styczeń 19, 2026

Rezultaty wyszukiwania dla: sci fi

niedziela, 18 styczeń 2026 19:09

Śpiew stali

 

Właściwie debiutancką powieść Łukasza Konopczaka można by było podzielić na dwie odrębne części: tę fantastyczną, dotyczącą japońskiego panteonu bogów, oraz tę historyczną, przesiąkniętą klimatem średniowiecznej Japonii oraz fikcyjnego rodu Yamamoto.

Warto przed czytaniem zapoznać się z mitologią japońską, bo choć bogowie są bardzo dobrze opisani, to jednak o wiele przyjemniej czyta się o kimś, kogo „życiorys” nieco już znamy. Niemniej chylę czoła przed autorem, który świetnie poradził sobie z wyjaśnieniem czytelnikowi kto, z kim, gdzie, kiedy i jak. Sam autor zwraca w posłowiu uwagę, że nawet musiał nieco uprościć i zeuropeizować niektóre elementy fabuły. Dla mnie nieco znającej z innych lektur japońskie klimaty bywało to nawet za bardzo uproszczone, ale rozumiem zamysł. Dzięki temu książka jest bardziej przystępna i plus za to dla autora. Ba, możemy polubić kłócące się rodzeństwo bóstw i ich nieco nieudolnych wychowawczo rodziców. Z drugiej strony osoby lubiące dobrze osadzoną w kulturze innego kraju książkę odbiją się tu od ściany.

W przypadku przyziemnych części fabuły mocno widać wpływ japońskich klasyków kina jak np. Akira Kurosawa czy nawet anime „Naruto”, które także garściami czerpie z folkloru japońskiego. Obrazy są bardzo plastyczne, walki widowiskowe i z powodzeniem fabuła mogłaby być kanwą całkiem ciekawego filmu. Może nie na miarę „Ostatniego Samuraja” czy „Shoguna”, ale jednak czegoś w tym guście. Na niedomiar knowań książka bowiem nie cierpi i możemy obserwować, jak eliminowani są wrogowie cesarstwa, jak zgniły jest pałac, jak budo może być motywem przewodnim każdego przewrotu zbrojnego, a zemsta motorem działań.

Nieco problemów może czytelnikowi sama struktura tekstu. Bardzo często musiałam kilkakrotnie czytać zdania, by je poprawnie zrozumieć. Aż sprawdzałam, czy książka przeszła korektę. Bo o ile nie doświadczyłam jakichś błędów kłujących w oczy, to już szyk w zdaniach bywał mylący.

Historia jest w sumie prosta. Oto matka pragnie zemsty na młodziutkim cesarzu za morderstwo swej rodziny, które to jest podyktowane tylko urażoną duma władcy. Gotowa jest pójść do piekła i dobić targu z diabłem (tu: Izanami), by mieć siły na taki gest. W tle majaczy jeszcze najazd Mongołów na Japonię oraz nastanie shogunatu/bakufu. I tyle właściwie wystarczy, by wciągnąć na długie godziny czytelnika. Zachwycić? Nie, ale na pewno nie odrzucić.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:33

Pobłysk

„Bałeś się tego, czego nie znałeś…
Często boimy się rzeczy, których nie znamy”.

Sądziłam, że zapoznam się z powieścią, jak to mam w zwyczaju, w jeden dzień. Jednak zorientowałam się, że to typ książki, który zyskuje przy kilku spotkaniach. Przy większej dawce czułam lekkie znużenie, a jedno czy dwudniowa przerwa działała na korzyść opowieści. Podobało mi się bezpardonowe rozprawianie się z postaciami bez względu na odcień bieli, szarości i czerni. Czułam niedosyt podkręcania zagrożenia i trwogi w opisach scen. Fantasy wypełniała krwista czerwień i smród spalonych ciał czarownic. Autor zdecydował się na wariant ostrych i szybkich cięć, miało to zaskakujący powab, ale skutkowało szybkim zakończeniem czegoś, z czego można było więcej wycisnąć z korzyścią dla klimatu powieści. Brutalność wykreowanego świata, bezwzględność osób nim rządzących, wszechogarniająca obsesja, to elementy działające na korzyść „Pobłysku”. Atrakcyjnie wzniecały silne emocje wobec wrogości i niesprawiedliwości. Grzegorz Bobin wręcz delektował się mrocznością ludzkiej natury, a mnie to pasowało.

