czwartek, 26 marzec 2015 08:46

Co lata 70. przyniosły dzisiejszemu kinu Science-Fiction?

Napisała 
Oceń ten artykuł
(1 głos)

Film fantastycznonaukowy jako kino gatunku

Pierwsze produkcje o charakterze fantastycznonaukowym pojawiły się już na początku stulecia, a więc niedługo po powstaniu kina, niemniej wciąż trudno sprecyzować ich cechy reprezentatywne. Być może powodem tego problemu jest brak wyraźnego zarysu i twardo określonych zasad – kino fantastycznonaukowe nie posiada schematu narracji, który sam w sobie określałby przynależność gatunkową; brakuje mu też bohatera, stanowiącego skonkretyzowany zarys dla większej ilości produkcji; kwestia scenerii ograniczona jest jedynie kreatywnością twórcy. Nie zaprzeczam, że ten gatunek filmowy wykazuje pewną powtarzalność motywów i najczęściej stosowanych chwytów – jednostki przejawiające cechy nadprzyrodzone, tragedie rozgrywające się w przestrzeni kosmicznej, degeneracja ziemskiego środowiska (fauny i flory), różnorodne mutacje, bunt zaawansowanej technologii – są to, jednakże własności, które nie pozwalają stworzyć spójnej i klarownej definicji, a jedynie taką, która opierałaby się na systemie wyliczeń i opisów.

Trzeba jednak zaznaczyć, iż lokując science-fiction w kinie gatunkowym, ujawniają się oczekiwania widza wobec produkcji tego typu. Można mówić nawet o pewnej formie umowy między oglądającym a twórcą. Każdy kolejny film, by wzbudzić u odbiorcy zadowolenie i poczucie fabularnego spełnienia, powinien być jednocześnie historią całkowicie nową, ale i poniekąd znaną, tak jak wygląda to w przypadku innych obrazów, reprezentujących pracę analityczną nad jednym gatunkiem, których „czystość" gatunkowa zdaje się nie podlegać dyskusji. Do kina fantastycznonaukowego zawsze podchodzi się z mniejszym lub większym marginesem realności. Widz pozwala sobie uwierzyć, a reżyserowi daje przyzwolenie kreacji nawet najbardziej absurdalnych czy nielogicznych rozwiązań z pogranicza magii i nauki.

Upierając się przy gatunkowym sprecyzowaniu kina science-fiction napotyka się także przeszkody z zakresu dostępności literatury specjalistycznej. Teksty, które traktują o tej dziedzinie filmu, skupiają się głównie na grupowaniu istniejących produkcji i ocenianiu ich przez pryzmat technicznego zaawansowania lub fabularnego skomplikowania. Niewielu autorów tego typu pozycji decyduje się nawet na poświęcenie teorii zagadnienia rozdziału, a większość wprowadza do kina fantastycznonaukowego zaledwie kilkoma zdaniami, ewentualnie stronami. Zwłaszcza w Polsce temat science-fiction wydaje się wyjątkowo pominięty i zepchnięty na boczny tor, jakby nie wydawał się odpowiednio interesujący, czy też może, na tyle ważny, by poświęcić mu szersze opracowanie. Niemniej wśród kilku znajdujących się na rynku wydawniczym pozycji, istnieje garstka, która podejmuje próbą obrony kina fantastycznonaukowego jako kina gatunkowego.

Umberto Eco próbuje wykazać, że „z science-fiction jako autonomicznym gatunkiem mamy do czynienia wtedy, gdy spekulacja nierzeczywista dotycząca świata strukturalnie możliwego wywodzi się z tendencji rozwojowych świata realnego". Podobnym tropem podąża również Kingsley Amis, wskazujący, że „fantastyka naukowa przedstawia wydarzenia, które nie mogłyby mieć miejsca w znanym nam świecie, ale których pojawienie się wynika z przyjętych założeń dotyczących przyszłego rozwoju nauki (bądź pseudonauki)". Można, więc przyjąć, że tym, co określa kino fantastycznonaukowe jako kino gatunku, jest snucie przez jego autorów rozważań na temat obecnego rozwoju technologicznego i jego możliwych konsekwencji lub kierunków w bliższej lub dalszej przyszłości. To poniekąd dywagacje o możliwościach nauki.

