Rezultaty wyszukiwania dla: Micha�� ��urawski
Nic takiego
Choć i tak już powoli żegnał się z życiem, to ktoś i tak postanowił przyspieszyć jego śmierć. Milioner Tadeusz Bacewicz zostaje zamordowany we własnym domu, w łóżku. Pokój ofiary wygląda jakby przeszło przez niego tornado. A pod łóżkiem mężczyzny leży nóż. Jeśli brak śladów włamania, to czy sprawcą jest ktoś z bliskich zamordowanego? Szczególnie że właśnie tego wieczoru Bacewicz miał ogłosić zmiany, jakie wprowadził w testamencie. Idealny motyw? Być może.
Prokurator Grzegorz Hala dociera na miejsce zbrodni; stara się w pełni uczestniczyć w sprawie, choć jego myśli raz po raz odpływają w równie nieprzyjemne rejony. Mężczyzna bowiem od jakiegoś czasu dostaje anonimy, sugerujące, iż ich nadawca zna tajemnice prokuratora. I nie zawaha się tej wiedzy wykorzystać.
Dla podkomisarz Michaliny Murawskiej śmierć milionera jest jak wygrana w lotto. Kobieta liczy, że rozwiązanie sprawy przyspieszy jej awans. Bo skoro już musiała wrócić do Piaseczna, to niech, chociaż jej się to opłaci! Co prawda informacja o podpięciu do niej nowej partnerki (również podkomisarz) Kai Dalke nie budzi jej entuzjazmu, to postanawia nie dać się wybić z rytmu. Nawet jeżeli Dalke jest dość... specyficzna.
Czy ta trójka bohaterów jest w stanie ze sobą współpracować? A może każde z nich ukrywa coś, co może zaważyć na toczącym się śledztwie?
Można powiedzieć, że literacko „znam” Katarzynę Puzyńską nie od dziś. Ona lata temu debiutowała „Motylkiem”, czyli pierwszym tomem popularnej sagi o Lipowie, ja natomiast miałam przyjemność go recenzować. Od tamtego momentu sięgałam po twórczość naszej autorki, a wspomnianą już sagę polecam moim bliskim i znajomym do dziś. Trochę sentyment, a trochę i ciekawość sprawiły, że skusiłam się na nowość spod jej pióra, czyli „Nic takiego". Jak sądzicie, jak poszło?
Już na początku muszę napisać, że bardzo ciężko odciąć się czytelniczo- emocjonalno (i wszelako) od sagi o Lipowie. Towarzyszyła mi tak długo, że w pewien sposób „wrosła” we mnie. Szczególnie gdy na tapecie pojawia się kolejna książka Puzyńskiej. Efekt tego jest taki, że do połowy „Nic takiego” nie mogłam się wczuć, bo miałam wrażenie, że czytam kolejny tom Lipowa, tyle że z innymi bohaterami. Cóż, to akurat coś, z czym muszę powalczyć sama - a być może i ci, którzy znają starszą i nowszą twórczość pani Kasi, mają podobne odczucia.
Śledztwo w sprawie morderstwa Bacewicza toczy się wartko, choć nasza trójca niejednokrotnie natrafia na przeszkody. Jedną z nich jest córka milionera, Oliwia Bacewicz, znana persona w środowisku internetowych influencerów, zajmujących się prawdziwymi zbrodniami. Co więcej, każde z nich walczy ze swoimi własnymi demonami i tylko chęć rozwikłania zagadki pcha ich do przodu, zmuszając do odłożenia prywaty na później. Szczerze powiedziawszy, śledztwo niespecjalnie mnie zainteresowało - może ze względu na to, że na 99% było wiadomo, że morderstwa dopuścił się ktoś przebywający w domu. Ponadto czułam się trochę tak, jakbym uczestniczyła w jednym z tych stworzonych przez Agathę Christie. Większe zainteresowanie budziła we mnie przeszłość Michaliny, Kai i Grzegorza.
Co do bohaterów, to właśnie tutaj autorka „zaszalała”, tworząc trio specyficzne w różnym stopniu. Prokurator Hala obsesyjnie dbał o to, by w jego otoczeniu było jak najmniej bakterii oraz zarazków, Kaja zaś z lubością wyciągała kolejne karty tarota w najmniej odpowiednich momentach. W tym zestawieniu jedynie Michalina wydaje się niczym nie wyróżniać na tle pozostałych, oprócz odwagi graniczącej niejednokrotnie z brawurą. Dość wybuchowa mieszanka, trzeba to przyznać.
„Nic takiego” to dobra lektura, aczkolwiek myślę, że fanom Lipowa może zabrać kilka chwil odcięcie się od ulubionej sagi i „przeniesienie” do nowej serii. I jeżeli myśleliście, że główne postacie odkryły wszystkie swoje karty, to jesteście w dużym błędzie. Puzyńska pozostawiła nas bez odpowiedzi w kilku kwestiach, za to z milionem pytań. Nie pozostało nam nic innego jak, tylko wyczekiwać kolejnego tomu. Polecam nie tylko fanom twórczości naszej polskiej autorki, lecz również tym, których kusi rozpoczęcie przygody z jej książkami.
Karbala
Polskie kino na świecie słynie z dramatów, z filmów rozliczeniowych. Jednak trudno pokusić się o stwierdzenie, aby gatunek obrazów wojennych był jednym z tych, z którymi jest kojarzona nasza rodzima kinematografia. Przypuszczam, że wielu miłośników polskich twórców obawiało się, jak wyglądać będzie „Karbala" w ostatecznym kształcie. Czy Krzysztof Łukaszewicz udźwignął ciężar kina wojennego? Czy stworzył produkcję, która łączy w sobie potrzebną akcję, a jednocześnie patos łączący się z patriotyzmem? Jedno jest pewne – opowiedziana historia i forma jej przedstawienia wstrząsnęła mną na tyle, że podczas seansu coraz głębiej zapadałam się z przerażenia w fotel.