Książka udanie przeplatała elementy horroru i fantasy. Oba gatunki zostały wymieszane ze swobodą i naturalnością. Tak jak perspektywa dreszczowca przypadła mi do gustu, miała w sobie coś, co sprawiało, że czekałam na kolejny mocny incydent, tak wykreowany nadprzyrodzony świat, oparty na filarze magii i baśni, nie w pełni przekonywał. Przeszkadzała naiwność i łatwowierność głównych bohaterów, nawet uwzględniając młody wiek i to, że siłą rzeczy, wiele musieli się nauczyć. Miałam wrażenie, że w tym aspekcie czytałam książkę dla młodego czytelnika, nieprzywiązującego wagi do uszczegółowionego otoczenia, pogłębienia portretów postaci, stopniowalności przemian w widzeniu świata i siebie samego. Zgrzytały mocne uderzenia intrygi z prowadzeniem relacji pary Płomyk i Kozik.

Jednak z uznaniem odebrałam finałową odsłonę powieści, fantastycznie, że autor wybrał wariant pod prąd oczekiwań i poza przyjętymi schematami. „Pobłysk” poprowadził ścieżkami przygody po różnych krainach, lekcjami zdobywania magicznej wiedzy, silnych zaklęć, unikalnymi kocimi temperamentami zderzającymi się z długimi cieniami ludzkiej natury. Baśniowo, z lekkim odwołaniem do natury średniowiecza, mrożącą krew w żyłach legendą wszechogarniającej wilgoci i grząskich bagien, miast ogarniętych nienawiścią i obsesją.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:30

Włamanie

„Nie możesz wybrać, żeby nie płacić ceny, możesz tylko wybrać, jaką cenę zapłacisz”. Jordan B. Peterson

Solidnie rozwinięta fabuła mrocznej opowieści. Spełnia warunki dobrze umocowanego horroru. Reprezentuje klasyczne podejście do gatunku we własnym stylu. Wiele się dzieje, sceny dynamicznie wymieniają się i nabierają szkarłatnego koloru. Podskórnie czuje się, że za incydentami skrywa się tajemnica rzucająca długie cienie na postaci. Osobowości niepogłębione, ale prezentują się różnorodnie. Przynależą do barwnych akcentów powieści, angażuję się w śledzenie ich reakcji i zachowań.

Czwórką włamywaczy, w wieku między trzydziestką a czterdziestką, dowodzi Aleksander. Mężczyzna konkretny i niewahający się użyć przemocy. Mózg operacji i niekwestionowany lider grupy. Mistrzem w rozpracowywaniu systemów alarmowych jest Staszek, sejfów Witek, a nieprzeciętne zdolności hakerskie wykazuje Romek. Zgrana ekipa, wielokrotnie już na akcji, uczestniczy w spotkaniu rekrutacyjnym o zastanawiającym wydźwięku. Pomimo obiekcji, podejmują się zlecenia kradzieży obrazu i biżuterii, tym bardziej że załatwienie sprawy nie powinno nastręczać większych kłopotów. Lokalizacją jest domek letniskowy na leśnym uboczu, oddalony od innych zabudowań. Jednakże sytuacja od początku wymyka się im spod kontroli.