Science-fiction ma więc w jakimś stopniu odzwierciedlać możliwości nauki, ale czy tylko? Wspomniałam już o rodzaju umowy, jaką zawierają widz tego gatunku
oraz jego twórca. Technologia i nauka w filmach fantastycznonaukowych nie zawsze jest logiczna, zdarza się, że uwierzyć w nią jest czymś niemożliwym. Nie wiara jednak stanowi tutaj cel, a kwestia wyobrażeniowa. Science-fiction ma działać na wyobraźnię, a nie formować nowy akt wiary. Science-fiction to nie magia i od fantasy, które o takich siłach właśnie traktuje, różni je jakaś forma poszanowania dla praw naturalnych. W znacznej części produkcji fantastycznonaukowych kreuje się nawet konkretne kodeksy, czy przedstawia pokrótce największe osiągnięcia prezentowanych czasów. Ma to na celu, przede wszystkim, uprawdopodobnienie świata wydarzeń i umocnienie go w wyobraźni oglądającego.

Warto zaznaczyć jeszcze, jak sądzę, iż znacząca część filmów science-fiction przedstawia raczej przyszłość smutną, szarą i dla człowieka niebezpieczną; świat, w którym nie ludzie rządzą, a ich wytwory tudzież kosmiczni najeźdźcy; ziemię, która zamiast dawać życie, umiera, bądź stanowi zagrożenie dla jej mieszkańców. Groźby i ryzyko zmieniają się wraz z pokoleniami filmowców, czy nie może być więc tak, że kino fantastycznonaukowe stanowi odbicie ludzkich lęków? Czy to nie najgorsze scenariusze przyszłego życia rozgrywają się na ekranach kin i telewizorów?

Kino współczesne a science-fiction

W kontekście kina przyjęło się mówić o współczesności od lat siedemdziesiątych XX wieku. Motywacją do takiego podziału zdają się być przede wszystkim przesłanki technologiczne. Prężnie rozwijająca się technika zapisu obrazu na taśmie filmowej oraz możliwość manipulowania nagraniami, przede wszystkim przyczyniły się do zapoczątkowania tej nowej epoki w dziejach kinematografii. Wspomniany kierunek rozwoju był z kolei powodem do włączenia w kręgi zainteresowań filmowców kina z gatunku science-fiction, fantasy czy przygodowego. To, co dotychczas nie mogło być zaprezentowane bądź bywało przedstawiane w jakości pozostawiającej sporo do życzenia, dzięki technologicznemu postępowi zaczęło wreszcie fascynować. Widzowie zachwycali się spielbergowskimi „E.T." czy „Poszukiwaczami zagubionej Arki"; „Gwiezdnymi wojnami" Georga Lucas; „Powrotem do przyszłości" Roberta Zemeckisa. Te produkcje właśnie, produkcje wysokobudżetowe, odegrały najistotniejszą rolę w kształtowaniu się współczesnego Hollywood, przyniosły po załamaniu się „nowego kina amerykańskiego" nową jakość.

Nie oznacza to, oczywiście, że nagle skupiono się wyłącznie na produkcjach stricte rozrywkowych, na swoistym kinie atrakcji. Kino amerykańskie miało również ambicje społeczne, niemniej i tutaj wykorzystywało nowoczesne technologie. Tym, co szczególnie interesowało Amerykanów na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, były rozrachunki z wojną wietnamską. Wtedy też powstały obrazy takie, jak „Łowca jeleni" Michaela Cimino czy „Czas Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli, które wiele zyskały dzięki wykorzystaniu nowoczesnych rozwiązań technologicznych. Do końca XX wieku powstało jeszcze wiele, pełnych rozmachu obrazów filmowych, o różnorodnej tematyce, między innymi: „Tańczący z wilkami" w reżyserii Kevina Costnera „rewizjonistyczny western poświęcony zagładzie kultury Indian"; „Lista Schindlera" Stevena Spielberga – dramat o Holokauście w Europie; a także pełen rozmachu melodramat „Titanic" Jamesa Camerona.