Irackie miasto Karbala, 2004 rok, środek wojny w Zatoce Perskiej. Islamska armia Mahdiego zaatakowała polskie oddziały w strefie stabilizacyjnej. Jednak Kapitan Kalicki (Bartłomiej Topa) ma jedno zadanie – utrzymać miejscowy ratusz City Hall, siedzibę lokalnych władz i policji, gdzie przetrzymywani są między innymi terroryści. Wraz z kilkudziesięcioosobowym oddziałem polskich i bułgarskich żołnierzy Kapitan przez trzy dni i trzy noce odpiera atak przeciwnika, tracąc przy tym kontakt z bazą i dysponując niewielkimi zasobami amunicji oraz racji żywnościowych. „Karbala" to odzwierciedlenie wydarzeń, które rozegrały się naprawdę, a przez wiele lat nikt z ich uczestników nie mógł opowiedzieć, co się wydarzyło wiosną 2004 roku w Iraku.
Przed obejrzeniem „Karbali" miałam okazję przeczytać książkę Piotra Głuchowskiego oraz Marcina Górki o tym samym tytule, będącą relacją uczestników tamtych wydarzeń. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Łukaszewicz dochował wierności historii opowiedzianej przez Kaliciaka. W filmie zmienione zostały nazwiska żołnierzy , lecz znając te prawdziwe, łatwo się domyśleć, kto w kogo się wciela, kto kogo reprezentuje.
Łukaszewicz nie stara się pokazać wojujących Irakijczyków jako masę bezwzględnych zabójców. Wybiera środek w prezentacji wroga. Jednocześnie jako zaćmionego nienawiścią ludu, z drugiej strony jako zagubionych ludzi, na których terytorium nagle znalazły się obce nacje, nakazujące im jak mają żyć. Nie chce wchodzić zbytnio w politykę, choć niejednokrotnie na ekranie można odnieść wrażenie, że reżyser delikatnie obiera za cel krytyki Amerykanów.
Kilkakrotnie w filmie pojawiają się dialogi nawiązujące do tego, czemu większość żołnierzy decydowała się na wyruszenie do Iraku. Wybierali się na misję z powodu kredytów, po to, aby zarobić. W końcu miała to być misja stabilizacyjna, nikt nie mówił o realnej walce oraz uczestnictwie w walkach, w których przeciwnik ma przewagę liczebną. Jednak Łukaszewicz nie zapomina przy tym o patriotyzmie. To obraz prawdziwej odwagi polskich żołnierzy, którzy przecież mieli przykazane milczenie na temat swojego bohaterstwa. Trzeba przyznać, że jedna z ostatnich scen, w których zawiśnie na City Hall obstrzępiona polska flaga naprawdę unosi serce i napawa niejaką dumą (tak, jestem patriotką). To patos, który nie razi, który
Jeśli chodzi o wybory obsadowe, Bartłomiej Topa okazał się strzałem w dziesiątkę. Perfekcyjnie wypada w roli Kapitana nieprzygotowanego na taki rozwój wypadków, który nie wie, która opcja jest najmniejszym złem i może stać się skutecznym rozwiązaniem. Niestety, nie udało się to w przypadku Antoniego Królikowskiego. Nie udźwignął on roli targanego wątpliwościami sanitariusza. Wypadł blado, nierealistycznie, wręcz sztucznie, co może wynikać również z tego, że to postać bardzo źle poprowadzona, na którą reżyser nie do końca miał pomysł. Albo miał, a nie umiał go wcielić w życie.
Szkoda, ze nie poświęcono więcej czasu pozostałym, drugoplanowym postaciom – w nich również tkwiła siła, jak i w samych aktorach wcielających się w owych bohaterów. Przez to, że wyłącznie musnięto ich problemy, reakcje na wydarzenia, wypadli dość jednowymiarowo, a wcale nie musieli.
Oglądając produkcję Łukaszewicza moim pierwszym skojarzeniem stał się „Helikopter w ogniu" Ridley'a Scotta. To od tego filmu, za sprawą operatora Sławomira Idziaka, zmienił się charakter kina wojennego. W „Karbali" zabrakło niestety tak zdolnego operatora. Przez pierwsze kilka scen, w których akcja pędzi na łeb na szyję, trzęsąca się kamera zdawała się urzeczywistniać klimat wojny, powszechnego strachu, tego, że nie wiadomo, co się dzieje, ani kto do ciebie strzela. Jednak po jakimś czasie zaczęłam odnosić wrażenie, że ów sposób operowania obrazem ma za zadanie rekompensować pewne niedociągnięcia realizatorskie twórców (zarówno operatora, jak i reżysera). Mimo to, sceny ostrzeliwań oraz nocnych walk są naprawdę mocne, wywołujące strach oraz gęsią skórkę.
„Karbala" to film niezwykle potrzebny i było koniecznym, aby powstał. Choć sporo w nim realizatorskich niedociągnięć czy złego poprowadzenia postaci, choć daleko mu do określenia „rewelacyjny", warto poświęcić mu czas ze względu na to, że jest hołdem dla polskich żołnierzy. Że opowiada historię, o której przez wiele lat milczano, o której za kilkanaście lat, mam nadzieję, będą mówić w szkołach. Że przypomina, że patriotyzm, w tym czy innym wydaniu, nadal można w Polakach obudzić jednym prostym ujęciem.