Tomasz Tomaszewski zręcznie podkręca napięcie niedopowiedzeń i nieprzewidywalnych elementów. Wiem, czego się spodziewać, eliminacja rządzi się utartymi szlakami, ale i tak się wciągam. Podoba mi się majstrowanie przy suwaku odczuć powiązanych z postrzeganiem kogoś jako dobrego lub złego. Wrażenia mieszane nie tylko ze względu na okoliczności, ale również fach złodziejski i uczestnictwo świadków. Intuicja podsuwa mi podejrzenia, ale nie przyjmują konkretnej formy. Dopiero w finałowej odsłonie naświetlone fakty pozwalają zrozumieć bieg zdarzeń i wycinają niezły numer w sprytnej, prowokacyjnej i bezwzględnej grze. Autor udanie prezentuje lęk i dezorientację, gniew i desperację, przebiegłość i pragnienie zemsty.

Styl narracji przyjazny i konkretny obejmuje przeżycia i spostrzeżenia niemal każdej z postaci. Otrzymują główną rolę w scenariuszu mrocznych intencji i niebezpiecznych decyzji. Nie do końca zgrywam się z błyskawicznym przeskakiwaniem między myślami bohaterów, ale nie odbiera mi to pozytywnego odbioru historii. Rozumiem, czym kieruje się autor, szerszym obrazem emocji, z orientacją na jednostkę. Przyjmuję to jako indywidualny styl pisania. Inny odbiorca horroru może uznać wyliczankę myśli i odczuć za cenne dopełnienie, gdyż wówczas opowieść wyda się mu bardziej prawdziwa. Jestem zadowolona ze spotkania z „Włamaniem”, atrakcyjnie bawię się w klimacie horroru, jestem ciekawa, co pojawi się na kolejnych stronach, zastanawiam się, jak interpretować bieg zdarzeń, staram się wyczuć jakiego sekretu nie znam. Doceniam dreszczyk wsparty aurą izolacji, zamknięcia i ryzyka śmierci, czegoś, co skrywa się pod pierwszym wrażeniem i nieustanną prowokacją. Przekonuje akcja nasycona incydentami, właśnie tak jak lubię, a zaskakujące znaczenie i przesłanie zakończenia znacznie podnosi rangę horroru.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:27

Dziki, mroczny brzeg

„Trauma żyje w zwierzętach tak samo, jak w kolejnych pokoleniach ludzi”.

Ogromna satysfakcja czytelnicza. Książka bardzo wciągnęła i co warto podkreślić, z wielu perspektyw. Od strony intrygującej fabuły, trzymającej w napięciu, subtelnie rozwijającej wątki, umożliwiającej prawdzie wypłynąć na powierzchnię oceanu uczuć. Również ze względu na szalenie przekonujące uchwycenie piękna przyrody. Nie nastawiałam się na typowy thriller, byłam uprzedzona o oryginalności powieści, a i tak mocno zaskoczyła na plus. Nie potrafiłam wskazać, czy bardziej zaangażowałam się w zdumiewające bogactwo fauny i flory, tylko pozornie opuszczonej przez naturę wyspy, czy w złudnie zwyczajną historię ludzi czasowo na niej przebywających.

Z radością poruszałam się po stronach książki, chłonęłam słowa i przekazy, śledziłam wzory narracji autorki, ale co dla mnie bardzo cenne w przypadku przygód czytelniczych, tworzyłam własną przestrzeń przeżywania w trakcie odbioru opowieści. Zachwycałam się solidnymi umocowaniami scenariusza zdarzeń do egzystencji naturalnych mieszkańców skrawka lądu i człowieka. Odkrywałam i analizowałam wiele stycznych, węzłów zależności, wzorów zachowań, skrajnych postaw i odczuć. Charlotte McConaghy wrażliwie i z wyczuciem oprowadzała po łamiącej serce i podającej w wątpliwość prawo istnienia gatunku ludzkiego, historii wyspy, po tym, co teraz się z nią działo, i jaka jawi się jej przyszłość.