Na technologicznym rozwoju zyskał nie tylko obraz filmowy, ale również animacja. Pierwszą pełnometrażową produkcją w tej kategorii, wykonaną w całości za pomocą technologii komputerowej, było „Toy Story" w reżyserii Johna Lassetera. Próbowano również połączyć produkcję o charakterze dokumentalnym z animacją. Mowa tutaj o „Walcu z Baszirem" wyreżyserowanym przez Ariego Folmana, który przedstawiał historię masakry ludności cywilnej w Palestynie. Próba ta została doceniona nominacją do Oscara w kategorii Najlepszy film obcojęzyczny.

Powrócę jednak do zasadniczego tematu niniejszego tekstu. Nie da się ukryć, że dzięki technologicznemu postępowi najwięcej zyskało kino fantastycznonaukowe i fantasy. Tendencja ta zdaje się utrzymywać do dzisiaj, zwłaszcza, jeżeli przyjrzeć się liście najbardziej kasowych produkcji – wśród dziesięciu filmów, które mogą pochwalić się najwyższym zarobkami wszechczasów, osiem produkcji należy do gatunku fantastycznonaukowego lub fantasy (obrazy tego typu stanowią znaczącą większość również w pierwszej setce). Niezwykle trudno byłoby wyodrębnić przy takiej liczebności produkcje sztandarowe dla współczesnego kina, zwłaszcza, że filmy te wykazują również spore zróżnicowanie tematyczne. Zdecydowałam się więc na wyodrębnienie kilku najczęściej pojawiających się w kinie fantastycznonaukowym tematów i dopiero w ich obrębie, wyznaczenie reprezentacyjnego, konkretnego obrazu.

Wiele twarzy science-fiction

1. Strach przed śmiercią w kosmosie

12 kwietnia 1961 roku stało się to, co stać się musiało, to, o co tak zawzięcie rywalizowały supermocarstwa, to, co otworzyło nową epokę w dziejach ludzkości – Jurij Gagarin odbył pierwszą w historii podróż w kosmos. Potem Neil Armstrong podniósł poprzeczkę (20 lipca 1969 roku), bo nie dość, że odbył kosmiczną podróż, to jeszcze wylądował na Księżycu racząc wszystkich, którzy transmisję z owego wydarzenia śledzili, sławnymi słowami: „To jest mały krok człowieka, ale wielki skok dla ludzkości".

Kino nie mogło pozostać bez odzewu. Pod koniec lat siedemdziesiątych kinematografia mogła już pochwalić się całą gamą „kosmicznych" filmów. W większości budziły one pewien rodzaj niepokoju. Skupiano się na czarnych scenariuszach tego typu wypraw – w „Alarmie w kosmosie" Johna Sturgesa z roku 1969 kapitan wyprawy umiera z powodu braku tlenu, a w „Obcym – ósmym pasażerze Nostromo" Ridleya Scotta z 1979 roku, chyba najbardziej znamiennej dla tej tematyki produkcji, załoga musi zmagać się z życiem z innej planety. Film Scotta doczekał się później jeszcze kilku kontynuacji i wszystko wskazuje na to, że seria nie została ostatecznie zakończona.

Fabuła produkcji z 1979 roku przedstawia się następująco: załoga statku kosmicznego Nostromo, zaintrygowana tajemniczymi sygnałami z opustoszałej planety, odkrywa na miejscu dziwną formę życia. Nie wiedzą, że jedynym jej celem jest całkowita destrukcja rodzaju ludzkiego. Jeden po drugim, po kolei, wszyscy członkowie załogi giną zamordowani przez Obcego. Zostaje tylko Ripley, która doprowadza do wybuchowego finału.

