styczeń 23, 2026

Rezultaty wyszukiwania dla: Świat Książki

poniedziałek, 05 maj 2025 17:22

Four Ruined Realms. Cztery stracone królestwa

 

Czy znasz takie książki, które od pierwszych stron przypominają, że zaufanie bywa najdroższą walutą, a zemsta potrafi połączyć silniej niż wspólny cel? Cztery stracone królestwa to drugi tom serii Pięć pękniętych ostrzy autorstwa Mai Corland i powrót do świata, w którym nikt nie jest krystaliczny, a każda decyzja ma swoją cenę. Wracamy do drużyny, która już raz się rozpadła. Teraz musi działać razem. Bo nie ma wyjścia.

O czym jest książka

Król Joon rozegrał wszystkich po mistrzowsku. Zamiast śmierci – nowa misja. Trzydzieści dni, jeden boski artefakt i królestwo Khitan, do którego nikt nie ma wstępu. Pierścień należy do królowej Quilimar, siostry Joona. Dotarcie do niej graniczy z cudem, a próby kończą się śmiercią.

Bohaterowie – Mikail, Aeri, Royo, Euyn, Sora i Tiyung – niosą ze sobą bagaż zdrad z pierwszego tomu. Wciąż mają sekrety, ciche dni i niewypowiedziane pretensje. Jednak wspólny cel powoli ich zbliża. Khitan okazuje się królestwem rządzonym według feministycznych zasad, co jest ciekawym i dobrze wplecionym akcentem światotwórczym. Nic nie jest tu jednoznaczne. Nawet władza.

Moja opinia i przemyślenia

Największą zaletą książki pozostają bohaterowie. Moralnie szarzy. Poranieni. Uparci. Każdy z nich ma coś do stracenia, dlatego współpraca staje się koniecznością, nie wyborem. Relacje są napięte – wybaczenie to jedno, zrozumienie drugie. Euyn i Mikail oddaleni. Aeri wikła się we własne kłamstwa. Sora tęskni, boli, zostaje w pamięci na długo.

Szczególnie intrygujący jest Mikail – arcyszpieg o wielu twarzach, który wszystko wie, wszystko planuje, ale coraz trudniej odgadnąć, kim naprawdę jest. Royo nadal kryje potencjał, który aż prosi się o rozwinięcie w kolejnym tomie. Narracja wieloosobowa działa tu zaskakująco dobrze – krótkie, dynamiczne rozdziały utrzymują tempo i napięcie, bez chaosu.

To fantastyka drogi, pełna trudnych wyborów, poświęceń i narastającej chęci zemsty. Brutalna momentami, z wyraźnymi trigger warnings – zdecydowanie nie dla każdego, mimo oznaczenia 14+.

Warto też wspomnieć o wydaniu – książka ukazała się nakładem Wydawnictwo Jaguar i naprawdę cieszy oko: twarda oprawa, barwione brzegi, format, który wyróżnia się na półce.

Podsumowanie

Cztery stracone królestwa to mocna kontynuacja, która nie zwalnia tempa i pogłębia emocjonalne rysy bohaterów. Świetnie poprowadzona intryga, dobrze zarysowany świat i zakończenie, które zostawia z niedosytem. 

Jeśli pierwszy tom jest już za Tobą, nie ma odwrotu. A jeśli nie – lepiej nadrobić. Bo ta historia jeszcze się nie skończyła.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:33

Pobłysk

„Bałeś się tego, czego nie znałeś…
Często boimy się rzeczy, których nie znamy”.

Sądziłam, że zapoznam się z powieścią, jak to mam w zwyczaju, w jeden dzień. Jednak zorientowałam się, że to typ książki, który zyskuje przy kilku spotkaniach. Przy większej dawce czułam lekkie znużenie, a jedno czy dwudniowa przerwa działała na korzyść opowieści. Podobało mi się bezpardonowe rozprawianie się z postaciami bez względu na odcień bieli, szarości i czerni. Czułam niedosyt podkręcania zagrożenia i trwogi w opisach scen. Fantasy wypełniała krwista czerwień i smród spalonych ciał czarownic. Autor zdecydował się na wariant ostrych i szybkich cięć, miało to zaskakujący powab, ale skutkowało szybkim zakończeniem czegoś, z czego można było więcej wycisnąć z korzyścią dla klimatu powieści. Brutalność wykreowanego świata, bezwzględność osób nim rządzących, wszechogarniająca obsesja, to elementy działające na korzyść „Pobłysku”. Atrakcyjnie wzniecały silne emocje wobec wrogości i niesprawiedliwości. Grzegorz Bobin wręcz delektował się mrocznością ludzkiej natury, a mnie to pasowało.