Jednolicie brzmiały ważne ekologiczne przesłania, nienachalne i niebezpośrednie, jednak nakłaniające do pochylenia się nad cennymi świadectwami istnienia, nawet najmniejszym ziarenkiem życia. Doskonałość ekosystemu wyspy, zadziwiające fakty o nim, krążąca wokół prawda, że nie ma życia bez innego życia, śmiało przebijały się do mojej świadomości. Smucił kontrast tego, co wyspa oferowała światu z pazernością człowieka, toksycznym wpływem na środowisko, bezwzględnym wyborem własnego gatunku.

Autorka przebiła się przez mój pancerz wyboru niedostrzegania wielu spraw powiązanych z ochroną natury, bym nie musiała cierpieć poprzez obrazy i słowa, ze względu na niemoc dokonywania znaczących zmian. Uruchomiała najgłębsze pokłady mojej wyobraźni i obudziła wrażliwość na krzywdę wyrządzaną przez człowieka przyrodzie. Z bólem czytałam, chociażby o pingwinach i wielorybach, tym bardziej że w trakcie lektury z zachwytem dostrzegałam detale ich piękna i dzikości. Podobało mi się, że McConaghy zastosowała prostolinijność i przenośnię w stwierdzeniu, że to, co dajemy światu, po jakimś czasie wraca do nas, często zwielokrotnione.

Uważnie przyglądałam się życiu walczącemu na wyspie otoczonej oceanem w sztormowych okolicznościach, szarpanej przez potężne zrywy wiatru, lodowatą wodę i wszechobecny piasek. Miejsce odcięte od świata, w ekstremalnych warunkach pogodowych, w promieniu wielu tysięcy kilometrów bez żadnego lądu, z najbliższą daleką sąsiadką Antarktydą. Delektowałam się klimatem izolacji, braku możliwości wezwania pomocy, trzymania się życia z uporem godnym podziwu. To także niesamowity klimat powietrza gęstego od niespokojnych duchów zmarłych, obecności śmierci tak bliskiej, na wyciągnięcie ręki, walki o każdy ruch i oddech.

Pisarka intrygująco obrazowała to, co działo się z czteroosobową rodziną, kiedy ocean wyrzucił na plażę umierającą kobietę. Ojciec i trójka dzieci, żyjący na wyspie obiekcie dziedzictwa światowego UNESCO, pilnujący Światowego Banku Nasion ONZ, mierzą się nie tylko z twardymi warunkami środowiska, ogromną stratą z przeszłości, ale również z tym, co nieznajoma kobieta wnosi w ich życie. Dziewięciolatek Orly, zamiłowany w wiedzy o przyrodzie, siedemnastoletnia Fen, pływająca niczym podwodne zwierzę, osiemnastoletni Ralf, z siłą młodego mężczyzny. I otaczający ich opieką Dominic, narzucający ojcowskie spojrzenie na świat i rolę człowieka, starający się trzymać rodzinę w całości. A Rowan, kobieta cudem ocalała podczas sztormu, stopniowo upewniająca się, że coś było nie tak na wyspie, krok po kroku starająca się dociec prawdy, przyjąć udział w niebezpiecznej grze pozorów.

Autorce udało się z jednej strony w bezpośredni i szczelnie przylegający do pamięci i emocji postaci, z drugiej okrężny i przeskakujący nieistotne szczegóły, sposób przedstawić bieg spraw. Sukcesywnie docierałam do źródeł kłamstw, odsłon prawdy i nadrzędnej obiektywności. Poddałam się stylowi narracji, plastycznemu i surowemu jednocześnie, wnikającemu w czytelniczą duszę, przenoszącemu wprost na Shearwater, z latarnią i stacją badawczą. Niezwykła podróż do dzikiej przyrody i w mroczną naturę człowieka, do piękna egzystencji i cudów miłości, świadomej odpowiedzialności i poświęcenia. Wiele mogłabym jeszcze pisać o „Dzikim, mrocznym brzegu”, ale pozostawiam wam radość i satysfakcję z odkrywania kolejnych perspektyw przeżywania opowieści.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:22

Koniec świata Templariuszy

„Tam, gdzie w grę wchodzą złoto i władza, nie ma miejsca na kompromis”.