1

Film Ridleya Scotta to produkcja doprawdy niezwykła, proponująca naprawdę wielopoziomową i konsekwentnie zaplanowaną grę z odbiorcą. Sama warstwa scenograficzna wskazuje już na „związki opowieści grozy z psychologią głębi". Reżyser zrezygnował z wizualnych fajerwerków, nie epatuje możliwościami technologicznymi, a zamiast tego stawia na nastrojowość i napięcie, które zdaje się ciążyć na widzu aż do ostatecznego rozwiązania akcji. Niezwykle prosta fabuła i ograniczona ilość wyborów, jaką mają bohaterowie, jeszcze potęguje to uczucie napięcia. Sam obcy – potwór – został nieoficjalnie nazwany najciekawszym, jakiego wykreowano na potrzeby filmu. Zostało to zresztą docenione Oscarem. Tak naprawdę nie wiadomo skąd pochodzi obcy i jaki jest jego cel. Nie wiedzą tego zarówno widzowie, jak i bohaterowie filmu. Przystosowane nawet do najcięższych warunków monstrum, nieodczuwające strachu, głodu czy zmęczenia, to jedna z najbardziej niepokojących filmowych kreacji. Jak bronić się przed taką istotą? Jak ją pokonać? A jeżeli istnieje naprawdę?

"Obcy - ósmy pasażer Nostromo" to również produkcja, która przyłożyła się do „oswojenia" kina science-fiction. Do tej pory światy w filmowej fantastyce prezentowano z większą lub mniejszą dozą idealizmu, a nawet infantylizmu. Pomieszczenia musiały przypominać sterylne i supernowoczesne laboratoria, kostiumy błyszczały, a bohaterowie zawsze okazywali się niezwykle inteligentni i doskonali pod każdym względem. Na samym szczycie tego idealnego tortu, znajdowała się zazwyczaj równie idealna wisienka w postaci bardzo skomplikowanej, ale absolutnie niezawodnej, technologii. Tymczasem Ridley Scott prezentuje widzom grupę nieszczególnie poukładanych i nieświeżych robotników, znudzonych stateczną pracą w kosmosie. Brak tutaj romantyzmu, zachwytu nad ogromem przestrzeni i wszechświatem. Są za to długie miesiące złożone z długich dni. Zaawansowany sprzęt także pozostawia wiele do życzenia – potrafi zepsuć się w najgorszym momencie, a niemal zawsze prezentowany jest jako zaniedbany i zabrudzony. To wszystko powoduje, że widz oswaja się z przyszłością. Pada bariera, tak częsta w kinie science-fiction, która uniemożliwiała zidentyfikowanie się z filmowymi postaciami.

2. Strach przed atakiem z kosmosu

Eksploracja przestrzeni wszechświata przyniosła nie tylko zainteresowanie lotami kosmicznymi i związanymi z nimi problemami, ale również refleksję
nad możliwymi spotkania z istotami z innych planet na Ziemi. Skoro ludzie osiągnęli taki poziom rozwoju technologicznego, dlaczego to samo nie miałoby mieć miejsca w przypadku obcych cywilizacji? – zdawały się pytać produkcje filmowe i po raz kolejny odpowiadały sobie czarnymi scenariuszami. W „Inwazji łowców ciał" Philipa Kaufmana z roku 1978, kosmici pojawiają się niespodziewanie w postaci zarodków, które przejmują ludzką postać i „udoskonalają" człowieka poprzez pozbawienie go uczuć. W „Oni żyją" Johna Carpentera z roku 1988 tajemnicze istoty przejmują władzę nad ludzkimi umysłami, za pierwszy cel biorąc sobie przedstawicieli władzy. Od schematu odchodzą nieco: „Oni" Roberta Rodriqueza z roku 1998 roku (z powodu postmodernistycznej zabawy i próby połączenie „inwazyjnego" science-fiction, z filmem młodzieżowym i horrorem) oraz „Bliskie spotkania trzeciego stopnia" Stevena Spielberga z roku 1977 (tutaj kosmici nie są wrogimi najeźdźcami a przyjaciółmi).

Prawdziwą rewolucję w tej tematyce przyniósł jednak film z roku 2009 – „Dystrykt 9" w reżyserii Neilla Blomkampa. Przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji przybyli 28 lat temu na Ziemię. Bez precyzyjnego planu jak zorganizować życie uchodźców, ludzie odizolowali ich w dystrykcie 9. – zamkniętej dzielnicy Johannesburga. Powołana do jej nadzoru specjalna firma Multi-National United nie dba jednak o godziwe warunki dla przybyszy. Prawdziwym celem korporacji są badania nad odebraną im niezwykłą bronią. Do jej obsługi potrzebne jest jednak DNA obcych. Konflikt między gospodarzami a emigrantami wybucha, kiedy pracownik MNU Wikus van der Merwe przypadkowo zarażony nieznanym wirusem zmienia swój kod genetyczny. Rozpoczyna się polowanie na nową istotę, której DNA pozwoliłoby ludzkości odkryć tajemnice supernowoczesnych, kosmicznych technologii. Napiętnowany i odrzucony mutant podzieli dwa światy. Kto w dystrykcie 9. okaże się jego sprzymierzeńcem a kto wrogiem?