Książka udanie przeplatała elementy horroru i fantasy. Oba gatunki zostały wymieszane ze swobodą i naturalnością. Tak jak perspektywa dreszczowca przypadła mi do gustu, miała w sobie coś, co sprawiało, że czekałam na kolejny mocny incydent, tak wykreowany nadprzyrodzony świat, oparty na filarze magii i baśni, nie w pełni przekonywał. Przeszkadzała naiwność i łatwowierność głównych bohaterów, nawet uwzględniając młody wiek i to, że siłą rzeczy, wiele musieli się nauczyć. Miałam wrażenie, że w tym aspekcie czytałam książkę dla młodego czytelnika, nieprzywiązującego wagi do uszczegółowionego otoczenia, pogłębienia portretów postaci, stopniowalności przemian w widzeniu świata i siebie samego. Zgrzytały mocne uderzenia intrygi z prowadzeniem relacji pary Płomyk i Kozik.

Jednak z uznaniem odebrałam finałową odsłonę powieści, fantastycznie, że autor wybrał wariant pod prąd oczekiwań i poza przyjętymi schematami. „Pobłysk” poprowadził ścieżkami przygody po różnych krainach, lekcjami zdobywania magicznej wiedzy, silnych zaklęć, unikalnymi kocimi temperamentami zderzającymi się z długimi cieniami ludzkiej natury. Baśniowo, z lekkim odwołaniem do natury średniowiecza, mrożącą krew w żyłach legendą wszechogarniającej wilgoci i grząskich bagien, miast ogarniętych nienawiścią i obsesją.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:27

Dziki, mroczny brzeg

„Trauma żyje w zwierzętach tak samo, jak w kolejnych pokoleniach ludzi”.

Ogromna satysfakcja czytelnicza. Książka bardzo wciągnęła i co warto podkreślić, z wielu perspektyw. Od strony intrygującej fabuły, trzymającej w napięciu, subtelnie rozwijającej wątki, umożliwiającej prawdzie wypłynąć na powierzchnię oceanu uczuć. Również ze względu na szalenie przekonujące uchwycenie piękna przyrody. Nie nastawiałam się na typowy thriller, byłam uprzedzona o oryginalności powieści, a i tak mocno zaskoczyła na plus. Nie potrafiłam wskazać, czy bardziej zaangażowałam się w zdumiewające bogactwo fauny i flory, tylko pozornie opuszczonej przez naturę wyspy, czy w złudnie zwyczajną historię ludzi czasowo na niej przebywających.

Z radością poruszałam się po stronach książki, chłonęłam słowa i przekazy, śledziłam wzory narracji autorki, ale co dla mnie bardzo cenne w przypadku przygód czytelniczych, tworzyłam własną przestrzeń przeżywania w trakcie odbioru opowieści. Zachwycałam się solidnymi umocowaniami scenariusza zdarzeń do egzystencji naturalnych mieszkańców skrawka lądu i człowieka. Odkrywałam i analizowałam wiele stycznych, węzłów zależności, wzorów zachowań, skrajnych postaw i odczuć. Charlotte McConaghy wrażliwie i z wyczuciem oprowadzała po łamiącej serce i podającej w wątpliwość prawo istnienia gatunku ludzkiego, historii wyspy, po tym, co teraz się z nią działo, i jaka jawi się jej przyszłość.

Jednolicie brzmiały ważne ekologiczne przesłania, nienachalne i niebezpośrednie, jednak nakłaniające do pochylenia się nad cennymi świadectwami istnienia, nawet najmniejszym ziarenkiem życia. Doskonałość ekosystemu wyspy, zadziwiające fakty o nim, krążąca wokół prawda, że nie ma życia bez innego życia, śmiało przebijały się do mojej świadomości. Smucił kontrast tego, co wyspa oferowała światu z pazernością człowieka, toksycznym wpływem na środowisko, bezwzględnym wyborem własnego gatunku.

Autorka przebiła się przez mój pancerz wyboru niedostrzegania wielu spraw powiązanych z ochroną natury, bym nie musiała cierpieć poprzez obrazy i słowa, ze względu na niemoc dokonywania znaczących zmian. Uruchomiała najgłębsze pokłady mojej wyobraźni i obudziła wrażliwość na krzywdę wyrządzaną przez człowieka przyrodzie. Z bólem czytałam, chociażby o pingwinach i wielorybach, tym bardziej że w trakcie lektury z zachwytem dostrzegałam detale ich piękna i dzikości. Podobało mi się, że McConaghy zastosowała prostolinijność i przenośnię w stwierdzeniu, że to, co dajemy światu, po jakimś czasie wraca do nas, często zwielokrotnione.

Uważnie przyglądałam się życiu walczącemu na wyspie otoczonej oceanem w sztormowych okolicznościach, szarpanej przez potężne zrywy wiatru, lodowatą wodę i wszechobecny piasek. Miejsce odcięte od świata, w ekstremalnych warunkach pogodowych, w promieniu wielu tysięcy kilometrów bez żadnego lądu, z najbliższą daleką sąsiadką Antarktydą. Delektowałam się klimatem izolacji, braku możliwości wezwania pomocy, trzymania się życia z uporem godnym podziwu. To także niesamowity klimat powietrza gęstego od niespokojnych duchów zmarłych, obecności śmierci tak bliskiej, na wyciągnięcie ręki, walki o każdy ruch i oddech.