Średniowiecze nie należy do ulubionych klimatów czytelniczych, znacznie bardziej cenię starożytność. Jednak, kiedy tytuł przywołał templariuszy, skusiłam się na przygodę z ich udziałem. I nie żałuję, otrzymałam nawet więcej, niż się spodziewałam. Powieść doceniłam z wielu względów. Oczywiście, najważniejszy to moc przykuwania uwagi, entuzjastyczne wciąganie w scenariusz zdarzeń, sprawianie, że nie chciałam odrywać się od stron książki. Przekonało bogactwo postaci oraz to, że autor przydzielił im ciekawe życiorysy, obdzielił atrakcyjnymi osobowościami, uwzględnił nieco tajemniczą przeszłość. Może przydałoby się większe pogłębienie motywów i postaw, ale to, co zostało zaprezentowane, zadowoliło mnie.

Dobrze bawiłam się podążaniem tropem historycznych miejsc, postaci i zdarzeń. Cieszyło mniej lub bardziej fikcyjne dopisywanie szczegółów. Spodobał się styl narracji, plastyczny i sugestywny, z przekonującymi dialogami, łatwymi do przeniesienia przez wyobraźnię opisami, zwróceniem uwagi na detale i emocje. Książka liczyła niemal czterysta trzydzieści stron, a w żadnym momencie nie wywołała wrażenia znużenia czy choćby delikatnego zmęczenia. Bogusław Chrabota doskonale poradził sobie z odpowiednim rozłożeniem intrygi na przestrzeni opowieści. Wciągał wstęp pełen elementów podszytych niebezpieczeństwem i szalonym wyzwaniem, przykuwał uwagę środek wypełniony wyjątkowymi przygodami i apelami, satysfakcjonował finałowy etap scenariusza zdarzeń, zaskakujący odsłoną prawdy o sobie i wierze. Pierwsze spotkanie z twórczością pisarza zaliczyłam do bardzo udanych, zaangażowałam się w poznawanie końca świata templariuszy w spiskowym i bezwzględnym wydaniu.

Świat zamarł trzynastego października tysiąc trzysta siódmego roku. Samo niebo zdawało się ostrzegać ludzkość przed czymś ekstremalnie haniebnym i podłym. Stolicą, z której wypełzło największe zło zazdrości, gęsta od mroku żądza bogactwa i oparta na okrucieństwie zemsta, okazał się Paryż. O ile mieszkańcy miasta, stłamszeni trwogą o własne życie, naznaczeni wrogą i złośliwą propagandą, ograniczeni prostotą rozumowania, mogliby znaleźć, do pewnego stopnia, usprawiedliwienie w oczach odbiorcy, to największy despota ówczesnych czasów, Filip IV Piękny, i jego poplecznicy, już nie. Cudownie wyczuwałam atmosferę grozy ataku na Świątynię, pozbawienie wpływów, zszarganie wizerunku, odebranie życia i majątku templariuszy.

Zakonowi Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona zadano skryty cios w serce, zalewając potężną siłą oszczerstw i okrucieństwa, na zawsze eliminujący z gry religijnej i politycznej. Po bezwzględnej rozprawie z tysiącami wyłapywanych ukrywających się członków, rycerze odziani w biały strój z krzyżami w kolorze krwi Zbawiciela już nigdy się nie podnieśli. Zafascynowałam się losami fikcyjnego Henryka Vaudémonta, przeszłością, służbą i wypełnianiem misji powierzonej przez wielkiego mistrza Jakuba de Molay, strażnika Grobu Pańskiego. Towarzyszyłam kluczowej postaci w wielu podróżach i przygodach, nadziei i zwątpieniu, przyjaźni i zdradzie, życzliwości i oszustwie. Czy naprawdę okazał się człowiekiem na właściwym miejscu, silnym duchem i mieczem? Czy dotarł do najistotniejszej relikwii Francji? Czy poznał największą tajemnicę królestwa? Zakończenie nieco rozczarowało, nie spodziewałam się, że tak mocno przywrze do romantycznej nuty, która zasadniczo wydała mi się przekoloryzowana.