2

Film utrzymany jest w formie dokumentu, przedstawiającego fakty z przeszłości. Fabuła przepleciona jest komentarzami specjalistów, politologów, socjologów, fragmentami programów informacyjnych. Te zabiegi sprawiają, że możliwość inwazji wydaje się być jeszcze bardziej realnym zagrożeniem.

Ogromna zmiana zachodzi również na płaszczyźnie kreacji bohaterów. Następuje pewnego rodzaju odbiorcza przemiana. Widz nie kibicuje już ludzkości, a psychologicznie wiąże się z „najeźdźcami". To oni są pokrzywdzeni, oni zostają odepchnięci. Ten system odrzucenia przywodzi na myśl nawet tak skrajne sytuacje, jak getta dla Żydów z okresu II wojny światowej. Rodzi się pytanie, czy ludzie potrafiliby zaakceptować tak daleko idącą odmienność? Czy, gdyby obca cywilizacja nie górowała nad nami technologicznie, potrafilibyśmy wyciągnąć doń pomocną dłoń?

W sferze wizualnej można mówić o pieczołowitym dopracowaniu najmniejszego nawet szczegółu. Przybysze z kosmosu nie są już identycznymi klonami, wreszcie zwrócono uwagę na zróżnicowanie rasowe wśród obcej cywilizacji. Zaakcentowana jest także ich słabość – głód, potrzeby, tęsknota za wolnością i pragnienia. Nie chodzi już tylko o wydawanie wysokich dźwięków sugerujących rozpacz, czy zieloną posokę wskazującą na ból i uszkodzenia ciała. Kosmici mają wreszcie ciała i mimikę – są od ludzi bardzo odlegli, a jednocześnie niezwykle do nich podobni.

3. Space opera

Opisując kino science-fiction nie można pominąć tak ważnego jego podgatunku, jak space opera. Termin ten został wprowadzony na gruncie literatury, lecz bardzo szybko przeniósł się także do dziedziny filmowej. Pojęcie to wskazuje na fabułę, w której zasadniczą rolę odgrywają podróże międzygwiezdne, wojny w kosmosie oraz wielkie imperia galaktyczne. Niemniej, jeżeli chodzi o ogólną konstrukcję nie różnią się od science-fiction, toteż nie można wyodrębnić ich jako całkowicie nowego gatunku. Termin space opera wskazuje jedynie na rozwiązania fabularne. Głównymi jej przedstawicielami są produkcje takie, jak: „Gwiezdne wojny" Georga Lucasa z roku 1977, „Star Trek" Roberta Wise'a z roku 1979, „Battlestar Galactica" Richarda A. Colli z roku 1978, „Diuna" Davida Lyncha z roku 1984, czy „Żołnierze kosmosu" Paula Verhoevena z roku 1997.

Najbardziej znanymi i cenionymi filmami tego typu są oczywiście produkcje Georga Lucasa. Reżyser ten nie okazał się szczególnie płodnym twórcą (na swoim koncie ma zaledwie sześć filmów), niemniej wpływ jaki wywarły jego obrazy na masową wyobraźnię oraz na ogólny kształt kinematografii w dziedzinie science-fiction, musiał zostać dostrzeżony.

3

Mogłoby się wydawać, że George Lucas to postać niezwykle postępowa. Przy całej fascynacji technologią obrazu oraz jego obróbki, przy rozwiązaniach wykorzystujących najnowsze zdobycze techniki, mógłby uchodzić za twórcę, który przede wszystkim wierzy w przyszłość ludzkości, w jej zaawansowanie oraz inteligencję. Tymczasem analiza jego filmów nasuwa zgoła odmienne wnioski. George Lucas nie chce oddziaływać na widza poprzez zaangażowanie intelektualne, a emocjonalne. Owe uczucia wywoływać ma „konserwatywna" nostalgia, dotycząca wartości jaką jest rodzina, wierność, lojalność oraz przyjaźń.