Pisarka intrygująco obrazowała to, co działo się z czteroosobową rodziną, kiedy ocean wyrzucił na plażę umierającą kobietę. Ojciec i trójka dzieci, żyjący na wyspie obiekcie dziedzictwa światowego UNESCO, pilnujący Światowego Banku Nasion ONZ, mierzą się nie tylko z twardymi warunkami środowiska, ogromną stratą z przeszłości, ale również z tym, co nieznajoma kobieta wnosi w ich życie. Dziewięciolatek Orly, zamiłowany w wiedzy o przyrodzie, siedemnastoletnia Fen, pływająca niczym podwodne zwierzę, osiemnastoletni Ralf, z siłą młodego mężczyzny. I otaczający ich opieką Dominic, narzucający ojcowskie spojrzenie na świat i rolę człowieka, starający się trzymać rodzinę w całości. A Rowan, kobieta cudem ocalała podczas sztormu, stopniowo upewniająca się, że coś było nie tak na wyspie, krok po kroku starająca się dociec prawdy, przyjąć udział w niebezpiecznej grze pozorów.

Autorce udało się z jednej strony w bezpośredni i szczelnie przylegający do pamięci i emocji postaci, z drugiej okrężny i przeskakujący nieistotne szczegóły, sposób przedstawić bieg spraw. Sukcesywnie docierałam do źródeł kłamstw, odsłon prawdy i nadrzędnej obiektywności. Poddałam się stylowi narracji, plastycznemu i surowemu jednocześnie, wnikającemu w czytelniczą duszę, przenoszącemu wprost na Shearwater, z latarnią i stacją badawczą. Niezwykła podróż do dzikiej przyrody i w mroczną naturę człowieka, do piękna egzystencji i cudów miłości, świadomej odpowiedzialności i poświęcenia. Wiele mogłabym jeszcze pisać o „Dzikim, mrocznym brzegu”, ale pozostawiam wam radość i satysfakcję z odkrywania kolejnych perspektyw przeżywania opowieści.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:22

Koniec świata Templariuszy

„Tam, gdzie w grę wchodzą złoto i władza, nie ma miejsca na kompromis”.

Średniowiecze nie należy do ulubionych klimatów czytelniczych, znacznie bardziej cenię starożytność. Jednak, kiedy tytuł przywołał templariuszy, skusiłam się na przygodę z ich udziałem. I nie żałuję, otrzymałam nawet więcej, niż się spodziewałam. Powieść doceniłam z wielu względów. Oczywiście, najważniejszy to moc przykuwania uwagi, entuzjastyczne wciąganie w scenariusz zdarzeń, sprawianie, że nie chciałam odrywać się od stron książki. Przekonało bogactwo postaci oraz to, że autor przydzielił im ciekawe życiorysy, obdzielił atrakcyjnymi osobowościami, uwzględnił nieco tajemniczą przeszłość. Może przydałoby się większe pogłębienie motywów i postaw, ale to, co zostało zaprezentowane, zadowoliło mnie.

Dobrze bawiłam się podążaniem tropem historycznych miejsc, postaci i zdarzeń. Cieszyło mniej lub bardziej fikcyjne dopisywanie szczegółów. Spodobał się styl narracji, plastyczny i sugestywny, z przekonującymi dialogami, łatwymi do przeniesienia przez wyobraźnię opisami, zwróceniem uwagi na detale i emocje. Książka liczyła niemal czterysta trzydzieści stron, a w żadnym momencie nie wywołała wrażenia znużenia czy choćby delikatnego zmęczenia. Bogusław Chrabota doskonale poradził sobie z odpowiednim rozłożeniem intrygi na przestrzeni opowieści. Wciągał wstęp pełen elementów podszytych niebezpieczeństwem i szalonym wyzwaniem, przykuwał uwagę środek wypełniony wyjątkowymi przygodami i apelami, satysfakcjonował finałowy etap scenariusza zdarzeń, zaskakujący odsłoną prawdy o sobie i wierze. Pierwsze spotkanie z twórczością pisarza zaliczyłam do bardzo udanych, zaangażowałam się w poznawanie końca świata templariuszy w spiskowym i bezwzględnym wydaniu.

Świat zamarł trzynastego października tysiąc trzysta siódmego roku. Samo niebo zdawało się ostrzegać ludzkość przed czymś ekstremalnie haniebnym i podłym. Stolicą, z której wypełzło największe zło zazdrości, gęsta od mroku żądza bogactwa i oparta na okrucieństwie zemsta, okazał się Paryż. O ile mieszkańcy miasta, stłamszeni trwogą o własne życie, naznaczeni wrogą i złośliwą propagandą, ograniczeni prostotą rozumowania, mogliby znaleźć, do pewnego stopnia, usprawiedliwienie w oczach odbiorcy, to największy despota ówczesnych czasów, Filip IV Piękny, i jego poplecznicy, już nie. Cudownie wyczuwałam atmosferę grozy ataku na Świątynię, pozbawienie wpływów, zszarganie wizerunku, odebranie życia i majątku templariuszy.