Dział: Książki
czwartek, 15 styczeń 2026 02:42

Mity i legendy starożytnego Egiptu

 

„Egipt był najbardziej samowystarczalny spośród wszystkich krajów starożytnego świata; żył własnym życiem, praktykował własną religię i produkował własne opowieści, niemal całkowicie pozbawione zewnętrznych wpływów, które mogłyby się wywodzić z innych cywilizacji”.

Zadziwiające, jak bardzo ludzkie wierzenia i legendy prezentują się w podobnej odsłonie bez względu na cywilizacje. Opowieści o bogach, władcach i zwyczajnych ludziach napędzane są ludzką wyobraźnią i historycznymi wydarzeniami. Mieszkańcy Egiptu stworzyli opowieści, pozwalające wyjaśnić ówczesną im rzeczywistość, przekazujące przygody, przepowiednie i zaklęcia. Tam, gdzie brakowało wiedzy i pewności, wkradała się magia, jako czynnik zespalający fakty i mity. Legendy przechowywane ustnie, za pomocą hieroglifów, zwojów spisywanych przez skrybów, kapłańskich opowieści, barwnie wypełniały zbiorową pamięć. Egipska cywilizacja sprzed czterech tysięcy lat fascynuje i zachęca do badań, za sprawą odkryć dawnych budowli i artefaktów, które w mniejszym lub większym stopniu zdołały przetrwać do naszych czasów. Szukamy nici powiązań w mentalności ludzkiej, wspólnych przeżyciach i myślach, bo to sprawia, że lepiej poznajemy samych siebie.

Wyrwane od zagubienia i zniszczenia świadectwa opowieści, często złożone z fragmentów pozyskanych z różnych źródeł, ekscytują i wciągają. Nie tylko przebiegiem i przesłaniami, ale również otoczką tajemniczości, w której obracał się starożytny Egipt. Trzy tysiące lat cywilizacji. A my wciąż mało o niej wiemy, pasjonujemy się nowymi odkryciami i interpretacjami. „Mity i legendy starożytnego Egiptu” przeprowadzają czytelnika przez pustynne warunki kraju, wytyczają naturalną nilową ścieżkę, obrazują ścisłą zależność ludzi od rzeki, wyjaśniają obsesję umierania i życia po śmierci. To zaledwie kontekst, wprowadzenie w klimat i cywilizacyjne osiągnięcia. Głównym nurtem książki są opowieści reprezentujące literaturę powstałą na przestrzeni ponad dwóch tysięcy lat, sięgającą nawet pięciu tysięcy lat wstecz, na bazie ustnych przekazów.

Z zainteresowaniem odświeżam wiedzę z mitologii egipskiej, znaczących bogach i faraonach z boskim naznaczeniem, zwyczajnych ludzi, oraz wzajemnych relacjach. Druga część zawiera opowieści magiczne, w ramach których najbardziej imponuje pragnienie człowieka odkrycia kluczy pozwalających zaczarować niebo i ziemię, poznać język wszelakich stworzeń, a także wizyta w Duat, Krainie Umarłych. Trzecia część to opowieści o przygodach, jak o rozbitku, o tym, jak chciwy robotnik przegrał wszystko z wieśniakiem, buncie palestyńskiej Joppy, greckiej księżniczce Helenie Trojańskiej. I inne. Świat starożytnego Egiptu dawno przeminął, utraciliśmy jego obrazy, czujemy zaledwie echo dawnej potęgi, a jednak coś pozostało w zaprezentowanych opowieściach. Czyta się je z misją zrozumienia świadectw boskich intencji, mocy i duszy, w które mocno wierzyli mieszkańcy Egiptu.