„Gwiezdne wojny" nie mogą pochwalić się szczególnie oryginalną fabułą. W pewnym sensie stanowią nawet kompilację istniejących już rozwiązań, które reżyser zaczerpnął z bardzo zróżnicowanych płaszczyzn. Widać tu odniesienia do baśni (sławne „dawno, dawno temu, w odległej galaktyce"), klasycznego westernu i przygodowego romansu. Niosą bardzo proste, ale powszechnie oczekiwane, wspomniane już wyżej, prawdy i morały.

Jak na ironię, ta technologiczna bomba, wskazuje na zagrożenia ze strony techniki. Wielokrotnie przewijają się w serii stwierdzenia o komplikacjach, jakie mogą za sobą nieść kolejne odkrycia. Pojawia się motyw technologicznego buntu, zniszczenia i ogólnej degrengolady.

Popularność sagi George'a Lucasa to zjawisko o charakterze światowym. Można mówić tutaj o fenomenie: kinematograficznym, technicznym, ale również socjologicznym. „Gwiezdne wojny" są wyjątkowo silnie zakorzenione w kulturze masowej, już na chwilę obecną trudno jest zliczyć nawiązania do tej produkcji, chociażby w popkulturze.

4. Mutacje genetyczne prowadzące do zyskania supermocy/adaptacje komiksów

To zdecydowanie najbardziej eksploatowany temat ostatnich lat. Ilość produkcji o superbohaterach zwiększa się z każdym rokiem i, co niezwykle interesujące, za każdym razem bije kolejne rekordy kasowe. We wspomnianejjuż, pierwszej dziesiątce najbardziej dochodowych produkcji aż trzy dotyczą tego właśnie motywu. Trudno dzisiaj zliczyć, ile już razy kino odwoływało się do postaci znanych przede wszystkim z komiksów. Superman, Batman, Iron Man, Spiderman, Hulk, Kapitan Ameryka – to kreacje, których nie trzeba nikomu przedstawiać.

Trudno jednoznacznie wskazać na źródło zainteresowania tego typu obrazami, bowiem każdy z bohaterów, jego pierwowzór, pojawił się w komiksowym świecie z innych powodów. Kapitan Ameryka miał być, na przykład, ucieleśnieniem wszystkich amerykańskich potrzeb – idealny żołnierz, bez wad, stojący na straży bezpieczeństwa doskonałego społeczeństwa.

Niezwykle trudno byłoby zdecydować się na produkcję wiodącą w zakresie tej tematyki. Wybrałam więc, nieco na przekór, film, który traktuje o superbohaterach, ale robi to w zupełnie odmienny sposób – „Watchmen. Strażnicy" w reżyserii Zacka Snydera z roku 2009.

Do momentu pojawienia się tej produkcji, wszystkie inne przedstawiały superbohaterów jako... superbohaterów. Herosi nigdy nie mieli żadnych wątpliwości, nie odczuwali lęku, byli gotowi do poświęcenia dla każdego i w każdej chwili. W pewnym sensie stanowili jedynie nośnik idei, bo sami byli psychologicznie „płascy", jak kartka papieru. Co zmieniło się w przypadku filmu „Watchmen"?

4

Cała akcja rozgrywa się w zupełnie innym świecie – wciąż jest to Ziemia, niemniej z odmienionymi losami historycznymi, na przykład tutaj ludzie nie znają afery Watergate; rodzice Bruce'a Wayn'a nigdy nie zginęli, toteż nigdy nie narodziła się legenda Batmana.

Bohaterowie w „Strażnikach" nie są już tacy super. To ludzie. Ludzie, którzy przeżywają własne wzloty i upadki; ludzie, którzy mają problemy; ludzie, którzy starzeją się i umierają, łączą w pary i rodzą dzieci. Snyderowscy herosi nie doświadczają wiecznego splendoru oraz uwielbienia. Są trochę jak gwiazdy jednego przeboju – szybko wnoszą się na szczyt i równie szybko z niego spadają. Dręczy ich bieda. Żyją w ciemnych, brudnych pokojach; noszą stare, podarte ubrania.