Zakonowi Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona zadano skryty cios w serce, zalewając potężną siłą oszczerstw i okrucieństwa, na zawsze eliminujący z gry religijnej i politycznej. Po bezwzględnej rozprawie z tysiącami wyłapywanych ukrywających się członków, rycerze odziani w biały strój z krzyżami w kolorze krwi Zbawiciela już nigdy się nie podnieśli. Zafascynowałam się losami fikcyjnego Henryka Vaudémonta, przeszłością, służbą i wypełnianiem misji powierzonej przez wielkiego mistrza Jakuba de Molay, strażnika Grobu Pańskiego. Towarzyszyłam kluczowej postaci w wielu podróżach i przygodach, nadziei i zwątpieniu, przyjaźni i zdradzie, życzliwości i oszustwie. Czy naprawdę okazał się człowiekiem na właściwym miejscu, silnym duchem i mieczem? Czy dotarł do najistotniejszej relikwii Francji? Czy poznał największą tajemnicę królestwa? Zakończenie nieco rozczarowało, nie spodziewałam się, że tak mocno przywrze do romantycznej nuty, która zasadniczo wydała mi się przekoloryzowana.

Dział: Książki
czwartek, 15 styczeń 2026 02:42

Mity i legendy starożytnego Egiptu

 

„Egipt był najbardziej samowystarczalny spośród wszystkich krajów starożytnego świata; żył własnym życiem, praktykował własną religię i produkował własne opowieści, niemal całkowicie pozbawione zewnętrznych wpływów, które mogłyby się wywodzić z innych cywilizacji”.

Zadziwiające, jak bardzo ludzkie wierzenia i legendy prezentują się w podobnej odsłonie bez względu na cywilizacje. Opowieści o bogach, władcach i zwyczajnych ludziach napędzane są ludzką wyobraźnią i historycznymi wydarzeniami. Mieszkańcy Egiptu stworzyli opowieści, pozwalające wyjaśnić ówczesną im rzeczywistość, przekazujące przygody, przepowiednie i zaklęcia. Tam, gdzie brakowało wiedzy i pewności, wkradała się magia, jako czynnik zespalający fakty i mity. Legendy przechowywane ustnie, za pomocą hieroglifów, zwojów spisywanych przez skrybów, kapłańskich opowieści, barwnie wypełniały zbiorową pamięć. Egipska cywilizacja sprzed czterech tysięcy lat fascynuje i zachęca do badań, za sprawą odkryć dawnych budowli i artefaktów, które w mniejszym lub większym stopniu zdołały przetrwać do naszych czasów. Szukamy nici powiązań w mentalności ludzkiej, wspólnych przeżyciach i myślach, bo to sprawia, że lepiej poznajemy samych siebie.

Wyrwane od zagubienia i zniszczenia świadectwa opowieści, często złożone z fragmentów pozyskanych z różnych źródeł, ekscytują i wciągają. Nie tylko przebiegiem i przesłaniami, ale również otoczką tajemniczości, w której obracał się starożytny Egipt. Trzy tysiące lat cywilizacji. A my wciąż mało o niej wiemy, pasjonujemy się nowymi odkryciami i interpretacjami. „Mity i legendy starożytnego Egiptu” przeprowadzają czytelnika przez pustynne warunki kraju, wytyczają naturalną nilową ścieżkę, obrazują ścisłą zależność ludzi od rzeki, wyjaśniają obsesję umierania i życia po śmierci. To zaledwie kontekst, wprowadzenie w klimat i cywilizacyjne osiągnięcia. Głównym nurtem książki są opowieści reprezentujące literaturę powstałą na przestrzeni ponad dwóch tysięcy lat, sięgającą nawet pięciu tysięcy lat wstecz, na bazie ustnych przekazów.

Z zainteresowaniem odświeżam wiedzę z mitologii egipskiej, znaczących bogach i faraonach z boskim naznaczeniem, zwyczajnych ludzi, oraz wzajemnych relacjach. Druga część zawiera opowieści magiczne, w ramach których najbardziej imponuje pragnienie człowieka odkrycia kluczy pozwalających zaczarować niebo i ziemię, poznać język wszelakich stworzeń, a także wizyta w Duat, Krainie Umarłych. Trzecia część to opowieści o przygodach, jak o rozbitku, o tym, jak chciwy robotnik przegrał wszystko z wieśniakiem, buncie palestyńskiej Joppy, greckiej księżniczce Helenie Trojańskiej. I inne. Świat starożytnego Egiptu dawno przeminął, utraciliśmy jego obrazy, czujemy zaledwie echo dawnej potęgi, a jednak coś pozostało w zaprezentowanych opowieściach. Czyta się je z misją zrozumienia świadectw boskich intencji, mocy i duszy, w które mocno wierzyli mieszkańcy Egiptu.

Nie jest to obszerna publikacja, chociaż zawiera także kartę czasu, słowniczek, wyjaśnienia, kto jest kim, mapkę i ilustracje. Propozycja na jeden wieczór czytelniczy, przeniesienie się na chwilę w mistyczny egipski świat zawarty w mitach i legendach.