Nie jest to obszerna publikacja, chociaż zawiera także kartę czasu, słowniczek, wyjaśnienia, kto jest kim, mapkę i ilustracje. Propozycja na jeden wieczór czytelniczy, przeniesienie się na chwilę w mistyczny egipski świat zawarty w mitach i legendach.

Dział: Książki
czwartek, 15 styczeń 2026 02:31

Zabójcze piaski

 

Igor Kaczmarczyk, autor książki „Zabójcze piaski”, to tłumacz z arabskiego i dyplomata na placówkach w konsularnych świata arabskiego. Dwudziestopięcioletnie doświadczenie mieszkania wśród muzułmanów dokładnie widać w jego najnowszym dziele, które stoi na pograniczu reportażu i literatury obyczajowej. Akcja toczy się w stojącej u progu wielkich zmian Arabii Saudyjskiej. Kraju, w którym religia i tradycja ma często ostatnie słowo, będąc nad prawem państwowym i międzynarodowym.

To nie pierwsza przygoda konsula Tomka w Arabii Saudyjskiej, gdyż książka jest czwartym tomem serii. Tym razem codzienność ambasady nieustannie ściera się z niepokojącym tłem politycznych intryg, prywatnych dramatów i kulturowych napięć. Poznajemy nie tylko jego najbliższe, konsularne otoczenie, w tym nowego konsula Leona Kęskę i jego młodziutką żonkę, ale i dyplomatów z innych krajów (szczególnie USA) czy książęta i rody saudyjskie, które pociągają za wszelkie sznurki tego regionu.

W książce w równych proporcjach miesza się korporacyjne bagienko, pałacowe intrygi, terroryzm, romanse i waśnie rodzinne. Wszystko w dusznej, upalnej atmosferze, pełnej przepychu, często nie do końca zgodnej z zasadami szariatu. Na czoło wysuwają się też kwestie praw człowieka, kobiet i osób LGBTQ. Widać też walkę tradycji z nowoczesnością, nepotyzmu z demokracją.

W książce pojawia się także wątek samotnego podróżnika z Polski. Gdańszczanin Iwo podejmuje się przejścia przez pustynię Rub al-Chali w pojedynkę. Nie zwraca uwagi na porę roku, którą wybrał na swoją wędrówkę ani poziom przygotowania. Ważny jest dla niego cel, czyli zaistnienie w mediach oraz przekazanie listu intencyjnego od Prezydenta Miasta.

Książkę czytało mi się z jednej strony trudno, z drugiej niezwykle płynnie. Trudno, gdyż niektóre wątki, zwłaszcza związane z rozwiązłością seksualną, były wręcz niesmaczne. Płynnie, gdyż dynamiczne wątki były niezwykle spójne. Czasem można było przyczepić się do jakiegoś rozwiązania fabularnego, ale dało się je wytłumaczyć. Każda postać, a było ich sporo, wprowadza coś ciekawego i potrzebnego. Choć nie powiem, czasem czułam się przytłoczona ilością wprowadzonych bohaterów i nawet cieszyło mnie, że niektórzy brutalnie zostali wykreśleni z kart książki.

Jedno książka pokazuje idealnie: nie ma miejsc jak z bajki. Możesz być i dziedzicem fortuny, księciem koronnym, a nie zaznasz spokoju. Bogactwo potrafi nie mniej zmęczyć jak bieda, tyle że walczysz nie z głodem czy chorobami, a ambicjami najbliższych. Ukazuje, jak często jesteśmy ofiarami tradycji, intryg, tego, co ludzie powiedzą. I że właściwie nie ma przed nimi żadnej ucieczki.

Dział: Książki

Druga część Historii „Władcy Pierścieni” (rozpoczętej tomem Powrót Cienia), fascynującej relacji z powstawania trylogii Tolkiena, zawierającej wiele dodatkowych scen i obejmującej całość nieopublikowanego epilogu.

