtego momentu sięgałam po twórczość naszej autorki, a wspomnianą już sagę polecam moim bliskim i znajomym do dziś. Trochę sentyment, a trochę i ciekawość sprawiły, że skusiłam się na nowość spod jej pióra, czyli „Nic takiego". Jak sądzicie, jak poszło?

Już na początku muszę napisać, że bardzo ciężko odciąć się czytelniczo- emocjonalno (i wszelako) od sagi o Lipowie. Towarzyszyła mi tak długo, że w pewien sposób „wrosła” we mnie. Szczególnie gdy na tapecie pojawia się kolejna książka Puzyńskiej. Efekt tego jest taki, że do połowy „Nic takiego” nie mogłam się wczuć, bo miałam wrażenie, że czytam kolejny tom Lipowa, tyle że z innymi bohaterami. Cóż, to akurat coś, z czym muszę powalczyć sama - a być może i ci, którzy znają starszą i nowszą twórczość pani Kasi, mają podobne odczucia.

Śledztwo w sprawie morderstwa Bacewicza toczy się wartko, choć nasza trójca niejednokrotnie natrafia na przeszkody. Jedną z nich jest córka milionera, Oliwia Bacewicz, znana persona w środowisku internetowych influencerów, zajmujących się prawdziwymi zbrodniami. Co więcej, każde z nich walczy ze swoimi własnymi demonami i tylko chęć rozwikłania zagadki pcha ich do przodu, zmuszając do odłożenia prywaty na później. Szczerze powiedziawszy, śledztwo niespecjalnie mnie zainteresowało - może ze względu na to, że na 99% było wiadomo, że morderstwa dopuścił się ktoś przebywający w domu. Ponadto czułam się trochę tak, jakbym uczestniczyła w jednym z tych stworzonych przez Agathę Christie. Większe zainteresowanie budziła we mnie przeszłość Michaliny, Kai i Grzegorza.

Co do bohaterów, to właśnie tutaj autorka „zaszalała”, tworząc trio specyficzne w różnym stopniu. Prokurator Hala obsesyjnie dbał o to, by w jego otoczeniu było jak najmniej bakterii oraz zarazków, Kaja zaś z lubością wyciągała kolejne karty tarota w najmniej odpowiednich momentach. W tym zestawieniu jedynie Michalina wydaje się niczym nie wyróżniać na tle pozostałych, oprócz odwagi graniczącej niejednokrotnie z brawurą. Dość wybuchowa mieszanka, trzeba to przyznać.

„Nic takiego” to dobra lektura, aczkolwiek myślę, że fanom Lipowa może zabrać kilka chwil odcięcie się od ulubionej sagi i „przeniesienie” do nowej serii. I jeżeli myśleliście, że główne postacie odkryły wszystkie swoje karty, to jesteście w dużym błędzie. Puzyńska pozostawiła nas bez odpowiedzi w kilku kwestiach, za to z milionem pytań. Nie pozostało nam nic innego jak, tylko wyczekiwać kolejnego tomu. Polecam nie tylko fanom twórczości naszej polskiej autorki, lecz również tym, których kusi rozpoczęcie przygody z jej książkami.

Dział: Książki
poniedziałek, 05 maj 2025 17:22

Four Ruined Realms. Cztery stracone królestwa

 

Czy znasz takie książki, które od pierwszych stron przypominają, że zaufanie bywa najdroższą walutą, a zemsta potrafi połączyć silniej niż wspólny cel? Cztery stracone królestwa to drugi tom serii Pięć pękniętych ostrzy autorstwa Mai Corland i powrót do świata, w którym nikt nie jest krystaliczny, a każda decyzja ma swoją cenę. Wracamy do drużyny, która już raz się rozpadła. Teraz musi działać razem. Bo nie ma wyjścia.