Dział: Książki
czwartek, 15 styczeń 2026 02:31

Zabójcze piaski

 

Igor Kaczmarczyk, autor książki „Zabójcze piaski”, to tłumacz z arabskiego i dyplomata na placówkach w konsularnych świata arabskiego. Dwudziestopięcioletnie doświadczenie mieszkania wśród muzułmanów dokładnie widać w jego najnowszym dziele, które stoi na pograniczu reportażu i literatury obyczajowej. Akcja toczy się w stojącej u progu wielkich zmian Arabii Saudyjskiej. Kraju, w którym religia i tradycja ma często ostatnie słowo, będąc nad prawem państwowym i międzynarodowym.

To nie pierwsza przygoda konsula Tomka w Arabii Saudyjskiej, gdyż książka jest czwartym tomem serii. Tym razem codzienność ambasady nieustannie ściera się z niepokojącym tłem politycznych intryg, prywatnych dramatów i kulturowych napięć. Poznajemy nie tylko jego najbliższe, konsularne otoczenie, w tym nowego konsula Leona Kęskę i jego młodziutką żonkę, ale i dyplomatów z innych krajów (szczególnie USA) czy książęta i rody saudyjskie, które pociągają za wszelkie sznurki tego regionu.

W książce w równych proporcjach miesza się korporacyjne bagienko, pałacowe intrygi, terroryzm, romanse i waśnie rodzinne. Wszystko w dusznej, upalnej atmosferze, pełnej przepychu, często nie do końca zgodnej z zasadami szariatu. Na czoło wysuwają się też kwestie praw człowieka, kobiet i osób LGBTQ. Widać też walkę tradycji z nowoczesnością, nepotyzmu z demokracją.

W książce pojawia się także wątek samotnego podróżnika z Polski. Gdańszczanin Iwo podejmuje się przejścia przez pustynię Rub al-Chali w pojedynkę. Nie zwraca uwagi na porę roku, którą wybrał na swoją wędrówkę ani poziom przygotowania. Ważny jest dla niego cel, czyli zaistnienie w mediach oraz przekazanie listu intencyjnego od Prezydenta Miasta.

Książkę czytało mi się z jednej strony trudno, z drugiej niezwykle płynnie. Trudno, gdyż niektóre wątki, zwłaszcza związane z rozwiązłością seksualną, były wręcz niesmaczne. Płynnie, gdyż dynamiczne wątki były niezwykle spójne. Czasem można było przyczepić się do jakiegoś rozwiązania fabularnego, ale dało się je wytłumaczyć. Każda postać, a było ich sporo, wprowadza coś ciekawego i potrzebnego. Choć nie powiem, czasem czułam się przytłoczona ilością wprowadzonych bohaterów i nawet cieszyło mnie, że niektórzy brutalnie zostali wykreśleni z kart książki.

Jedno książka pokazuje idealnie: nie ma miejsc jak z bajki. Możesz być i dziedzicem fortuny, księciem koronnym, a nie zaznasz spokoju. Bogactwo potrafi nie mniej zmęczyć jak bieda, tyle że walczysz nie z głodem czy chorobami, a ambicjami najbliższych. Ukazuje, jak często jesteśmy ofiarami tradycji, intryg, tego, co ludzie powiedzą. I że właściwie nie ma przed nimi żadnej ucieczki.

Dział: Książki
niedziela, 23 listopad 2025 16:19

Pozwól mi wejść

 

Mroczne klimaty, chłód północnej natury i historia, która od pierwszych stron otula niepokojem. „Pozwól mi wejść” to książka, która idealnie wpisuje się w jesienny nastrój – ten specyficzny, gdy zachodzi słońce, a człowiek ma wrażenie, że cienie zaczynają żyć własnym życiem. Nie ukrywam, że sięgałam po nią z dużymi oczekiwaniami. I tak, dostałam dokładnie to, czego chciałam. Co mam na myśli? Niepokój, emocje i trudne pytania, które zostają w pamięci na długo.

O czym jest książka

Blackeberg. Sztokholmskie przedmieście, z pozoru zwyczajne. Domy, szkoła, blokowisko. W tle życie, które biegnie własnym tempem. Jednak pod powierzchnią coś pulsuje – strach, samotność, obcość. Dwunastoletni Oskar zna to aż za dobrze. Jest dręczony przez rówieśników, osamotniony, zamknięty we własnym świecie, zbudowanym z lęków i gazetowych wycinków o brutalnych zbrodniach.

W jego życiu pojawia się Eli. Dziwna dziewczynka z sąsiedztwa, wychodząca z domu tylko po zmroku. Nie chodzi do szkoły. Nie szuka kontaktu z innymi. Jednak między nią a Oskarem powoli zaczyna rodzić się więź – nieoczywista, delikatna, poruszająca.

Tymczasem w okolicy giną nastolatkowie. Zostają po nich tylko ciała – puste, pozbawione krwi. Mieszkańcy drżą o własne dzieci. Policja błądzi. Oskar z niepokojem odkrywa, że ofiary mają twarze jego prześladowców. I gdzieś pomiędzy tym wszystkim stoi Eli. Z tajemnicą, która przewraca cały świat bohatera na drugą stronę. Z samotnością, która wydaje się dotkliwsza niż potworność jej istnienia.