Sama otoczka wizualna produkcji Snydera różni się od innych filmów o superbohaterach. Wyraźnie widać tutaj komiksowe nawiązania, co przełożone jest w palecie barw oraz plastyczności obrazu. Warto także zaznaczyć, że większość akcji ma miejsce w podejrzanych, często obskurnych lokalizacjach, czego próżno szukać w „klasycznej" wizualizacji filmów o superbohaterach.

5. Tajemnicze wirusy i zombie

Niewiele istnieje dobrych filmów o zombie. Odważyłabym się nawet postawić tezę, że obejrzenie jednego filmu o tej tematyce, pozwala poznać wszystkie pozostałe. Schemat jest zawsze taki sam: tajemniczy wirusów uwalnia się z tajnego laboratorium; zainfekowana osoba trafia do szpitala z dziwacznymi objawami i z powodu braku ostrożności ze strony lekarzy zaraża wszystkich dokoła; następuje kaskada dziwacznych przypadków, która prowadzi do zakażenia 99,9% społeczności; grupa ostatnich zdrowych ludzi podejmuje walkę z wirusem i wygrywa ją, mimo że nie posiadają żadnych predyspozycji ani zdolności, które przemawiałyby na ich korzyść. Istnieją oczywiście odstępstwa od tego schematu. Są filmy, w których zainfekowanie społeczeństwa dokonywane jest, na przykład, przez zmutowanie wirusa grypy tudzież choroby wściekłych krów. Triumfy święcie jednak schematyczność i tutaj prym wiodą obrazy takie, jak: „28 dni później" Danny'ego Boyla z roku 2002 (i wszystkie kolejne części) czy „Resident evil" (i wszystkie kolejne części).

5

6. Antyutopie i wizje postapokaliptyczne

Antyutopie i wizje postapokaliptyczne to obok produkcji o superbohaterach, drugie najczęściej wykorzystywane w kinie science-fiction rozwiązanie fabularne. Obrazów tego typu powstało bardzo dużo i, co znacznie ciekawsze, wiele z nich zostało przez krytykę oraz widzów, docenionych. Wystarczy wspomnieć „Mechaniczną pomarańczę" Stanleya Kubricka z 1971 roku, „Łowcę androidów" Ridleya Scotta z 1972 roku, czy „Equilibrium" Kurta Wimmera z roku 2002. Wszystkie te tytuły, chociaż z różnych powodów, są niezwykle wartościowe, jednakże prawdziwej przemiany dokonała seria „Matrix" rodzeństwa Wachowskich z premierą pierwszej części przypadającą na rok 1999.

„Wrażenie: Świat codzienny jest naszą rzeczywistością. Rzeczywistość: Nasz świat jest złudzeniem, skomplikowanym oszustwem wymyślonym przez obdarzone sztuczną inteligencją potężne maszyny, które przejęły nad nami kontrolę." – tyle jedynie w zakresie fabuły można dowiedzieć się z opisu producenta, ale już samo to wystarczy, by obudzić w potencjalnym widzu ciekawość (chociaż wiedza, że "Matrix" to tak naprawdę kompilacja najważniejszych mistycznych tekstów z całego świata, też by nie zaszkodziła).

6

Według krytyków oraz widzów seria „Matrix" jest jedną z najlepszych w kinie fantastycznonaukowym, a z całą pewnością najlepszą w kategorii przełożenia na obraz poetyki cyberpunkowych powieści. Wirtualna rzeczywistość, konfrontacja ludzi z maszynami, dychotomia ciała oraz umysłu i, oczywiście, mroczna, postapokaliptyczna atmosfera – to cechy szczególnie charakterystyczne dla literatury cyberpunkowej właśnie.

Jest też w obrazie Wachowskich to, co fani science-fiction kochająmnajbardziej: dopracowana scenografia, efektowne kostiumy (tutaj należałoby się może zastanowić nad tym, czy długie, czarne płaszcze i ciemne okulary rzeczywiście prezentują coś dla kina nowego i niezwykłego) oraz pomysłowe efekty wizualne. Warto jednak zaznaczyć, że pod tym względem zachwyca jedynie pierwsza część, bowiem kolejne nie przynoszą niczego nowego. Produkcja utrzymuje stały, bardzo wysoki poziom, ale nie przeskakuje nadanej przez samą siebie poprzeczki.