O czym jest książka

Król Joon rozegrał wszystkich po mistrzowsku. Zamiast śmierci – nowa misja. Trzydzieści dni, jeden boski artefakt i królestwo Khitan, do którego nikt nie ma wstępu. Pierścień należy do królowej Quilimar, siostry Joona. Dotarcie do niej graniczy z cudem, a próby kończą się śmiercią.

Bohaterowie – Mikail, Aeri, Royo, Euyn, Sora i Tiyung – niosą ze sobą bagaż zdrad z pierwszego tomu. Wciąż mają sekrety, ciche dni i niewypowiedziane pretensje. Jednak wspólny cel powoli ich zbliża. Khitan okazuje się królestwem rządzonym według feministycznych zasad, co jest ciekawym i dobrze wplecionym akcentem światotwórczym. Nic nie jest tu jednoznaczne. Nawet władza.

Moja opinia i przemyślenia

Największą zaletą książki pozostają bohaterowie. Moralnie szarzy. Poranieni. Uparci. Każdy z nich ma coś do stracenia, dlatego współpraca staje się koniecznością, nie wyborem. Relacje są napięte – wybaczenie to jedno, zrozumienie drugie. Euyn i Mikail oddaleni. Aeri wikła się we własne kłamstwa. Sora tęskni, boli, zostaje w pamięci na długo.

Szczególnie intrygujący jest Mikail – arcyszpieg o wielu twarzach, który wszystko wie, wszystko planuje, ale coraz trudniej odgadnąć, kim naprawdę jest. Royo nadal kryje potencjał, który aż prosi się o rozwinięcie w kolejnym tomie. Narracja wieloosobowa działa tu zaskakująco dobrze – krótkie, dynamiczne rozdziały utrzymują tempo i napięcie, bez chaosu.

To fantastyka drogi, pełna trudnych wyborów, poświęceń i narastającej chęci zemsty. Brutalna momentami, z wyraźnymi trigger warnings – zdecydowanie nie dla każdego, mimo oznaczenia 14+.

Warto też wspomnieć o wydaniu – książka ukazała się nakładem Wydawnictwo Jaguar i naprawdę cieszy oko: twarda oprawa, barwione brzegi, format, który wyróżnia się na półce.

Podsumowanie

Cztery stracone królestwa to mocna kontynuacja, która nie zwalnia tempa i pogłębia emocjonalne rysy bohaterów. Świetnie poprowadzona intryga, dobrze zarysowany świat i zakończenie, które zostawia z niedosytem. 

Jeśli pierwszy tom jest już za Tobą, nie ma odwrotu. A jeśli nie – lepiej nadrobić. Bo ta historia jeszcze się nie skończyła.

Dział: Książki

Druga część Historii „Władcy Pierścieni” (rozpoczętej tomem Powrót Cienia), fascynującej relacji z powstawania trylogii Tolkiena, zawierającej wiele dodatkowych scen i obejmującej całość nieopublikowanego epilogu.

Dział: Książki
niedziela, 02 listopad 2025 13:54

Motyw

 

Do tego dnia Dominik był pewien, że w jego życiu wreszcie nastąpił oczekiwany przełom - jego mroczna powieść trafiła na biurko wydawcy i miała ogromne szanse na zostanie bestsellerem. Nigdy by do tego nie doszło, gdyby w jego życie nie weszła Ada Preis, fantastyczna kobieta i sławna pisarka. Obecnie jego żona. Czy szczęście mężczyzny aż tak raziło w oczy, że Los postanowił sobie okrutnie z Dominika zażartować?

Jego żona bowiem zaginęła. I to on - jak w każdym filmie, który razem oglądali - z miejsca staje się podejrzanym. Szczególnie że rysowane przez Dominika wizje szczęśliwego związku nie do końca łączą się z tym, co mają do powiedzenia inne bliskie zaginionej pisarce osoby. Wkrótce i on zaczyna gubić się w wersjach, które serwuje policjantom, skrzętnie chroniąc przed nimi swoją przeszłość.