Moja opinia i przemyślenia

John Ajvide Lindqvist nie tworzy klasycznego horroru o wampirach. Nie epatuje grozą. Nie karmi czytelnika tanimi strachami. Jego potwory są ciche, zgłodniałe, zmęczone. Bardziej smutne niż krwiożercze.

To, co najmocniej działa, to kontrast między fantastycznym a zwyczajnym. Wampir – tak, jest. Ale przemoc w szkole? Wykluczenie? Bezsilność dorosłych? Obojętność otoczenia? To dopiero uderza. I momentami boli bardziej niż sceny mroku.

Książka jest chłodna w narracji, niemal pozbawiona emocjonalnych ozdobników. Jednocześnie w każdym akapicie pulsuje coś, co ściska w sercu. Autor pokazuje dziecięcą samotność tak prawdziwie, że trudno odwrócić wzrok.

Eli imponuje konstrukcją – to jedna z tych postaci, które trudno jednoznacznie ocenić. Broni się, przetrwa ze wszystkich sił, a w jej cieniu drzemie historia, która odbiera oczywistościom sens. Dzięki temu lektura prowadzi do pytania, które nie daje spokoju: kto tu właściwie jest potworem?

To także powieść o dojrzewaniu – w najbrutalniejszej odsłonie. O pragnieniu akceptacji. O tym, jak wysoka potrafi być cena bliskości. I jak cienka jest granica między tym, co uznajemy za ludzkie, a tym, co chcemy wyrzucić poza margines.

Czy bałam się podczas lektury? Niekoniecznie. Jednak byłam zasłuchana w niepokój, w wyciszony dramat, w duszną atmosferę podmiejskiego osiedla. I to wystarczyło, żeby historia została we mnie długo po odłożeniu książki na półkę.

Podsumowanie

„Pozwól mi wejść” to mroczna, przejmująca opowieść, która sięga głębiej, niż sugerowałby gatunek. To nie klasyczny horror, a raczej gorzka historia o dwójce dzieci, które znalazły się na marginesie świata – każde przez coś innego, każde równie samotne. Pełna subtelnego napięcia, świetnie skonstruowana, potrafi poruszyć i zmusić do myślenia. Idealna na chłodny wieczór, gdy w oknach odbijają się światła, a za nimi czeka cisza, która zdaje się mieć swoje własne sekrety. Polecam, to książka, której warto dać szanse.

Dział: Książki
czwartek, 30 październik 2025 08:28

Mój dziadek - genialny detektyw

 

„Wszystko, co dzieje się na świecie, to opowieści. Piękne, bo zmyślone. I rzeczywistość, i kryminały, i science fiction… Teatr też”.

Znakomicie bawiłam się przy tej przygodzie czytelniczej. Miała w sobie wszystko to, czego oczekiwałam po tego typu literaturze. Jednocześnie zaskoczyła wieloma elementami, kilkoma wprawiła w zachwyt, a stylem narracji oczarowała. Masateru Konishi dotykał czułych strun ludzkiej duszy, wyzwalał wiele emocji, wskazywał na odczuwanie jako wartość nadrzędną życia. Zadziwiające, jak bardzo wrażliwie opowiadał o trudnej i wyniszczające chorobie utraty pamięci, zarówno dla osoby nią dotkniętą, jak i dla bliskiego. Pośród długiego cienia rzucanego przez Alzheimera pokazał, że nawet najmniejsza część chwili, godziny, dnia, warta jest docenienia i szczególnej uwagi. Poprzez przedefiniowania szarych komórek na szkarłatne w otoczce pasji odtwarzania opowieści kryminalnych, ukazywał, że właściwe podejście do zagadnień demencji wbrew pozorom daje wolność kreatywnego tworzenia i satysfakcji z artystycznego podejścia do mrocznych zagadek.

Starszy pan, uwikłany w dewastujący proces zaniku funkcji, cierpiący na realistyczne złudzenia, niespodziewane halucynacje, zaburzenia świadomości, jednak nie tracił zdolności poznawczych, nagromadzonej wiedzy, a jego intelekt wydawał się nietknięty. Jak to możliwe, że omamy wynikały z logicznego rozumowania, dowiecie się, kiedy zajrzycie do książki. Historia niesamowicie was wciągnie, w szczególny sposób umili wieczór, natchnie do ponownego czytania wielu książek, klasyki i nie tylko, zdominowanych przez detektywistyczną zagadkę.

„Mój dziadek – genialny detektyw” oferował nie jedną, ale kilka skomplikowanych zagadek do rozszyfrowania. Autor przypominał czytelnikowi kryminalne motywy, nawiązywał do najczęściej pojawiających się, natychmiast oddziałujących na wyobraźnię i zmuszających do znalezienia własnej odpowiedzi na zagmatwany scenariusz zdarzeń. Nie tyle logiczny test umysłu, szukanie wyjaśnień zbrodni, ile odnajdywanie fundamentalnych błędów i tworzenie alternatywnej opowieści prowadzącej ku prawdzie. Wszystko w wyjątkowo ładnym stylu i z więcej niż odrobiną dobrego humoru.