Jeszcze więcej twarzy science-fiction

Jakkolwiek starałam się przybliżyć najczęściej wykorzystywane przez reżyserów kina science-fiction motywy fabularne , to wskazać muszę, że opracowane przeze mnie zagadnienia są jedynie kroplą w oceanie różnorodności. Kino fantastycznonaukowe zawiera w sobie bowiem znacznie większe zróżnicowanie tematyczne. Nie wspomniałam o, tak zwanym, kinie klasy B, które łączy w sobie wiele elementów, tworząc fabularną bombę z gatunku science-fiction; nie poruszyłam tematu rzeczywistości wirtualnej, która zyskuje moc kreacyjną (np. „Dziewczyna z komputera" w reżyserii Johna Hughesa z roku 1985) bądź kształtuje odrębną płaszczyznę egzystencji (np. „Tron" w reżyserii Josepha Kosinskiego z roku 2010); nie znalazłam miejsca dla podróży w czasie (np. „Powrót do przyszłości" w reżyserii Robert Zemeckisa z roku 1985) czy teleportacji (np. „Jumper" w reżyserii Douga Limana z roku 2008); nie wskazałam na tematykę związaną z następstwami degradacji środowiska naturalnego (np. „Odwróceni zakochani" Juana Diego Solanasa z roku 2012) i wielu, wielu innych.

7

Science-fiction posiada ogromny potencjał rozwojowy. Okazuje się bowiem,że to, co kiedyś uważano za jedynie nierealne mrzonki i jako takie prezentowano w kinie, dzisiaj okazuje się rzeczywistością. Film fantastycznonaukowy rozwija się, bo i świat się rozwija. Każdego dnia, każdego miesiąca, każdego roku powstają nowe możliwości i nowe drogi dla nauki, a to jednocześnie otwiera kolejne scenariusze drzwi.

Podsumowanie

Nie potrafię stwierdzić, dlaczego kino science-fiction nie cieszy się zainteresowaniem badaczy. Gdy się nad tym gatunkiem pochylić, gdy się w niego zagłębić, widać wyraźnie odbicie dręczących, szczególnie współczesne społeczeństwo, obaw. Kino fantastycznonaukowe kreuje przyszłość, ale i przestrzega przed nią. Próbuje zbudować sieć powiązań, rozwiązań i ewentualnych konsekwencji. Jest przy tym niezwykle atrakcyjne wizualnie – to także, ta otoczka wizualna, pokazuje jak wiele udało się osiągnąć człowiekowi w dziedzinie nauki. Warto przejrzeć się w produkcjach w science-fiction jak w lustrze. Może wtedy łatwiej będzie dostrzec jego wartościowość.

Czytany 1622 razy

Dodaj komentarz

Komentarze Gości przed publikacją wymagają akceptacji Administratora.


Kod antyspamowy
Odśwież

Ostatnie newsy

17-11-2017
Księga Wysp Ostatnich

To już piąty tom o Emilu Żądło autorstwa Anny Klejzerowicz, która ukaże się nakłądem Wydawnictwa Replika już za kilka dni. Charyzmatyczny, obdarzony nieprzeciętną intuicją dziennikarz śledczy Emil Żądło znów trafia na...

Czytaj dalej...
17-11-2017
Ojciec Brown. Trzy narzędzia śmierci

Klasyczny kryminał autorstwa Gilbert Keith Chesterton ukaże się już za kilka dni nakładem Wydawnictwa Replika. Kolejne opowiadania o sympatycznym, bystrym i skromnym ojcu Brownie!Ten niepozorny duchowny, w rzeczywistości nadprzeciętnie inteligentny, obdarzony jest...

Czytaj dalej...
14-11-2017
Zawisza Czarny

22 listopada ukaże się nakłądem Wydawnictwa SQN nowa powieść Jakuba Ćwieka. Już 22 listopada na straży Polski i polskości stanie nowy superbohater! Jakub Ćwiek w swojej najnowszej powieści tworzy skomplikowaną intrygę,...

Czytaj dalej...