Czy jesteś w stanie uwierzyć, że pragnienie zemsty może całkowicie przejąć kontrolę nad zmysłami drugiego człowieka? Czy zdajesz sobie sprawę, jak daleko może posunąć się ten, który nie ma już nic do stracenia?

Motyw uprowadzeń czy zaginięć na własną rękę (wiem, jak to brzmi, ale wierzę, że rozumiecie, o co mi chodzi) w ostatnim czasie jest jednym z najczęściej wybieranych przez autorki czy autorów. Zapewne głównie przez to, że daje naprawdę duże pole do wykazania się. Tym bardziej byłam ciekawa, w którą stronę ruszy wyobraźnia Małgorzaty Starosta w jej najnowszej pozycji.

Początek nie był zaskakujący; zaginiona kobieta i mąż, którego oskarżono w pierwszej kolejności, nawet jeżeli dowody (jeszcze) na niego nie wskazywały. Plątanie się w zeznaniach, kolejne fakty wychodzące na światło dzienne... przez znaczącą część lektury miałam wrażenie, że gdzieś to już czytałam. I nie bez znaczenia jest tu fakt, że w książce kilkakrotnie wspomniano film „Zaginiona dziewczyna”, namiętnie oglądany przez zaginioną bohaterkę, Adę Preis. Już to dawało czytelnikowi sporo do myślenia i osoby, które ów film widziały, zapewne już zaczynają powoli kojarzyć, o co w fabule może chodzić. Oczywiście książka nie jest kalką filmu, znajdziecie sporo różnic, aczkolwiek... cóż, więcej nie mogę zdradzić.

Jeżeli chodzi o bohaterów, to nie mam w związku z nimi jakichś głębszych przemyśleń; Dominik był irytujący, z każdym rozdziałem i nowymi informacjami coraz bardziej. Policjanci zajmujący się śledztwem ginęli gdzieś w tym wszystkim, stanowiąc bardziej tło. Mam wrażenie, że poniekąd ta sprawa rozwiązywała się jakby sama. Adę Preis „znałam” tylko z relacji innych i muszę powiedzieć, że podziwiałam ją za jej wytrwałość. To samo zresztą tyczy się dwójki jej przyjaciół, acz jest to wątek, o którym nie da się mówić bez odkrywania zbyt wielu kart. Sami przeczytajcie.

Pomimo tego, że nie jest to najbardziej oryginalny thriller w ostatnim czasie, to czyta się go bardzo szybko. Klatka coraz ciaśniej zamyka się wokół Dominika i choć mamy przeczucie, że to nie on stoi za zaginięciem żony, to z pewną dozą fascynacji obserwujemy, jak pod ostrzałem oceniających spojrzeń i kolejnych faktów wije się coraz mocniej. Szczególnie że tytułowy motyw jest dość łatwy do odgadnięcia, więc jego oficjalne odkrycie nie wywołuje aż takiej lawiny emocji, jak można by się spodziewać.

Reasumując, „Motyw” nie jest książką złą, aczkolwiek nie ma w sobie nic, co wybijałoby ją na tle innych, o podobnej fabule. Czyta się ją szybko i sprawnie, jest do „połknięcia” w jeden wieczór. Wzbudza emocje, owszem, ale głównie za sprawą naszego podejrzanego Dominika - nie da się o nim czytać bez choćby cienia irytacji. Zasadniczo naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Nie jestem jednak do końca przekonana, czy będę pamiętać o tej pozycji za np. pół roku. Niemniej, jednak jeżeli ktoś z Was lubi tematykę zaginięć, a nie obejrzał „Zaginionej dziewczyny”, to warto po nią sięgnąć w wolnym czasie.

Dział: Książki
niedziela, 14 wrzesień 2025 05:06

Ogar

„Nie wierzyła w nic oprócz bestialstwa ludzi”.