Zagadka zamkniętego pokoju, znikająca ofiara, czysta dedukcja, bohater widmo, nagłe zwroty interpretacji, różne możliwe scenariusze, rozwiązanie pozostawione odbiorcy, bezpieczny kryminał o kluczowej postaci. Miłośnicy kryminału natychmiast odnajdą się w tym, przywołają z pamięci tytuły będące reprezentantami wymienionych podkategorii. Masateru Konishi stworzył coś, co przyciągnie koneserów detektywistycznych zagadek, ale także zaciekawi osoby stroniące dotąd od takiej rozrywki. Przywoływał sławne dzieła twórców kryminału, fenomenalnie wplatał ich klimat w fabułę, a przy tym niczego nie narzucał, nie oczekiwał ich znajomości, tylko delikatnie inspirował do poznania lub ponownego spotkania z nimi.

Nie zwlekajcie, sięgnijcie po powieść, dostarczy wielu kryminalnych emocji, wzbogaci oryginalną perspektywą spojrzenia na wyjątkową więź między dziadkiem i wnuczką, wprowadzi w świat japońskiej kultury, oczaruje subtelną romantyczną nutą melodyczną, a w finale zbliży do kluczowych postaci mocną sensacją. Zasadniczo, miałam wrażenie, że obserwuję sen głównej bohaterki, sposób poradzenia sobie ze stopniową utratą jaźni i szczególnej obecności bliskiej osoby, dajcie znać, czy podchwyciliście szczególny rys metafizyczności, czy mu się poddaliście, jak na niego zareagowaliście, jestem bardzo ciekawa.

Dział: Książki
niedziela, 14 wrzesień 2025 05:13

Jezioro trumien

„Gra pomiędzy ludźmi nigdy nie ma końca”.

Niesamowite wrażenia czytelnicze, niczego nie mogłam być pewna, co chwilę zaskakujące zwroty akcji, a dynamika scen mocno trzymała w niecierpliwości poznawania. Urszula Kusz-Neumann sprawiła, że szczelnie przywarłam do książki i oderwałam się dopiero w finalnej odsłonie. Bardzo mi się podobało, nie spodziewałam się, że dam się omotać akcji, mocno wciągnąć się w atrakcyjny scenariusz zdarzeń. Autorka na wysokim poziomie prowadziła z odbiorcą grę interpretacji i przypuszczeń. Pełna niuansów historia. Kiedy zaczynałam układać w głowie najbardziej prawdopodobny ciąg przeszłości i teraźniejszości, okazywało się, że nie miałam racji. Poszłam błędną ścieżką domysłów, dałam się złapać w sidła pułapek dowodów i wyjaśnień. Pomysł na frapującą opowieść w pełni wykorzystany od strony zagęszczania intrygi, wkraczania w głąb mrocznej natury człowieka, eskalacji grzechów i winy, odwetu i zemsty. Mniejsze wrażenie wywarło umocowanie powieści w prawdopodobieństwie zdarzeń, ale wybieganie poza linię realności charakterystyczne dla gatunku thrillera. Drażniła nielogiczność zachowań bohaterów, zwłaszcza kluczowej policyjnej kobiecej postaci. Miłość rządziła się swoimi prawami, lecz wydawała się naciągnięta do lekkiej paranoi.

Prolog powieści wprowadził w piekielne macki ognia, a po nich wśród ciężkiej i gorzkiej ciszy powoli dawał o sobie znać upiorny mrok wciągający w piekło zbrodni. Michał Gryska, pracownik opieki społecznej, został zmuszony do uczestnictwa w chorej rozgrywce, stawiającej twarde warunki, nieznającej zrozumienia, a tym bardziej litości. Kiedy porwano żonę i dwójkę dzieci, mężczyzna zmuszony był powrócić w rodzinne strony, gdyż tylko tam mógł odnaleźć klucz do prawdy z przeszłości i otworzyć drzwi do ratowania bliskich. To, co działo się przed dwoma dekadami, upomniało się, aby ujrzeć światło dzienne. Ińsko hipnotyzowało legendą o jeziornym raku, rozpaczliwie domagało się sposobności wymierzenia sprawiedliwości, przeszywało na wskroś dziecięcymi tragediami. W karuzeli dziwnych myśli i obrazów, szalonym wirze pozorów i uników, towarzyszyła Michałowi Milena.

Osobliwy duet, połączony uczuciem i skrajnie surowymi zasadami gry, zmierzył się nie tylko z nieznanym wrogiem, ale również z nieokiełznanymi demonami relacji. Autorka interesująco oplotła losy postaci pajęczyną niedomówień i fałszu, zawiesiła nad widmem śmierci i moralnej agonii, wprowadziła w domino krwawych incydentów. Co było prawdziwą stawką w grze iluzji i kłamstw? Czy udało się ją wystarczająco podbić, aby mieć szansę na wygraną? Jak szerokie kręgi zataczały grzechy sprzed dwudziestu lat?