Dział: Książki
sobota, 13 grudzień 2025 20:52

Czarownica z Gór Olbrzymich

 

Mieszka sobie spokojnie pośród leśnych ostępów, nie czyniąc nikomu krzywdy, wręcz przeciwnie, pomagając mieszkańcom pobliskiej wioski samej nie wchodząc z nimi w bliższe interakcje. Czarownica, znachorka. Ulfa.

Nie znajdziecie w tej książce wielkiej magii, piorunów trzaskających we wrogie armie czy zaklęć powalających najtęższych wojowników. Znajdziecie w niej spokój w każdym słowie, jedność z naturą, zarówno tą dziką, jak i ludzką. Ulfa bowiem żyje w zgodzie z lasem, ludźmi, ale przede wszystkim ze sobą. Nie buntuje się, nie złorzeczy, choć los nie jest dla niej zawsze łaskawy. Po prostu jest, wykonuje swoją pracą i poddaje się temu, co niesie życie. Jednak myli się ten, kto sądzi, że czarownica jest złamana, nie, jest pokorna, ale silna, świadoma swej mocy, ale i swych ograniczeń, zjednoczona z duchami Gór. To od nich czerpie moc, choć czasem się z nimi spiera. To z natury bierze i daje dalej - bogatsze o jej wiedzę.

„Czarownica z Gór Olbrzymich" to opowieść o samotności, która, podjęta z wyboru i podobno oswojona, ustępuje pola miłości. I to delikatne uczucie zmienia wszystko jak kropla drążąca skałę. Małymi krokami zmienia czarownicę z tej, co sama mieszka w lesie i sama sobie radzi w tą, co ma kogoś, kto się nią opiekuje. I kim opiekować może się ona. I choć książka opowiada o zaledwie roku życia czarownicy, to zmiany są ogromne. Autorka przepięknie pokazuje, jak miłość otwiera człowieka, zmienia nie tylko jego, ale cały świat wokół. Choć czasem ten świat nie rozumie ani czarownic, ani ich miłości.

Książka zostawia was z wieloma pytaniami i nie chodzi mi wcale o to, czy fabuła mogła potoczyć się inaczej. We mnie zostało przede wszystkim to, czym jest magia. Czy to zbiór umiejętności, dar dany od kogoś, czy może zwykłą uważność, empatia, wsłuchanie się w siebie i świat wokół, by móc widzieć i czuć więcej? A może coś zupełnie innego. Jaką moc ma miłość i do czego można się posunąć, by ratować istotę, którą się kocha. I w końcu, czy warto podjąć ryzyko, wiedząc, że cały świat do tej pory znany się zmieni? Bo ta książka jest też o wychodzeniu ze swojej strefy komfortu, o zrobieniu kroku w nieznane, choćby i najpiękniejsze, bo zrodzone z uczucia.

Nie znajdziecie w tej książce wielkiego romansu, zwalającego z nóg. Znajdziecie w niej przepiękne opisy przyrody, na których tle rodzi się piękna miłość. Rozumna, dojrzała, namiętna i czuła. Znajdziecie w niej ukojenie po ciężkim dniu, wiadomość, że wszystko da się poukładać, wystarczy zaufać sobie. Nie pędzić, nie gnać na oślep, tylko wsłuchać się w siebie, podążyć za tym głosem i w końcu zrobić to, co w sercu gra, a nie to, co należy. Bo tylko żyjąc w spokoju ze sobą, można odnaleźć szczęście.

I tego Wam życzę, z życzeniami spokojnej, dobrej lektury.

Dział: Książki
wtorek, 09 grudzień 2025 10:00

Powrót do galaktyki Nicka Primeona!

Wszechświat go odrzucił. Ciemność przygarnęła. Światło i mrok nadały imię… Anegrtush.

Dział: Patronaty