Trudno było wpasować się w kryminał, może po części spowodowane to było nieznajomością pierwszego tomu „Zbawca”. Weszłam w świat tak dużego mroku od strony psychiki kluczowych bohaterów, że nie do końca rozumiałam ich wewnętrzne rozterki, przeżycia i impulsy. Julia Marzewska nie podeszła mi w obsesyjnej i samoniszczącej odsłonie. Przerażała myśl, że śledczy po ogromnych zawodowych, a w dużej części, również osobistej traumie, mogliby pozostawać bez odpowiedniego wsparcia psychologicznego. W jakim wymiarze pokrywało się to z faktyczną sytuacją w policji?

Normalny człowiek, prowadzący zwykłe życie, wzdryga się na informacje o zbrodniach, unika jak ognia znalezienia się nawet w najdalszym ich otoczeniu, a pracownik wydziału zabójstw, będący aktywną częścią starcia z mrokiem, musi praktycznie radzić sobie sam. A przecież niebezpieczna i niewdzięczna praca silnie odciska się na mentalności policjanta. Być może właśnie z tego powodu świat Julii stał się jednym wielkim chaosem, w którym nie było już miejsca na zdroworozsądkową logikę, pełen profesjonalizm, trzeźwy osąd i elastyczną zdolność do współpracy z innymi. Przekroczone zostały granice reagowania na traumę i wydawało się, że nie ma powrotu do normalności. Kluczowa postać męczyła się sama z sobą, a ja podchwytywałam negatywne wibracje. Wcześniejsze starcie z Ogarem i Zbawcą zniszczyło Julię, a w tak słabej kondycji psychicznej trudno było nie wejść w omamy osobliwej obsesji i zwodniczego egoizmu w pogoni za czarnym charakterem. W moim odczuciu autor za daleko zaprowadził Julię w gęstą koszmarną ciemność, abym uwierzyła w nią.

Pomysł na fabułę zaliczyłam do ciekawych. Niekoniecznie podszedł mi styl pisania, ale to już osobiste preferencje, wyczekiwanie na rozbudowane opisy i zwinność w narracji. Bardziej przeszkadzały liczne nielogiczności w zachowaniu policjantki, osobliwe przystawanie na pewne okoliczności, nonszalancja w podejściu do procedur policyjnych. Nie mogłam uwierzyć w opowieść, nawet uwzględniając literacką fikcyjność. Na plus prolog, znakomicie wzbudził zainteresowanie i wprowadził sporo napięcia w interpretacji tego, co doprowadziło do kulminacji dramatycznego momentu w scenariuszu zdarzeń i czy udałoby się w jakiś sposób wymknąć ostateczności. Zawiodłam się na uzasadnieniu motywów kierujących czarnym charakterem, za mało było solidnych podstaw do takiego, a nie innego zachowania. Tylko czyż niektórym spaczonym zwyrodnialcom nie potrzeba drobnej iskry z przeszłości lub emocjonalnego impulsu, aby przystąpić do dzieła zabijania i uczynienia z tego demonicznej sztuki?

Zastanawiające, czy każdy z nas rodzi się z ziarnem nieokiełzanej żądzy, psychopatycznej bezwzględności, spaczonego bestialstwa, które w odpowiednich warunkach wypływają na powierzchnię realności i w najgorszych czynach potwierdzają eskalację? Miałam wrażenie, że „Ogar” nie został w pełni dopracowany, ale to krok w serii, która może jeszcze prowadzić w bardziej intrygujące obszary. Kilka ciekawych aspektów stworzyło potencjał na zajmujący ciąg dalszy. Wytrawny smakosz kryminałów mógł czuć niedosyt prowadzenia akcji i wzmacniania napięcia, jednak czytelnik mniej wymagający wobec sylwetek bohaterów i stopnia realności mógł z zaciekawieniem wejść w scenariusz zdarzeń i poczuć dynamiczność incydentów. Po trzech miesiącach przerwy morderca uderzył, już raz udało mu się uciec przed obławą, czy i tym razem zdołał tego dokonać?

Dział: Książki