Dział: Książki
niedziela, 31 sierpień 2025 17:13

Przestań, proszę

 

Gdy nie wróciła wieczorem do domu, nikt nie zwrócił na to uwagi, choć powinni - w końcu miała dopiero osiem lat, a dziecko w tym wieku nie powinno przebywać samo na zewnątrz w tak późnych godzinach. Cóż, nie ma się czemu dziwić, skoro jej rodzicom wódka przesłoniła cały świat. To, że ich córeczka nie przebywa w domu, dotarło do nich dużo później. O wiele, wiele za późno.

Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że dziecko śpi; nie widać śladów walki czy niepokoju na buzi dziewczynki. Tak, jakby po raz pierwszy od bardzo dawna nie musiała bać się tego, co przyniesie jej kolejny dzień. Co więcej, ktoś ubrał ją w nowe ubrania, na twarz zaś nałożył delikatny makijaż. Sęk w tym, że - prawdopodobnie - ta sama osoba, która zadbała o dziecko, odebrała jej życie i pozostawiła jej ciało w pustostanie.

Sprawa trafia w ręce podkomisarza Floriana Gaderli, nieprzystępnego mężczyzny, acz uznanego śledczego. W śledztwie pomaga mu Zuzanna Macieszko, która stawia pierwsze kroki na nowej ścieżce. Ta sprawa porusza we Florianie pewną osobistą nutę, zmuszając do powrotu tam, gdzie nigdy nie chciałby się znaleźć ponownie. Tym bardziej jednak będzie dążył do schwytania sprawcy, by już żadne dziecko nie zostało zamordowane.

Na jakąkolwiek stronę czy konto na Bookstagramie bym nie zajrzała, tam wszędzie ścigała mnie książka „Przestań, proszę". Byłam zaskoczona ilością pozytywnych opinii i wysokich ocen, dlatego też podeszłam do niej równie z ogromną ciekawością, lecz również z dozą... niepokoju? Jaka bowiem musi kryć się w niej historia, skoro tak wiele osób ocenia ją jako majstersztyk, a przynajmniej jako bardzo dobrą? Przekonajmy się.

Podkomisarz Florian Gaderla (swoją drogą mam ogromny problem z zapamiętaniem tego nazwiska) to postać, na którą natykamy się w wielu kryminałach - samotnik, często działający wbrew wytycznym przełożonego, zamknięty w sobie, najczęściej z trudną przeszłością. Nieufny. Jednak również niezmordowany. Taki bohater, którego nie da się nie lubić. Z kolei jego partnerka, Zuzanna Macioszko - cóż. W pewnym momencie zastanawiałam się, czy w szeregach policji naprawdę mogą znaleźć się osoby, które zupełnie nie myślą o tym, o czym mówią, czym mogą oczywiście narazić dobro śledztwa. Myślę, że w przypadku początkujących jest to w jakimś stopniu powszechne zjawisko. Co nie zmienia faktu, że kobieta niespecjalnie przypadła mi do gustu - może to przez bezsensowne komentowanie niektórych kwestii, może za „wpychanie się” w pewne relacje. W każdym razie raczej nie będzie to moja ulubiona postać.

Jednak to nie wykreowane przez autora postacie przyciągnęły takie rzesze czytelników, a może raczej - nie tylko one. Oczywiście mowa tu o pomyśle na fabułę, czyli o przemocy (w każdym tego słowa znaczeniu) wobec dzieci. Nie oszukujmy się, zawsze najbardziej porusza nas, gdy cierpią najmłodsi, jeszcze niewinni. W tym przypadku pan Stolarz zaserwował nam niezłą jazdę prosto w mrok codzienności nieletnich. Nękanych przez tych, którzy powinni być ich opoką. Podziwiam osoby, które potrafią się podnieść po czymś takim i funkcjonować w miarę możliwości. Dobrze, że powstają książki o takiej tematyce - bo choć zawierają w sobie bolesne historie, to dzięki temu coraz więcej osób zaczyna reagować, gdy widzi krzywdę dziecka. I oby tak dalej.

Wątek śledztwa, innymi słowy: zawodowy, jak najbardziej na plus. Wątek obyczajowy jednak moim zdaniem trochę leży. Jak już wspomniałam, Gaderla to ten zamknięty w sobie i niepotrzebujący ludzi, z kolei Zuzanna. Cóż, autor stworzył ją trochę na zasadzie: „Florian jest taki męski, wpadł mi w oko, chcę wiedzieć o nim wszystko już w tej sekundzie i zrobię wszystko, by mnie pokochał". Bohaterka zachowuje się momentami jak podlotek, który nigdy nie był w żadnej relacji. Kłóci mi się to z wizją młodej kobiety, która pracuje jako policjantka i do tego przy poważnym śledztwie. I owszem, jest to jej pierwsza sprawa, aczkolwiek chwilami nie wyczuwam w niej powagi sytuacji.

„Przestań, proszę” to mocna historia, która głośno krzyczy o tak istotnej sprawie, jaką jest przemoc wobec dzieci. I dobrze, że to pozycja tak ostatnio rozchwytywana - niech ludzie wreszcie otworzą oczy. Polecam.

Dział: Książki